www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 66 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Czytaj więcej

Pabianice w literaturze cz. 3

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Jerzy Walden w książce wspomnieniowej „Cztery i pół” (1970) przedstawia działalność teatralną w międzywojennej Łodzi. Opisuje również spektakle teatralne organizowane w kino-teatrze w Pabianicach.

(…) Wracając do „Instynktu”, praca przy tym dość zręcznie skonstruowanym melodramidle nie pozostawiła w mojej pamięci zasługujących na opowiedzenie szczegółów. Zabawiła mnie tylko, chociaż w pierwszej chwili trochę zdenerwowała, przygoda, jaką przeżyłem podczas wyjazdu z tym spektaklem do Pabianic. Pomiędzy sceną łódzką a władzami Pabianic od wielu lat istnieje umowa, że co pewien czas nasz teatr przywiezie do tego miasta jakąś ciekawą i niezbyt skomplikowaną technicznie pozycję. Ja dotychczas nie zetknąłem się z tego rodzaju wyprawami. Ale „instynkt”, głównie ze względu na naszego gościa, oraz dlatego, że cała sztuka rozgrywała się w jednej tylko dekoracji, Wroczyński zakwalifikował do wyjazdu poza Łódź. Aktorzy w takich wypadkach przyjeżdżali w drugim rzucie, na tyle przed występem, aby zdążyli się ubrać i ucharakteryzować.

Maszyniści wraz z meblami i rekwizytami zjawiali się w Pabianicach o kilka godzin wcześniej. Dekoracji nie przywożono z tej prostej przyczyny, że sala, w której teatr pokazywał swoje osiągnięcia, rozporządzała stała oprawą scenograficzną. I to w dodatku podwójną. Były to naciągnięte na ramy kawałki płótna, mniej więcej szerokości metra, które zależnie od treści sztuki można było obracać. Dzięki temu miejsce akcji mogło odbywać się w przepięknie, ba z przepychem namalowanej przestrzeni zamkniętej, która z jednakowym powodzeniem reprezentowała luksus książęcego pałacu, jak i skromną chatkę drwala. Drugą osobliwością tej pierwszej dekoracji był zdumiewający artystycznie fakt, że wszystkie jej elementy były namalowane. Nie tylko okna, których dzięki tej malarskiej inwencji nie można było otwierać, ale i kawałek przylegającej do ścian podłogi. W ten sposób podłoga ta składała się z dwóch skłóconych ze sobą sektorów. Jeden był autentyczną posadzką, drugi zaś namalowanym na zupełnie inny kolor fragmentem.

Co się tyczy okien, to przeszły one już na rok przed moim przyjazdem do anegdotycznej historii łódzkiej sceny. Oczywiście dowiedziałem się o tym już po zaofiarowaniu Pabianicom „Instynktu”. Otóż przyjechano do Pabianic z arcyzabawną farsą amerykańską „Jutro pogoda”. W głównej roli był obsadzony rutynowany aktor Jan Pawłowski, który jednak nie tyle interesował się swoja rolą, ile raczej kawałami, jakie chętnie zwłaszcza w tego rodzaju beztroskim repertuarze improwizował. Jego partnerką była Alina Halska, aktorka o majestatycznym wyglądzie królowej, predystynowana raczej do wielkiego dramatu, w dodatku traktująca swoje artystyczne obowiązki z niezwykłą powagą. Nic dziwnego, że w tego rodzaju roli, którą należało grać zgodnie z zakulisową terminologią „z zadartym ogonem”, nie czuła się najlepiej.

Pawłowski szybko ją rozszyfrował i tym chętniej, bynajmniej nie ze złośliwości, ale dla kawału, peszył ją przy każdej okazji. Akt III zaczyna się od sceny, gdy Pawłowski po całonocnej libacji przeżywa poranny okres kaca. Leży w łóżku i jęczy. Żona stara się go doprowadzić do zdrowia. W czasie łódzkich spektakli ta scena przebiegała bez specjalnych niespodzianek. Ale pabianicka ”scenografia” ożywiła fantazję Pawłowskiego. Zamiast ustalonej kwestii wypowiedział, nie wypadając przy tym z tonu postaci, zupełnie inną:

- Kochanie! Tak się dzisiaj źle czuję. Nie mogę oddychać. Proszę cię… Otwórz okno…

Nie przeczuwająca podstępu aktorka postanowiła wykazać przytomność umysłu i nie zatrzymywać akcji. Szybko zbliżyła się do okna. Gdy jednak chciała je otworzyć, stanęła przed zadaniem przerastającym jej możliwości. Z namalowanym oknem nie zdołałaby się uporać żadna siła. Speszona Halska wykonała koło okna jakiś nieokreślony gest, znowu zbliżyła się do łózka, na którym bez przerwy jęczał jej partner. Nie zdążyła jednak wypowiedzieć ani słowa, gdyż Pawłowski powtarzał uparcie:

- Brak mi powietrza … Dlaczego nie otworzyłaś okna? Czy chcesz, żebym się zadusił?

Ta zabawa trwała przez dłuższy czas. Wreszcie Pawłowski ulitował się nad nieszczęsną i powrócił do autorskiego tekstu.

Tak wyglądała jedna strona pabianickiej dekoracji. Po jej odwróceniu widowni ukazywała się tak zwana wolna okolica. Była ona wykorzystywana niezależnie od tego, czy akcja sztuki rozgrywała się w tropikalnej Afryce czy też pod biegunem. Ta wszechstronna, utrzymana w kolorycie brudnej zieleni panorama, odznaczała się jeszcze jedną osobliwością. Mianowicie w niektórych jej miejscach, czasami na drzewach, czasami jednak bezpośrednio na powietrzu, umocowane były klamki. Przyczyna tego pozornie zdumiewającego fenomenu świata przyrody była w gruncie rzeczy zupełnie prosta. Były to drugostronne zakończenia klamek, umieszczonych zasadniczo na odwrotnej stronie dekoracji, w pomieszczeniu reprezentującym wnętrze mieszkalne.

Z tymi dziwami, na które mieszkańcy Pabianic i przedstawiciele stale przybywających tu zespołów, już od dawna przestali zwracać uwagę, zapoznałem się szybko, gdyż ze względu na moje obowiązki przyjechałem z zespołem technicznym w pierwszym rzucie. Nikt mnie jednak nie uprzedził o jeszcze jednym szczególe, bardzo charakterystycznym dla widowisk pokazywanych publiczności pabianickiej w porze wieczorowej. I o tym zjawisku wiedzieli prawie wszyscy. I maszyniści, i aktorzy od dawna pracujący na scenie łódzkiej znali tajniki nocnego życia Pabianic. Trzy jedynie osoby nie należały do grona wtajemniczonych: pani Laura Dunin-Osmólska, jej partner Stefan Michułowicz oraz moja skromna osoba. Toteż – co tu ukrywać – cała ta trójka przeżyła nielichy wstrząs.

Przedstawienie szło porządnie. Widzowie pełni byli niepokoju, czy w zdradzonym chirurgu odezwie się w końcu jego zawodowy instynkt. Aż tu nagle … Punktualnie o godzinie dziewiątej … Zgasły wszystkie światła, nie tylko te na scenie i za kulisami, ale i boczne kinkiety na widowni. Zapanowała absolutna ciemność. Pech chciał, że stało się to właśnie w trakcie „wstrząsającego” monologu Michułowicza. Monologu tego wysłuchiwała w napięciu bohaterka sztuki. Teraz wypadki potoczyły się w stosunkowo szybkim tempie, nie gubiąc jednak rytmu i nie zachodząc jeden na drugi. Spróbuję precyzyjnie przekazać ich kolejność.

Monolog Michułowicza.

W najbardziej wstrząsającym momencie nieoczekiwana ciemność.

Speszony Michułowicz urywa w środku zdania.

Głucha cisza.

Nagle przerywa mrok i ciszę przerażający szept Michułowicza:

- Co jest, do jasnej cholery?

Znowu krótka cisza.

Następnie uspokajający, acz nieco zachrypnięty glos brygadiera sceny.

- Tutaj tak zawsze. O dziewiątej elektrownia pabianicka przechodzi na drugą fazę. Zara będzie światło.

Znowu chwila ciszy.

Potem jakieś trudne do określenia pstryknięcie.

Światło wraca do poprzedniego natężenia.

Ja, który tego dnia cały ten spektakl kontrolowałem (?) zza kulis, widzę o dwa kroki ode mnie ogłupiałą minę Michułowicza, wciąż jeszcze nie zdającego sobie sprawy, co tu właściwie zaszło. Przytomniejsza od niego Dunin miała w dodatku łatwiejszą sytuację, gdyż incydent powyższy miał miejsce w czasie jej milczenia. Toteż prędko opanowała się. Podnosi tragicznym gestem głowę, ukazuje zbolałą twarz i melodramatycznym tonem improwizuje pytanie:

- Cóż było dalej? Czemu milczysz?

Ta nieprzywidziana w tekście kwestia działa otrzeźwiająco na Michułowicza. Potrząsa bojowo czupryną, chrząka dramatycznie i kończy monolog, zaczynając go dokładnie w tym miejscu, w którym go przerwała punktualność pabianickiej elektrowni.

Jerzy Walden (1903-1984) – aktor, reżyser, pisarz.

Maria Piechowska we wspomnieniach „W warkoczyki splecione” (1999) przypomina dawną Szkołę Podstawową nr 2 w Pabianicach i atmosferę lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Przy kamieniami wybrukowanej, małej, zacisznej, kończącej się w chłopskim polu uliczce, była szkoła. Szkoła nr 2 w Pabianicach. Tam właśnie poszłam do pierwszej klasy i tam z racji nauczycielskiego zawodu moich rodziców, mieszkaliśmy w przyszkolnym, służbowym mieszkaniu. Drewniany budynek, barak, szkolnej podstawówki wyglądał skromnie, a nawet nędznie. Podobnie było wewnątrz baraku. Pamiętam prowadzące do klasy bardzo ciężkie drzwi z wysoko umieszczoną żelazną klamką, do otwierania których należało użyć całego, kilkuletniego ciała, pokonując ich skrzypiący opór. Podłoga w klasie wyłożona była nierównymi i bogatymi w sęki i dziury po nich dechami, wysmarowanymi i wywoskowanymi na czarno. Prawdziwą przeszkodę dla maluchów, a zwłaszcza dla naszych za dużych, kupowanych zawsze na wyrost butów, stanowiły wystające z desek gwoździe, na które żaden woźny sposobu nie miał. Wbijane mocno w dechy, już po kilku przerwach wstawały łbami do góry.

Zawadzaliśmy więc butami o te metalowe łby, odrywając zelówki, kalecząc kolana, prując i rozrywając ubrania przy jakże częstym lądowaniu na dechach. Na tych czarnych dechach ustawione były ławki, podobnie jak drzwi, dla nas za potężne, za duże i niewygodne. Stanowiły one rano warsztat pracy dla dryblasów z siódmych klas, a po południu dla takich właśnie maluchów jak my. Nosami sięgaliśmy niemal do pulpitów, próbując podnosić się na podkładanych pod pupę w różny sposób powykręcanych nogach. W każdej ławce był wsadzony w otwór kałamarz a w nim wiecznie paprzący palce i rękawy, a nawet nosy atrament. Wszystko to jakże dalekie i odbiegające od normalnych warunków służących dziecku i edukacji. Zapał do nauki pokrywał jednak wszystkie niedostatki, wyrównywał różnice wysokości, a brak wzorców i wyobraźni, że może być inaczej, lepiej, nie dawał powodu do niezadowolenia.

W podobnym standardzie jak szkoła i jej klasy było nasze mieszczące się na pierwszym piętrze tej szkoły mieszkanie, tj. niewielki pokój, połączony maleńkim przedpokojem z kuchenką, w której wciśnięta między piecyk węglowy i szafkę stała aksamitna bordowa kozetka. Z pokoju i z kuchni okna wychodziły na czarne, żużlowe boisko, otoczone drewnianym płotem i odrapanym, popękanym murem. Kozetka przystawiona do okna stanowiła dla mnie rodzaj klęcznika, na którym zawiesiwszy brodę na parapecie klęczałam, spoglądając na nieciekawy obraz tych samych wciąż desek i murów. Jakże ja wtedy marzyłam, żeby mieć balkon i wielkie okno wychodzące na dużą, ruchliwą ulicę z latarniami, wystawami, samochodami i spacerującymi ludźmi. Zupełnie to co mam teraz i co jest moim największym utrapieniem.

W maleńkim, ciasnym przedpokoju stał „wyścigowy” rower mojego brata, wieczny obiekt mojej zazdrości i wzdychań. Miał podkręcany jak baranie rogi kierownik, czerwono-srebrne ramy i balonowe opony na drewnianych obręczach. Taka to była ta tuż powojenna wyścigówka.

