www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 58 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Mecenas

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W 1937 roku w miesięczniku literackim dla kobiet – Gontyna, ukazało się opowiadanie Marii Ankiewiczowej „Samobójstwo Miss Polonii”, którego treścią są rozterki uczuciowe warszawskiego mecenasa, właściciela fabryki w Pabianicach, a jednocześnie męża Miss Polonii. Przebywając w naszym mieście dowiaduje się, że małżonka rzekomo popełniła samobójstwo… Był to jednak tylko ówczesny fake news.

(…) Rytmiczny stukot pociągu podchwycił uporczywą myśl i nawiązywał ją miarowo na motowidło poszczekujących kół. Mecenas nagle żachnął się, jakby w obronie przed natarczywością docierającej do niego świadomości. Wynik obrachunków i rozważań był konkretny, lecz … niezadawalający. Mecenas nie znosił odwrotu, nie wyobrażał też sobie możliwości własnej porażki. Czasu zabrakło jednak na spokojne przemyślenie do końca jakichkolwiek postanowień, gdyż kurier wpadł na stację, znieruchomiał, a w chwilę potem ludzki gwar wypełnił gorącą falą przedział po brzegi.

I już tak w nieustannym zespoleniu z ludźmi potoczyły się dalsze godziny mecenasa. Chwila rzetelnej autoanalizy cofała się na plan dalszy, a z oddalenia traciła wyrazistość dociekań. Więc, choć błąkały się w zakamarkach podświadomości mecenasa jakieś nowe poglądy, jakieś nieskrystalizowane obietnice. Zmiany postępowania na przyszłość – to jednak zaczynał być rad, szczerze rad, że tym razem postanowienia nie zmienił i wyjechał.

W Pabianicach markował urzędowanie aniżeli pracował. Wszystko został w pogotowiu i porządku, mimo że spodziewano się go dopiero pod koniec przyszłego tygodnia. Na fabrykę i do magazynów zajrzał raczej dla zabicia czasu, niż z potrzeby. Witano go wszędzie z życzliwością i szacunkiem, nie ukrywano jednak powszechnego zdziwienia. Nawet przodownik z posterunku policji, prężąc się służbiście przed mecenasem zakrzyknął: „O! Co za niespodzianka! Pan mecenas znowu do nas zawitał?!”. Tak ten przyjazd był dla wszystkich niespodzianką, nie wyłączając samego Lecha.

On jednak z uporem trwał w przeświadczeniu, że dobrze się stało. Nie mógł przecież dopuścić, aby Nusia spostrzegła, że ma nad nim jakąkolwiek władzę. Jej kapryśność i urocze rozgrymaszenie, bezsporne atuty Miss Polonii, przywykłej, że każde jej słowo staje się rozkazem, mogły groźnie zaważyć na ich wspólnej egzystencji. Lech, więc musiał być przewidujący. Czy jednak czynił to w istotnie w obronie ich szczęścia? Czy może raczej w obronie własnego autorytetu i w imię zachowania uświęconej tradycją i ugodą przewagi nad żoną? Mimo to, jednak mecenas zdobył się na pewien wyłom w swym wewnętrznym obwarowaniu. Postanowił przyspieszyć powrót do domu.

Z kancelarii zadzwonił na stację z zapytaniem, kiedy odchodzi kurier do Warszawy.

- Szósta rano, panie mecenasie – informowała uprzejmie urzędniczka – mamy pewne odchylenie od rozkładu wskutek zasp śnieżnych i uszkodzeń toru.

Mecenas wycedził zdawkowe „dziękuję”, podążając za tokiem własnych myśli: „a więc jednak będzie trzeba zanocować w Pabianicach! No, trudno!”. Rad z tego obrotu sprawy był jedynie dyrektor ruchu, który uświęconym zwyczajem zawsze u siebie gościł mecenasa. I teraz już kasował się na partyjkę bridge’a.

- Skrzyknie się dwóch, trzech … no i zacną kolację przygotuje nam Klimkowa, żeby mecenas nie bardzo klął ten przymusowy nocleg – mówił żywo dyrektor. I ochoczo obracał już tarczę telefonu, wyszukując pieczołowicie właściwe kółeczka cyfr.

