Bunt
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęBuntem łódzkim został nazwany strajk powszechny i masowe manifestacje w Łodzi od 2 do 8 maja 1892 roku. Robotnicy domagali się ośmiogodzinnego dnia pracy, podwyżki wynagrodzeń i swobód politycznych. W zamieszkach tych uczestniczyli także Pabianiczanie. W naszym mieście były też podejmowane udane próby sparaliżowania pracy fabryk. Jednak organizatorzy protestu zostali zatrzymani i postawieni przed sądem.
Kurier Warszawski relacjonował: W pierwszej osądzonej wczoraj sprawie zasiadło na ławie oskarżonych czterech mieszkańców Pabianic: Michał Jedliński (31 lat), Wojciech Stefański (31 lat), Michał Wadowski (25 lat) i Matylda Jedlińska (27 lat).
Strajkujący robotnicy i część ludzi bez zajęcia zaczęli, na wzór robotników łódzkich, włóczyć się po Pabianicach, od jednej do drugiej fabryki i zmuszać robotników do zaprzestania pracy i połączenia się z próżnującymi. Dnia 9 maja, kiedy bezrobocie trwało jeszcze, podoficerowie żandarmerii: Ludwik Szuman i Antoni Jefimow, przechodząc obok fabryki firmy Krusche i Ender zauważyli gromadę kilkudziesięciu ludzi, pośród których jeden, jak się okazało, Michał Wadowski, wygrażając pięściami, wykrzykiwał do idących do fabryki robotników, zaczepiał, żądając od nich zaniechania roboty.
Szuman i Jefimow aresztowali zaraz Wadowskiego, lecz tłum otoczył ich i wołał: „Nie daj się”. W tej samej chwili podeszła jakaś stara kobieta, Marianna Cymermanowa, już nie żyjąca, i młoda Matylda Jedlińska, potem zaś Jedliński i Stefański, żądając puszczenia Wadowskiego. Schwycili żandarmów za ręce, nie pozwalając im pójść naprzód i starając się wyrwać aresztanta.
Żandarmi wyjęli rewolwery i ruszyli naprzód, lecz zaledwie uszli kilka kroków usłyszeli z tłumu świstanie. Wadowski uciekł i skrył się pośród całej gromady. Oboje Jedlińscy i Stefański skazani zostali na miesiąc więzienia każdy, Wadowski zaś na cztery miesiące.
Kiedy 5 maja rozpoczęło się bezrobocie w Pabianicach, pięćdziesięcioletni Kazimierz Siejak, robotnik zwrócił na siebie uwagę podoficera żandarmerii Anofima Sukacza, stojąc przed kilkoma fabrykami na przemian, rozmawiał z towarzyszami, namawiając ich do bezrobocia. Dnia 10 maja, kiedy robotnicy fabryki Krusche i Ender szli do roboty, podszedł do nich Siejak, a dowiedziawszy się, że idą do fabryki, miał żądać od nich zaniechania tego, wymawiając kolegom zdradę. Na odpowiedź, że boją się policji i wojska, Siejak dodawał im odwagi, mówiąc, że żołnierze nie mają żadnego prawa zmuszać robotników do pracy, a tym bardziej nie poważą się strzelać. Spostrzegłszy Sukacza, robotnicy poszli do fabryki, on zaś aresztował Siejaka, który do niczego się nie przyznał. Pomimo zeznań podoficerów żandarmerii: Sukacza i Sznajdera nie dowiedziono oskarżonemu przypisanego mu przestępstwa i uniewinniono go. (Kurier Warszawski nr 258/1892 r.)
Burzliwe usposobienie robotników w Pabianicach, jak opiewa w następującej sprawie akt oskarżenia, wystąpiło najpierw w fabryce Towarzystwa Akcyjnego. R. Kindlera. Pomiędzy tkaczami zaczął się tu początkowo jakiś ruch nieokreślony, wielu z nich jęło się gromadzić w oddzielne kółka i prowadzić jakieś tajemnicze rozmowy. Nareszcie 6 maja w tkalni Kindlera wybuchło bezrobocie (strajk) 341 ludzi, w fabryce firmy Krusche i Ender 453 ludzi i Braci Baruch 124 ludzi.
