Hempel
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęNa początku XX wieku bojowcy PPS dokonali napadów na pobliskie urzędy gminne w Dobroniu, Wymysłowie i Dłutowie. Akcją w Dłutowie kierował Stanisław Hempel. W biografii wywrotowca i terrorysty była to błahostka. Hempel zasłynął z zamachów na wyższych urzędników rosyjskich, prowokatorów i zdrajców. Zimą 1907 roku przyjechał do Pabianic tramwajem wraz zaufanymi towarzyszami i towarzyszkami. Rozbawieni wynajęli sanie i ruszyli w kierunku Dłutowa.
Hempel wspominał po latach: Zdarzały się też i mniejsze roboty bojowe, jak np. konfiskaty książeczek paszportowych w urzędach gminnych. Otrzymałem polecenie dostarczenia blankietów paszportowych, które potrzebne były do wystawienia towarzyszom naszym fałszywych paszportów. Zakomunikowano mi, że najlepiej będzie zrobić to w pewnej gminie o 10 kilometrów za Pabianicami. Było to zdaje się w lutym, leżał wtedy wielki śnieg na polach i był mróz. Akcję taką traktowaliśmy więcej jako akcję przyjemnościową, przejażdżkę sankami aniżeli akcję bojową.
Do tej roboty zaprosiłem trzy towarzyszki z agitacji: Wandę, Jadwigę i Heryżankę (nie pamiętam jej pseudonimu), następnie Łysego (Dąbrowskiego) i jeszcze jednego bojowca. Było więc nas sześć osób. Niewiasty nie umiały zupełnie strzelać, ale dostały brauningi. Wyjechaliśmy tramwajem do Pabianic, gdzie wynająłem dwie pary sanek z dobrymi końmi.
Ruszyliśmy przy dźwiękach dzwonków. Był piękny słoneczny dzień zimowy. Miło było jechać sankami przez las zasypany śniegiem. Zajechaliśmy przed gminę. Zostawiłem bojowca przy sankach, żeby pilnował ich i nie dał im odjechać. Reszta towarzystwa weszła do gminy, a ja na ich czele. W biurze gminnym był pisarz, jego młody pomocnik i kilku interesantów. Wejście nasze wzbudziło od razu pewne zdziwienie.
Dopiero gdy oświadczyłem stanowczym głosem, że przychodzimy w imieniu PPS po blankiety książeczkowe, wszyscy zrozumieli, że mają do czynienia z siłą i przemocą, której należy się podporządkować. Nie widziałem jednak w oczach wszystkich tych ludzi strachu lub niechęci, przeciwnie – może nawet sympatię, do której bali się otwarcie przyznać.
Na wszelki wypadek postawiłem przy drzwiach Heryżankę z brauningiem w ręku, w duchu śmiałem się, gdyż na pewno nie potrafiłaby strzelić z niego. Zażądałem kluczy od kasy, na co otrzymałem odpowiedź, że są u wójta, który mieszka w tej samej wsi. Posłałem wtedy Łysego ze stróżem gminnym po wójta, a sam wziąłem się do niszczenia portretów carskich wiszących szeregiem na ścianie. Potłukłem szkła i podarłem portrety.
Nadszedł Łysy z wójtem, który bez żadnych trudności otworzył kasę, z której zabrałem blankiety paszportowe. Leżały tam też pieniądze, dlatego zakomunikowałem głośno, że pieniędzy gminnych nie bierzemy.
Zauważyłem, że pomocnik gminny uśmiechał się i był zadowolony z tej naszej akcji „bojowej”. Zabrawszy książeczki, zasiadłem przy biurku i kazałem sobie podać księgę „odchodzącej” poczty, gdzie napisałem o skonfiskowaniu blankietów i że pieniądze nie zostały ruszone.
Zamach na prowokatorów
W Łodzi wtedy zaczęli grasować Niemcy, bracia Fremlowie, Ryszard i August, esdecy (członkowie SDKP i L), znający doskonale stosunki w SD, jak i w PPS. Dołączył się jeszcze jakiś trzeci prowokator. Powstał w Łodzi formalny popłoch wśród wszystkich organizacji rewolucyjnych.
Trójka tych prowokatorów chodziła cały dzień po Łodzi pod silną ochroną policji i wojska, i wyłapywała wszystkich znajomych im rewolucjonistów. Sytuacja była fatalna; trzeba było koniecznie usunąć prowokatorów i w ten sposób unieszkodliwić ich. Otrzymałem od Łódzkiego Komitetu Robotniczego polecenie zajęcia się energicznie tą sprawą, gdyż groziły dalsze wielkie wsypy, a nawet rozbicie organizacji.
Wywiad niewiele mi dał do przeprowadzenia akcji. Dowiedziałem się tylko, że prowocy mieszkają w biurze żandarmerii i że rano z całym oddziałem policji i wojska wychodzą na miasto na swój połów. Przy takiej ochronie nie można było zaczepiać ich, jak tylko z brauningiem w ręku. Całe towarzystwo chodziło w ten sposób, że po obydwóch stronach ulicy szli luźno rozstawieni żołnierze, a pośrodku znajdowała się policja i prowocy.