Mimo, że panowanie nad nerwami było codziennym nawykiem mecenasa, dziś jakoś z wysiłkiem przebijał się przez narastającą zewsząd gęstość atmosfery. Męczyła go myśl o Nusi. Może jednak postępował zbyt bezwzględnie. I właściwie dla jakich powodów? Czym Nusia podsycała tak jego czujność i zmysł przeciwstawienia? Chyba tylko zawiniła nadmiarem miłości, której mu tak nie szczędziła i której oczekiwała od niego. Więc czemu ją krzywdził?

Krzywdził … krótki skurcz związał na chwilę mięsień policzkowy mecenasa ze skronią dawnym, zapomnianym woskowym trickiem. Lech pochwycił się na tym skurczu. Skończy się to wszystko – od jutra! Nusia w niewytłumaczonych zmianach jego nastrojów, nie będzie miała powodu doszukiwać się zmiany uczuć – która nie istnieje! Nie będzie się już nigdy dręczyć z jego przyczyny. A teraz bridge, doskonale. Wygładza się myśli, znieczula nerwy i niech się wszystko w człowieku ukołysze. I z tym nastawieniem zasiadł mecenas do kart.

- Co już kolacja? – zadziwili się panowie, gdy Klimkowa grzecznie prosiła do jadalni.

- Ach, jak miło rozprostować kości po długim siedzeniu – stwierdził jeden z graczy. Rozpostarł ramiona tak szerokim gestem, że suchy trzask stawów rozległ się w gabinecie.

Gospodarz na wpół stojąc, notował rozgrywki na zielonym suknie stolika, mylił się w pośpiechu i szczoteczką niecierpliwie wzniecał nikle obłoczki kredy.

- No już chodźmy, chodźmy! – przynaglał – tylko bez kasacji, sekwestrów, postępowań spadkowych i innych ważnych spraw, moi panowie.

W jadalni zrobiło się gwarno i wesoło. Jasne światło, dobrze zastawiony stół i obiecujące zapachy gorącego dania, wszystko to nastroiło towarzystwo na najlepszy ton serdeczności i zaufania.

- Panowie, miło nam przy kieliszku, ale pośpieszajmy, bo jeszcze mozolna praca nas czeka – sygnalizował ktoś przezornie. Dyrektor zadzwonił na Klimkową.

W otwartych drzwiach zamiast roześmianej twarzy gospodyni zarysował się policjant w urzędowej postawie.

- Ja do pana mecenasa…

- A to Gontala? Już się widzieliśmy dziś. No cóż powiecie? Czy znowu jakieś przepisanie gruntu na żonę? Od przybytku głowa nie boli – żartował mecenas życzliwie.

- Ja po służbie – zachrypiał policjant, patrząc tępo przed siebie.

Posunął się pół kroku i zupełnie nie służbowo zdjął z głowy czapkę, aby ją bezmyślnie obracać w kółko między palcami. Mężczyźni spojrzeli po sobie. W pokoju zły wiew ściął powietrze.

- Więc z czym? – przekroiło ciszę pytanie mecenasa.

Policjant nie zmienił postawy. W przyległym gabinecie rozdźwięczał się natarczywie telefon. Podbiegł dyrektor ruchu.

- Pana mecenasa proszą.

- To względem tej wiadomości od żony – zagadał szybko i bezładnie policjant – Ja sam ze siebie przyszedłem uprzedzić, bo u nas przed godziną odebrali z Warszawy ten” melidunek” na policji, ża pani mecenasowa się zabiła.

- Samobójstwo mecenasowej?

Spojrzenia wszystkich zestrzeliły się, jak na komendę, na wyniosłej postaci mecenasa, stojącego w półobrocie. Tak, jak kierował się w stronę telefonu, tak znieruchomiał. Z zatkniętą pod brodą serwetką i uchylonymi ustami, spomiędzy których, zwolniony bezwładem szczęk, wysunął się kęs chleba. Pierwsza chwila odrętwienia ustąpiła pod nawrotem krwi spływającej do serca. Porwano się z krzeseł. Zagotowało się paniką bezrozumnych gestów, szamotań i okrzyków.

- Telefon, telefon, trzeba podejść do telefonu. Ale przy aparacie stał już mecenas i kredową twarzą znaczył się na tle ciemnych obić gabinetu. Ręka ujmująca słuchawkę drżała jak w febrze, drugą wparł w oparcie klubowego fotela, ale głos brzmiał jasno i dobitnie.

- Tak, przy telefonie. Wyjechałem dziś rano. W domu? – wszystko w porządku. Czy nie miałem przykrego starcia z żoną. Nie. Paroksyzm nerwowego kaszlu zdławił ostatnie słowo mecenasa.

- Ale teraz z kolei, ja zapytam, bo dotychczas tylko ja jestem indagowany. Skąd ten telefon, skąd wiadomość o śmierci mojej żony, kto wiedział, że ja tu jestem?

Dzwoniła redakcja „Wiadomości Aktualnych”, oddział w Pabianicach. Przed chwilą otrzymano telefonogram z warszawy z poleceniem skomunikowania się z mecenasem, aby od niego zasięgnąć bliższych szczegółów.

Połączyć się z domem! Za wszelką cenę otrzymać natychmiastowe połączenie. Dyrektor ruchu wydzwaniał już na aparacie w przyległym kantorze. Zdobywał szturmem połączenie z Warszawą. Linia była wciąż zajęta. Mecenas nie wypuszczał z rąk słuchawki.

Błyskawicznie oswobodzona linia. Mecenas chłonie kolejność połączeń. Liczy sygnały. Przeciągły dzwonek. Dom. Nareszcie.

- Hallo! Kto mówi? Ach, to ty, Lechu! Jak się masz! Nusi? – Nie, nie ma. Właśnie przyszedłem, żeby ją odwiedzić, bo rano telefonowała, żeś nagle wyjechał do Pabianic. No i czekam od godziny, a jej nie ma.

Ojciec! Mecenas uprzytamnia sobie, że ojciec jest ciężko chory na serce. Ojciec o niczym nie wie, ale jego o nic nie można zapytać. W słuchawce rozmazuje się bełkot niezrozumiałych wyrazów: „Jak Niusia, w jakim była humorze, kiedy wyszła? A może jest Rózia? Niech Rózia podejdzie do telefonu i opowie, co pani robiła cały dzień”.

Ojciec źle chwyta pomazane słowa, bezład myślowy mecenasa rozdrażnie go i uderza nieprzyjemnie.

- Na cóż ci Rózia, kiedy ja jestem przy telefonie? Cóż ona ci więcej powie! Kończą się trzy minuty. No, to dzwoń za godzinę. Nusia pewno już będzie. Czekaj, no, czekaj. Ktoś dzwoni od frontu! Może, Nusia? No, przyszła … Prędko, prędko, Lech chce z tobą mówić.

- Hallo, to ty Lechu? No, słucham … wysrebrzył się harmonijny głos kobiecy.

Lecz uprzejme pytanie pozostało bez odpowiedzi. Mecenas ciężko osunął się na fotel. Dotkliwy kroplisty pot zrosił mu pożółkłe czoło. Połączenie przerwano. (…)

Epilog

I mecenas rozpoczął energiczne dochodzenie. Zwrócił się o pierwsze wyjaśnienia do redakcji „Wiadomości Aktualnych”. Tam nowinę o samobójstwie Miss Polonii przyniósł naczelny redaktor z pobliskiego zakładu fryzjerskiego i wzburzony kazał sprawdzić to źródłowo. W zakładzie wieść się rozniosła przez manicurzystkę, której o tym strasznym wypadku opowiedziała stara klientka, baronowa X. Baronowa, jak się potem okazało, nie przeczytała tej wiadomości w żadnym piśmie, tylko, wsiadając przed Dworcem Głównym do taksówki, słyszała wydzierających się gazeciarzy: Samobójstwo Miss Polonii!!!!

Wśród gazeciarzy przepadł bez śladu pomysłowy autor sensacyjnego konceptu. Ale chłopcy uznali, że dotkliwa zadymka, szalejąca tego wieczora i zastój w sprzedaży czasopism natchnęły ich genialną myślą wzięcia na kawał publiczności.

I stało się! Kaczka gazeciarska spełniła swe zadanie. Chłopcy w fantastycznym tempie wyzbyli się całego zapasu gazet. Nie pomyśleli jednak, że plotka tak błyskawicznie ukuta, lotem celnie wypuszczonej strzały poszybuje przez ludzkie rzesze, aby ostrzem swym utkwić tak groźnie i boleśnie w sercu mecenasa.

Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij