www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 58 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Stosuneczki

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W 1945 roku Dziennik Łódzki opublikował felieton Jerzego Wyszomirskiego „Pabianickie stosuneczki”. Rzecz dotyczy Szpitala Miejskiego przy ulicy Szpitalnej, a dokładniej relacji między dyrektorem szpitala (Stefanem Vogtt-Kalinowskim) a wiceprezydentem miasta (Janem Krupą- Skibińskim).

Można by temu felietonowi dać inny tytuł: „Judym i Dmuchanowski”. O Judymie wiemy, że był to lekarz – idealista i społecznik z „Ludzi bezdomnych”. Nazwisko Dmuchanowskiego nie każdy może pamięta. Tak się nazywał ów sławny horodniczy – dziś powiedzielibyśmy: burmistrz albo prezydent miasta – horodniczy z „Rewizora”. Dmuchał on, jak to się mówi, w niebo – czyli pysznił się i nadymał, dmuchał ludziom w gębę i nos – czyli traktował ich z góry i pogardliwie; dmuchał innym w kaszę – aż przyszła kryska na Matyska: przyjechał rewizor i skończyły się miasteczkowe rządy czyli nierządy Dmuchanowskiego.

Byłem w Pabianicach. Zwiedzałem tamtejszy Szpital Miejski. Nie jest to szpital duży – tylko na 140 łóżek – ale może być przedmiotem dumy Pabianic i mógłby stanowić ozdobę każdego miasta. Jego rozbudowa wewnętrzna i rozwój są dziełem obecnego dyrektora – doktora Stefana Vogtt-Kalinowskiego: był to dobry chirurg warszawski, mieszkał przy ul. Szopena w domu, z którego pozostały gruzy.

Po powstaniu, które przebył aż do kapitulacji i w którym pełnił bohaterską służbę samarytańską – dr Vogtt znalazł się wreszcie w styczniu br. w Łodzi, od 1 lutego zaś w Pabianicach. Jeden szczegół charakteryzuje go najlepiej: miał przydzielone w Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej 203 czteropokojowe, umeblowane mieszkanie i zrzekł się go dobrowolnie, aby osiąść w Pabianicach i zamieszkać tutaj przy szpitalu w dwóch małych, źle umeblowanych pokoikach wraz żoną i dwojgiem dzieci.

Zrobił to, by pracować rzeczywiście ofiarnie w szpitalu. Jest tu wszystkim (dopiero niedawno otrzymał dwóch dzielnych pracowników: dra Cetnarowicza – internistę i dra Jaroszewskiego – ginekologa): dyrektorem, naczelnym lekarzem, ordynatorem, chirurgiem, administratorem. Co zrobił?

Nasamprzód założył gabinet rentgenologiczny, którego nie było, a bez którego nie sposób rozpoznawać różne zawiłe schorzenia wewnętrzne, wymagające operacji. Gabinet jest doskonale nowoczesny. Zmontował go dr Vogtt dzięki wydatnej pomocy naczelnika wojewódzkiego wydziału zdrowia dra Bryńskiego, który wynalazł potrzebne kredyty. Wspólna to ich zasługa, którą Pabianice powinny cenić.

Następnie dr Vogtt zorganizował laboratorium chemiczne przy szpitalu; z kolei – oddział fizykoterapii; dalej wystarał się o nadanie szpitalowi 29 morgów ziemi z reformy rolnej, gdzie prowadzi całą gospodarkę; zdobył dwa samochody – karetkę pogotowia i ciężarówkę; zainstalował radio dla chorych; zapoczątkował bibliotekę szpitalną (po Niemcach, oczywista, nie zostało w szpitalu ani jednej książki polskiej) i ma już około stu tomów; obecnie przystępuje do budowy garażu i cieplarni.

Pracę i inicjatywy dra Vogtta rozumie i wspiera, jak może, p. Kraj – ogrodnik szpitalny, przewodniczący Rady Zakładowej szpitala.

W rezultacie półrocznej działalności dra Vogtta (od 1 lutego) przez szpital przeszło już 1069 chorych – w tej liczbie 770 chirurgicznych. Przed wojną szpital słynął w okolicy pod nazwą ”wymieralni” i tzw. ruch chorych wynosił rocznie zaledwie 800 osób.

Ambicją dra Vogtta jest, by przybywali tu chorzy z Łodzi: są miejsca, są jasne, przyjemne pokoje – szczególnie na oddziale położniczym.

Tymczasem ten pracowity i obywatelski doktor Judym znalazł nieprzejednanego wroga w osobie wiceprezydenta Pabianic. Wiem, że za czasów Ibsena i Żeromskiego wstecznictwo i egoizm toczyły walkę z Judymami. Dziś taka walka wydawałaby się czymś nie do wiary. A jednak tak jest. I doktorowi Vogttowi wiceprezydent Pabianic (szpital jest instytucją miejską) fantastycznie utrudnia pracę, chcąc się go pozbyć i tak samo postępuje względem p. Kraja, którego – jak mówią w Pabianicach- zamierza „spławić”. Dlaczego?

Rzecz to drażliwa i nieprzyjemna, ale trzeba ją – w imię dobra powszechnego poruszyć z całą odwagą. Samowola i dbanie o interesy jednostek winny być napiętnowane. A więc ze szpitala został usunięty przez dra Vogtta intendent za nadużycia; odbyło się to zresztą przy współudziale Miejskiej Rady Narodowej, która wyznaczyła w tej sprawie komisję rewizyjną. Intendent miał dużo grzechów na sumieniu, ale był zaufanym i protegowanym wiceprezydenta i tu się zaczęła walka wiceprezydenta z drem Vogttem.

Wkrótce nadarzył się drugi „casus belli”: dr Vogtt zwolnił ze szpitala jedną z pielęgniarek należącą również do bliskiego koła wiceprezydenta. Co było jednak robić? Wiceprezydent chciał koniecznie widzieć ją na stanowisku pielęgniarki , wówczas, gdy osoba ta przez 15 lat była posługaczką, nie skończyła nawet szkoły powszechnej i wykazywała taką znajomość pielęgnowania chorych, że jednego z nich bezpośrednio po operacji napoiła obficie kawą i przypadek zrządził, że człowiek nie umarł.

Ale wiceprezydent obraził się: dał jej posadę higienistki (kawa po operacji – to ważna zasada higieny) w miejskiej szkole powszechnej i wzmógł ofensywę przeciwko drowi Vogttowi.

O wiceprezydencie mówią w ogóle źle w Pabianicach. Uprawia on szeroko tę politykę, którą nazywamy rodzinną: szwagier jego piastował stanowisko radcy prawnego magistratu, siostrzyczka otrzymała w mieście kwiaciarnię, jeden z członków rodziny dyryguje miejskim sklepem warzywnym, drugi – bławatnym, trzeci – żelaznym. „Gdy obcy u mnie służy – to wypadek rzadki – przeważnie mam rodzeństwo i krewniaków dziatki” – taką postawą obywatelską szczycił się przeszło sto lat temu pewien bohater pewnej komedii satyrycznej. Ale sto lat temu. Dziś nie mamy miejsca dla Dmuchanowskich. (Dziennik Łódzki nr 51/1945 r.)

Oszczerstwa

Poirytowany wiceprezydent m. Pabianic - Jan Krupa-Skibiński przesłał do „Robotnika” list następującej treści: W związku z oszczerstwami zawartymi w „Dzienniku Łódzkim z dnia 25 bm. w artykule pt. „Stosuneczki pabianickie” komunikuję, że sprawę przeciwko ob. Wyszomirskiemu Jerzemu, autorowi wyżej wspomnianego artykułu skierowałem do sądu. (Robotnik nr 255/1945 r.)

Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij