www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 62 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Rok 1914

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W listopadzie 1914 roku pod Pabianicami zadebiutowała w walce z Niemcami nowa jednostka armii rosyjskiej – zmotoryzowana kompania karabinów maszynowych (автомобилъная пулеметная рота) – dowodzona przez pułkownika lejbgwardii Aleksandra Nikołajewicza Dobrzańskiego. W boju odznaczył się także dowódca plutonu sztabskapitan Paweł Wasilewicz Gurdow. Pabianice jako miejsce bohaterskich wydarzeń wojennych przeszły do historii rosyjskiej broni pancernej i wojsk zmechanizowanych.

Aleksander N. Dobrzański (ur. 19 kwietnia 1873 r. w guberni tyfliskiej, imperium rosyjskie, zm. 15 listopada 1937 r. w Paryżu, Francja), oficer rosyjskiej, carskiej armii. Uczestnik pierwszej wojny światowej. Generał-major (1917). Kawaler Orderu Świętego Jerzego. Współtwórca rosyjskich wojsk zmechanizowanych. Dowódca 1. Zmotoryzowanej Kompanii Karabinów Maszynowych – pierwszego w dziejach armii rosyjskiej pododdziału pojazdów opancerzonych.

A. N. Dobrzański urodził się w rodzinie polskiej szlachty. W 1891 r. ukończył szkołę kadetów w Tyflisie (obecnie niepodległa Gruzja) a w 1893 r. 2. Konstantynowską Szkołę Wojskową 1. kategorii. W 1900 r. odbył kurs języków wschodnich w Departamencie Azji MSZ. Służbę wojskową rozpoczął w stopniu podporucznika w 149. Pułku Czarnomorskim i w. 1.Kaukaskim Batalionie Strzelców Jego Carskiej Wysokości. Następnie w 1896 r. wstąpił do Egerskiego Pułku Lejbgwardii. W 1897 r. - porucznik gwardii, w 1901 – sztabskapitan, a od 13 kwietnia 1914 r, pułkownik gwardii.

22 września 1914 r. pułkownik lejbgwardii A. N. Dobrzański został dowódcą 1. Zmotoryzowanej Kompanii Karabinów Maszynowych – pierwszej w historii kompani pojazdów opancerzonych. Oddział powstał w krótkim czasie. Dobrzański osobiście uczestniczył w realizacji projektu autorstwa inżyniera A. J. Grauena. Organizował kompanię i poprowadził ją także w pierwszy bój. Już 19 października 1914 r. kompania składająca się z ośmiu pojazdów opancerzonych wyprodukowanych na bazie rodzimego podwozia Russo-Bałt. typu C, ciężkiego pojazdu armatniego Mannesman – Mulag, oraz nieopancerzonych ciężarówek Benz i Oldice wyruszyła na front.

Efekty działania nowej jednostki były oszałamiające. Już w pierwszych poważniejszych starciach w okolicach Łodzi 9-10 listopada 1914 r. uwidoczniła się niezwykła skuteczność pojazdów opancerzonych. Przykłady waleczności żołnierzy i oficerów kompani pułkownika Dobrzańskiego były wprost wzorcowe. Wieści o sukcesach pojazdów opancerzonych zostały przyjęte przez społeczeństwo rosyjskie z dumą i entuzjazmem. Zasługi pułkownika Dobrzańskiego są niepodważalne.

14 marca 1917 r. Dobrzański otrzymał Order Świętego Jerzego IV klasy (Военны Орден Св. Великомученика и Победоносца Георгия) „za to, że będąc dowódcą 1. Zmotoryzowanej Kompanii Karabinów Maszynowych, 20 listopada 1914 dowiedziawszy się od dowódcy 2. plutonu sztabskapitana Szulkiewicza o przerwaniu naszego frontu na flance 19. korpusu armijnego, kazał zawiadomić o tym fakcie dowódcę tegoż korpusu, a sam osobiście zameldował się w sztabie 2. armii. Otrzymał na swoją prośbę, rozkaz ześrodkowania w Pabianicach plutonów kompani rozproszonych po drogach wychodzących z Łodzi. Wrócił do Pabianic i rozpoczął, pod ostrzałem nieprzyjaciela, w odkrytym aucie rozpoznanie dróg, aby sprawdzić ich przejezdność i wybrać miejsca dogodne dla urządzenia zasadzek z udziałem pojazdów opancerzonych.

Nocą wysłał plutony na upatrzone pozycje. Kiedy rankiem 21 listopada Niemcy zaczęli oskrzydlać 19. korpus armijny, trzy kolumny nieprzyjaciela w okolicy wsi Karolew napotkały pluton pojazdów opancerzonych sztabskapitana Gurdowa, który przyjął ich ogniem karabinu maszynowego i odrzucił.. Gdy Niemcy ponowili atak, wpadli w drugą zasadzkę (2. pluton) i ponieśli wielkie straty. W ten sposób siłami swojego pododdziału pułkownik Dobrzański w krytycznym momencie walki odparł nieprzyjaciela, który dążył do obejścia flanki 19. korpusu armijnego. Dzięki temu zapewnił korpusowi możliwość utrzymania swoich pozycji.' ( rozkaz do żołnierzy 2. armii nr 1806 z 26 listopada 1914).

Za czyny bojowe dokonane pod Pabianicami 20 i 21 listopada 1914 r. Orderem Świętego Jerzego IV klasy odznaczono także dowódcę 4. plutonu sztabskapitana Pawła W. Gurdowa . Odznaczono również Krzyżami Świętego Jerzego 12 niższych rangą wojskowych, uczestniczących w walce pod Pabianicami.

Paweł Wasilewicz Gurdow (17.10.1882- 12.02.1915) przyszedł na świat w rodzinie dyrektora Bakijskiej Agencji Morskiej, ukończył gimnazjum klasyczne i szkołę realną w Baku, a w 1905 Mikołajewską Szkołę Inżynieryjną w stopniu podporucznika. Służbę rozpoczął w kompanii minerskiej w twierdzy Sweaborg (obecnie niepodległa Finlandia). Otrzymał pierwsze trudne zadanie: wraz z grupą nurków przeszukiwał zatopiony statek „John Grafton”, którym rewolucjoniści przemycali broń i amunicję, mając nadzieję na wzniecenie zamieszek wśród żołnierzy. Zadanie wykonał w sposób nienaganny. Młodego oficera na jacht „Gwiazda Polarna” zaprosił car, który wysłuchał relacji z przebiegu akcji. Jednak nurkowanie zimną jesienią w Bałtyku źle wpłynęło na jego stan zdrowia. Kilka miesięcy przebywał na leczeniu w Petersburgu i za granicą. Po powrocie, ku swojemu zdumieniu, dowiedział się, że jego podwładni uczestniczyli w antycarskim buncie,

W 1906 roku został skierowany na studia w Oficerskiej Szkole Elektrotechnicznej. Otrzymał stopień porucznika. Imponujące postępy w nauce, sprawiły, że pozostał na tej uczelni, jako instruktor minerstwa. Za udział w przeszukiwaniu wspomnianego statku oraz wysokie wyniki w szkoleniu nagrodzono go Orderem Świętej Anny. Gurdow miał nienaganne maniery, toteż był mile widzianym bywalcem salonów Petersburga. Pisał wiersze i uczył się gry na wiolonczeli u wybitnego muzyka A. W. Wierżbiłowicza (выдающися виолончелист).

Interesował się również najnowszymi zdobyczami techniki, zwłaszcza w domenie motoryzacyjnej.. Odbył także szkolenie dla dowódców floty podwodnej, ale na początku wojny został przydzielony do kompanii pojazdów opancerzonych. Osiem wozów zdołano wyprodukować na przełomie sierpnia i września 1914 r. Ostatecznie kompania składała się z pięciu plutonów – dowództwo, 10 oficerów, 127 żołnierzy oraz 8 wozów opancerzonych, 12 pojazdów lekkich, 7 samochodów ciężarowych, reflektora i lazaretu. Sztabskapitan Gurdow objął dowództwo 4. plutonu - 25 żołnierzy, 5 pojazdów.

12 października 1914 wyjątkowego przeglądu jednostki dokonał car na dziedzińcu swojego pałacu. 26 października kompania przybyła do Warszawy i została rozlokowana w Cytadeli Aleksandrowskiej. 4. pluton znajdował się w dyspozycji sztabu 14. dp i 158. pp 40 dp. W dniu 11.11.14 r. pluton poruszał się po szosie Stryków – Zgierz i został ostrzelany z okopów nieprzyjaciela. Odpowiedział ogniem i odjechał w stronę Bratoszewic. 19.11.1914 r. dwa razy zbliżył się do okopów przeciwnika uniemożliwiając ostrzał karabinowy. 20-21.11.1914 r. pluton znalazł się dyspozycji dowódcy 19. korpusu. Walczył pod Pabianicami. Gurdow został lekko ranny w szyję, ale nie opuścił placu boju. Wyeliminowano z walki dwa pułki wroga. Sztabskapitan wjechał w szeregi niemieckie i rozpoczął dwufazowy ogień z 4 karabinów maszynowych. Jednak z tak bliskiej odległości kule wroga dziurawiły pojazdy. Załogi wozów odniosły rany.

Za bój pod Pabianicami Gurdow dostał Order Świętego Jerzego. W rozkazie podkreślono, iż sztabskapitan nieubezpieczany przez jednostki piechoty wyjechał z Pabianic na szosę prowadzącą do Łasku. Zbliżył się na odległość 150 kroków do oddziałów niemieckich i zniszczył je. Nie opuścił miejsca walki mimo odniesionej rany, co więcej uszkodzone pojazdy nie dostały się w ręce wroga. (rozkaz nr 1806 z 25 11.1914)

25.01.1915 po remoncie pojazdów w Warszawie pluton przydzielono do 1. Syberyjskiego Korpusu Armijnego. 10.02.1915 r. jednostka uczestniczyła w starciu niedaleko Makowa Mazowieckiego. Pluton ostrzelał okopy przeciwnika i nie poniósł strat. 12.02.1915 r. w rejonie Dobrzankowa wyszedł na spotkanie czterech pułków niemieckich. Tam też Gurdow otrzymał śmiertelną ranę. 18.02.1915 r. został pochowany w Petersburgu na cmentarzu Aleksandryjsko-Newskiej Ławry. Pośmiertnie nagrodzono go szablę Św. Jerzego (Георгиевские оружие) i Orderem Św. Anny IV klasy z napisem „za męstwo” oraz awansowano na stopień kapitana. 13.03.1915 r. z fabryki w Iżorsku przybyły do kompanii trzy nowe pojazdy opancerzone, jeden z nich, armatni pojazd pancerny, otrzymał imię „Kapitana Gurdowa”.

W listopadzie 1914 r. w Pabianicach znalazł się przez chwilę także Borys Michałowicz Szaposznikow (1882 -1945). Absolwent Aleksejewskiej Szkoły Wojskowej w Moskwie. Służbę rozpoczął w 1. Turkiestańskim Batalionie Strzelców w Taszkiencie . W latach 1907-1910 studiował w Akademii Sztabu Generalnego. W 1912 r. został starszym adiutantem w sztabie 14. dywizji kawaleryjskiej w Częstochowie. W 1917 roku otrzymał stopień pułkownika i objął dowództwo Mingrelskiego Pułku Grenadierów. W 1918 jako jeden z pierwszych oficerów carskich wstąpił do Armii Czerwonej. Uczestnik wojny domowej. Członek sądu wojskowego, który wydawał wyroki śmierci na wyższych dowódców radzieckich w latach 30. Strateg i teoretyk wojskowości. Działacz partyjny. Szef sztabu Armii Czerwonej. Opracował plan inwazji na Polskę 17.09.1939 r. Komendant Akademii Wojskowej im. M.W. Frunzego. Marszałek ZSRR.

W swoich wspomnieniach Szaposznikow (Шапошников Б.M. „Воспоминания”) opowiada o chaosie jaki zapanował na terenie działań wojennych wokół Pabianic.

O tym, że wojska nie orientowały się w sytuacji, przekonuje następujący fakt. W jednej z miejscowości na zachód od Dłutowa spotkaliśmy dowódcę 7. dywizji piechoty pułkownika Dowbor - Muśnickiego. Dywizja wchodziła w skład rezerwy armijnej. Powiedzieliśmy pułkownikowi, że wykonujemy marsz w rejon stacji Rokiciny. - Ot, mądre dowództwo – ironicznie zauważył – Dowbor - Muśnicki. - Za linię przedarły się tylko dwa szwadrony Niemców, a my ściągamy cały korpus konny. Erdeli był przekonany, że pułkownik ma rację.

Dzień chylił się ku zachodowi. Dowódcy naszych brygad otrzymali meldunki od swoich zwiadowców, że nie tylko rejon Rokicin, ale także miejscowości na zachód od Tuszyna zajęła piechota przeciwnika, która ostrzeliwuje nasze patrole konne. Nie mieliśmy wątpliwości, że przeciwnik dysponuje siłą większą niż dwa szwadrony. Erdeli zapytał mnie gdzie jest nasza artyleria. - Pewnie przeszła Łask – powiedziałem (nie miałem najnowszych meldunków od dowódcy dywizjonu artylerii).