Boguś strzegł do niej dostępu słowami i pięściami, a i mnie nie w głowie było śmiało próbować na niej swoich cyklistycznych umiejętności. Jednak każdą chwilę nieobecności brata wykorzystywałam na próbę prawdziwie przeżywanej przygody. Wdrapywałam się na tę kozę i z wiszącymi, pedałów nie sięgającymi nogami, pochylona w nieruchomym pędzie, pokonywałam kilometry sportowej wyobraźni. Rower oparty był o stojącą w przedpokoju oszkloną biblioteczkę. Szybie zatem groziło niebezpieczeństwo nie tyle z powodu „stojącego pędu”, ile z chyboczącego się i niezdarnego wsiadania i zsiadania z kolarki. Stąd obowiązywał wydany przez rodziców ostry zakaz tej zabawy, systematycznie zresztą łamany przeze mnie podczas każdej ich nieobecności. (…)

A jakże to był inny, jaki bardzo ubogi krajobraz tamtych wystaw w porównaniu z obecnym szaleństwem. Albo weźmy takie kioski. Dziś są to normalne, tyle że mniejsze sklepiki. Najczęściej jednakowy wszędzie, ale jakże różnorodny, kolorowy, bogaty, zachęcający do kupna asortyment artykułów, zupełnie się nie ma do rzeczywistego, dawnego kiosku. Bo prawdziwy kiosk dawniej, to stert szarych gazet, szare książki, wyraźnie ozdobione czerwonymi gwiazdami, Leninami, Kremlami i innymi obowiązującymi do kochania w tamtych czasach symbolami. Kioski to poukładane w szare kominy paczki papierosów i zapałek, szare mydło, szary proszek, szare ołówki … i szary sprzedawca z połówką kiepa w okopconej fifce.

Przez skąpą szczelinę okienka, kupującym najczęściej wypychane były codzienna gazeta i paczka papierosów. W sobotę niektórzy kupujący brali po dwie, trzy gazety o budujących tytułach i podobnej treści. Wszystko szare, podbarwione na czerwono i to wcale nie dla ozdoby, ale dla pobudzenia intensywności naszych bratersko-politycznych uczuć. Kioski były szczelnie obudowane, z wysoko usytuowanymi otworami do wymiany towar-pieniądz, bez wymiany słów, uśmiechów i innych niepotrzebnych światowi pracy kontaktów, lub co gorsza wymiany poglądów.

Co bardziej sprytni, którym nie wystarczyła tylko ślepa operacja handlowa, przechylali się w bok, kładli głowę na wystającej przy okienku desce i zaglądali zalotnie do środka, szukając bliższego kontaktu z sprzedawcą i towarem.

Beznadziejny był los dzieci, które wysyłane po papierosy (wtedy jeszcze mogły je kupować, bo im nawet do głowy nie przychodziło, że mogą je palić), podskakiwały czepiając się deseczki przy okienku, rzucając ściśniętą piąstką odliczone grosiki i wołając w górę bez żadnej szansy zobaczenia czegokolwiek – poproszę Sporty. Czasami trafiał się przed okienkiem celowo położony przez zmyślnego sprzedawcę kamień. Dawało to szansę oparcia brody na desce, a z uporem spadając i wdrapując się na kamień można było zobaczyć, co też tam jest w środku.

Stopniowo, z upływem lat odkrywano pewne fragmenty zabudowanych dechami ścian, wstawiano szybki, robiono półeczki, zapalano światła, ale robiono to bardzo nieśmiało i bez przekonania. No bo, jakby na to nie patrzył były to przejawy wrogiego nam i nieakceptowanego przez świadomych obywateli, przepychu i awangardy ZACHODU.

Był taki jeden kiosk w Pabianicach, w którym zupełnie nieoczekiwanie, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w niewielkim prześwicie szczelnie odeskowanego kiosku pojawiło się prawdziwe cudu. Było to prawie pięćdziesiąt lat temu, a ja tak dokładnie pamiętam, że były to dwa jednakowe, wielkości paczki papierosów, miniaturowe czerwone w czarne kropki i z żółtą koronką tzw. beciki, z których – z rączkami do góry, kędzierzawą z wełny kręconą czupryną, błyszczącymi białą farbą kropkami oczu i czerwoną kreską usteczek, całe czarne jak diabły – wystawały maleńkie murzyniątka.

Rany boskie jakie to było śliczne, jakie inne, jakie bardzo zagraniczne. Na tamte czasy, w których świat rozciąga się tylko na wschód, miał co najwyżej skośne oczy i czerwoną chustę pod czerwoną twarzą i ogoloną „po nakazu” głową, murzynek to był szok. A tu jeszcze jaki, otulony w pięknej podusi, radosny no i w dodatku dwa. Wprawdzie kolor czerwieni jako tło i symbolicznie uniesione rączki do góry mogły stanowić pewną wymowę polityczną, ale nie musiały. Nie pasował jednak ten mały murzynek do roztaczanych w tamtych czasach obrazów uciśnionych, gnębionych i wyzyskiwanych przez okrutnego kapitalistę Murzynów.

Był to zatem szok, ale zupełnie nie powodował istotnych zmian w pojmowaniu świata przez nas, małe, białe dzieci. I niezależnie od wszystkiego, darłam podeszwy przemierzając dziennie kilkakrotnie odległość dom-kiosk i serce rwało się do maleńkiego Bambo, niezależnie od skojarzeń politycznych. Wreszcie nasycenie oglądaniem przerodziło się w nienasycony głód posiadania i ruszyłam do ataku.

Wprawdzie pojawiły się już pewne wątpliwości i znaki zapytania, ale silna wiara w Świętego Mikołaja ustąpiła jedynie miejsca elementom materialnego światopoglądu, gdzie wiarę nazywało się świadomym bytem, a Mikołaja, Dziadkiem Mrozem. Ponieważ i ten, i ten dla dzieci kojarzył się z prezentami i ukochaną wigilią, bez protestu pokochały Dziadka Mroza.

Również nie bardzo zrozumiałe były dla nich zmiany w przystrajaniu choinki, na której nieśmiało, coraz bliżej ścian i podłogi dyndały skrzydlate aniołki, a gwiazdki najlepiej, żeby były czerwone i pięcioramienne zajmowały czołowe miejsca. Najważniejsze jednak było to co pod choinką, a to niezależnie od innych okoliczności … było i o to właśnie chodziło. Modliłam się zatem najgoręcej jak umiałam do Mikołaja, wzdychałam błagalnie pod kioskiem, z nadzieją i wiarą patrzyłam na oparte o szybę murzynki, żeby dokładnie Mikołajowi pokazać o co chodzi i skat to trzeba załatwić. Jeszcze tylko dla zmylenia mojego, może na to życzenie za dorosłego wieku, przykucałam, korygując zupełnie bez potrzeby mój i tak drobny wygląd.

Ziemscy pełnomocnicy Mikołaja, widząc co się dzieje i uznając, ze marzenie dzieciaka spokojnie bilansuje się w przedświątecznym budżecie, a jedynie wiekowi nie odpowiada, na szaleństwo w cichości przystali i zakupu dokonali. Był to taki kaprys, który mieścił się między innymi, znacznie już rozsądniejszymi i potrzebnymi, załatwionymi z Mikołajem prezentami. Powędrował zatem mały murzynek do rozsądnego worka, gdzie wspólnie z szalikiem, kapciami, majtkami, gwiazdki wigilijnej oczekiwał.

Maria Piechowska – pisarka, autorka m.in. książki „Od Ponurego do białego fartucha”.

W sierpniu 1923 roku w Expressie Wieczornym ukazał się horror kolejowy Bolskiego „W pociągu”. Akcja opowiadania znajduje swój finał na stacji w Pabianicach.

O drugiej w nocy wypadło mi wyjechać z Łodzi do Poznania. Sprawa była nagła i musiałem natychmiast udać się na dworzec kaliski.

Styczniowy mróz ubielił ulice śniegiem, na którym zielone oczy latarni rzucały złowróżbne cienie. Dorożka przybyła w chwili, gdy pociąg miał ruszać ze stacji. Zdążyłem jeszcze kupić bilet i w biegu wskoczyłem do ostatniego przedziału ostatniego wagonu.

Pociąg Warszawa-Poznań był prawie cały pusty. Komu by się chciało w taką noc wlec aż do rana do Poznania, gdy o trzy godziny później wyruszał kurier, przybywający o tej samej porze na miejsce przeznaczenia.

Ułożyłem walizeczki na siatce i usiadłem w kącie przy oknie.

W coupe wraz ze mną był jeszcze jakiś jegomość. Rozłożył się wygodnie na ławce, przykrył paltem i chrapał. Właściwie nie chrapał, lecz wypoczywał. Twarz miał zwróconą do ściany przedziału.

- Pan pozwoli, że się również położę? – zagadnąłem jak najuprzejmiej.

Jegomość milczał.

Otuliłem się paltem i głowę oparłem o parapet okna.

Pociąg sunął powoli. Miarowy turkot kół zlewał się z leniwym światłem zakopconej lampy gazowej, wytwarzając senny nastrój nocnej jazdy w pociągu.

Zdaje się, że zasnąłem.

Obudził mnie czyjś głos.

Czyżby to mówił mój współpasażer?

Leżał cicho. Rękaw palta zwieszał się ku ziemi. Chrapanie ustało.

-Przepraszam, czy pan mówił coś do mnie? – zwracam się do mego sąsiada – ten turkot kół… senność… zasnąłem…

Cicho.

Po chwili zda się znowu słyszałem miarowy oddech śpiącego.

- Albo pan śpi, proszę pana, albo odpowiada pan na moje pytania. Proszę pana…

Oparłem się wygodniej. Głowa poczęła mi ciążyć jak ołów. Zdaje się, ze po raz drugi zasnąłem. I nie wiem, czy we snie, czy na jawie, rozmawiałem z mym współpasażerem.

- Pan skąd jedzie? – pytam.

- Ze Strykowa.

- Kupiec?

- Tak. Wiozę dużo pieniędzy. Moc pieniędzy. Walizki pełne pieniędzy, ale pan mnie nie zabije?

- Ja? – spojrzałem na niego zdziwiony – Ja miałbym pana zamordować? Mój panie …

- Bo widzi pan, ja się ciągle boję. Ciągle zdaje mi się, że chcą mnie ograbić. Zamordować. Ale ja się nie dam. Widzi pan – dodał chytrze – noszę ze sobą ten nóż i rewolwer, nikt się nie odważy mnie ruszyć, prawda?

- Strzeżonego Pan Bóg strzeże, oczywiście, ale czemu pan taki blady?

- Blady? Zdaje się panu. Zresztą jestem zmęczony. Piątą noc z rzędu spędzam w pociągu. Żona i pięcioro dzieci. Rozumie pan – ciężko pracuję. Rozjeżdżam po całej Polsce.

- Może pan śpiący – indaguję.

- Nie, dziękuję bardzo, przyjemnie jest z panem rozmawiać. Tu tak pusto, nie uważa pan? Zimno. Niech mnie pan okryje swym paltem.

- Pan cały drży, co panu?

- Nic, to przejdzie, głowa mnie trochę boli. Piątą noc z rzędu jadę… rozumie pan, przeziębiłem się widocznie, ale nie szkodzi, wracam teraz do domu, położę się do łóżka…

Koła turkotały, aż w głowie huczało. Zwalniał biegu. Prawdopodobnie przejeżdżaliśmy most. Nabrałem w tej chwili nieco świadomości: śnię, czy rozmawiam na jawie?

- Przejdzie, gorączki chyba nie mam.

- Niech pan nic nie mówi –odpowiadam – proszę leżeć spokojnie…

- Panie, zajdzie pan do mnie w Poznaniu, prawda?

- Bezwzględnie, postaram się.

- Gdyby mnie pan nie zastał …

- Zaczekam na pana, na pewno zaczekam.

- … nie, to pan powie, że mnie zamordowano!

- Eee, niech pan głupstw nie plecie!

- Powie pan ?

- Pan rzeczywiście gorączkuje.

- Powie pan ?

- Proszę pana, zbytecznie się pan denerwuje, szkodzi to pańskiemu zdrowiu.

- Czy pan powie to żonie mojej i dzieciom?

- Uspokój się pan.

- Bo… bo…

Pociąg zatrzymał się w Pabjanicach. Mój współpasażer leżał sobie wygodnie nadal na ławce z twarzą odwróconą do ściany.

Ani spał, ani się odzywał.

Lokomotywa gwizdnęła przeraźliwie. Pociąg zatrzymywał się w Pabjanicach. I gdy jasne reflektory rzuciły światło na postać leżącego mężczyzny, w moim przedziale, krzyknąłem z przerażenia.

W coupe wraz ze mną leżał rozciągnięty na ławce trup mężczyzny. Pod ławką czerwieniła się kałuża krwi.

Otworzyłem czym prędzej drzwi i zawołałem policję.

Lekarz stwierdził śmierć przed godziną. Morderstwo popełnione było w Zgierzu. Jak wynikało z dochodzenia, tragicznie zamordowany był kupcem i zostawił w Poznaniu żonę i pięcioro dzieci. (Express Wieczorny, 30.08.1923)

Jerzy Zawieyski w powieści odcinkowej z życia łódzkiego „Owoc grzechu naszego …” , której akcja obejmuje także lata pierwszej wojny światowej, wspomina Pabianice. (Ilustrowana Republika, 10.02.1931)

(…) Na piętrze umierał Stachura. Było to w niedzielę, piątego dnia oblężenia. Chory prosił o księdza. Od kościoła św. Anny do domu Pladeka przeprawiała się Stachurowa z księdzem od rana do godziny siódmej wieczorem. Musieli kryć się przed kulami… Na wieży kościelnej stały karabiny maszynowe, na ulicach armaty. Niemcy byli już w Pabjanicach, zbliżali się do Rudy, gdy Stachurowa i ksiądz weszki do mieszkania, chory już nie żył. (…)

Jerzy Zawieyski (1902-1969) – aktor, pisarz, polityk.


Na początku XX wieku Pabianice odwiedziły Jadwiga Chrząszczewska i Jadwiga Warnkówna autorki książki „Z biegiem Wisły: obrazki o kraju” (1901).

W stronie południowo-zachodniej o 14 wiorst od Łodzi leży starożytne miasto Pabianice, gdzie corocznie wyrabiają samych materiałów bawełnianych za cztery miliony rubli.

Pabianice, to dziecko Łodzi i kto wie, czy w niedalekiej przyszłości nie dorówna ono swej macierzy, bo już teraz farbiarnie pabianickie słyną w całym kraju.

Dwie budowle świadczą o starożytności miasta. Jedną z nich jest kościół parafialny z wieżą i baniastą kopułą, drugą pamiątką zaś były zamek kapituły krakowskiej, którego piękność załączony rysunek wykazuje. Dziś mieści się w nim magistrat miejski.

Jadwiga Chrząszczewska (1870-1935) – pedagog, pisarka dla dzieci i młodzieży.

Jadwiga Warnkówna (1851-1934) – pedagog, feministka, pisarka dla dzieci i młodzieży.


Sowizdrzał w numerze z 28 lipca 1912 roku opublikował wierszyk satyryczny zatytułowany „Pabjanice”.

Pabjanice

Straszna była tu ulewa,

Łamała krzaki i drzewa,

Nie opłukała jednak miasta:

bandytyzm i ciemnota wzrasta.

Sowizdrzał, satyryczny tygodnik ilustrowany, wydawany w Warszawie w latach 1911-14, 1915-19, 1927-28.

Gwałtowne zjawiska pogodowe, które występowały w Pabianicach raz po raz relacjonowała prasa stołeczna. Kurier Warszawski z dnia 24 września 1917 roku podawał:

Dnia 20 września bm. około godz. 2-ej po południu nad Pabjanicami i okolicą przeszedł huragan. Pędził z szaloną szybkością z południa ku północy, przewracając po drodze wiatraki, drzewa, kominy, sztachety, zrywając dachy itp.

Trwał zaledwie 3 minuty 25 sekund, a jednak ulice Pabjanic przybrały po jego przejściu wygląd pobojowiska. Drzewa powyrywane z korzeniami lub połamane i powykręcane, dachy pozdzierane, przewodniki elektryczne porwane, szyldy pozrywane, szyby w niektórych miejscach powybijane. Prócz tego ulice były zalane wodą, powstałą z deszczu, który poprzedził huragan, oraz z obfitego i grubego gradu, który po huraganie nastąpił. Z kościoła św. Mateusza na Starym Mieście huragan zerwał dach cynkowy, skręcił i rzucił na cmentarz kościelny. Dach ten oceniany jest na przeszło 40.000 marek. Z domu Wołdańskiego przy ul. Zamkowej orkan zerwał dach razem z belkami i rzucił na środek ulicy. W podwórzu tegoż domu obalił komin piekarni, a cegły porozrzucał na sąsiednie podwórka.

Na ul. Bagateli przewrócił komin fabryki Michla. Wzdłuż ul. Tuszyńskiej (obecnie Piotra Skargi) prawie wszystkie domy i ogrody mniej lub więcej ucierpiały.

W ogrodzie firmy „Krusche i Ender” i p. Feliksa Kruschego przy ul. Grobelnej wszystkie prawie drzewa przy wejściu do fabryki powyrywane z korzeniami, a wiele potrzaskanych. Główna aleja, wiodąca do pałacu, zasypana gałęziami różnej wielkości, ale niewiele poniosła szkody. Boczne aleje zupełnie zniszczone. Ogrodzenie z drzewa i z drutu poszarpane i poskręcane. Cenne oranżerie całkiem zniszczone. Krzewy i rośliny rzadkie połamane. Inspekty również uległy zniszczeniu. Straty, zrządzone przez huragan w tym ogrodzie obliczają na 600.000 marek.

W parku miejskim kilkanaście drzew o obwodzie 5 do 6 łokci uległo strzaskaniu, jak również wiele drzew mniejszych. W lesie miejskim około 3000 drzew zniszczonych. Potrzaskane, połamane, powyginane, leżą pokotem. Straty ogólne zrządzone przez orkan w Pabjanicach sięgają 2 ½ miliona marek.

Przesądni pabianiczanie w niebywałym huraganie upatrywali znaku - zapowiedzi istotnych zmian politycznych. Być może myśleli o Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

Helena Boguszewska w książce „Czerwone węże” (1933) opisuje wyprawę dzieci robotniczych na sanki do Rudy Pabianickiej, „tam gdzie jest najwyższa góra” i skąd widać dymiące kominy Pabianic.

(…) Teraz oboje zaczęli nieledwie się kłócić wymieniając tramwaje takie i owakie, jakimi jechało się na Marysin, jeszcze do jakiejś cioci Peli, i na Bałuty do stryja Seweryna, i jeszcze gdzie indziej. Padały nazwy ulic, przedmieść i podmiejskich osiedli. Sprzeczali się teraz na dobre, co chwila chwytając Władkę za ramię i wykręcając ją w coraz to inne strony.

Po prostu wyrywali ją sobie, żeby jej pokazać jeszcze to, jeszcze tamto. Wymieniali przy tym coraz innych stryjów, wujków, ciocie, szwagrów i kuzynów, mieszkających tutaj, pracujących tam na lewo, i na prawo, dalej, bliżej, wszędzie pod różnymi kominami.

Weszli wreszcie na sam szczyt Pabianickiej Góry, skąd rozciągał się po drugiej stronie taki sam widok. W dali nad domami różowiły się, czerwieniły, dymiły kominy miasta Pabianic. Władka i teraz wypatrywała posłusznie, bo okazało się, że także w Pabianicach pracuje stryjek Leopold, siostra wujenki Zosi, szwagier cioci Klementyny i jeszcze ktoś, jeszcze ktoś…

Helena Boguszewska (1886-1978) – pisarka, założycielka zespołu literackiego „Przedmieście”.


Izabela Gelbard w „Pieśniach żałobnych getta” (1946) wspomina Abramka z Pabianic.

(…) Matka już przed tym umarła z braku pożywienia

Abramko z siostrzyczką został sam. W getcie Warszawy.

Abramko z Pabianic zamieszkał w „punkcie” na Smoczej ulicy.

Z maleństwem na rękach stawał po bramach, żebrał chleba:

Jidische hercen a sztikele brot!”

Codziennie głód wraca, codziennie jeść trzeba.

Maleńka Hanele nic prawie nie waży.

Ale Abramkowi ciężko – osiem lat ma życia.

Nędzę znał od powicia, głód znał od powicia. (…)

Izabela Gelbard (Czajka – Stachowicz), (1893 -1969) - pisarka, autorka wspomnień, skandalistka, muza artystów.

Franciszek M. Sobieszczański w pracy „Wiadomości historyczne o sztukach pięknych w dawnej Polsce”, t. II (1845) podziwia pabianicki ratusz.

(…) Z budowli miejskich za panowania Zygmunta Augusta powstałych, należą tu ratusze. W Pabianicach, wystawiony na początku XVI wieku, a raczej z dawnego zamku przerobiony, w całości do naszego czasu dotrwał. Jest to budowla mała, ale bardzo zgrabna, pod względem sztuki osobliwa, w stylu starożytnym włoskim.

Franciszek Maksymilian Sobieszczański (1814 – 1878) – historyk, historyk sztuki, cenzor, wydawca źródeł, redaktor.

Władysław Bartkiewicz w 132. numerze Tygodnika Ilustrowanego z 1870 roku opublikował artykulik pod tytułem „Pabianice”. Tekst odzwierciedla stan wiedzy o mieście w drugiej połowie XIX wieku.

Miasto Pabianice, liczące się obecnie do powiatu łaskiego, położone o dwie mile od Łodzi, nad rzeką Dobrzynka, ma do 7000 ludności, przeważnie przemysłem tkackim się trudniącej. Okolica płaska, niezbyt urozmaicona, dawniej cała pokryta była lasami, a nawet jeszcze przed kilkunastu laty do bardzo lesistych się liczyła. Dziś szczątki tego bogactwa przyrodzonego topnieją nader szybko.

Nazwę miasta Pabianic podanie miejscowe wyprowadza od zameczka w lasach zbudowanego, w którym książęta polscy myślistwem się pobawiali i który też dawniej miał się zwać Pobawianice. Zamek ten, jak mówi Długosz, stanowił kasztelanię zwaną Chropy, którą Władysław Herman w roku 1084 nadał wiecznymi czasy kapitule krakowskiej, jako podziękowanie Bogu za długo wyczekiwanego potomka Bolesława, później Krzywoustym zwanego.

Kiedy Pabianice ogłoszone zostały miastem, nie wiadomo. Że jednak były w dość kwitnącym stanie (jak większa część dziś lichych miasteczek), dowodzi przywilej Zygmunta Augusta, wydany 1555 r., ustanawiający cechy: 1. kowali, ślusarzy, kotlarzy, nożowników, mieczników, robiących kosy; 2. cech robiących powozy, kołodziejów, bednarzy, cieśli i innych; 3. sukienników, czapników, krawców, Płócienników i innych; 4. Szewców, rymarzy, siodlarzy etc. ; 5. kuśnierzy, białoskórników, piekarzy etc.

Dziś miasto dzieli się na Stare i Nowe. Pierwsze nie przedstawia żadnych śladów dawnej pomyślności; ludność chrześcijańska trudni się prawie wyłącznie uprawą roli, a żydowska handlem. Nowe miasto, założone przez cudzoziemskich przybyszów, przerosło je o wiele liczbą ludności, zamożnością i okazałością. Tu stanęły fabryki wyrobów wełnianych, bawełnianych i półjedwabnych, rozsyłając ten towar po całym królestwie, a nawet w głąb cesarstwa.

Zamek niewielki, ale piękny pomnik gotyckiej struktury, zbudowany podobno przez Kazimierza Wielkiego, leży nad samą rzeką, pomiędzy Starym a Nowym miastem. Według tradycji, królowa Jadwiga w nim przebywała podczas sejmu w Sieradzu się odbywającego. Jeszcze w początkach bieżącego wieku otaczał go zwierzyniec, rozciągający się mianowicie w tej części, gdzie dziś Nowe miasto; obecnie mieszczą się w nim władze municypalne. Przerabiany wielokrotnie, odpowiednio do nowych potrzeb, stracił ostrołukowe okna i bramę wspaniałą, w miejsce której skromne drzwi na boku wybito. Mimo tego oszpecenia, jeszcze piękną stanowi całość, jak to przekonuje załączony drzeworyt, zrobiony według fotografii zdjętej przeszłego lata.

Kościół parafialny, fundowany 1595 r. przez kanoników katedry krakowskiej, jest to okazała i obszerna budowla, ale wielokrotne przebudowania odebrały jej harmonię stylu. Już w bieżącym wieku dwukrotnie zmieniano kopułę wieży, a coraz to z mniejszym gustem.

Michał Rawicz-Witanowski w Wędrowcu (nr 50/1899 r.), łącząc zniekształcone fakty z legendami, dał taki oto obraz Pabianic:

W miejscowości, gdzie dzisiaj mnóstwo kominów fabrycznych wskazuje na ożywiony przemysł, a gwara niemiecka coraz częściej niemile uderza ucho polskie – przed wiekami zalegała głucha puszcza, pełna błot i trzęsawisk, stąd też i wznoszący się pośrodku zamek książęcy, czyli kasztelania, nosił miano Chropy.

W r. 1085 niezwykły ruch zapanował w zapadłym tym ustroniu; sam bowiem książę krakowski, Władysław Herman, korzystając z pięknej jesieni, przybył z licznym dworem zabawiać się ulubionymi łowami w otaczającej puszczy. Małżonkowi towarzyszyła pełna wdzięków młodości Judyta, córka Adelajdy, królowej czeskiej, a wnuka Andrzeja Węgierskiego. I oto d. 2 września powiła tu dawno oczekiwanego dziedzica tronu książęcego, Bolesława, przezwanego z czasem Krzywoustym, który zwycięski swój oręż miał ponieść daleko, między napastniczych sąsiadów. Pobożna księżna przypisując tę łaskę nieba modłom świętego Idziego, do którego zwłok w Langwedoku, we Francji, wysłała poselstwo z bogatymi darami, prośbami swymi tyle wymogła na uradowanym z narodzin Hermanie, że ten rozległą kasztelanię Chropy, gdzie Bóg obdarować go raczył pierworodnym dziecięciem, na wieczne czasy oddał kapitule krakowskiej, spośród której wyznaczony Piotr jeździł w poselstwie do Francji.

Niedługo jednak ta niewiasta nabożna, która, według słów kronikarza, „co miała, wszystko przebóg rozdawała”, cieszyć się miała widokiem jedynaka. Śmierć okrutna w miesięcy kilka ścięła tę królewską latorośl, nie pozwoliwszy matce dożyć czasów, w których syn jej zasłynąć miał męstwem i szlachetnymi czynami. Płakała jej cała Polska dla cnót znakomitych, mianowicie dla osobliwego przywiązania do narodu, któremu panowała.

Odtąd dobra chropskie stale należały do kapituły krakowskiej, od której wnuk Władysława Hermana, Kazimierz Sprawiedliwy, w r. 1189, zapewne za dobrowolną ugodą, wziął takowe, obowiązując się oddać je na każde zapotrzebowanie. Głównie zamiłowanie łowów, jakim odznaczali się Piastowie nasi, musiało przynosić korzyść kapitule, gdyż tego roku staje nowa umowa, stwierdzona podpisem króla, że w zamian za pozwolone sobie polowanie do śmierci, w tychże dobrach Chropy i Kalnie, razem z prawem do stanu, do nastawy, do przewozu (obowiązki dostarczania monarsze i jego dworowi koni, żywności, wozów) itp., przyrzeka wydawać za to kanonikom krakowskim ubitą zwierzynę.

Wkrótce stanąć tu musiał kościół parafialny, skoro bulla Honoriusza III z r. 1220 stanowi rozjemcę sporu między kapitułą krakowską a jej proboszczem, który z powierzonych pieczy jego dóbr nic nie chciał płacić. Skrzętna o dobro swe kapituła nie tylko w r. 1297 d. 28 lutego uzyskała od króla Łokietka, bawiącego w Brzeźnicy, zatwierdzenie nadanych przez poprzedników jego swobód w kluczu piątkowskim (tak zwany z biegiem czasu obszar opola Chropy), lecz tegoż dnia i miesiąca pozwolił im wieś Piątkowisko (Pantkonisch) podnieść do godności miasta, rządzącego się prawem niemieckim lub w im dogodniejszej miejscowości opola – takowe erygować.

Jak postąpiła sobie w tym razie kapituła krakowska, dokładnie orzec trudno, sądząc jednak z tego, ze Piątkowisko pozostało nadal wsią na prawie polskim – przypuszczać należy, że z nadania Łokietkowego skorzystała kapituła, podnosząc do rzędu miast wieś Pabianice, mającą dogodne położenie nad brzegiem rzeki Dobrzynki (u Długosza Nyrzecz), i w środkowym punkcie rozległej włości kapitulnej.

Wówczas to na gruzach dawnego kasztelu stanąć musiał z początku dworzec administratora klucza pabianickiego, wreszcie za czasów syna Łokietkowego, Kazimierza, ów okazały zamek, którego włoska struktura, mimo wieków, ciążących na nim, przypomina budowle Sandomierza, Kazimierza nad Wisłą i innych wspaniałych gmachów, którymi król chłopów przyozdobił drewnianą Polskę.

W nowo erygowanym mieście, wśród okazałych budowli świeżych, stała uboga drewniana świątynia Pańska, pod wezwaniem św. Mateusza Ewangelisty i św. Stanisława, i taką jeszcze około r. 1470 znalazł Długosz, opisując uposażenie diecezji krakowskiej. Przypisuje on fundację jej Jarosławowi Skotnickiemu, arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, gdy, według wszelkiego prawdopodobieństwa, kościół ten od dawna istniał, i raczej zgodnie ze zdaniem heraldyków naszych, zawdzięczyć mu należy opatrzenie kościoła tego w r. 1341 dziesięcinami na wsi Chocieszowie. Wkrótce stać się on musiał pastwą płomieni, gdy tenże historyk wspomina o przeniesieniu go na inne miejsce, a odbudowany z kamienia, przyjął postać obecną. Ślad późniejszych restauracji zachował się dotąd na nieotynkowanych murach, oraz w napisie, umieszczonym po lewej stronie kościoła, nad zamurowanymi obecnie drzwiami. Brzmi on jak następuje Beati qui habitant in domo, Tua Domine. Jakub Fusski, muliarz krakowski, rękąm własnąm I+N+R+I+A+D +1585.

Kończy napis ten znak kamieniarski w kształcie krzyża przejętego strzałą o zakrzywionym grocie.. Nazwisko majstra mularskiego obcokrajowym brzmieniem swoim przypomina nam zwyczaj czeladzi zagranicznej, która, szukając u nas zarobku, wsiąkała po większej części w naszą społeczność; z drugiej zaś strony zdaje się wskazywać, że w takim Krakowie, Warszawie, Poznaniu kunszta i rzemiosła wysoko stać musiały, skoro do znaczniejszych budowli nie tylko Korony, ale i Litwy nawet, z Krakowa np. do Kretyngi, sprowadzano majstrów mularskich.

Okazała ta budowla, z ośmiokątną zamczystą wieżą, panuje nad całą okolicą. Nad głównym wejściem spostrzegamy umieszczony herb kapituły krakowskiej: trzy korony złote w polu białym. Wdzięczne duchowieństwo miało herb ten przyjąć do swej tarczy, gdy po śmierci Aarona arcybiskupa (1058) nikogo nie było w Polsce, który by godła tego używał. Jako świadectwo minionej przeszłości nic więcej nie pozostało nad dwie tablice pamiątkowe, wmurowane w ściany wewnętrzne kościoła. Nad nimi umieszczone w medalionach płaskorzeźby, mają według miejscowej tradycji, przedstawiać Władysława Hermana i żonę jego, Judytę. Mrok, panujący w świątyni, nie pozwolił mi odczytać napisów, a przez to sprawdzić wiarygodność legendy.

Próżno też szukałem jakiej pamiątki po drugim sławnym mężu, który tu chwilowo przebywał. Przy kościele tutejszym, jako własności kapituły krakowskiej, miał chwilowo przebywać Mikołaj Kopernik, kanonik frejburski, stąd powstało błędne mniemanie, jakoby sławny astronom tu się urodził, co miało potwierdzać rozrodzenie się w tych stronach (mianowicie we wsi Łaskowicach, inni mówią, że i w Karniszewicach) rodziny włościańskiej Koperników.

Po kościele, do którego tyle wiąże się wspomnień, najpierwsze zajmuje miejsce zamek. Zbudowany w czworobok, podparty ze wszech stron skarpami, zakończeniem zębatych szczytów, zasłaniających dach, przypomina ratusz w Sandomierzu lub Sukiennice krakowskie. Na ścianie frontowej miał być niegdyś napis, jakiej treści, nie można się było dowiedzieć, jedynie tylko z zachodniej strony widzimy tu herb podobny do tego, jaki zdobi wejście świątyni.

Istnieje też podanie, że zamek łączyć się miał z kościołem podziemnym przejściem; jako dowód pokazują w zakrystii loch, który jednakże gruzy z obrywających się ścian zawaliły zupełnie. Obecnie mieści się tu magistrat, co nie pozwala ostatecznie upaść starożytnej budowli, nieumiejętnie tylko dokonywane odnawiania zacierają jego cechę stylową. Mury te oglądały jeszcze Jagiellonów! Oto w r. 1432, gdy Władysław Jagiełło powracał z Mazowsza do Krakowa, zastąpiło mu drogę w Pabianicach poselstwo czeskie, złożone z najznakomitszych przedstawicieli stronnictwa husyckiego, którzy wynurzywszy użalenie nad klęską, jakiej Polska przez ostatni najazd krzyżacki doznała, oświadczyli chęć niesienia pomocy przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, którego już oręż czeski dosięgnął, posiłkując Polakom pod Grunwaldem. Do tego przyjacielskiego oświadczenia załączyli posłowie prośbę, aby król przebaczył bratu swemu, ks. Korybutowi, jego dawne przewinienie; nie zapomnieli zaznaczyć przy tym, że synod, odbywający narady swoje w Bazylei, wielce jest dla nich przychylny, gdy w celu pojednania ich z Kościołem powszechnym umyślne do sejmujących stanów wysłał poselstwo. Nie mogło w lepszą porę stanąć owe poselstwo przed sędziwym królem, który razem z radą przyboczną zajęty był przygotowaniem nowej wyprawy przeciw wiarołomnemu zakonowi. Łaskawie przez monarchę i senatorów przyjęci Czesi, nie tylko hojnie podejmowani byli na zamku, lecz, mimo niepewnego ich stanowiska względem Rzymu, za pozwoleniem obecnego prymasa, Jastrzębca, tudzież biskupów kujawskiego, poznańskiego i chełmskiego, przypuszczono ich do uczestnictwa w publicznych nabożeństwach. Zgorszyło to wielu wiernych, tym więcej, gdy wieść doszła, że biskup krakowski, Zbigniew, przed heretykami drzwi święte zamykać kazał, a nawet na całą diecezję rzucił interdykt. Drugim gościem z onego rodu Jagiellonów był w r. 1463 Kazimierz. Wspaniale podejmowany w Pabianicach i Tuszynie przez Jana Rzeszowskiego, kanonika krakowskiego i dzierżawce dóbr całych, listem, zachowanym dotąd w archiwum kapitulnym, zastrzegł, że podobny traktament nie ma się liczyć na przyszłość kapitule za obowiązek.

Michał Rawita Witanowski h. Rawicz (1858-1943) – regionalista, krajoznawca, historyk.


Elzbieta Ettinger w powieści „Kindergarten” (Boston 1970) przedstawia losy Elli Rostow, która czyni wiele starań, aby przetrwać Holokaust, walcząc  jednocześnie w getcie warszawskim i współpracując z polskim podziemiem. Przyjeżdża także do … Pabianic.

(…) It was agreed that one of the girls would go to Pabianice to see Old Man. Ruth decided that Elli would go. On the train Elli squeezed herself ever more tightly into her corner to make sure she was completely concealing the yellow star. (…) Zapamiętała, że chodząc ulicami Pabianic, nawet po ciemku,  mogła rozpoznać każdy dom i każde drzewo. She remembered going slowly through the streets in Pabianice where even in darkness she could recognize every house and every tree. (…)
Elzbieta Ettinger (1925-2005) – profesor literatury w Massachusetts Institute of Technology, autorka m.in. biografii “Rosa Luxemburg”, “Hannah Arendt – Martin Heidegger”.


Ambroży Nieszporkowicz w rejestrze cudownych uzdrowień zawartym w opracowaniu „Odrobiny ze stołu królewskiego Królowej Nieba i Ziemi Najświętszej Bogarodzicy Panny Maryi” (1720) zapisał pod rokiem 1639, że Jadwiga Siderzyna z Pabianic miasteczka w paraliżu bólami i utęsknieniem ściśniona już rozpaczała o życiu. Ale słysząc od pobożnych ludzi rozmowy i rozpamiętywania rozlicznych łask i cudów Najświętszej Panny na Jasnej Górze, wzbudziła w sobie afekt podobnej łaski proszenia N. Panny, a dla prędszego dostąpienia jej, postanowiła na umyśle drogę za to odprawić. Zaraz tedy odkąd lepiej się poczuła, i w prędce do zdrowia pierwszego przywrócona pospieszyła z kompanią na miejsce święte jako z świadkami tego wiadomemi.

Ambroży Nieszporkowicz (1643-1703) – paulin, definitor, pisarz i mariolog.

Dziewiętnastowieczni autorzy dość chętnie pisali o „starożytnych” Pabianicach, z których miała się wywodzić rodzina Mikołaja Kopernika. Na przykład Adrian Krzyżanowski opublikował pracę pod charakterystycznym tytułem „Dawna Polska ze stanowiska jej udziału w dziejach postępującej ludzkości skreślona w jubileuszowym Mikołaja Kopernika roku 1843” (1844).

(…) Poczynająca się od r. 1392 księga aktów radzieckich krakowskich, o której spomnieliśmy, kończy się na roku 1431. Następujący po niej volumen zaczyna się od r. 1450. A tak blisko z 20 lat nie dostaje aktów, w których może się jeszcze znajdowała jaka wzmianka o dziadzie Astronoma naszego. Do tego okresu trzeba odnieść podanie, iż dziadowi Astronoma naszego nie były obce Pabianice, dokąd miał się udawać na zaprowadzone do tego miasteczka przez króla Jagiellona czeskie nabożeństwo, użyty będąc do pewnych poruczeń przez kapitułę krakowską, do której dobra pabianickie należały.

Dobra pabianickie, jako własność kapituły krakowskiej składały się według jej aktów, z miasteczka Pabianic, odległego o 6 mil od Sieradza, i z 34 wsi. Te wsie, między niemi Łaskowice, są wymienione w aktach rzeczonej kapituły z r. 1496. Wieś Łaskowice jest ojczyzną żyjącej jeszcze dotąd rodziny kmiecej Kopernogów lub Kopernigów, której nazwa mogła być pochwycona, jak to się zdarza między naszym ludem, od Koperników krakowskich, gdy ci przebywali w dobrach pabianickich. W poczcie imiennym mieszkańców tej wsi, sporządzonym podczas lustracyi dóbr na rozkaz kapituły przez kanoników Sebastyana Starczewskiego i Stanisława Cieńskiego, występuje pod rokiem 1651 Paweł Kopernog półrolnik, pod rokiem 1677 Wawrzyniec Kopernig półrolnik. (…)

Adrian Krzyżanowski h. Dębno (1788 -1852) – matematyk i historyk.

X. Roman Szlosman w Przeglądzie Katolickim (nr 36/1871 r.) kontynuuje wątek Kopernikański.

(…) Historycy nasi przyjęli, że dziad astronoma Mikołaja Kopernika, także Mikołaj, przybył w r. 1396 z Czech do Krakowa, że tenże był używany przez kapitułę krakowską do posług dóbr pabianickich, był powroźnikiem, a nawet oskarżają go o husytyzm. Podług wszelkiego prawdopodobieństwa, przypuścić trzeba, że jeżeli kapituła krakowska używała Kopernika do załatwiania interesów swych w dobrach pabianickich, znać go musiała jako dobrego katolika. Cudzoziemiec w owe czasy wątpić należy, aby mógł był zjednać sobie tak prędko zaufanie kapituły krakowskiej. Stąd radzi byśmy widzieć, gdyby uczeni nasi wertując pozostałe papiery kapituły krakowskiej z czternastego wieku, mogli udowodnić, że Kopernik nie z Czech, ale z ziemi sieradzkiej dóbr pabianickich, a należących do kapituły krakowskiej przybył do Krakowa. Jego ojciec mógł być ekonomem lub rządcą zamku pabianickiego, a syna lepiej wychowawszy, polecił kapitule krakowskiej. Ślady twierdzenia naszego pozostały w aktach kościoła pabianickiego i w tradycji żywej ostatniego z żyjących jeszcze do dziś dnia Wojciecha Kopernoga.

Może powie kto, że za śmiałe twierdzenie moje, gdyż brak dowodów? Odpowiem mu: są dowody mocniejsze niźli pisarzy niemieckich, którzy Mikołaja Kopernika gwałtem Niemcem mieć chcą. Za przykład niech posłuży niemiecka Encyklopedia Brockhausa 1853 r. tom IX str. 148, gdzie podano następny dowód, że Mikołaj Kopernik był Niemcem: „Kopernik Nicolaus Vater stammt aus Westfalen, besuchte die Schule zu Thorn, studirte daselbst Medicin, Mathematic und Astronomie”.

W następnym numerze PK (37/1871 r.) Roman Szlosman pisze między innymi o szkole pabianickiej.

Jan Śniadecki w żywocie Hugona Kołłątaja opisuje nam skład szkół całego Królestwa Polskiego z dawnych czasów. Mówi, że po akademii krakowskiej, zamojskiej były kolonie (filie) ; po nich szkoły mniejsze, do których posyłano tylko filozofii doktorów na dozorców. Takie szkoły były w Gnieźnie, Warszawie, Widawie itd. Jakkolwiek dotąd nigdzie nie czytałem, aby podobna szkoła mniejsza znajdowała się w Pabianicach, jednakże są ślady w aktach kościelnych, że takowa w 17 wieku tu istniała. Tak czytamy w niektórych miejscach, że w roku 1630 był Jakub Lutomirius dr filozofii, a w r. 1676 Andrzej Maśliński dyrektorem szkoły pabianickiej. Często spotkać można doktora filozofii i św. teologii.

W 1673 roku jednocześnie pięciu było księży w Pabianicach. Parafia była nieliczna, do posługi jeden ksiądz wystarczał. W wielu miejscach jest mowa, że ojcami chrzestnymi byli studenci szkoły pabianickiej. W roku 1631 osiem takich aktów było, coraz to inne nazwisko. Łatwo przeto przypuścić, że kanonicy krakowscy urządzili tu szkołę mniejszą, której uczniów nazywano studiosi. W 1791 roku liczyła parafia pabianicka 514 dusz, a dziś przeszło 8.000.

Roman Szlosman (1832 – 1898) – proboszcz w Koźminku, Brudzewie, Mierzynie, Rajsku, wikariusz w Pabianicach i Wieluniu, współpracownik Przeglądu Katolickiego i Pamiętnika religijno-moralnego.

Felix Zieliński w artykule „Liber Beneficiorum Długosza” – Biblioteka Warszawska. Pismo poświęcone naukom, sztukom i przemysłowi 1872 r. podaje:

Pabianice czyli Kasztelania Chropy nadaną była w r.1084 czy 1086 przez Władysława Hermana za wstawieniem się jego małżonki Judyty kapitule krakowskiej. Dobra te odległe od Krakowa, w obcej diecezji położone, z początku kapituła zaniedbała. Tego zaniedbania użył za pozór Kazimierz Sprawiedliwy do zajęcia na siebie dóbr rzeczonych, które dopiero w roku 1189 kapitule zwrócił, pisząc w dokumencie, że zajął na siebie „Chropensium provinciam” gdyż była a multis retro neglecta, i zwraca ją kapitule w lepszym stanie (emendatam).

Pomimo tych ulepszeń w kulturze, Pabianice jeszcze w roku 1286 nazywały się Kasztelanią Pustkowicką, kiedy Leszek Czarny w ugodzie z Pawłem z Przemankowa uwolnił je od powinności książęcych. Można więc uwierzyć Długoszowi gdy nadmienia, że w czasie nadania Pabianice były lesiste i mało miały osad. Większe zasiedlenie Pabianic liczyć dopiero można od końca dwunastego wieku. Za czasów Długosza było w tych dobrach dwa miasteczka (oppida) i 28 wsi.

Zwykle dzierżawił te dobra na lat trzy jeden z prałatów i kanoników krakowskich „qui melior politicus et justitarius esse creditur”, płacąc kapitule dwieście lub trzysta grzywien rocznej dzierżawy, co na dzisiejszą monetę wyniesie około tysiąca do tysiąc pięćset rubli srebrnych. (…)

Powinności włościańskie dla dworu tak w Pabianicach jak w ogóle dóbr duchownych , wykazane w księdze beneficjów dają się ująć w cztery grupy: czynsz (census), osep (annona, ziarno)), daniny (daciae), robocizna.

Andrzej Moraczewski w „Starożytnościach polskich ku wygodzie czytelnika” (1842) zamieszcza hasło : Pabianice, które nie do końca odpowiada ustaleniom współczesnym.

Pabianice, miasto w województwie sieradzkiem nad rzeczką Dobryńką o sześć mili od Sieradza. W XI wieku, gdy Judyta długo bezpotomna małżonka Władysława Hermana, powiła nareszcie syna Bolesława, król za wstawieniem się tejże małżonki na podziękowanie Bogu, nadał majętność Chropy, teraz zaś Pabianice zwaną, Kapitule Krakowskiej. Później jednak zmuszona była kapitula ustąpić te dobra jednemu z następnych królów, lub do niego należących, gdyż w roku 1189 Kazimierz Sprawiedliwy nadał powtórnie Chropy, poprzednim duchowym jej posiedzicielom (posiadaczom). Nazwisko Pabianice już Długoszowi znane było, lecz kiedy Pabianice do rzędu miast wyniesione zostały, nie jest wiadomo. Pierwsze pewne świadectwo o tym mieście mamy dopiero z czasów Zygmunta Augusta, gdy w roku 1555, nadał przywilej cechy rzemieślnicze w mieście porządkujący. Kościół parafialny pabianicki fundowany był w r. 1595 przez kanoników katedry krakowskiej, a kanonik Mikliński kościół uposażył i wzniósł ołtarze. Dwa wielkie obrazy w presbitorium są jeszcze z roku 1637. Zamek, który trwa dotąd w całości jest w stylu gotyckim i sięga XVI wieku. Według Łubieńskiego (Świat cały), dobra pabianickie składają się z miast: Pabianice i Rzgów, tudzież 35 wsi.

Andrzej Moraczewski (1802 – 1855) – historyk, publicysta, konspirator.

Kapituła krakowska starała się bronić dóbr pabianickich przed zakusami książąt i pomnażać swoje przywileje. W 1251 r. Kazimierz Kujawski (wnuk Kazimierza Sprawiedliwego) wydał w Kowalu postanowienie, na mocy którego ludność opola chropskiego została zwolniona od danin w prosiętach, tłuszczu, miodzie i piwie. W 1286 r. w Krakowie Leszek Czarny poczynił dalsze ustępstwa na rzecz kapituły. Pisze o tym Aleksander Przeździecki w pracy „Paweł z Przemankowa: rys historyczny z drugiej połowy XIII wieku w Polsce, z nieznanych po większej części lub mało znanych źródeł skreślony” , Biblioteka Warszawska 1851 r. Autor przytacza treść przywileju księcia krakowskiego dotyczącego włości pabianickiej. Leszek Czarny przegrał spór z biskupem krakowskim Pawłem z Przemankowa.

(…) Niechże wiadomo będzie teraźniejszemu i przyszłemu wiekowi, iż my, Leszek, z Bożej łaski książę krakowski, sandomierski i sieradzki, gdy żagiew nienawiści, nasienniki (zasiew) nieprzyjaźni i niezgód koleje, między wielebnym ojcem naszym Pawłem, biskupem krakowskim, z jednej strony, a nami z drugiej, z poduszczenia nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego, wzniecone zostały; pragnąc teraz pomienioną żagiew zgasić, rzeczone nasienniki wyrwać, i wspomniane koleje (przeszkody) do szczętu wygładzić, aby między nami czysta miłość i przymierze wiecznej przyjaźni, w pokoju, wytrwałości i zgodzie, na wieki dotrwały; (…) Nadto, tytułem nieodwołalnej darowizny, nadajemy kasztelani pustkowickiej, leżącej w ziemi sieradzkiej, oraz wszystkim wsiom tej kasztelanii i mieszkańcom, oraz czasowo mieszkającym (incolis et inhabitatoribus), zupełnie te same swobody, któremi wsie kapituły krakowskiej, z łaski poprzedników naszych wiecznemi czasy obdarzone zostały. To jest: ażeby wszyscy w całej kasztelanii pustkowickiej, i wsiach do niej należących, takich swobód zupełnie używali, jakie osadnikom niewolnym (ascriptitti), świętej stolicy krakowskiej, z dawien dawna służą.

Kasztelanię pustkowicką, wraz z jej wsiami i mieszkańcami wszystkimi, uwalniam zupełnie od stróży (stróża- odbywanie straży), stanu (stan – udostępnienie kwatery), powozu (powóz- podstawianie wozów do transportu) i od wszystkich innych służebności, służb, opłat, podatków i posług zwyczajnych, i nadzwyczajnych (angariis et perangariis), pod jakim bądź nazwiskiem (nazwą) i komukolwiek by się należały. Uwalniam także od władzy naszej i następców, i dziedziców naszych, także wszystkich kasztelanów, wojewodów i jakich bądź sędziów, urzędników, władz i urzędów.

Nikomu więc oprócz kapituły krakowskiej, lub tego, który je z nadania tejże kapituły posiadać będzie, podlegli nie będą. Z tym jednak wyjątkiem, że wedle dotychczasowego zwyczaju, do naprawy zamku i mostu sieradzkiego należeć będą; a w razie napadu wojska nieprzyjacielskiego na ziemię sieradzką na obronę tejże ziemi (ale w żadnym innym razie) służbę najemną pełnić będą. Nadto jeżeli raz w roku zdarzy się nam przez grunt tej kasztelanii dla łowów przejeżdżać, to nas swoim kosztem utrzymywać i przeprowadzić obowiązani będą, oraz do przewodu (przewód – przewóz rzeczy księcia) wedle zwyczaju tej ziemi.

Te więc przyrzeczone darowizny, swobody, ulgi wszystkie, które nadaliśmy dla zadośćuczynienia rzeczonemu biskupowi i kościołowi jego, oraz dla zbawienia duszy naszej i najukochańszej małżonki naszej Gryfiny, oświeconej księżnej tych ziem, oraz poprzedników naszych, obiecujemy w dobrej wierze, za siebie i za dziedziców lub następców naszych, stale i wiecznie dotrzymywać i nic przeciwnego nie czynić, ani przez siebie, ani przez kogokolwiek, ani prawem, ani fortelem, ani czynem żadnym, i nie odwoływać ich żadnym sposobem, ani dla żadnej przyczyny, dopóki rzeczonego ojca (biskupa) i kapituły jego stałość ku nam wedle sprawiedliwości dotrwa.

Ten zaś ojciec nasz biskup i pan widząc życzliwość naszą ku niemu i kościołowi jego, rzeczone 3.000 grzywien srebra przez pośredników i arbitrów wspomnianych z łaski swojej i hojności nam darował.

Na oczywiste tedy i pewne świadectwo wszystkiego o czym wyżej wspomniano, kazaliśmy niniejszą kartę napisać i obwarować pieczęciami, naszą, ukochanej małżonki naszej, która zgodę swoją na powyższe nadanie oświadczyła oraz przerzeczonych (wspomnianych) pośredników i arbitrów. Działo się publicznie w Krakowie, roku pańskiego 1286. Obecni byli: hrabia Boxa wojewoda sandomierski; mistrz Mikołaj archidiakon, Michał kustosz krakowscy, Floryan kasztelan lubelski, Wojciech łowczy. Mszczuj koniuszy, Mścigniew podkomorzy sieradzki, innych wielu. Dano przez ręce Prokopa kanclerza naszego krakowskiego, arbitra rzeczonego.

Aleksander Przeździecki h. Pierzchała (1814 – 1871) – historyk i edytor.


W 1843 roku wyszła drukiem praca Michała Balińskiego i Tymoteusza Lipińskiego „Starożytna Polska pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym”. Autorzy piszą także o starożytnych Pabianicach.

Pabianice, czyli Pabianice, nad rzeką Dobrynką wpadającą do Neru, o 6 ½ mili od Sieradza. Podług tradycji miejscowej była to wieś Słupiec zwana, i wśród lasów leżąca, która z czasem od bawienia się książąt na łowach, nazwę Pobawianice przybrała. Ale dawne dzieje nasze powiadają co innego. Podług Długosza w XI wieku stał na tem miejscu zamek, który z okoliczną włością stanowił hrabstwo czyli Kasztelanię zwaną Chropi, do Ziemi Sieradzkiej należącą. Władysław Herman nadał ją w r. 1084 wiecznemi czasy Kapitule krakowskiej, za wstawieniem się królowej Judyty, żony swojej. Powodem tego daru było ubłaganie niebios przez solenne wota, za poradą Lamberta Biskupa Krakowskiego, że królowa długo bezpotomną, porodziła mu na koniec syna Bolesława, chociaż i sama prędko z połogu tego umarła.

