Pierzchała
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęPabianiczanie w poszukiwaniu pracy wyjeżdżali także do Francji. „Ziemia Sieradzka” (nr 44/1923 r.) informowała: Robotnik chcący otrzymać pracę we Francji musi zgłosić się lub napisać do najbliższego Państwowego Urzędu Pośrednictwa Pracy z zapytaniem, czy jest zapotrzebowanie z Francji dla robotników jego zawodu. Państwowe Urzędy Pracy rejestrują robotników według zawodu i stosownie do zapotrzebowań wysyłają ich w terminie oznaczonym do punktów zbornych w Poznaniu lub Mysłowicach, gdzie są urzędnicy Misji Francuskiej. Tutaj robotnicy poddani są oględzinom lekarskim, badaniu zdolności zawodowej, po czym o ile uznani są za zdatnych do pracy, podpisują kontrakt i wysyłani są do Francji na koszt pracodawców w transportach zbiorowych.
Jak się dowiadujemy w tych dniach przybędzie do Pabianic i Sieradza Misja Francuska po robotników do różnych prac do Francji. (Ziemia Sieradzka nr 23/1926 r.)
Do Francji trafił także wraz z matką Eugeniusz Pierzchała z Pabianic, który po drugiej wojnie światowej wrócił do Polski i zamieszkał w Kamiennej Górze. „Repatriant” (nr 4/1949 r.) przedstawił jego historię.
Eugeniusz Pierzchała od małego dziecka wychowywał się we Francji. Nabrał też trochę francuskiej „maniere d’etre”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest żywy jak iskra. Wszystko musi wiedzieć. Wszystkich zna. Nie przejmuje się niczym, jest wciąż wesoły i roześmiany. Pan Eugeniusz był moim „cicerone” – oprowadzał mnie po fabryce. Dlatego piszę o nim na końcu, że sam o to prosił. „Przyjdzie pan po pracy do mnie do domu i sobie pogadamy”.
Mieszka w samym centrum Kamiennej Góry, tuż przy ratuszu. Dwa duże pokoje na drugim piętrze. Oba niemal puste. – Nie chciałem się ciągnąć z gratami – tłumaczy – lubię mieć dużo przestrzeni. Cóż mi zresztą potrzeba? Łóżko, stół, dwa krzesła i szafa. Pierzchałowa nie podziela wprawdzie zdania swego męża, wolałaby mieć ładne mebelki, ale nic nie mowi. Cóż? Mąż panem domu.
- Oj mam dużo do opowiadania – zaczął pan Eugeniusz – ale muszę się oporządzić i umyć, bo chcę pana zaprowadzić do Dąbrowskich, oni też wrócili z Francji. W 1929 roku jako pięcioletni „pętak” – opowiada z namydloną twarzą – pojechałem z matką do Francji. Z Pabianic. Zamieszkaliśmy w Amiens, gdzie są wielkie tkalnie i matka dostała dobrą pracę. Powodziło się nam do czasu wojny bardzo dobrze, zajmowaliśmy cały pięciopokojowy domek w cztery osoby, bo jeszcze dwóch chrześniaków było z nami.
Ja zacząłem przed samą wojną terminować u piekarza, ale mi się ta robota wcale nie podobała, choć jako czternastoletni smyk miałem już 60-70 franków na dzień. Gdy tylko wybuchła wojna, zaciągnąłem się do armii Sikorskiego. Wiele wtedy nie wojowałem, bo nas od razu „bosze” rozbili. Mieli dranie sto czołgów na nasz jeden.
Wróciłem po „wojaczce” do domu. Ledwo przyjechałem złapali mnie Niemcy i wywieźli do Westfalii na roboty. Rzecz jasna prędko zwiałem do południowej Francji. Organizowałem z ramienia partii oddziały partyzanckie. 1942 roku przerzucono mnie samolotem do Anglii, gdzie byłem w armii francuskiej. Stamtąd desantem wylądowaliśmy w Maroko, potem przez Algier, Tunis, Sycylię i Włochy dotarłem aż pod Monte Cassino.
- Zdobywał pan klasztor?
- Nie, bo wcześniej zrzucono mnie na spadochronie znów do Francji koło Bordeaux. Ładną podróż zrobiłem, co? Rozpoczęliśmy akcję na miasta, opanowaliśmy departamenty Dordogne i Bordeaux, stad wzdłuż wybrzeża, przedarliśmy się aż do Bretanii. Tu byłem ranny i trzy miesiące przeleżałem w szpitalu.
Pojechałem do Amiens i na początku 1947 roku wraz z matką wróciłem do Polski.
Po powrocie do kraju pan Pierzchała z Pabianic osiedlił się w Legnicy, ale że tam pracy dla matki nie było, przyjechał do Kamiennej Góry. Sam jest szklarzem i malarzem. Matka pracuje w tkalni „Mewa”.
- Ja tam wolałbym jakąś inną pracę. Chcę się przenieść do większego miasta, może nawet do Warszawy. Żona za to, też reemigrantka, tylko dawniejsza z roku 36, woli życie osiadłe.
- Ustatkowałbyś się wreszcie – mówi – małoś się jeszcze natyrał po świecie? Źle ci tu, czy co?
- Aha – przypomniał sobie nagle pan Eugeniusz – czy był pan na filmie” Bitwa o szyny”?
- Byłem – odparłem zdziwiony, nie wiedząc o co idzie.
- Wyświetlano tam fragment z wysadzenia pociągu, prawda? To nasz oddział właśnie go „obrabiał”. Pamiętam to jak dziś! (Repatriant nr 4/1949 r.)
Autor: Sławomir Saładaj