Lotnik
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkęW 1938 roku pilot Czyżowski opisał w Kurierze Warszawskim przygodę jaka spotkała go pod Pabianicami podczas finału ogólnopolskich zawodów lotniczych.
Nasza pechowa załoga leży niedaleko Pabianic, w Dąbrowie. O wpół do siódmej ma startować nasz drugi klucz, teraz jest kwadrans na szóstą – czy zdążymy zalecieć, naprawić i wrócić do tego czasu?
Miejsce katastrofy odnajdujemy tym razem bez żadnego szukania po dziesięciu minutach lotu. Uszkodzony samolot leży pod lasem, a pilot machając chustką wskazuje nam pólko do lądowania. Siadamy na rozmokłym ściernisku i w mig zabieramy się do roboty. Powodem dzisiejszej kraksy był brak benzyny; w czasie lotu tuż nad ziemią nie było czasu na wybór lądowiska i w rezultacie świeżo naprawione podwozie złamało się z jednej strony.
Naprawa posuwa się w błyskawicznym tempie, ale czas leci jeszcze prędzej i samolot stoi na kołach dopiero o siódmej. Decydujemy, że ja wystartuję pierwszy i pokażę drogę do lotniska pilotowi „ósemki”, który ma się mnie trzymać blisko. Ze względu na miękki teren i trudny start, obaj pozostawiamy towarzyszy, którzy mają podążać za nami autobusem.
Startuję bardzo ciężko, uderzając skrzydłem o małe drzewko zaraz po oderwaniu się od ziemi. Już na dziesięciu metrach wysokości, orientuję się, że dalszy lot będzie prawie niemożliwy z powodu zmierzchu i bardzo złej widoczności.
Robię koło, aby usiąść z powrotem na tym samym miejscu i przenocować do jutra, ale już na jednym możliwym i wąziutkim pólku stoi gotowa do startu „ósemka” i mimo moich rozpaczliwych znaków powoli rusza z miejsca. Obserwuję jak za moim przykładem trafia skrzydłem w to samo drzewko, ale szczęśliwie leci i, co gorsza, nawet nie czeka na mnie tylko leci w kierunku Łodzi.
Przez jakiś czas nie tracę go z oczu, ale wnet nadlatujemy nad Pabianice, gdzie gęsty dym i mgła, oraz wysokie kominy fabryczne zmuszają do uwagi na teren. Jeszcze raz widzę go jak szare widmo w sporej odległości, ale omijam jakiś niebezpieczny komin i już potem nie mogę go znaleźć.
Robi się zupełnie ciemno, tak że nie mogę przeczytać kursu na busoli. Wiem, że od lotniska jestem oddalony o kilka minut lotu, ale nie rozróżniam już dokładnie zarysów i kształtów przedmiotów w terenie. Zniżam się już nad drzewa wzdłuż jakiejś drogi i szukam miejsca do przymusowego lądowania.
Zdaje mi się, że widzę większą przestrzeń bez drzew i domów, krążę niziutko i wreszcie ląduję bez szwanku. Za kilka minut przybiega zgraja młodych wyrostków wiejskich i ku mojej wściekłości, informują mnie, że Lublinek (lotnisko łódzkie) jest oddalony zaledwie o trzy kilometry, tzn. jedną minutę lotu. Mimo prawdziwej już nocy postanawiam odlecieć, liczę na to, że z lotniska wystrzelą rakietę i dam sobie radę z lądowaniem po ciemku.
Pole, na którym siedzę, jakkolwiek bardzo grząskie, wydaje się dość długie i spodziewam się, że uda mi się poderwać przed rowem. Wybieram jako znak kierunkowy dalekie drzewo, które ledwo majaczy w szarości i ustawiam kilku chłopców koło rowu…
Z trudem kołuję na skraj pola i ustawiam maszynę do startu. Ciągnę do siebie manetkę na pełny gaz i ruszam z miejsca, utrzymując kierunek „na drzewo”. Samolot skacze na bruzdach i rzuca się to w prawo, to w lewo, znak że koła nierówno grzęzną w błocie. Raz i drugi próbuję podciągnąć ster, nadaremnie, czuję tylko jak ogon bije mocno o ziemię, ale koła nie chcą odlepić się w żaden sposób. Jeszcze sekunda i widzę kilka postaci, wywijających rękami niczym wiatraki. To rów przede mną!
Zamykam gaz, wyłączam kontakt, ale boję się nacisnąć hamulec, aby rozpędzona maszyna nie przewróciła się na plecy. W tej chwili czuję jak kabina przyjmuje jakieś dziwne położenie, następuje mocne uderzenie i nagle wbijam się nosem w deskę rozdzielczą, na szczęście niezbyt boleśnie.
Trudno – stało się! Podnosiłem innych z upadku, a teraz sam leżę jak długi. Wysiadam z trudem z kabiny, zgnębiony spoglądam na silnik i śmigło zaryte w błocie, podczas kiedy ogon z niezrozumiałą duma wznosi się do nieba.
Widocznie w czasie rozbiegu, koła grzęzły głębiej niż normalnie i kiedy wyłączyłem gaz, pozbawiłem stery „wiatru” od śmigła i maszynę przerzuciło na łeb. Gdybym zresztą nie wyłączył gazu, rozbiłbym się doszczętnie w rowie, który złowrogo czerni się o kilka metrów.
Z pomocą chłopców, ściągamy samolot za ogon do normalnego położenia. Z niesłychaną radością stwierdzam, że śmigło, po wyłączeniu kontaktu zatrzymało się w pozycji poprzecznej i pozostało nieuszkodzone w wypadku, oblepiając się tylko gruntownie błotem. Będę więc mógł rano odlecieć bez pomocy.
Wieś, w której wylądowałem, zwie się Świątniki (koło Pabianic). Z pomocą kilkunastu chłopców, niezwykle chętnych do posługi, zabieramy się do syzyfowej pracy przepchania samolotu w błocie do najbliższej zagrody, oddalonej o kilometr.
Gościnni gospodarze chcieli koniecznie schować maszynę na noc do stodoły. Złożyłem w tym celu skrzydła, pokazało się, że akurat zmieściłby się na klepisku, gdyby nie wystające reflektorki na końcach płatów.
Mimo to, chłopcy w niezwykłym zapale pomagania chcąc wepchnąć samolot do stodoły, urwali jeden reflektor, z trudem uratowałem drugi, rezygnując ze schroniska w stodole. Zakotwiczyłem maszynę na podwórku obszernej zagrody p. Łobody, pierwszego gospodarza we wsi.
W porozumieniu z sołtysem wynająłem stróża na noc, sam zaś furką dobiłem około jedenastej w nocy do telefonu w Pabianicach, aby zawiadomić lotnisko o przymusowym
lądowaniu. Ze zgrozą dowiedziałem się, że naprawiona „ósemka” nie doleciała do lotniska i dotąd nie ma od pilota żadnych wiadomości.
Rankiem start ze Świątnik miałem znowu bardzo ciężki. Do Lublinka leciałem równo 80 sekund. Na lotnisku zastaję ”ósemkę”, co najdziwniejsze w zupełnym zdrowiu i całości. Pilot zabłądził również z powodu ciemności i usiadł niedanej jak dwa kilometry obok mnie, tuż przed lotniskiem.
Ponieważ poprzedniego dnia wstrzymano loty grupowe z powodu ciemności i burzy, drugi nasz klucz odlatuje w komplecie, nie tracąc ani jednego punktu. Nasz wysiłek nie poszedł więc na marne, ku naszej wielkiej radości.
Ostatni etap do Warszawy mija w nienajgorszej pogodzie. W Warszawie siedzimy na Mokotowie, podczas kiedy na Okęciu odbywa się ostatnia próba: lądowanie ze stojącym śmigłem. Raz jeszcze wzywają nas do rzekomej kraksy i lecimy na Okęcie; na szczęście alarm okazał się przesadny – uszkodzenia nie było, jedynie silnik nie chciał zaskoczyć.
Po tej próbie nie czekamy już ani na uroczyste zakończenie, ani na wspaniały bankiet. Po przylocie ostatniej maszyny z Okęcia, pakujemy manatki i odlatujemy czym prędzej do Krakowa. Zapowiadano burzę, ale jak na złość pogoda była prześliczna na całej trasie. Ogółem przelecieliśmy 3.500 kilometrów. (Z. Czyżowski „W powietrzu i błocie”, Kurier Warszawski nr 250/1938 r.)
Autor: Sławomir Saładaj