www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 66 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Czytaj więcej

Pabianice w literaturze cz. 3

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Jerzy Walden w książce wspomnieniowej „Cztery i pół” (1970) przedstawia działalność teatralną w międzywojennej Łodzi. Opisuje również spektakle teatralne organizowane w kino-teatrze w Pabianicach.

(…) Wracając do „Instynktu”, praca przy tym dość zręcznie skonstruowanym melodramidle nie pozostawiła w mojej pamięci zasługujących na opowiedzenie szczegółów. Zabawiła mnie tylko, chociaż w pierwszej chwili trochę zdenerwowała, przygoda, jaką przeżyłem podczas wyjazdu z tym spektaklem do Pabianic. Pomiędzy sceną łódzką a władzami Pabianic od wielu lat istnieje umowa, że co pewien czas nasz teatr przywiezie do tego miasta jakąś ciekawą i niezbyt skomplikowaną technicznie pozycję. Ja dotychczas nie zetknąłem się z tego rodzaju wyprawami. Ale „instynkt”, głównie ze względu na naszego gościa, oraz dlatego, że cała sztuka rozgrywała się w jednej tylko dekoracji, Wroczyński zakwalifikował do wyjazdu poza Łódź. Aktorzy w takich wypadkach przyjeżdżali w drugim rzucie, na tyle przed występem, aby zdążyli się ubrać i ucharakteryzować.

Maszyniści wraz z meblami i rekwizytami zjawiali się w Pabianicach o kilka godzin wcześniej. Dekoracji nie przywożono z tej prostej przyczyny, że sala, w której teatr pokazywał swoje osiągnięcia, rozporządzała stała oprawą scenograficzną. I to w dodatku podwójną. Były to naciągnięte na ramy kawałki płótna, mniej więcej szerokości metra, które zależnie od treści sztuki można było obracać. Dzięki temu miejsce akcji mogło odbywać się w przepięknie, ba z przepychem namalowanej przestrzeni zamkniętej, która z jednakowym powodzeniem reprezentowała luksus książęcego pałacu, jak i skromną chatkę drwala. Drugą osobliwością tej pierwszej dekoracji był zdumiewający artystycznie fakt, że wszystkie jej elementy były namalowane. Nie tylko okna, których dzięki tej malarskiej inwencji nie można było otwierać, ale i kawałek przylegającej do ścian podłogi. W ten sposób podłoga ta składała się z dwóch skłóconych ze sobą sektorów. Jeden był autentyczną posadzką, drugi zaś namalowanym na zupełnie inny kolor fragmentem.

Co się tyczy okien, to przeszły one już na rok przed moim przyjazdem do anegdotycznej historii łódzkiej sceny. Oczywiście dowiedziałem się o tym już po zaofiarowaniu Pabianicom „Instynktu”. Otóż przyjechano do Pabianic z arcyzabawną farsą amerykańską „Jutro pogoda”. W głównej roli był obsadzony rutynowany aktor Jan Pawłowski, który jednak nie tyle interesował się swoja rolą, ile raczej kawałami, jakie chętnie zwłaszcza w tego rodzaju beztroskim repertuarze improwizował. Jego partnerką była Alina Halska, aktorka o majestatycznym wyglądzie królowej, predystynowana raczej do wielkiego dramatu, w dodatku traktująca swoje artystyczne obowiązki z niezwykłą powagą. Nic dziwnego, że w tego rodzaju roli, którą należało grać zgodnie z zakulisową terminologią „z zadartym ogonem”, nie czuła się najlepiej.

Pawłowski szybko ją rozszyfrował i tym chętniej, bynajmniej nie ze złośliwości, ale dla kawału, peszył ją przy każdej okazji. Akt III zaczyna się od sceny, gdy Pawłowski po całonocnej libacji przeżywa poranny okres kaca. Leży w łóżku i jęczy. Żona stara się go doprowadzić do zdrowia. W czasie łódzkich spektakli ta scena przebiegała bez specjalnych niespodzianek. Ale pabianicka ”scenografia” ożywiła fantazję Pawłowskiego. Zamiast ustalonej kwestii wypowiedział, nie wypadając przy tym z tonu postaci, zupełnie inną:

- Kochanie! Tak się dzisiaj źle czuję. Nie mogę oddychać. Proszę cię… Otwórz okno…

Nie przeczuwająca podstępu aktorka postanowiła wykazać przytomność umysłu i nie zatrzymywać akcji. Szybko zbliżyła się do okna. Gdy jednak chciała je otworzyć, stanęła przed zadaniem przerastającym jej możliwości. Z namalowanym oknem nie zdołałaby się uporać żadna siła. Speszona Halska wykonała koło okna jakiś nieokreślony gest, znowu zbliżyła się do łózka, na którym bez przerwy jęczał jej partner. Nie zdążyła jednak wypowiedzieć ani słowa, gdyż Pawłowski powtarzał uparcie:

- Brak mi powietrza … Dlaczego nie otworzyłaś okna? Czy chcesz, żebym się zadusił?

Ta zabawa trwała przez dłuższy czas. Wreszcie Pawłowski ulitował się nad nieszczęsną i powrócił do autorskiego tekstu.

Tak wyglądała jedna strona pabianickiej dekoracji. Po jej odwróceniu widowni ukazywała się tak zwana wolna okolica. Była ona wykorzystywana niezależnie od tego, czy akcja sztuki rozgrywała się w tropikalnej Afryce czy też pod biegunem. Ta wszechstronna, utrzymana w kolorycie brudnej zieleni panorama, odznaczała się jeszcze jedną osobliwością. Mianowicie w niektórych jej miejscach, czasami na drzewach, czasami jednak bezpośrednio na powietrzu, umocowane były klamki. Przyczyna tego pozornie zdumiewającego fenomenu świata przyrody była w gruncie rzeczy zupełnie prosta. Były to drugostronne zakończenia klamek, umieszczonych zasadniczo na odwrotnej stronie dekoracji, w pomieszczeniu reprezentującym wnętrze mieszkalne.

Z tymi dziwami, na które mieszkańcy Pabianic i przedstawiciele stale przybywających tu zespołów, już od dawna przestali zwracać uwagę, zapoznałem się szybko, gdyż ze względu na moje obowiązki przyjechałem z zespołem technicznym w pierwszym rzucie. Nikt mnie jednak nie uprzedził o jeszcze jednym szczególe, bardzo charakterystycznym dla widowisk pokazywanych publiczności pabianickiej w porze wieczorowej. I o tym zjawisku wiedzieli prawie wszyscy. I maszyniści, i aktorzy od dawna pracujący na scenie łódzkiej znali tajniki nocnego życia Pabianic. Trzy jedynie osoby nie należały do grona wtajemniczonych: pani Laura Dunin-Osmólska, jej partner Stefan Michułowicz oraz moja skromna osoba. Toteż – co tu ukrywać – cała ta trójka przeżyła nielichy wstrząs.

Przedstawienie szło porządnie. Widzowie pełni byli niepokoju, czy w zdradzonym chirurgu odezwie się w końcu jego zawodowy instynkt. Aż tu nagle … Punktualnie o godzinie dziewiątej … Zgasły wszystkie światła, nie tylko te na scenie i za kulisami, ale i boczne kinkiety na widowni. Zapanowała absolutna ciemność. Pech chciał, że stało się to właśnie w trakcie „wstrząsającego” monologu Michułowicza. Monologu tego wysłuchiwała w napięciu bohaterka sztuki. Teraz wypadki potoczyły się w stosunkowo szybkim tempie, nie gubiąc jednak rytmu i nie zachodząc jeden na drugi. Spróbuję precyzyjnie przekazać ich kolejność.

Monolog Michułowicza.

W najbardziej wstrząsającym momencie nieoczekiwana ciemność.

Speszony Michułowicz urywa w środku zdania.

Głucha cisza.

Nagle przerywa mrok i ciszę przerażający szept Michułowicza:

- Co jest, do jasnej cholery?

Znowu krótka cisza.

Następnie uspokajający, acz nieco zachrypnięty glos brygadiera sceny.

- Tutaj tak zawsze. O dziewiątej elektrownia pabianicka przechodzi na drugą fazę. Zara będzie światło.

Znowu chwila ciszy.

Potem jakieś trudne do określenia pstryknięcie.

Światło wraca do poprzedniego natężenia.

Ja, który tego dnia cały ten spektakl kontrolowałem (?) zza kulis, widzę o dwa kroki ode mnie ogłupiałą minę Michułowicza, wciąż jeszcze nie zdającego sobie sprawy, co tu właściwie zaszło. Przytomniejsza od niego Dunin miała w dodatku łatwiejszą sytuację, gdyż incydent powyższy miał miejsce w czasie jej milczenia. Toteż prędko opanowała się. Podnosi tragicznym gestem głowę, ukazuje zbolałą twarz i melodramatycznym tonem improwizuje pytanie:

- Cóż było dalej? Czemu milczysz?

Ta nieprzywidziana w tekście kwestia działa otrzeźwiająco na Michułowicza. Potrząsa bojowo czupryną, chrząka dramatycznie i kończy monolog, zaczynając go dokładnie w tym miejscu, w którym go przerwała punktualność pabianickiej elektrowni.

Jerzy Walden (1903-1984) – aktor, reżyser, pisarz.

Maria Piechowska we wspomnieniach „W warkoczyki splecione” (1999) przypomina dawną Szkołę Podstawową nr 2 w Pabianicach i atmosferę lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Przy kamieniami wybrukowanej, małej, zacisznej, kończącej się w chłopskim polu uliczce, była szkoła. Szkoła nr 2 w Pabianicach. Tam właśnie poszłam do pierwszej klasy i tam z racji nauczycielskiego zawodu moich rodziców, mieszkaliśmy w przyszkolnym, służbowym mieszkaniu. Drewniany budynek, barak, szkolnej podstawówki wyglądał skromnie, a nawet nędznie. Podobnie było wewnątrz baraku. Pamiętam prowadzące do klasy bardzo ciężkie drzwi z wysoko umieszczoną żelazną klamką, do otwierania których należało użyć całego, kilkuletniego ciała, pokonując ich skrzypiący opór. Podłoga w klasie wyłożona była nierównymi i bogatymi w sęki i dziury po nich dechami, wysmarowanymi i wywoskowanymi na czarno. Prawdziwą przeszkodę dla maluchów, a zwłaszcza dla naszych za dużych, kupowanych zawsze na wyrost butów, stanowiły wystające z desek gwoździe, na które żaden woźny sposobu nie miał. Wbijane mocno w dechy, już po kilku przerwach wstawały łbami do góry.

Zawadzaliśmy więc butami o te metalowe łby, odrywając zelówki, kalecząc kolana, prując i rozrywając ubrania przy jakże częstym lądowaniu na dechach. Na tych czarnych dechach ustawione były ławki, podobnie jak drzwi, dla nas za potężne, za duże i niewygodne. Stanowiły one rano warsztat pracy dla dryblasów z siódmych klas, a po południu dla takich właśnie maluchów jak my. Nosami sięgaliśmy niemal do pulpitów, próbując podnosić się na podkładanych pod pupę w różny sposób powykręcanych nogach. W każdej ławce był wsadzony w otwór kałamarz a w nim wiecznie paprzący palce i rękawy, a nawet nosy atrament. Wszystko to jakże dalekie i odbiegające od normalnych warunków służących dziecku i edukacji. Zapał do nauki pokrywał jednak wszystkie niedostatki, wyrównywał różnice wysokości, a brak wzorców i wyobraźni, że może być inaczej, lepiej, nie dawał powodu do niezadowolenia.

W podobnym standardzie jak szkoła i jej klasy było nasze mieszczące się na pierwszym piętrze tej szkoły mieszkanie, tj. niewielki pokój, połączony maleńkim przedpokojem z kuchenką, w której wciśnięta między piecyk węglowy i szafkę stała aksamitna bordowa kozetka. Z pokoju i z kuchni okna wychodziły na czarne, żużlowe boisko, otoczone drewnianym płotem i odrapanym, popękanym murem. Kozetka przystawiona do okna stanowiła dla mnie rodzaj klęcznika, na którym zawiesiwszy brodę na parapecie klęczałam, spoglądając na nieciekawy obraz tych samych wciąż desek i murów. Jakże ja wtedy marzyłam, żeby mieć balkon i wielkie okno wychodzące na dużą, ruchliwą ulicę z latarniami, wystawami, samochodami i spacerującymi ludźmi. Zupełnie to co mam teraz i co jest moim największym utrapieniem.

W maleńkim, ciasnym przedpokoju stał „wyścigowy” rower mojego brata, wieczny obiekt mojej zazdrości i wzdychań. Miał podkręcany jak baranie rogi kierownik, czerwono-srebrne ramy i balonowe opony na drewnianych obręczach. Taka to była ta tuż powojenna wyścigówka.

Boguś strzegł do niej dostępu słowami i pięściami, a i mnie nie w głowie było śmiało próbować na niej swoich cyklistycznych umiejętności. Jednak każdą chwilę nieobecności brata wykorzystywałam na próbę prawdziwie przeżywanej przygody. Wdrapywałam się na tę kozę i z wiszącymi, pedałów nie sięgającymi nogami, pochylona w nieruchomym pędzie, pokonywałam kilometry sportowej wyobraźni. Rower oparty był o stojącą w przedpokoju oszkloną biblioteczkę. Szybie zatem groziło niebezpieczeństwo nie tyle z powodu „stojącego pędu”, ile z chyboczącego się i niezdarnego wsiadania i zsiadania z kolarki. Stąd obowiązywał wydany przez rodziców ostry zakaz tej zabawy, systematycznie zresztą łamany przeze mnie podczas każdej ich nieobecności. (…)

A jakże to był inny, jaki bardzo ubogi krajobraz tamtych wystaw w porównaniu z obecnym szaleństwem. Albo weźmy takie kioski. Dziś są to normalne, tyle że mniejsze sklepiki. Najczęściej jednakowy wszędzie, ale jakże różnorodny, kolorowy, bogaty, zachęcający do kupna asortyment artykułów, zupełnie się nie ma do rzeczywistego, dawnego kiosku. Bo prawdziwy kiosk dawniej, to stert szarych gazet, szare książki, wyraźnie ozdobione czerwonymi gwiazdami, Leninami, Kremlami i innymi obowiązującymi do kochania w tamtych czasach symbolami. Kioski to poukładane w szare kominy paczki papierosów i zapałek, szare mydło, szary proszek, szare ołówki … i szary sprzedawca z połówką kiepa w okopconej fifce.

Przez skąpą szczelinę okienka, kupującym najczęściej wypychane były codzienna gazeta i paczka papierosów. W sobotę niektórzy kupujący brali po dwie, trzy gazety o budujących tytułach i podobnej treści. Wszystko szare, podbarwione na czerwono i to wcale nie dla ozdoby, ale dla pobudzenia intensywności naszych bratersko-politycznych uczuć. Kioski były szczelnie obudowane, z wysoko usytuowanymi otworami do wymiany towar-pieniądz, bez wymiany słów, uśmiechów i innych niepotrzebnych światowi pracy kontaktów, lub co gorsza wymiany poglądów.

Co bardziej sprytni, którym nie wystarczyła tylko ślepa operacja handlowa, przechylali się w bok, kładli głowę na wystającej przy okienku desce i zaglądali zalotnie do środka, szukając bliższego kontaktu z sprzedawcą i towarem.

Beznadziejny był los dzieci, które wysyłane po papierosy (wtedy jeszcze mogły je kupować, bo im nawet do głowy nie przychodziło, że mogą je palić), podskakiwały czepiając się deseczki przy okienku, rzucając ściśniętą piąstką odliczone grosiki i wołając w górę bez żadnej szansy zobaczenia czegokolwiek – poproszę Sporty. Czasami trafiał się przed okienkiem celowo położony przez zmyślnego sprzedawcę kamień. Dawało to szansę oparcia brody na desce, a z uporem spadając i wdrapując się na kamień można było zobaczyć, co też tam jest w środku.

Stopniowo, z upływem lat odkrywano pewne fragmenty zabudowanych dechami ścian, wstawiano szybki, robiono półeczki, zapalano światła, ale robiono to bardzo nieśmiało i bez przekonania. No bo, jakby na to nie patrzył były to przejawy wrogiego nam i nieakceptowanego przez świadomych obywateli, przepychu i awangardy ZACHODU.

Był taki jeden kiosk w Pabianicach, w którym zupełnie nieoczekiwanie, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w niewielkim prześwicie szczelnie odeskowanego kiosku pojawiło się prawdziwe cudu. Było to prawie pięćdziesiąt lat temu, a ja tak dokładnie pamiętam, że były to dwa jednakowe, wielkości paczki papierosów, miniaturowe czerwone w czarne kropki i z żółtą koronką tzw. beciki, z których – z rączkami do góry, kędzierzawą z wełny kręconą czupryną, błyszczącymi białą farbą kropkami oczu i czerwoną kreską usteczek, całe czarne jak diabły – wystawały maleńkie murzyniątka.

Rany boskie jakie to było śliczne, jakie inne, jakie bardzo zagraniczne. Na tamte czasy, w których świat rozciąga się tylko na wschód, miał co najwyżej skośne oczy i czerwoną chustę pod czerwoną twarzą i ogoloną „po nakazu” głową, murzynek to był szok. A tu jeszcze jaki, otulony w pięknej podusi, radosny no i w dodatku dwa. Wprawdzie kolor czerwieni jako tło i symbolicznie uniesione rączki do góry mogły stanowić pewną wymowę polityczną, ale nie musiały. Nie pasował jednak ten mały murzynek do roztaczanych w tamtych czasach obrazów uciśnionych, gnębionych i wyzyskiwanych przez okrutnego kapitalistę Murzynów.

Był to zatem szok, ale zupełnie nie powodował istotnych zmian w pojmowaniu świata przez nas, małe, białe dzieci. I niezależnie od wszystkiego, darłam podeszwy przemierzając dziennie kilkakrotnie odległość dom-kiosk i serce rwało się do maleńkiego Bambo, niezależnie od skojarzeń politycznych. Wreszcie nasycenie oglądaniem przerodziło się w nienasycony głód posiadania i ruszyłam do ataku.

Wprawdzie pojawiły się już pewne wątpliwości i znaki zapytania, ale silna wiara w Świętego Mikołaja ustąpiła jedynie miejsca elementom materialnego światopoglądu, gdzie wiarę nazywało się świadomym bytem, a Mikołaja, Dziadkiem Mrozem. Ponieważ i ten, i ten dla dzieci kojarzył się z prezentami i ukochaną wigilią, bez protestu pokochały Dziadka Mroza.

Również nie bardzo zrozumiałe były dla nich zmiany w przystrajaniu choinki, na której nieśmiało, coraz bliżej ścian i podłogi dyndały skrzydlate aniołki, a gwiazdki najlepiej, żeby były czerwone i pięcioramienne zajmowały czołowe miejsca. Najważniejsze jednak było to co pod choinką, a to niezależnie od innych okoliczności … było i o to właśnie chodziło. Modliłam się zatem najgoręcej jak umiałam do Mikołaja, wzdychałam błagalnie pod kioskiem, z nadzieją i wiarą patrzyłam na oparte o szybę murzynki, żeby dokładnie Mikołajowi pokazać o co chodzi i skat to trzeba załatwić. Jeszcze tylko dla zmylenia mojego, może na to życzenie za dorosłego wieku, przykucałam, korygując zupełnie bez potrzeby mój i tak drobny wygląd.

Ziemscy pełnomocnicy Mikołaja, widząc co się dzieje i uznając, ze marzenie dzieciaka spokojnie bilansuje się w przedświątecznym budżecie, a jedynie wiekowi nie odpowiada, na szaleństwo w cichości przystali i zakupu dokonali. Był to taki kaprys, który mieścił się między innymi, znacznie już rozsądniejszymi i potrzebnymi, załatwionymi z Mikołajem prezentami. Powędrował zatem mały murzynek do rozsądnego worka, gdzie wspólnie z szalikiem, kapciami, majtkami, gwiazdki wigilijnej oczekiwał.

Maria Piechowska – pisarka, autorka m.in. książki „Od Ponurego do białego fartucha”.

W sierpniu 1923 roku w Expressie Wieczornym ukazał się horror kolejowy Bolskiego „W pociągu”. Akcja opowiadania znajduje swój finał na stacji w Pabianicach.

O drugiej w nocy wypadło mi wyjechać z Łodzi do Poznania. Sprawa była nagła i musiałem natychmiast udać się na dworzec kaliski.

Styczniowy mróz ubielił ulice śniegiem, na którym zielone oczy latarni rzucały złowróżbne cienie. Dorożka przybyła w chwili, gdy pociąg miał ruszać ze stacji. Zdążyłem jeszcze kupić bilet i w biegu wskoczyłem do ostatniego przedziału ostatniego wagonu.

Pociąg Warszawa-Poznań był prawie cały pusty. Komu by się chciało w taką noc wlec aż do rana do Poznania, gdy o trzy godziny później wyruszał kurier, przybywający o tej samej porze na miejsce przeznaczenia.

Ułożyłem walizeczki na siatce i usiadłem w kącie przy oknie.

W coupe wraz ze mną był jeszcze jakiś jegomość. Rozłożył się wygodnie na ławce, przykrył paltem i chrapał. Właściwie nie chrapał, lecz wypoczywał. Twarz miał zwróconą do ściany przedziału.

- Pan pozwoli, że się również położę? – zagadnąłem jak najuprzejmiej.

Jegomość milczał.

Otuliłem się paltem i głowę oparłem o parapet okna.

Pociąg sunął powoli. Miarowy turkot kół zlewał się z leniwym światłem zakopconej lampy gazowej, wytwarzając senny nastrój nocnej jazdy w pociągu.

Zdaje się, że zasnąłem.

Obudził mnie czyjś głos.

Czyżby to mówił mój współpasażer?

Leżał cicho. Rękaw palta zwieszał się ku ziemi. Chrapanie ustało.

-Przepraszam, czy pan mówił coś do mnie? – zwracam się do mego sąsiada – ten turkot kół… senność… zasnąłem…

Cicho.

Po chwili zda się znowu słyszałem miarowy oddech śpiącego.

- Albo pan śpi, proszę pana, albo odpowiada pan na moje pytania. Proszę pana…

Oparłem się wygodniej. Głowa poczęła mi ciążyć jak ołów. Zdaje się, ze po raz drugi zasnąłem. I nie wiem, czy we snie, czy na jawie, rozmawiałem z mym współpasażerem.

- Pan skąd jedzie? – pytam.

- Ze Strykowa.

- Kupiec?

- Tak. Wiozę dużo pieniędzy. Moc pieniędzy. Walizki pełne pieniędzy, ale pan mnie nie zabije?

- Ja? – spojrzałem na niego zdziwiony – Ja miałbym pana zamordować? Mój panie …

- Bo widzi pan, ja się ciągle boję. Ciągle zdaje mi się, że chcą mnie ograbić. Zamordować. Ale ja się nie dam. Widzi pan – dodał chytrze – noszę ze sobą ten nóż i rewolwer, nikt się nie odważy mnie ruszyć, prawda?

- Strzeżonego Pan Bóg strzeże, oczywiście, ale czemu pan taki blady?

- Blady? Zdaje się panu. Zresztą jestem zmęczony. Piątą noc z rzędu spędzam w pociągu. Żona i pięcioro dzieci. Rozumie pan – ciężko pracuję. Rozjeżdżam po całej Polsce.

- Może pan śpiący – indaguję.

- Nie, dziękuję bardzo, przyjemnie jest z panem rozmawiać. Tu tak pusto, nie uważa pan? Zimno. Niech mnie pan okryje swym paltem.

- Pan cały drży, co panu?

- Nic, to przejdzie, głowa mnie trochę boli. Piątą noc z rzędu jadę… rozumie pan, przeziębiłem się widocznie, ale nie szkodzi, wracam teraz do domu, położę się do łóżka…

Koła turkotały, aż w głowie huczało. Zwalniał biegu. Prawdopodobnie przejeżdżaliśmy most. Nabrałem w tej chwili nieco świadomości: śnię, czy rozmawiam na jawie?

- Przejdzie, gorączki chyba nie mam.

- Niech pan nic nie mówi –odpowiadam – proszę leżeć spokojnie…

- Panie, zajdzie pan do mnie w Poznaniu, prawda?

- Bezwzględnie, postaram się.

- Gdyby mnie pan nie zastał …

- Zaczekam na pana, na pewno zaczekam.

- … nie, to pan powie, że mnie zamordowano!

- Eee, niech pan głupstw nie plecie!

- Powie pan ?

- Pan rzeczywiście gorączkuje.

- Powie pan ?

- Proszę pana, zbytecznie się pan denerwuje, szkodzi to pańskiemu zdrowiu.

- Czy pan powie to żonie mojej i dzieciom?

- Uspokój się pan.

- Bo… bo…

Pociąg zatrzymał się w Pabjanicach. Mój współpasażer leżał sobie wygodnie nadal na ławce z twarzą odwróconą do ściany.

Ani spał, ani się odzywał.

Lokomotywa gwizdnęła przeraźliwie. Pociąg zatrzymywał się w Pabjanicach. I gdy jasne reflektory rzuciły światło na postać leżącego mężczyzny, w moim przedziale, krzyknąłem z przerażenia.

W coupe wraz ze mną leżał rozciągnięty na ławce trup mężczyzny. Pod ławką czerwieniła się kałuża krwi.

Otworzyłem czym prędzej drzwi i zawołałem policję.

Lekarz stwierdził śmierć przed godziną. Morderstwo popełnione było w Zgierzu. Jak wynikało z dochodzenia, tragicznie zamordowany był kupcem i zostawił w Poznaniu żonę i pięcioro dzieci. (Express Wieczorny, 30.08.1923)

Jerzy Zawieyski w powieści odcinkowej z życia łódzkiego „Owoc grzechu naszego …” , której akcja obejmuje także lata pierwszej wojny światowej, wspomina Pabianice. (Ilustrowana Republika, 10.02.1931)

(…) Na piętrze umierał Stachura. Było to w niedzielę, piątego dnia oblężenia. Chory prosił o księdza. Od kościoła św. Anny do domu Pladeka przeprawiała się Stachurowa z księdzem od rana do godziny siódmej wieczorem. Musieli kryć się przed kulami… Na wieży kościelnej stały karabiny maszynowe, na ulicach armaty. Niemcy byli już w Pabjanicach, zbliżali się do Rudy, gdy Stachurowa i ksiądz weszki do mieszkania, chory już nie żył. (…)

Jerzy Zawieyski (1902-1969) – aktor, pisarz, polityk.


Na początku XX wieku Pabianice odwiedziły Jadwiga Chrząszczewska i Jadwiga Warnkówna autorki książki „Z biegiem Wisły: obrazki o kraju” (1901).

W stronie południowo-zachodniej o 14 wiorst od Łodzi leży starożytne miasto Pabianice, gdzie corocznie wyrabiają samych materiałów bawełnianych za cztery miliony rubli.

Pabianice, to dziecko Łodzi i kto wie, czy w niedalekiej przyszłości nie dorówna ono swej macierzy, bo już teraz farbiarnie pabianickie słyną w całym kraju.

Dwie budowle świadczą o starożytności miasta. Jedną z nich jest kościół parafialny z wieżą i baniastą kopułą, drugą pamiątką zaś były zamek kapituły krakowskiej, którego piękność załączony rysunek wykazuje. Dziś mieści się w nim magistrat miejski.

Jadwiga Chrząszczewska (1870-1935) – pedagog, pisarka dla dzieci i młodzieży.

Jadwiga Warnkówna (1851-1934) – pedagog, feministka, pisarka dla dzieci i młodzieży.


Sowizdrzał w numerze z 28 lipca 1912 roku opublikował wierszyk satyryczny zatytułowany „Pabjanice”.

Pabjanice

Straszna była tu ulewa,

Łamała krzaki i drzewa,

Nie opłukała jednak miasta:

bandytyzm i ciemnota wzrasta.

Sowizdrzał, satyryczny tygodnik ilustrowany, wydawany w Warszawie w latach 1911-14, 1915-19, 1927-28.

Gwałtowne zjawiska pogodowe, które występowały w Pabianicach raz po raz relacjonowała prasa stołeczna. Kurier Warszawski z dnia 24 września 1917 roku podawał:

Dnia 20 września bm. około godz. 2-ej po południu nad Pabjanicami i okolicą przeszedł huragan. Pędził z szaloną szybkością z południa ku północy, przewracając po drodze wiatraki, drzewa, kominy, sztachety, zrywając dachy itp.

Trwał zaledwie 3 minuty 25 sekund, a jednak ulice Pabjanic przybrały po jego przejściu wygląd pobojowiska. Drzewa powyrywane z korzeniami lub połamane i powykręcane, dachy pozdzierane, przewodniki elektryczne porwane, szyldy pozrywane, szyby w niektórych miejscach powybijane. Prócz tego ulice były zalane wodą, powstałą z deszczu, który poprzedził huragan, oraz z obfitego i grubego gradu, który po huraganie nastąpił. Z kościoła św. Mateusza na Starym Mieście huragan zerwał dach cynkowy, skręcił i rzucił na cmentarz kościelny. Dach ten oceniany jest na przeszło 40.000 marek. Z domu Wołdańskiego przy ul. Zamkowej orkan zerwał dach razem z belkami i rzucił na środek ulicy. W podwórzu tegoż domu obalił komin piekarni, a cegły porozrzucał na sąsiednie podwórka.

Na ul. Bagateli przewrócił komin fabryki Michla. Wzdłuż ul. Tuszyńskiej (obecnie Piotra Skargi) prawie wszystkie domy i ogrody mniej lub więcej ucierpiały.

W ogrodzie firmy „Krusche i Ender” i p. Feliksa Kruschego przy ul. Grobelnej wszystkie prawie drzewa przy wejściu do fabryki powyrywane z korzeniami, a wiele potrzaskanych. Główna aleja, wiodąca do pałacu, zasypana gałęziami różnej wielkości, ale niewiele poniosła szkody. Boczne aleje zupełnie zniszczone. Ogrodzenie z drzewa i z drutu poszarpane i poskręcane. Cenne oranżerie całkiem zniszczone. Krzewy i rośliny rzadkie połamane. Inspekty również uległy zniszczeniu. Straty, zrządzone przez huragan w tym ogrodzie obliczają na 600.000 marek.

W parku miejskim kilkanaście drzew o obwodzie 5 do 6 łokci uległo strzaskaniu, jak również wiele drzew mniejszych. W lesie miejskim około 3000 drzew zniszczonych. Potrzaskane, połamane, powyginane, leżą pokotem. Straty ogólne zrządzone przez orkan w Pabjanicach sięgają 2 ½ miliona marek.

Przesądni pabianiczanie w niebywałym huraganie upatrywali znaku - zapowiedzi istotnych zmian politycznych. Być może myśleli o Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej.

Helena Boguszewska w książce „Czerwone węże” (1933) opisuje wyprawę dzieci robotniczych na sanki do Rudy Pabianickiej, „tam gdzie jest najwyższa góra” i skąd widać dymiące kominy Pabianic.

(…) Teraz oboje zaczęli nieledwie się kłócić wymieniając tramwaje takie i owakie, jakimi jechało się na Marysin, jeszcze do jakiejś cioci Peli, i na Bałuty do stryja Seweryna, i jeszcze gdzie indziej. Padały nazwy ulic, przedmieść i podmiejskich osiedli. Sprzeczali się teraz na dobre, co chwila chwytając Władkę za ramię i wykręcając ją w coraz to inne strony.

Po prostu wyrywali ją sobie, żeby jej pokazać jeszcze to, jeszcze tamto. Wymieniali przy tym coraz innych stryjów, wujków, ciocie, szwagrów i kuzynów, mieszkających tutaj, pracujących tam na lewo, i na prawo, dalej, bliżej, wszędzie pod różnymi kominami.

Weszli wreszcie na sam szczyt Pabianickiej Góry, skąd rozciągał się po drugiej stronie taki sam widok. W dali nad domami różowiły się, czerwieniły, dymiły kominy miasta Pabianic. Władka i teraz wypatrywała posłusznie, bo okazało się, że także w Pabianicach pracuje stryjek Leopold, siostra wujenki Zosi, szwagier cioci Klementyny i jeszcze ktoś, jeszcze ktoś…

Helena Boguszewska (1886-1978) – pisarka, założycielka zespołu literackiego „Przedmieście”.


Izabela Gelbard w „Pieśniach żałobnych getta” (1946) wspomina Abramka z Pabianic.

(…) Matka już przed tym umarła z braku pożywienia

Abramko z siostrzyczką został sam. W getcie Warszawy.

Abramko z Pabianic zamieszkał w „punkcie” na Smoczej ulicy.

Z maleństwem na rękach stawał po bramach, żebrał chleba:

Jidische hercen a sztikele brot!”

Codziennie głód wraca, codziennie jeść trzeba.

Maleńka Hanele nic prawie nie waży.

Ale Abramkowi ciężko – osiem lat ma życia.

Nędzę znał od powicia, głód znał od powicia. (…)

Izabela Gelbard (Czajka – Stachowicz), (1893 -1969) - pisarka, autorka wspomnień, skandalistka, muza artystów.

Franciszek M. Sobieszczański w pracy „Wiadomości historyczne o sztukach pięknych w dawnej Polsce”, t. II (1845) podziwia pabianicki ratusz.

(…) Z budowli miejskich za panowania Zygmunta Augusta powstałych, należą tu ratusze. W Pabianicach, wystawiony na początku XVI wieku, a raczej z dawnego zamku przerobiony, w całości do naszego czasu dotrwał. Jest to budowla mała, ale bardzo zgrabna, pod względem sztuki osobliwa, w stylu starożytnym włoskim.

Franciszek Maksymilian Sobieszczański (1814 – 1878) – historyk, historyk sztuki, cenzor, wydawca źródeł, redaktor.

Władysław Bartkiewicz w 132. numerze Tygodnika Ilustrowanego z 1870 roku opublikował artykulik pod tytułem „Pabianice”. Tekst odzwierciedla stan wiedzy o mieście w drugiej połowie XIX wieku.

Miasto Pabianice, liczące się obecnie do powiatu łaskiego, położone o dwie mile od Łodzi, nad rzeką Dobrzynka, ma do 7000 ludności, przeważnie przemysłem tkackim się trudniącej. Okolica płaska, niezbyt urozmaicona, dawniej cała pokryta była lasami, a nawet jeszcze przed kilkunastu laty do bardzo lesistych się liczyła. Dziś szczątki tego bogactwa przyrodzonego topnieją nader szybko.

Nazwę miasta Pabianic podanie miejscowe wyprowadza od zameczka w lasach zbudowanego, w którym książęta polscy myślistwem się pobawiali i który też dawniej miał się zwać Pobawianice. Zamek ten, jak mówi Długosz, stanowił kasztelanię zwaną Chropy, którą Władysław Herman w roku 1084 nadał wiecznymi czasy kapitule krakowskiej, jako podziękowanie Bogu za długo wyczekiwanego potomka Bolesława, później Krzywoustym zwanego.

Kiedy Pabianice ogłoszone zostały miastem, nie wiadomo. Że jednak były w dość kwitnącym stanie (jak większa część dziś lichych miasteczek), dowodzi przywilej Zygmunta Augusta, wydany 1555 r., ustanawiający cechy: 1. kowali, ślusarzy, kotlarzy, nożowników, mieczników, robiących kosy; 2. cech robiących powozy, kołodziejów, bednarzy, cieśli i innych; 3. sukienników, czapników, krawców, Płócienników i innych; 4. Szewców, rymarzy, siodlarzy etc. ; 5. kuśnierzy, białoskórników, piekarzy etc.

Dziś miasto dzieli się na Stare i Nowe. Pierwsze nie przedstawia żadnych śladów dawnej pomyślności; ludność chrześcijańska trudni się prawie wyłącznie uprawą roli, a żydowska handlem. Nowe miasto, założone przez cudzoziemskich przybyszów, przerosło je o wiele liczbą ludności, zamożnością i okazałością. Tu stanęły fabryki wyrobów wełnianych, bawełnianych i półjedwabnych, rozsyłając ten towar po całym królestwie, a nawet w głąb cesarstwa.

Zamek niewielki, ale piękny pomnik gotyckiej struktury, zbudowany podobno przez Kazimierza Wielkiego, leży nad samą rzeką, pomiędzy Starym a Nowym miastem. Według tradycji, królowa Jadwiga w nim przebywała podczas sejmu w Sieradzu się odbywającego. Jeszcze w początkach bieżącego wieku otaczał go zwierzyniec, rozciągający się mianowicie w tej części, gdzie dziś Nowe miasto; obecnie mieszczą się w nim władze municypalne. Przerabiany wielokrotnie, odpowiednio do nowych potrzeb, stracił ostrołukowe okna i bramę wspaniałą, w miejsce której skromne drzwi na boku wybito. Mimo tego oszpecenia, jeszcze piękną stanowi całość, jak to przekonuje załączony drzeworyt, zrobiony według fotografii zdjętej przeszłego lata.

Kościół parafialny, fundowany 1595 r. przez kanoników katedry krakowskiej, jest to okazała i obszerna budowla, ale wielokrotne przebudowania odebrały jej harmonię stylu. Już w bieżącym wieku dwukrotnie zmieniano kopułę wieży, a coraz to z mniejszym gustem.

Michał Rawicz-Witanowski w Wędrowcu (nr 50/1899 r.), łącząc zniekształcone fakty z legendami, dał taki oto obraz Pabianic:

W miejscowości, gdzie dzisiaj mnóstwo kominów fabrycznych wskazuje na ożywiony przemysł, a gwara niemiecka coraz częściej niemile uderza ucho polskie – przed wiekami zalegała głucha puszcza, pełna błot i trzęsawisk, stąd też i wznoszący się pośrodku zamek książęcy, czyli kasztelania, nosił miano Chropy.

W r. 1085 niezwykły ruch zapanował w zapadłym tym ustroniu; sam bowiem książę krakowski, Władysław Herman, korzystając z pięknej jesieni, przybył z licznym dworem zabawiać się ulubionymi łowami w otaczającej puszczy. Małżonkowi towarzyszyła pełna wdzięków młodości Judyta, córka Adelajdy, królowej czeskiej, a wnuka Andrzeja Węgierskiego. I oto d. 2 września powiła tu dawno oczekiwanego dziedzica tronu książęcego, Bolesława, przezwanego z czasem Krzywoustym, który zwycięski swój oręż miał ponieść daleko, między napastniczych sąsiadów. Pobożna księżna przypisując tę łaskę nieba modłom świętego Idziego, do którego zwłok w Langwedoku, we Francji, wysłała poselstwo z bogatymi darami, prośbami swymi tyle wymogła na uradowanym z narodzin Hermanie, że ten rozległą kasztelanię Chropy, gdzie Bóg obdarować go raczył pierworodnym dziecięciem, na wieczne czasy oddał kapitule krakowskiej, spośród której wyznaczony Piotr jeździł w poselstwie do Francji.

Niedługo jednak ta niewiasta nabożna, która, według słów kronikarza, „co miała, wszystko przebóg rozdawała”, cieszyć się miała widokiem jedynaka. Śmierć okrutna w miesięcy kilka ścięła tę królewską latorośl, nie pozwoliwszy matce dożyć czasów, w których syn jej zasłynąć miał męstwem i szlachetnymi czynami. Płakała jej cała Polska dla cnót znakomitych, mianowicie dla osobliwego przywiązania do narodu, któremu panowała.

Odtąd dobra chropskie stale należały do kapituły krakowskiej, od której wnuk Władysława Hermana, Kazimierz Sprawiedliwy, w r. 1189, zapewne za dobrowolną ugodą, wziął takowe, obowiązując się oddać je na każde zapotrzebowanie. Głównie zamiłowanie łowów, jakim odznaczali się Piastowie nasi, musiało przynosić korzyść kapitule, gdyż tego roku staje nowa umowa, stwierdzona podpisem króla, że w zamian za pozwolone sobie polowanie do śmierci, w tychże dobrach Chropy i Kalnie, razem z prawem do stanu, do nastawy, do przewozu (obowiązki dostarczania monarsze i jego dworowi koni, żywności, wozów) itp., przyrzeka wydawać za to kanonikom krakowskim ubitą zwierzynę.

Wkrótce stanąć tu musiał kościół parafialny, skoro bulla Honoriusza III z r. 1220 stanowi rozjemcę sporu między kapitułą krakowską a jej proboszczem, który z powierzonych pieczy jego dóbr nic nie chciał płacić. Skrzętna o dobro swe kapituła nie tylko w r. 1297 d. 28 lutego uzyskała od króla Łokietka, bawiącego w Brzeźnicy, zatwierdzenie nadanych przez poprzedników jego swobód w kluczu piątkowskim (tak zwany z biegiem czasu obszar opola Chropy), lecz tegoż dnia i miesiąca pozwolił im wieś Piątkowisko (Pantkonisch) podnieść do godności miasta, rządzącego się prawem niemieckim lub w im dogodniejszej miejscowości opola – takowe erygować.

Jak postąpiła sobie w tym razie kapituła krakowska, dokładnie orzec trudno, sądząc jednak z tego, ze Piątkowisko pozostało nadal wsią na prawie polskim – przypuszczać należy, że z nadania Łokietkowego skorzystała kapituła, podnosząc do rzędu miast wieś Pabianice, mającą dogodne położenie nad brzegiem rzeki Dobrzynki (u Długosza Nyrzecz), i w środkowym punkcie rozległej włości kapitulnej.

Wówczas to na gruzach dawnego kasztelu stanąć musiał z początku dworzec administratora klucza pabianickiego, wreszcie za czasów syna Łokietkowego, Kazimierza, ów okazały zamek, którego włoska struktura, mimo wieków, ciążących na nim, przypomina budowle Sandomierza, Kazimierza nad Wisłą i innych wspaniałych gmachów, którymi król chłopów przyozdobił drewnianą Polskę.

W nowo erygowanym mieście, wśród okazałych budowli świeżych, stała uboga drewniana świątynia Pańska, pod wezwaniem św. Mateusza Ewangelisty i św. Stanisława, i taką jeszcze około r. 1470 znalazł Długosz, opisując uposażenie diecezji krakowskiej. Przypisuje on fundację jej Jarosławowi Skotnickiemu, arcybiskupowi gnieźnieńskiemu, gdy, według wszelkiego prawdopodobieństwa, kościół ten od dawna istniał, i raczej zgodnie ze zdaniem heraldyków naszych, zawdzięczyć mu należy opatrzenie kościoła tego w r. 1341 dziesięcinami na wsi Chocieszowie. Wkrótce stać się on musiał pastwą płomieni, gdy tenże historyk wspomina o przeniesieniu go na inne miejsce, a odbudowany z kamienia, przyjął postać obecną. Ślad późniejszych restauracji zachował się dotąd na nieotynkowanych murach, oraz w napisie, umieszczonym po lewej stronie kościoła, nad zamurowanymi obecnie drzwiami. Brzmi on jak następuje Beati qui habitant in domo, Tua Domine. Jakub Fusski, muliarz krakowski, rękąm własnąm I+N+R+I+A+D +1585.

Kończy napis ten znak kamieniarski w kształcie krzyża przejętego strzałą o zakrzywionym grocie.. Nazwisko majstra mularskiego obcokrajowym brzmieniem swoim przypomina nam zwyczaj czeladzi zagranicznej, która, szukając u nas zarobku, wsiąkała po większej części w naszą społeczność; z drugiej zaś strony zdaje się wskazywać, że w takim Krakowie, Warszawie, Poznaniu kunszta i rzemiosła wysoko stać musiały, skoro do znaczniejszych budowli nie tylko Korony, ale i Litwy nawet, z Krakowa np. do Kretyngi, sprowadzano majstrów mularskich.

Okazała ta budowla, z ośmiokątną zamczystą wieżą, panuje nad całą okolicą. Nad głównym wejściem spostrzegamy umieszczony herb kapituły krakowskiej: trzy korony złote w polu białym. Wdzięczne duchowieństwo miało herb ten przyjąć do swej tarczy, gdy po śmierci Aarona arcybiskupa (1058) nikogo nie było w Polsce, który by godła tego używał. Jako świadectwo minionej przeszłości nic więcej nie pozostało nad dwie tablice pamiątkowe, wmurowane w ściany wewnętrzne kościoła. Nad nimi umieszczone w medalionach płaskorzeźby, mają według miejscowej tradycji, przedstawiać Władysława Hermana i żonę jego, Judytę. Mrok, panujący w świątyni, nie pozwolił mi odczytać napisów, a przez to sprawdzić wiarygodność legendy.

Próżno też szukałem jakiej pamiątki po drugim sławnym mężu, który tu chwilowo przebywał. Przy kościele tutejszym, jako własności kapituły krakowskiej, miał chwilowo przebywać Mikołaj Kopernik, kanonik frejburski, stąd powstało błędne mniemanie, jakoby sławny astronom tu się urodził, co miało potwierdzać rozrodzenie się w tych stronach (mianowicie we wsi Łaskowicach, inni mówią, że i w Karniszewicach) rodziny włościańskiej Koperników.

Po kościele, do którego tyle wiąże się wspomnień, najpierwsze zajmuje miejsce zamek. Zbudowany w czworobok, podparty ze wszech stron skarpami, zakończeniem zębatych szczytów, zasłaniających dach, przypomina ratusz w Sandomierzu lub Sukiennice krakowskie. Na ścianie frontowej miał być niegdyś napis, jakiej treści, nie można się było dowiedzieć, jedynie tylko z zachodniej strony widzimy tu herb podobny do tego, jaki zdobi wejście świątyni.

Istnieje też podanie, że zamek łączyć się miał z kościołem podziemnym przejściem; jako dowód pokazują w zakrystii loch, który jednakże gruzy z obrywających się ścian zawaliły zupełnie. Obecnie mieści się tu magistrat, co nie pozwala ostatecznie upaść starożytnej budowli, nieumiejętnie tylko dokonywane odnawiania zacierają jego cechę stylową. Mury te oglądały jeszcze Jagiellonów! Oto w r. 1432, gdy Władysław Jagiełło powracał z Mazowsza do Krakowa, zastąpiło mu drogę w Pabianicach poselstwo czeskie, złożone z najznakomitszych przedstawicieli stronnictwa husyckiego, którzy wynurzywszy użalenie nad klęską, jakiej Polska przez ostatni najazd krzyżacki doznała, oświadczyli chęć niesienia pomocy przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi, którego już oręż czeski dosięgnął, posiłkując Polakom pod Grunwaldem. Do tego przyjacielskiego oświadczenia załączyli posłowie prośbę, aby król przebaczył bratu swemu, ks. Korybutowi, jego dawne przewinienie; nie zapomnieli zaznaczyć przy tym, że synod, odbywający narady swoje w Bazylei, wielce jest dla nich przychylny, gdy w celu pojednania ich z Kościołem powszechnym umyślne do sejmujących stanów wysłał poselstwo. Nie mogło w lepszą porę stanąć owe poselstwo przed sędziwym królem, który razem z radą przyboczną zajęty był przygotowaniem nowej wyprawy przeciw wiarołomnemu zakonowi. Łaskawie przez monarchę i senatorów przyjęci Czesi, nie tylko hojnie podejmowani byli na zamku, lecz, mimo niepewnego ich stanowiska względem Rzymu, za pozwoleniem obecnego prymasa, Jastrzębca, tudzież biskupów kujawskiego, poznańskiego i chełmskiego, przypuszczono ich do uczestnictwa w publicznych nabożeństwach. Zgorszyło to wielu wiernych, tym więcej, gdy wieść doszła, że biskup krakowski, Zbigniew, przed heretykami drzwi święte zamykać kazał, a nawet na całą diecezję rzucił interdykt. Drugim gościem z onego rodu Jagiellonów był w r. 1463 Kazimierz. Wspaniale podejmowany w Pabianicach i Tuszynie przez Jana Rzeszowskiego, kanonika krakowskiego i dzierżawce dóbr całych, listem, zachowanym dotąd w archiwum kapitulnym, zastrzegł, że podobny traktament nie ma się liczyć na przyszłość kapitule za obowiązek.

Michał Rawita Witanowski h. Rawicz (1858-1943) – regionalista, krajoznawca, historyk.


Elzbieta Ettinger w powieści „Kindergarten” (Boston 1970) przedstawia losy Elli Rostow, która czyni wiele starań, aby przetrwać Holokaust, walcząc  jednocześnie w getcie warszawskim i współpracując z polskim podziemiem. Przyjeżdża także do … Pabianic.

(…) It was agreed that one of the girls would go to Pabianice to see Old Man. Ruth decided that Elli would go. On the train Elli squeezed herself ever more tightly into her corner to make sure she was completely concealing the yellow star. (…) Zapamiętała, że chodząc ulicami Pabianic, nawet po ciemku,  mogła rozpoznać każdy dom i każde drzewo. She remembered going slowly through the streets in Pabianice where even in darkness she could recognize every house and every tree. (…)
Elzbieta Ettinger (1925-2005) – profesor literatury w Massachusetts Institute of Technology, autorka m.in. biografii “Rosa Luxemburg”, “Hannah Arendt – Martin Heidegger”.


Ambroży Nieszporkowicz w rejestrze cudownych uzdrowień zawartym w opracowaniu „Odrobiny ze stołu królewskiego Królowej Nieba i Ziemi Najświętszej Bogarodzicy Panny Maryi” (1720) zapisał pod rokiem 1639, że Jadwiga Siderzyna z Pabianic miasteczka w paraliżu bólami i utęsknieniem ściśniona już rozpaczała o życiu. Ale słysząc od pobożnych ludzi rozmowy i rozpamiętywania rozlicznych łask i cudów Najświętszej Panny na Jasnej Górze, wzbudziła w sobie afekt podobnej łaski proszenia N. Panny, a dla prędszego dostąpienia jej, postanowiła na umyśle drogę za to odprawić. Zaraz tedy odkąd lepiej się poczuła, i w prędce do zdrowia pierwszego przywrócona pospieszyła z kompanią na miejsce święte jako z świadkami tego wiadomemi.

Ambroży Nieszporkowicz (1643-1703) – paulin, definitor, pisarz i mariolog.

Dziewiętnastowieczni autorzy dość chętnie pisali o „starożytnych” Pabianicach, z których miała się wywodzić rodzina Mikołaja Kopernika. Na przykład Adrian Krzyżanowski opublikował pracę pod charakterystycznym tytułem „Dawna Polska ze stanowiska jej udziału w dziejach postępującej ludzkości skreślona w jubileuszowym Mikołaja Kopernika roku 1843” (1844).

(…) Poczynająca się od r. 1392 księga aktów radzieckich krakowskich, o której spomnieliśmy, kończy się na roku 1431. Następujący po niej volumen zaczyna się od r. 1450. A tak blisko z 20 lat nie dostaje aktów, w których może się jeszcze znajdowała jaka wzmianka o dziadzie Astronoma naszego. Do tego okresu trzeba odnieść podanie, iż dziadowi Astronoma naszego nie były obce Pabianice, dokąd miał się udawać na zaprowadzone do tego miasteczka przez króla Jagiellona czeskie nabożeństwo, użyty będąc do pewnych poruczeń przez kapitułę krakowską, do której dobra pabianickie należały.

Dobra pabianickie, jako własność kapituły krakowskiej składały się według jej aktów, z miasteczka Pabianic, odległego o 6 mil od Sieradza, i z 34 wsi. Te wsie, między niemi Łaskowice, są wymienione w aktach rzeczonej kapituły z r. 1496. Wieś Łaskowice jest ojczyzną żyjącej jeszcze dotąd rodziny kmiecej Kopernogów lub Kopernigów, której nazwa mogła być pochwycona, jak to się zdarza między naszym ludem, od Koperników krakowskich, gdy ci przebywali w dobrach pabianickich. W poczcie imiennym mieszkańców tej wsi, sporządzonym podczas lustracyi dóbr na rozkaz kapituły przez kanoników Sebastyana Starczewskiego i Stanisława Cieńskiego, występuje pod rokiem 1651 Paweł Kopernog półrolnik, pod rokiem 1677 Wawrzyniec Kopernig półrolnik. (…)

Adrian Krzyżanowski h. Dębno (1788 -1852) – matematyk i historyk.

X. Roman Szlosman w Przeglądzie Katolickim (nr 36/1871 r.) kontynuuje wątek Kopernikański.

(…) Historycy nasi przyjęli, że dziad astronoma Mikołaja Kopernika, także Mikołaj, przybył w r. 1396 z Czech do Krakowa, że tenże był używany przez kapitułę krakowską do posług dóbr pabianickich, był powroźnikiem, a nawet oskarżają go o husytyzm. Podług wszelkiego prawdopodobieństwa, przypuścić trzeba, że jeżeli kapituła krakowska używała Kopernika do załatwiania interesów swych w dobrach pabianickich, znać go musiała jako dobrego katolika. Cudzoziemiec w owe czasy wątpić należy, aby mógł był zjednać sobie tak prędko zaufanie kapituły krakowskiej. Stąd radzi byśmy widzieć, gdyby uczeni nasi wertując pozostałe papiery kapituły krakowskiej z czternastego wieku, mogli udowodnić, że Kopernik nie z Czech, ale z ziemi sieradzkiej dóbr pabianickich, a należących do kapituły krakowskiej przybył do Krakowa. Jego ojciec mógł być ekonomem lub rządcą zamku pabianickiego, a syna lepiej wychowawszy, polecił kapitule krakowskiej. Ślady twierdzenia naszego pozostały w aktach kościoła pabianickiego i w tradycji żywej ostatniego z żyjących jeszcze do dziś dnia Wojciecha Kopernoga.

Może powie kto, że za śmiałe twierdzenie moje, gdyż brak dowodów? Odpowiem mu: są dowody mocniejsze niźli pisarzy niemieckich, którzy Mikołaja Kopernika gwałtem Niemcem mieć chcą. Za przykład niech posłuży niemiecka Encyklopedia Brockhausa 1853 r. tom IX str. 148, gdzie podano następny dowód, że Mikołaj Kopernik był Niemcem: „Kopernik Nicolaus Vater stammt aus Westfalen, besuchte die Schule zu Thorn, studirte daselbst Medicin, Mathematic und Astronomie”.

W następnym numerze PK (37/1871 r.) Roman Szlosman pisze między innymi o szkole pabianickiej.

Jan Śniadecki w żywocie Hugona Kołłątaja opisuje nam skład szkół całego Królestwa Polskiego z dawnych czasów. Mówi, że po akademii krakowskiej, zamojskiej były kolonie (filie) ; po nich szkoły mniejsze, do których posyłano tylko filozofii doktorów na dozorców. Takie szkoły były w Gnieźnie, Warszawie, Widawie itd. Jakkolwiek dotąd nigdzie nie czytałem, aby podobna szkoła mniejsza znajdowała się w Pabianicach, jednakże są ślady w aktach kościelnych, że takowa w 17 wieku tu istniała. Tak czytamy w niektórych miejscach, że w roku 1630 był Jakub Lutomirius dr filozofii, a w r. 1676 Andrzej Maśliński dyrektorem szkoły pabianickiej. Często spotkać można doktora filozofii i św. teologii.

W 1673 roku jednocześnie pięciu było księży w Pabianicach. Parafia była nieliczna, do posługi jeden ksiądz wystarczał. W wielu miejscach jest mowa, że ojcami chrzestnymi byli studenci szkoły pabianickiej. W roku 1631 osiem takich aktów było, coraz to inne nazwisko. Łatwo przeto przypuścić, że kanonicy krakowscy urządzili tu szkołę mniejszą, której uczniów nazywano studiosi. W 1791 roku liczyła parafia pabianicka 514 dusz, a dziś przeszło 8.000.

Roman Szlosman (1832 – 1898) – proboszcz w Koźminku, Brudzewie, Mierzynie, Rajsku, wikariusz w Pabianicach i Wieluniu, współpracownik Przeglądu Katolickiego i Pamiętnika religijno-moralnego.

Felix Zieliński w artykule „Liber Beneficiorum Długosza” – Biblioteka Warszawska. Pismo poświęcone naukom, sztukom i przemysłowi 1872 r. podaje:

Pabianice czyli Kasztelania Chropy nadaną była w r.1084 czy 1086 przez Władysława Hermana za wstawieniem się jego małżonki Judyty kapitule krakowskiej. Dobra te odległe od Krakowa, w obcej diecezji położone, z początku kapituła zaniedbała. Tego zaniedbania użył za pozór Kazimierz Sprawiedliwy do zajęcia na siebie dóbr rzeczonych, które dopiero w roku 1189 kapitule zwrócił, pisząc w dokumencie, że zajął na siebie „Chropensium provinciam” gdyż była a multis retro neglecta, i zwraca ją kapitule w lepszym stanie (emendatam).

Pomimo tych ulepszeń w kulturze, Pabianice jeszcze w roku 1286 nazywały się Kasztelanią Pustkowicką, kiedy Leszek Czarny w ugodzie z Pawłem z Przemankowa uwolnił je od powinności książęcych. Można więc uwierzyć Długoszowi gdy nadmienia, że w czasie nadania Pabianice były lesiste i mało miały osad. Większe zasiedlenie Pabianic liczyć dopiero można od końca dwunastego wieku. Za czasów Długosza było w tych dobrach dwa miasteczka (oppida) i 28 wsi.

Zwykle dzierżawił te dobra na lat trzy jeden z prałatów i kanoników krakowskich „qui melior politicus et justitarius esse creditur”, płacąc kapitule dwieście lub trzysta grzywien rocznej dzierżawy, co na dzisiejszą monetę wyniesie około tysiąca do tysiąc pięćset rubli srebrnych. (…)

Powinności włościańskie dla dworu tak w Pabianicach jak w ogóle dóbr duchownych , wykazane w księdze beneficjów dają się ująć w cztery grupy: czynsz (census), osep (annona, ziarno)), daniny (daciae), robocizna.

Andrzej Moraczewski w „Starożytnościach polskich ku wygodzie czytelnika” (1842) zamieszcza hasło : Pabianice, które nie do końca odpowiada ustaleniom współczesnym.

Pabianice, miasto w województwie sieradzkiem nad rzeczką Dobryńką o sześć mili od Sieradza. W XI wieku, gdy Judyta długo bezpotomna małżonka Władysława Hermana, powiła nareszcie syna Bolesława, król za wstawieniem się tejże małżonki na podziękowanie Bogu, nadał majętność Chropy, teraz zaś Pabianice zwaną, Kapitule Krakowskiej. Później jednak zmuszona była kapitula ustąpić te dobra jednemu z następnych królów, lub do niego należących, gdyż w roku 1189 Kazimierz Sprawiedliwy nadał powtórnie Chropy, poprzednim duchowym jej posiedzicielom (posiadaczom). Nazwisko Pabianice już Długoszowi znane było, lecz kiedy Pabianice do rzędu miast wyniesione zostały, nie jest wiadomo. Pierwsze pewne świadectwo o tym mieście mamy dopiero z czasów Zygmunta Augusta, gdy w roku 1555, nadał przywilej cechy rzemieślnicze w mieście porządkujący. Kościół parafialny pabianicki fundowany był w r. 1595 przez kanoników katedry krakowskiej, a kanonik Mikliński kościół uposażył i wzniósł ołtarze. Dwa wielkie obrazy w presbitorium są jeszcze z roku 1637. Zamek, który trwa dotąd w całości jest w stylu gotyckim i sięga XVI wieku. Według Łubieńskiego (Świat cały), dobra pabianickie składają się z miast: Pabianice i Rzgów, tudzież 35 wsi.

Andrzej Moraczewski (1802 – 1855) – historyk, publicysta, konspirator.

Kapituła krakowska starała się bronić dóbr pabianickich przed zakusami książąt i pomnażać swoje przywileje. W 1251 r. Kazimierz Kujawski (wnuk Kazimierza Sprawiedliwego) wydał w Kowalu postanowienie, na mocy którego ludność opola chropskiego została zwolniona od danin w prosiętach, tłuszczu, miodzie i piwie. W 1286 r. w Krakowie Leszek Czarny poczynił dalsze ustępstwa na rzecz kapituły. Pisze o tym Aleksander Przeździecki w pracy „Paweł z Przemankowa: rys historyczny z drugiej połowy XIII wieku w Polsce, z nieznanych po większej części lub mało znanych źródeł skreślony” , Biblioteka Warszawska 1851 r. Autor przytacza treść przywileju księcia krakowskiego dotyczącego włości pabianickiej. Leszek Czarny przegrał spór z biskupem krakowskim Pawłem z Przemankowa.

(…) Niechże wiadomo będzie teraźniejszemu i przyszłemu wiekowi, iż my, Leszek, z Bożej łaski książę krakowski, sandomierski i sieradzki, gdy żagiew nienawiści, nasienniki (zasiew) nieprzyjaźni i niezgód koleje, między wielebnym ojcem naszym Pawłem, biskupem krakowskim, z jednej strony, a nami z drugiej, z poduszczenia nieprzyjaciela rodzaju ludzkiego, wzniecone zostały; pragnąc teraz pomienioną żagiew zgasić, rzeczone nasienniki wyrwać, i wspomniane koleje (przeszkody) do szczętu wygładzić, aby między nami czysta miłość i przymierze wiecznej przyjaźni, w pokoju, wytrwałości i zgodzie, na wieki dotrwały; (…) Nadto, tytułem nieodwołalnej darowizny, nadajemy kasztelani pustkowickiej, leżącej w ziemi sieradzkiej, oraz wszystkim wsiom tej kasztelanii i mieszkańcom, oraz czasowo mieszkającym (incolis et inhabitatoribus), zupełnie te same swobody, któremi wsie kapituły krakowskiej, z łaski poprzedników naszych wiecznemi czasy obdarzone zostały. To jest: ażeby wszyscy w całej kasztelanii pustkowickiej, i wsiach do niej należących, takich swobód zupełnie używali, jakie osadnikom niewolnym (ascriptitti), świętej stolicy krakowskiej, z dawien dawna służą.

Kasztelanię pustkowicką, wraz z jej wsiami i mieszkańcami wszystkimi, uwalniam zupełnie od stróży (stróża- odbywanie straży), stanu (stan – udostępnienie kwatery), powozu (powóz- podstawianie wozów do transportu) i od wszystkich innych służebności, służb, opłat, podatków i posług zwyczajnych, i nadzwyczajnych (angariis et perangariis), pod jakim bądź nazwiskiem (nazwą) i komukolwiek by się należały. Uwalniam także od władzy naszej i następców, i dziedziców naszych, także wszystkich kasztelanów, wojewodów i jakich bądź sędziów, urzędników, władz i urzędów.

Nikomu więc oprócz kapituły krakowskiej, lub tego, który je z nadania tejże kapituły posiadać będzie, podlegli nie będą. Z tym jednak wyjątkiem, że wedle dotychczasowego zwyczaju, do naprawy zamku i mostu sieradzkiego należeć będą; a w razie napadu wojska nieprzyjacielskiego na ziemię sieradzką na obronę tejże ziemi (ale w żadnym innym razie) służbę najemną pełnić będą. Nadto jeżeli raz w roku zdarzy się nam przez grunt tej kasztelanii dla łowów przejeżdżać, to nas swoim kosztem utrzymywać i przeprowadzić obowiązani będą, oraz do przewodu (przewód – przewóz rzeczy księcia) wedle zwyczaju tej ziemi.

Te więc przyrzeczone darowizny, swobody, ulgi wszystkie, które nadaliśmy dla zadośćuczynienia rzeczonemu biskupowi i kościołowi jego, oraz dla zbawienia duszy naszej i najukochańszej małżonki naszej Gryfiny, oświeconej księżnej tych ziem, oraz poprzedników naszych, obiecujemy w dobrej wierze, za siebie i za dziedziców lub następców naszych, stale i wiecznie dotrzymywać i nic przeciwnego nie czynić, ani przez siebie, ani przez kogokolwiek, ani prawem, ani fortelem, ani czynem żadnym, i nie odwoływać ich żadnym sposobem, ani dla żadnej przyczyny, dopóki rzeczonego ojca (biskupa) i kapituły jego stałość ku nam wedle sprawiedliwości dotrwa.

Ten zaś ojciec nasz biskup i pan widząc życzliwość naszą ku niemu i kościołowi jego, rzeczone 3.000 grzywien srebra przez pośredników i arbitrów wspomnianych z łaski swojej i hojności nam darował.

Na oczywiste tedy i pewne świadectwo wszystkiego o czym wyżej wspomniano, kazaliśmy niniejszą kartę napisać i obwarować pieczęciami, naszą, ukochanej małżonki naszej, która zgodę swoją na powyższe nadanie oświadczyła oraz przerzeczonych (wspomnianych) pośredników i arbitrów. Działo się publicznie w Krakowie, roku pańskiego 1286. Obecni byli: hrabia Boxa wojewoda sandomierski; mistrz Mikołaj archidiakon, Michał kustosz krakowscy, Floryan kasztelan lubelski, Wojciech łowczy. Mszczuj koniuszy, Mścigniew podkomorzy sieradzki, innych wielu. Dano przez ręce Prokopa kanclerza naszego krakowskiego, arbitra rzeczonego.

Aleksander Przeździecki h. Pierzchała (1814 – 1871) – historyk i edytor.


W 1843 roku wyszła drukiem praca Michała Balińskiego i Tymoteusza Lipińskiego „Starożytna Polska pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym”. Autorzy piszą także o starożytnych Pabianicach.

Pabianice, czyli Pabianice, nad rzeką Dobrynką wpadającą do Neru, o 6 ½ mili od Sieradza. Podług tradycji miejscowej była to wieś Słupiec zwana, i wśród lasów leżąca, która z czasem od bawienia się książąt na łowach, nazwę Pobawianice przybrała. Ale dawne dzieje nasze powiadają co innego. Podług Długosza w XI wieku stał na tem miejscu zamek, który z okoliczną włością stanowił hrabstwo czyli Kasztelanię zwaną Chropi, do Ziemi Sieradzkiej należącą. Władysław Herman nadał ją w r. 1084 wiecznemi czasy Kapitule krakowskiej, za wstawieniem się królowej Judyty, żony swojej. Powodem tego daru było ubłaganie niebios przez solenne wota, za poradą Lamberta Biskupa Krakowskiego, że królowa długo bezpotomną, porodziła mu na koniec syna Bolesława, chociaż i sama prędko z połogu tego umarła.

Dobra te jednak zmuszona była Kapituła Krakowska sprzedać później jednemu z poprzedników Kazimierza Sprawiedliwego, najpodobniej zaś matce jego, a drugiej żonie Bolesława Krzywoustego. Ale Kazimierz wdzięczny zapewne za przychylność Biskupa i Kapituły Krakowskiej, aktem w r. 1189, wrócił je bezpłatnie tejże Kapitule, dodając inne jeszcze dochody.

Za czasów Długosza w XV wieku, już to miejsce nazywało się Pabianice, nie wiemy jednak czy były już miastem. Dopiero za Zygmunta Augusta znajdujemy urzędowy dowód tego. Król ten widząc, że miasto Pabianice ma znaczną liczbę rozmaitych rzemieślników, ustanowił dla ich korzyści i porządku publicznego cechy.

