Paprocki
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęO Henryku Paprockim, uczestniku bitwy pod Monte Cassino, pisał Robert Adamek w Nowym Życiu Pabianic (1999 r.).
Henryk Paprocki urodził się w Pabianicach 3 czerwca 1914 r. jako syn Józefa Paprockiego. Czynną służbę wojskową pełnił od września 1936 do 1937 r. W momencie wybuchu II wojny światowej został zmobilizowany i wziął udział w kampanii wrześniowej. 21 września 1939 r. dostał się w ręce sowieckie i przebywał w obozach jenieckich na terenie Związku Radzieckiego.
Po ogłoszeniu amnestii, 17 sierpnia 1941 r. rozpoczął służbę w tworzącym się wojsku polskim w ZSRR. Wstąpił do 18 pułku piechoty wchodzącego w skład 6 Dywizji Piechoty Lwów. W sierpniu 1942 r. został ewakuowany z Rosji do Persji. Tutaj 18 pp przekształcił się w 18 Lwowski Batalion Strzelców i wyruszył przez Irak, Syrię, Transjordanię, Liban, Palestynę do Egiptu, a stamtąd do Taranto we Włoszech.
Plutonowy Henryk Paprocki uczestnicząc w kampanii włoskiej, w maju 1944 r. wziął udział w decydującej bitwie o Monte Cassino. Następnie w stopniu sierżanta walczył m. in. pod Predappio, gdzie zajmował się pomocą rannym i chorym.
W swoich krótkich wspomnieniach, opublikowanych w Stanach Zjednoczonych pisał: „W bitwie o Predappio punkt opatrunkowy mieścił się w jednym z rozbitych jednoizbowych domków we wsi Santa Lucia, leżącej w kotlinie u podnóża wzgórz, na których leżało Predappio, obsadzone przez Niemców, mających dokładny wgląd w nasze pozycje. Przypominam sobie dokładnie, że któregoś późnego wieczoru do naszego punktu opatrunkowego zostali doprowadzeni przez żołnierza 3 DSK – korespondent wojenny Melchior Wańkowicz i kapelan wojskowy w stopniu kapitana, ks. Władysław Mróz, którzy udawali się do dowództwa naszego batalionu. (…) Po zakończeniu bitwy o Predappio zostaliśmy skierowani na odpoczynek do miejscowości Tufara, gdzie po raz pierwszy usłyszałem pieśń o bitwie pod Monte Cassino, śpiewaną podczas występu polskiego teatru polowego”.
Po zakończeniu służby (9 maja 1945 r.) sierżant Henryk Paprocki trafił do Anglii. Stąd powrócił do Polski i 13 czerwca 1947 r. zarejestrował się w Punkcie Przyjęcia w Gdańsku-Porcie. Następnie udał się do swojej rodziny w Pabianicach przy ul. Konopnickiej 7.
Za udział w walkach w Wojsku Polskim na Zachodzie został odznaczony m. in. Gwiazdą za Wojnę, Gwiazdą Italii, Odznaką Pamiątkową 5. Kresowej Dywizji Piechoty, Odznaką Pamiątkową 2. Korpusu, Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino.
W 2021 r. wspomnienia Henryka Paprockiego opublikował periodyk „Zesłaniec”:
Urodziłem się 3 czerwca 1914 r. w Pabianicach jako syn Józefa i Władysławy. Rodzice byli pracownikami fizycznymi. Ojciec pracował w tzw. Częstochowie, jak nazywano papiernię R. Kindlera. Ja pracowałem dorywczo. Czynną służbę wojskową odbywałem w latach 1936-1937 w Łodzi w kadrze zapasowej IV Szpitala Okręgowego.
W niewoli sowieckiej
W 1939 r. na skutek mobilizacji 2 września zgłosiłem się do oddziału w Łodzi, bo tam zostałem wezwany. Z tym oddziałem udałem się w stronę Warszawy. Oddział się przedzierał, bo stale były naloty samolotów i ostrzały artyleryjskie. Pod Reglami dostaliśmy się w potężny ostrzał artyleryjski. Jakoś to wszystko wyrwało na szosę i uciekło dalej przez Skierniewice do Warszawy. Przechodziłem przez most Kierbedzia akurat w czasie nalotu niemieckiego. Zdążyłem dojść przez most w krzaki pod płotem. Potem cały oddział znowu się zebrał, ale już zmniejszony, bo zawsze ubywało po paru. Szliśmy dalej za Warszawę. Znowu był nalot. (…)
Doszliśmy kawał na wschód. Idziemy: strzały – biją do nas. W pośpiechu oddział się rozdzielił. Jedni w tę, drudzy w drugą stronę. Przeszliśmy tę wieś. Idzie człowiek, po polsku pięknie gada. Dochodzi do naszych oficerów i powiada – ja was przeprowadzę dalej. Wprowadził nas do wsi Laszki. To był Ukrainiec, ale gadał perfekt po polsku. Jak nas wprowadził, to nas obstąpili, pod mur całą grupę. Mojego kolegę grzmotnął pistoletem w głowę. To byli bandziory ukraińscy. Takie dziady z brodami. (…)
Bojcy wsadzili nas do wagonów, przywieźli do Dubna. Wsadzili nas do chmielarni. To było dość duże pomieszczenie. Pierwsza rzecz, która była to „weszkobojka”, bania i latryna, a kuchnia to na końcu. W Dubnie mieszkało dużo Polaków, to jak który mógł coś rzucić, no to rzucał, bo tak to nie puszczali ich bojce. W końcu na drugi – trzeci dzień powstała kuchnia. Porobiły się komitety, żeby dożywiać ludzi.
W naszym gronie z Łodzi było dwóch Żydów. Przychodzą ze trzy Żydówy z koszykami, żarcie noszą i tylko wybierają Żydów. Ci się już odseparowali od nas. Ja myślałem, że ci Żydzi podzielą się chociaż czymś, a oni nie. Ja w Pabianicach mieszkałem przed wojną na ulicy Krótkiej. Tam mieszkało sporo Żydów, to człowiek rozumiał ich mowę trochę. Do jednego Żyda mówię: no, jak sami, a jak my coś, te pierniki, to żarliście nasze, co? Zobaczysz jutro będzie inaczej. Ja się do was przyłączę. Ja zarośnięty taki. Na mnie Żyd mówili, jeszcze teraz po wojnie, bo łeb kręcony miałem. Jak jutro odezwiesz się coś, to ja z tymi babami dam sobie radę.
Na drugi dzień przyszły Żydówki z jedzeniem. Owiązałem sobie ręcznikiem szyję, że chory. Udawałem, że chrypę taką mam i nie mogę mówić. Dały mi trochę żarcia, może nie tyle, co tym prawdziwym Żydom, ale dały. Poszedłem do swojej paczki, dzielę się (…).
W wojsku Andersa
Raptem przyszedł rozkaz – korpus się tworzy- 2. Korpus Polski. Jak szedłem na wojnę, to po skończonej szkole podoficerskiej, kaprala miałem, a na skutek mobilizacji o jeden stopień podnosili, więc miałem plutonowego. Do 18. pułku mnie wsadzili. (…)
Tockoje to obwód czelabiński. Mieszkaliśmy w mrozy (-60 stopni) w namiotach na dechach, bez koców. W namiocie było nas dwunastu. Przez środek było przejście, a na końcu gliniany piec kryty blachą. Akurat miałem przy nim nogi. Całe 24 godziny na dobę paliło się. Wojsko miało tylko za zadanie iść do lasu po drzewo, a z powrotem z drzewem. Jak mrówki tak chodziliśmy z tym drzewem. Jak położyłem się, to głowa przymarzała do płótna namiotowego.
Tak było do lutego 1942. W lutym znów nas wsadzili do wagonów i pojechaliśmy na południe do Uzbekistanu, przez Taszkent i Kagan. W Kaganie zaprowadzili nas do łaźni, to udało mi się kupić coś do żarcia. Podzieliłem się z kolegami. Tam był głód jak czort. Jeden rzeźnik mówił – idź do rzeki, nad brzegiem łap żółwie i przynieść. Poszedłem, złapałem dwa. On tasakiem po żółwiu. Gotował we wiadrze. Jakie to dobre. Kura niech się schowa. Nie było nawet soli, to poszedłem na izbę chorych i sól na przeczyszczenie wziąłem. Liście braliśmy ze stepu. Były jak włoszczyzna. Tak się jakoś przeżyło.
Zawieźli nas do miejscowości Czirakczi w Uzbekistanie. Miasteczko może z pięć tysięcy mieszkańców, ale wojsko całe w namiotach. Tam nabawiłem się czerwonki i malarii. Była izba chorych zrobiona w uzbeckiej szkole. Cały budynek szkolny – jedna izba. Szefem izby chorych był plutonowy z Dąbrowy pod Pawlikowicami. Nazywał się Bryl (chyba Leon). Raptem Bryl zachorował, bo mnie dali do prowadzenia kancelarię, bo tam chorych było dużo. Zmiana klimatu to robiła. Na przykład leżę w namiocie – śpię. W ciągu nocy, był kwiecień czy maj, wychodzi z ziemi wąż i stoi, dwa metry długi, i klap, poszedł z namiotu. Tam były nieduże wężyki, odmiana kobry indyjskiej. Były straszne, jak ukąsiły, to śmierć.
Raz mnie wołają do izby chorych. Przynieśli żołnierza. Ugryzł go pająk – czarna wdowa. Szybko w samochód i do szpitala, i tam został. Później spotkałem go we Włoszech. Skorpiony – tych było do czorta- tarantule też. Jak złapało się skorpiona i tarantulę, to robili zawody jak tarantula poluje na skorpiona.
Szefem izby chorych był starszy sierżant, pochodził z Wilna. Raptem dr Trojańczyk wydaje mi rozkaz - pojedziesz do szpitala sowieckiego i zabierzesz zwłoki Bryla, bo umarł. Wziąłem patrol sanitarny z noszami, dwóch szeregowych i patrolowy trzeci, a ja jako czwarty, urzędnik. Melduję się w szpitalu, że przyszedłem po zwłoki Bryla. Prowadzą mnie do komorki z gliny. Mówią – „zdies”. Ja Bryla dobrze nie znałem, może raz go widziałem. Był to dosyć wysoki człowiek. Patrzę – kościotrup, był sam szkielet owinięty skórą, tylko napisana kartka. (…)
Na Bliskim Wschodzie
Jechaliśmy 11 km do stacji kolejowej. Załadowali nas. Ta malaria nazywa się trzecianka, bo co dni łapie atak diabelny. Mnie akurat przestało trząść. Człowiek był słaby jak wyżęty. Wlazłem na piętrową pryczę i jedziemy do Krasnowodzka. Przyjechaliśmy, wysadzili nas. Sowieci mówią, że wojsko nasze uciekło z Rosji. Ładują nas na statek sowiecki „Michaił Kaganowicz”. Ciasno. Przejechaliśmy przez jedną noc przez Morze Kaspijskie, do Pahlewi w Iranie. Na górze stał sowiecki żołnierz, to nasi mu grozili pięściami, bo już byliśmy w Iranie. On się odwrócił i nie patrzył.
Zawieźli nas do obozu nad samym morzem, namioty. Pora obiadu. Ustawiło się to wszystko nasze, głodziarze, podchodzą do kotłów. Nakładają nam Murzyni (z angielskiej armii). Podchodzi człowiek z menachą, ledwo się odeszło, to się kituje. Kto był głupi, to drugi raz dostał, nikt nie pytał. Niektórym żołądki popękały z przejedzenia. Ja trochę pojadłem, z przerwami. Tam dali nam pierwszy żołd (angielski). To był 2. Korpus Polski, IV Dywizja, ale tam zmieniło się na system angielski i był 2. Korpus, V Kresowa Dywizja, VI Brygada, 18. Lwowski Batalion Strzelców.
Przywieźli nas do miejscowości Kiziłrybat. Tam też w namiotach. Automatycznie dali mi wtedy sierżanta. Nie wiem z jakiej racji zrobili w naszym batalionie przyjęcie, na które przyjechał Anders i mówi – ja ze swoim wojskiem. Każdemu żołnierzowi rękę podał. Usiadł, malutkiego wypił. Taka fuszerka z cytryny była zrobiona. Podziękował i pojechał. Wizytował oddziały. Wtedy miałem zaszczyt podać rękę generałowi Andersowi.
Potem przenieśli nas do Rijkirku, do Palestyny. Wylądowałem w Afryce, ale zaraz nad brzegiem Morza Śródziemnego – w Ismaili w Egipcie. Przewieźli nas do Włoch. We Włoszech całą kampanię przeszedłem od „a” do „z”. Poturbowany byłem na Wzgórzu Widmo.