Dostęp do nich był trudny. Zdecydowałem się na użycie bomby. Mieliśmy na naszym bojowym składzie dynamit, więc było z czego zrobić pocisk. U towarzyszy zamówiłem odpowiednich wymiarów pudełko blaszane. Do takiego pudełka wstawiłem dwa przygotowane zapały rurkowe w pozycji „T”, wyjąłem dynamit z opakowania i ułożyłem, ugniatając go pomiędzy rurkami. Wszystko owinąłem w papier gazetowy i obwiązałem sznurkiem. Był to pakunek dość podejrzanie wyglądający. Dobrałem sobie trzech towarzyszy i ruszyliśmy na miasto szukać Fremlów.
Na przedzie szło dwóch jakby wywiadowców, a w odległości 30 kroków ja z bombą i drugi towarzysz. Zdecydowałem się sam rzucić bombę, gdyż nie lubiłem wysługiwać się innymi. W ten sposób spacerowaliśmy po Łodzi dwa dni, nie mogąc spotkać Fremlów. Raz tylko na ulicy Konstantynowskiej, wychodząc zza rogu ulicy, wpadliśmy na nich. Nagle znalazłem się na parę kroków przed Fremlami, otoczonymi policją i wojskiem. Wszystko to trwało tak krótko, że nie mogłem zorientować się w sytuacji.
Fremlowie spojrzeli na mnie i przeszli dalej, czekałem tylko momentu, kiedy każą podnieść ręce do góry. Mnie widocznie nie znali ani towarzyszących mi towarzyszy, przeszli więc spokojnie, nie zaczepiając nas.
Po powrocie do domu postanowiłem zupełnie zmienić cały swój plan akcji. Doszedłem do przekonania, że branie do pomocy innych ludzi nie jest konieczne, a tylko komplikuje sprawę. Przypomniałem sobie zamach mój na von Plotto w Radomiu, gdzie zginął Stanisław Werner, biorący udział w zamachu jako wywiadowca. Postanowiłem iść zupełnie sam, bez żadnej ochrony. Po zamachu trzeba usunąć się szybko, zapadając się wprost pod ziemię. Trzeba bezczelnie wejść w sam krąg ochrony wojskowej, rzucić pocisk i korzystając z zamieszania uciec, wpaść do bramy, a stamtąd przez podwórko dostać się na inną ulicę. Trzeba zamachu dokonać tam, gdzie można przygotować ucieczkę, a gdzie prowocy muszą przyjść.
Takim właśnie miejscem był budynek żandarmerii przy ulicy Konstantynowskiej, gdzie Fremlowie mieszkali i skąd rano wychodzili. Zbadałem wszystkie ulice, sąsiadujące z budynkiem żandarmerii. Sytuacja była bardzo trudna. Już sam budynek żandarmerii był pilnowany przez wartę wojskową, a naprzeciw mieściły się koszary kozackie. W stronę ulicy Piotrkowskiej na Konstantynowskiej były biura cyrkułu, z wartą przed domem. W drugim kierunku Konstantynowskiej mieściły się koszary piechoty. A więc miejsce, gdzie można było dokonać zamachu, znajdowało się w punkcie otoczonym przez najrozmaitsze warty wojskowe i policyjne.
Zbadałem domy znajdujące się obok żandarmerii i znalazłem tam dom, z bramy którego można było się dostać na sąsiednią ulicę. Z tej znowu przez inne podwórko można było dostać się jeszcze na podwórko w domu Poznańskiego i stamtąd na ulicę Poznańskiego. Teren był dobrze przestudiowany, nie można było więc zwlekać. Postanowiłem zatem nazajutrz dokonać zamachu. (…)
Zobaczyłem, że Fremlowie idą po lewej stronie ulicy trotuarem w towarzystwie kilku komisarzy policji i żandarmerii, było ich tam razem chyba z sześciu. Po prawym i po lewym trotuarze ulicy szło kilkunastu żołnierzy z karabinami na ramionach. Minąłem żołnierzy, przechodząc obok nich. Podszedłem do Fremlów na jakie osiem kroków i rzuciłem pocisk. Rzuciłem, wystawiwszy prawą nogę naprzód i po rzuceniu szybko zrobiłem zwrot w lewo. W ten sposób gazy wybuchowe uderzyły mnie w plecy, a nie w twarz i w oczy, jak mi się właśnie zdarzyło w Radomiu.
Utrzymałem się na nogach. Zacząłem od razu biec; po drodze musiałem odepchnąć żołnierza, który stał mi w drodze. W tym momencie byli oni jeszcze oszołomieni i nie myśleli o łapaniu sprawcy. Wycofałem się szczęśliwie z ochrony wojskowej, gdyż inni żołnierze też nie mieli czasu zorientować się w sytuacji. Wpadłem zaraz do uprzednio upatrzonej bramy; tu schwycił mnie w pół jakiś człowiek, ale już miałem w ręku brauning, którym odepchnąłem go silnie. Pobiegłem w głąb podwórka, tam przeskoczyłem przez płot na pusty plac. Przebiegłem przez ten plac i znów przeskoczyłem przez płot na ulicę. (…)
Efekt wybuchu jednak był słaby. Fremlowie i komisarze byli ranni, jednak nikt z nich nie został zabity. Zamach jednak odniósł swój częściowy skutek. Prowokatorzy poszli na pewien czas do szpitala. (Stanisław Hempel „Wspomnienia bojowca” w: Kronika Ruchu Rewolucyjnego w Polsce nr 1/1938 r.)
Stanislaw Hempel strona wikipedii
Autor: Sławomir Saładaj