Wraz z nastaniem nocy dwie brygady 14. dywizji były zobowiązane zatrzymać się w rejonie Budy Dłutowskie - Rokiciny i pięć, siedem kilometrów na zachód, i południowy-zachód od Tuszyna zajętego przez Niemców. Na pó łnocny-wschód od rejonu gdzie znajdowała się dywizja, nasz zwiad odkrył stanowiska piechoty przeciwnika. Nie było wiadomo, gdzie jest 8. dywizja kawalerii, artyleria i sztab korpusu.

Niezwłocznie wysłałem patrole zwiadowcze do Pabianic, żeby odtworzyć łączność z naszymi jednostkami. Erdeli niepokoił się brakiem artylerii. Rankiem 8 listopada miała się rozpocząć walka, a artylerii nie było. Dowódca dywizji pytał ciągle, czy przybyła artyleria. Niestety, nie mogłem udzielić odpowiedzi, bo nie miałem stosownych meldunków. Erdeli na pewno przypomniał sobie moje ostrzeżenia, żeby nie wypuszczał ze swoich rąk artylerii. Ale rzecz nie w usprawiedliwieniach.

Trzeba było koniecznie odzyskać artylerię. Z tego powodu wysłałem jeszcze raz specjalny patrol konny w stronę Pabianic i Rzgowa. W tym czasie ze sztabu korpusu przyszły dwa rozkazy: 1.) 8 listopada , bez względu na okoliczności, zająć Tuszyn, 2.) przekazać rozkaz dowódcy 2. armii, żeby 10. dywizja szła na Tuszyn i dalej na Wiskitno. 10. dywizja znajdowała się na północ od Piotrkowa. Przekazałem Erdelemu oba rozkazy. Pierwszy mogliśmy wypełnić pod warunkiem wsparcia artyleryjskiego. Postanowiliśmy wykonać drugi rozkaz.

Aby nawiązać łączność z 10. dywizją nakazałem wyłonić z każdego pułku konne patrole oficerskie. Dowódcom patroli pokazałem na mapie nasze położenie i prawdopodobne miejsce stacjonowania 10. dywizji piechoty. Nazwisk dowódców patroli nie pamiętam. Zapamiętałem tylko jedno nazwisko, dobrze mi znanego z manewrów w 1913 r., chorążego 14. Dońskiego Pułku Kozaków, Lestiewa.

Odprawiłem patrole i położyłem się, żeby odpocząć, kiedy do mojej izby wpadł dowódca dywizjonu artylerii podpułkownik Arciszewski. Powitałem go ostrymi słowami, zarzucając mu opieszałość. - Dlaczego się wściekasz – powiedział niewzruszony Arciszewski – Kiedy wy spaliście, ja już walczyłem. - Gdzie ty wojowałeś? - zapytałem. Arciszewski wyjaśnił, że przemieszczał się za 8. dywizją kawaleryjską. W Pabianicach wpadł w potok taborów jadących drogą ze wschodu na zachód. W tym potoku Arciszewskiego dostrzegł dowódca 1. Korpusu Syberyjskiego, generał Pleszkow, jadący autem w kierunku wschodnim. Pleszkow rozkazał Arciszewskiemu iść w stronę Rzgowa i wspierać 8. dywizję kawalerii. Arciszewskl wyruszył z Pabianic do Rzgowa, nawiązał kontakt z dowództwem 8. dywizji, zajął pozycje ogniowe i do wieczora ostrzeliwał Niemców, uniemożliwiając wyprowadzenie ataku ze Rzgowa.

Wydarzenie rozgrywające się wokół Pabianic obserwowała prasa niemiecka. Korespondenci wojenni podkreślali zbyt duże, według nich, straty przeciwnika. Na jednego poległego żołnierza niemieckiego przypadało dziesięciu sołdatów rosyjskich.

Deutsche Allgemeine Zeitung

Berlin, 12 grudnia 1914. Rosjanie opuścili Łódź po cichu, bez żadnej walki, niezauważenie. Był to jednak rezultat uprzedniej, trzydniowej walki. Rosjanie ponieśli dotkliwe straty zwłaszcza ze strony naszej ciężkiej artylerii. Okopy rosyjskie były dosłownie wypełnione po brzegi poległymi żołnierzami. Nigdy dotąd, nawet pod Tannenbergiem, nasze oddziały nie szły po trupach rosyjskich, tak jak podczas działań wojennych wokół Łodzi, Łowicza, a szczególnie między Pabianicami a Wisłą.

Chociaż to my atakowaliśmy, nasze straty były o wiele mniejsze. Podczas głośnego ataku na nasz 25. Korpus Rezerwowy straciliśmy tylko 120 żołnierzy. Tymczasem w bitwie o wzgórze na południe od Lutomierska zginęło 887 Rosjan. W dotychczasowych walkach w Polsce Rosjanie stracili 150 tys. żołnierzy, w tym także 80 tys. jeńców przewiezionych koleją do obozów internowania w Niemczech.

Miasto Łódź nie ucierpiało wcale w trakcie walk. Zniszczenia są widoczne na obrzeżach miasta, ale śródmieście zostało nietknięte. Grand Hotel tętni życiem, a elektryczny tramwaj kursuje bez przeszkód.

Unikalną relację z początku wojny przynosi Stefan Bogusławski „1914-1915, Wojna w Polsce: relacje świadka, lekarza Czerwonego Krzyża”. Do Pabianic Niemcy wkroczyli 20 sierpnia, ale już 27 sierpnia wrócili Rosjanie, którzy pozostali do początku października. Uciekli znowu przed Niemcami, jednak powrócili 30 października i pozostali do 12 grudnia.. Odtąd aż do końca wojny miasto znalazło się pod okupacją niemiecką.

Koło południa byliśmy w Łasku. Miasteczko to, choć na pozór spokojne, z pewną trwogą oczekiwało nadejścia Prusaków, gdyż przejeżdżający uciekinierzy z okolic Sieradza i Zduńskiej Woli, dążąc przez Łask do Łodzi, o zbliżaniu się Niemców mieszkańcom opowiadali. Między godziną drugą a trzecią tegoż dnia, to jest w poniedziałek, byliśmy już w Pabianicach, właśnie w chwili, kiedy policja i władze rosyjskie już po raz wtóry uciekały z miasta. Na rynku, obok stacji kolejki elektrycznej tłumy ludzi czekały, chcąc jechać do Łodzi. Dwa pociągi tramwajów elektrycznych były przygotowane dla urzędników i policji, a burmistrz miejscowy – Polak, z harapnikiem w ręku, bardzo usłużny i uniżony dla urzędników i oficerów policyjnych, ordynarnymi słowy zwracał się czekającej publiczności, grożąc aresztem każdemu, kto się odważy siadać do wagonów.

Wreszcie policja uciekła, publiczność zaś została, nie wiedząc, czy nadejdzie jeszcze dziś jaki pociąg tramwajowy, bo mówiono o zawieszeniu komunikacji, a pośród czekających było dużo ludzi o zmęczonych, wynędzniałych i zgłodniałych twarzach; kobiet i dzieci, uciekających z miejsc zajętych przez Niemców.

Nie mogąc się dostać do tramwaju, najętą w Pabianicach dorożką przyjechaliśmy pod wieczór do Łodzi. Była to chwila, kiedy z Łodzi po raz drugi już uciekły policja i władze, poczta i bank państwowy. 

O wydarzeniach wojennych 1914 roku na terenie Pabianic i okolic informowały dzienniki łódzkie – Rozwój, Nowa Gazeta Łódzka, Prąd, Gazeta Wieczorna. Miasto zajmowali na przemian Rosjanie i Niemcy. W sierpniu przez tydzień przebywali tutaj żołnierze niemieccy, którzy spotkali się z entuzjastycznym powitaniem części mieszkańców. Już jednak Rozwój w wydaniu z 29 sierpnia publikuje ogłoszenie, podpisane przez rosyjskiego generała, o nałożeniu na mieszkańców kontrybucji za sprzyjanie Niemcom. Do czasu zebrania odpowiedniej kwoty, 9 obywateli miasta zatrzymano w ratuszu (obecnie muzeum) w charakterze zakładników. Ale nie na długo, 8 października Rozwój informuje o zajęciu Pabianic przez armię niemiecką. Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. 30 października pabianiczanie witają Kozaków dońskich i pułk krasnojarski. Tysiące mieszkańców owacyjnie przyjmowały żołnierzy rosyjskich przed ratuszem. Znowu wróciła sprawa nie zapłaconej kontrybucji z sierpnia 1914 roku. Aczkolwiek sukcesy armii niemieckiej na froncie sprawiły, że po rządach rosyjskich w mieście pozostały jedynie wspomnienia. Prąd z 15 grudnia pisał, że na stanowisko komendanta wojennego miasta Pabianic mianowano generała von Schmidta. W okresie działań wojennych mieszkańcy znaleźli się w trudnym położeniu materialnym. Brakowało pracy i chleba, ale zamożniejsi mieszczanie uczestniczyli m. in. w imprezach teatralnych, z których dochód dedykowano osobom potrzebującym pomocy.

19.08.1914 (Rozwój)

Do Pabianic wszedł dzisiaj podjazd pruski, złożony z ośmiu koni, z tych sześciu pojechało do Rydzyn, a dwóch do Łasku.

20.08.1914 (Nowa Gazeta Łódzka)

Niemcy w okolicy Pabjanic. Podjazd niemiecki, po wyjeździe z Pabianic, zatrzymywał się w okolicznym majątku Widzew, gminy tejże nazwy, następnie Niemcy udali się do miejscowości Młodzieniaszek.

Po drodze Niemcy wypytywali się o wojska rosyjskie. Żołnierze niemieccy władają językiem polskim i pochodzą ze Śląska. Od Młodzieniaszka Niemcy zawrócili na Dłutów.

21.08.1914 (Rozwój)

W dniu wczorajszym wkroczyły do Pabianic oddziały niemieckie, składające się z kawalerii i artylerii w sile około 6 tysięcy ludzi. Rozlokowano się w mieście i w Górce Pabianickiej. Ruch tramwajów chwilowo został przerwany.

22.08.1914 (Nowa Gazeta Łódzka)

Z Pabjanic. Wczoraj rano oddział wojsk niemieckich składający się przypuszczalnie z 10 tys. ludzi piechoty z kartaczownicami, kawalerii i artylerii przeszedł przez miasto, zmierzając niewiadomo dokąd. Z obranego jednak początkowo już kierunku wnosić można, że oddział ten ma zamiar Łódź ominąć. Zaznaczyć wypada, że w skład tego większego oddziału niemieckiego wchodzą też niewielkie oddziały wojsk austriackich.

28.08.1914 (Rozwój)

Komunikacja telefoniczna pomiędzy Łodzią, Pabianicami, Łaskiem i Zduńską Wolą została przywrócona. Z komunikacji tej korzystają na razie osoby urzędowe..

29.08.1914 (Rozwój)

Na ulicach miasta Pabianic w dniu 27 b. m. rozlepiono następujące ogłoszenie:

Do Magistratu miasta Pabianic!

Za przesadną gościnność, okazaną przez ludność niemiecką i żydowską wojskom niemieckim, za ścisłe wypełnianie bezprawnej instrukcji rządu niemieckiego, za przyjmowanie i dopuszczenia w obieg bonów niemieckich, zamiast rosyjskiej waluty pieniężnej i bezprawne odbieranie od ludności broni – rozkazuję, aby magistrat miał zakładników: Herszlika syna Abrama Fausta(fabrykanta wyrobów wełnianych), Józefa syna Chaima Adlera (ul. Poprzeczna nr 5), Izaaka Pinkusa Kleczewskiego (właściciela domu przy Starym Rynku nr 6), Borucha Bera (właściciela domu przy ul. Kościelnej nr 12), Józefa Lejbę Adlera (ul. Warszawska nr 27), Karola syna Karola Kolbe (fabrykanta wyrobów rymarskich przy ul. Warszawskiej 73), naczelnika straży ogniowej, Feliksa syna Hermana Krusche, radnego magistratu Ludwika syna Wilhelma Schweikerta i Artura syna Hermana Prajsa (właściciela domu oraz fabrykanta, ul. Nowa nr 11), których jako aresztowanych zatrzymać w magistracie do czasu rozporządzenia administracji rosyjskiej; tudzież z ludności niemieckiej i żydowskiej miasta Pabianic zebrać 50.000 rubli, które magistrat ma przekazać warszawskiej kasie gubernialnej za pokwitowaniem.

Naczelnik Oddziału Świty Jego Carskiej Mości

Generał-Major von Hilenszmit

Za zgodność z oryginałem: p. o. Burmistrza Pabianic – radca tytularny Ziółkowski. Sprawdził Sekretarz Sikorski. m. Pabianice 14(27) sierpnia 1914 r.

Administracja fabryki Towarzystwa Akcyjnego R. Kindlera w Pabianicach wydaje na zaliczkę przyszłych zarobków swym robotnikom po pół litra mleka dziennie na osobę oraz po ćwierć korca węgla kamiennego tygodniowo na rodzinę.