Spośród robotników fabryki Kindlera, według zeznań właściciela, Jan Śniady i Teofil Wójcik z powodu swego awanturniczego usposobienia, mogli więcej od innych wpływać na ogół strajkujących robotników. Tym bardziej, że strażnik ziemski Izyk, kilkakrotnie zauważył ich w tłumie, przy czym podburzali innych do bezrobocia, grożąc w razie oporu kamieniami i nie puszczali robotników do fabryk. W tłumie tym znajdował się także Józef Morawski, co potwierdził Jegor Steikel i Adolf Kulbik. Ten ostatni zaś miał słyszeć, jak Morawski kazał robotnikom pilnować, aby żaden do fabryki nie szedł, a tego, kto by się opierał, bezwarunkowo bić. W ogóle widać, że Morawski był hersztem gromady.
Za przykładem pomienionych robotników poszli także inni z fabryk Braci Baruch, Krusche i Endera i innych ponieważ liczba ogólna strajkujących doszła do 2.000. Wybitniejszymi działaczami bezrobocia (strajku) byli: Koziróg, Bełdzieński, Glajzer, Morawscy, Śniady, Wójcik i Światowy, którzy też zostali aresztowani. Robotnicy fabryki Krusche i Ender: Leopold Sznajder, Konstanty Aposzewski i Stanisław Kaliński zeznali, że Aleksander Morawski nie pozwolił im wejść do fabryki, wołając: „Idź precz, nie waż się chodzić do fabryki”, a nawet Sznajdera i Kalińskiego uderzył w kark.
Ignacy Światowy miał chodzić pośród robotników i po przemowach uspokajających naczelnika powiatu, mówić: „Gdyby wszyscy robotnicy nie poszli do roboty, to fabrykanci musieliby ustąpić i zapłatę podwyższyć”. Fabrykant Krusche stwierdza, że liczba robotników strajkujących u niego doszła do 500, a bezrobocie trwało do 11 maja włącznie.
Kiedy już 7 maja wielu robotników poszło do pracy, Bełdziński, Koziróg i Glajzer nie puszczali ich na podwórko fabryczne, dopomagali zaś im: Józef Morawski, Jan Śniady, Teofil Wójcik i inni w niedopuszczaniu robotników do fabryki Baruchów. Wymienieni robotnicy, stawieni w sądzie, jako oskarżeni nie przyznali się do winy. Po wysłuchaniu 7 świadków w tej sprawie, sąd wydał wyrok skazujący: Al. Morawskiego (25 lat), Światowego (26 lat) i Koziroga (47 lat) każdego na cztery miesiące więzienia. Jana Światowego (29 lat), Wójcika (34 lat), Józefa Morawskiego (28 lat), Bełdzińskiego (36 lat) i Józefa Glajzera (28 lat) każdego na miesiąc aresztu; koszty sądowe zaś mają być pokryte przez wszystkich skazanych równomiernie i solidarnie. (Kurier Warszawski 259/1892 r.)
Rozruchy majowe – mówił prokurator – nie miały zbyt groźnych przejawów i następstw, jakkolwiek na długo pozostaną pamiętane. Wiążą się one ściśle z kwestią robotniczą. W ruchach majowych dopatrywać się należy naśladownictwa ruchów ogólnoeuropejskich. Odbiło się ono i w rozruchach robotniczych w miastach sąsiednich: Zgierza i Pabianic, dla których znów najbliższa Łódź stała się niejako kamertonem. (Kurier Warszawski nr 255/1892 r.)
Bunt łódzki
Bunt łódzki według naocznego świadka wydarzeń Stanisława Wrzoska: Dnia 1 maja 1892 r. było w Łodzi, jak wiadomo, trochę proklamacji, ale 1 maja przeszedł całkiem cicho, tak samo dni następne. Policja pilnowała z początku skrzętnie; ale w ogóle trzeba tu przypomnieć, że policja i żandarmeria w Łodzi zostały porządnie zorganizowane dopiero po zaburzeniach w roku 1892, a przedtem było byle jak. Dopiero dnia 5 maja wybuchły zaburzenia. Stanęła najpierw jedna niewielka fabryka w północnozachodniej dzielnicy . Po krótkim zatargu między tymi co chcieli strajkować, a tymi co chcieli pracować, zwyciężyli pierwsi – i wszyscy wyszli na ulicę ze śpiewem, aby skłaniać i zmuszać inne fabryki do pójścia za ich przykładem. Fabrykanci natychmiast dali znać do policji i wojska.
Było to około 11 rano. Tłum strajkujących wzrastał. W fabryce Szmita zastali oni bramy zamknięte i strażników przed i poza bramami. Pomimo to brama została wyłamana i robotnicy z wewnątrz przyłączyli się do strajkujących. Tu jednak nadeszły oddziały wojska i policji, i zaczęły chwytać pierwszych jeńców oraz prowadzić ich przez ulicę Piotrkowską, Nowy Rynek, Konstantynowską ku więzieniu.
Pierwszy taki oddział wojska z jeńcami spotkali na ulicy Konstantynowskiej robotnicy z położonej tam w pobliżu fabryki Poznańskiego. Jeńcy stawiali poprzednio opór; niektórzy byli pobici i pokrwawieni. Robotnicy od Poznańskiego zastąpili wojsku drogę (był to oddział piechoty) z postanowieniem odbicia jeńców. Z robotnikami połączył się ciągle rosnący tłum, w którym było też dużo kobiet. Niedaleko leżały kupy kamieni przygotowanych do brukowania ulicy; ludzie zaczęli się w nie zbroić.
Tymczasem oficer prowadzący oddział oddalił się, został przy komendzie podoficer, który nie wiedział co począć, nie śmiał wydać rozkazu strzelania. Kiedy jednak kamienie poczęły się sypać na wojsko, nie wiadomo czy podoficer wydał komendę, czy żołnierze strzelali sami – padły strzały, były to pierwsze strzały w tym dniu. Zabiły one na miejscu pięć osób z tłumu, w tej liczbie jednego ucznia 5 klasy szkoły realnej, Żydka, i jedną babę, która miała fartuch pełny kamieni. Tłum jednak nie dał się odstraszyć, przeciwnie, rozwścieczony, zaczął coraz potężniej bombardować wojsko brukowcami; inne baby obdarły zabitej jej zapaskę z kamieniami i rzuciły się też na żołnierzy. Ci bronili się bagnetami, strzelali jeszcze, lecz napór licznego tłumu był tak straszny, że po chwili oddział, pozostawiając jeńców w rękach towarzyszy, zaczął uciekać w rozsypce ku Nowemu Rynkowi z powrotem.
Na rogu jednej z ulic podoficer spotkał przechodzącego innego oficera i podbiegł do niego, prosząc, aby objął komendę i doprowadził żołnierzy do porządku, ale oficer ów poszedł dalej.
Było około 2 po południu, kiedy padły pierwsze strzały. Tymczasem przyszła od Hurki, zapytanego, depesza : „strielat potronow nie żałowat”(strzelać, nabojów nie żałować). Zaczęła się strzelanina w różnych punktach miasta. Wojsko jednak działało pojedynczymi oddziałami, a tłumy zbuntowanych robotników ciągle wzrastały i bynajmniej nie cofały się przed walką z wojskiem. Śmierć towarzyszy tylko podniecała pozostałych. Ze szczególną zaciętością odbijano jeńców. Jeńcy ci, zanim zostali wzięci, bronili się wściekle, raniąc i zabijając żołnierzy; sami też szli potem pokrwawieni, poranieni, ale z dumnym wejrzeniem. Gdy spotkanym towarzyszom udawało się ich odbić, to duch jeszcze wzrastał. Jedną partię jeńców udało się jednak silnemu oddziałowi wprowadzić do więzienia i tam natychmiast zaczęto ich katować na dziedzińcu, za zamkniętymi bramami.
Krzyk katowanych tak podziałał na tłum, który się zebrał przed wejściem, że pomimo ognia dawanego przez żołnierzy, rzucił się do szturmu z niewypowiedzianą zaciekłością. Bramy zostały i tu wyłamane; więzienie – zdobyte. Tłum rzucił się w dalszym ciągu ku koszarom – tam już zastał bardzo niewiele wojska, i to się, strzelając wycofało; i koszary wpadły w ręce powstańców, którzy jednak broni, ani amunicji tam nie znaleźli.
Czym sobie wytłumaczyć to powodzenie powstańców? Wojska było wprawdzie w Łodzi w owej chwili tylko 4000, ale przecież sądzić należy, że gdyby było chciało, mogłoby się bezwarunkowo w więzieniu i koszarach obronić. Możliwe więc jest i prawdopodobne, że wycofanie się wojska z Łodzi ku Konstantynowu było celowe, odpowiadało planowi stłumienia buntu.
Zaznaczmy jeszcze, że napór ludzi był tak wściekły, że w wielu miejscach żołnierze sami stawiali barykady z dorożek itp., aby zza nich dopiero móc strzelać do ludzi. W dwóch miejscach zaś, jak opowiadano, żołnierze nie wykonali rozkazów strzelania do robotników. Jedna z tych rot miała być złożona z Małorusinów, druga – mieszana. Dość, że wojsko całe wycofało się około 4 po południu z miasta. Z wojskiem ma się rozumieć uciekły też wszystkie władze, burmistrz Pieńkowski, policmajster Danilczuk, najgorsi złodzieje i część fabrykantów. Ci, co nie zdążyli, drżeli ze strachu, siedzieli pozamykani w domach, za zamkniętymi okiennicami nawet. Słyszałem o o jednym, który ofiarowywał 40000 rubli komuś, żeby go wyprowadził za miasto. Ale w samej Łodzi panował porządek, nie rabowano, nie zabijano. Tylko nastrój mas robotniczych był nadzwyczaj dumny i tryumfujący.
Nastrój ten udzielał się części inteligencji. Nawet panny mówiły o tym, żeby iść razem z robotnikami. Jednak większość inteligencji siedziała cicho po domach; wiemy tylko o niektórych wypadkach, że młodzi chwytali za rewolwer, biegli na ulicę, mieszali się z tłumem i chodzili z nim wszędzie, strzelali do policji. Słyszałem też, że robotnicy niektórzy sarkali między sobą na socjalistów, że proklamacje rozrzucają, a później w ruchu ich nie ma.
Inaczej działo się na Bałutach. Tam pobytowi złodzieje zaraz skorzystali ze sposobności i zaczęli rozbijać. Żyd rzeźnik, broniąc swej własności, trzasnął jednego z napastników toporem po głowie i zabił na miejscu. Czy to podziałało, czy też rzeczywiście, jak przypuszczano, policja, która w Łodzi, jak wszędzie, była w najlepszym porozumieniu ze złodziejami, wycofując się dała im wskazówkę, aby bili Żydów, w celu zamącenia i sparaliżowania ruchu, dość że zaczął się na Bałutach straszliwy pogrom Żydów, rabowanie, pustoszenie mieszkań, mordowanie szczególnie małych dzieci. Chociaż masa robotników łódzkich nie brała w tym udziału, jednak zajścia te zachwiały mocno ich nastrój, wzbudziły wahanie się i niepewność.
Nie objawiło się to natychmiast. Po wyjściu wojska robotnicy czuli panami Łodzi i myśleli nawet o jej obronie. Broni wprawdzie nie mieli, bo obydwa sklepy z bronią zostały przez wojsko przed wyjściem opróżnione i broń zabrana. Wojsko zostawiło tylko w pośpiechu dwie armaty przed cerkwią, którą poprzednio kazano przede wszystkim zabezpieczyć. Armaty te stały przed cerkwią i nie przeszkodziły ludowi powybijać w cerkwi wszystkich szyb kamieniami; że jednak część przynajmniej robotników myślała o obronie miasta, świadczy ten fakt, że grupy wychodziły na plant kolei i psuły relsy. Plant był już strzeżony przez wojsko, które koncentrowało się na stacji Andrzejów; robotnicy jednak przepędzili pierwszą nieliczną straż i dopiero przez nadbiegające posiłki zostali wyparci i plant doprowadzony do porządku.
Około 4 i pół po południu tłumy robotników zapełniły wielki rynek. Przyniesiono tam trupy poległych; był między nimi i ów zabity przez rzeźnika. Wystąpiło paru mówców i zaczęli dowodzić, że trzeba teraz wybrać wodza – „króla polskiego” i wybrano tego „króla polskiego”. Został nim niejaki W., krawiec- łatacz z zawodu, którego i przedtem znałem i spotykałem. Zobaczyłem go też, jak wszedł na stół i zaczął mowę, której jednak z powodu odległości słyszeć nie mogłem. Gdy tak mówił, nagle od strony przeciwnej ulicy Konstantynowskiej wypadł silny oddział kozaków konnych.
Chociaż bowiem wojsko wyszło z miasta i zaczęło je otaczać z różnych stron, podjazdy takie wpadały od czasu do czasu, przelatywały co koń wyskoczy po ulicach, na których nie było ani placówek robotniczych, ani żadnych środków obronnych. Kozacy, tratując i rozpędzając tłum, rzucili się ku W… , pochwycili go o popędzili ulicą Konstantynowską. Posypały się za nimi kamienie; część tłumu rzuciła się w pogoń z krzykiem: „króla zabrali!” – ale go nie odbito.
Później widziałem byłego „króla” na ulicach Łodzi. Był znów krawcem – łataczem. Podobno zsieczono go okrutnie, potrzymano krótki czas i wypuszczono.
Ogromna masa robotników nad wieczorem zebrała się na Księżym Młynie i odbyła tam naradę, której rezultatem było gromadne wyjście do lasu Konstantynowskiego. Przez dobre dwie godziny przeciągał tłum w porządku pryncypalną ulicą miasta, Piotrkowską, ku Nowemu Rynkowi i ulicą Konstantynowską butnie, śpiewając i bijąc laskami po zamkniętych okiennicach burżujów, niosąc zapasy jedzenia. W lesie rozłożono się obozowiskiem.
Tymczasem ściągano wojsko ze wszystkich stron. Z Kalisza dragoni, z Wielunia kozacy przybyli forsownym marszem rano. Przyszło też wojsko z Częstochowy, z Piotrkowa, później z Warszawy. Po paru dniach było w Łodzi wojska 40000. Ale już nazajutrz rano, po wyjściu robotników do lasu, zaczęło ono z powrotem z różnych stron wchodzić do miasta. Najpierw o świcie wpadały całym pędem silne patrole konne. Wydawano rozkazy, aby wszędzie okiennice i drzwi były pozamykane, aby nikt nie śmiał wychodzić na ulicę pod niebezpieczeństwem śmierci.
Pomimo to, gdy wchodził pierwszy oddział piechoty od strony Księżego Młyna, z najwyższego piętra jednego domu gruchnęły do niego dwa strzały, co miało ten skutek, że żołnierze poszli w rozsypkę i zaczęli uciekać. Strzelano też do żołnierzy z budującego się domu przy ul. Konstantynowskiej; żołnierze wpadli tam, ale nikogo nie schwytali. Później jeszcze przez szereg dni ginęli szczególnie kozacy, jeżdżący małymi grupkami na patrole, znajdowano ich pod mostem na rzece Łódce, w sąsiedztwie Bałut.
Z robotnikami, obozującymi w lesie, rząd zaczął pertraktacje. Miller, gubernator piotrkowski, który zaraz przyjechał, żądał wybrania delegatów. Robotnicy odmówili i zażądali, aby Miller do nich przyjechał. Podczas swej bytności dostał kamieniem. Robotnicy stopniowo wrócili do miasta i poszli do roboty, Fabrykanci, przerażeni, byliby im porobili na razie jak największe ustępstwa, ale Miller najsurowiej tego zakazał.
Robotników zabitych, tych tylko, których pogrzebano po wejściu wojska do miasta było 108. Żołnierzy zabitych i ciężko rannych podawano na 51. I jedna, i druga liczba są prawdopodobnie niższe niż w rzeczywistości.
Robotników obojga płci, którzy brali udział w rozruchach było najmniej 100.000. Do łódzkich przyłączyli się zgierscy i pabianiccy, którzy nadciągnęli zaraz w kilka godzin na początku rozruchów. Ruszyli się też i chłopi okoliczni, którzy mają w Łodzi krewnych i znajomych. Słysząc, że „nasi biją”, a to znowu, że „naszych biją Moskale”, a to, że Żydzi, a to, że burzą Moskale kościoły, gromada za gromadą szli z widłami, cepami, z czym kto mógł. Ale już ich wojsko nie przepuściło. Brano tylko grzecznie po kilkunastu, wprowadzano do miasta i pokazywano, że kościoły stoją nienaruszone, o czym oni świadczyli pozostałym, uspokojone gromady wracały do domów.
Długo jeszcze trwało wrzenie w Łodzi, lecz później masy opanowało długotrwałe zniechęcenie.(Stanisław Wrzosek „Bunt Łódzki w roku 1892” w: Z pola walki. Zbiór materiałów tyczących się polskiego ruchu socjalistycznego”, Londyn 1904 r.)
Adam Próchnik: (…) Drugi tydzień akcji strajkowej, który dla samej Łodzi był okresem likwidacji strajku stał się dla sąsiednich miejscowości przemysłowych kulminacyjnym. Już w sobotę (7 maja) stwierdziliśmy tam pewne ożywienie, zwłaszcza w Pabianicach. W poniedziałek (9 maja) wszystkie ważniejsze ogniska robotnicze w pobliżu Łodzi zostały opanowane ruchem. Pabianice nadal strajkowały, w widzewskiej fabryce Heincla i Kunicera, gdzie już od poprzedniego tygodnia strajkowało 1300 robotników tej firmy, dnia tego zjawiło się w fabryce koło 300 robotników, ale nie pracowali, a tylko rozprawiali przy warsztatach i wznowili żądanie podwyżki płac i skrócenia dnia pracy. Około godziny 4 po południu robotnicy rozeszli się do domów. W Pabianicach i Widzewie był zatem zupełny strajk, ale przebieg jego był całkowicie spokojny. Od środy 11 maja strajk w okolicach Łodzi zaczął całkiem wygasać. Zarówno w Widzewie jak i Pabianicach, i Zgierzu wszystkie fabryki były czynne i większość robotników wróciła do pracy. (Adam Próchnik „Bunt łódzki w roku 1892”, 1932 r.)
Autor: Sławomir Saładaj