We Włoszech
Pod Monte Cassino, dnia 11 maja 1944 o godzinie tzw. H (w nocy) wyruszyliśmy na Wzgórze Widmo. Tam było piekło. Tam pierwszy raz dostaliśmy wytrzask od Niemców. Wojsko musiało się wycofać do wąwozu. Tam stały nasze moździerze. 17 maja drugi raz uderzyliśmy i poszliśmy do Piedimonte. Tam siedziałem ze swoim plutonem blisko górskiej drogi, po której posuwało się wojsko. Nasze dowództwo było dalej trochę w jaskini. Niemcy byli nad nami. Ta wieś nazywała się Santa Lucia. Była rozbita, nie było ani jednego człowieka, a w domach ściany były tylko do połowy.
Pewnego dnia, już było ciemno 10:10 wieczorem przyprowadzono z III Dywizji Karpackiej dwie osoby. Jeden w mundurze, a drugi też jakby w mundurze i mówią, że do dowódcy batalionu. Wyszedł mój porucznik Jańczyk i mówi – prosimy tu najpierw, bo nie można za dużo ruchu robić. Niemcy wszystko widzą. Oni weszli do pryjuty. Porucznik mówi do mnie – Heniek, weź nakrycie zrób z koców nad nami. Musimy się poznać z nimi. Zaraz znalazła się butelka ginu. Ksiądz kapelan przyszedł. Pijak był jak nie wiem. Nazywał się Władysław Mróz. Wsadziłem do nich z ciekawości łeb, patrzę – Władzio. Boga rety, mówię, księże kapelanie. Ja jestem z kadry zapasowej IV Szpitala. On powiada, że jak tak, toś mój budrys.
Porozmawiamy później. Poszli, ja wróciłem do plutonu i myślę, skąd się on wziął tutaj. Porucznik mi powiedział, że on wykładał religię w szkole podoficerskiej w Łodzi. Na trzeci dzień spotykam księdza i mówię, że mieliśmy porozmawiać, bo ja jestem z Łodzi. Ksiądz pyta kto był dowódcą kompanii, mówię – kapitan Solka, a jego zastępcą porucznik taki i siaki. A szefem kompanii to był starszy sierżant Strzelczyk, który tu jest w korpusie. No, toś budrys. On tak nazywał swoich.
Ksiądz dostał do swoich potrzeb półtoratonówkę. Wzięli nas na krótki odpoczynek i kapelan mówi – budrysie, jedziesz ze mną do Rzymu na urlop? - Bo to mnie puszczą? – Ja to załatwię. – Ale księże kapelanie sam nie nogę jechać, wezmę jakiego kolegę. – No to weź jakiegoś porządnego chłopa.
No to wziąłem Zygmunta Płockiego i kierowca był trzeci. Po drodze zajechaliśmy do Asyżu. Tam nam wypadł nocleg. Ja byłem tłumaczem batalionu, bo łatwo nauczyłem się języka włoskiego. Mówię w hoteliku do gospodyni, że tu przenocujemy, ale ksiądz powiada – urządź kolację. W holu stoły postawiliśmy. Ksiądz miał dwie skrzynki żelazne od amunicji. Otworzyłem, na wierzchu komża, ale dalej twardo. Zaglądam – butelka przy butelce. Dwie półlitrówki postawiliśmy. (…)
Rzym był już oswobodzony. Zwiedzaliśmy przez dwa dni. Byłem u papieża na audiencji w Bazylice Św. Piotra. Chociaż tyle mam z tej wojaczki. Potem z powrotem na odcinek (…).
Zdecydowałem się wyjechać do Anglii. We wrześniu 1946 wyznaczyłem się sam na kwatermistrza. Wojsko jechało pociągami, a później płynęło przez Kanał La Manche. Ja mówię, pojadę raz okrętem. Płynęliśmy przez Cieśninę Gibraltarską do Glasgow. Z Glasgow pociągiem. 90 km od Londynu był Heifor Camp. Tam staliśmy. Jest maj 1947, mówię, co ja tu będę robił. Czuję się Polakiem, walę do Polski. (…)
W Pabianicach
Przyjechałem i walę do magistratu w Pabianicach i melduję się. Na ulicy Sejmowej był WKR. Jest jeden pokój, sierżant siedzi za stołem, drzwi otwarte, a na wprost drugi pokój. Siedzi oficer. Wchodzę po wojskowemu ubrany, beret zdjąłem. Mówię – przyszedłem zameldować swój przyjazd. Daję książeczkę wojskową. Proszę usiąść. Zapisał nazwisko, imię, imię ojca, kiedy się urodziłem, adres, datę zakończenia służby wojskowej. Zatrzymał moją książeczkę z Armii Andersa i daje mi inną. Ja mówię – nie, zabieram, to jest dokument, ja mogę innych dokumentów nie mieć. Popatrzył, pochylił się nad papierami – my wszystkim tak. – O nie albo proszę mi wszystko przepisać do nowej książeczki, albo oddać. Zameldowałem, że przyjechałem. Książeczkę pan widział.
Podnosi się ten z przeciwka – sierżancie proszę wypełnić tak jak prosi. Ten dokument będzie służył do wszystkiego. Okazuje się, że to był pan Orzech. Ja mu to po latach przypomniałem.
Wysłali mnie do Zakładów Przemysłu Bawełnianego. Tam był oddział gumowania plandek. To była dobrze płatna praca. Wówczas byłem kawalerem. Ożeniłem się w 1948 roku. Tam pracowałem do 1949. Potem skierowali mnie do pracy w Zakładzie Ubezpieczeń. Pracowałem w Wydziale Ewidencji. Potem przenieśli do Wydziału Zasiłków, to musiałem chodzić na kontrole w teren – województwo sieradzkie, piotrkowskie. To jeździłem po tym świecie i jakoś człowiek żył. Pracowałem do 75 roku życia. Mam medal Wojska Polskiego, gwiazdy włoskiej, medal angielski. Wszystkiego jest 12 sztuk. (Zesłaniec nr 87/2021 r.)
Kombatant
Wojciech Marciniak: Gdy wybuchła druga wojna światowa Henryk Paprocki był już dorosłym człowiekiem. We wrześniu 1939 r. ten dwudziestopięcioletni mężczyzna został zmobilizowany do obrony ojczyzny. Uczestniczył w wojnie z Niemcami. Siedemnasty dzień września odmienił losy Polski i kampanii wrześniowej oraz życie autora wspomnień. Paprocki został ujęty przez Sowietów w Kowlu, a wkrótce trafił do obozu internowania w Dubnie. Jako podoficer (Henryk Paprocki był plutonowym) uniknął śmierci w trakcie zbrodni katyńskiej. Radzieckie służby bezpieczeństwa państwowego nie widziały w nim szczególnego zagrożenia dla nowego porządku geopolitycznego.
Od jesieni 1939 r. przebywa w obozach internowania – kolejno w: Dubnie, Omykanach i Jarmolińcach (pod Płoskirowem – obecnie Chmielnicki), gdzie pracował przy budowie drogi Lwów-Kijów oraz lotniska. Po napaści III Rzeszy na ZSRR został ewakuowany – najpierw do Złotonoszy nad Dnieprem, a potem do obozu w Starobielsku, gdzie wcześniej Sowieci więzili polskich oficerów, których wiosną 1940 r. zgładzili w Charkowie.
Latem 1941 r. znalazł się w Tockoje (obwód czelabiński, Rosyjska FSRR). Wstąpił do Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. W lutym 1942 r. wyjechał wraz z wojskiem do Uzbekistanu. Przebywał w Kaganie w obwodzie bucharskim oraz w Czirakczi w obwodzie kaszkadaryjskim. Po ewakuacji z ZSRR Henryk Paprocki służył w 2. Korpusie Polskim. Wziął udział m. in. w bitwie pod Monte Cassino.
W 1946 r. wyjechał do Wielkiej Brytanii, a rok później zdecydował się wrócić do Polski.
Relacja Henryka Paprockiego jest zapisem przeżyć polskiego jeńca w radzieckiej niewoli, żołnierza Armii Polskiej w ZSRR i 2. Korpusu Polskiego, weterana kampanii wrześniowej i kampanii włoskiej. Ten żołnierz- Sybirak pozostawił po sobie wspomnienia napisane prostym, nieraz wręcz szorstkim językiem, co nadaje im unikalności. Dostarczają wielu cennych informacji o życiu jeńców radzieckiej niewoli. Nie są także pozbawione szczegółów, które świadczą o ich autentyczności. Paprocki nie tuszował swoich doświadczeń na Wschodzie i w trakcie walk we Włoszech. W tylko nielicznych miejscach zdecydowałem się na drobne interwencje redakcyjne. Relacja Henryka Paprockiego została nagrana w 1992 roku przez Henryka Hyrycza i następnie opracowana przez Wiesławę Torzecką. W Archiwum Sybiraków Uniwersytetu Łódzkiego jest oznaczona sygnaturą R-205. (Zesłaniec nr 87/2021 r. Pismo Rady Naukowej Zarządu Głównego Związku Sybiraków)
Autor: Sławomir Saładaj