Niedziela
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęAndrzej Niedziela (ur. 1883 r.) był żołnierzem armii niemieckiej i w czasie pierwszej wojny światowej walczył m. in. pod Pabianicami, o czym czytamy w jego wspomnieniach zamieszczonych w publikacji „Zesłaniec” (nr 59/2014 r.).
Andrzej Niedziela pochodził z Wielkiego Księstwa Poznańskiego. W poszukiwaniu pracy wyjechał w głąb Niemiec do Dortmundu w Westfalii, a później do Wanne, gdzie zatrudnił się jako górnik. Kiedy wybuchła wojna został zmobilizowany do wojska niemieckiego. Miejscem koncentracji było Gelsenkirchen w Westfalii, skąd przewieziono wojaków do Szczecina do koszar II Pułku Grenadierów. Niedziela został przydzielony do 11 kompanii 3 batalionu fizylierów. Byli to przeważnie Polacy w wieku 26-31 lat z Wanne, Bochum i Gelsenkirchen. Po miesiącu straszliwej musztry i gonitwy w koszarach przez pruskich oficerów i podoficerów został wysłany na front francuski, co opisał takimi słowami: „Owe 1500 żołnierzy uzupełniło po części III batalion II pułku, a reszta batalion drugi. III batalion po powrocie znad Marny zatrzymał swą pozycję pod Soissons. Z owych aktywnych żołnierzy, którzy wyruszyli na wojnę w składzie XI kompanii, czyli około 300 ludzi pozostało 120 osób. Po uzupełnieniu XI kompania liczyła 250 żołnierzy. Przerzucanie trwało ze trzy do czterech tygodni, ze Soissons do Cambrai, tam parę dni i z Cambrai do Wijtszelde.
Tam nastąpił pierwszy bój. 4 listopada 1914 roku w niespełna 24 godziny w bitwie pod Wijtszelde rozgromione zostały cztery pułki wojska niemieckiego na tak małym odcinku; to był pierwszy chrzest frontu francuskiego. Rozgromiono II pułk , na czele którego stał hrabia Zurancon wraz z Muciusem. III batalion został wycofany z boju jako osłabiony i niezdolny.
Zgromadzono wojsko w Lille około 25 listopada 1914; tu rozkazano zakwaterowanie na jakiejś ulicy przy kościele, w którym Krzyżacy(Niemcy) wyprawiali orgie, rozrzucając szaty i przybory kościelne, ubierali się w nie i szydzili jak na urągowisko katolikom, grabiąc wszystko co pod rękę podpadło i zabierając dla siebie. Przez dwa dni uzupełniono kompanię do 150 żołnierzy.
Dnia 28 listopada 1914 odjeżdżamy pociągiem z Lille, jako rezerwowa dywizja na teren wschodni przez Luksemburg, Metz, Wrocław, Grabów i Podgrabów po granicę Królestwa Polskiego. Po wyładowaniu na pograniczu, oddychaliśmy dwa dni w Podgrabowie, a stąd marszem na Pabianice.
Natknęliśmy się w lasach na silny oddział Kozaków, których wypychaliśmy stale i tak natrafiliśmy na jakieś osady rozciągłe, w których widocznie było dużo kolonistów niemieckich. Można było widzieć zdradę owych obywateli Vaterlandu na strażach Wschodu (tzn. miejscowa ludność informowała o ruchach wojsk rosyjskich). Wszystkiego dowiedział się sztab, gdzie są silne wojska, gdzie jest artyleria, a w dodatku litości jeszcze pełno, że taka krzywda im się dzieje, że ich Kozacy przeganiali nahajkami, że nawet Krzyżacy (Niemcy) rozpłakali się na wywody swych landsmanów (krajan).
Idąc dalej natknęliśmy się na wojska okopowe, zapędzeni w ciągłym gonieniu Kozaków zapomnieli wodzowie o okopach silnie obsadzonych, jak te pod Pabianicami. 4 grudnia 1914 dostaliśmy od nich w skórę, jak w Francji 4 listopada, lecz tutaj o całe niebo spokojniej, bo był spokój w duszy, że jeżeli legniesz, to na polskiej ziemi. Ponieważ był to początek zimy, to ziemia była zamarznięta, nie można było zakopać się i obrzucano nas gradem kul karabinowych i maszynowych, o wzięciu szturmem okopów nie było mowy, więc trzeba było przeleżeć przez cały dzień bruździe ornej ziemi, a kto tylko głową ruszył, to już na niego mnóstwo kul leciało.
Kozacy także i szrapnelami obsiewali gęsto nasz teren. To tu straciliśmy piętnastu zabitych i wielu rannych z Muciusem. Teraz ucieszyliśmy się, że Macius, dowódca III batalionu, już nigdy do nas nie wróci. Kompanię objął lejtnant von Osten, choć młody oficer, zaledwie 22 lata, ale rozsądny był i dobry, toteż radość zapanowała w kompanii, że Muciusa diabli wzięli. Po całodziennym leżeniu stężały członki i ciało rozgrzano wieczorem gorącą kawą i gulaszem.
Dnia 5 grudnia 1914 z rana już w okopach przed nami nie było żadnego żołnierza rosyjskiego i teraz szliśmy jak na polowanie na grubego zwierza. Taktyka żołnierzy rosyjskich była taka, ze jeżeli się ich nie atakowało, to okazywali ogromną siłę, a z okopów strzelali jakby żołnierz stał przy żołnierzu, lecz kiedy zbędne były im pozycje, to nocą je opuszczali.
Pozostało w XI kompanii 8 żołnierzy aktywnych, którzy wracali znad Marny, a z pierwszego zasilenia pod Soissons, czterech nas Polaków: J. Nowak, Oleszak, Łączny i ja. Najbliższym mi przyjacielem był kolega Nowak, zawsześ my razem szli i byli w jednej grupie, lecz charakterem do mnie podobnego nie miałem obok siebie, wszyscy patrzyli na Żelazny Krzyż (pragnęli odznaczenia). Ja zaś abym miał mój zdrowy i unikał zamordowania choćby jednego człowieka, którego nie znałem, a i nie widziałem w życiu; byłem lojalny we wszystkich rozkazach i wszystko wykonywałem, co mi rozkazano, ale postanowiłem nikogo nie zastrzelić i nikomu życia nie odebrać.
Od 5 grudnia 1914 szliśmy, a kierunek: Zduńska Wola i wszystkie „Wole” jak się tam nazywały aż doszliśmy do miasteczka Warta”. (…)
Autor wspomnień po wielu perypetiach dostał się do niewoli rosyjskiej, trafił na Syberię i wstąpił do V Dywizji Strzelców Polskich. Dywizja Syberyjska składała się z 15.000 żołnierzy – wojska doborowego przeważnie z jeńców austriackich i pruskich oraz wielkiej liczby obywateli Królestwa, a osobliwie polskiej inteligencji i młodzieży z Dalekiego Wschodu. Wojska polskie walczyły – jak pisał Niedziela – od Samary aż do Tajgi. (…) Wodzem frontu był płk Rumsza, który uwijając się na swym pancernym pociągu, we wszystkich kierunkach, prażył bolszewików. Tu muszę zaznaczyć, że mieliśmy dwa takie pancerniki zbudowane przez batalion inżynieryjny, nazywały się „Kraków” i „Warszawa”. Tępiono też agitatorów bolszewickich, nie szczędzono koni, rozstrzeliwano bez pardonu tego kto był schwytany, jednak to nie pomogło wojska bolszewicka postępowały coraz dalej.(…)
A. Niedziela wrócił do Polski przez Mandżurię, Hongkong, Cejlon, Kanał Sueski, Marsylię.
Z prasy czasu I wojny światowej
Łódź przechrzcili Niemcy na „Neu-Breslau” . Wprowadzono bezpośrednie połączenie z Berlinem, Lipskiem i Wrocławiem. W mieście wychodzą dwa dzienniki: polski i niemiecki. W niektórych fabrykach wyrabiają dniem i nocą odzież dla wojska. Na ulicach porządek utrzymuje policja pruska.
W Pabianicach wznoszą fortyfikacje do których budowy używają ludności okolicznej.
Po walkach około Łodzi na polach okolicznych pozostało niepochowanych około sto tysięcy trupów. Z początku Niemcy zaczęli trupy chować, kiedy zaś poczęły się one rozkładać, wówczas zorganizowano krematorium i zwłoki spalono. Krematorium jest obsługiwane przez szpital łódzki. (Słowo Polskie nr 33/1915 r.)
Płonący trup
„Russk. Wiedomosti” opowiadają o pewnym epizodzie z walk w rejonie Pabianic. Niewielki batalion rzucił się na rosyjskie okopy, nie wytrzymawszy ognia upadł na ziemię. Było to koło szóstej godziny wieczorem, a wymiana strzałów trwała do ósmej godziny. Naraz na miejscu gdzie leżał batalion niemiecki, pokazał się płomień od rosyjskiego ognia. Zapaliło się ubranie na jednym zabitym Niemcu, który, jak się później okazało miał przy sobie zapas środków palnych dla podpalania domów. Niemiec palił się bardzo jasno, tak, że widać to było z rosyjskich okopów. Wkrótce dał się słyszeć trzask – to w ładownicach żołnierzy zaczęły eksplodować naboje. Trup palił się jeszcze przez długi czas i spalił się na węgiel. (Słowo Polskie nr 584/1914 r.)