Przywilej w tym celu wydany r. 1555, wyraża między innemi: „Pragnąc miasto Pabianice w Ziemi Sieradzkiej, do Kapituły Katedry Krakowskiej należące, w dobrym zarządzie i porządku utrzymać i rzemieślników (mechanicos) zachęcić, ustanowiliśmy kontubernie i bractwa: 1szy Cech kowali (fabrorum ferariorum), ślosarzy (serrificum), robiących wędzidła (frenificum), kotlarzy (caldeatorum), robiących kosy (falcificum), prasołów (salicidarum) i innych trudniących się żelaznymi wyrobami; 2gi Cech powozy robiących (currificum), kołodziejów (ratificum), stolarzy (mensatorum), bednarzy (deleator), cieśli (fabrorum lignatorium), i innych zajmujących się robotami z drzewa; 3ci Cech sukienników, czapników, krawców, płócienników i innych wełną i przędzą trudniących się; 4ty Cech szewców, rymarzów, siodlarzy, torby robiących (perificum), i innych skórzanymi robotami zajętych; 5ty Cech kuśnierzy, białoskórników (alutariorum hoc est samesnikow) i piekarzy”.

Tenże sam przywilej stanowi potem przepisy dla pomienionych cechów, obowiązki czeladzi, opłatę wstępujących do cechu itp. Zabrania na koniec, żeby w odległości mili jednej do koła, żaden szewc, kowal, kuśnierz, sukiennik i łaciarz nie ważył się po wsiach zatrudniać rzemiosłem, pod karą utraty wyrobionych towarów, które magistrat ma zabierać.

Kościół tutejszy parafialny fundowany jest r. 1595 przez Kanoników Katedry Krakowskiej. Znajdujące się w Prezbiterium dwa wielkie obrazy męczeństwa Ś. Wojciecha i Ś. Stanisława są jeszcze z r. 1637, odnowione w r. 1700. Kanonik Krakowski Mikliński uposażył kościół i ołtarze porobił. Zamek, który trwa dotąd w całości i jednym jest z pięknych pomników budowy gotyckiej w naszym kraju, musiał być stawiany przynajmniej na początku XVI wieku.

Tymoteusz Lipiński (1797-1856) – historyk, archeolog.

Michał Baliński (1794-1864) – historyk, pisarz, publicysta.


Ernest Łuniński (Deiches) w książce publicystycznej „Echa wczorajsze” (1925) powraca do początków pierwszej wojny światowej w Pabianicach. Wtedy to grupa mieszkańców witała hołdowniczo żołnierzy niemieckich, narażając się na odwet Rosjan.

(…) Równocześnie nałożyły te władze na Żydów w Pabianicach koło Łodzi, kontrybucję za sympatię dla najazdu pruskiego! … Warto powołać się na urzędowy komunikat rosyjski z 1 listopada 1914 roku. Powiedziano w nim wyraźnie: „Pozbawione są wszelkiej podstawy wieści, szerzone przez gazety niemieckie, jakoby w Cesarstwie, a szczególniej w guberniach nadwiślańskich, prześladowano ludność żydowską. O żadnych prześladowaniach nie ma nawet mowy. Każdy wie, że wojna prowadzona jest w przyjemnem usposobieniu wobec wszystkich narodów zamieszkałych w Rosji. Niestety, wbrew artykułowi 44 konwencji haskiej wojska nieprzyjacielskie zjawiające się w granicach państwa rosyjskiego, żądają przeważnie od Żydów dostarczanie im wieści o armii naszej i naszych środkach obronnych, wystawiają ich przeto po wycofaniu się niebezpieczeństwo odpowiedzialności za okazaną pomoc wrogowi, zgodnie z surowością praw czasu wojennego”.

Ernest Łuniński (1868-1931) – historyk i publicysta, dyrektor Wyższej Szkoły Dziennikarskiej we Lwowie.

Adolf Nowaczyński w tomie szkiców „Słowa, słowa, słowa…” (1938) porównuje krakowskie Podgórze do podłódzkich Pabianic.

Powodzie pamiętam od dzieciństwa, od najwcześniejszego. Urodziłem się bowiem nad Wisłą, powiedzmy sobie tysiąc najwyżej kroków od Wisły. Jak Lorentowicz nawet nie w samej Łodzi, ale w Pabianicach, tak jak nawet nie w Krakowie samym, ale w Podgórzu, czyli jak krakowianie ośmielają się mówić „na Podgórzu”, jak się też mówi deminutywnie „na Litwie” zamiast „w Litwie”. (…)

Adolf Nowaczyński (1876-1944) – dramaturg, satyryk, eseista, publicysta.

Henryk Samborski we „Wspomnieniach z Powstania 1863 i pobytu na Syberii” pisze o Antonim Zielińskim z Dłutowa, który pod dozorem policyjnym pozostawał w Łodzi i Pabianicach.

Zieliński Antoni, posłaniec, niższy oficjalista gorzelany z Dłutowa, guberni piotrkowskiej wyruszył do partii Oksińskiego, zaliczany do kosynierów, następnie przeszedł do oddziału Taczanowskiego w pułku Słupskiego, do kawalerii. Walczył pod Sędziejowicami i Kruszyną, powrócił dobrowolnie. Pod dozorem policyjnym pozostawał w Łodzi i Pabjanicach.

Henryk (Ostoja) Samborski (1843-1918) – absolwent Szkoły Głównej, powstaniec, sybirak.

W 1921 roku ukazała się sztuka Bruno Winawera „Księga Hioba. Komedia nudna w 3-cg aktach”. Rzecz dzieje się w Warszawie w czasie mizerii powojennej i upadku literatury dramatycznej. Jeden z bohaterów komedii doktor Tadeusz Herup przywołuje pabianicką szkołę początkową.

Herup: Nauka, panno Natalio, jest jak arszenik. W małych dozach wzmacnia organizm. Zażywana w większych dawkach zabija, albo robi z człowieka idiotę. Postanowiłem rozpocząć nowe życie i wykreślić z pamięci wszystko, co wiem ponad kurs szkółki początkowej w Pabianicach. (Poprawia się na fotelu). Co to jest znowu? Aha! (Wyjmuje z kieszeni książkę). Dzieło filozofa angielskiego Carlyle’a „O bohaterach”. Pani zna Carlyle’a?

Tola: Nie, Myśmy tego w naszej szkółce nie przechodzili.

Herup: Hę ? (Śmieje się). Ma pani rację! Złapałem się. Patrzcie, jakie te kobiety są mocne w dialektyce. Ja to czytam dla pewnych celów specjalnych, o których będzie mowa w następnym rozdziale.(…)

Bruno Winawer (1883-1944) – komediopisarz, prozaik, felietonista.



Bruno Winawer powrócił do Pabianic w felietonie „Majnpech i jego kariera” opublikowanym w tygodniku Świat nr 27, 1935 rok.

(…) W rodzinnych Pabianicach zdobył sławę za młodu. Już na ławie szkolnej napisał świetne wypracowanie o tragedii greckiej, o znaczeniu kolei żelaznej czy o wpływie młodości poety na jego starość. W tym też okresie swego życia posiadł i opanował „Historię cywilizacji” Drapera i dwa środkowe tomy encyklopedii Orgelbrandta (od Laagen do Ożotka). Rozgłos jego sięgał daleko poza mury szkolne. Tłumy szeptały: Majnpech. Matki stawiały go synom za wzór. (…)

Ciekaw jestem, co się z nim wreszcie stało?

Jedno wiem na pewno: zagranicą się nie przyjął, nie został Einsteinem, ani córką pani Curie, ani lordem Ruthefordem. Wrócił do kraju! Jest może tym nudnym profesorem ze Lwowa… Albo tym, co te uczone kobyły gryzmoli do tygodnika literackiego… Albo może tym członkiem Akademii … albo dygnitarzem…

Majnpech zrobił karierę. Tego jestem pewien … W Warszawie, nie w Ojdadanowie!

Han Nolan w powieści „If I Should Die Before I Wake” (1994) przedstawia życie w łódzkim getcie, którego mieszkańcy obawiają się, że czeka ich los pabianiczan.

Kolejny dzień był podobny; tylko lekarze i pielęgniarki, policja żydowska, a także strażacy wchodzili do mieszkań. Badali osoby starsze i chorych, którzy próbowali się ukryć. Następnie ciągnęli tych skamlących nieszczęśników do przeludnionego budynku, gdzie czekali na transport. Prawie nie widzieliśmy Bubbe. Musiała być obecna podczas oględzin lekarskich, ale postanowiła wrócić do mieszkań, aby pocieszać tych, którzy jeszcze pozostali. Nawet ona nie mogła nas podnieść na duchu, gdy Jakub przyszedł do domu i oświadczył, że jest plan, aby oczyścić Łódź z Żydów, tak jak to zrobili w Pabianicach.

Han Nolan (ur. 1956) – amerykańska autorka książek dla młodzieży.

Młodopolski autor Andrzej Niemojewski w książce „Doba obecna w Królestwie Polskim” (1905) fascynuje się między innymi „dymiącymi Pabianicami”.

Wydajność jednej kopalni skoczyła z 14 wagonów na dobę do 200 wagonów. Padły puszcze leśne, spłynęły szybami do podziemi, aby drewnianym czołem podpierać skalny sklep po wybraniu węgla. Zadymiły kominy setek fabryk, tytanicznych kuźnic, hut, zagrzmiała uwertura stalowych walców, zaszumiały nieskończone transmisje. Sławna Huta Bankowa w ciągu jednej godziny wyrzucała ze swych czeluści więcej gwoździ niż dawniej w ciągu roku. Zadymiła Łódź, zadymiły Pabianice, Częstochowa, Warszawa … I oto na tem podłożu prawa górniczego roku 1878, na tej metryce, narodził się w Polsce nowy stan, powstała klasa robotnicza.

Andrzej Niemojewski (1864-1921) – pisarz, poeta, religioznawca.

Marcin Kromer w dziele De origine et rebus gestis Polonorum libri XXX znanym także jako „O sprawach, dziejach i wszystkich postanowieniach koronnych ksiąg XXX” oraz „O pochodzeniu i czynach Polaków ksiąg trzydzieści”, czyli „Kronika Polska” wspomina Pabianice. Kronika ukazała się w Bazylei w 1555 r., następne wydania łacińskie to: 1558, 1568, 1582 i 1589. Wydanie niemieckie - 1562, przekład polski – 1611. Cytowany fragment mówi o przymierzu polsko-czeskim zawartym w Pabianicach przeciwko Krzyżakom.

Reuertentem in minorem Polonia, Pabianice quod oppidu cum omni territorio saeri collegii Cracouiesies basilicae est, legati Boemorum haereticoum conuenerunt, auxilia contra Crucigeros pollicentes & Coributo regen reconciliantes.

Marcin Kromer (1512 -1589) – historyk, dyplomata, biskup warmiński, sekretarz króla Zygmunta I Starego. Kromer wizytował także Pabianice.


Kazimierz Konarski opublikował w ilustrowanym dwutygodniku krajoznawczym „Ziemia” (nr 2/1928) artykuł „Ostatnia podróż wizytacyjna ks. Stanisława Staszica”, w którym przypomina wizytę Staszica w Pabianicach i regionie łódzkim. Celem podróży z 1825 roku było zbadanie ośrodków przemysłowych zachodnich województw lewego brzegu Wisły i poznanie hydrografii tych okolic. Spostrzeżenia ogłosił w oficjalnym raporcie, odnalezionym przez autora artykułu w Archiwum Akt Dawnych w Warszawie.

Konarski: O Pabjanicach, wytrwale zresztą Papjanice pisanych, daje Staszic krótką ogólnikową wzmiankę – imigracja idzie żywo nie tylko z Niemiec, ale i z Czech. Fabrykantów natłok, na pomieszczenie przybywających użyto starego zamku. „Papjanic posada dobra, do podobnych fabryk wygodna, wody ma czyste i obfite”.

Stanisław Staszic odnotował istnienie dworu kapituły krakowskiej (stary zamek) oraz rzeki Dobrzynki (wody czyste i obfite).

Stanisław Staszic (1755-1826) – geograf, geolog, filozof, polityk, minister stanu Królestwa Polskiego.

Kazimierz Konarski (1886 – 1972) – historyk, archiwista, profesor Uniwersytetu Warszawskiego.


Pabianice skupiały na sobie uwagę najdawniejszych autorów dzięki związkom miasta z Krakowem – kapituła krakowska, dwór królewski. Bartosz Paprocki pisał w „Herbach rycerstwa polskiego” (1584, 1858, 1982): (…) Władysław miał za sobą Judytę, Wratysława czeskiego książęcia córkę, od Adelajdy węgierskiego króla córki; ta gdy przez długi czas potomstwa nie miała, za poradą Lamperta biskupa krakowskiego, z wolą męża swego, posłała posły do narbonieńskiej prowincji do klasztoru świętego Egidziego, gdzie ciało jego leżało, z niemałemi upominki, prosząc, żeby ją Pan Bóg za modlitwami tych tam zakonników, a za zasługą świętego Egidziego pocieszyć raczył, także i koronę polską, aby mieć mogła potomka męskiej płci. A gdy odprawieni byli posłowie, z dobrą nadzieją od opata przyjechali do Polski, zastali panią płodem obciążoną; urodziła potem syna, któremu dali imię Bolesław. Sama miesiąca czwartego potem umarła, o czem Kromera księgi 5, list 94. Ta królowa wszystek sprzęt swój albo ozdobę i skarby za żywota ubogim rozdała, Pabijanice uprosiła kapitule krakowskiej, Łagów biskupowi włocławskiemu, Książnice klasztorowi tynieckiemu na wieczność.

Bartosz Paprocki (1540-1614) – heraldyk polski i czeski, pisarz, poeta, tłumacz.

W XIX wieku wielu autorów pisało o Pabianicach ze względu na zawarte tutaj przymierze polsko-czeskie, domniemane pabianickie korzenie Mikołaja Kopernika oraz … fakt nadania włości pabianickiej kapitule krakowskiej.

Gazeta Wielkiego Xięstwa Poznańskiego: Małżonka Władysława Hermana, Judyta, kościołowi krakowskiemu nadała dobra Pabijanice z dawnymi poddanymi, tj. ludźmi co przez lat 30 zostawali w braństwie, lub co się dobrowolnie przywiązali do gruntu, i z ich potomstwem czyli ojczycami, którzy na gruncie zrodzeni z gruntem całość stanowią, wraz z należącą się od nich pańszczyzną i daninami w zbożu, miodzie i kunich skórkach, cum hominibus adscripticiis, qui per 30 annos fuerunt in manuali possessione, vel qui astricti sunt glebae soli propria professione, et originariis, qui ex adscripticiis nati in ipso solo glebae eoaluerunt in frumentis, melle, pellibus mardurinis, jak Długosz pisze. (Gazeta W. Xsięstwa Poznańskiego, 5.09. 1845 r.)

Jan Lorentowicz urodził się w Pabianicach 14 marca 1868 roku. Usunięty z gimnazjów w Piotrkowie i Częstochowie, za przynależność do nielegalnych kółek oświatowych, uzyskał maturę jako eksterm w Płocku. W 1887 roku zadebiutował tekstem literackim „Michał Zarucha” w Tygodniu piotrkowskim. Akcja opowiadania została umiejscowiona w Podwyszynie - miasteczku przypominającym Pabianice. Lorentowicz ukazuje negatywne skutki fascynacji mediami wśród miejscowych tkaczy. W drugiej połowie XIX wieku nastąpił gwałtowny rozwój prasy i dziennikarstwa. Pojawili się współpracownicy gazet zwani korespondentami. Jan Lorentowicz także nadsyłał swoje korespondencje z Pabianic do Tygodnia.

Jan Lorentowicz „Michał Zarucha: szkic z natury”

Kiedym pierwszy raz zobaczył Zaruchę, mógł mieć nie więcej nad trzydzieści pięć lat. – Był to mężczyzna postaci pospolitej, wysoki, z szorstkim nieco wyrazem twarzy i olbrzymią głową, na której sterczał pęk jasnych, zakurzonych i nieuczesanych włosów. W odzieży widać było zaniedbanie: poplamiony z poobrywanymi guzikami surdut, koszula zawsze pod szyją rozpięta i nieczyszczone nigdy buty – oto charakterystyczne cechy jego stroju.

Szczególne tylko miał oczy: patrząc na nie trudno było określić, jakiego były koloru, bo się lśniły barwami kameleona; ale bo też z oczu tych wyglądała cała niepospolita dusza Zaruchy. Gdyś spojrzał w nie, musiałeś przypatrywać się pilnie, przeczuwając, że Zarucha – to nie zwyczajny robotnik podwyszyńskiej fabryki, że pod tą brudną koszulą i odzieniem kryje się gorące serce.

Przyjaciel mój Adam, do którego przyjechałem do Podwyszyna mieszkał w sąsiedztwie Zaruchów. Było lato; wieczorne zatem godziny spędzaliśmy w cienistym, obrosłym dzikim winem ganku, gdzie nieraz, gadu – gadu o tem i owem, przesiedzieliśmy do późnej nocy.

Leżymy właśnie na długich wygodnych ławkach, a księżyc wdziera się do nas niby gość nieproszony, przez szczeliny pomiędzy liśćmi. Ja odgrzebuję wspomnienia stare, Adam dorzuca do nich swoje komentarze i bardzo nam jakoś wesoło.

Nagle słyszymy pewien szelest pomiędzy krzakami. Wypada z nich jak strzała jakiś człowiek i – trzymając w ręku gazetę – woła już z daleka:

- Jest panie! … jest! … mam!

- Co takiego? – zapytuje zdumiony Adam. – Co macie, Zarucho?

- Wydrukowali – jest – zaraz przeczytam … świecy tylko, świecy!

- Ale cóż będziecie czytali? Mówcież!

- Świecy panie – zaraz …

Adam pobiegł i przyniósł zapalona świecę. Zarucha trzymając w ręku „Gazetę Świąteczną”, począł czytać długą korespondencję o mularstwie i pewnym mularzu, co to nie umiał niegdyś trzech zliczyć, a dziś stawia kominy fabryczne i inne dzieła sztuki mularskiej.

Tak był oszołomiony tym faktem, że „wydrukowali”, iż mię zupełnie nie spostrzegł, chociaż przeszedł obcierając się o mnie. Czytał z iskrzącymi się oczyma, trzęsąc się cały jak w febrze; słowem był podobny do tych twórców arcydzieł, co to po skończeniu swej pracy patrzą się i nie wierzą, żeby zdolnymi byli do stworzenia czegoś podobnego.

Kiedy skończył, przycisnął palcem jakieś miejsce w gazecie i pokazał Adamowi.

Adam przeczytał wolno i dobitnie: „Michał Zarucha”.

- Więc to pan napisałeś tę korespondencję – zapytałem go nagle.

Tak się zmieszał, ujrzawszy mnie niespodziewanie, że nie mógł na razie ani słowa odpowiedzieć.

- Tak … to … to… ja… - wybełkotał w końcu.

- Można panu powinszować; bardzo dobrze napisana.

- Co? Co pan mówi? – zapytał, z jakimś nerwowym uśmiechem na ustach. – Ach, panie! Trzy dni pisałem po nocach całych; myślałem, że mi oczy wyjdą. Ta moja głupia Franciszka – to nic, ino mi wrzeszczy nad łbem : „co ty tam bazgrzesz?” I jak wiedźma stoi nade mną. Wydziwia się i papier wyrywa, atrament wylewa i krzyczy bez końca: „do roboty, ty próżniaku!” Czyste skaranie boskie z tymi kobietami. Ino by się to darło i pieniędzy wołało!

Wie Pan, jak porwę pióro do ręki, to nic, ino bym pisał i pisał bez końca – albo też siedział z gazetą w ręku od rana do wieczora. Bo już jacy to ludzie mądrzy! Co tam oni muszą wiedzieć różnych ciekawości. A my tu wszyscy, Boże odpuść, tacy głupi, jak nie przymierzając cielęta!...

I westchnął smutnie, choć na ustach miał jeszcze przez chwilę dogorywający płomyczek uśmiechu. Spojrzał ku niebu, ścisnął w ręku gazetę, usiadł na drewnianym progu gankowym i patrzył gdzieś w dal, nieruchomy, martwy prawie, jakby stamtąd przyzywał tego geniusza wiedzy, o którym marzył wciąż i do którego wzdychał przed chwilą.

Przez chwilę trwało ogólne milczenie.

- Może by zgasić świecę? Milej będzie przy księżycu – nieprawdaż? – zapytałem Adama.

Zarucha, jakby ze snu przebudzony, odwrócił się szybko twarzą ku mnie, zerwał się, zgasił świecę i stanął znów nieruchomy. Poprosiłem go, aby usiadł i zacząłem opowiadać Adamowi treść niektórych miejsc z powieści „Ogniem i mieczem”, którą przed kilku ukończyłem dniami.

Zarucha usiadł tak, że księżyc świecił mu prosto w oczy; mogłem więc obserwować jego twarz. Usta mu się szeroko rozwarły, oczy zaiskrzyły, jak węgielki i patrzył na mnie, jakby nieco wystraszony..

Kiedym skończył opowiadanie, porwał się z ziemi, przyskoczył do mnie i, chwytając mnie za kolana, zawołał:

- Pan mi pożyczy tej książki! Mój złoty, mój drogi panie! Ja nie poplamię.

- Ależ dobrze, owszem. Przyślę ją panu Adamowi.

Gawędziliśmy jeszcze dość długo tego wieczora, a Michał słuchał i słuchał …


W kilka dni potem wyjechałem z Podwyszyna; oryginalna jednak postać Zaruchy często odtąd powracała mi na myśl. Toteż kiedym po czterech latach przyjechał znów do Adama, pierwszym wśród pogadanki zapytaniem było, co się dzieje z Zaruchą.

- Et, biedny człowiek! – odpowiedział ze współczuciem Adam. – Mój drogi, długa to, choć wielce smutna historia ten Zarucha.

- No, bądźże łaskaw, opowiedz mi, bo nie wiem czemu, ale ogromnie zainteresował mnie ten człowiek, kiedym go tu u ciebie po raz pierwszy zobaczył.

- Dobrze, słuchaj. Jak wiesz, był on tkaczem, czyli jak tu oni sami się nazywają ”weberem”. Był to człowiek pracowity i skrzętny; zaczął więc warsztat tkacki na kilka osób i szło mu jakoś nieźle. Wkrótce pojął żonę, która przyniosła mu w dom trochę grosza; a że Zarucha był człek obrotny i sprytny, przy tym nieźle czytał i pisał, i temu więc i owemu umiał zaradzić w potrzebie.

Sąsiedzi bardzo go szanowali i kochali; był też prawdziwie dumny i szczęśliwy gdy mógł komu z nich pomóc. Gdybyś kiedy widział tę twarz jego pełną szczęścia, gdy czasem po kilka godzin a nieraz dnie całe pomagał sąsiadom wiązać snopki, lub siec koniczynę i owies! …


Gdy „pisarz” Gazety Świątecznej rozrzucać zaczął po kraju swe wydawnictwa, Zarucha, natychmiast nabył ich kilka. Razem z żoną zabrali się do czytania, ale Zarucha niezadowolony był z tego, co czytał.