28.08.1914 (Nowa Gazeta Łódzka)

Za filogermanizm. Na ulicach Pabjanic rozklejono dzisiaj obwieszczenie, wyższej władzy wojskowej, z której polecenia aresztowano dziewięciu obywateli miejscowych i nakazano trzymać ich w gmachu ratusza, jako więźniów, do dyspozycji władz administracyjnych, za gościnne przyjęcie, okazane wojskom niemieckim, za wykonywanie ich nieprawnych zleceń i za przyjmowanie waluty niemieckiej w zamian za rosyjskie banknoty państwowe. Ludność niemiecka i żydowska Pabianic za karę za tę gościnność ma zapłacić rodzajem kontrybucji sumę 50.000 rubli.

1.09.1914 (Rozwój)

Poszukiwanie rodziny. P. Marya Moszczeńska z Pabianic prosi osoby powracające z Salzbrunn o listowną wiadomość o synu Stanisławie, który przebywał w willi Rossner.

2.09.1914 (Rozwój)

Z Pabianic wydalono 167 niemieckich i austriackich poddanych, z których wielu posiadało na miejscu znaczne interesy, a nawet nieruchomości.

28.09.1914 (Rozwój)

Ogłoszenie. Dowodzący wojennymi siłami generał Charpentier podaje do wiadomości: Rozkazałem oddawać pod sąd wojenny i strzelać do każdego, kto by przechodził linie: Gostynin – Kutno – Łęczyca – Zgierz – Łódź & ndash; Pabianice – Piotrków. Przekupniów, którzy by kupowali ruchomości od zbiegów z okolic kraju, zajętych przez nieprzyjaciela, generał rozkazuje aresztować i oddać pod sąd polowy. Podpisał: podpułkownik Leontowicz.

7.10.1914 (Rozwój)

Dziś o godz. 12 i pół w południe od strony Pabianic wjechał do Łodzi podjazd niemiecki w sile około 30 koni. Najpierw jechało 8 kawalerzystów, a w pewnej odległości podążała reszta podjazdu.

8.10.1914 (Nowa Gazeta Łódzka)

Wojska niemieckie w Pabjanicach. Onegdaj o godz. 5-ej po południu Przybyło tu od strony Dłutowa 7 ułanów niemieckich. W jednej z masarń kupili sobie kiełbasy, oświadczając jednocześnie sprzedawcy, iż ma on zawiadomić mieszkańców, by przygotowali żywność dla 4 tysięcy ludzi.

Wczoraj przed południem o godzinie 10 i pół przybyło kilku cyklistów wojskowych niemieckich, którzy jednak rychło miasto opuścili. Bezpośrednio za nimi wkroczył silny oddział ułanów w sile 200 koni i 50 cyklistów. Oddziały rozkwaterowały się we wszystkich lokalach rządowych, jak również i w mieszkaniach prywatnych.

Rozkazano przygotować prowiantu na 4 tysiące ludzi i furażu na 500 koni. W mieście daje się odczuwać brak maki. Podczas wkroczenia wojsk ulica została w miejscu postoju tramwaju zamknięta.

8.10.1914 (Rozwój)

Dziś o godz. 8 rano od strony Pabianic przybył do Łodzi wagonem kolei podjazdowej oddział wojska niemieckiego, złożony z 20 żołnierzy. Oddział ten rozlokował się na rynku Geyera. Ruch pociągów na kolejce podjazdowej „Łódź-Pabianice” odbywa się tylko do Rudy Pabianickiej, gdyż pikiety wojskowe nie przepuszczają dalej wagonów.

Onegdejsze posiedzenie właścicieli fabryk w Pabianicach postanowiło, aby dla pomocy biednym robotnikom każda fabryka dawała pewną ofiarę w miarę możności.

15.10.1914 (Rozwój)

Wieczorem z Łodzi odchodzą ostatnie pociągi tramwajów podmiejskich o porze następującej: do Pabianic o 9 minut 5.

16.10.1914 (Rozwój)

Poczta polowa w Pabianicach. Pabianice już od kilku dni z pomocą poczty polowej połączone

są telegraficznie i telefonicznie z miastami w Niemczech oraz miastami w Królestwie, obsadzonemi przez wojska niemieckie.

Panika w Pabianicach. W ubiegły wtorek ludność Pabianic zaalarmowana została silną detonacją , dochodzącą od strony Łodzi. Wywołało to panikę, ponieważ mniemano, iż w okolicy Łodzi toczy się bitwa z udziałem artylerii. Dopiero później wyjaśniło się, ze były to echa wysadzenia zwrotnic na linii kolei kaliskiej.

17.10.1914 (Nowa Gazeta Łódzka)

Zamiejscowe. Z Pabjanic. Daje się odczuwać znaczny brak artykułów pierwszej potrzeby, jak to nafty, soli, cukru. Artykułów tych dostać nie można już w żadnym sklepie i wielu mieszkańców miasta, wobec braku nafty, przez wiele godzin długich wieczorów jesiennych pozostawać musi w ciemnościach.

29.10.1914 (Rozwój)

Aeroplany wojskowe nad Łodzią. Dziś w nocy od strony Sieradza szybował ponad Łodzią aeroplan niemiecki, który udał się w kierunku Brzezin. Jak nam komunikują z Pabianic, razem z aeroplanem, który widziano w Łodzi, do Pabianic przybyły jeszcze dwa inne, które wylądowały pod miastem i nad ranem wyruszyły w kierunku Tomaszowa.

4.11.1914 (Rozwój)

Stowarzyszenie Spółdzielcze „Społem” w Pabianicach, posiadające centralę przy ul. Zamkowej i 13 sklepów filialnych w różnych dzielnicach miasta, rozwija się należycie. Z usług tych sklepów korzystają liczne rzesze robotników, otrzymując po cenach umiarkowanych różne artykuły pierwszej potrzeby w dobrym gatunku i rzetelnej wagi. Obroty we wszystkich sklepach sięgają 6 tysięcy rubli tygodniowo. Pragnąc przyjść z pomocą biednej ludności, towarzystwo „Społem” założyło tanią kuchnię przy ul. Ogrodowej. Kuchnia ta wydaje osiemset obiadów dziennie. Obiad złożony z dużej porcji zupy, mięsa i chleba kosztuje 10 kopiejek. Towarzystwo „Społem” posiada własną piekarnię, która wypieka codziennie 3 000 bochenków chleba.. Za bochenek 6 1 f. chleba pytlowego płaci się 30 kopiejek.

Z fabryk pabianickich. W zakładach fabrycznych Akcyjnego Towarzystwa R. Kindlera czynna jest tylko przędzalnia bawełny przez trzy dni w tygodniu. Zatrudnia ona 600 robotników. Pozostałe oddziały zatrudniające zwykle 1800 robotników są zamknięte.

Robotnicy nieczynnych oddziałów otrzymują od Towarzystwa zapomogi tygodniowe, utrzymujący rodzinę po rublu i 50 kopiejek, mężczyźni i kobiety samotni po rublu, podrostki płci obu po 50 kopiejek.

W tej samej normie zapomogi wypłacane są co tydzień w fabrykach: Akcyjnego Towarzystwa Krusche i Ender, gdzie liczba robotników bez pracy wynosi 4 000; u Singera (250 robotników) i u W. Schweikerta (230 robotników)

5.11.1914 (Rozwój)

W piątek dnia 30 października o godz. 11 wieczorem. czyli w pięć niespełna godzin po przejściu ostatnich oddziałów niemieckich, cofających się na Łask, pojawił się oddział Kozaków dońskich powitany z radością i westchnieniem ulgi przez dyżurujących członków milicji. W sobotę nowe podjazdy konne dały znać o zbliżaniu się pułku krasnojarskiego. Tysiące mieszkańców zebrały się w pobliżu magistratu, gdzie przedstawiciele Komitetu Obywatelskiego urządzili zbliżającym się wojskom powitanie owacyjne.

Onegdaj około cmentarza w Pabianicach, z aeroplanu niemieckiego rzucono bombę, która, zarywszy się w ziemię przechodniom nie zrobiła żadnej szkody. Wybuch tej bomby wywołał tylko popłoch.

Sprawa nałożenia kary na miasto w wysokości 50.000 rubli za przyjęcie wojska niemieckiego, nie została jeszcze skończoną, gdyż śledztwo nie zostało jeszcze ukończone. Jako kaucję na tę sumę złożono 10.000 rubli w listach zastawnych od obywateli miasta.

6.11.1914 (Rozwój)

W Pabianicach wszystkie gmachy rządowe i szkoły przetworzono na szpitale i lazarety Czerwonego Krzyża dla rannych.

11.11.1914 (Rozwój)

Policya i straż ziemska w Pabianicach z rozporządzenia gubernatora objęła swe posterunki i zaczęła pełnić służbę.

Pabianice po raz wtóry zostały zajęte przez Niemców w pierwszych dniach października. Po zajęciu miasta władze wojskowe niemieckie wydały szereg znanych rozporządzeń. Żołdactwo pruskie grabiło sklepy chrześcijańskie.. Dokonywano też grabieży środków żywności u prywatnych osób z brutalną bezwzględnością, np. jednemu biednemu gospodarzowi zabrano ostatnią krowę; biedak na próżno błagał na klęczkach, aby nie pozbawiano go jedynego bydlęcia.

Dnia 31 października wkroczyły do Pabianic wojska rosyjskie, witane przez ludność owacyjnie. Wkraczające wojska powitała specjalna delegacja, której asystowała straż ogniowa z orkiestrą.

W Pabianicach brak jest wielu towarów codziennego użytku, jak nafty, soli, zapałek, świec, tytoniu. Niektórzy handlujący mają nieco tych towarów, sprzedają je jednak po bardzo wysokich cenach.

Prawie wszystkie fabryki miejscowe sa nieczynne. Fabryka Kruschego i Endera pracuje w całej pełni, ma bowiem dużo zamówień dla Czerwonego Krzyża. W fabryce Kindlera czynny jest tylko oddział przędzalniczy.

W mieście w ogóle panuje bieda. W ostatnich czasach brak jest mąki i chleba.

14.11.1914 (Rozwój)

Kontrybucya. W numerze 298 gazety „Russkoje Słowo” z dnia 10 b. m. czytamy, co następuje: „ Z rozporządzenia władz wojennych, na mieszkańców Pabianic nałożona została kontrybucya w sumie 50.000 rubli. Ludności tego miasta władze zarzucają okazanie gościnności wojsku niemieckiemu.

9.12.1914 (Prąd)

W dniu wczorajszym komunikacja tramwajowa pomiędzy Łodzią a Pabianicami została wstrzymana.

11.12.1914 (Prąd)

Wczoraj o godzinie 3-ej po południu ponad Łodzią ze znacznej wysokości szybował aeroplan dążąc od strony Pabianic ku Brzezinom.

Na łódzkich podmiejskich kolejach dojazdowych wznowiono ruch pociągów na następujących liniach: Łódź - Konstantynów, Łódź-Ruda oraz Łódź - Pabianice.

Podług wiadomości otrzymanych przez osoby, które przyjechały z Częstochowy, bitwa pod Częstochową trwała dni piętnaście i zakończyła się na całym froncie cofnięciem się Rosjan. Powodzenie Niemców pod Częstochową wpłynęło decydująco na wynik bitwy łódzkiej i losy Łodzi. Zagrożeni z obydwu skrzydeł Rosjanie zmuszeni zostali pośpiesznie ratować zbyt wysunięte centrum pod Łodzią i Pabianicami, ratując je od powtórnego oskrzydlenia.

15.12.1914 (Prąd)

Na stanowisko komendanta wojennego m. Pabianic zamianowany został generał von Schmidt.

Z rozporządzenia wyższych władz wojskowych inżynieria niemiecka przy pomocy włościan okolicznych przystąpiła do naprawy szosy Łódź-Kalisz zniszczonej częściowo pod Pabianicami w skutek walk ostatnich.

15.12.1914 (Gazeta Wieczorna)

Z Pabianic. Po kanonadzie, jaka w ciągu ostatnich bitew grzmiała w okolicy Pabianic, przyczem granaty częściowo zburzyły niektóre domy, obecnie ludność uspokoiła się i życie miasta weszło na tory normalne.

Panująca poprzednio drożyzna nieco się zmniejszyła. W ciągu dni ostatnich codziennie do Pabianic przybywały z Łodzi tłumy osób w celu dokonania zakupów żywnościowych i przewozu do Łodzi, lecz czujne oko funkcjonariuszów miejscowej Milicji Obywatelskiej w ścisłym kontakcie z ludnością miejscową śmiałe te zakusy udaremniało, nie dozwalając na wywóz żadnej żywności z miasta.

Pewien łodzianin, który zakupił w Pabianicach przy pomocy swego przyjaciela miejscowego bochenek chleba i usiłował potajemnie wywieźć go do Łodzi został przez milicję pabianicką aresztowany.

Wypiekany przez piekarzy chleb jest zabierany do magistratu, gdzie sprzedawany jest tylko ludności miejscowej po cenie 9 kopiejek za funt.

Milicja miejscowa konfiskuje mąkę przewożoną z Sieradza przez Pabianice do Łodzi. W miejscowych magazynach i sklepach żywność znajduje się w wystarczającej ilości. Oprócz tego w ciągu dni bieżących oczekują znacznego przywozu różnych produktów żywnościowych oraz artykułów pierwszej potrzeby.

16.12.1914 (Prąd)

Pabianickie Towarzystwo Dobroczynności dla Chrześcijan przyjmuje ofiary w zamian powinszowań noworocznych.

23.12.1914 (Prąd)

W Pabianicach powstała tania kuchnia kooperacyjna, która sprzedaje swym członkom chleb po cenie 9 kopiejek za funt. W dniu onegdajszym do Pabianic przybył pierwszy pociąg z Sieradza przywożąc prowianty dla armii niemieckiej.

23.12.1914 (Gazeta Wieczorna)

Komitet Obywatelski Milicji pabianickiej zniósł opłaty rogatkowe i kopytkowe, pobierane od przejeżdżających wozów i furmanek, pod warunkiem posiadania przez woźniców przepustek, wydawanych przez władze niemieckie.

Komendantura pabianicka zażądała wiadomości szczegółowych o znajdujących się w mieście towarach i surowcach pod groźbą rekwizycji w razie utajenia.

Żydowska piekarnia spółdzielcza wypieka chleb dla swych członków w cenie po 8 kopiejek za funt.

Przy robotach na szosie i kolei kaliskiej z rozkazu komendantury zatrudniono z górą pół tysiąca robotników, dotychczas pozbawionych pracy. Otrzymują oni od 2 do 8 marek dziennie.

Ceny artykułów żywnościowych obniżają się w miarę wzrastającego dowozu z okolic.

24.12.1914 (Gazeta Wieczorna)

Z kolei dojazdowych. Obecnie pociągi kolei elektrycznej dojazdowej kursują tylko do Pabianic, Rudy pabianickiej i do Konstantynowa. Pociągi tramwajów dojazdowych podmiejskich na linii Łódź-Pabianice obecnie kursować będą od godziny 8 rano do 7 wieczorem.

28.12.1914 (Prąd)

Z Pabianic. Pabianice są połączone z zagranicą komunikacją kolejową. Z zagranicy przez Kalisz pociągi chodzą trzy razy dziennie do Pabianic. Osoby, które posiadają przepustki z komendantury na przejazd za zagranicy, mogą jechać pociągami, odchodzącymi z powrotem do Kalisza, o ile w tych pociągach znajdą się miejsca swobodne.

30.12.1914 (Gazeta Wieczorna)

W Pabianicach utworzono punkt ewakuacyjny dla opatrywania rannych, którzy przybywają z placu boju i następnie ewakuowani są za granice. Przez Pabianice przewożone są partie jeńców rosyjskich. Wczoraj przewieziono przez Pabianice 60 Rosjan. Ludność żydowska Pabianic zaopatruje w chleb i gorącą żywność swych współwyznawców znajdujących się w niewoli.

31.12.1914 (Prąd)

W pierwszym dniu Nowego Roku zespół artystów dramatycznych pod kierownictwem J. Pilawy-Czesławskiego odegra w Pabianicach w Domu Ludowym (obecnie MOK) arcykomiczną sztukę ludową ze śpiewami i tańcami w 3 aktach pióra utalentowanego autora Witolda Kirkora. Sztuka ta w Łodzi cieszy się dużym powodzeniem. Przed sześciu tygodniami publiczność pabianicka poznała już wykonawców, mamy więc nadzieję, że i tym razem zgrany zespół J. Pilawy-Czesławskiego dozna również serdecznego jak w zeszłym razem przyjęcia P. T. publiczności, na które w zupełności zasługuje. Bilety wcześniej nabywać można w księgarni Wielmożnej Bienenthalowej. Ceny miejsc nader niskie. 15 procent czystego dochodu przeznaczono na korzyść miejskiego komitetu niesienia pomocy głodnym.

24.01.1915 (Gazeta Łódzka)

(…) w początku grudnia wojska niemieckie, po nadejściu posiłków, mimo wielkiego znużenia swych żołnierzy, stojących od 3 tygodni prawie bez przerwy w walce, przeszły ze swej strony ponownie na całym froncie do ataku; ich silnemu prawemu skrzydłu udało się wtargnąć w próżnię, znajdującą się w środku linii rosyjskiej, zdobyć Łask i, nacierając w kierunku Pabjanic, okrążyć pozycję rosyjską na południowy – zachód od Łodzi. Przez to zmuszono Rosjan w nocy z 5 na 6 grudnia do opróżnienia ich stanowisk dokoła Łodzi, trzymanych z takim uporem, oraz do opuszczenia Łodzi samej i cofnięcia się za Miazgę. Wszystkie próby Rosjan, mające na celu zamknięcie luki przez ściągnięte na północ wojska armii walczących w Polsce południowej, okazały się daremnemi, dzięki energicznym atakom południowej grupy sprzymierzonych, zwłaszcza ich lewego skrzydła, które posunęło się zwycięsko w kierunku Noworadomska. Także lewe skrzydło północnej grupy niemieckiej, aż do Wisły, zrobiło znaczne postępy i dotarło aż tu pod Łowicz i Bzurę.


Pierwsze wkroczenie Niemców do Pabianic w 1914 roku intrygowało wielu autorów zajmujących się historią miasta. Była to bowiem konfrontacja z nowymi, nieznanymi wyzwaniami jakie czekały społeczność lokalną. W 1963 roku (nr 33) w Życiu Pabianic ukazał się tekst Sigmy „19 sierpnia 1914”.

Pierwsza wojna światowa bezpośrednio dotknęła Pabianice 19 sierpnia 1914 roku. Do tego dnia dochodziły do naszego miasta odgłosy walk i mrożące krew w żyłach echa pacyfikacji dokonywanych przez Niemców na naszych terenach. Toteż nie można się dziwić podnieceniu i obawom, jakie towarzyszyły wszystkim bez wyjątku mieszkańcom miasta, kiedy dowiedzieli się o wkraczających na ulice Pabianic forpocztach wojsk niemieckich.

Wczesnym rankiem dnia 19 sierpnia 1914 roku, przybył oddział kawalerii niemieckiej z białą pokojową chorągwią. Wkraczających najeźdźców powitali ”ojcowie miasta”. Pod nieobecność prezydenta, delegacji przewodniczył Feliks Krusche, który przyjął do wiadomości życzenia wypowiedziane przez dowódcę oddziału.

Naczelnik oddziału niemieckiego oświadczył wówczas m. in., iż oczekuje spokoju w mieście oraz, że mieszkańcy posiadający jakakolwiek broń powinni złożyć ją w ciągu 24 godzin w magistracie pabianickim.

Jeszcze tego samego dnia na murach domów ukazały się odezwy okupanta niemieckiego. Oto brzmienie tych historycznych słów:

Polacy! Przychodzimy jako przyjaciele i wyswobodziciele a jedynie jako nieprzyjaciele Rosjan, a nie Wasi. Pozostańcie spokojnie w Waszych miejscowościach. Stoicie pod naszą osłoną, jeśli moim rozkazom sprzeciwiać się nie będziecie. Tylko ci, którzy siać będą niepokój i których spotka się z bronią w ręką , zostaną surowo ukarani. Wszystko, co z żywności oddacie, zostanie potwierdzone, a później zapłacone. Podpisał : Szef-Generał.

Przed plakatami zbierały się grupy ludzi, komentując po przeczytaniu tego rozkazu, sytuację. Zwłaszcza ostatnie zdanie zarządzenia wywoływało żywe uwagi. Każdy ciekaw był, w jaki sposób będzie to wszystko, co się dzieje, zapłacone.

Stosunkowo niewiele było wypadków zatrzymania ludzi z bronią, ale i te się zdarzały, pociągając za sobą najwyższy wymiar kary (bez sądu). Jeśli zaś chodzi o wydanie zapasów żywności, to istotnie Niemcy oceniali wartość według swego „widzi mi się” i wydawali oficjalne potwierdzenia, opatrzone pieczęciami urzędowymi. Naturalnie, jak jeszcze sporo pabianiczan pamięta, nikt ekwiwalentu nie otrzymał. A jeśli otrzymał, to w formie, która była gorzką zapłatą.

I wojna światowa w porównaniu z ostatnią wydawała się we wspomnieniach starszych łagodną formą walki. Jednakże wówczas, kiedy trwała dotkliwie zaznaczyła się w życiu codziennym Pabianic – również obfitowała w represje, a niejednego kosztowała życie.

O sytuacji panującej w Pabianicach po zakończeniu działań wojennych pod koniec 1914 roku informował Ilustrowany Kurier Codzienny (1915 nr 140): W czasie walk grudniowych pociski granatów uszkodziły w Pabianicach 150 domów; w tej liczbie trzy doszczętnie zburzone. Kościoły ocalały, pomimo, że dokoła świątyń ziemia poryta granatami. Po przewaleniu się zawieruchy wojennej, mieszkańcy Pabianic zabrali się do pracy i dla zmniejszenia nędzy zrobili wiele. W ciągu zimy, pomimo braku węgla puszczono w ruch fabrykę Kruszego i Endera, używając na opał drzewa. Opał taki był kosztowny, bo np. wymieniona fabryka zużywała 100 wozów drzewa na dobę. Obecnie dowóz węgla ułatwiony, jakkolwiek cena węgla wyższa, niż w Piotrkowie.

Fabryka Kruszego i Endera pracuje trzy dni w tygodniu, zatrudniając 3500 robotników, a fabryka Kindlera daje dziś w tygodniu pracę 1200 robotnikom. Obydwie fabryki przerabiają tylko materiały surowe, a wykończalnie są nieczynne; praca przeto idzie tylko w tym celu, aby tysiącom pracowników dać jaki taki zarobek, chroniąc ich od głodu.

Szkoły miejskie od kilku miesięcy czynne. Dzięki zaciągniętej w swoim czasie znacznej pożyczce, miasto płaci nauczycielom i nauczycielkom lokali szkolnych połowę należności. Z powodu nadzwyczajnych przeszkód o wiele mniej sprawnie funkcjonują średnie szkoły handlowe: męska i żeńska. Wobec zajęcia lokali przez wojska, nauka prowadzona była w kompletach. Zdekompletowany personel nauczycielski uzupełnili bawiący w Pabianicach studenci. Ogólny nadzór nad nauką w kompletach objął dyrektor Lipski. Przed sześciu tygodniami udało się dyrektorowi ponownie odzyskać lokal męskiej szkoły handlowej, co znacznie ułatwiło pracę; powodzeniem cieszą się kursy dla analfabetów, z których korzysta 1100 osób. Kierownictwo i pracę podjęli w tej dziedzinie maturzyści szkoły handlowej przy pomocy kilku dawnych nauczycieli.

Podczas pierwszej wojny światowej pabianiczanie przymierali głodem, brakowało odzieży i artykułów pierwszej potrzeby. Działania wojenne prowadzone w okolicach miasta zniszczyły gospodarstwa rolne, które stanowiły ważne źródło zaopatrzenia w żywność. Na szczęście z pomocą Pabianicom pośpieszył Poznański Komitet Niesienia Pomocy Królestwu Polskiemu (organizacja utworzona w 1915 r. przez arcybiskupa gnieźnieńsko-poznańskiego Edmunda Dalbora), w naszym mieście powstał Podkomitet Poznański, a w 1916 utworzono Miejską (Miejscową) Radę Opiekuńczą. Sprawozdanie z działalności pomocowej i charytatywnej zawiera „Jednodniówka Pabjanicka: Ratujcie Dzieci” z czerwca 1916 roku. Ks. Edward Goc pisał: (…) I o naszym mieście nie zapomniano. W dniu 25 marca 1915 r. przyjechali do nas panowie hrabia Mycielski, Prezes Komitetu Poznańskiego, K. Brownsford, Sekretarz K.P. i Sypniewski, a zbadawszy smutne warunki naszego miasta, złożyli na ręce Ks. kanonika Świnarskiego rubli 500, upoważniając go do stworzenia Podkomitetu, w którego skład z biegiem miesięcy i rozwijającej się pracy weszło 20 osób, a mianowicie Ks. prefekt E. Goc. Ks. J. Krzyszkowski, Ks. dr M. Lewandowicz, Ks. K. Nazdrowicz, Ks. prefekt Rylski i Ks. kan. Świnarski. Panowie B. Drzewiecki, Br. Gajewicz, J. Hans, J. Jankowski, Al. Knorr, Fr. Lorentowicz, A. Pałuszny, K. Pączkiewicz, R. Sowiński, L. Śpionek, Z. Tryuk, Z. Tuve, H. Wlazłowicz.

Rozlegle potrzeby szerzącej się nędzy w mieście nakreślały samorzutnie Podkomitetowi plan działalności, podsuwając myśli i projekty w pracy. Ogrom potrzeb, widoczna nędza dyktowały nam wyrazy serdecznego wołania do Braci Poznańskiej o poważną pomoc. Stworzony Podkomitet chciał pracować. Nakreśliliśmy tedy budżet, uwzględniając najkonieczniejsze potrzeby, ale wypadł bardzo duży, z górą 40 tysięcy rubli na 8 miesięcy. Ufni jednak uczuciu bratniej miłości, uzasadniając nasze potrzeby, kreślimy list do Poznania. List ten umieszczam, jako dopełnienie wstępnych moich słów do niniejszego sprawozdania, które uwydatni stan znękanych niedolą w mieście naszym: Pabjanice, dnia 10 sierpnia 1915 r.

Do Centralnego Komitetu Niesienia Pomocy Biednym w Królestwie Polskim

Szanowni Panowie! Przesyłając sprawozdanie liczbowe z otrzymanych do dnia 25 marca bratnich ofiar z Poznańskiego, z gorącą prośbą o dalszą pomoc, pragniemy przy okazji skreślić kilka słów o życiu naszego miasta. Pabjanice, największe z podłódzkich ognisk fabrycznych, jest miastem w przeważnej części robotniczym; liczyło ono do wojny 60 tys. mieszkańców.. W królestwie znane było powszechnie, jako jedno z najpierwszych pod względem życia kulturalno-społecznego. Dziesiątki stowarzyszeń, kooperatyw i kas skupiały w swych salach, salkach i mieszkaniach tysiące członków, zagrzewając ducha, urabiając charaktery i ucząc pracy na niwie szeroko rozpoczętej akcji społecznej w narodzie.

Nastała wojna. Fabryki – te jedyne źródła zarobkowania dla wielu tysięcy – zamarły. Z biegiem tygodni szło widmo niedostatku … a z nim głód. Komitety niesienia pomocy biednym, rezerwistek już to ze wsparć rządowych, już fabrykantów, starały się szeroką akcją dobroczynną ulżyć nędzy, otrzeć niejedną łzę. Potrzeba nieszczęścia! Straszliwa wojna wciągnęła i nasze miasto z najbliższą okolicą na przestrzeni 5 i więcej mil w wir walki kilkotygodniowej, co pociągnęło za sobą dewastację u rolników, naszych dostawców – karmicieli. Ceny wzrosły do 300 % wyżej normalnych… Naprawdę rozpacz. Jedyny artykuł, który staje się wszystkim – KARTOFEL, dochodzi do 8 rubli za korzec, a straszne długie miesiące, kwartały, ciągną się, czyniąc nędzarzami coraz większe zastępy.

I oto widok okropny… na przestrzeni kilku mil, szosą kaliską, wśród zimowej zawiei i wiosennych roztopów ciągną wozy, wózki, do nich zaprzęgnięci ludzie, na pół w błocie i kałuży, ciągną je, ciągną całe mile. Ojciec z z synem ciągnie, matka z córką pcha, by prędzej, by jak najprędzej dojechać, bo tam, w domu czeka reszta dzieci na ten jedyny dzisiaj smakołyk – KARTOFEL. To nie przesada. Od szeregu miesięcy główne trakty drogowe stają się świadkiem strasznych scen, rozpaczą targanego serca. Już tysiące są bez sposobu do życia, a miasto, przez szereg miesięcy odcięte od jedynych swoich źródeł, staje prawie bezradne, częściową pożyczką, częściowym podatkiem starając się wspierać najwięcej potrzebujących.

Rozpaczliwe nasze położenie odczuły jednak serca braci Poznańskiej. Nędza i nieszczęścia, jakich staliśmy się udziałem, odbiły się wśród Was, Szanowni Panowie, echem współczucia. Posypał się grosz na ratowanie braci od śmierci głodowej. Pozawiązywane subkomitety stały się ucieczką zgłodniałych i potrzebujących. I u nas tedy dzień, w którym złożone na ręce Ks. kan. Świnarskiego grosze Poznańskie, jako zaczątek placówki dobroczynnej, staje się błogosławionym. Odtąd napływają większe datki, dając nam możność utworzenia taniej kuchni, naprzód jednej, a później dwóch. I dzisiaj ci najbiedniejsi, w liczbie 2 tysięcy, znajdują ciepłą strawę, obiad, którego przez kilka tygodni, a może i miesięcy, nie byli w stanie zjeść. Naprawdę, jakie błogie uczucie wdzięczności napełnia serca nasze, gdy, wchodząc do kuchni, widzimy te całe zastępy ludzi, czekających na strawę, którą otrzymują, jako dar szlachetnej, bratniej miłości. Wdzięczność w sercach dziś karmionych na długo pozostanie w ich pamięci, bo lud ten jest w ostatniej potrzebie, a nawet nędzy, i czuje to doskonale. Jak wielką jest nędza, obok wielu innych dowodów, mieliśmy sami bolesny obrazek w naszych kuchniach przy wydawaniu pierwszego kęsa chleba.

Przez dwa miesiące otrzymywali biedni samą zupę. Po bytności jednak Sz. Panów w maju mieliśmy upoważnienie do dawania kawałka chleba do zupy. Jakiż bolesny widok mieliśmy w tym pierwszym dniu daru chlebowego! Biedni nasi, nie wiedząc nic o chlebie (chcieliśmy im zrobić niespodziankę), po podawany kęs nie śmieli wyciągnąć ręki, bo czyżby naprawdę mogli dostawać chleb? Dzieci, z radością pokazując jedno drugiemu swą krajankę, ściskały, całowały ten dawno niewidziany dar; na to, cośmy widzieli, nie można było patrzeć obojętnie; skurcz mięśnia sercowego, zdawało się, zadławi to źródło ludzkiego uczucia… ileż to wtedy przeszło gorących uniesień w stronę drogiego sercu Poznania, ileż łez wdzięczności polało się po obliczach zgrzybiałych starców, ile westchnień odrodzonej w pamięci przeszłości! Jakaż to wielka zapłata za złożoną bratnią ofiarę, ileż pobudki do dalszej pomocy w niesieniu ulgi cierpiącym niedostatek!

Zima się zbliża, nasi biedni, z ufnością patrząc na nasz subkomitet, spodziewać się będą i dla siebie i dla swych dzieci cieplejszego odzienia i więcej strawy, bo niejedno z nich, opuściwszy latem dom dla zarobku, wróci na zimę, powiększając zastępy potrzebujących. Z ufnością tedy i wiarą, kreśląc te wyrazy, jako obraz naszego życia, zwracamy się do Sz. Panów, by nie zapominali o naszym mieście, bardzo potrzebującym pomocy, tym bardziej, że na rok przed straszną wojną przechodziliśmy czternastotygodniowy strajk, który wiele przyczynił się do powiększenia dzisiejszego niedostatku.(…)

Ponieważ przedłużająca się wojna wyczerpała wielu z ostatnich zasobów, a na wiosenne miesiące po kilkutygodniowej walce koło nas w jesieni zostały tysiące bez kartofla i chleba, postanowiono akcję dobroczynną skierować nade wszystko w stwarzanie kuchen, które by ciepłą strawą i kawałkiem chleba, ratowały biednych od śmierci głodowej. W dniu 11 kwietnia 1915 roku otwarto pierwszą kuchnię a w dniu 16 maja drugą i trzecią, wreszcie w d. 25 grudnia czwartą. Pragnąc wydawane obiady rozdzielić potrzebującym jak najsprawiedliwiej, Podkomitet rozdawnictwo obiadów oddał w mieście Prezesowi Dep. N.P.B. p. Knorrowi, który przy pomocy kilkudziesięciu panów dzielnicowych rozdziela takowe na Górce, dla której stworzono 3-cią kuchnię. Ks. Z. Nazdrowicz, opiekun kuchni, stworzył komitet rozdawnictwa obiadów na sposób miejski, zaprosiwszy na prezesa panów dzielnicowych pana T. Wojcieszaka.

Niezależnie od pracy w prowadzeniu kuchen Podkomitet roztoczył opiekę nad Ochroną Katolicką na nowym mieście, dając wszystkiej dziatwie pożywienie, a na starym mieście powołując do życia nową ochronkę. Przy okazji czuję się w obowiązku podnieść poświęcenie się i troskę Zarządu Ochrony Katolickiej w pracy o przyszłość tych małych istot naszego miasta (niezależnie od Ochrony stworzenie przytułku dla 10 sierot).

Obok pożywienia Podkomitet zwrócił uwagę na potrzebę odzieży, w którą biedni zaopatrzyć się już nie byli w stanie.

Następnie Podkomitet, widząc całe rzesze wychudzonych a żądnych wiedzy dzieci, postanowił zwrócić się do Komisji Opieki Poznańskiej przy Komitecie dla Analfabetów, by zarządziła spis najbiedniejszej dziatwy, często bez śniadania przychodzącej do szkoły i takowy przesłała nam. Po skromnym obliczeniu okazało się, że z górą 500 dzieci jada przeważnie dwa razy dziennie, przy tym chleba nie widzą wcale. Postanowiono tym dzieciom dać obiady z chlebem. Panom nauczycielom zostawiając kontrolę.

Dzieci bardzo biedne, bez opieki i potrzebujące radykalnej pomocy postanowiono wysłać na kolonie do specjalnych ad hoc otworzonych ochron lub też chętnych gospodarzy. W trzech punktach, a mianowicie w Lubrańcu na Kujawach, w Osjakowie w Wieluńskiem i koło Widawy umieściliśmy z górą 400 dzieci na czas wojny. Pracy tej w imieniu Podkomitetu podjęła się Konferencja Pań św. Wincentego a Paulo z prawdziwie macierzyńską troskliwością, krzątając się w niesieniu ulgi maluczkim. Z radością wspominając o tej wszechświatowej instytucji miłosierdzia u nas nadmieniam, że bardzo wiele niesie ona pomocy i pociechy biednym i nieszczęśliwym naszego miasta. Kończąc słowne sprawozdanie, pokrótce rzucone na papier, uważam sobie za święty obowiązek podnieść nieobliczoną wprost zasługę Pań, które pomimo swych obowiązków, trudnych warunków życia, często i przykrości, niepomne na wszystko, pracę swą w kuchniach składają na ołtarzu dobra współbraci. Bezinteresowność Pań sprawia, że koszty usługi w kuchniach są minimalne. I tak, opiekunem kuchni jest jeden z księży, główną szafarką - jedna z pań, pod której opieką złożone są artykuły spożywcze. Panie przychodzą na zmiany, by zgotować i wydać setkom obiady i chleb. Dziewczęta w liczbie 10 na kuchnię, obierają kartofle i usługują w kuchni za podwójną porcję obiadu, od czasu do czasu nagrodzone jakimś datkiem w naturze. Ze względu na doniosłość zasługi i pomocy, jaka Panie niosły Podkomitetowi przez swą współpracę, zdając sprawozdanie z działalności Podkomitetu, ustępującemu Miejscowej Radzie Opiekuńczej, pozwolę sobie zamieścić nazwiska Pań z każdej kuchni z osobna, które w tym ostatnim czasie z taką bezinteresownością służyły naszemu społeczeństwu.

Kuchnia I. Opiekun ks. Edward Goc, główna szafarka p. Anna Kneblewska. Panie: Binentalowa, Chełmińska, Grossowa, Hawelówna, Hansowa Edwardowa. Hansowa Władysławowa, Knorrowa (kasjerka), Missalówna, Morawska, Linkowa, Lipińska, Łoboda, Papiewska, Prassowa, Rotertówna, Skibińska, Świetlicka, Szulcówna, Tueveowa (sekretarka), Wittychowa, Zybertowa. Kuchnia II. Opiekun – ks. Jan Krzyszkowski, główna szafarka – p. Antonina Pszenicka. Panie: Adlerowa, Biskupska, Derska, Hetmanowa, Jankowska, Józefowiczowa, Lorencowa, Lorencówna, Majewska, Oliszewska, Anna Pszenicka, Rąbalska, M. Świetlicka, Świątkowska, Sosnowska, Szymanowiczowa, Wasilewska, Wojsowa, Wlazłowiczówna. Kuchnia III. Opiekun – ks. Z. Nazdrowicz, główna szafarka – p. Lucjanna Śpionek. Panie: Budzyńska, Bornowa, Debichówna, Gramszowa, Gettnerówna, Hansówna J., Hansówna A., Hermanowa, Kalinowska, Krysiakówna, Kurowska, Kranzówna, Laurowa, Miłowska, Malendówna, Muszyńska, Najchajzerówna, Neugebauerówna, Plucińska, Rothowa, Rudnicka, Rendecka, Romanowska, Raincholdówna, Szymanderska, Szerówna, Sosnowska, Skwarkowa, Śmiałkowska, TRyukowa, Wojcieszakówna, Woldańska, Witusikówna, Wołyńska, Zajdlówna. Kuchnia IV. Opiekun – ks. dr Lewandowicz, główna szafarka – p. Julia Hansówna. Panie: Brążewska, Bornowa, Cieplińska, Chlebowska, Dajniakówna, Frohlichówna, Jankowska, Jaroszka, Jędrykowa, Krajowa, Leupoldówna, Lenicka, Lipińska, Łoboda, Macówna, Maślikowska, Skibińska, Sosnowska, Sowińska, Sułkowska, Szelerówna, Tynkowa, Wajsowa, Wittychowa, Woldańska, Zielińska. Rozdawnictwem, a przedtem rozsegregowaniem, odzieży, które trwało ponad 2 miesiące, zajmował się niestrudzenie p. Z. Tryuk przy współudziale pań: Grossowej, A. Hansówny, J. Hansówny, A. Wlazłowiczówny, K. Wlazłowicza i p. M. Świetlickiej.

Kończąc sprawozdanie z działalności Podkomitetu w Pabjanicach za cały czas tj. od dnia 25 III 1915 do dnia 15 III 1916, na tym miejscu kreślę kilka słów o Miejskiej Radzie Opiekuńczej. Pod koniec ubiegłego roku Warszawa otrzymała pozwolenie władz na organizowanie Rad Opiekuńczych w całej okupacji niemieckiej. Mocą prawa cały kraj ma możność zorganizowania swych sił w jednolite ciało moralne, łącząc wsie, miasteczka i miasta z stolicą naszą. „Rady Opiekuńcze”, jak brzmi ustawa, są organizacjami samopomocy społecznej, mającymi na celu niesienie pomocy poszkodowanej przez wojnę ludności, bez różnicy wyznania.