Ze sztabu
Ze sztabu Zwierzchniego Wodza Naczelnego. W walce dnia 4/21 bm. nasze automobile opancerzone na szosie z Pabianic do Łasku, korzystając ze zmroku, werżnęły się w znaczną kolumnę nieprzyjacielską i rozproszyły ją ogniem kartaczownic, i karabinów maszynowych, przyprawiając ją o znaczne straty. (Słowo Polskie nr 552/1914 r.)
Gurdow
Na południowy wschód od Przasnysza bateria niemiecka koło Dobrzynkowa usilnie zatrzymywała swym ogniem nasz pochód zaczepny. Wówczas kapitan sztabowy Gurdow przy pomocy kilku opancerzonych samochodów pod straszliwym ogniem, najechał na baterię niemiecką i strzałami z odległości 20 kroków, wybił obsługę armat. Podczas tego bezprzykładnie śmiałego napadu, który był bardzo korzystny wywarł wpływ na ogólny przebieg walki, kapitan Gurdow poległ. Gurdow wsławił się już pierwej w bitwie toczonej koło Pabianic i był pionierem w naszej armii w posługiwaniu się w boju automobilami. (Gazeta Wieczorna nr 2231/1915 r.)
Kontrybucja
W Pabianicach, które przez jakiś czas z początkiem września były zajęte przez Niemców, Moskale po powrocie nałożyli na ludność kontrybucję w kwocie 50.000 rubli i wzięli zakładników za to, że ludność ta zachowywała się spokojnie wobec wojsk niemieckich. Obecnie w Pabianicach już, zdaje się, Moskali znowu nie ma. (Piast nr 42/1914 r.)
Pabianice w Królestwie Polskim przez pewien czas były obsadzone przez wojska niemieckie. Gdy Rosjanie na powrót miasto zajęli komendant rosyjski wydał obwieszczenie, w którym zarzucił żydowskiej i niemieckiej ludności Pabianic, że zbyt przyjaźnie powitała Niemców, że używała niemieckich pieniędzy i w ogóle była chętna na usługi niemieckie. Z tego powodu komendant nałożył na ludność kontrybucję 50 tysięcy rubli i aż do jej uiszczenia wziął dwóch zakładników. (Nowa Reforma nr 447/1914 r.)
Z prowincji nadchodzą ciekawe wiadomości. I tak władze rosyjskie, wróciwszy do Pabianic, stwierdziły, że mieszkańcy tej miejscowości zbyt przyjaźnie przyjęli nieprzyjaciela. Nałożono na nich dlatego karę w wysokości 100 tysięcy rubli, a o zachowanie się mieszkańców podczas okupacji niemieckiej toczy się śledztwo. Zapowiedziano już, że kontrybucja zależnie od wyników śledztwa może być powiększona. Ciekawe jest, że podczas pierwszego pobytu Niemców w Pabianicach nałożono na mieszkańców 50 tysięcy rubli kontrybucji i wzięto zakładników, do połowy Niemców, do połowy Polaków. (Nowa Reforma nr 555/1914 r.)
Za „Dziennikiem Kijowskim” powtarzamy następujący dokument: „Do magistratu m. Pabianic. Za przesadną gościnność okazaną przez ludność niemiecką i żydowską wojsku niemieckiemu, za ścisłe wypełnienie bezprawnej instrukcji rządu niemieckiego i puszczenie w obieg bonów niemieckich zamiast rosyjskiej waluty pieniężnej i bezprawne odbieranie od ludności broni – rozkazuję, aby magistrat wziął za zakładników: Herszlika Fausta, Józefa Adlera, Izaka Pinkusa Kleczewskiego, Borucha Bela, Józefa Lejbę Adlera, Karola Kolbego, naczelnika straży ogniowej ochotniczej Feliksa Kruschego, radnego miasta Ludwika Schweikerta i H. Preissa, których jako aresztowanych zatrzymać w magistracie do rozporządzenia administracji rosyjskiej; oprócz tego z ludności niemieckiej i żydowskiej Pabianic zebrać 50.000 rubli, które magistrat ma przekazać warszawskiej kasie gubernialnej za pokwitowaniem”. Podpisano: naczelnik oddziału świty Jego Cesarskiej Mości generał-major von Hilenszmidt (Słowo Polskie nr 413/1914 r.)
Wtargnęli Niemcy
Do folwarku Świątniki pod Pabianicami wtargnęli Niemcy i zamordowali właściciela folwarku p. Smulskiego. Dokonawszy następnie rabunku, zabili kucharkę i spalili wszystkie zabudowania. We wsi Świątniki zabitych zostało również podczas rabunku przez Niemców dwóch włościan. (Słowo Polskie nr 548/1914 r.)
Autor: Sławomir Saładaj