Dobra te jednak zmuszona była Kapituła Krakowska sprzedać później jednemu z poprzedników Kazimierza Sprawiedliwego, najpodobniej zaś matce jego, a drugiej żonie Bolesława Krzywoustego. Ale Kazimierz wdzięczny zapewne za przychylność Biskupa i Kapituły Krakowskiej, aktem w r. 1189, wrócił je bezpłatnie tejże Kapitule, dodając inne jeszcze dochody.

Za czasów Długosza w XV wieku, już to miejsce nazywało się Pabianice, nie wiemy jednak czy były już miastem. Dopiero za Zygmunta Augusta znajdujemy urzędowy dowód tego. Król ten widząc, że miasto Pabianice ma znaczną liczbę rozmaitych rzemieślników, ustanowił dla ich korzyści i porządku publicznego cechy.

Przywilej w tym celu wydany r. 1555, wyraża między innemi: „Pragnąc miasto Pabianice w Ziemi Sieradzkiej, do Kapituły Katedry Krakowskiej należące, w dobrym zarządzie i porządku utrzymać i rzemieślników (mechanicos) zachęcić, ustanowiliśmy kontubernie i bractwa: 1szy Cech kowali (fabrorum ferariorum), ślosarzy (serrificum), robiących wędzidła (frenificum), kotlarzy (caldeatorum), robiących kosy (falcificum), prasołów (salicidarum) i innych trudniących się żelaznymi wyrobami; 2gi Cech powozy robiących (currificum), kołodziejów (ratificum), stolarzy (mensatorum), bednarzy (deleator), cieśli (fabrorum lignatorium), i innych zajmujących się robotami z drzewa; 3ci Cech sukienników, czapników, krawców, płócienników i innych wełną i przędzą trudniących się; 4ty Cech szewców, rymarzów, siodlarzy, torby robiących (perificum), i innych skórzanymi robotami zajętych; 5ty Cech kuśnierzy, białoskórników (alutariorum hoc est samesnikow) i piekarzy”.

Tenże sam przywilej stanowi potem przepisy dla pomienionych cechów, obowiązki czeladzi, opłatę wstępujących do cechu itp. Zabrania na koniec, żeby w odległości mili jednej do koła, żaden szewc, kowal, kuśnierz, sukiennik i łaciarz nie ważył się po wsiach zatrudniać rzemiosłem, pod karą utraty wyrobionych towarów, które magistrat ma zabierać.

Kościół tutejszy parafialny fundowany jest r. 1595 przez Kanoników Katedry Krakowskiej. Znajdujące się w Prezbiterium dwa wielkie obrazy męczeństwa Ś. Wojciecha i Ś. Stanisława są jeszcze z r. 1637, odnowione w r. 1700. Kanonik Krakowski Mikliński uposażył kościół i ołtarze porobił. Zamek, który trwa dotąd w całości i jednym jest z pięknych pomników budowy gotyckiej w naszym kraju, musiał być stawiany przynajmniej na początku XVI wieku.

Tymoteusz Lipiński (1797-1856) – historyk, archeolog.

Michał Baliński (1794-1864) – historyk, pisarz, publicysta.


Ernest Łuniński (Deiches) w książce publicystycznej „Echa wczorajsze” (1925) powraca do początków pierwszej wojny światowej w Pabianicach. Wtedy to grupa mieszkańców witała hołdowniczo żołnierzy niemieckich, narażając się na odwet Rosjan.

(…) Równocześnie nałożyły te władze na Żydów w Pabianicach koło Łodzi, kontrybucję za sympatię dla najazdu pruskiego! … Warto powołać się na urzędowy komunikat rosyjski z 1 listopada 1914 roku. Powiedziano w nim wyraźnie: „Pozbawione są wszelkiej podstawy wieści, szerzone przez gazety niemieckie, jakoby w Cesarstwie, a szczególniej w guberniach nadwiślańskich, prześladowano ludność żydowską. O żadnych prześladowaniach nie ma nawet mowy. Każdy wie, że wojna prowadzona jest w przyjemnem usposobieniu wobec wszystkich narodów zamieszkałych w Rosji. Niestety, wbrew artykułowi 44 konwencji haskiej wojska nieprzyjacielskie zjawiające się w granicach państwa rosyjskiego, żądają przeważnie od Żydów dostarczanie im wieści o armii naszej i naszych środkach obronnych, wystawiają ich przeto po wycofaniu się niebezpieczeństwo odpowiedzialności za okazaną pomoc wrogowi, zgodnie z surowością praw czasu wojennego”.

Ernest Łuniński (1868-1931) – historyk i publicysta, dyrektor Wyższej Szkoły Dziennikarskiej we Lwowie.

Adolf Nowaczyński w tomie szkiców „Słowa, słowa, słowa…” (1938) porównuje krakowskie Podgórze do podłódzkich Pabianic.

Powodzie pamiętam od dzieciństwa, od najwcześniejszego. Urodziłem się bowiem nad Wisłą, powiedzmy sobie tysiąc najwyżej kroków od Wisły. Jak Lorentowicz nawet nie w samej Łodzi, ale w Pabianicach, tak jak nawet nie w Krakowie samym, ale w Podgórzu, czyli jak krakowianie ośmielają się mówić „na Podgórzu”, jak się też mówi deminutywnie „na Litwie” zamiast „w Litwie”. (…)

Adolf Nowaczyński (1876-1944) – dramaturg, satyryk, eseista, publicysta.

Henryk Samborski we „Wspomnieniach z Powstania 1863 i pobytu na Syberii” pisze o Antonim Zielińskim z Dłutowa, który pod dozorem policyjnym pozostawał w Łodzi i Pabianicach.

Zieliński Antoni, posłaniec, niższy oficjalista gorzelany z Dłutowa, guberni piotrkowskiej wyruszył do partii Oksińskiego, zaliczany do kosynierów, następnie przeszedł do oddziału Taczanowskiego w pułku Słupskiego, do kawalerii. Walczył pod Sędziejowicami i Kruszyną, powrócił dobrowolnie. Pod dozorem policyjnym pozostawał w Łodzi i Pabjanicach.

Henryk (Ostoja) Samborski (1843-1918) – absolwent Szkoły Głównej, powstaniec, sybirak.

W 1921 roku ukazała się sztuka Bruno Winawera „Księga Hioba. Komedia nudna w 3-cg aktach”. Rzecz dzieje się w Warszawie w czasie mizerii powojennej i upadku literatury dramatycznej. Jeden z bohaterów komedii doktor Tadeusz Herup przywołuje pabianicką szkołę początkową.

Herup: Nauka, panno Natalio, jest jak arszenik. W małych dozach wzmacnia organizm. Zażywana w większych dawkach zabija, albo robi z człowieka idiotę. Postanowiłem rozpocząć nowe życie i wykreślić z pamięci wszystko, co wiem ponad kurs szkółki początkowej w Pabianicach. (Poprawia się na fotelu). Co to jest znowu? Aha! (Wyjmuje z kieszeni książkę). Dzieło filozofa angielskiego Carlyle’a „O bohaterach”. Pani zna Carlyle’a?

Tola: Nie, Myśmy tego w naszej szkółce nie przechodzili.

Herup: Hę ? (Śmieje się). Ma pani rację! Złapałem się. Patrzcie, jakie te kobiety są mocne w dialektyce. Ja to czytam dla pewnych celów specjalnych, o których będzie mowa w następnym rozdziale.(…)

Bruno Winawer (1883-1944) – komediopisarz, prozaik, felietonista.



Bruno Winawer powrócił do Pabianic w felietonie „Majnpech i jego kariera” opublikowanym w tygodniku Świat nr 27, 1935 rok.

(…) W rodzinnych Pabianicach zdobył sławę za młodu. Już na ławie szkolnej napisał świetne wypracowanie o tragedii greckiej, o znaczeniu kolei żelaznej czy o wpływie młodości poety na jego starość. W tym też okresie swego życia posiadł i opanował „Historię cywilizacji” Drapera i dwa środkowe tomy encyklopedii Orgelbrandta (od Laagen do Ożotka). Rozgłos jego sięgał daleko poza mury szkolne. Tłumy szeptały: Majnpech. Matki stawiały go synom za wzór. (…)

Ciekaw jestem, co się z nim wreszcie stało?

Jedno wiem na pewno: zagranicą się nie przyjął, nie został Einsteinem, ani córką pani Curie, ani lordem Ruthefordem. Wrócił do kraju! Jest może tym nudnym profesorem ze Lwowa… Albo tym, co te uczone kobyły gryzmoli do tygodnika literackiego… Albo może tym członkiem Akademii … albo dygnitarzem…

Majnpech zrobił karierę. Tego jestem pewien … W Warszawie, nie w Ojdadanowie!

Han Nolan w powieści „If I Should Die Before I Wake” (1994) przedstawia życie w łódzkim getcie, którego mieszkańcy obawiają się, że czeka ich los pabianiczan.

Kolejny dzień był podobny; tylko lekarze i pielęgniarki, policja żydowska, a także strażacy wchodzili do mieszkań. Badali osoby starsze i chorych, którzy próbowali się ukryć. Następnie ciągnęli tych skamlących nieszczęśników do przeludnionego budynku, gdzie czekali na transport. Prawie nie widzieliśmy Bubbe. Musiała być obecna podczas oględzin lekarskich, ale postanowiła wrócić do mieszkań, aby pocieszać tych, którzy jeszcze pozostali. Nawet ona nie mogła nas podnieść na duchu, gdy Jakub przyszedł do domu i oświadczył, że jest plan, aby oczyścić Łódź z Żydów, tak jak to zrobili w Pabianicach.

Han Nolan (ur. 1956) – amerykańska autorka książek dla młodzieży.

Młodopolski autor Andrzej Niemojewski w książce „Doba obecna w Królestwie Polskim” (1905) fascynuje się między innymi „dymiącymi Pabianicami”.

Wydajność jednej kopalni skoczyła z 14 wagonów na dobę do 200 wagonów. Padły puszcze leśne, spłynęły szybami do podziemi, aby drewnianym czołem podpierać skalny sklep po wybraniu węgla. Zadymiły kominy setek fabryk, tytanicznych kuźnic, hut, zagrzmiała uwertura stalowych walców, zaszumiały nieskończone transmisje. Sławna Huta Bankowa w ciągu jednej godziny wyrzucała ze swych czeluści więcej gwoździ niż dawniej w ciągu roku. Zadymiła Łódź, zadymiły Pabianice, Częstochowa, Warszawa … I oto na tem podłożu prawa górniczego roku 1878, na tej metryce, narodził się w Polsce nowy stan, powstała klasa robotnicza.

Andrzej Niemojewski (1864-1921) – pisarz, poeta, religioznawca.

Marcin Kromer w dziele De origine et rebus gestis Polonorum libri XXX znanym także jako „O sprawach, dziejach i wszystkich postanowieniach koronnych ksiąg XXX” oraz „O pochodzeniu i czynach Polaków ksiąg trzydzieści”, czyli „Kronika Polska” wspomina Pabianice. Kronika ukazała się w Bazylei w 1555 r., następne wydania łacińskie to: 1558, 1568, 1582 i 1589. Wydanie niemieckie - 1562, przekład polski – 1611. Cytowany fragment mówi o przymierzu polsko-czeskim zawartym w Pabianicach przeciwko Krzyżakom.

Reuertentem in minorem Polonia, Pabianice quod oppidu cum omni territorio saeri collegii Cracouiesies basilicae est, legati Boemorum haereticoum conuenerunt, auxilia contra Crucigeros pollicentes & Coributo regen reconciliantes.

Marcin Kromer (1512 -1589) – historyk, dyplomata, biskup warmiński, sekretarz króla Zygmunta I Starego. Kromer wizytował także Pabianice.


Kazimierz Konarski opublikował w ilustrowanym dwutygodniku krajoznawczym „Ziemia” (nr 2/1928) artykuł „Ostatnia podróż wizytacyjna ks. Stanisława Staszica”, w którym przypomina wizytę Staszica w Pabianicach i regionie łódzkim. Celem podróży z 1825 roku było zbadanie ośrodków przemysłowych zachodnich województw lewego brzegu Wisły i poznanie hydrografii tych okolic. Spostrzeżenia ogłosił w oficjalnym raporcie, odnalezionym przez autora artykułu w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie.

Konarski: O Pabjanicach, wytrwale zresztą Papjanice pisanych, daje Staszic krótką ogólnikową wzmiankę – imigracja idzie żywo nie tylko z Niemiec, ale i z Czech. Fabrykantów natłok, na pomieszczenie przybywających użyto starego zamku. „Papjanic posada dobra, do podobnych fabryk wygodna, wody ma czyste i obfite”.

Stanisław Staszic odnotował istnienie dworu kapituły krakowskiej (stary zamek) oraz rzeki Dobrzynki (wody czyste i obfite).

Stanisław Staszic (1755-1826) – geograf, geolog, filozof, polityk, minister stanu Królestwa Polskiego.

Kazimierz Konarski (1886 – 1972) – historyk, archiwista, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.


Pabianice skupiały na sobie uwagę najdawniejszych autorów dzięki związkom miasta z Krakowem – kapituła krakowska, dwór królewski. Bartosz Paprocki pisał w „Herbach rycerstwa polskiego” (1584, 1858, 1982): (…) Władysław miał za sobą Judytę, Wratysława czeskiego książęcia córkę, od Adelajdy węgierskiego króla córki; ta gdy przez długi czas potomstwa nie miała, za poradą Lamperta biskupa krakowskiego, z wolą męża swego, posłała posły do narbonieńskiej prowincji do klasztoru świętego Egidziego, gdzie ciało jego leżało, z niemałemi upominki, prosząc, żeby ją Pan Bóg za modlitwami tych tam zakonników, a za zasługą świętego Egidziego pocieszyć raczył, także i koronę polską, aby mieć mogła potomka męskiej płci. A gdy odprawieni byli posłowie, z dobrą nadzieją od opata przyjechali do Polski, zastali panią płodem obciążoną; urodziła potem syna, któremu dali imię Bolesław. Sama miesiąca czwartego potem umarła, o czem Kromera księgi 5, list 94. Ta królowa wszystek sprzęt swój albo ozdobę i skarby za żywota ubogim rozdała, Pabijanice uprosiła kapitule krakowskiej, Łagów biskupowi włocławskiemu, Książnice klasztorowi tynieckiemu na wieczność.

Bartosz Paprocki (1540-1614) – heraldyk polski i czeski, pisarz, poeta, tłumacz.

W XIX wieku wielu autorów pisało o Pabianicach ze względu na zawarte tutaj przymierze polsko-czeskie, domniemane pabianickie korzenie Mikołaja Kopernika oraz … fakt nadania włości pabianickiej kapitule krakowskiej.

Gazeta Wielkiego Xięstwa Poznańskiego: Małżonka Władysława Hermana, Judyta, kościołowi krakowskiemu nadała dobra Pabijanice z dawnymi poddanymi, tj. ludźmi co przez lat 30 zostawali w braństwie, lub co się dobrowolnie przywiązali do gruntu, i z ich potomstwem czyli ojczycami, którzy na gruncie zrodzeni z gruntem całość stanowią, wraz z należącą się od nich pańszczyzną i daninami w zbożu, miodzie i kunich skórkach, cum hominibus adscripticiis, qui per 30 annos fuerunt in manuali possessione, vel qui astricti sunt glebae soli propria professione, et originariis, qui ex adscripticiis nati in ipso solo glebae eoaluerunt in frumentis, melle, pellibus mardurinis, jak Długosz pisze. (Gazeta W. Xsięstwa Poznańskiego, 5.09. 1845 r.)

Jan Lorentowicz urodził się w Pabianicach 14 marca 1868 roku. Usunięty z gimnazjów w Piotrkowie i Częstochowie, za przynależność do nielegalnych kółek oświatowych, uzyskał maturę jako eksterm w Płocku. W 1887 roku zadebiutował tekstem literackim „Michał Zarucha” w Tygodniu piotrkowskim. Akcja opowiadania została umiejscowiona w Podwyszynie - miasteczku przypominającym Pabianice. Lorentowicz ukazuje negatywne skutki fascynacji mediami wśród miejscowych tkaczy. W drugiej połowie XIX wieku nastąpił gwałtowny rozwój prasy i dziennikarstwa. Pojawili się współpracownicy gazet zwani korespondentami. Jan Lorentowicz także nadsyłał swoje korespondencje z Pabianic do Tygodnia.

Jan Lorentowicz „Michał Zarucha: szkic z natury”

Kiedym pierwszy raz zobaczył Zaruchę, mógł mieć nie więcej nad trzydzieści pięć lat. – Był to mężczyzna postaci pospolitej, wysoki, z szorstkim nieco wyrazem twarzy i olbrzymią głową, na której sterczał pęk jasnych, zakurzonych i nieuczesanych włosów. W odzieży widać było zaniedbanie: poplamiony z poobrywanymi guzikami surdut, koszula zawsze pod szyją rozpięta i nieczyszczone nigdy buty – oto charakterystyczne cechy jego stroju.

Szczególne tylko miał oczy: patrząc na nie trudno było określić, jakiego były koloru, bo się lśniły barwami kameleona; ale bo też z oczu tych wyglądała cała niepospolita dusza Zaruchy. Gdyś spojrzał w nie, musiałeś przypatrywać się pilnie, przeczuwając, że Zarucha – to nie zwyczajny robotnik podwyszyńskiej fabryki, że pod tą brudną koszulą i odzieniem kryje się gorące serce.

Przyjaciel mój Adam, do którego przyjechałem do Podwyszyna mieszkał w sąsiedztwie Zaruchów. Było lato; wieczorne zatem godziny spędzaliśmy w cienistym, obrosłym dzikim winem ganku, gdzie nieraz, gadu – gadu o tem i owem, przesiedzieliśmy do późnej nocy.

Leżymy właśnie na długich wygodnych ławkach, a księżyc wdziera się do nas niby gość nieproszony, przez szczeliny pomiędzy liśćmi. Ja odgrzebuję wspomnienia stare, Adam dorzuca do nich swoje komentarze i bardzo nam jakoś wesoło.

Nagle słyszymy pewien szelest pomiędzy krzakami. Wypada z nich jak strzała jakiś człowiek i – trzymając w ręku gazetę – woła już z daleka:

- Jest panie! … jest! … mam!

- Co takiego? – zapytuje zdumiony Adam. – Co macie, Zarucho?

- Wydrukowali – jest – zaraz przeczytam … świecy tylko, świecy!

- Ale cóż będziecie czytali? Mówcież!

- Świecy panie – zaraz …

Adam pobiegł i przyniósł zapalona świecę. Zarucha trzymając w ręku „Gazetę Świąteczną”, począł czytać długą korespondencję o mularstwie i pewnym mularzu, co to nie umiał niegdyś trzech zliczyć, a dziś stawia kominy fabryczne i inne dzieła sztuki mularskiej.

Tak był oszołomiony tym faktem, że „wydrukowali”, iż mię zupełnie nie spostrzegł, chociaż przeszedł obcierając się o mnie. Czytał z iskrzącymi się oczyma, trzęsąc się cały jak w febrze; słowem był podobny do tych twórców arcydzieł, co to po skończeniu swej pracy patrzą się i nie wierzą, żeby zdolnymi byli do stworzenia czegoś podobnego.

Kiedy skończył, przycisnął palcem jakieś miejsce w gazecie i pokazał Adamowi.

Adam przeczytał wolno i dobitnie: „Michał Zarucha”.

- Więc to pan napisałeś tę korespondencję – zapytałem go nagle.

Tak się zmieszał, ujrzawszy mnie niespodziewanie, że nie mógł na razie ani słowa odpowiedzieć.

- Tak … to … to… ja… - wybełkotał w końcu.

- Można panu powinszować; bardzo dobrze napisana.

- Co? Co pan mówi? – zapytał, z jakimś nerwowym uśmiechem na ustach. – Ach, panie! Trzy dni pisałem po nocach całych; myślałem, że mi oczy wyjdą. Ta moja głupia Franciszka – to nic, ino mi wrzeszczy nad łbem : „co ty tam bazgrzesz?” I jak wiedźma stoi nade mną. Wydziwia się i papier wyrywa, atrament wylewa i krzyczy bez końca: „do roboty, ty próżniaku!” Czyste skaranie boskie z tymi kobietami. Ino by się to darło i pieniędzy wołało!

Wie Pan, jak porwę pióro do ręki, to nic, ino bym pisał i pisał bez końca – albo też siedział z gazetą w ręku od rana do wieczora. Bo już jacy to ludzie mądrzy! Co tam oni muszą wiedzieć różnych ciekawości. A my tu wszyscy, Boże odpuść, tacy głupi, jak nie przymierzając cielęta!...

I westchnął smutnie, choć na ustach miał jeszcze przez chwilę dogorywający płomyczek uśmiechu. Spojrzał ku niebu, ścisnął w ręku gazetę, usiadł na drewnianym progu gankowym i patrzył gdzieś w dal, nieruchomy, martwy prawie, jakby stamtąd przyzywał tego geniusza wiedzy, o którym marzył wciąż i do którego wzdychał przed chwilą.

Przez chwilę trwało ogólne milczenie.

- Może by zgasić świecę? Milej będzie przy księżycu – nieprawdaż? – zapytałem Adama.

Zarucha, jakby ze snu przebudzony, odwrócił się szybko twarzą ku mnie, zerwał się, zgasił świecę i stanął znów nieruchomy. Poprosiłem go, aby usiadł i zacząłem opowiadać Adamowi treść niektórych miejsc z powieści „Ogniem i mieczem”, którą przed kilku ukończyłem dniami.

Zarucha usiadł tak, że księżyc świecił mu prosto w oczy; mogłem więc obserwować jego twarz. Usta mu się szeroko rozwarły, oczy zaiskrzyły, jak węgielki i patrzył na mnie, jakby nieco wystraszony..

Kiedym skończył opowiadanie, porwał się z ziemi, przyskoczył do mnie i, chwytając mnie za kolana, zawołał:

- Pan mi pożyczy tej książki! Mój złoty, mój drogi panie! Ja nie poplamię.

- Ależ dobrze, owszem. Przyślę ją panu Adamowi.

Gawędziliśmy jeszcze dość długo tego wieczora, a Michał słuchał i słuchał …


W kilka dni potem wyjechałem z Podwyszyna; oryginalna jednak postać Zaruchy często odtąd powracała mi na myśl. Toteż kiedym po czterech latach przyjechał znów do Adama, pierwszym wśród pogadanki zapytaniem było, co się dzieje z Zaruchą.

- Et, biedny człowiek! – odpowiedział ze współczuciem Adam. – Mój drogi, długa to, choć wielce smutna historia ten Zarucha.

- No, bądźże łaskaw, opowiedz mi, bo nie wiem czemu, ale ogromnie zainteresował mnie ten człowiek, kiedym go tu u ciebie po raz pierwszy zobaczył.

- Dobrze, słuchaj. Jak wiesz, był on tkaczem, czyli jak tu oni sami się nazywają ”weberem”. Był to człowiek pracowity i skrzętny; zaczął więc warsztat tkacki na kilka osób i szło mu jakoś nieźle. Wkrótce pojął żonę, która przyniosła mu w dom trochę grosza; a że Zarucha był człek obrotny i sprytny, przy tym nieźle czytał i pisał, i temu więc i owemu umiał zaradzić w potrzebie.

Sąsiedzi bardzo go szanowali i kochali; był też prawdziwie dumny i szczęśliwy gdy mógł komu z nich pomóc. Gdybyś kiedy widział tę twarz jego pełną szczęścia, gdy czasem po kilka godzin a nieraz dnie całe pomagał sąsiadom wiązać snopki, lub siec koniczynę i owies! …


Gdy „pisarz” Gazety Świątecznej rozrzucać zaczął po kraju swe wydawnictwa, Zarucha, natychmiast nabył ich kilka. Razem z żoną zabrali się do czytania, ale Zarucha niezadowolony był z tego, co czytał.

Dobrał się wreszcie do samej Gazety Świątecznej; odczytywał ją naprzód sam skwapliwie od deski do deski, a później to samo czynił w gronie tkaczy, których całe gromady zbierał do siebie na zimowe wieczory. Szczególnie jakoś się rozmiłował w korespondencjach z miast rozmaitych; każdy fakt w nich spotkany długo w umyśle ważył i porównywał z tym, co się tu u nas w mieście dzieje, aż wreszcie przyszła mu ochota samemu napisać korespondencję z Podwyszyna.

Wpada raz do mnie Zaruszyna ze łzami w oczach, całuje po rękach i lamentując krzyczy na cale gardło:

- Mój panie! Mój drogi panie! Niech mi pan pomoże, niech się pan zlituje nade mną, biedną kobietą! …

- A cóż to wam się stało? – pytam mocno zdziwiony tym niezwykłym tonem i rodzajem prośby.

- Adyć Michał nic, ino pisze i pisze już drugi dzień – O! … ja nieszczęśliwa kobieta!...

Popaliłam wszystkie gazety, a on nic, tylko znosi wciąż nowe i pisze, pisze, kiej by, Boże odpuść, wariat. Wczoraj, jak siadł nad wieczorem tak całą noc przesiedział i ani myśli wstać –ani to je, ani śpi. Co to będzie, co to będzie, mój Boże!...

I załkała głośno i poczęła obcierać oczy fartuchem.

- I cóżeś jej na to poradził? – zapytałem z ciekawością przerywając Adamowi.

- A cóż miałem poradzić? Powiedziałem, żeby zawołała Zaruchę do mnie.

- I przyszedł?

- Przybiegł raczej. Wleciał rozpromieniony i drżący i nie dał sobie ani słowa powiedzieć, tylko przeczytał mi tę właśnie korespondencję o mularstwie , którą pamiętasz przyniósł przed 4 –ma laty przy tobie już wydrukowaną?

- Pamiętam – no i cóż?

- Ma się rozumieć, zacząłem mu tłumaczyć, że się zabija, że marnuje czas i zdrowie. Ale mu się to nie podobało: skrzywił się, spojrzał na mnie z ukosa i powiada:

- Już to tam pewno moja głupia Franciszka musiała nagadać na mnie! Ale to kłamstwo, niech pan nie wierzy; u mnie warsztat idzie dobrze, czeladnicy pracują, a że ja tam poczytam i popiszę trochę, to cóż w tym złego? …

Przypuszczałem, iż rzeczywiście Zaruszyna, jak każda kobieta z gminu, jest nieprzyjaciółką pióra i drukowanej bibuły, więc uśmiechałem się tylko, dałem mu kilka napomnień i na tym się skończyło. Odtąd jednak Zarucha przychodził do mnie coraz rzadziej, a gdy mnie spotkał, mówił mało. Widocznie nie podobało mu się to że uwierzyłem głupiej kobiecie.

W tydzień później znowu przychodzi do mnie Franciszka mocno podrażniona i spłakana, a rzucając na stół zmiętą jakąś gazetę, powiada:

- Niech no pan popatrzy, jaką mam nową pociechę. Mój niepoczciwy Michał kupił sobie drugą gazetę i teraz ma już dwie.

- I cóż w tym złego, moi drodzy? – pytam jej, uśmiechając się z lekka.

- Co złego? – A, mój Boże kochany, więc i pan na to nic nie mówi? Więc ja nieszczęśliwa kobieta już do nikogo udać się nie mogę?

Zaczęła szlochać jak dziecko.

Rozwinąłem przyniesiony numer i przekonałem się, że Zarucha zaprenumerował sobie „?dziennik dla wszystkich”. Widocznie „Gazeta Świąteczna” już przestała zadość czynić potrzebom jego ducha i żądzy wiedzy.

Biedna kobieta, tak płakała i skarżyła się, że ulegając jej prośbom wybrałem się do Zaruchy z silnym postanowieniem wyperswadowania mu tej manii.

Kiedy wszedłem do ich mieszkania, spotkałem Zaruchę przy wielkim, żółtym stole, na którym stał talerz z żurem odsunięty aż na sama krawędź. Zarucha trzymał w ręku gazetę.

- Co to czytacie Michale? – zapytałem go.

- Dziennik dla wszystkich! – odpowiedział mi z pewnym rodzajem dumy. Toć jeżeli dla wszystkich, to dla czegóż ma nie być dla mnie? Nieprawda panie?

- Tak, moi drodzy jest to gazeta dla wszystkich, ale tylko tych, którzy mają pieniądze i czas po temu, a wy przecież macie robotę.

- Pieniądze to tam mam na gazetę, a robota i beze mnie idzie. Od czegóż są czeladniki? A bo to im nie płacę i jeść nie daję? Mój Panie, ja bym chciał pana o coś prosić, bardzo prosić.

- O cóż takiego?

- Ale czy mi pan nie odmówi? Bo pan to ta więcej tej mojej głupiej baby słucha niż mnie.

- Jeżeli będziecie mieć słuszność – nie odmówię.

- Mój panie, niech mi pan nie odmówi: może to ta i niesłuszne, ale człowiekowi zawsze się chce czegoś lepszego.

- A czegóż to wam się chce?

- Tu, panie w „Dzienniku” pisze, że będzie wystawa przemysłowo-rolnicza i że rzemieślnicy mogą na nią swoje wyroby posyłać. Ja bym tam, kilka wełnianych chustek posłał, tu u mnie na warsztacie zrobionych. Bardzo panie ładne i dobre.

- Pokażcie no mi jedną z tych chustek.

Michał otworzył wieko stojącej pod ścianą skrzyni i wyjął trzy duże wełniane chustki.

Robota była wcale piękna; zadziwiłem się nawet i zapytałem go sceptycznie:

- A czy to u was robione?

- Jużci, że u mnie – odpowiada urażony. Toć mogę na to świadków przedstawić, jakby pan chciał.

- Po cóż świadków; przecież wam wierzę. Dla wystawy jednak, trzeba będzie świadectwa, że to wasza robota.

- Toż przecie fabryka da mi świadectwo; tylko niech mnie pan nauczy, gdzie adresować?

Podyktowałem mu adres i Zarucha tegoż jeszcze dnia odniósł chustki na pocztę.

Kiedy „Dziennik” wymienił szczegółowo wszystkie kategorie nadesłanych przedmiotów, Zarucha, jak mi opowiadała Franciszka, latał jak oparzony, czytając, że „Michał Zarucha z Podwyszyna nadesłał chustki wełniane”. Za przebiegiem wystawy Zarucha śledził z gorączkowym zajęciem. Przychodził do mnie i tak recytował na pamięć wszystkie nadesłane okazy, że można było najdokładniej dowiedzieć się o nich, bez czytania gazet i dzienników.

Wreszcie komitet wystawy ogłosił dla wystawcy nagrody, które wydrukowały wszystkie gazety.

Pewnego poranka śpię sobie jeszcze smacznie, śniąc o jakimś niefortunnym polowaniu, na którym proch mi zamókł, bo deszcz leje jak z cebra, a na domiar złego zaczynają bić pioruny. Wystraszony zrywam się na równe nogi i słyszę rzeczywiście jakby wystrzały, ale nie z nieba – to ktoś do drzwi mego mieszkania wali tak niemiłosiernie.

- Kto tam? – pytam rozgniewany.

- Ja, wielmożny panie, Zarucha!

- Czego to chcecie tak rano?

- Panie drogi – medal! medal!

- Jaki medal?

- Niech pan otworzy – medal!

- Co za medal? Czego wy chcecie Zarucha? Czy wam się w głowie przewróciło czy co? Toć to spać jeszcze pora.

- Mój złoty panie, niech pan otworzy! Na rany Boskie – medal brązowy!

- Co to jest? – myślę sobie – o jakim on plecie medalu. Patrzę na zegarek – godzina czwarta; wstaję jednak i otwieram.

Zarucha wpada do pokoju jak nieprzytomny; w ręku trzyma „Dziennik dla wszystkich”, przystaje i, niby kaznodzieja na ambonie, poczyna na cały głos czytać „Michał Zarucha z Podwyszyna, za chustki wełniane, medal brązowy!”

- Tak? A no to winszuję wam, winszuję. Ale cóż w tym tak nadzwyczajnego, żeby aż w nocy szturmować do mnie?

- A bo noc, panie? Już dzień przecież. Ja tam ani oka dzisiaj nie zmrużyłem, a żyję. Mój Boże dali medal!

I zaczął w gorączkowym jakimś uniesieniu biegać wzdłuż i wszerz po pokoju.

Wyglądał jak szaleniec: wargi miał odęte, a wzrok taki dziki, ze aż mnie strach ogarnął, gdym mu chciał robić uwagi, że się męczy i niszczy niewysypianiem zdrowie.

- Pojadę, panie, pojadę – jeszcze dziś!

- Dokąd? Po co?

- Do Warszawy po medal; przecież go trzeba wziąć!

- Dobrze, ale po cóż macie jechać? Przecież wam przyślą.

- Nie, ja muszę jechać dziś, dziś. Jutro już chcę widzieć mój medal.

I znów zaczął biegać wszerz i wzdłuż po pokoju; wreszcie zawrócił się i wybiegł jak zwariowany.

Żal mi go się zrobiło. Ten umysł entuzjastyczny wart był doprawdy współczucia; ale widząc, że entuzjazm Zaruchy w chorobliwą przechodzi manię, zląkłem się dlań złych następstw. Stawianie oporu było niemożebne i mogłoby biedaka doprowadzić do wściekłości, w szał jaki wprowadzić.

Skoro jednak wstałem, posłałem zaraz do Zaruszyny dowiedzieć się, co się dzieje z mężem. Służąca powraca i powiada, że Zaruszyna płacze i lamentuje, bo mąż siedział całą noc nad gazetą, a nad ranem pojechał do Warszawy po jakiś tam medal.

- I prędko powrócił? – zapytałem Adama, przerywając mu opowiadanie.

- W dwa dni był już z powrotem. Przywiózł poświadczenie brązowego medalu i chodził z tym jak wariat po całym mieście. Pokazywał każdemu kogo spotkał, wreszcie przyniósł go do mnie „?na schowanie”, bo jak mówił „bał się, żeby go ta głupia Franciszka nie zniszczyła”.

Odtąd Zarucha coraz bardziej warsztat opuszczał. Czeladnicy poodchodzili, bo majster nie miał już czasu na wyznaczanie świeżej roboty, towar nie odchodził bo nie było nigdy gotowego.

I ani się zdołał Zarucha obejrzeć, jak bieda wkradać się poczęła do jego tak zamożnej przedtem strzechy. Zaruszyna była w rozpaczy; jeżeli znalazła gdzie jaki numer gazety, to tak zapamiętale paliła jakby to był wyrok na jej śmierć. Przychodziła do mnie po kilka razy na dzień i opowiadała o swoim nieszczęściu. Próbowałem znowu perswadować Zarusze. Chodziłem do niego często, tłumaczyłem, prosiłem na nic się wszystko zdało. Zarucha uwag moich wcale nie słuchał, i skutkiem nich zupełnie się do mnie zniechęcił. W końcu przysłał chłopca, bym mu zwrócił poświadczenie medalu. Było to więc manifestacyjne zerwanie stosunków.

Powiedziałem chłopcu, że sam papier ten odniosę; jakoż w godzinę potem poszedłem do Zaruchy.

Na pytania moje – nie odpowiadał. Odebrał tylko z rąk mych owo poświadczenie medalu, mruknął coś dziękując za przechowanie i począł czytać gazetę.

Wróciłem do domu posępny. Czułem, że środki, jakimi władam, nie wystarcza dla opanowania manii Zaruchy. Ostatecznie więc pozostawiłem kwestię czasowi i czekałem, co będzie dalej.

Od tej pory coraz smutniejsze wieści dochodziły mnie o nim. Podobno zaprenumerował sobie jeszcze dwie gazety, pomiędzy którymi była też i „Gazeta rzemieślnicza”. Po całych dniach pisał korespondencje, a zanim jedną sklecił przeszedł nieraz cały tydzień. Nie jadł, nie spał i nie pił, tylko wciąż „czytał i pisał do gazet”.

Znajomi tkacze wyśmiewali się z niego, wytykali mu wciąż te dziwactwa; ale Zarucha był głuchy, jak kamień na wszystko.

Spotkałem go kiedyś na ulicy. Był blady, wynędzniały i ponury. W kilka dni potem dowiedziałem się, że Zarucha zachorował. Pobiegłem do niego co żywo. Leżał w łóżku i, jak zwykle, trzymał w ręku gazetę. Chciałem doń mówić, ale odpowiedział mi krótko, że go ”strasznie głowa boli”. Zawołałem doktora, który skonstatował zapalenie mózgu. Franciszka jęczała wciąż po kątach izdebki, przeklinając na czym świat stoi wszystkich gazeciarzy i wydawców.

- Bodaj oni odpokutowali za te gazety! – wykrzykiwała raz po raz, zanosząc się od płaczu. Oni w piekle odsiedzą za mojego Michała.

Nie pomogły ani moje, ani też doktora perswazje. Zaruszyna darła na kawałki wszystkie książki i gazety, jakie jej wpadły do rąk. Uklękła przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, co wisiał przed łóżkiem i modliła się gorąco za swego męża, błagając Boga jednocześnie, by skarał tych „podłych pisarków”.

Z Zaruchą tymczasem było coraz gorzej. Po kilku dniach gorączka wzmogła się niesłychanie, doktor nie robił już żadnej nadziei. Kilka razy dziennie zachodziłem do izdebki Zaruchów, ale za każdym razem zastawałem Michała w coraz gorszym stanie. Był on w ciągłej malignie, a smutno było przysłuchiwać się jego gadaninie. Recytował na pamięć całe nieraz szpalty przeczytanych gazet, a już swoich korespondencji to nagadał taka niezliczoną ilość, że doprawdy wpadałem w zdziwienie, skąd ta prosta głowa, nie oswojona z nauką, wysnuć mogła z siebie tyle, tyle przeróżnych myśli. Nieraz po kilka godzin siedziałem i wsłuchiwałem się w jego rozumowania i dowodzenia.

Dziwna to doprawdy była natura – nie współczuć jej było by tyranią. Toteż pomagałem czym mogłem biednej Franciszce, ale … na niewiele się wszystko zdało.

- Więc umarł w końcu? – zapytałem zelektryzowany opowiadaniem Adama.

- Nie inaczej! – odpowiedział drżącym głosem Adam. – Prosił, by mu podać gazetę, a kiedy mu jej odmówiono, zaczął płakać tak rzewnie, że i mnie łzy w oczach stanęły. Wówczas doktor dał mu sam numer do ręki; ale Zarucha nic już nie widział. Zdawało mu się, że czyta, było to jednak tylko złudzenie, bo mówił zupełnie niedorzeczne wyrazy. Naraz począł się uśmiechać – później coś szeptał – zawołał do siebie żonę i pocałował ją w rękę. Ona mu się rzuciła na szyję i tak przez chwilę milczeli we wspólnym uścisku; później znowu śmiał się, aż w końcu zawołał:

- Medal mój, medal brązowy … Michał Zarucha za chustki brązowy medal! … brązowy … brązowy....

Wreszcie zamilkł. Uśmiech zastygał mu na ustach, oczy wydawały się błędne i bez wyrazu, ciało pokrywało się bladością … Odwrócił się wreszcie do ściany i szepcząc coś, zasnął na zawsze, marząc zapewne o swym brązowym medalu.

- Biedny, powtórzył Adam, cichy męczennik żądzy wiedzy i światła, któremu zbyt duszno było w sferze, w jakiej żył i działał.

- Sit ei terra levis …

Jan Lorentowicz (1868 – 1940) – krytyk teatralny, publicysta, tłumacz, edytor, bibliofil, dyrektor teatrów, prezes Polskiego Pen Clubu, członek Polskiej Akademii Literatury.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij