Szapocznikow
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęW maju 2026 roku na Starym Rynku pojawił się „zaułek artystyczny” - trzy zestawy plansz prezentujące życie i dokonania rzeźbiarskie Aliny Szapocznikow, tekstom i zdjęciom towarzyszyły hasła, tytuły i nagłówki : „Zanim zobaczysz jej rzeźby spójrz na nią”, „Dziewczyna z Narutowicza”, „Każda historia zaczyna się blisko”, „Wojna zmienia wszystko”, „Po wojnie: żyć dalej”, „Nie zgodziła się na cudzy język”, „Ślad zostaje”, „Czasem fragment mówi więcej niż całość”, „Świat ją dogonił”, „Kobieta”, „Ciało, które kocha i choruje”, „Materia pamięta”, „Piotr/Zielnik”, „Kruchość nie odbiera intensywności”.
Na pierwszej z dziesięciu tablic mogliśmy przeczytać: Alina dorastała w Pabianicach przy ulicy Narutowicza 4 . Chodziła do Szkoły Podstawowej nr 1 i do żeńskiego Gimnazjum Państwowego im. Królowej Jadwigi. Znała to miasto od środka – jego rytm, ludzi, codzienność. To nie był tylko punkt w biografii. To był pierwszy świat, który ją ukształtował. Zanim została artystką rozpoznawaną w największych muzeach świata, była dziewczyną stąd. Ale nie całkiem taką samą jak inni.
Dorastała w zasymilowanej rodzinie żydowskich lekarzy – Jakuba Szapocznika i Rywki (Reginy) z domu Auerbach. W domu mówiono po polsku, ale mimo to od najmłodszych lat doświadczała bycia „pomiędzy”.
W szkolnej rzeczywistości lat 30. oznaczało to pewne ograniczenia – jak numerus clausus, który regulował dostęp młodzieży żydowskiej do edukacji. Do gimnazjum w jej roczniku przyjęto tylko dwie Żydówki: Alinę i jej przyjaciółkę Ritę.
To, co było jeszcze zwyczajnym światem dzieciństwa zostaje nagle przerwane. W czasie II wojny światowej Alina trafia najpierw do pabianickiego, a potem łódzkiego getta, a następnie do obozów koncentracyjnych: Auschwitz, Bergen-Belsen i Theresienstadt. Cały czas towarzyszy matce – lekarce, asystując jej w obozowych szpitalach. Na co dzień obcuje ze śmiercią i bólem w ich najbardziej drastycznej formie.
Po wyzwoleniu Alina zostaje sama – ojciec zmarł jeszcze w 1938 r. na gruźlicę, brat Mirosław zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Z matką zostają rozdzielone tuż przed końcem wojny. Odnajdują się dopiero później jesienią 1945 r.
To doświadczenie nie znika. Zostaje zapisane w ciele – w pamięci, która nie daje się łatwo opowiedzieć. Alina nie wracała do tych wydarzeń wprost. Unikała rozmów o Zagładzie, ucinała pytania. Jakby nie było języka, który pozwoliłby o tym mówić. A jednak temat powracał w jej sztuce. W rzeźbach pokazujących kruchość, fragmentaryczność, naznaczenie ciała, które przetrwało mimo wszystko. Ocalało. Stało się zapisem tego, co niewypowiedzialne.
W 2022 roku ukazała się powieść o życiu Aliny Szapocznikow „Usta rzeźbiarki” autorstwa Magdy Knedler. Pabianicki wątek losu artystki obejmuje lata 1935-1939 (s.31-87). Spotykamy osoby z najbliższego otoczenia Aliny, m. in. Jakuba i Ryfkę – rodziców, Ritę Lewin – przyjaciółkę, Elkana i Belę – wujostwo (dentyści), Markusa Klajnerta i jego córkę Florę Lewin – znajomi (dentyści).
Pabianice
(…)Alta spacerowała po Pabianicach, miasteczku tkaczy, które niespodziewanie stało się jej domem, i wsłuchiwała się w dobiegające zewsząd odgłosy ręcznych krosien. Żydowscy tkacze mieli swoje warsztaty wzdłuż Tuszyńskiej, Nowopolonej i Konstantynowskiej, ulic rozbrzmiewających niejako własną, charakterystyczną melodią, stukotem, śpiewem, regulowanym rytmem, w którym dziesiątki palców splatało nitki, tworząc tkaniny o niepowtarzalnych wzorach.
Z fabryki Izraela Barucha wychodziły wełniane chusty, a Herszel Faust – król bluzek – produkował wyrafinowane materiały na damskie fatałaszki. Obaj troszczyli się o swoich pracowników, płacili dobrze, angażowali się w działalność filantropijną, fundowali datki dla ubogich, brali czynny udział w pracach gminy żydowskiej i społecznym życiu miasta. Herszel Faust zorganizował także żydowską samoobronę. Na wypadek pogromów. Na wypadek … I Baruch, i Faust wprowadzali do swoich fabryk krosna mechaniczne, usprawniali produkcję, bogacili się, a tym samym przyczyniali się do podniesienia poziomu życia zatrudnianych przez siebie rodzin.
Polscy mieszkańcy Pabianic nie godzili się łatwo z tym, że pracownicy żydowscy zaczynają korzystać z mechanicznych krosien, i wielu próbowało zmusić ich do pozostania przy krosnach ręcznych. Jednemu z polskich majstrów, który podjął się współpracy z rzemieślnikami żydowskimi, w tajemniczych okolicznościach podcięto gardło, a w fabryce Chaima Steina konflikt robotników polskich z żydowskimi był tak silny, że po południowej zmianie Stein odprowadzał tych drugich do domów z odbezpieczonym rewolwerem w ręku. Strajk w firmie Urbach-Sinicki sparaliżował pracę i doprowadził do zamknięcia fabryki na trzy miesiące. Polscy robotnicy wybijali szyby w fabrycznych oknach, a niemieccy kierownicy Krebs i Hiller uszkadzali krosna, by obarczać później za to odpowiedzialnością żydowskich pracowników.
W niektórych domach żydowskich tkaczy spotykali się zwolennicy partii Poalej-Syjon i Bundu. Organizowano związki zawodowe, nie ustawano w walce o zrównanie praw robotników polskich i żydowskich.
Babka Aliny
Alta obserwowała to wszystko z kamienną twarzą, chowając zarówno nadzieję, jak i niepokój głęboko pod skórę. Jej dzieci zdobywały wykształcenie i po kolei się usamodzielniały. Trójka z nich poszła w ślady ojca. Markus i Ruchla zostali nauczycielami żydowskiej elementarnej szkoły w Pabianicach, a Chaja Liba wróciła do Częstochowy, miasta przodków, gdzie objęła posadę w elementarnej żydowskiej szkole żeńskiej.
Elkan spełnił dziecięce marzenie, wykształcił się na lekarza dentystę i otworzył własną praktykę na Zamkowej 16, a Izaak i Jakub podążali jego śladem i uczyli się fachu na studiach w Berlinie. Bracia najłatwiej i najszybciej się asymilowali. Elkan znalazł sobie nawet postępową i wyemancypowaną żonę Belę, która na przekór niesprzyjającym warunkom i wszelkim ”to nie wypada” także została dentystką. Kobieta, Żydówka. Aż dwa powody, by musieć na każdym kroku udowadniać swoją wartość.
W 1901 Alta owdowiała. Chaim Szapocznik zmarł w wieku pięćdziesięciu czterech lat, zadowolony ze swojego życia, pracy, dzieci, świadomy końca i pogodzony z losem. Alta uważała, że mógłby się nieco wysilić i jeszcze pożyć, ale nauczyła się już nie roztkliwiać nad rzeczami, na które nie miała wpływu. Sama była dumna z własnej rodziny, z samodzielności i wolnego myślenia synów i córek.
Wróciła więc do pomysłu z księgarenką. Alta nigdy się w tej kwestii nie poddała, już rok po śmierci męża wystąpiła z wnioskiem do władz o przyznanie jej lokalu. Powoływała się na zasługi Chaima dla społeczności, na jego uczciwą wieloletnią pracę i nieposzlakowaną opinię, działalność na rzecz podniesienia poziomu edukacji, wykształcenia własnych dzieci, które również wybrały zawody społecznie przydatne, na ogólne korzyści wreszcie płynące z takiego interesu jak księgarnia.
Dodawała, że mąż zmarł i teraz ona musi – chce! – utrzymać rodzinę. Odmówiono jej. Argumentowano, że przecież na miejscu są już dwie księgarnie. Alta się jednak nie poddała. Nie po to żyła z tą myślą przez całe swoje dorosłe życie, nie po to przekonywała samą siebie, że kiedyś w końcu na pewno się uda, że trzeba dzieci odchować, że może się to w czasie odciągnie, ale pewnego dnia zawiesi szyld, dzwoneczek przy drzwiach, kupi regały, sporządzi katalog, ułoży książki, że wreszcie komuś te książki sprzeda, wcześniej doradzając, sugerując, pokazując i objaśniając.
Zacisnęła zęby i pisała kolejne wnioski, aż osiągnęła swój cel. Otrzymała pozwolenie. Księgarnię prowadziła razem z córką Maszą aż do swojej śmierci w 1921 roku. Zachowała tę odmowę z uzasadnieniem, że w okolicy są już dwie księgarnie. Tak jakby na świecie kiedykolwiek mogło być zbyt wiele księgarni i zbyt wiele książek.
Głos babki Alty rozbrzmiewał Alinie w głowie, kiedy budowała swoją pozycję w polskiej szkole. Zacisnąć zęby. Nie dać się. Nie poddawać. Odziedziczyła jej determinację i siłę do walki o swoje do samego końca, aż do ostatniego oddechu. Alta była w jej krwi, mięśniach i kościach, podobnie jak Ruchla i Chaja Liba, wykształcone nauczycielki, przekonane o tym, ze tylko właściwa edukacja może zmienić świat i ze zawsze należy brać sprawy w swoje ręce. Może to również ich odwaga pozwalała Alinie zadawać śmiałe pytania, nie szukać stałego oparcia, istnieć w stanie braku równowagi, wciąż poszukiwać własnych dróg, wątpić, dociekać, eksperymentować, akceptować stan niepewności i ekscytować się nim. Ich odwaga, pomnożona przez jej własną.
Gimnazjum
Przed egzaminem Alina i Rita w ogóle się do siebie nie odzywały. Rita nerwowo splatała dłonie, a Alina zgniatała w palcach papierową kulkę. Czuła, że może jej nadać dowolny kształt, jeśli tylko się bardziej postara. W ogóle wtedy po raz pierwszy pomyślała, że czasem wszystko jest w palcach, mózg, serce, nerwy, każda emocja, i że kształtowanie to przerzucanie emocji z palców na materiał.
Kiedy otwarto salę egzaminacyjną, Alina i Rita spojrzały sobie w oczy. Czuły, że to moment, który o wszystkim zadecyduje, wyznaczy przyszłość, tę najbliższą, a może i w ogóle całą.
Arkusze papieru, kałamarze i zestawy pytań. Język polski, matematyka, geografia, historia. Alina pomyślała przez chwilę o swojej rodzinie, dziadku Chaimie, który nad dalekim Dnieprem marzył o zawodzie nauczyciela, o wuju Markusie i ciotkach Ruchli i Chai Libie, które poszły w jego ślady, o tych, którzy przez całe swoje życie uczyli innych i którzy na pewno byliby z niej teraz dumni. I znowu o tym, że nie da się wykluczyć.
Przysunęła sobie arkusz i zaczęła odpowiadać na pytania. Były trudne, ale znała wszystkie odpowiedzi. Później przyszedł czas na egzaminy ustne. Stanęła przed komisją, wyprostowała się, uniosła podbródek. Jeden z egzaminujących uśmiechnął się półgębkiem, drwiąco, z pewnością już szykując dla niej zestaw pytań na poziomie profesorskim. Drugi zlustrował ją od stóp do głów i coś sobie zapisał w notesie. Może to, że jej białe pończochy osiągnęły już stan serdelkowatości. Albo, że ma czarne włosy i równie czarne, bardzo gęste brwi. Zbyt czarne jak na publiczne polskie gimnazjum. Ale kolejny egzaminator mrugnął do niej i kiwnął głową. Miała wrażenie, że mówi: ”No, dalej, dziewczyno, niech im będzie głupio”. Uznała, że nie będzie na nich patrzeć. Wbiła wzrok w punkt ponad ich głowami, jakieś wybrzuszenie, które trochę przypominało przezuty chleb, a trochę ptasią kupę. W sam raz.
Kiedy jeden z profesorów powiedział, że panna Szapocznik doskonale włada językiem polskim i ma bardzo bogaty zasób słów, nie mogła się powstrzymać i spojrzała na niego z politowaniem.
- Uczę się też francuskiego – odparła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- Doprawdy? – mruknął. – I tu nas, jeśli oczywiście się panienka dostanie, wybierze klasę z językiem francuskim, jak przypuszczam?
- Nie. Z językiem niemieckim.
Cisza. Po chwili.
- Niemieckim?
- Tak. Mój ojciec studiował w Berlinie.
Wracała do domu na miękkich nogach. Popołudnie spędziły z Ritą w parku, nad rzeką, gdzie Alina formowała z gliny coś między przeżutym chlebem a ptasią kupą.
Kiedy po kilku dniach ogłoszono wyniki, dłonie miała mokre od potu. A później gnała do domu na złamanie karku, wpadła do pokoju ojca i wrzasnęła:
- Dostałam się!
Otworzył na chwilę oczy i uśmiechnął się blado.
Jakub Szapocznik odszedł w sierpniu, dwa tygodnie przed rozpoczęciem przez Alinę nauki w nowej szkole. Tamtego dnia długo oglądała ich wspólne zdjęcie. Oni na tle rzeki, ona siedzi mu na ramionach, on ma mokre włosy, ona się uśmiecha albo wręcz śmieje, ręce trzyma na biodrach, głowę odrzuca lekko do tyłu. W takiej chwili człowiek nie umie sobie wyobrazić, że coś złego może się stać. Wolała go pamiętać takim. To był ojciec, zdrowy, silny i piękny. Cały czas taki był, tam w środku.
Wpatrywała się w to zdjęcie także później, wczesną jesienią i zimą, kiedy ulice miasteczka najpierw przysypały zeschłe liście, a później grube warstwy śniegu.
„Do szkoły dostała się także Rita – mówiła do niego. Jesteśmy we dwie na roku, dwie Żydówki, dwie inne, tolerowane przez resztę, zaakceptowane w drodze wyjątku i w myśl rygorystycznych reguł. Jest też jedna Niemka, tylko jedna, tak samo nielubiana przez innych jak my. Nie bierzemy udziału w lekcji religii, więc siedzimy we trzy na stołówce. Dwie Żydówki i Niemka. Czytamy sobie coś albo się uczymy, albo plotkujemy i obgadujemy koleżanki. Do mnie ktoś miał ostatnio pretensje, bo ‘starozakonni’ lubią gadać, a już zwłaszcza na chodnikach i w przejściach, przez co tamują ruch, przez co irytują ludzi, przez co już ich policjanci upominają i protokoły spisują, i powinniśmy się trochę nas sobą zastanowić. Zastanawiam się nad sobą często, ale nigdy mi nie przyszło do głowy, że jestem odpowiedzialna za tamowanie ruchu ulicznego. Do Niemki znowu koleżanki ze szkoły rzucają się, że Hitler. Że po co jest tu zamiast u swojego Hitlera, skoro w Rzeszy teraz dobrobyt i dostatek. I niech no tylko spróbuje być wojna, to zobaczy. Nie powiedziały konkretnie, co ma zobaczyć”.
„W szkole jest poza tym dość miło – mówiła do zdjęcia czy do ojca, sama nie wiedziała. – Nosimy szkolne fartuszki i kapcie, bo podłogę zawsze poleruje się na błysk. Budynek jest piękny, a starsze dziewczyny powtarzają, że trochę to wygląda jak staromodna pensja dla panien. Surowa, dyscyplina, nienaganne maniery, wysokie wymagania, reguły, konsekwencje, najlepsza opieka, wyśrubowany poziom, sprawiedliwe traktowanie. Trochę człowiek myśli, że należy do jakiejś elity, a może i należy, nie wiem. Jak myślisz, tato? Co w ogóle myślisz o elitach?”
Rozmawiała ze zdjęciem ojca przez kolejną wiosnę i kolejne lato.
Aż do końca sierpnia.
„Chyba naprawdę będzie wojna, tato”, mówiła.
https://krytycznymokiem.blogspot.com
Autor: Sławomir Saładaj