Dążą one do przywrócenia normalnego biegu życia społecznego, kulturalnego i gospodarczego przez: współdziałanie w odbudowie zniszczonych warsztatów pracy; współdziałanie w zaopatrywaniu ludności w artykuły pierwszej potrzeby i środki żywnościowe; popieranie i zakładanie przytułków. żłobków, ochron; rozdawnictwo odzieży, obuwia i jałmużny; wyszukiwanie potrzebnych środków pieniężnych.

Wobec tak poważnych zadań, jakie nakreśliła Główna rada w Warszawie Radom Opiekuńczym, Podkomitet Poznański w Pabjanicach, jak wszystkie w kraju, przyjął regulamin Miejskiej Rady Opiekuńczej w dniu 16 III 1916, fundusze przelewając na rzecz nowej organizacji. Pracę podjętą przez Podkomitet, a przyjętą w zasadach Miejskiej Rady Opiekuńczej prowadzą, acz w zmniejszonej liczbie, te same jednostki. Zarząd stanowi pięć osób z prawem kooptacji panów opiekunów. Skład Rady: Prezes ks. kan. Świnarski, zastępca ks. prefekt Goc, sekretarz J. Tuve, radni – pp. J. Hans, H. Wlazłowicz, księża opiekunowie – J. Krzyszkowski, dr Lewandowicz, Z. Nazdrowicz, St. Rylski; opiekun-kasjer – A. Pałuszny; opiekun – buchalter – A. Żmigrodzki, opiekun gospodarz - Z. Tryuk, opiekun Dep. N. P. B. A. Knorr, komisja rewizyjna – opiekunowie B. Drzewiecki, Br. Gajewicz i R. Sowiński. Z ramienia Łódzkiej Okręgowej Rady Opiekuńczej do której należymy, opiekunem –delegatem jest p. radca O. Kindler.

Miejscowa Rada Opiekuńcza prowadzi w dalszym ciągu nakreśloną przez Podkomitet pracę, chętnie korzystając ze wskazań i projektów Głównej Rady Opiekuńczej. Hasło „Ratujcie dzieci” rzucone przez Warszawę, w przeprowadzeniu owocnym oddane Miejskim Radom Opiekuńczym objęło cały kraj, okazując doniosłość jednolitej organizacji.

I nasza Miejska Rada Opiekuńcza, idąc za głosem hasła, tak pięknie wyrażonego w odezwie Głównej Rady Opiekuńczej, przystąpiła do zorganizowania kwesty możliwie najwspanialej i najowocniej. Poprosiliśmy grono osób, zaszczytnie zapisanych w pracy kulturalno-społecznej naszego miasta, a stworzywszy cały szereg sekcji i podkomisji, podzielono pracę i wyznaczono zadania. Jest nadzieja, że, w myśl hasła i nasza dziatwa znajdzie schronienie przed widmem niedostatku i nędzy. Utworzono 8 sekcji. Sekcja odczytowa – H.M. Lipski(przewodniczący), L. Makowski (sekretarz), ks. prefekt Edward Goc, ks. prefekt H. Insadowski, Z. Sawicka, P. Górczykowski, R. Szaefer. Sekcja koncertowo-teatralna – J. Osikowski (przewodniczący), B. Rutkowski (zastępca), R. Ruszewski (sekretarz), panie – Jasińska, W. Osikowska, Szydłowska, panowie – W. Lipski, A. Preiss, A. Pałuszny, dr Szreter, R. Szaefer. Sekcja czytankowa – Wł. Pomianowski (przewodniczący), Eugeniusz Mieszkowski (sekretarz), panie – Pomianowska, M. Kalinowska, Kurowska, Osikowska, Pomianowska, M. Kalinowska, Kurowska, Nejmanówna, ks. H. Insadowski, Fr. Klembowski. Sekcja kwesty – A. Knorr (przewodniczący), J. Ebenrytter (sekretarz), B. Missala (zastępca), panie – Chmielewska H, Hansowa Edwardowa, Tuve; ks. Jan Krzyszkowski, ks. dr M. Lewandowicz, ks. St. Rylski, panowie – Giełzak, pastor Stegman, Sowiński, Zygadło, Żmigrodzki. Sekcja reklamowa i dekoracyjna – Br. Gajewicz (przewodniczący), St. Jankowski (sekretarz). Ks. Z. Nazdrowicz, panowie – dr Broniatowski, Wł. Jakubowski, Kasperski, Majer, J. Szulc, Tryuk. Sekcja finansowa – Teodor Hadrian senior (przewodniczący), St. Moszczeński (sekretarz), W. Kamieński (kasjer), B. Drzewiecki i J. Filtzer (zastępcy); panie – Teodorowa Enderowa, Pawłowa Graezerowa, Janina Gajewiczowa, Teodora Hadrianowa, Oskarowa Kindlerowa, Feliksowa Kruschowa, Maria Kiesslingowa, Doktorowa Lencowa, Alicja Majerowa, Pastorowa Schmidtowa, Inżynierowa Suska, panowie – ks. kan. Jutnner, ks. kan. Świnarski, ks. prefekt E. Goc, pastor Schmidt, radca Teodor Ender, Paweł Graezer, J. Hans, L. Hermel, dr Al. Krusche, Feliks Krusche, G.A. Krusche, radca Oskar Kindler, dr A. Lenc, A. Suski. Sekcja prowincjonalna na gminę Widzew – Kindlerówna (przewodnicząca), Stopczyński i Wasilewski. Na gminę Górka – ks. prob. St. Matuzalski (przewodniczący). Niezależnie od pracy nad przeprowadzeniem rzuconego przez Główną Radą Opiekuńczą hasła „Ratujcie dzieci”, Miejska Rada Opiekuńcza postanowiła przyjść, choć w części, z pomocą naszej uczącej się w szkółkach dziatwie, szukając dla nich schronienia na czas wakacyjny. W tym celu wydała odezwę do Rad Gminnych Opiekuńczych i księży proboszczów z gorącym wezwaniem o przygarnięcie naszych dzieci choć na 2 miesiące.

Odezwa ta brzmi: „Ratujcie dzieci”. Odzywa się głos z głębi duszy całego narodu, wołanie całej Polskiej ziemi, bo te drogie istoty, które zaledwie rączęta wyciągnęły ku słońcu, te pociechy jedyne stroskanych rodziców, nadzieje całego Narodu Polskiego, one pierwsze padają ofiarą okrutnej doli i nikną z życia, zanim żyć zaczęły. Dzisiaj już wskazać można okolice, gdzie wymarły wszystkie dzieci do lat 5-ciu, a tysiące gasną powoli. Przyjdzie chwila, kiedy huk armat ucichnie, wsie i sioła powstaną ze zgliszcz, wieżyce kościołów wystrzelą ku niebu, rola odzyska utraconą płodność, uchodzący, acz zdziesiątkowani, powrócą do siedzib swoich, oschną łzy ludzkie, ale ani z jednej mogiłki nie powstanie zmarła dziecina, ani jedno kalectwo nie uśmiechnie się do życia.

Straszne, ale jest ratunek, jest jeszcze nadzieja. Wy wszyscy, kto tylko może, wyciągnijcie ręce do umierających z głodu i nędzy dzieci; zabierzcie je do domów swoich, choć na kilka miesięcy, dajcie im kawałek chleba, którego nie widzą, łyżkę ciepłej strawy, resztę zrobi ożywcze, życiodajne słońce.(…)


https://ru.wikipedia.org/


http://www.ourbaku.com/


https://polona.pl/



W pracy Antoni Bifulco „Identity, Attachment and Resilience. Exploring Three Generations of a Polish Family”, 2017 znajduje się wzmianka o udziale Tadeusza Czechowskiego, oficera wojsk inżynieryjnych armii rosyjskiej, w utarczce z Niemcami na granicy Pabianic w 1914 roku. Wtedy to Rosjanie po raz pierwszy użyli w  walce pojazdów opancerzonych. Jednym z nich dowodził Czechowski, który ledwo uszedł z życiem. Niemcy nie wierzyli, że przeciwnik dysponuje nowoczesnym sprzętem, byli kompletnie zaskoczeni, ale  zaraz przeszli do skutecznego kontrataku.   

The Battle of Łódź, at the end of 1914 was fought between the German Ninth Army and the Russian First, Second (in which Tadeusz was an officer) and Fifth armies, in harsh winter conditions. The transition to mechanized vehicles from cavalry and horse-drawn wagons was just emerging in this war. The Russians were at a disadvantage, having no armored cars, something for which Tadeusz as an engineering officer would have been involved. Eventually these arrived from England from the Austin Motor Company, shipped through the Russian port of Archangel and transported to Tadeusz’s division in Pabianice (outside Łódź), Central Poland. In 1914, forty-nine, Austin First Series were ordered and delivered to the Russian front from England. Pictures show these to be strange looking vehicles, not much more than van-sized, and boxed in steel. These were uncomfortable to travel in, dangerously unstable and vulnerable to sustained firepower.

Tadeusz volunteered to travel in an armored car behind enemy lines, knowing there was an element of surprise – the Germans were unware the Russians had imported armored cars.

The authorities asked Tadeusz if he would agree to take part in an expedition of these (armoured) cars to the centre of the Germans trenches, which lay across the road from Pabianice. They asked him (rather than ordered) because he did not belong to this section of armored cars. He was very happy with the proposition. Four cars went down this road between the enemy trenches. The Germans did not fire as they thought the Russians had no armored cars, and as the cars fired into the German trenches many Germans were killed. As a result the Germans were humiliated. In his car all the officers were wounded except Tadeusz. But the Russians were outgunned, and Tadeusz became concerned for his life. According to his father it was the only time he lost faith in his survival.



Ernst Eilsberger w książce „Bitwa pod Brzezinami 23-24 listopada 1914”, wyd. niem. 1939, pol. 2017 pisze, że kwatera 2. Armii rosyjskiej generała Siergieja Scheidemanna  znajdowała się w Pabianicach, tutaj też trzeba było zamknąć pierścień wokół Łodzi.

(…) Generał von Scheffer nie denerwuje się.  „Naprzód na zachód”, tak mówi się teraz także i u niego. Przecież nie tylko XXV Korpus Rezerwowy dał się dogonić i związać pojawiającym się na flankach rosyjskim wojskom. „Pabianice na południe od Łodzi muszą być jutro osiągnięte, tutaj musimy spotkać Korpus Kawalerii  Frommela i tutaj trzeba razem z nim zamknąć pierścień wokół Łodzi”. Oczywiście generał von Scheffer nie miał żadnych informacji o zbliżaniu się Korpusu Kawalerii Frommela. W ogóle nie wiedział, gdzie stoi w tej chwili prawe skrzydło armii okrążającej, ale jedno uznawał za absolutny pewnik: podobnie jak on, również generał Frommel zrobi wszystko, aby zdążyć  dojść na południe od Łodzi, aby dokonać decydującego aktu zamknięcia okrążenia. Za 24 godziny ta wielka gra wojenna musi być już zakończona zwycięstwem, bo tylko do tego czasu napływający ze wschodu i południa Rosjanie mogą być powstrzymywani i wiązani przez 6. Dywizję Kawalerii. Piechota musi więc dalej maszerować na zachód.

(…) Generał von Mackensen stał wieczorem 19 listopada przed trudnymi decyzjami, pomimo to jego wiara w zwycięstwo znów zatriumfowała nad kłopotami. Przy XX Korpusie Armijnym i XXV Korpusie rezerwowym leży rozstrzygnięcie kompanii …. Kontynuować! Kwaterę 2. Armii w Pabianicach trzeba szybko unieszkodliwić. Wysoka nagroda!  Archiwum Rzeszy znajduje dla tej decyzji generała von Mackensena następujące piękne słowa: „Gen. von Mackensen chciał tak jak dotychczas narzucić nieprzyjacielowi przebieg wydarzeń w pewnej siebie, upartej wierze, że przecież musi się udać, bo nasze wojska są lepsze.”

„Bezwzględna ofensywa. Jutro zdecydowane działania korpusu”, pisano w rozkazie armii. I dodatkowo wyraźnie powtórzono polecenie z poprzedniego dnia dotyczące rosyjskiego naczelnego dowództwa w Pabianicach.   

Rosjanie natomiast ze swej strony wyglądali tak, jak gdyby już porzucili nadzieję na ocalenie  z kotła pod Łodzią. Znaleziona  później  przy wziętym do niewoli  sztabie  depesza radiowa, którą dowódca rosyjskiej 2. Armii gen. Scheidemann skierował  19 listopada z Pabianic do  sąsiadującej z lewej i prawej  armii, 5.(generał Plehwe) i 1. (gen. Rennenkampf), brzmiała rozpaczliwie: „Armia jest okrążona. Niemcy silnie atakują lewe skrzydło pod Konstantynowem. Sytuacja jest ciężka. Niemiecki korpus armijny zajął obszar Brzeziny – Koluszki – Gałków, obchodząc prawe skrzydło naszego I Korpusu… 1(5.) Armia jeszcze nie nadeszła. Gdzie one są? Dlaczego nie atakują? Ryzykujemy klęskę operacji.” Podobnie był sporządzony radiogram do generalissimusa Mikołaja Mikołajewicza.

(…) Generał von Scheffer, zamierzał na razie zostać w Tuszynie i poczekać na 50. Dywizję Rezerwową, stał teraz ze swoim sztabem na pagórku z wiatrakiem, tuż na południowy wschód od miasta, przez które właśnie przechodziła 49. Dywizja Rezerwowa. Jakiż widok się stąd otwiera! Tam, gdzie na północy kipi imponujący kocioł ognia, rozpościera się pole bitwy pod Łodzią. Mimowolnie wzrok przykuwają najpierw widoczne w środku niezliczone kominy fabryczne, które odległe o około 18 km sterczą bezdymne na błyszczącym na czerwono horyzoncie po obu stronach leżącego przed nimi gęstego lasu i wyznaczają  polską metropolię przemysłową – Łódź. Nieprzerwanie rozbłyskujące strzały na lewo i prawo od miasta oraz za nim zaświadczają o szalejącej wokół niego bitwie. Wiatr wieje w odwrotnym kierunku i dają się stamtąd słyszeć tylko niewyraźne słabe odgłosy.

- Panowie, stoimy na tyłach nieprzyjaciela, teraz chodzi tylko o to, aby domknąć pierścień walki. Tam na lewo w lesie, tam maszerują dwie kolumny 49. Dywizji Rezerwowej.

- Tak jest.

- A tam na prawo, to musi być 3 Dywizja Piechoty Gwardii. Miejmy nadzieję, że ma już swoje obie brygady razem. Dobrze wygląda, gdy tak idzie naprzód. Ale gdzie jest Frommel?

Lasy leżące na zachód kierunku Pabianic zasłaniają widok. Głównodowodzący opuszcza lornetkę i obraca się do majora von Massowa, swojego szefa sztabu.

- Pan coś widzi?

- To niemożliwe ekscelencjo, wszystko zasłania las.

- Frommel musi być już dzisiaj w Pabianicach. Majorze Fὔẞlein, proszę jeszcze raz spróbować nawiązać z nim łączność radiową. (…)

Rosjanie walczyli zaciekle, broniąc się przed niemieckimi kleszczami. Eilsberger opisuje między innymi działania wojenne prowadzone między Pabianicami a Rzgowem.

(…) Wkrótce po tym, jak 1. batalion 228. pułku wrócił 22 listopada o godzinie 6 rano ze swojego nocnego wypadu na Prawdę i wszedł na swoją pozycję między 21. batalionem strzelców  i 2. batalionem 228. pułku na północno-zachodnim krańcu Gospodarza, Rosjanie – był to widocznie oddział, który szedł za tym batalionem jeszcze z Prawdy – zaatakowali 1. batalion 228. pułku i 21. rezerwowy batalion strzelców. Natarcie załamało się  w ogniu, 228. pułk i strzelcy odparli Rosjan i wzięli 150 jeńców. Już po godzinie jednak wyszedł znad Neru, spomiędzy dwóch rzędów domów w Starej Gadce, nowy atak. I znowu Rosjanie ustąpili z dużymi stratami, gdy dopadły ich karabiny maszynowe 228. pułku. O godzinie 11 rano następuje trzecie natarcie, ponownie od strony Starej Gadki, i po raz trzeci Rosjanie zostają odrzuceni. Tym razem pomogły lekkie baterie grupy Kamptza, tj. 4. i 5. baterie 49. pułku artylerii lekkiej, stojące na cmentarzu na południe od Starowej Góry, skąd mogły ostrzeliwać boki nieprzyjaciela.

W tym czasie tj. przed południem, Rosjanie jeszcze ciaśniej objęli od południa wysuniętą pozycję grupy Crednera, w efekcie o godzinie 12 w południe  stali na linii Stara Gadka – folwark Andrzejew – Czyżeminek, wychylając  swoje prawe skrzydło jeszcze dalej na wschód, bo aż do Guzewa, na południe od Rzgowa.

Wydany około południa rozkaz naczelnego dowództwa, aby ponownie podjąć marsz na północ, a na razie zająć las przed Rudą, dotarł do grupy Crednera akurat w momencie, gdy była ona nierozerwalnie spleciona  z tłoczącymi się ze wszystkich stron Rosjanami i przez to skazana na brak możliwości wykonania  jakiegokolwiek ruchu. Marsz naprzód był niemożliwy, chodziło już tylko o obronę, która zresztą z godziny na godzinę była coraz trudniejsza. Grupa musiała zostać wzmocniona, dlatego pułkownikowi Crednerowi podporządkowano dotychczasowy odwód dywizji, 3. batalion 227. pułku, do którego właśnie wycofano z Tuszyna 9. kompanię 227. pułku, oraz dwie baterie dział 100 mm, tak długo osłanianych przez tenże batalion. Oddziały te pozostawały tymczasem na swoich pozycjach na południe od dwóch wiatraków stojących przy drogach na Pabianice i na Tuszyn, tworząc tutaj przedłużenie południowego frontu 2. batalionu 228. pułku. Dalej był 1. dywizjon 49. pułku artylerii lekkiej przesunięty z pozycji na południe od Gospodarza aż nad Ner, na północ od majątku, skąd stojąc tuz za okopami strzelał do Rosjan znajdujących się w Starej Gadce. Podobnie wyszła 3. bateria 49. pułku artylerii lekkiej na pozycje 2. batalionu 228. pułku  na południowy skraj Gospodarza, i stamtąd  obejmowała główną drogę aż do Pabianic. Jak to w wojnie pozycyjnej pułkownik Credner podzielił teraz okrzepłą już linię bojową na dwa odcinki: podpułkownik von Selle, dowódca 21. rezerwowego batalionu strzelców, dostał rozkaz zajęcia części północno-zachodniej, zaś podpułkownik Schmidt, dowódca 228. rezerwowego pułku piechoty, zachodniej.

Po południu i wieczorem nie było nawet najmniejszej przerwy w ostrzale, w późniejszych godzinach wieczornych ogień ciężkiej artylerii Rosjan na Gospodarz nawet się jeszcze nasilił, a o godzinie 11 w nocy – tj. wtedy, gdy w kolumnie Kamptza została zaskoczona 9. bateria – Rosjanie jeszcze raz wykonali szturm na odcinek północno-zachodni. I ponownie natarcie zostało z dużymi stratami nieprzyjaciela odparte przez 21. batalion strzelców i 1. batalion 228. pułku oraz ściągnięte z frontu południowego celem wsparcia 9. i 12. kompanie 227. pułku. 

Jednak ciągłe niepowodzenia i krwawe straty tylko powiększały waleczność Rosjan. Wczesnym rankiem 22 listopada, krótko po godzinie 6 – gdy generał von Thosenhausen chciał właśnie rozpocząć szturm na stanowisko baterii – Rosjanie znacznie wzmocnionymi siłami, tym razem przyprowadzonymi daleko z południa, przeszli do ataku na całym froncie grupy Crednera. Wybuchły krwawe walki. Podpalony w południowo-zachodnim kącie majątku budynek rzucał swoje migoczące źdźbła w twarze zmagających się na najbliższych odległościach żołnierzy. W ogniu i pod ciosami kolb śmiałków Rosjanie w końcu osłabli i wycofali się. – któryż to już raz? Najodważniejsi z nich, ci, którzy wtargnęli aż do parku, nie znaleźli litości. Choć jeszcze raz uwolnieni od Rosjan, wszyscy wiedzieli jednak, że oni, w najwyższym stopniu rozdrażnieni, jeszcze powrócą. Ich ogień artyleryjski nie tylko nie ustaje, ale nawet potęguje się. Wydaje się dobrym pomysłem przenieść własną artylerię lekką z pozycji za linią piechoty na stare stanowiska na południowy zachód do Rzgowa. Także ciężka artyleria, tj. połowa 1. dywizjonu 5. pułku artylerii ciężkiej, która wysunięta na północny skraj Rzgowa ostrzeliwała stamtąd Starą Gadkę, wraca za miasto, na wschodnią stronę drogi do Tuszyna. Po jej zachodniej stronie stoi już 1. dywizjon 6. pułku artylerii ciężkiej.

 Siła nieprzyjacielskiego ognia artyleryjskiego rośnie do niesłychanego poziomu. W parku majątku Gospodarz rozlatują się stare drzewa, unoszą fontanny ziemi, rozpadają i pala drewniane domy. W punkt medyczny we dworze uderzają trzy granaty, oswobadzając wielu od ich cierpień. Kapitan Funk, drugi adiutant dywizji, zostaje śmiertelnie trafiony w środku szczerego pola. Nieprzyjacielskie pociski nadlatują już teraz z każdej strony. Ale nasze baterie także strzelają bez przerwy. Pięć ciężkich stojących tuż obok siebie na południe od Rzgowa strzela we wszystkich kierunkach: 1. i 2. dywizjony 6. pułku artylerii ciężkiej na północ od rosyjskich okopów znajdujących się na północny zachód od Starowej Góry; pół 1. dywizjonu 5. pułku artylerii ciężkiej na zachód w nieprzyjaciela stojącego w Pabianicach; 3. bateria 6. pułku artylerii ciężkiej na południe do Rosjan w Guzewie. W wokół Gospodarza, oczekując na nowy nieprzyjacielski szturm, siedzą w okopach ochotnicy, a ich bohaterska pieśń wybrzmiewa na przekór wybuchom rosyjskich pocisków: „Wytrzymajcie wściekły szturm! Wytrzymajcie!”

Pomimo wszystko jednak – po południu odcinek północno-zachodni nie daje się już dłużej utrzymać. O godzinie 4 – słońce okryło się właśnie krwawą czerwienią – dochodzi do opuszczenia pozycji. Wojska cofają się najpierw za budynki majątku, później, gdy zaczyna zmierzchać, z powrotem do Rzgowa, gdzie ponownie okopują się frontem na północny zachód.

I oto przez sam środek ognia artyleryjskiego spieszy do dowódcy grupy południowej, podpułkownika Schmidta, adiutant brygady. Odnajduje go w drewnianej chałupie, której ściany podziurawione są niezliczonymi kulami, i prosi i wydanie gońcom, ordynansom i służącym rozkazu wyjścia z izby. Życzy sobie bowiem przekazać tylko oficerom tę oto wiadomość: grupa północna musi zostać wycofana, odnośnie grupy południowej pułkownik Credner zostawia decyzję jej dowódcy, podpułkownikowi Schmidtowi. Ten siedzi przed piecem kuchennym na niskim taborecie i patrzy się w ogień. Panuje głęboka cisza, tylko kule przelatują przez drewniane ściany. Wapno spada na dół, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Spojrzenia oficerów zawisły na ustach dowódcy, który patrzy w górę i mówi – twardo i ostro padają jego słowa: „Mam rozkaz utrzymać pozycję,, więc pozycja będzie utrzymana aż do ostatniego człowieka,  kapitanie Hassenstein, proszę wydać rozkazy.” Po tych stanowczych słowach piersi oficerów unoszą się jakby uwolnione od ciężaru, a kapitan Hassenstein spieszy teraz do swojego 2. batalionu 228. pułku. Ogień jest prowadzony spokojnie, batalion czuje się bezpiecznie w rękach swojego dowódcy. Młody podporucznik pyta z lekkim niepokojem:

- Czego my tutaj jeszcze chcemy, panie kapitanie?

- Zginąć! Nie zrozumiał pan tego jeszcze? – grzmiącym głosem spada na niego odpowiedź.

Po godzinie przychodzi jednak rozkaz dywizji, żeby batalion powoli oderwał się od nieprzyjaciela. Zaczyna się opuszczanie pozycji. Nagle wpada major-lekarz.

- Na miły Bóg, kapitanie, już teraz pan odchodzi? Tutaj we dworze leży ze dwustu rannych. Mają biedacy wpaść w ręce Rosjan?

- Ile czasu potrzebuje pan na ich odtransportowanie?

- Jakieś dwie godziny.

- Do tego czasu utrzymam pozycję.

Rozkaz dla 2. Batalionu 228. Pułku zostaje teraz zmieniony i tylko polowa odchodzi, reszta zaś pozostaje w okopach i ostrzeliwuje się, aż dwór opróżni się z rannych. O godzinie 8 ostatni śmiałkowie z 228. pułku opuszczają okopy. Chwała bohaterom, którzy będąc najdalej wysunięci w stronę nieprzyjaciela, najdłużej tez wytrwali!

 Tych ściągniętych z powrotem na zachodni skraj Rzgowa 240 ludzi – wszystko, co pozostało z 2. batalionu 228. pułku ma zorganizować jeszcze jedną pozycję. Zmęczeni wala motykami i szpadlami w zamarzniętą ziemię. Nic z tego nie będzie. Po co zresztą/ Obejdą nas Rosjanie od tyłu, a więc i tak nie ma ratunku. Ludzie są śmiertelnie wyczerpani, a poza tym jest ich zbyt mało. Wtedy przychodzi rozkaz: „Przerwać prace nad okopami”. Wkrótce marsz. Kto widzi jeszcze na drodze jakieś upatrzone miejsce do spania, przepycha się tam. Wkrótce wszystko jest przepełnione. Leży się tam, gdzie się przed chwilą stało, na skraju drogi, w okopach, na roli. Mimo głodu i zimna pada się i leży od razu w podobnym do śmierci śnie. Musi być przynajmniej 10 stopni poniżej zera. O północy nadchodzi rozkaz wymarszu i zaczyna się odwrót. U Rosjan panuje cisza. Odwaga niedźwiedzia się już wyżyła. Jest zmęczony. Śpi. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Siergiej_Scheidemann

Prit Buttar w książce „Collision of Empires: The War in the Eastern Front in 1914” przytacza wypowiedź Novitskiego, szefa sztabu I Korpusu, który próbuje  przekonać generała Siergieja Scheidemanna, że atak w kierunku Brzezin jest skazany na porażkę.

Scheidemann szykuje się właśnie do wyjazdu do Pabianic, gdzie czeka nań Paweł Plehve (w latach 1914-1916 dowódca 5. i 12. Armii, naczelny dowódca Frontu Północnego).

On 25 November, after the Germans had successfully escaped, Scheidemann issued orders along the lines of Plehve’s suggestions for an attack toward Brzeziny, Novitsky travelled to Łódź to meet army commander, to point out that such an operation was now too late:

“When I entered his office, he was dressed ready to travel, and warned me that he had to go to Pabianice urgently to meet Plehve, and that I should be brief. I reported the situation, and fervently implored Scheidemann to abandon the attack on Brzeziny, because it would not end well. We would merely concentrate our forces for a strike at empty space. Scheidemann looked very depressed, and listened patiently and politely, but then said that although he believed everything that I said, we could change nothing, because Plehve had committed himself to an attack. Scheidemann added that Plehve believed that there were two German princes – Joachim and Oscar, sons of Kaiser – with German troops in Brzeziny, and that we had to capture them, come what may.”



David Dorondo w pracy „Riders of the Apocalypse: German Cavalry and Modern Warfare”, 2012 pisze, iż 17 listopada 1914 roku kawaleria niemiecka oraz oddziały piechoty otrzymały zadanie poprowadzenie ataku w kierunku Pabianic z zamiarem otoczenia  Łodzi. Niepewny był los Drugiej Rosyjskiej Armii pod Łodzią, zagrożonej unicestwieniem. Pech chciał, że na odsiecz pośpieszyła Piąta Rosyjska Armia, wykonując w ciągu 48 godzin  heroiczny marsz na odległość 112 kilometrów. Wydawało się, że Pabianice znalazły się w centrum bitewnej zawieruchy.

(…) On 17 November cavalry and reserve infantry were ordered to completely envelop Lodz to the south and west with attacks toward Pabianice. In doing so, they threatened the entire Russian Second Army at Lodz with encirclement and destruction. Unfortunately for the German, the Russian Fifth Army executed a heroic march northward to Lodz’s relief – two of Russian infantry Corps marched more than seventy miles (112 km) in forty-eight hours – and forced the German cavalry and reserve infantry to fight their war out the way they’d come.



Władysław Bortnowski w opracowaniu „Ziemia Łódzka w ogniu: 1914” podaje, że w październiku 1914 roku w Pabianicach stacjonował generał Charpentier – dowódca kaukaskiej dywizji kawalerii, który 26 sierpnia wkroczył do Łodzi.

„ (…) Wobec powtarzających się pogłosek o ofensywie Niemców w kierunku Łodzi, członkowie GKO (Główny Komitet Obywatelski) Grohman i Krasuski prosili gen. Charpentiera o udzielenie informacji i instrukcje w sprawie dalszego postępowania. 3 października generał przyjął delegatów w swojej kwaterze w Pabianicach i oświadczył, że sytuacja wojsk rosyjskich nie jest zła, choć są one związane walką. Obiecywał powiadomić Komitet, gdyby zaszła konieczność ewakuowania Łodzi. W parę godzin później sztab gen. Charpentiera zwinął miejsce postoju, a wojsko pospiesznie wycofało się drogą na Brzeziny i Warszawę, wysadzając po drodze mosty.”

Uprzednio generał Charpentier „zasłynął” restrykcjami wobec ludności witającej entuzjastycznie wojska niemieckie.

„Sztab dywizji rozlokował się w Łodzi. Gen. Charpentier oświadczył, że pełni obowiązki Komendanta Wojennego całego „okręgu”, jednakże nie określił jakie są granice tego okręgu. Na rozkaz generała zostali aresztowani w Zgierzu i Pabianicach ci Niemcy i Żydzi, którzy zbyt gościnnie przyjmowali wojska nieprzyjacielskie i manifestowali radość z powodu zmiany władzy. Zostali oni wywiezieni do Warszawy, a stamtąd skierowano ich w głąb Rosji. Również i w Piotrkowie dokonano aresztowań”.

W. Bortnowski uważa, iż Niemcy łódzcy nie okazywali szczególnej satysfakcji z nadejścia wojsk niemieckich, natomiast Niemcy w Pabianicach przyjmowali swoich rodaków z większą życzliwością.

„(…) Charakterystyczny dla ówczesnych nastrojów miasta był fakt, że łódzcy Niemcy bynajmniej nie okazywali solidarności narodowej z wilhelmowską armią. W czasie okupacji miasta unikali oni kontaktów z Komendanturą i wojskiem niemieckim, natomiast radość z powodu powrotu armii carskiej okazywali manifestacyjnie. Zdawali oni sobie sprawę, z tego, że dobrobyt zawdzięczają właśnie ekonomicznym kontaktom z Rosją i pragnęli utrzymania stanu istniejącego przed wojną.

Neue Lodzer Zeitung w licznych wzmiankach i artykułach podkreślała, że Niemcy łódzcy sa wiernymi poddanymi cara i robią wszystko, co jest w ich mocy, aby przyśpieszyć moment zwycięstwa. Inaczej kształtowały się nastroje wśród niemieckich rolników-kolonistów, którzy , przeciwnie, podkreślali swe związki z Cesarstwem Niemieckim i współdziałali z armią w czasie jej pochodu ku Wiśle. Podobnie kształtowały się nastroje wśród niemieckiego drobnomieszczaństwa w miastach okalających Łódź, zwłaszcza w Pabianicach i w Zgierzu. Wobec kolonistów wojsko rosyjskie zastosowało represje. Niektórych spośród nich internowano. (…) Autor „Ziemi Łódzkiej w ogniu” porusza także wątek żydowski.

„W okolicach Łodzi między 1 a 5 listopada doszło kilkakrotnie do uszkodzenia linii telefonicznych. Władze wojskowe doszły do wniosku, że sprawcami tego byli Żydzi, wobec czego należy właśnie im powierzyć ochronę zagrożonej łączności. Na podstawie zarządzenia Komendantury z dnia 7 listopada ludność żydowska musiała sformować specjalną ?milicję dla ochrony telefonów i telegrafu”. W ciągu całej doby milicjanci z opaskami, na których wymalowana była litera „T”, patrolowali szlak linii telefonicznych. Żydzi łódzcy zmuszeni byli ponosić odpowiedzialność za całość linii na odcinkach od Zgierza do Łodzi i od Łodzi do Koluszek. Podobne oddziały ochronne utworzono także w Pabianicach, Łowiczu i Kutnie i w innych miastach. Do służby w milicji telefonicznej wybrano najbiedniejszych Żydów. Gminy żydowskie zaopatrzyły ich w ciepłą odzież oraz wypłacały im zapomogi pieniężne.”

O milicji telefonicznej („T”) pisał także M. Banet w Seyfer Pabianice, 2014: (…) Operacja militarna nie była korzystna dla Rosjan, którzy winą za porażki obarczali Żydów mieszkających w guberni piotrkowskiej. Postanowiono, że wszyscy Żydzi zostaną wysłani w głąb Rosji. Na szczęście udało się zmienić tę decyzję. Jednak władze wojskowe odpowiadały za bezpieczeństwo transportu kolejowego i komunikacje telegraficzną. A to oznaczało niebezpieczeństwo dla tysięcy Żydów. Zaraz pociągano ich do odpowiedzialności w przypadku jakiegokolwiek uszkodzenia torów kolejowych czy linii telegraficznych.

Natychmiast w każdej miejscowości powstała milicja ochraniająca telegraf i kolei. Żydowskie Pabianice utworzyły milicję z członków Poalej-Syjon i rzemieślników. Posterunki zlokalizowano wzdłuż linii kolejowej i telegraficznej na odcinku między Łaskiem a Łodzią. Najgorsza była służba nocna. Z jednej strony las, z drugiej wojsko rosyjskie, a pośrodku tory kolejowe. Milicjanci żydowscy nosili opaski identyfikacyjne na prawej ręce. Lokal studium religijnego przy ulicy warszawskiej stanowił kwaterę żydowskiej milicji. Wartownicy udawali się stamtąd na wyznaczone posterunki, które były bliżej linii frontu.

Zastępowałem mojego ojca, który nie był zdolny do pełnienia służby w milicji. Nie chciał jednak żadnych przywilejów, kiedy Żydzi czuli się zagrożeni. Dlatego poprosił mnie, swojego najstarszego syna, żebym go zastąpił (miałem 19 lat). Rzecz jasna spełniłem prośbę ojca i zgłosiłem się do służby w żydowskiej milicji. Przydzielono mi warte wraz z innymi młodymi mężczyznami. Była jesień, z zimnymi i deszczowymi wieczorami. Las tworzył złowrogą ścianę. W takich warunkach ponosiliśmy odpowiedzialność za los bardzo wielu Żydów.

Kiedyś podczas warty, około godziny drugiej w nocy, na odcinku między Łaskiem a Pabianicami doszło do zdarzenia, które mogło mieć dla nas tragiczne konsekwencje.

Byłem w niewielkiej grupie, która spotkała się z grupą łaską w ustalonym punkcie między dwoma miastami. Obok mnie byli starsi koledzy z Pabianic: Jelinowicz, Szwalba, Kantorowicz, Jojna Izraelewicz (zginął w potyczce z Arabami w 1936), Jechiel Bycker, Poznański. Szwalba dowodził grupą. Kantorowicz i ja obserwowaliśmy ciemny las. Po drugiej stronie widzieliśmy sołdatów wokół ognisk. Nagle usłyszeliśmy poruszenie w lesie. Zamarliśmy. Padliśmy na ziemię, dygocąc ze strachu. Odgłosy narastały, nie mieliśmy pojęcia jak się zachować. W tym momencie nadszedł kolega z Łasku o imponującej posturze. Powiedzieliśmy mu szeptem o wszystkim. Dały się słyszeć wyraźne kroki. Rozdzieliliśmy się, aby zaatakować złoczyńcę z dwóch stron. Nie trzeba było długo czekać. Ktoś podchodził do linii telegraficznej z długą tyką w dłoniach. Wszyscy rzuciliśmy się na młodego wieśniaka. Próbował walczyć z nami, ale przywołaliśmy na pomoc rosyjskich żołnierzy i oficera. Związaliśmy chłopa i odstawili do obozowiska Rosjan.

Oficer napisał raport i przez gońca powiadomił żandarmerię w Pabianicach. Wyładowaliśmy nasze rozgoryczenie na ujętym wieśniaku, którego wnet zabrali do cyrkułu i zaraz zastrzelili. Oficer rozumiał nas doskonale i rozmawiał życzliwie o losie tych, którzy zawsze cierpią mimo swej niewinności. Wiedzieliśmy, że miał na myśli nas, Żydów. Prawdopodobnie sam mógł być Żydem.




W Pabianicach został pochowany pułkownik Michał Boyno-Rodziewicz (Михаил Павлович Бойно-Родзевич). Prawosławny. Wykształcenie ogólne zdobył w Korpusie Kadetów. Służbę rozpoczął 1.09.1890 r. Ukończył 1. Wojenną Szkołę Pawłowską. Trafił do 7. brygady artyleryjskiej. Podporucznik (1891), porucznik (1895), sztabskapitan (1899). Uczestnik kampanii chińskiej 1900-1901, kapitan (1903). Walczył w wojnie rosyjsko-japońskiej 1904-1905, podpułkownik (1911). Dowódca 3. baterii w 2. Syberyjskiej Brygadzie Piechoty. Uczestnik wojny światowej.

W zaciekłym boju 6 listopada 1914 r. Rodziewicz dowodził baterią i ostrzeliwał przez cały dzień przeważające siły przeciwnika, znajdując na wysuniętym punkcie obserwacyjnym w ścisłej łączności z czołowymi oddziałami piechoty. Przeciwnik próbował wielokrotnie atakować Rosjan, ale Rodziewicz wraz z innymi bateriami dywizjonu prowadził huraganowy ogień powodujący duże straty wroga, szukającego schronienia w okopach. Po odparciu przeciwnika przyszedł rozkaz do natarcia. 1. 3. baterie poszły naprzód. Rodziewicz wyszedł na czoło i wskazał baterii odsłoniętą pozycję, stając się łatwym celem, ale zajął dogodną do obserwacji górkę i rozpoczął skuteczny ostrzał.  Ogień 1. i 3. baterii zmusił zdezorientowanego przeciwnika do ucieczki. Za wyróżnienie się w tym boju otrzymał awans na pułkownika. W walce przejawiał odwagę i mistrzostwo w kierowaniu ogniem.

W boju 21 listopada 1914 r. został zabity na punkcie obserwacyjnym we wsi Porszewice, powiat łaski, gubernia piotrkowska. Pochowano go w mieście Pabianice.

https://www.ria1914.info/



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij