Hamlet
A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę„Hamlet” to tytuł opowiadania Jana Stena, które zostało opublikowane w zbiorze nowel „Jeden miesiąc życia. Hamlet. Przysięgły. Spotkanie. W pełnym słońcu. Pierwszy wiersz. Trzy dusze” (Kraków 1900 r.). Autor przedstawia jeden dzień z życia dyrektora pabianickiej fabryki.
„Ateneum” – pismo naukowe i literackie recenzowało rezultaty pracy pisarza: O utworach tych młodocianych i nader niewytrawnego pióra niewiele mamy do powiedzenia. Należą one do beletrystyki refleksyjnej, która od czasu „Bez dogmatu” i „Śmierci” weszła w modę i w piśmiennictwie naszym i w społeczeństwie. W swoim czasie, wkrótce po ukazaniu się „Bez dogmatu” nie było ucznia piątej, a nawet czwartej klasy, który by nie spisywał swego „pamiętnika” i każdemu zdawało się, że jest Płoszowskim w swej okrutnej samowiedzy i na wszystkich wieczorkach tańcujących dla młodzieży, zebraniach imieninowych, lekcjach tańca zaroiło się od hamleciątek z pseudo-bolesnym złamaniem w duszy, z zatapiającym szpony w jaźni duchowej wampirem samokrytycyzmu, modelowanym z tektury, a to wszystko ku wzbudzeniu podziwu i współczucia w sercach pensjonarskich. Bohaterowie niniejszych nowelek w taki sam sposób kokietują czytelnika. (…)
Drugi, poważniejszy wiekiem i urzędem „Hamlet” - dyrektor przędzalni w Pabianicach, mąż żonie, ojciec dzieciom, pewnego pięknego poranka przychodzi mu myśl do głowy, by włożyć rewolwer do ust i przycisnąć cyngiel. W samą porę przywołują go do obiadu. Zaleciał go zapach barszczu z uszkami i myśli o samobójstwie pierzchły bezpowrotnie.
Dyrektor przędzalni
Dyrektor wielkiej przędzalni w Pabianicach wstał, jak zwykle o godzinie siódmej. Buty elegancko świecące i ubranie przygotowane były z należytą punktualnością. Kawa, której dyrektor wielkim był amatorem, była mocna; masło – świeże i zimne, bułki chrupiące. Posiłek ranny najmniejszego powodu niezadowolenia mu nie dał. Pokrzepiwszy się, dyrektor włożył kapelusz, przejrzał się w lustrze, musnął cokolwiek siwiejące już wąsy i widocznie zadowolony ze swej postaci, wolnym krokiem do fabryki się udał. Tam też wszystko we wzorowym znajdowało się porządku: maszyny były w pełnym biegu, robotnicy na miejscach swoich. Dyrektor obszedł wszystkie sale, wydał parę drobnych rozporządzeń, zajrzał do wydziału administracji, gdzie go niewielkiej, zawsze jednak korzystnej zwyżce zawiadomiono.
W końcu wrócił do swego laboratorium, gdzie się główne jego zajęcie skupiało. I tu miara powodzeń się nie przerwała, przeciwnie, wiadomości były pomyślniejsze jeszcze niż w fabryce. Zaraz na wstępie powitał go pomocnik chemika radosną nowiną, że nowa farba „trzyma”. Nowa farba była własnym pomysłem dyrektora, który od dawna się trudził, aby drogą, rektyfikowaną benzynę tańszymi materiałami zastąpić. Długie były niepowodzenia, zanim przed tygodniem udało się otrzymać równie piękny błękit, jak ten, który znacznym kosztem z zagranicy sprowadzono. Pozostało zbadać, czy barwnik da się do tkanin zastosować.
Dyrektor zrzucił marynarkę, wdział ceratowy fartuch i z namaszczeniem zasiadł do pracy przed Stolem zastawionym próbkami, kolbami, flaszkami. Robota, aczkolwiek nietrudna, zajęła jednak dość czasu. Trzeba było z każdej flaszki wylać parę kropel na długie zabarwione nową farbą paski sukna, suszyć je na słońcu, badać przez szkła, zapisywać i porównywać rezultaty. Toteż kiedy dyrektor próby swoje zakończył i z lubością na fotelu się przeciągnął – było południe. Rozległ się dzwon oznajmujący robotnikom obiad i godzinny odpoczynek.
Dyrektor spojrzał na zegarek, przekonał się, że sygnał obiadu dany został punktualnie i zaczął się namyślać, co robić z dwiema godzinami, które mu jeszcze do chwili domowego obiadu pozostawały. Pracę skończył, do domu nieuporządkowanego wracać nie lubił, zdecydował się więc wstąpić do biblioteki.
Biblioteka była dziełem samego dyrektora, który w początkach swego dyrektorstwa dość żywo pamiętał o hasłach młodzieńczych. Obejmując swoje obowiązki wymógł na kompanii kapitalistów, że dali na bibliotekę salę i zgodzili się z rocznego obrotu pewną sume na zakup książek wyznaczać.
Bibliotece tej z zapałem założonej początkowo nieźle się wiodło; były książki, byli i czytelnicy. Powoli jednak, bez widocznego powodu, jad ospałości się wcisnął; robotnicy wrócili do szynkowni, oficjaliści do kart, książek kupowano mniej i już od roku rzadko można było kogo zastać w bibliotece. Gdy dyrektor wszedł do Sali, pustka tam panująca niemile go uderzyła i był to pierwszy wyłom w murze zadowolenia, które od rana duszę jego otaczało.
Wziął ze stołu „Kurier” i zabrał się do czytania: warszawska brukowa gazeta stanowiła jedną z jego potrzeb. Przeczytał sumiennie pełną animuszu kronikę polityczną, przerzucił część rozporządzeń rządowy, doszedł do doniesień osobistych, gdzie na pierwszym miejscu wyczytał: „Znakomity profesor uniwersytetu w Bonn p. Zygmunt Rosicki na dni kilka do miasta naszego zawitał. Z Warszawy udaje się na letni wypoczynek do majątku swego w Kieleckiem”.
Wiadomość ta zastanowiła dyrektora. Rosicki był jego uniwersyteckim kolega i dźwięk tego nazwiska od razu przerzucił mu myśli o dwadzieścia lat wstecz, w dawne upłynnione chwile wspólnie spędzonej młodości. Na próżno próbował czytać dalej. Wspomnienia, pełzając jak węże, jedno po drugim wślizgiwały się mu w duszę. Spojrzał na podwórze, gdzie grupami siedząc na cegłach obiadowali robotnicy i począł chodzić z wolna po pustej, cichej sali.
Przeszłość daleka i zwykle zamglona, odżywała nagle w oderwanych obrazach jaskrawych i światła pełnych. Przemyślane marzenia, uczucia przecierpiane, zdarzenia przeżyte, to, co powiązane i spojone zda się w jedną całość stanowiło jego przeszłość, jego życie powstawało rozbite na części i porozrywane: jedno życie rozkładało się na sceny obce sobie, jak figury kalejdoskopu.
Jak dawno, jak dawno był tym młodzieńcem, pełnym wygórowanych, acz nieświadomych nadziei, niespełnionych marzeń; młodzieńcem, któremu wolno nie mieć jeszcze wspomnień, żelaznym ciężarem kładących się na duszę. Wyobraźnia rysowała mu własną jego postać, nie tę jaką widział w lustrze, której kłaniali się obywatele pabianiccy, lecz tę, która tam przed laty w starych murach akademickiego grodu myślała i i żyła, cieszyła się z pochlebstw przyjaciół, cieszyła się z śpiących na dnie piersi sił, które ockną się kiedyś i pójdą niewiadomo gdzie, lecz zawsze po zwycięstwo.
Młodość jest wielkim czarodziejem. Lekkomyślnie i nieświadomie upiększa sobie życie potęgą wielkich słów, których działania zda się nic nie wiedzieć, jak lufa nie zna działania zabójczych kul, które wyrzuca. Miłość, rozkosz, sława, społeczeństwo, ludzkość – wszystkie hasła, które dla dorosłego człowieka, świadomego ceny życia, rzadkim są pokarmem, dla młodzieńca zwyczajna to strawa. Uścisk służącej w wąskim korytarzu – to miłość; serdelek pokropiony szklanką piwa – to rozkosz; wierszyk zaśpiewany kolegom – sława. Błogosławione kłamstwa! Lecz biada tym, którym ambitna żądza zapomnieć nie da, że te słowa – to tylko fałszywie ponaklejane etykiety, które odjąć trzeba, gdy handel idzie na serio. Ci zechcą w życiu, tak jak w młodości: rozkoszy, miłości, sławy … i życie im nie odmówi: dostaną małżeństwo z przyzwyczajenia za miłość, drugorzędną restaurację za rozkosz, kurierkową pochwałę za sławę.
Rosicki znakomitym uczonym! Dobre to kadzidło dla tłumu, który zapomni o tej sławie, jak zapomni o dźwięku nazwiska, którego nie słyszał nigdy. On przecież wiedział, bo za ruchem naukowym śledził machinalnie, co to za sława ta i setki jej podobnych. Całe życie spędzone w jednej myśli, poświęcone odnalezieniu jednego prawa, jednego objaśnienia, cała praca rozpalonego przepływem krwi mózgu, oczu roziskrzonych nadzieją odkrycia – zaklęta w długich szeregach cyfr, wierszy, które przeczyta równy autorowi szaleniec po to, aby nazwać prawa pierwszego błędem, rachunki – fałszem, oczekiwania – ułudą.
A nad obydwoma za lat parę przejedzie potężnie tłoczący walec czasu; ktoś może o nich wspomni, choć dla niego życia w pracach tych nie będzie. (…)
Jakie było to jego życie, za które go chwalono i na wzór dorastającej okolicznej młodzieży podawano; czyli do chwili, kiedy po raz ostatni z murów wszechnicy zabrzmiały za nim hasła świetnej młodości, nie był to jeden nieprzerwany upadek, powolne pogrążanie w trzęsawisku codziennych trosk i codziennych rozkoszy? Czyż od dnia, kiedy rozpoczął samodzielny żywo i wstąpił do fabryki, początkowo jako bezpłatny praktykant, miał chociaż jedną chwilę, o której mógłby powiedzieć” „Stój jesteś piękna”?
O tak, przebiegał szybko stopnie hierarchii fabrycznej, aż dziś stanął na jej niewysokim szczycie; miał coraz więcej pieniędzy i coraz mniej marzeń, i nadziei, jadał coraz lepsze kolacje, spędzał noce u coraz droższych dziewczyn. To były rozkosze jego kawalerskich czasów; a prace? Pracował nad farbowaniem perkalu od rana do wieczora, wynalazł nowy błękit, doglądał biblioteki, założył szkółkę. Pusta sala czytelnicza i szkółka z dziesięciorgiem nowych dzieci, to było wszystko, co w życiu swym stworzył i czego dokonał.
Później znudziły go kolacje i dziewczyny, znudziła samotność obszernego mieszkania, więc postanowił się ożenić. On, którego wyśmiewali trochę koledzy za romantyzm, za to, że szukał w kobiecie poezji, niepowszedniego wdzięku, ożenił się z najprzeciętniejszą panną, córką swego byłego zwierzchnika, ożenił z nudów i przyzwyczajenia, bo swoją przyszła co dzień przy obiedzie widywał. (…)
I poczuł nagle dziką złość do kobiety, która była jego żoną, za dziesięć lat spokojnego filisterskiego szczęścia w zawsze ciepłych i zawsze otwartych ramionach. Nie, nie miał racji złoszczenia się. Czyż nie dbała o jego wygody, czyż nie dawała mu dowodów uległości, czyż nie obdarowała go dwojgiem dzieci, które od lat ośmiu krzykiem i kłótniami dziecięcymi zapoznawały go z rozkoszami ojcostwa? Myśl o dzieciach przywiodła mu na pamięć, że obiecał był wcześniej do domu powrócić i po obiedzie z rodziną udać się do pobliskiego lasu. (…)
Dom
Dyrektor wyszedł gwałtownie z sali. Chciał iść, gdzie bądź w pole, mimo woli tyluletnim przyzwyczajeniem wiedziony skierował się przez podwórze do domku swego naprzeciw fabryki. Nie widział ukłonów składanych mu przez robotników i oficjalistów, przeszedł ogródek, który dworek jego otaczał i przez podjazd szybko wbiegł na schody, prowadzące do mieszkania; nerwowo, silnie dwukrotnie zadzwonił. Po chwili drzwi się otworzyły, w drzwiach ukazała się sama pani domu, elegancko ubrana, w ręku trzymała miotełkę – znak, że mimo kokieteryjnego stroju, gospodarskich spraw jeszcze nie ukończyła.
Powitała męża zwykłym uśmiechem i wyciągnęła doń usta dość jeszcze świeże i ponętne. Dyrektor nie miał jednak humoru do pieszczot. Na uśmiech nie odpowiedział, usta pocałował machinalnie bez zwykłej czułości i nic nie mówiąc wszedł do swego gabinetu. Żona nie próbowała nawet pytać o przyczynę złego humoru, wiedziała, że mąż najłatwiej sam się uspokaja, zamknęła więc drzwi i do przerwanej roboty wróciła.
Dyrektor tymczasem daleki był do uspokojenia, przeciwnie, spotęgowały się jeszcze rozstrój i niezadowolenie z siebie w domu, gdy codzienne życie mocniej go objęło. Przeszedł kilkakrotnie pokój szybkimi krokami, rzucając dla siebie tylko zrozumiałe wyrazy; w końcu zmęczony usiadł przy biurku i znów zagłębił się w ponurą zadumę. Tak, zmarnował życie, czuł to aż nadto dobrze, za późno już, teraz gdy czwarty krzyżyk do ziemi go przygniata, nowe zaczynać. Zresztą, czyż warto? Gdzież pewność, że nie byłby po raz drugi zawiedziony gorzej niż teraz? (…)
Bezcelowy wzrok podniósłszy z ziemi, obrzucał nim cały pokój: wstrętne mu były drogie obicia, sztychy na ścianach, świecidełka stojące na biurku, te wszystkie oznaki średniej zamożności, upiększającej swe siedlisko parodią bogactwa i sztuki. Od figurki saskiej wzrok jego przesunął się po biurku i padł na rozłożoną książkę. Książka ta zwróciła jego uwagę. Przypomniał sobie, że ubiegłego dnia wieczorem czytał w gabinecie, lecz co, nie pamięta. Wziął rozwartą książkę, spojrzał na nią – był to tom poezji Krasińskiego. Oczy jego błądziły chwile po otwartej stronie, w koncu zatrzymały się, jakby przykute: „Trzeba być Bogiem lub nicością”!
Tak, gdyby nawet całkiem inaczej życiem swym pokierował, niezadowolenie, wieczny wielkich żądań towarzysz, nie odstąpiłoby go ani na chwilę. Teraz zrozumiał jasno – „Trzeba być Bogiem lub nicością”. Bogiem niemożliwe, nicością zostać łatwo. Jedna krótka chwila bólu, chwila pasowania się życia ze śmiercią i później wieczna noc, i zniknie, i rozprószy się jak zdmuchnięty płomień.
Pociągnęła go ta myśl. Na próżno nadludzkim wysiłkiem duszy chciał odczuć to, co będzie czuł, gdy czuć przestanie, chciał odczuć siebie jako zimnego trupa, wyobraźnia smagana biczem woli, cofała się z drżeniem przed nieuchwytnością śmierci. A jednak przeraźliwy spokój i cisza nęciły go coraz więcej. Leżeć tak z zamkniętymi oczami, z rozchylonymi ustami, z pogardliwym uśmiechem dla wszystkich rozkoszy i zgryzot, które po jego śmierci, jak dawniej, będą dusiły ludzi w wiecznej ze sobą walce; wyrwać się wszystkim myślom, które dręczą, uciec tam żalowi za młodością, za siłami, które znikły, za marzeniami, które się rozpłynęły – co za rozkosz, czyż nie przyjemnie, że śmierć jego zadziwi wszystkich, śmierć człowieka, który był bogaty, młody, szczęśliwy, że go zaczną podziwiać, nim nie nazwą głupcem lub wariatem, bo rozumieć nie będą?
Dyrektor otworzył szufladę, wydobył mały błyszczący rewolwer i z uwagą zaczął mu się przypatrywać. Rewolwer był nabity: jeden otwór bębenka ukryty w lufie, pięć innych świeciło niklowymi stożkami kul. Dość zbliżyć lufę na odległość cala, potem jedno pociśnięcie, jeden błysk i grom, jedno uderzenie krótkie i druzgocące, a kula przebije skórę, wciśnie się w warstwę mięśni, strzaska szaniec kości, aż zmęczona walką, obmyta w krwi spocznie w miękkich zwojach mózgu. Z dziwną lubością zatrzymał się na tym obrazie.
Widział się leżącym na kanapie z ustami szeroko rozwartymi, pełnymi na wpół skrzepłej krwi, z rysami wykrzywionymi przez ból, z ręką daleko odrzuconą, z rewolwerem w kurczowo zaciśniętej dłoni. Widział naokoło siebie domowników, zbiegłych na odgłos strzału, żonę ze łzami w oczach, dzieci przerażone nowością widoku, sługi, zaglądające ciekawie przez uchylone drzwi i gdy naokoło niego krążył będzie ten cały tłum, pełen zgryzot i kłopotów, które już jutro inne zastąpią, pełen szczerego smutku, skazanego na prędkie porzucenie, on leżeć będzie spokojny i pogardliwy. Nawet ta myśl, która często głowę mu rozsadza, ta myśl, że śmierć - to ostateczny koniec jego istnienia, nawet ta myśl, która dziś jest w nim nie przeciśnie przez spokój grobu. (…)
Obiad
Nagle zapukano do drzwi. Cienki dziecięcy głosik odezwał się:” Tatusiu, mama prosi na obiad”. Na dźwięk głosu dyrektor wzdrygnął się i rewolwer prędko rzucił na stół, jak żak schwytany na gorącym uczynku. Spojrzał na zegarek. Była druga: obiad podano punktualnie, godzinę już rozkoszował się przedsmakiem śmierci. Ale teraz wykonać zamiar jawnym było niepodobieństwem. Cały obraz, który sobie wymarzył mógłby ulec zmianie i zresztą dziecko przeraziłoby się strzału i strasznego widoku trupa. Nie iść na obiad nie można, przyjdzie żona i zapyta o powód, zobaczy rewolwer; jeśli się domyśli lub przeczuje zaczną się płacze i spazmy. Najlepszym więc zdało mu się udać spokój i siąść do stołu, a zamiaru zaraz po obiedzie dokonać.
Dyrektor wstał, twarz do zwykłego wyrazu ułożył, rewolwer schował i wyszedł do jadalnego. Dzieci pocałowały go w rękę i zaczęły gwałtownie wspinać się na swe krzesełka. Jadalnia mimo jego woli przyjemne na nim sprawiła wrażenie: uderzyły go miłe, jasne tapety, których barwę podnosiło łagodne światło słoneczne przecedzone przez gęste story, uderzył go zapach róż z bukietu stojącego na kredensie. Duży stół czysto był nakryty i symetrycznie zastawiony srebrnymi przyborami; na środku pyszniła się waza, pokrywa broniła jeszcze parze wydostać się z ukrycia i roznieść po pokoju woń podanej zupy.
Cały ten widok zamożnej jadalni podczas smacznego obiadu bił żywo w najgłębsze struny ludzkie, zdawał się wysławiać wszystkie rozkosze jedzenia jak zachwycone nozdrza rozszerzają się z lubością, aby wciągnąć podniecający aromat; język wybredny kochanek, krótko się pieści z każdym kąskiem, lecz i w szybkim uścisku potrafi wyssać całą skalę uniesień; żołądek mniej zręczny i gibki zadawalać się musi odpadkami języka, aż wreszcie z lekka wzdęty nakaże koniec biesiadzie. Ciepłe strumyki rozchodzą się po całym ciele tysiącznymi korytami do serca i mózgu, do piersi i ręki biegnie od żołądka radosna wieść, dobra nowina: „Jestem zdrów i pełen”. Serce chciało kochać i cierpieć, mózg – zwyciężać i ginąć, ręka – tworzyć i opadać; żołądek zmusił ich do milczenia, on sam tylko jest panem.
Dyrektor siadł. Czuł, że myśli, które w głowie ułożyły się w systemat i żądały wniosku, pierzchły jakby rozprószyły się w nicość; czuł, że ten on, który z zimną krwią przykładał rewolwer do ust, wymknął mu się, na próżno go przywoływał; czuł, że gdyby nim był teraz, wśród żony i dzieci, udawałby tylko. Chciał się gniewać na siebie i oburzać – nie mógł.
Rozlano zupę. Żona wybrała mu najładniejsze, najcieńsze uszka. Machinalnie wziął łyżkę, zanurzył w talerz i podniósł do ust. Gorący, ostry, zaprawny korzeniami barszcz, jak bardzo lubił, połechtał mu podniebienie. Myśli, które jak ćmy płomień otaczały go przed godziną, pierzchły jeszcze dalej, jeszcze jedna łyżka – już ich nie widać, tylko cień och padał mu wciąż na duszę; jeszcze jedna i cień zniknął, jak ostatnia chmura po letniej burzy.
Dyrektor się uśmiechnął. Był to znak pożegnania dla znikomych przywidzeń, pobłażania dla siebie; z tym uśmiechem spojrzy teraz w przeszłość. Wziął jeszcze parę łyżek, zaśmiał się do zony, poklepał ją po ramieniu i do dzieci zawołał: „No dzieci zaraz po obiedzie mi się ubrać i marsz na spacer”. Barszcz był tak smaczny.
Jan Sten, czyli Ludwik Bruner (1871-1913) – chemik, krytyk literacki, poeta, nowelista, tłumacz, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Autor: Sławomir Saładaj