Dobrał się wreszcie do samej Gazety Świątecznej; odczytywał ją naprzód sam skwapliwie od deski do deski, a później to samo czynił w gronie tkaczy, których całe gromady zbierał do siebie na zimowe wieczory. Szczególnie jakoś się rozmiłował w korespondencjach z miast rozmaitych; każdy fakt w nich spotkany długo w umyśle ważył i porównywał z tym, co się tu u nas w mieście dzieje, aż wreszcie przyszła mu ochota samemu napisać korespondencję z Podwyszyna.

Wpada raz do mnie Zaruszyna ze łzami w oczach, całuje po rękach i lamentując krzyczy na cale gardło:

- Mój panie! Mój drogi panie! Niech mi pan pomoże, niech się pan zlituje nade mną, biedną kobietą! …

- A cóż to wam się stało? – pytam mocno zdziwiony tym niezwykłym tonem i rodzajem prośby.

- Adyć Michał nic, ino pisze i pisze już drugi dzień – O! … ja nieszczęśliwa kobieta!...

Popaliłam wszystkie gazety, a on nic, tylko znosi wciąż nowe i pisze, pisze, kiej by, Boże odpuść, wariat. Wczoraj, jak siadł nad wieczorem tak całą noc przesiedział i ani myśli wstać –ani to je, ani śpi. Co to będzie, co to będzie, mój Boże!...

I załkała głośno i poczęła obcierać oczy fartuchem.

- I cóżeś jej na to poradził? – zapytałem z ciekawością przerywając Adamowi.

- A cóż miałem poradzić? Powiedziałem, żeby zawołała Zaruchę do mnie.

- I przyszedł?

- Przybiegł raczej. Wleciał rozpromieniony i drżący i nie dał sobie ani słowa powiedzieć, tylko przeczytał mi tę właśnie korespondencję o mularstwie , którą pamiętasz przyniósł przed 4 –ma laty przy tobie już wydrukowaną?

- Pamiętam – no i cóż?

- Ma się rozumieć, zacząłem mu tłumaczyć, że się zabija, że marnuje czas i zdrowie. Ale mu się to nie podobało: skrzywił się, spojrzał na mnie z ukosa i powiada:

- Już to tam pewno moja głupia Franciszka musiała nagadać na mnie! Ale to kłamstwo, niech pan nie wierzy; u mnie warsztat idzie dobrze, czeladnicy pracują, a że ja tam poczytam i popiszę trochę, to cóż w tym złego? …

Przypuszczałem, iż rzeczywiście Zaruszyna, jak każda kobieta z gminu, jest nieprzyjaciółką pióra i drukowanej bibuły, więc uśmiechałem się tylko, dałem mu kilka napomnień i na tym się skończyło. Odtąd jednak Zarucha przychodził do mnie coraz rzadziej, a gdy mnie spotkał, mówił mało. Widocznie nie podobało mu się to że uwierzyłem głupiej kobiecie.

W tydzień później znowu przychodzi do mnie Franciszka mocno podrażniona i spłakana, a rzucając na stół zmiętą jakąś gazetę, powiada:

- Niech no pan popatrzy, jaką mam nową pociechę. Mój niepoczciwy Michał kupił sobie drugą gazetę i teraz ma już dwie.

- I cóż w tym złego, moi drodzy? – pytam jej, uśmiechając się z lekka.

- Co złego? – A, mój Boże kochany, więc i pan na to nic nie mówi? Więc ja nieszczęśliwa kobieta już do nikogo udać się nie mogę?

Zaczęła szlochać jak dziecko.

Rozwinąłem przyniesiony numer i przekonałem się, że Zarucha zaprenumerował sobie „?dziennik dla wszystkich”. Widocznie „Gazeta Świąteczna” już przestała zadość czynić potrzebom jego ducha i żądzy wiedzy.

Biedna kobieta, tak płakała i skarżyła się, że ulegając jej prośbom wybrałem się do Zaruchy z silnym postanowieniem wyperswadowania mu tej manii.

Kiedy wszedłem do ich mieszkania, spotkałem Zaruchę przy wielkim, żółtym stole, na którym stał talerz z żurem odsunięty aż na sama krawędź. Zarucha trzymał w ręku gazetę.

- Co to czytacie Michale? – zapytałem go.

- Dziennik dla wszystkich! – odpowiedział mi z pewnym rodzajem dumy. Toć jeżeli dla wszystkich, to dla czegóż ma nie być dla mnie? Nieprawda panie?

- Tak, moi drodzy jest to gazeta dla wszystkich, ale tylko tych, którzy mają pieniądze i czas po temu, a wy przecież macie robotę.

- Pieniądze to tam mam na gazetę, a robota i beze mnie idzie. Od czegóż są czeladniki? A bo to im nie płacę i jeść nie daję? Mój Panie, ja bym chciał pana o coś prosić, bardzo prosić.

- O cóż takiego?

- Ale czy mi pan nie odmówi? Bo pan to ta więcej tej mojej głupiej baby słucha niż mnie.

- Jeżeli będziecie mieć słuszność – nie odmówię.

- Mój panie, niech mi pan nie odmówi: może to ta i niesłuszne, ale człowiekowi zawsze się chce czegoś lepszego.

- A czegóż to wam się chce?

- Tu, panie w „Dzienniku” pisze, że będzie wystawa przemysłowo-rolnicza i że rzemieślnicy mogą na nią swoje wyroby posyłać. Ja bym tam, kilka wełnianych chustek posłał, tu u mnie na warsztacie zrobionych. Bardzo panie ładne i dobre.

- Pokażcie no mi jedną z tych chustek.

Michał otworzył wieko stojącej pod ścianą skrzyni i wyjął trzy duże wełniane chustki.

Robota była wcale piękna; zadziwiłem się nawet i zapytałem go sceptycznie:

- A czy to u was robione?

- Jużci, że u mnie – odpowiada urażony. Toć mogę na to świadków przedstawić, jakby pan chciał.

- Po cóż świadków; przecież wam wierzę. Dla wystawy jednak, trzeba będzie świadectwa, że to wasza robota.

- Toż przecie fabryka da mi świadectwo; tylko niech mnie pan nauczy, gdzie adresować?

Podyktowałem mu adres i Zarucha tegoż jeszcze dnia odniósł chustki na pocztę.

Kiedy „Dziennik” wymienił szczegółowo wszystkie kategorie nadesłanych przedmiotów, Zarucha, jak mi opowiadała Franciszka, latał jak oparzony, czytając, że „Michał Zarucha z Podwyszyna nadesłał chustki wełniane”. Za przebiegiem wystawy Zarucha śledził z gorączkowym zajęciem. Przychodził do mnie i tak recytował na pamięć wszystkie nadesłane okazy, że można było najdokładniej dowiedzieć się o nich, bez czytania gazet i dzienników.

Wreszcie komitet wystawy ogłosił dla wystawcy nagrody, które wydrukowały wszystkie gazety.

Pewnego poranka śpię sobie jeszcze smacznie, śniąc o jakimś niefortunnym polowaniu, na którym proch mi zamókł, bo deszcz leje jak z cebra, a na domiar złego zaczynają bić pioruny. Wystraszony zrywam się na równe nogi i słyszę rzeczywiście jakby wystrzały, ale nie z nieba – to ktoś do drzwi mego mieszkania wali tak niemiłosiernie.

- Kto tam? – pytam rozgniewany.

- Ja, wielmożny panie, Zarucha!

- Czego to chcecie tak rano?

- Panie drogi – medal! medal!

- Jaki medal?

- Niech pan otworzy – medal!

- Co za medal? Czego wy chcecie Zarucha? Czy wam się w głowie przewróciło czy co? Toć to spać jeszcze pora.

- Mój złoty panie, niech pan otworzy! Na rany Boskie – medal brązowy!

- Co to jest? – myślę sobie – o jakim on plecie medalu. Patrzę na zegarek – godzina czwarta; wstaję jednak i otwieram.

Zarucha wpada do pokoju jak nieprzytomny; w ręku trzyma „Dziennik dla wszystkich”, przystaje i, niby kaznodzieja na ambonie, poczyna na cały głos czytać „Michał Zarucha z Podwyszyna, za chustki wełniane, medal brązowy!”

- Tak? A no to winszuję wam, winszuję. Ale cóż w tym tak nadzwyczajnego, żeby aż w nocy szturmować do mnie?

- A bo noc, panie? Już dzień przecież. Ja tam ani oka dzisiaj nie zmrużyłem, a żyję. Mój Boże dali medal!

I zaczął w gorączkowym jakimś uniesieniu biegać wzdłuż i wszerz po pokoju.

Wyglądał jak szaleniec: wargi miał odęte, a wzrok taki dziki, ze aż mnie strach ogarnął, gdym mu chciał robić uwagi, że się męczy i niszczy niewysypianiem zdrowie.

- Pojadę, panie, pojadę – jeszcze dziś!

- Dokąd? Po co?

- Do Warszawy po medal; przecież go trzeba wziąć!

- Dobrze, ale po cóż macie jechać? Przecież wam przyślą.

- Nie, ja muszę jechać dziś, dziś. Jutro już chcę widzieć mój medal.

I znów zaczął biegać wszerz i wzdłuż po pokoju; wreszcie zawrócił się i wybiegł jak zwariowany.

Żal mi go się zrobiło. Ten umysł entuzjastyczny wart był doprawdy współczucia; ale widząc, że entuzjazm Zaruchy w chorobliwą przechodzi manię, zląkłem się dlań złych następstw. Stawianie oporu było niemożebne i mogłoby biedaka doprowadzić do wściekłości, w szał jaki wprowadzić.

Skoro jednak wstałem, posłałem zaraz do Zaruszyny dowiedzieć się, co się dzieje z mężem. Służąca powraca i powiada, że Zaruszyna płacze i lamentuje, bo mąż siedział całą noc nad gazetą, a nad ranem pojechał do Warszawy po jakiś tam medal.

- I prędko powrócił? – zapytałem Adama, przerywając mu opowiadanie.

- W dwa dni był już z powrotem. Przywiózł poświadczenie brązowego medalu i chodził z tym jak wariat po całym mieście. Pokazywał każdemu kogo spotkał, wreszcie przyniósł go do mnie „?na schowanie”, bo jak mówił „bał się, żeby go ta głupia Franciszka nie zniszczyła”.

Odtąd Zarucha coraz bardziej warsztat opuszczał. Czeladnicy poodchodzili, bo majster nie miał już czasu na wyznaczanie świeżej roboty, towar nie odchodził bo nie było nigdy gotowego.

I ani się zdołał Zarucha obejrzeć, jak bieda wkradać się poczęła do jego tak zamożnej przedtem strzechy. Zaruszyna była w rozpaczy; jeżeli znalazła gdzie jaki numer gazety, to tak zapamiętale paliła jakby to był wyrok na jej śmierć. Przychodziła do mnie po kilka razy na dzień i opowiadała o swoim nieszczęściu. Próbowałem znowu perswadować Zarusze. Chodziłem do niego często, tłumaczyłem, prosiłem na nic się wszystko zdało. Zarucha uwag moich wcale nie słuchał, i skutkiem nich zupełnie się do mnie zniechęcił. W końcu przysłał chłopca, bym mu zwrócił poświadczenie medalu. Było to więc manifestacyjne zerwanie stosunków.

Powiedziałem chłopcu, że sam papier ten odniosę; jakoż w godzinę potem poszedłem do Zaruchy.

Na pytania moje – nie odpowiadał. Odebrał tylko z rąk mych owo poświadczenie medalu, mruknął coś dziękując za przechowanie i począł czytać gazetę.

Wróciłem do domu posępny. Czułem, że środki, jakimi władam, nie wystarcza dla opanowania manii Zaruchy. Ostatecznie więc pozostawiłem kwestię czasowi i czekałem, co będzie dalej.

Od tej pory coraz smutniejsze wieści dochodziły mnie o nim. Podobno zaprenumerował sobie jeszcze dwie gazety, pomiędzy którymi była też i „Gazeta rzemieślnicza”. Po całych dniach pisał korespondencje, a zanim jedną sklecił przeszedł nieraz cały tydzień. Nie jadł, nie spał i nie pił, tylko wciąż „czytał i pisał do gazet”.

Znajomi tkacze wyśmiewali się z niego, wytykali mu wciąż te dziwactwa; ale Zarucha był głuchy, jak kamień na wszystko.

Spotkałem go kiedyś na ulicy. Był blady, wynędzniały i ponury. W kilka dni potem dowiedziałem się, że Zarucha zachorował. Pobiegłem do niego co żywo. Leżał w łóżku i, jak zwykle, trzymał w ręku gazetę. Chciałem doń mówić, ale odpowiedział mi krótko, że go ”strasznie głowa boli”. Zawołałem doktora, który skonstatował zapalenie mózgu. Franciszka jęczała wciąż po kątach izdebki, przeklinając na czym świat stoi wszystkich gazeciarzy i wydawców.

- Bodaj oni odpokutowali za te gazety! – wykrzykiwała raz po raz, zanosząc się od płaczu. Oni w piekle odsiedzą za mojego Michała.

Nie pomogły ani moje, ani też doktora perswazje. Zaruszyna darła na kawałki wszystkie książki i gazety, jakie jej wpadły do rąk. Uklękła przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, co wisiał przed łóżkiem i modliła się gorąco za swego męża, błagając Boga jednocześnie, by skarał tych „podłych pisarków”.

Z Zaruchą tymczasem było coraz gorzej. Po kilku dniach gorączka wzmogła się niesłychanie, doktor nie robił już żadnej nadziei. Kilka razy dziennie zachodziłem do izdebki Zaruchów, ale za każdym razem zastawałem Michała w coraz gorszym stanie. Był on w ciągłej malignie, a smutno było przysłuchiwać się jego gadaninie. Recytował na pamięć całe nieraz szpalty przeczytanych gazet, a już swoich korespondencji to nagadał taka niezliczoną ilość, że doprawdy wpadałem w zdziwienie, skąd ta prosta głowa, nie oswojona z nauką, wysnuć mogła z siebie tyle, tyle przeróżnych myśli. Nieraz po kilka godzin siedziałem i wsłuchiwałem się w jego rozumowania i dowodzenia.

Dziwna to doprawdy była natura – nie współczuć jej było by tyranią. Toteż pomagałem czym mogłem biednej Franciszce, ale … na niewiele się wszystko zdało.

- Więc umarł w końcu? – zapytałem zelektryzowany opowiadaniem Adama.

- Nie inaczej! – odpowiedział drżącym głosem Adam. – Prosił, by mu podać gazetę, a kiedy mu jej odmówiono, zaczął płakać tak rzewnie, że i mnie łzy w oczach stanęły. Wówczas doktor dał mu sam numer do ręki; ale Zarucha nic już nie widział. Zdawało mu się, że czyta, było to jednak tylko złudzenie, bo mówił zupełnie niedorzeczne wyrazy. Naraz począł się uśmiechać – później coś szeptał – zawołał do siebie żonę i pocałował ją w rękę. Ona mu się rzuciła na szyję i tak przez chwilę milczeli we wspólnym uścisku; później znowu śmiał się, aż w końcu zawołał:

- Medal mój, medal brązowy … Michał Zarucha za chustki brązowy medal! … brązowy … brązowy....

Wreszcie zamilkł. Uśmiech zastygał mu na ustach, oczy wydawały się błędne i bez wyrazu, ciało pokrywało się bladością … Odwrócił się wreszcie do ściany i szepcząc coś, zasnął na zawsze, marząc zapewne o swym brązowym medalu.

- Biedny, powtórzył Adam, cichy męczennik żądzy wiedzy i światła, któremu zbyt duszno było w sferze, w jakiej żył i działał.

- Sit ei terra levis …

Jan Lorentowicz (1868 – 1940) – krytyk teatralny, publicysta, tłumacz, edytor, bibliofil, dyrektor teatrów, prezes Polskiego Pen Clubu, członek Polskiej Akademii Literatury.


W periodyku Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego zajmującego się Niemcami rosyjskimi (Journal of the American Historical Society of Germans from Russia) nr 1/1978 znajduje się raport dotyczący niemieckich przesiedleńców w Kraju Warty “The Trek of the Ethnic Germans from Volhynia, Galicia and the Narev River Region”. Owi przesiedleńcy trafiali również do Pabianic, gdzie przebywali w 12 miejscach (obozach).

The Staff of the Litzmanstadt (Lodz) branch of the Volksdeutsche Mittelstelle had created large repatriation camps in four areas, in empty factory buildings, in private houses, in schools, and in the former summer villas of the Jews of Lodz. Thirty-three camps with a capacity for 25.000 people were in Litzmanstadt itself, twelve camps for 20.000 repatriates in Pabianice, eight camps to accommodate 10.000 in Zgierz, and thirteen camps to hold 7000 in Kalisch (Kalisz). The day before Christmas at two o’clock in the morning the first repatriation train arrived at Pabianice (…)

Potwierdzenie „wizyty” Adolfa Hitlera w Pabianicach znajdujemy w dzienniku jego adiutanta: Gerhard Engel „At the Heart of the Reich. The Secret Diary of Hitler’s Army Adjutant” (2005, 2017). Hitler, jadąc z lotniska na Lublinku, przemknął ulicą Zamkową w towarzystwie generałów Blaskowitza, Ulexa i Weichsa.

As reported in FHQ War Diary (No. 1. pp. 26 and 48) on 13 September Hitler flew from Nieder – Ellsuth to the civilian aerodrome at Łódź, transferred with his entourage into cars and embarked on a so –called, trip to the front, in company with General Blaskowitz, GOC Eighth Army, and the commanding generals of X and XIII Corps, Ulex and V. Weichs. The route was Pabianice – Konstantynów – Aleksandrów – Zgierz – Lućmierz – Stryków – Bratoszewice.



W tygodniku ilustrowanym Zorza nr 35/1898 r. ukazał się artykuł prezentujący Pabianice u schyłku XIX wieku. Autor - Leonard Lorentowicz pokazuje aspiracje edukacyjne pabianiczan w kontekście przyspieszonego rozwoju gospodarczego. Sporo miejsca poświęca budownictwu sakralnemu i aktywności społecznej.

Pabjanice, mimo iż siódme miejsce zajmują w rzędzie najgęściej zaludnionych miast w Królestwie Polskim, mało są znane szerszemu ogółowi. Przyczyny tego szukać należy w niezmiernie szybkim, zwłaszcza w ostatnich czasach, rozwoju tego miasta, które do niedawna jeszcze za wyjątkiem kilku fabryk nie różniło niczym od innych drobnych miasteczek. W ciągu lat 15-tu liczba fabryk podwoiła się tu, nowe fabryki ściągnęły do pracy dużo okolicznego ludu wiejskiego, następstwem zaś tego było znaczne wzmożenie się ilości mieszkańców.

Obecnie Pabjanice liczą około 28 tysięcy mieszkańców, którzy pod względem religijnym dzielą się w następujący sposób: katolików 19 tysięcy, ewangelików 4 tysiące, żydów 5 tysięcy. Katolicy – to przeważnie drobnomieszczanie, właściciele domów i gruntów przyległych miastu, rzemieślnicy i robotnicy fabryczni, tudzież niewielki odsetek oficjalistów fabrycznych. Ewangelicy – to właściciele fabryk, wyżsi urzędnicy i majstrowie fabryczni. Żydzi, jak wszędzie, zajmują się tu handlem, przedsiębiorstwami i lichwą potajemną.

Oświata w starszym pokoleniu, a mam na myśli ludność polską, stoi na bardzo niskim poziomie, Niewiele by zaiste znalazło się tu obywateli, którzy by jako tako pisać potrafili, a i czytanie nie jest bynajmniej powszechnem. Za to młode pokolenie rozwija się w znacznie pomyślniejszych dla siebie warunkach.

Pabjanice posiadają 3 szkoły początkowe rządowe o 8-iu oddziałach, jedną fabryczna o 2-ch oddziałach, jedną żydowską i jedną szkołę prywatną. Z początkiem roku szkolnego otwartą będzie dwuoddziałowa rządowa szkoła żeńska. Do wszystkich razem szkół może uczęszczać około 1.300 dzieci. Ponieważ podług obliczeń ludzi uczonych ilość dzieci w wieku szkolnym stanowi około siedmiu na sto ogólnej masy ludności, z tego więc wypada, że w Pabjanicach znajduje się do 2.000 dzieci, które jeszcze mogłyby korzystać z dobrodziejstw nauki.

Nie wspomniałem jeszcze o siedmioklasowej szkole przemysłowo-handlowej, która otwartą będzie we wrześniu roku bieżącego. Będzie ona ogromnym dobrodziejstwem dla miasta; wychowa bez wątpienia całe zastępy młodzieńców, którzy z korzyścią dla krajowego handlu i przemysłu pracować będą mogli na stanowiskach, zajmowanych dotąd przez obcokrajowców. Z tego powodu dużą wdzięczność ze strony mieszkańców zaskarbili sobie ci wszyscy, którzy przyczynili się do jej powstania. Utrzymanie szkoły ma być pokrywane z wpisów i ofiar dobrowolnych jej opiekunów, do których ci ostatni zobowiązali się rejentalnie. Wpisowe będzie bardzo wysokie. Wynosić ono będzie w klasie wstępnej rubli 75, w pierwszych pięciu klasach po rubli 100, w szóstej i siódmej po rubli 120.

Tutejsza parafia katolicka należy do najliczniejszych w diecezji kujawsko-kaliskiej, liczy bowiem 30 tysięcy dusz, a mimo to posiada jeden tylko kościół , mogący pomieścić zaledwie 2.500 parafian. Brak drugiego domu Bożego już od dawna dotkliwie dawał się uczuwać wszystkim, którzy pragnęliby Mszy świętej w dni niedzielne i świąteczne wysłuchać. Starano się o pozwolenie pobudowania tu i drugiego kościoła, ale rok bieżący dopiero pozwolił parafianom w czyn wprowadzić swoje pragnienia. Mieszkańcy Starego Miasta życzyli sobie, aby nowy kościół był postawiony w ich dzielnicy na gruncie dawnego cmentarza. Władze duchowne atoli, zważywszy, iż obecny kościół stoi na Starym Mieście, przychyliły się do prośby nowomiejskich parafian i drugi kościół parafialny stanie na miejscu przez nich obranym. Obywatele staromiejscy przyznali słuszność powyższemu wyrokowi i wznoszą sobie mały kościółek, w którym do tysiąca wiernych mogłoby się pomieścić, a który z czasem jako prezbiterium mógłby wejść w plan budowy trzeciego kościoła parafialnego w Pabjanicach. Starań wobec władz rządowych podjął się jeden z zamożniejszych mieszkańców, p. Nawrocki, zaś inni obywatele miasta chętnie zaofiarowali mu swoją pomoc.

Dzień trzeciego święta Wielkiejnocy był wyznaczony na rozpoczęcie robót, mianowicie na kopanie i układanie fundamentów. Już od samego rana tłumy wielkie zaległy cmentarz, a około południa liczba zebranych dosięgała kilku tysięcy. Każdy czuł się szczęśliwym, jeżeli pozwolono mu chociaż piędź ziemi wykopać z dołu, przynieść kamień do fundamentów, usunąć wykopaną ziemię itd. Kto się zmęczył, ustępował miejsca drugiemu, zgłodniałych i spragnionych karmiono zapasami ze święconego, które każdy rad był poświęcić dla drogiego dla siebie celu. Co chwila ktoś stawał, zwłaszcza spośród kobiet, na podwyższeniu, wygłaszał proste a gorące mowy ku czci Przenajświętszej Panienki, zapowiadające szczęśliwość wieczną dla tych wszystkich, którzy położą swoją pracę około rozszerzenie chwały imienia Pańskiego. Głębokie wzruszenie malowało się na twarzach wielu zebranych. Zapał rósł z każdą godzina. Kiedy zmroki wieczorne zmusiły pracowników do zaprzestania robót, większość zamierzonej pracy była już ukończona. Następnego dnia rozpoczęła się praca mularska, a skutkiem tego ilość pomocy niefachowej, z natury rzeczy musiała się zmniejszyć znacznie. Lecz iskra zapału, która tliła się w piersiach parafian w pierwszym dniu budowy, nie zgasła bynajmniej i dni następnych. Każdy komu czas pozwolił, chętnie spieszył na stary cmentarz, aby śledzić postępy budowy, popatrzeć z miłością na szybko wznoszące się mury, dowiedzieć o potrzebach i zaspakajać je w miarę możności. Dzięki tej niestrudzonej energii i wielkiej ofiarności parafian nowy kościółek niezadługo stanie pod dachem. Szczególne zaś słowa uznania za kierownictwo, doglądanie robót i znaczne ofiary należą się oprócz pomienionego p. Nawrockiego, pp. A. Majewskiemu, J. Wlazłowiczowi i P. Śpionkowi. Niech inne parafie biorą przykład z Pabjanic. Załączony rysunek (fotografia) przedstawia chwilę kopania fundamentów kościółka przez parafian pabianickich. Z prawej strony na pierwszym planie za rowem stoją wyżej wspomniani obywatele m. Pabjanic. L. Lorentowicz

Amerykański periodyk ekonomiczny International Review of Agricultural Economics (1925 rok) opublikował tekst o początkach spółdzielczości w Polsce. Czytamy tam o pierwszej instytucji kredytowej w Pabianicach – Mons Pietatis, utworzonej w 1715 roku.

In particular at Pabianice in 1715 the first socjety was inaugurated on a basis that was in part philanthropic and in part co-operative. It was organized by the Abbe Jordan for the purpose of making loans to assist the inhabitants of Pabianice (…).

Przed pierwszą wojną światową mistrzem felietonu Gazety Pabjanickiej był autor, pisujący pod pseudonimem “Ralf”. Podejmował tematy obyczajowe interesujące ówczesnych czytelników i mieszkańców, zręcznie posługiwał się ironią i sarkazmem, skrupulatnie rejestrował zachowania i sytuacje społeczne. Dzięki niemu mamy unikalny zapis początków XX wieku w Pabianicach.

Przeczytawszy w sobotnim numerze „Gazety” artykuł o handlu ulicznym produktami wiejskimi, postanowiłem przekonać się czy szanowny reporter nasz p. G. wyczerpał zupełnie temat ten, czy też są tam jeszcze rzeczy godne wyświetlenia.

W tym celu wybrałem się wczoraj przed południem na wędrówkę wzdłuż ulicy Zamkowej z miną jakbym chciał zakupić co najmniej 2000 kwart masła, 100 kur, 1000 serków.

Niedaleko zbiegu ulic Zamkowej i Fabrycznej zwróciła na siebie uwagę moją, przysadzista baba siedząca w otoczeniu kilku koszyków. Niezwykła tusza jej zdawała się mówić, ze kmiotkom naszym dzieje się nie najgorzej, a czerwona twarz i błyszczące oczy jakby głosiły chwałę temu kto wynalazł zbawienne anodyny (środki uspakajające).

Podszedłem. Wskazałem laska na stojący przede mną zamknięty koszyk i zapytałem, co w nim jest …

- Hę? – odpowiada na to baba, a po chwili dopiero – a dyć masło, cóż mo być?

Poprosiłem ją o pokazanie takowego. Baba niechętnie otworzyła koszyk z zawartością kilkunastu „osełek” masła, a po chwili trzymałem w swej ręce jedną z nich owiniętą w jakąś nie pierwszej czystości szmatę.

Idąc za zwyczajem naszych pań i służących zagłębiłem paznokieć wskazującego palca w masło i zeskrobałem zeń sporą „dawkę”, którą w tej chwili umieściłem w ustach delektując się wspaniałym smakiem masełka. Czysta szmatka, która, jak się później okazało, była sobie najzwyczajniejszą chustka do nosa, bardzo przyczyniła się do tego, że dostałem po powrocie do domu czegoś w rodzaju morskiej choroby na samo wspomnienie tej próby.

Ale wracam do rzeczy. Otóż spróbowawszy masła (systemem nie wiem czy higienicznym, ale wiem, że mającym szerokie zastosowanie) orzekłem, że jest cokolwiek cierpkie i za słone, chcąc bądź co bądź wycofać się z gry.

- Jak komu słone, to niech sobie kupi smalcu – zakonkludowała oburzona baba.

Postanowiłem powiedzieć jej prawdę.

- Widzicie, gosposiu, przyznam się wam, że masło może jest i nie najgorsze i chętnie bym wziął kilka kwaterek, ale te szmatki, w które je owijacie są nie bardzo czyste.

- Bogać ta nie cyste – ona mi na to – żeby tylko panowa chustka beła taka czysta.

- To wy masło owijacie w chustki od nosa, bójcie się Boga kobieto, jakżesz można?

- Dzis – go, mądrala, a może je mam w kosule obwijać, co?

Zdębiałem. Chcąc jednak odwrócić rozmowę od drażliwego tematu, zapytałem co się mieści w maleńkiej miseczce stojącej obok koszyka.

Baba zdjęła szmatę przykrywającą naczynie i oczom moim przedstawiła się jakaś szara masa w rodzaju gliny czy czegoś podobnego.

Zapytałem co to jest i usłyszałem odpowiedź, że – twaróg.

Nie czekając aż mi baba da tę brudną imitację twarogu do spróbowania, oddaliłem się szybko a za mną pobiegło z ust rozwścieczonej baby: - omentra, zło krew!

Po chwili stałem nad talerzem napełnionym grzybami i pytałem o cenę.

- Dwa złote, groszy dwadzieścia – usłyszałem odpowiedź.

Przeliczyłem grzyby, było ich 20.

- Więc sprzedajecie po 4 grosze sztukę – zwracam się do nowej kupcowej.

- Co, na śtuki! Juz oblicył; dzis –go (widzisz go), co mi za konwisorz!

Poszedłem dalej. A po pewnym czasie stałem przed babą, która miała kilka kur do sprzedania.

Wziąłem pierwszą z brzegu chudą jak moja portmonetka kurzynę i aby przecież coś powiedzieć, zapytałem czy „nieśna”.

- Bogać -ta nie – słyszę odpowiedź. – Niech no ją pon pomaco to się zaro psekuno, ze je kura rychtyk nieśno jak się patsy!

Wołałem jednak nie przekonywać się. Powiedziałem babie, że kury chude, a kości nie mam zamiaru kupować.

Baba rozzłościła się.

- Cóż to pon bendzies głowe zawracoł, idź –se skond –eś psysedł bo jak nie to … - Stary, pluj – no w garście – zwróciła się do stojącego obok chłopa.

Drapnąłem. (Gazeta Pabjanicka, 20.09.1913)

W sprawie telefonów. Jak nas poinformowano u źródła, telefony w tym roku funkcjonować nie zaczną.

Czy Pabjanicom potrzebne telefony? Na to pytanie słyszałem w ciągu kilku ostatnich tygodni przynajmniej dziesiątki odpowiedzi. Wszystkie zaś brzmiały jednakowo: potrzebne bezwarunkowo. Dalej zaś następowały różnorodne komentarze, których autorzy każdy wedle sił i możliwości starali się dowieść, że bez telefonów Pabjanice obejść się nadal nie mogą.

Czy rzeczywiście brak sieci telefonów w naszym grodzie daje się tak bardzo odczuwać?

Odpowiem – tak! A jako komentarze do tego twierdzenia pozwolę sobie przytoczyć kilka rozmów in spe przez telefon w naszym miasteczku.

- Halo! Stacja? Proszę 27-15! Co, gotowe? Dziękuję.

Kto mówi? Pan X? – To ja – Zet. Proszę pana, mówię z lokalu towarzystwa Misericordia. P- Dzisiaj zebranie ogólne. Od trzech godzin czekamy na quorum członków rady.

Jest nas zaledwie czterech z dwunastu. Proszę przybyć. Co, za pół godziny? Dziękuję. Do widzenia!

- Proszę? Stacja! – Czy by pan nie zechciał poinformować mnie, o której odchodzi ostatni tramwaj do Łodzi? Jedenasta piętnaście? Dziękuję. Pytam dlatego, że nie wiem, czy przyspieszyć tempo gry „Uciekinierów”, czy też przepuścić nie jedno, aby zdążyć na ostatni tramwaj. Szanowny pan jest zdania, aby zagrać „galopikiem”? Dziękuję bardzo – dobra rada. Uniżony.

- Trzysta trzy! – Proszę trzysta trzy! – Pan dr Z.? Dobry wieczór! Proszę pana o natychmiastowe przybycie na ulicę Niekrótką No 707. Syn mój złamał obie nogi spadając ze stosu kamieni, rozrzuconych po chodniku, wobec brukowania ulicy Cudownej.

Pan doktor w tej chwili przybędzie? Czekam. Do zobaczenia!

- Czy stacja? – Pan dyżurujący? Mój panie, może by pan mógł w jakikolwiek sposób przysłać dorożkę na dworzec kolejowy. W nocy lękam się wracać piesze do domu. Zresztą … walizki, pakunki itp. Dorożki ani na lekarstwo! Cóż ja pocznę nieszczęśliwa kobieta? Mój panie, mój drogi panie, proszę mi odmówić zrozpaczonej kobiecie. – Pan przyśle? Co, w tej chwili? Stokrotne dzięki!

- Stacja! Stacja! Numer siedemnasty z polową, byle zaraz! Czy pani Kunegunda? Moje uszanowanie pani dobrodziejce! Proszę pani … tego … mężulek cokolwiek proszę pani, w gronie naszym, koleżeńskim za głęboko zajrzał do buteleczki i … A, kto mówi? To ja, Moczygembowicz, do usług! Tedy chlapnął uważa dobrodziejka, kapeczkę za dużo i leży sobie około mostu, powiada, że do domu nie pójdzie, bo słaby, siły odmawiają posłuszeństwa. Może by wobec tego pani dobrodziejka przysłała kogokolwiek po niego, bo się chłopisko, proszę pani, może zaziębić. Pani się gniewa? Co, miotłą? Komu, mnie? Żegnam!

- Czy cukiernia? – Ja mówię, Pępkowska. Czy jest tam Iks? Co, gra w bilard od południa? Proszę mu powiedzieć, że przybyły bliźniaki, niech zaraz wraca do domu. Pan będzie łaskaw powiedzieć, aby kupił po drodze funt waty higroskopijnej. Co, za chwilę dopiero? Pan mówi, że remi, ze już ma na ostatnią? Nie rozumiem. Adju!

- Proszę 90-8! Co, zajęty? Co to jest zajęty? Proszę zaraz połączyć! Pan y? panie, co to ma być? Pan mi potrzebujesz zapłacić za losy! Nie mam? Co to jest, nie mam? Co to za powiedzenie? Wygrać to pan chcesz, a płacić – nie. Ładna rzecz! Co w poniedziałek? Jaki poniedziałek? Jaki poniedziałek? Nie ma poniedziałek. Proszę płacić i już. Mam przyjść, już idę. Mam dwie fajne ćwiartki, co bym tak zdrów był. Szanowienie!

- Proszę 18-19! Już? Dobra! Ferdek, ty? Byczo jest – przyjechała. Gdzie jest? Tam gdzie zwykle. Ja zaraz idę. Przychodź! Podobno chodzą kolejno jak za biletami. Smoczo, co? A wpadnij jak będziesz szedł do Julka i pożycz od niego ze trzy kwitki. Bądź zdrów! Czekam ze drżeniem serca. (Gazeta Pabjanicka, 8.11.1913)

Dwa fakty. Dwa fakty na pozór błahe i małoznaczne.

Ot takie sobie maleńkie fakciki.

We wtorek chłopiec, ulicznik podpalił najspokojniej w świecie samochód stojący na ulicy (autor nawiązuje do podpalenia w naszym mieście auta łódzkiego potentata - Poznańskiego)

A podczas prac związanych z dniem kwiatka (zbiórka datków na rzecz ochronki) okazało się, że niektóre z wykapeluszowanych panien przyjmujących udział w kweście prosiły swych towarzyszy „puszkowych”, aby ci wyręczyli je w podpisaniu nazwiska….

Dlaczego?: - Rzecz prosta, panny te nie umiały podpisać się …

Dwa fakty … Ulicznik podpalający samochód i ubrane z pretensją na szyk panny nie umiejące podpisać się…

Dwa fakty, a który smutniejszy?

Moim zdaniem smutniejszego w danym wypadku być nie może, albowiem – sa oba wesołe!

Podpalenie przez małego chłopca samochodu dowodzi, że nasi ulicznicy stoją wyżej nawet od słynnych paryskich „Gawroszów” i że mają umiejętności i aspiracje, których by się nie powstydził podlejszego gatunku „apasz” albo „chuligan”.

Stoją zatem na wyższym szczeblu hierarchii, że się tak wyrażę „uliczniczej”, a wiadomo przecież wszystkim, że „szczeble” to najważniejsza rzecz zawsze i wszędzie.

Co zaś do eleganckich panien, nie umiejących podpisać się to dowodzi jedynie, że u nas nawet ludzie bez elementarnego choćby wykształcenia garną się chętnie do pracy na niwie dobroczynności.

Kto by zaś twierdził, że sympatyczniejszy i pożyteczniejszy jest typ biednej panienki, która sprzedawałaby kwiatek choćby w chusteczce, w skromnej czapeczce a umiała dobrze czytać i pisać – niż takiej, która na główce ma elegancki (pseudo) kapelusz, ale za to w główce nic a nic…

Kto by, powtarzam, tak twierdził, temu w imieniu tych panien odpowiem, że jest impertynent i nie zna się … na modzie.

Panienkom zaś, które słusznie zupełnie przenoszą ładny, gustowny a nade wszystko modny kapelusz nad nudną książkę do nauki czytania, powiem do uszka, że dlatego poruszyłem kwestię tak łobuzerską jak podpalenie samochodu z kwestią ich niedoszłych do skutku podpisów, ponieważ – zdaje mi się, ale to tylko mi się zdaje (zastrzegam), że matka owego maleńkiego podpalacza również nie umie czytać ani pisać!

Że zaś wprost do tych panien przez łamy „Gazety” wobec ich niechęci do rzeczy drukowanych przemówić nie mogę, proszę przeto tych którzy im bliżej są o powtórzenie wyżej wspomnianego z własnymi komentarzami lub bez (jak kto woli).

A propos komentarzy – ciekawa rzecz jakim komentarzem poprzeć fakt, że kiedyś popołudniu widziano powóz należący do jednej z miejscowych fabryk wyjeżdżający z placu położonego naprzeciwko nowego kościoła i jadący sobie kilkadziesiąt kroków po chodniku około szkoły Kindlerowskiej.

A gdyby tak konie spłoszyły się i wpadły w większą gromadkę dzieci?

Oto pytania jakie nasuwa mi na myśl jazda po chodnikach, której zdaje się, można bądź co bądź uniknąć!

Mamy nadzieję, że ten kto jechał w owym czasie powozem, zechce zwrócić uwagę stangretowi na niewłaściwość jazdy „chodnikowej”. (11.10.1913)

Odczyt (Dom Ludowy obecnie Miejski Ośrodek Kultury). Widownia sali zapełniona po brzegi. Widzę zaledwie kilka krzeseł nie zajętych. Pierwsze rzędy. Miejsca te zostaną na pewno zajęte, ale później – myślę sobie. Siadam. Zaciekawiony oryginalnym tematem odczytu i znając prelegenta czekam na pierwsze słowa z niecierpliwością.

Prelegent (zresztą punktualny zazwyczaj) spóźnia się. Nie chcąc tracić czasu, postanawiam rozejrzeć się po Sali. Wzrok mój biegnie od krzesła do krzesła patrzę na skupione twarze takich, dla których odczyt każdy jest czymś ważnym, jest, że tak powiem, zdarzeniem, faktem doniosłym.

I patrzę na obojętne oblicza tych, którym i do Sali odczytowej towarzyszy nuda i obojętność. Przeważa płeć piękna. Nic dziwnego, temat dotyczy bezpośrednio kobiet. Są tu i takie co noszą kapelusza z czoła i takie, które gustują bardziej w kapeluszach z rondami niskimi. Są i takie co wcale kapeluszy nie noszą, ale są również i takie które by wszystko włożyły na głowę (o ile by to było do twarzy).

Widzę brunetki, szatynki i blondynki. Widzę młodziutkie, młode starsze i „we wieku”. Widzę piękne i …ładne.

Przyglądam się i coraz bardziej zapominam o odczycie.

Wyznaję z rumieńcem na twarzy, że byłem zły w duchu, że prelegent nie spóźnił się o dwie godziny przynajmniej.

Wreszcie rozlega się burza oklasków i padają pierwsze słowa. Zainteresowany, wsłuchuję się i nie zwracam uwagi na szmer jaki się tuz przy mnie rozlega.

Słyszę jednak przyciszony glos kobiecy.

- Przepraszam, czy pan na właściwym krześle siedzi ?

Zrywam się, chwytam za bilet, patrzę na numer krzesła – ten sam.

- Przepraszam, słyszę znowu – myślałam, że to dwudziesty trzeci, a to tymczasem – trzydziesty drugi. Maniu, Stefciu, chodźmy to pewnie po tamtej stronie.

Wzdycham i klnę w duszy nieszczęsny zwyczaj spóźniania się (w danym wypadku o calutkie półtorej godziny).

Wsłuchuję się znowu w słowa odczytu. Ba, przed tym maleńkim zajściem prelegent recytował elegijny wiersz, obecnie mówi o … Zwei Kinder systemie.

Pochłaniam, zaciekawiony każde zdanie, ale …

- Zuziu, co to jest „Zwei Kinder system” zapytuje siedzący tu obok mnie podlotek starszej towarzyszki.

Mimo woli nadsłuchuję. Starsza poucza.

- „Zwei Kinder system” to … bliźnięta!

Gryzę wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. Po chwili słucham znowu co mówi prelegent, a w kilka minut potem zauważam, że jedna z pań siedzących przede mną wstaje i poczyna coś szukać. Znów słyszę głos:

- Janka a gdzie cukierki?

- W mufce – odpowiada sąsiadka szukającej.

- A gdzie mufka? – Poczyna się szukanie. Prelegenta nie słyszę, lecz za to uszy moje chwytają znowu słowa poszukującej cukierków damy.

- Ach, Boże, ciocia usiadła na mufce, cukierki roztopiły się.

Następuje „windowanie” cioci, badanie cukierków.

Wreszcie – cisza.

Słucham. Prelegent mówi o … zareglamentowaniu razem z prostytutkami starych kawalerów. I znowu słyszę tuż obok.

- Wiesz, Zocha, szkoda że nie ma tu Lolka. Z tego wnioskuję, że panie przez złośliwość rade by Lolka obdarzyć … odpowiednim paszportem.

Rozmowa urywa się.

Prelegent mówi już o miłości ogólnoludzkiej.

I tu nie pozwalają mi słuchać. Stojący obok mnie uczniowie wszczynają rozmowę.

- Julek, kapujesz? – pyta młodszy, może trzynastoletni chłopiec.

- Hm – mruczy Julek – a po chwili mówi: - Guciu, uważaj, Wandzia jest: piąty rząd – widzisz?

Po chwili i ta rozmowa kończy się.

Po pewnym czasie - długie oklaski: odczyt skończony.

Wychodzę i przyrzekam sobie, że nigdy już na odczycie nie siądę śród Zoś, Stefć, Lolków i Julków, ale usiądę lub stanę wśród Andrzejów, Ignaców i Walentych , bo ci nie spóźniają się i siedzą spokojnie.

A ja, jak wszyscy, którzy dlatego chodzą na odczyty, aby coś skorzystać, pragnę słyszeć każde słowo padające z ust prelegenta. (7.02.1914)

„Człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi” – powiada przysłowie. I słusznie; chciałem Wam szanowni czytelnicy w dzisiejszym felietonie opisać Górkę Pabjanicką, lecz wskutek gościny w mieście naszym piechurki angielskiej pani Humphrirs (która mówiąc nawiasem chciała mnie koniecznie za towarzysza dalszej podróży) nie mogłem ukończyć prac topograficznych i statystycznych, jestem więc zmuszony odłożyć temat ten na pewien czas.

W zamian za to pragnę was, piękne czytelniczki i szanowni czytelnicy zapoznać z kilku obrazkami z życia realnego, a pouczających nas o rzeczach tak abstrakcyjnych jak na przykład przyjaźń, miłość, cnota, przysługa. Rozpocznę od przyjaźni. Piękna czytelniczko, wybacz mi że nie od miłości, lecz gdzieś, kiedyś, jakiś mędrzec powiedział, że przyjaźń to dąb, a miłość kwiat wonny. Rozpoczniemy od dębu a kwiatem będziemy się napawali na przyszłą sobotę.

Przyjaźń

Część pierwsza

Drugorzędna knajpka. Wieczór. Lampy rzucają dokoła mdłe światło. W powietrzu czuć zapach „mocnej z silną” , bigosu myśliwskiego i śledzi. Przy jednym z małych stolików nakrytych „czystą” serwetą, siedzi trzech młodzieńców. Przed chwilą weszli. Kelner skrzywiwszy „arystokratycznie” lewą połowę ust – czeka. Młodzieńcy namyślają się co by zjeść (co pić – wiadomo). Pan Zenon ma apetyt na sznycel, pan Mieczysław na rumsztyk, a pan Konstanty ma wyższe aspiracje – kotlet z pulardy. Konferencja z kelnerem o tym co świeże, a co jeszcze świeższe.

Otwierają się drzwi. Wchodzi jeszcze jeden młodzieniec, znajomy p. Zenona. Witają się. Pan Zenon przedstawia znajomego towarzyszom. Rozlega się : pan Filip X; pan Mieczysław Z. Słychać mruknięcie: Bardzo mi ….jemnie, a po chwili pan Filip siada przy stoliku. Wkrótce poczynają kieliszki odbywać wędrówkę. Słychać ciche westchnienie po każdym „kropnięciu” i pracę szczęk.

Część druga

Panu Mieczysławowi podoba się bardzo nowy znajomy pan Filip. A panu Filipowi – pan Mieczysław. Toczą z sobą zajmującą rozmowę na temat stosunków towarzyskich, różnych sympatii.

Po dwu godzinach (kelner 3 razy napełnił karafkę z wódką) niepostrzeżenie przechodzą na „wy”. Pan Filip wspomina, że widywał często pana Mieczysława w alejkach i że mu się bardzo podobał. Pan Mieczysław spotykał kilka razy pana Filipa w cukierni i zwykle z prawdziwą przyjemnością patrzał w twarz jego, bo ta ma w sobie coś pociągającego. Pan Konstanty żąda oryginalnego pilznera. Wesołość króluje, twarze się uśmiechają, usta nie milkną – a wódka nie wysycha.

Część trzecia

Godzina 2 w nocy. Na stole resztki wieczerzy. W powietrzu tumany dymu papierosowego. Atmosfera „rozczulająca”. Pan Mieczysław w braterskich objęciach pana Filipa. Pocałunki, uściski.

- Fipuś, ja ciebie, uważasz, zawsze, zawsze uważasz… tego – bo ty jesteś , uważasz, chłop … tego – uważasz. Daj pyska i mówmy sobie „ty” –bełkocze do ucha panu Filipowi pan Mieczysław. Pan Filip żąda „białego”. Piją „Bruderschaft”. Pocałunkom, uściskom nie ma końca. Po chwili pan Mieczysław przemawia na temat „kochajmy się”. Pan Zenon wzruszony do głębi cicho popłakuje. Pan Konstanty zaś „opuścił” się na podłogę obok kanapy i drzemie.

Część czwarta

Upływa kilka dni. Pan Mieczysław siedzi w swojej kawalerce – i duma. Przed chwilą wyszedł od niego p. Mojżesz Automobilmacher. Przed 2 tygodniami wystawił pan Mieczysław temu starozakonnemu maleńki „szmergielek” in blanco na 50 rubli za co otrzymał natychmiast gotówką 35 rubli 83 kopiejki (już z potrąceniem kosztu blankietu). Pan Automobilmacher przed chwilą właśnie groził oddaniem weksla rejentowi. Trzeba go wykupić. Pan Mieczysław nie wertuje kieszeni (to tylko bywa w powieściach) bo wie, że oprócz 75 kopiejek srebrem i miedzią nie znajdzie w nich ani grosza. Co robić? Smętne dumy przerywa przybycie pana Filipa.

- Serwus, Mieciu, jak się masz – woła ostatni jeszcze we drzwiach. „Przyjaciele” witają się. Pan Filip cokolwiek zaaferowany wyjawia cel swej wizyty. Dziś wieczorem musi koniecznie być „tam”, (Pan Mieczysław wie, naturalnie, gdzie). Dziś „jej” imieniny wiec musi koniecznie tam pójść. Ale właśnie wczoraj miał strasznego pecha. Polał czerwonym atramentem tużurek i musiał go oddać do pralni chemicznej. Prosi więc „kochanego Miecia” o pożyczenie mu „garniturzyny wizytowej” na dzisiaj. Pan Mieczysław się zgadza. Wychodząc przypomina sobie pan Filip, że jest chwilowo bez gotówki a musi ją mieć, więc prosi pana Mieczysława o pożyczkę (na dwa dni) w kwocie 15 rubli. Ponieważ ten nie ma tyle, więc pożycza 75 kopiejek i rozrzewniony dobrocią Miecia – żegna go.

Część piąta

Po trzech miesiącach spotyka pan Mieczysław w alejkach pana Zenona. Wpada nań z impetem i gestykulując jak każdy „solidny kupiec od naszych”, w płaczliwym tonie wygłasza różne sentencje na temat, że nie ma na świecie przyjaźni ani przyjaciół; że nie można nikomu wierzyć, nawet najserdeczniejszemu przyjacielowi.

- Wyobraź sobie – mówi: - co mi narobił Filip. (Ach Boże, jak się na nim zawiodłem). Pożyczył na jeden dzień wizytowy garnitur, tymczasem nie odnosi go do dzisiaj, choć już upłynęły 3 miesiące. Dowiaduję się dlaczego? Okazuje się, że go sprzedał tego dnia co pożyczył. Prócz tego pożyczał kilkakrotnie pieniądze i nie oddaje. Przy tym nie poznaje mnie już na ulicy, a odzywa się o mnie wszędzie jak najgorzej. Skandal. Nie, nie ma przyjaźni i – koniec, szanowny czytelniku. Koniec przyjaźni, więc i koniec opowiadania o przyjaźni.

A teraz sens moralny. Na pewno myślicie czytelnicy, że będę tu mówił o tym, że nie trzeba źle rozumieć słowa przyjaźń, że nie trzeba szastać nim ani słowem przyjaciel; że nie zawiera się bliższych znajomości przy kieliszku, że, aby kogoś nazywać przyjacielem, trzeba go znać całe lata i doświadczyć w chwilach ciężkich. Nie. Nie będę nic mówił o tym. Niechaj każdy sobie sam dopowie, a kto nie chce dopowiedzieć, to niechaj dopisze. Kto nie chce dopisać ani dopowiedzieć, ten niech sobie przynajmniej pomyśli. A kto wreszcie nie chce pomyśleć nad tym co napisałem, ten na pewno będzie medytował nad tym, co napiszę w przyszłą sobotę. (Gazeta Pabjanicka, 21.06.1913)

„Nie niszczyć książki” oto napis jakim zaopatrzona jest każda książka z biblioteki Domu Ludowego (obecnie Miejski Ośrodek Kultury).

Czytając go mimo woli zadaję sobie pytanie co też powinno rozumieć się pod słowami „nie niszczyć”. Trudno przypuszczać aby wśród czytelników, korzystających z wspomnianego księgozbioru byli i tacy, którzy by znajdowali przyjemność w wyrywaniu kart, czy też psuciu okładek książek. Sądzę, że Pabjanice tak niekulturalnych czytelników nie posiadają.

Sądzę! …

Jednocześnie jednak nasuwają mi się pewne refleksje co do słów „nie niszczyć” a mianowicie: czy też przez te słowa nie powinniśmy rozumieć, że książki nie należy rzucać gdziekolwiek w domu.

Że nie należy przerzucać kartek mokrymi palcami, co bez wątpienia pozostawia po sobie z czasem bardzo nie estetyczne plamy.

Że nie należy zaopatrywać czytanej książki w swoje komentarze. Zwolenników zaś komentowania rzeczy czytanych w Pabjanicach nie brak.

Dużo bardzo dużo jest książek w Ludowym Domu, które są mniej lub więcej obficie zaopatrzone w komentarze i komentarzyki.

Że wrażeń swoich jakie wywarła na nas przeczytana książka lub tez niektóre z myśli zawartych w niej – nie powinniśmy przelewać w formie kilku słów lub nawet zdań na papier tejże książki – o tym chyba nikt nie wątpi.

Nie powinniśmy zaś tego czynić przede wszystkim dlatego, że przez „opisywanie” książki niszczymy ją poniekąd.

Następnie kilka słów na marginesie książki odwraca mimo woli uwagę czytelnika od treści dzieła, który łudząc się, że dowie się czegoś godnego uwagi czyta je i dochodzi do smutnego wniosku, że ten kto je pisał, pisał je jedynie po to, aby zabazgrać książkę.

Często zaś zdarza się, że komentarze takie to szczere wybuchy uwielbienia czy też oburzenia, szczere i tak szczerze naiwne, że z uśmiechem politowania czyta się je.

Często też są to nieudolne dowcipy albo wprost wybryki, mówiące źle o wychowaniu autora tego rodzaju komentarzy.

Oto kilka różnorodnych próbek.

Na boku zdania tej treści: „Na twarz pani Natalii wystąpił dziwny rumieniec; oczy jej się przymknęły, usta – zdawało się - gotowe były się rozchylić, jak kwiat do pocałunku słońca, i wreszcie dreszcz wyraźnie przebiegł jej ciało” – znajduję przypisek kreślony, zdaje się ręką kobiecą: - Mdleję!

I żal mi, szczerze mi żal, że nie znam autorki tego przypisku, bo bym jej wyraził moje współczucie, że nie zemdlała rzeczywiście, ale przed napisaniem tego słowa, książka zyskałaby na tym.

Albo w końcu książki tego rodzaju czterowiersz:

„Świat jest teatrem

ludzie aktorami,

rzadko na scenie,

zawsze za kulisami”.

Piękna pani, czy też, szanowny panie – któryś pisał te słowa a znasz zarówno scenę życia – świat i jego kulisy; obyś pozostał zawsze za kulisami a nie występował na scenę w roli głębokiego myśliciela pisującego pożyczone sentencje na kartach pożyczonej książki. Widownia byłaby więcej zadowolona – wierzaj mi!

W pewnej książce gdzie brakuje kilka kart napisane niebieskim ołówkiem słowo: „brak”.

O święta naiwności, której się zdaje, że czytelnik może nie zauważyć braku kilku kart w książce.

O, gwiazdo przewodnia, czytających powieści współczesne.

O, drogowskazie dla wędrowców kroczących drogą wytkniętą przez autora książki! Cześć ci i chwała!

Brak miejsca nie pozwala mi na przytoczenie więcej przykładów.

Wszystkim zaś, którzy lubią wyrażać swój zachwyt, czy też swe myśli na marginesach pożyczonych książek, wszystkim tym, którzy występują tamże w roli krytyków i wypowiadają się o wartości książki – wszystkim tym, przypomnę, że poszanowanie ogólnej własności oddanej dla użytku i dobra ogółu całego jest chyba obowiązkiem każdego kulturalnego człowieka i nieliczenie się z tym dowodzi jedynie braku najelementarniejszych pojęć o dobrym wychowaniu i takcie. (Gazeta Pabjanicka, 1.11.1913)

Przede wszystkim muszę się przedstawić. Schylam więc w myślach przed Wami, piękne czytelniczki i szanowni czytelnicy, moją „wonną fryzurę” (włosy ostrzyżone przy samej czaszce) i mówię powoli: Jestem Ralf. I słyszę, zda się, wokoło szepty: Któż to jest ten przystojny, zgrabny, elegancki (na życzenie jeszcze kilka przymiotników w rezerwie) młodzieniec, ale , niestety, nie ma takich, którzy by mogli cos więcej o mnie powiedzieć. Urocze czytelniczki, zaspokoję w tej chwili Waszą ciekawość. Oto moje „curriculum vitae”. Podaję je, ponieważ jestem prowizorycznie zaangażowany przez Sz. Redakcję na poważne stanowisko niepoważnego felietonisty i jako taki będę Wam co tydzień opowiadał koszałki-opałki. Musicie więc wiedzieć, kto będzie do Was przemawiał przez szpalty felietonów „Gazety”. Zanim jednak przystąpię do opisu swego życia – kilka słów. Proszę mianowicie mnie nie posądzać o to, że chcę się chwalić i przez to będę mówił tylko dobrze o sobie. Nie. Ja pragnę tylko stwierdzić fakty – a za to, że się nie minę z prawdą ręczę słowem honoru. Gdyby zaś ktokolwiek z czytelników zarzucił mi kłamstwo to wyzwę go na pojedynek (bezwarunkowo) amerykański. Ten na przykład, który wyciągnie czarną gałkę musi przejść się kilka razy bez latarki w ciemny wieczór obok poczekalni tramwajowej; lub też w godzinę po lekkim majowym deszczyku w zwykłych kaloszach pójść na tzw. Górkę i spacerować przez 20 minut po ulicy Zielonej. Albo też. Zresztą mniejsza z tym. Odbiegam od tematu a to (jak mówił pewien egipski uczony) jest wadą wszystkich felietonistów. Więc wracam do rzeczy.

Urodziłem się 8 maja roku Pańskiego 18… o godzinie, zdaje się, 6 wieczorem (dokładnie nie pamiętam) w Berdyczowie. Urodzony jestem wysoko (rodzice mieszkali na 3 piętrze), a pierwsze wyksztalcenie otrzymałem od niańki swej, która przez szereg dobrze prowadzonych pogadanek, poznała mnie z sielankopisarstwem i nauczyła na pamięć 6 prowincjonalizmów, nadających się do druku i 600 nie używanych ze względów etycznych w literaturze.

Gdy skończyłem 7 lat wstąpiłem „samodzielnie” w progi miejscowej szkoły dwuklasowej, którą też chlubnie ukończyłem, zostawszy po 3 miesiącach nauki wydalonym za złe sprawowanie i wybitne zdolności w obrywaniu guzików u palt i bluz swoich szkolnych kolegów. Mając zatem już podłożony fundament naukowy zostałem wysłany (pomimo oporu z mej strony) do jednego z większych miast Królestwa do szkoły realnej, w której już po 7 latach doszedłem do 3 klasy. Intrygi jednak kolegów i zła wola nauczycieli doprowadziły do tego, że mi zaproponowano wystąpienie ze szkoły. Uczyniłem to będąc od urodzenia grzecznym i posłusznym. W owym okresie mojego życia posiadałem spory zapas dobrego humoru i młodzieńczej energii i gdyby już wtedy były tramwaje to bym na pewno w nich głośniej śpiewał i krzyczał niż to czynią niektórzy z uczniów miejscowej Szkoły Handlowej, wracając po lekcjach z Pabjanic do Łodzi. Ukończywszy 21 lat zamierzałem wstąpić jako wolny słuchacz na uniwersytet w Oksfordzie, w ostatniej jednak chwili zmieniłem zamiar i wstąpiłem do wojska, gdzie ze względu na cenzus naukowy przebyłem tylko 5 lat.

Po powrocie do kochanych Pabjanic zająłem się wyszukiwaniem odpowiedniego zajęcia na czym ubiegło mi 6 lat. W międzyczasie zaś prztykałem sobie w bilardzik u „Piątka” (kawiarnia Piątkowskiego) albo też obliczałem (lubię wyższą matematykę) ile kroków, stóp, cali długości mają, tak zwane przez grzeczność alejki. W ciągu tego czasu napisałem 111 aforyzmów o treści głęboko filozoficznej, a traktujących przeważnie o pracy, wykorzystaniu młodych sił fizycznych i duchowych dla ogólnego dobra. Wszystkim zaś młodym świeciłem stale przykładem w artystycznym wiązaniu krawatów. Aż oto poczułem w sobie iskrę Bożą (czytaj felietonową) i zacząłem pisać w nadziei, że ta iskierka roznieci maleńki płomyk i da cokolwiek światła tam gdzie obecnie panuje mrok gnuśności, próżności i innych temu podobnych a tak ponętnych „ości”.

Oto moje „curriculum vitae”. Jest ono prawie identyczne z niejednym życiorysem niejednego młodzieńca powinno Was zatem zainteresować, szanowni czytelnicy. Gdyby zaś ktokolwiek z Was chciał w kwestii tego co wyżej napisałem ze mną pomówić, to może się ze mną zobaczyć na brzegu uroczej rzeki Dobrzynki, w parku miejskim. Jestem tam codziennie od godziny 4 do 7 po południu. Lubię bowiem w znużone płuca wchłaniać ożywcze powietrze płynącej wody, lubię barwny koloryt tej rzeki, albowiem przypomina mi tęczę w jej najcudniejszych odcieniach. Lecz gdyby ktokolwiek zastał mnie tam zemdlonego to niechaj nie myśli, że stało się to z nadmiaru świeżego powietrza. Nie. To chyba ze zbytniej wrażliwości na działanie ożywcze wiosny. Przecież to maj! Maj, miesiąc miłości i pienia słowików, miesiąc odradzania się wszystkiego w przyrodzie.

Mój Boże, rzewne jakieś dalekie wspomnienia wirują po głowie, mimo woli wyrywa się jakiś glos duszy: gdzie jesteście piękne chwile młodzieńczych snów? Gdzież jest ten czas kiedy człowiek marzył, że mając 4 ruble można by kupić u „Piątka” tort, tort w całym tego słowa znaczeniu dla swej niebogi, lub parę czarnych nierymowanych (…) (Gazeta Pabjanicka, 31.05.1913)

Ludwik Śledziński we „Wspomnieniu z Łodzi – 1899 -1901” , które ukazało się w Kronice Ruchu Rewolucyjnego w Polsce nr 1/1937 r. pisze: W końcu 1901 r. znów zacząłem pracować w fabryce Kellera przy ul. Wólczańskiej, a mieszkałem przy ul. Szulca niedaleko od fabryki. Robota partyjna była prowadzona z całą energią. W tym czasie miałem najmniej 70 do 80 kółek partyjnych w różnych dzielnicach Łodzi, a od czasu nawiązania stosunków z Pabjanicami i Zduńską Wolą musiałem też do Pabjanic choć raz na miesiąc pojechać. (…)

Tow. Filip opowiadał mi o wzięciu naszej drukarni „Robotnika” właśnie w Łodzi i aresztowaniu dwóch wybitnych towarzyszy. W końcu zapytał, czy nie mam znajomego w Pabjanicach, bo została przerwana z nimi komunikacja, jak i z innymi miejscowościami, bo przy aresztowaniu towarzyszy w drukarni zostały zniszczone wszystkie adresy i notatki. Zobowiązałem się nawiązać kontakt z Pabjanicami, bo wiedziałem, że z Pabjanic przeniósł się do Zduńskiej Woli tow. Czerkaski (…)



Pabianiccy robotnicy, pod wpływem agitacji PPS, angażowali się chętnie w działania antypaństwowe.

IV Departament Karny Izby Sądowej Warszawskiej z udziałem przedstawicieli stanów rozpoznał na sesji wyjazdowej w Łodzi następujące sprawy polityczne: Jan Nowicki, 45-letni robotnik z firmy Krusche-Ender, oskarżony z art. 129, tj. o podburzanie do buntu przeciw władzy Monarszej i obalenia istniejącego ustroju państwowego i społecznego. Nowicki w pierwszych dniach marca rb. na ulicy w Pabjanicach rozdawał przechodniom proklamacje PPS, nawołujące do święcenia (świętowania) 1 maja. Wyrokiem Izby Nowicki został skazany na rok twierdzy. (Ziemia Lubelska, nr 273/1913 r.)

Lubelska Pszczoła – tygodnik humorystyczno-satyryczny zamieściła wiersz robotnika z Pabjanic.

Z kroniki robotniczej

Pan Ender – fabrykant, prezesem T-wa Dobroczynności w Pabjanicach

Pan fabrykant – sam Ender

Nie myślcie, że Holender –

Jeno prezes łaskawy –

Też urządza zabawy

Lokautem nazwane,

Wszemu światu dziś znane

Dobroczynność w tem duża i

Pełne jej są podwórza,

Pełne chaty robocze –

Widowisko urocze!

Ten, co zwie się prezesem

Obje ludek z kretesem!

Pabjanicka Gazeta,

Jak sprzedajna kobieta,

Kapitałom w nos kadzi,

Ku zgnębieniu czeladzi!

Dobroczynne prezesy,

Trąbią w swoje frazesy!

Dobroczynność więc kwitnie

W Pabjanicach zaszczytnie

Ludzie sobie odpoczną

Dobroć w tem jest naoczną

Niejednego prezesa –

Po cóż lament, do biesa? (Pszczoła, 4.07.1913 r.)

Omłot dewocyjnej prowincji i kulturalnego świata – to tytuł rubryki, która nie szczędziła lewicowej krytyki mniejszym i większym miejscowościom. Tym razem wykpione zostało przywiązanie pabianiczan do lektury prasy „burżuazyjnej”.

Pabjanice. Dobrobyt wśród naszych robotników wzrósł niepomiernie i wszyscy pożerają bibułę w postaci Gazety Pabjanickiej i „dwugroszówkę” warszawską … kto nie ma apetytu, temu je pchają siłą w gardło, pomimo nudności i … „rewekowania” na tak smaczny pokarm, preparowany przez spółkę bojkotowo-burżuazyjną i jej pionków… (Pszczoła, 11.04.1913 r.)

Franciszek Piekosiński w „Rycerstwie małopolskim w dobie piastowskiej” (1901 r.) wspomina Pabianice.

(…) Do fundacji wotalnych należy budowa kościółka św. Idziego pod zamkiem krakowskim, oraz uposażenie kapituły katedralnej opolem Chropskim (dziś Pabijanice), wreszcie nadanie Benedyktynom tynieckim klucza książnickiego. Z budową nowej katedry na Wawelu zdaje się pozostawać w najściślejszym związku ufundowanie i uposażenie przez Władysława Hermana 20 kanoników przy tejże katedrze. Fakt to wielkiej doniosłości: wskutek bowiem ufundowania i uposażenia kapituły katedralnej, powstały i prałatury, a między niemi także godność scholastyka, którego obowiązkiem było utrzymywanie szkoły katedralnej.

Franciszek Piekosiński (1844-1906) – historyk i prawnik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Lucie Cytryn – Bialer (1923-2011) jest autorką książki „Dla ciebie Nelly” (1998, 2009), wydanie angielskie „For You, Nelly”(1998). Opowiada o przeżyciach obozowych, o rodzinie Pik-Cytryn, córce Nelly, prezentuje także wiersze brata – Abrama Cytryna. Z udziałem autorki wspomnień powstał film dokumentalny P. Zarębskiego „Nie oplataj mnie”. Jej matka – Golda Pik urodziła się w Pabianicach, w zamożnej rodzinie przemysłowców.

(…) Moja mama, Golda Pik, przez najbliższych nazywana Gienią, urodziła się w Pabianicach jako ósme dziecko w rodzinie. Posiadała siedmiu braci. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że była w tej rodzinie jeszcze jedna dziewczynka, ale żyła tylko dwa dni. Moja mama nie wiedziała o tym. Przypominam sobie jej zdjęcie na łyżwach, na którym jest wraz ze swoją przyjaciółką – Idą. Łyżwy w owym czasie, to było coś niesłychanego w rodzinach chasydzkich. Już wtedy więc mama wyróżniała się odwagą i nowoczesnym spojrzeniem na życie. Potrafiła przeprowadzać swoją wolę i najczęściej wygrywała. Przegraną natomiast przypłacała chorobą.

Dopiero dużo później zrozumiałam, że była osoba bardzo wrażliwą o skłonnościach do depresji i że kiedyś nawet, gdy jeszcze byłam zupełnie malutka, musiałam przez jakiś okres przebywać u dziadków, bo mama leczona była w klinice. Chciała pracować. Dusiła się w atmosferze przyjęć, kawiarni i wyszukanych toalet. Nie akceptowała się w roli potulnej zony będącej zawsze tego samego zdania co mąż.

Dobrze pamiętam, jak płakała, gdy ojciec, widząc, zgodnie z tradycją rodzinną, w moim bracie przyszłego fabrykanta, spalił jego wiersze, protestując w ten sposób przeciwko jego zamiłowaniu do poezji. Tata bardzo kochał mamę, ale jak wszyscy synowie Cytrynów, chowany i kierowany przez swojego ojca, nie podejmował żadnej decyzji bez uzgodnienia z patriarchą.

Nie zgodził się też nigdy, żeby mama podjęła pracę. Ona jednak miała w sobie tyle energii, ze musiała ją gdzieś wyładować. Uczyła się języków obcych, pisała, grała na pianinie i … po raz drugi, wraz z nami, chodziła do szkoły. Program dnia w rodzinie dostosowany był do rozkładu naszych zajęć szkolnych.

Po lekcjach, około drugiej po południu, wracaliśmy do domu prosto na obiad. Ze mną nie było żadnych kłopotów, bo miałam aż nadto dobry apetyt i często wręcz podkradałam czekoladę i ciasteczka, które chowano przede mną w nadziei, że wyrosnę na szczuplutką panienkę. Mama miała pewne zastrzeżenia co do swojej figury z uwagi na zbyt obfity biust i chcąc uchronić mnie przed podobnym mankamentem, szukała porady u gorseciarki, już gdy miałam osiem lat. W końcu wymyśliła, żeby bandażować mi klatkę piersiową, wzorując się na metodzie bandażowania stóp małym dziewczynkom w niektórych krajach azjatyckich, by nie dopuścić do wzrostu ich stóp. Męczyło mnie to nieprawdopodobnie, ale mama osiągnęła zamierzony efekt. (…)

Nie zawsze zachowywaliśmy się wzorowo. Pamiętam, jak kiedyś mama zabrała mnie na koncert symfoniczny i ku jej zgrozie usnęłam. Mama bardzo to przeżywała.

- Moja córka nigdy nie będzie damą. Nie dba o sylwetkę i wcina bez przerwy ciastka, zasypia na koncercie i nigdy jeszcze nie podlała moich kwiatów! Nie ma w sobie nic kobiecego!

Miałam wtedy 11 lat. (…)

Oświęcim

28 sierpnia 1944 roku. Prowadza nas szeregiem do bydlęcych wagonów kolejowych. Chwilami podtrzymuję moją 44-letnią mamę, zgarbioną, postarzałą. Noc w pociągu straszna. Oblani kałem i moczem, ściśnięci jak śledzie w beczce, przezywamy katusze. Trzymam się kurczowo mamy, która bezustannie powtarza:

- Jak to dobrze, że tatuś umarł w swoim łóżku.(…)

Ja przeszłam selekcję razem z mamą, Wzięłam ją pod rękę i mocno przycisnęłam do siebie. I wtedy stała się rzecz straszna. Przed nami stanął SS-man, uśmiechnął się szatańsko.

- Mutter und Tochter

Jeszcze mocniej objęłam mamę.

- Matkę z córką muszę rozdzielić.

Mama spojrzała na mnie.

- Córeczko, owiń sobie szyję szalikiem kaszlesz.

Moja wina!!! Całe życie mam wyrzuty sumienia. Moja wina!! Może gdybym się do niej przytuliła, byłybyśmy razem? (…)

Pabianice

Rodziców i braci mojej mamy spotykałam o wiele rzadziej, gdyż mieszkali oni w Pabianicach. Jeździłam tam jednakże od czasu do czasu na różne uroczystości. Zawsze było to dla mnie olbrzymie święto i radość. Tylko jeden z siedmiu braci mamy, Sina, mieszkał w Łodzi.

Stoję na podwórzu przed domem dziadka i wszystkie te wspomnienia przemykają mi przez głowę, przesuwają się jak na taśmie filmowej. Nie mogę jednak tak stać w nieskończoność, a nie mam siły odejść. Trzymam się ściany, drżę cała i boję się, że upadnę. Patrzę w te okna i na ten balkon jak zahipnotyzowana.

Ale co to? W oknie coś się poruszyło? Czy to dziadziuś?

Nie, to chyba firanka drgnęła od podmuchu wiatru.

Nie udaje mi się wywołać duchów. Niestety nikt nie pojawi się na tym balkonie, choć ta firanka naprawdę się rusza.

Zaczyna padać deszcz. Biorę się w garść. Gnam do Gminy Żydowskiej, bo tam wciąż aktualizują wykazy odnalezionych osób. Tych, które wróciły z piekła. Może i moi się znajdą?

Szukam nerwowo wzrokiem…

The story of Lucie-Cytryn Bialer begins with the happy years of her childhood in Lodz, in Central Poland. Suddenly and brutally comes the war, the annexation of the city into Reich, the huge Lodz/Litzmannstadt Ghetto work camp. Then for Lucie and her family – Auschwitz and other concentration camps – all horrors of the time. At last, the war ends and life begins again. She marries a survivor of the Treblinka death camp, and soon a daughter, Nelly, is born – growing up to become an eminent lawyer, taking part in outstanding war crimes trials in France. Sadly, Nelly dies much too soon. Lucie Bialer brings back a vivid memory of her daughter with this book and other writings, and a documentary film on her own life. Her mother, Golda Pik was born in Pabianice to wealthy family.

W 1909 roku miesięcznik społeczno-oświatowy Kultura Polska przedstawił kolejny obraz Pabianic: Nie po raz pierwszy mówimy tu o tem mieście. Jest ono pod wielu względami ciekawą odrębnością w naszym kraju. Naprzód ma historię starannie zebraną w bogatych i nader licznych dokumentach w Krakowie, Warszawie i Petersburgu, a po części na miejscu.

Ma następnie obszerną monografię „Pabjanice, Rzgów i wsie okoliczne”, napisaną przez Maksymiliana Barucha i wydaną nakładem Kasy Mianowskiego. Poza tym wciąż się przypomina uwadze publicznej rozwojem swego życia kulturalnego i społecznego. Dawna własność kapituły krakowskiej, posiada zamek z XVI wieku, w którym gościli nieraz królowie polscy. W zamku tym dziś mieści się ratusz, przed kilkudziesięcioma laty odnowiony, znajduje się on pod pieczą Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, mającego tu swój oddział.

Pabjanice posiadają nienajgorsze warunki szkolnicze, w zestawieniu z innymi miastami prowincjonalnymi. Są tu dwie szkoły dwuklasowe z 6 nauczycielami, cztery wspólne dla chłopców i dziewcząt oraz dwie wyłącznie dla dziewcząt – wszystkie miejskie, mieszczą się w gmachach dwupiętrowych, zbudowanych według wszelkich wymagań. Prócz tego dwie szkoły fabryczne z 10 nauczycielami, dwie prywatne: jednoklasowa i dwuklasowa, oraz dwie siedmioklasowe szkoły handlowe: żeńska i męska, mieszczące się także w gmachu miejskim. Nie jest to wprawdzie jeszcze ilość odpowiadająca potrzebom miasta, ale ponieważ współżycie ludności polskiej z niemiecką jest zgodne, kasa magistracka wspólna, więc i przeszkód w otwieraniu nowych szkół być nie powinno.

Pod względem estetycznego wyglądu widać tu dbałość i staranie. Ulice zadrzewiają się i brukują. Główniejsze oświetlone są 88 lampami „Lux”, na bocznych palą się jeszcze naftowe. Nad drzewostanem czuwa miejscowe Towarzystwo Ogrodnicze, zasilane przez miasto, które utrzymuje dwa parki, jeden obok magistratu, drugi zakłada na Górce Pabjanickiej (tzw. Zielona Górka). Z Łodzią połączone są Pabjanice tramwajem elektrycznym; dworzec kolei kaliskiej znajduje się jednak w odległości 3 wiorst z górą od ratusza.

Życie kulturalno-oświatowe rozwija się w kilku instytucjach. Jest naprzód Towarzystwo Naukowe liczące przeszło 200 członków. Działalność jego, skrępowana warunkami chwili bieżącej, ogranicza się do urządzania odczytów i pogadanek pouczających, i szerzenia czytelnictwa. Jego biblioteka i wypożyczalnia mieści się w Domu Ludowym, a ten w gmachu wydzierżawionym przez magistrat na warunkach bardzo dogodnych. Biblioteka posiada przeszło 3000 tomów i bezustannie się powiększa. Obok niej w Domu Ludowym znajduje się również Muzeum, przedmiot pieczy ogólnej. Teatru stałego Pabjanice nie posiadają lecz trupa łódzka przyjeżdża tu czasem na występy. Natomiast Stowarzyszenie Śpiewacze „Lutnia” pielęgnuje i kształci upodobania muzykalne mieszkańców.

Stowarzyszenia zawodowe, których jest kilka przyczyniają się do rozwoju ruchu oświatowego. Oddział Związku Zawodowego Robotników Przemysłu Włóknistego „Jedność” zarówno, jak oddział Polskiego Związku Zawodowego Robotników Przemysłu Żelaznego oraz oddział Robotników Chrześcijańskich urządzają pogadanki fachowe i treści ogólniejszej, organizują wieczornice i zabawy. W pracy kulturalnej niepośledni jest też udział stowarzyszeń pracowników handlowych. (Kultura Polska, 1.12.1909 r.)

Kultura Polska – miesięcznik o profilu liberalnym pod redakcją Aleksandra Świętochowskiego ukazywał się w Warszawie w latach 1908-1912.

Oskar Kolberg w pracy „Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa…..” (1890) zmaga się z prezentacją miasta Pabianic, pisze o zamku gotyckim oraz „pięknym ratuszu przerobionym z zameczka książęcego”.

Pabianice v. Pobianice (v. Fabianice) miasto nad rz. Dobrzynką. Wedle tradycji, wieś Słupiec, skutkiem bawienia się tu książąt łowami, nazwę Pobawianice przybrała. Podług Długosza stał w tem miejscu zamek zwany Chropi i stanowił kasztelanię nadaną kapitule krakowskiej. W r. 1084 przez Władysława Hermana za wstawieniem się żony jego Judyty, iż mu porodziła syna Bolesława. Kościół parafialny gotycki fundowali kanonicy katedry krakowskiej. W r. 1595. Zdobią miasto zamek budowy gotyckiej istniejący dotychczas i piękny ratusz z zameczka książęcego przerobiony w stylu starowłoskim. Miasto było zamożne i ludne. Obfitowało w XVI wieku w rzemieślników. Jest tu także kościół ewangelicki, fabryki wyrobów wełnianych, bawełnianych i i inne.

Oskar Kolberg (1914-1890) – etnograf, folklorysta, autor wielotomowego dzieła „Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce”.


Paweł Zawadzki w artykule „Kwadrans Hemara”, który zamieściła Nasza Polska (nr 17/2001 r.) wraca pamięcią do powojennych Pabianic.

W 1953 r. miałem 10 lat. Moja szkoła podstawowa mieściła się w budynku klasztornym (Szkoła Podstawowa nr 10 przy ul. Warszawskiej). Siostry tłoczyły się na drugim piętrze i poddaszu, parter i pierwsze piętro zajmowała szkoła. Lekcje rozpoczynał apel na korytarzu, a w klasach dzień rozpoczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą do Ducha Świętego; na ścianach wisiały krzyże. Kierowniczka szkoły, o której mówiono, że była przedwojenną komunistką – nie była przez nas specjalnie lubiana. Na lekcji potrafiła lać linijką po łapach albo boleśnie pociągnąć za ucho czy za włosy na skroni – co bolało dotkliwie. Proszę więc Historię o odnotowanie, że ja i moi koledzy z klasy Va już wtedy byliśmy wrogo nastawieni do przedstawicieli obowiązującego ustroju.

Nie pamiętam zupełnie dnia, w którym zmarł Józef Stalin. Za to pamiętam doskonale dzień, w którym w punktach skupu podniesiono cenę butelek z 20 groszy na złotówkę – dzięki czemu w dniu podwyżki poczuliśmy się z kolegą szkolnym prawdziwymi bogaczami – jak już chyba nigdy potem w życiu.

Mięso było na kartki, drugie danie na obiad bywało raz w tygodniu, dobrze pamiętam z tamtych lat uczucie głodu. Wspaniałą przygodą były wyprawy z ojcem na ryby – czasem udawało się coś złapać i parę płotek na kolację było ucztą wręcz królewską. Wielką atrakcją były uroczystości rodzinne, na których można się było najeść. Bardzo pomocny był niewielki ogródek z inspektami, dzięki któremu były warzywa i owoce.

Po różnych wujkach dostawałem czasem ubrania do „przenicowania”, buty były kupowane „na wyrost” – by na dłużej starczyły. Ale za to książki były tanie – za wydane na papierze gazetowym płaciło się 2,40 zł, zdarzało się, że późną jesienią i zimą czytałem jedną książkę dziennie. Verne, London, Dickens, Defoe, Amicis, Gomulicki, Twain, Swift, Curwood, Dumas, Fiedler – to byli autorzy dzieciństwa. Nie mówiąc o Trylogii; a i Kamienie na szaniec też dość wcześnie przeczytałem. Ojciec w pierwszych dniach września był bardzo ciężko ranny – nosił w sobie odłamki bomby, które było widać na kliszy rentgenowskiej. Niemiecki komendant oflagu zwolnił ojca jako inwalidę i ojciec mi pokazywał stosowny dokument opatrzony okrągłą pieczęcią ze swastyką. Bardzo ojca denerwowały spory z lekarzami w latach 50.;z uporem dowodzili oni, że ojcu nie należy się renta inwalidzka, że jest zdrowy. Od tamtej pory mam głęboką wiarę w cudowne uzdrowienia …

Z uporem ojciec nie chciał się zapisać do partii – dzięki czemu często bywał bezrobotny. Matka w pewnym okresie podjęła pracę fizyczną w fabryce – abym, idąc na studia, mógł się wykazać „robotniczym pochodzeniem” i miał „punkty”. Nikt w rodzinie nie należał do partii prócz jednego z wujków, który był kierownikiem miejskiej elektrowni. W małym miasteczku elektrownia to ważna instytucja, więc wujek nie miał wyjścia, a my mieliśmy zakaz zabawy z dziećmi wujka, dzięki czemu od wczesnych lat „przerabialiśmy” konspirację. ..

Wodę nosiło się w wiadrach ze studni po drugiej stronie ulicy, w każdą sobotę należało zamieść brukowaną jezdnię i pobielić wapnem krawężniki rynsztoka, wyszorować drewniane schody w domu.

A jednak te lata, biedne, surowe, często głodne –wspominam jako najpiękniejsze lata dzieciństwa, pełne przygód, wypraw rowerem do lasu, kąpieli w czystej rzece, zabaw z kolegami. I słowa „czarna noc stalinizmu”, którymi ktoś określa lata 50., budzą dziś we mnie zupełnie inne skojarzenia – co proszę mi wybaczyć…

W każdy piątek, chyba wczesnym popołudniem, gromadziliśmy się przy radiu marki „Pionier”, by wśród pisków, trzasków i dziwnych hałasów (kto dziś pamięta o zagłuszaniu?) złapać – jeśli się udało – Londyn. Glos czasem zanikał, „pływał” – by czasem oznajmić : - Tu mówi Londyn … W piętnastominutowych dawkach, raz na tydzień – kabaret Hemara!!!... po czym następowała recytacja wierszyka złośliwego, dowcipnego. Dorośli się śmiali wesoło, ten nastrój udzielał się nam, dzieciom – gdyż to przecież małe dziecko wie najlepiej, jaką frajda jest zagrać komuś na nosie. Z daleka, bezkarnie –wyśmiewać się z bezsilnego gbura, robiąc mu marchewkę – zyg, zyg…

Trzymam w ręku pięknie wydaną przez Wydawnictwo Literackie książkę Mariana Hemara Moja przekora, zawierająca satyry polityczne z lat 1943-1971, wybrane i opracowane przez Andrzeja Krzysztofa Kunerta. To są te same wiersze, których w dzieciństwie słuchałem przez radio. Czytam je ze wzruszeniem, przenoszą mnie w lata dzieciństwa – które zawsze się dobrze wspomina. Mam wdzięczność w sercu za te wierszyki – które uczyły złośliwego, dowcipnego śmiechu, uświadamiały dziecku, że jakiś daleki, mityczny tyran, jakaś władza – może być po prostu wyśmiana. Można się jej nie bać, można jej zagrać na nosie.

A swoją drogą – to wielki kłopot urodzić się w latach wojny. Zachować pamięć zabaw dziecinnych, w których strzelanie z patyka i bieganie z drewnianym karabinem po podwórku było jedną z pierwszych zabaw. Zachować pamięć o dorosłych, którzy opowiadali wciąż niezwykłe wojenne przygody. Spotykać ludzi okaleczonych psychicznie przez wojnę i obóz. Dowiadywać się z wiekiem o różnych koszmarach powojennych – które się przecież działy bez udziału mojego pokolenia i wszystkich młodszych ode mnie. Zderzać nieustannie chrześcijańskie poczucie winy z prostym pytaniem: co ja mam z tym wspólnego? Wspominać brata dziadka, który zginął w Oświęcimiu, znajomego księdza, który też tam był. Wspominać nędzę, która była skutkiem braku entuzjazmu dla jedynego słusznego ustroju. By te refleksje kończyć pytaniem, czy moja rodzina, moi bliscy – zapłacili wystarczający haracz za prawo do życia rzeźnikom niemieckim i rosyjskim? Czy ten haracz na długo starczy? Na ile lat spokoju?

Andrzej Mleczko narysował Pana Boga trzymającego w ręku globus i mówiącego: A Polakom zrobimy dowcip i umieścimy ich między Niemcami a Rosją …

Dobry, mocny żart, choć czasem nieco bolesny.

Tygodnik satyryczno-polityczny „Szczutek” z 2 lutego 1922 roku przytoczył autentyczną historyjkę.

Autentyk. W pewnym piśmie pojawiła się notatka: ”W koszarach 47 pułku artylerii konnej wachmistrze prowadzą sobie gospodarstwo całe. Wachmistrz N. ma aż cztery krowy. Autentyczne.”

Notatkę tę czytał porucznik innego pułku, w cywilu niegdyś technik z Pabianic i zamyślił się.

- Hm – słyszałem, że są krowy holenderskie, tyrolskie – ale teraz dowiaduję się, że są krowy i autentyczne.

Henryk Czarnecki jest autorem powieści „Daleko od szosy”(1979). Koledzy wracają do domu po zakończeniu służby wojskowej.

(…) Za bramą koszar poczuł się wolny jak ptak. Służbę w wojsku ma za sobą, teraz trzeba pomyśleć o nauce. Ania jest już na trzecim roku, a on … zdobył trochę wiadomości z różnych dziedzin, teoretycznych i praktycznych. W wojsku wyrobił sobie zawodowe prawo jazdy drugiej kategorii, jako kierowca sanitarki.

Jadą z Włodkiem tym samym pociągiem, Leszek do Łodzi, tamten do Ksawerowa. Włodek w cywilu jest całkiem odmieniony, niczym już nie przypomina sanitariusza, który z nim jeździł w karetce, a wieczorami rżnął w karty.

Pociąg, sapiąc ciężko zwalnia biegu, staje. Wysiadają.

- No to cześć, stary! – Włodek wyciąga rękę. – Nie zapomnij o kumplu z wojska.

- Cześć! Mam twój adres, przyjadę – obiecuje Leszek klepiąc się po kieszeni.

- W Ksawerowie wszyscy mnie znają, wystarczy spytać. Pamiętaj, że jedzie się tramwajem podmiejskim na Pabianice. (…)

(Koledzy spotykają się w Pabianicach, gdzie jeden z nich pracuje w pogotowiu ratunkowym)

W nocy przypomniał sobie o Włodku z Ksawerowa. Jeśli w Łodzi nie wolno się meldować, to może tam? Z samego rana pobiegł do MPK.

- Z okolic Łodzi możemy przyjąć. Pan już tam mieszka?

- Jeszcze nie, ale …

Wskoczył w tramwaj podmiejski. Jasne, że nie będzie mieszkał w Ksawerowie, tylko o ten głupi papierek mu chodzi, musi go mieć.

Przez szybę widać oddalające się kominy Łodzi, soczystą zieleń łąk i pól.

Wysiadł w Ksawerowie, poszedł do wskazanego mu domu na uboczu. Przedstawił się matce, zapytał o Włodka.

- Jest w pracy, wraca po południu. Chce pan poczekać?

- Trochę mi pilno … A gdzie Włodek pracuje?

- W pogotowiu. Musi pan jechać do Pabianic.

Parę kilometrów w jedną czy drugą stronę nie robi różnicy. Ważne, żeby zdążyć przed czwartą do Łodzi. Ale Włodek jakby czekał na niego. Stał oparty o sanitarkę, ćmił papierosa.

- Cześć, stary!

Ucieszył się:

- Nie zapomniałeś jednak o kumplu!

- Musisz mi pomóc, Włodek … - przystąpił od razu do rzeczy.

- Załatwione. Wal, o co chodzi.

- O zameldowanie tu na lipę, bo inaczej nie można. Chatę znalazłem, już mieszkam, ale w Łodzi zameldować się nie mogę, a bez tego do roboty nie przyjmą, kapujesz?

- Kapuję. Ale muszę z matką uzgodnić.

Stropiło go to trochę.

- A jak się nie zgodzi? Stary, jak będzie ci czego potrzeba, to ja choćby spod ziemi …

- Spróbuję ją jakoś przekabacić. Co by tu jej zasunąć …

- No, tak jak jest.

- E nie … Zaraz pomyśli, że kręcę, ze ty chcesz mieszkać u nas, a wiesz, chałupa ciasna, wymeldować potem nie można. Trzeba inaczej … Mam! Widzisz ten sklep? Kupujemy pół litra i lu do sołtysa. Stara się nigdy nie dowie.

- Nic nie rozumiem. Chcesz spić matkę, żeby …

- Coś ty! W zeszłym miesiącu zastrzyki mu robiłem, i to za frajer. Nie musiał latać do przychodni. No to on mi teraz powinien pomóc, nie? Idziemy.

Henryk Czarnecki (1925 – 1997) – pisarz, scenarzysta, na podstawie powieści „Daleko od szosy” powstał serial telewizyjny.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij