www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pabianice w literaturze cz. 4

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Stanisław Koszutski w pracy „Rozwój ekonomiczny Królestwa Polskiego w ostatnim trzydziestoleciu, 1870 – 1900” (1905 r.) przedstawia początki przemysłu w Pabianicach.

(…) Historia na przykład Pabianic jest w zmniejszonych rozmiarach prawie fotografią historii Łodzi. Rozwój Pabianic rozpoczyna się po 1820 r. wraz z napływem do miasteczka niemieckich kolonistów i rzemieślników. W 1830 r. przybywa tu z Saksonii Beniamin Krusche, którego zjawienie się ma wpływ podobny na Pabianice, jak przybycie Scheiblera na Łódź (w mniejszym tylko zakresie). Założył on początkowo fabrykę wyrobów wełnianych i półwełnianych o 10 ręcznych warsztatach tkackich. Stopniowo rozwijał on swe przedsiębiorstwo, zastępując pracę ręczną pracą maszynową i urozmaicając produkcję nowymi działami wyrobów. Po 1870 r. do firmy wstąpił Karol Ender, który wytknął nowy kierunek przedsiębiorstwu i sprowadził przewrót w produkcji bawełnianej łódzkiego okręgu.

Postanowił on przystosować produkcję fabryki do szerokich rynków zbytu, przy tym do zmienionych na nich wskutek uwłaszczenia włościan i zamiany gospodarki naturalistycznej na pieniężną - warunków. Pragnął on produkować takie wyroby, które byłyby chętnie kupowane przez masy świeżo w wir gospodarstwa wymiennego wciągniętych spożywców. W tym celu w 1873 r. zamienił on fabrykę wyrobów półwełnianych, damskich, na fabrykę tanich wyrobów bawełnianych (barchanów kolorowych), które trafić mogły i istotnie trafiły do gustu szerokich mas niezamożnych nabywców, nie mających środków na zbytnią wybredność, zastępując im niedostępne dla nich wskutek wyższej ceny tkaniny wełniane. Inicjatywa Endera uwieńczona została świetnymi rezultatami nie tylko dla firmy „Krusche i Ender” lecz wskutek wielkiego popytu na grube wełniane wyroby puściło się do ich produkcji mnóstwo fabryk zarówno w Królestwie, jak i w Cesarstwie. Konkurencja przyczyniła się jednak tylko do tym większego rozwoju działalności wspomnianej firmy i rozszerzenia zakresu jej wyrobów. Wartość jej produkcji wynosiła w 1897 r. 3.627.000 rubli, robotników pracowało 2.649, z tej liczby około 1000 pracowało dla fabryki lecz poza jej obrębem. W 1901/2 r. wartość produkcji wynosiła 5 milionów rubli, robotników – 4277.

W 1854 r. w Pabianicach powstała jeszcze inna fabryka, zasługująca na wymienienie, założył ją Rudolf Kindler. Skromne zrazu przedsiębiorstwo, w 1888 r. staje się towarzystwem akcyjnym, które w 1898 r. produkuje wyrobów półwełnianych różnego rodzaju za sumę 2 milionów rubli przy współudziale 1200 robotników. W 1901/2 za 2,9 miliona rubli przy 1700 robotnikach.

Zwracano już niejednokrotnie uwagę na fakt, że przemysł w początku stulecia rozwijać poczynano u nas w miejscowościach nie bardzo ku temu odpowiednich. Cudzoziemcy osiadali w Łodzi, Zgierzu, Pabianicach, które właściwie jak najmniej nadawały się ku celom przemysłowym, daleko leżały od świata, od dobrych komunikacji, pozbawione były wody, którą musiano zdobywać przy pomocy studni artezyjskich; przed 1866 r. do Łodzi, a do ostatnich czasów do Zgierza i Pabianic należało dostarczać wszystko za pomocą lokomocji konnej: materiał surowy, węgiel, maszyny. Pierwotny wybór nie zależał właściwie do cudzoziemców, osiedlających się w kraju; musieli oni wybierać te miejsca, które zostały wyznaczone przez rząd w celach kolonizacji przemysłowej. Tym bardziej zasługuje na uwagę sprężystość i żywotność kapitałów zagranicznych i zagranicznej przedsiębiorczości, iż zdołała ona przezwyciężyć tak ważne i doniosłe szkopuły.

Stanisław Koszutski (1872 -1930) – działacz socjalistyczny, adwokat, historyk przemysłu.

W klasycznych pracach polskich językoznawców - Hieronim Łopaciński (1860-1906) „Kilka zabytków języka staropolskiego” (1894) i Jan Łoś (1860-1928) „Początki piśmiennictwa polskiego”(1922) – pojawia się dość zagadkowa postać Piotra z Pabianic, który przeszedł do dziejów polskiej literatury jako kopista łacińskich kazań Jakuba de Voragine, włoskiego kaznodziei, hagiografa i pisarza religijnego okresu średniowiecza. Profesor Łoś podkreślał, że Piotr jest autorem cennego dopisku (glosa) w języku staropolskim do wspomnianego dzieła.

„ (…) Są to kazania popularne w średnich wiekach Jakóba de Voragine, przepisane w r. 1444 przez Piotra z Pabjanic zapewne w Krakowie; z glos niewielu, tu zapisanych, zasługuje na uwagę tylko jedna rzadka: obloyom = żarłokom”.

W 1897 r. ukazała się publikacja „Album pamiątkowe z pobytu Ich Carskich Mości Najjaśniejszych Państwa w Królestwie Polskim”. Wizytę cara miało także upamiętnić powołanie jakiejś placówki służącej społeczeństwu. W skład „Komitetu Składki na utworzenie instytucji użyteczności publicznej ku upamiętnieniu Najjaśniejszych Państwa w Warszawie” weszło wiele ówczesnych osobistości, m.in. margrabia Wielopolski, Leopold Kronenberg, Adam hrabia Zamojski, Bolesław Prus, a także …Oskar Kindler, współwłaściciel fabryki wyrobów tkackich w Pabianicach.

Aleksander Janowski, krajoznawca, opublikował w 1919 roku książkę „Nasza Ojczyzna”, w której porównał Pabianice do „najeżonego kominami fortu”.

„Nie świetne życie ma ruchliwy Mazur na swych „piaskach – laskach”, ratuje się więc, jak może i zakłada fabryki, szuka zarobku. Zajął ubogą wyżynę, gdzie zaczyna się Bzura i gdzie Ner już ku Warcie wybiega. Zbudował tam potężną fortecę przemysłu: Łódź, a koło niej, jak pomniejsze forty, jeżą się kominami swych fortec; Zgierz, Pabianice, Zduńska Wola, Ozorków, Tomaszów Rawski. Huczą tu warsztaty, snuje się przędza, tkają wyroby łokciowe, które zaopatrują sklepy całej Polski.”

„Pamiętniki chłopów” (1935) były plonem konkursu ogłoszonego przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie. Wywarły duże wrażenie na czytelnikach w kraju i na świecie. Bez obsłonek prezentowały życie wsi okresu międzywojennego. Jednym z pamiętnikarzy był mieszkaniec Dąbrowy obok Pabianic, który w dniach strajku marcowego w 1933 znalazł się w naszym mieście.

„Przyszedłem do Pabianic. Był tu strajk. Tramwaje nie chodziły. Kupy ludzi pchało się we wszystkie strony. Wszędzie kotłowało się jak w mrowisku. Zmieszałem się razem ze wszystkimi. Pchali się naprzód. Czułem w sobie złość taką jak wszyscy dokoła. Przy fabryce Endera policja rozpychała ludzi. Cofnęli się wszyscy i wypchnęli mnie naprzód. Zanim zdążyłem odejść, policjant lunął mnie gumową pałką przez plecy, aż mi w oczach spopielało. Nie ruszyłem się z miejsca i mówię: idę na wieś do domu. A on powiada: idźcie innymi ulicami, bo tu gazy bydom puszczać. Ludzie nie chcą już trzy dni wyjść z fabryki. Cofnąłem się nazad i bocznemi ulicami obszedłem miasto. Potem ścieżką wyszedłem do cmentarza. Dookoła płotu było pełno ludzi. Raz się kupili to znów rozlatywali, jak te spłoszone kury gdy je jastrząb z góry naleci. Policja przywiozła na cmentarz trumnę jakiegoś robotnika i nikomu nie dała wejść na cmentarz> Dopiero kiedy już policja skończyła pogrzeb i wyszła, ludzie się gruchnęli hurmem na cmentarz, a i ja wlazłem z ciekawości. Nad grobem śpiewali ludzie komunistyczne piosenki. Przy mnie stała jakaś gruba baba. Spytałem się jej co się tu stało, a ona mi powiada: z piecaście to spadli czy wilkowi spod ogona wylecieli, nie widzicie to jak ludzi mordują. Potem aż przysiadła za nagrobkiem i krzyczała na całe gardło: Krew! Krew! Krew! Kiedy skończyła zwróciła się do mnie i mówi: tyle ino umiem z czerwunygo (pieśń „Czerwony Sztandar”), ale się muszę całygo nauczyć, bo się przyda i znów krzyczała za wszystkimi: niech żyje Kitler, a drugi raz zdążyła tylko powiedzieć niech żyje Ki! Bo ją policjant ściągnął przez plecy. Myślę sobie jak wy wszyscy tacy mądrzy, że jeszcze nie wiecie czy się nazywa Hitler, czy Kitler, a już krzyczycie niech żyje, to niewiele z was pociechy.”

Kontekst dla wypowiedzi pamiętnikarza tworzą informacje o wydarzeniach pabianickich zamieszczane w ówczesnej prasie.

5 robotników zastrzelonych przez policję. Do starosty w Pabianicach zgłosiła się delegacja robotników włókienniczych z prośbą o zezwolenie na urządzenie wiecu w związku z wiadomością z Warszawy o zerwaniu rokowań miedzy robotnikami a przemysłowcami. Starosta odmówił, oświadczając, iż może udzielić zezwolenia na wiec dopiero w niedzielę. Delegaci opuścili starostwo. Tymczasem tłum złożony z kilkuset osób zorganizował pochód. Wobec tego jednak, że główna ulica w Pabianicach otoczona została policją - tłum skierował się w uliczki boczne, gdzie natknął się na oddział policji, który wezwał demonstrantów do rozejścia się. Po pewnym czasie doszło do ostrej wymiany słów między policją a robotnikami. Policja zażądała w ostrej formie rozejścia się. W pewnej chwili ze strony tłumu posypały się kamienie. W odpowiedzi policja dała salwę ostrzegawczą w powietrze, a w chwilę potem drugą salwę do tłumu. 5 osób zostało zabitych, 15 zaś rannych. Tłum położył na szynach kolejki elektrycznej zwłoki jednego z zabitych, uniemożliwiając w ten sposób przejazd tramwajów. Do Pabianic przybyły posiłki policyjne z Łodzi. Prasa socjalistyczna tak „Robotnik”, jak „Naprzód” zostały za podanie szczegółów tej strzelaniny do bezrobotnych skonfiskowane. (Gazeta Robotnicza, 21.03.1933)

Pogrzeb pięciu ofiar wypadków piątkowych w Pabianicach miał się odbyć we wtorek, dn. 21 bm. Ponieważ jednak miejscowe władze otrzymały wiadomość, że elementy wywrotowe zamierzają wykorzystać pogrzeb do niepoczytalnych wystąpień, zmuszone więc były do przyspieszonego pogrzebu. O tym niezwłocznie powiadomiony został komitet organizacyjny pogrzebu w Pabianicach. Komitet po dłuższej naradzie oświadczył, że nie jest w możności zorganizować pogrzebu ze względów technicznych. Wobec takiego stanu rzeczy pogrzebem musiały się zająć władze administracyjne, które zaprosiły do udziału duchowieństwo katolickie i ewangelickie. Pogrzeb odbył się we wzorowym porządku przy udziale rodzin zmarłych. Wzdłuż całej trasy tłum ludności towarzyszył z powagą konduktowi. (Goniec Częstochowski, 22.03.1933)

W końcu XIX wieku tygodnik Głos publikował relacje Jana Lorentowicza z Pabianic. Autor nazywa Pabianice „dziecięciem Łodzi”.

Pabianice mało są znane szerszemu ogółowi, mimo ze pod względem ludnościowym przewyższają niektóre miasta gubernialne, liczą bowiem przeszło 24 tysiące mieszkańców. Przyczyna tego leży, jak sądzę w szybkim stosunkowo rozwoju tego miasta. Do niedawna Pabianice były niewielką mieściną fabryczną o kilku tysiącach mieszkańców, poza posiadaniem kilku fabryk niczym się różniącą od innych zapadłych kątów prowincjonalnych. Dopiero ostatni lat dziesiątek sprowadził w stosunkach pabianickich zmiany bardzo poważne. Szybki rozwój Łodzi odbił się znacząco na losach jej dziecięcia przemysłowego. Nie było prawie roku w pomienionym okresie czasu, w którym by nie powstała jakaś nowa fabryka mniejszych lub większych rozmiarów. Każda z nich wprzęgała do pracy całe rzesze okolicznego proletariatu bezrobotnego. W miarę wzrastania ludności, rosła liczba domów (obecnie Pabianice posiadają 800 domów na gruntach miejskich i pewnie około polowy tego na przyległych gruntach włościańskich), przybywało sporo rzemieślników, handlarzy – Żydów.

W roku bieżącym została w ruch puszczona, prawie całkowicie odbudowana po spaleniu fabryka papieru Saengerów. Kto znał dawny gmach papierni, ciemny, brudny, ciasny, ten z zadowoleniem stwierdzi, że obecna fabryka jest jasna, obszerna, czysta, dobrze przewietrzona, posiada łatwą do zmywania posadzkę kaflową; w ogóle zastosowano tu najnowsze zdobycze techniczne, pozbawiając w dużym stopniu fabrykę papieru szkodliwego na zdrowie robotników wpływu. W starej papierni np. szczególnie zabójczo działał na organizm robotnika rozchodzący się po sali pył, wydzielany przez trzepanie i krajanie gałganów, które, jako zbierane zazwyczaj ze śmietników, posiadają, rzecz prosta, moc przeróżnych drobnoustrojów chorobotwórczych. Przy urządzeniu obecnym wszystek kurz, spod maszyny wychodzący, przez otwór w podłodze dostaje się do zamkniętego zbiornika, z którego w pewnych odstępach czasu wywozi się poza obręb fabryki. Trzeba jednak zaznaczyć, że te warunki, dodatnio wyróżniające fabrykę, wkrótce ulegną zmianie na gorsze. Do tego czasu, wobec ogólnego zastoju w przemyśle, fabrykacja papieru, wyrabianego przeważnie do obwijania towarów, niewielki zbyt miała. Skoro jednak zapotrzebowanie papieru wzrośnie dostatecznie, sprowadzona zostanie druga wielka maszyna, zwiększy się liczba robotników, ilość wyprodukowanego papieru na składzie, co sprowadzi potężną ciasnotę w oddziałach dotychczas przestronnych.

W fabryce pracuje około 200 ludzi. Płaca nader marna. Robotnica natychmiast po przyjściu do fabryki dostaje 35 kopiejek dziennie, wykwalifikowana maximum 48 kopiejek, robotnik surowy 55, uzdolniony max 90 kopiejek; przeciętnie 68-70 kopiejek. fundusz z kar idzie do ręki inspektora fabrycznego i służy do udzielania zapomóg robotnikom zniedołężniałym, przedstawianym przez zarząd fabryki. Ponieważ fundusz ten jest niewielki, przeto i zapomogi są bardzo nieznaczne. Zdrowie pracującej rzeszy reperuje jeden z miejscowych lekarzy, który zjawia się 2 razy tygodniowo na godzinę do ambulatorium fabrycznego, albo udziela porad w mieszkaniu swoim lub chorego. Z przykrością zaznaczyć trzeba, że większość lekarzy otrzymujących stałą pensję od zarządów fabryk, w krótkim czasie przejmuje się nieprzejednaną nienawiścią do wszystkich robotników, szukających w nich pomocy lekarskiej, jako do ludzi, którzy kradną drogi czas konsyliarski, nie dając w zamian bezpośrednio ani cekina. Robotnik często poważnie chory, dobrze widzi, że zniecierpliwiony doktór chce się od niego odczepić w jakikolwiek sposób, że na podstawie jego niejasnych i niedokładnych utyskiwań stawia zbyt szybko diagnozę bez dokładniejszego zbadania chorego, wreszcie zapisuje lekarstwo i żegna pacjenta słowami: „jak nie pomoże, proszę przyjść powtórnie”. Biedak widzi to, ale musi się poddać niesumiennej i bezskutecznej przeważnie kuracji, opłacanie bowiem dowolnie wybranego przez siebie lekarza przy małym zarobku jest zbytkiem, na który pozwolić sobie nie może.

Niektórzy lekarze postępowanie swoje tłumaczą sporą ilością symulantów, tj. ludzi pozornie zdrowych, ale zmęczonych lub wycieńczonych całodzienną pracą w dusznej atmosferze fabrycznej, którzy bez widocznych zmian chorobowych w organizmie chcą oszukać pana konsyliarza, aby udawaniem „bólów w sobie” otrzymać zwolnienie od pracy na 1-2 dni lub nawet usprawiedliwić godzinny spacer podczas zajęcia do ambulatorium fabrycznego. Czy jednak to udawanie chorób, tak zresztą naturalne, gdy się rozważy ciężkie warunki pracy robotników fabrycznych może usprawiedliwiać traktowanie przez pp. lekarzy et canaille wszystkich chorych? (Głos, nr 40/1896)

Jan Lorentowicz opisał m. in. podział miasta na Stare i Nowe, który utrzymał się aż do czasów powstania rozległego blokowiska „Bugaj” w latach 70. i 80. dwudziestego wieku.

Ze stosunków miejskich zaznaczyć wypada ciekawy fakt utworzenia syndykatu cegielnianego. Sześciu właścicieli cegielni, chcąc wyrównać różnice w cenie cegły, zależnie od rozmaitej odległości od miasta poszczególnych cegielni i od dobroci (jakości) wyprodukowanego towaru, zobowiązało się rejentalnie nie sprzedawać cegły taniej niż rubli srebrnych 8 kopiejek 50 za tysiąc sztuk (poprzednio w najbliższych można było dostać tę samą ilość za rs. 7) i powierzyło jednemu ze stowarzyszonych zajęcie się przyjmowaniem zamówień i odbiorem należności, dając mu w zamian 50 kopiejek prowizji na tysiącu, co mówiąc nawiasem, przy 14 milionach cegły produkowanej rocznie w cegielniach pabianickich wyniesie rs. 7000. Syndykat istnieje od połowy sierpnia i ma wszelkie szanse utrzymać się nadal. Komu się nie podoba kupować cegły od stowarzyszonych, ten może sprowadzać je spod Łodzi również za rs. 8 kop. 50, co łącznie z dostawą do Pabianic cenę tysiąca cegły podniesie do rs. 11. Syndykat więc górą.

Wyżej przytoczone 14 milionów cegły rocznie daje miarę rozwoju ruchu budowlanego w Pabianicach. Kompetentni jednak utrzymują, że ruch ten w jeszcze szybszym rozwijałby się tempie, gdyby nie chroniczny brak rzemieślników, dążących po wyższe zarobki do bogatej i wesołej Łodzi.

Szybki wzrost miasta kładzie wyraźne piętno i na rozwoju szkolnictwa. W roku ubiegłym jeden z miejscowych potentatów fabrycznych stworzył szkołę dla dzieci swoich robotników, obecnie więc łącznie z poprzednio istniejącymi mamy 5 szkół elementarnych z 9 nauczycielami i 950 uczniami; w tym jedna szkoła żydowska z 80 uczącymi się – przeważnie dziewczętami, chłopcy bowiem mądrości książkowej uczą się w licznych niekontrolowanych przez władzę chederach. Przed trzema laty było 5 nauczycieli i 600 uczących się. Postęp wiec widoczny. Ilość jednak szkół, istniejących obecnie, nie odpowiada istotnej potrzebie. Sądząc z liczby zgłaszających się do zapisu malców, twierdzić można stanowczo, że przynajmniej drugie tyle dzieci na próżno z ciemności wyciąga rękę po światło. A dużo, dużo jeszcze potrzeba nam światła! Zdawałoby się, że bliski wzór niemieckiej polowy Pabianic, tak zwanego Nowego Miasta, będzie skutecznym bodźcem do poprawy zaśniedziałych stosunków, panujących w polskiej dzielnicy na Starym Mieście. Gdzie tam! Proszę porównać. Nowe Miasto np. jest oświetlone przeważnie elektrycznością. Właściciel motoru wystąpił z propozycją oświetlenia za przystępną cenę całego miasta. Cóż kiedy pp. obywatele uważali przejście od ciemności egipskich do jasności „elektrycznej” za skok zbyt gwałtowny i uradzili obdarzenie rogów ulic kopcącymi lampami naftowymi.

Nowe Miasto prenumeruje moc dzienników, tygodników, miesięczników, niemieckich przeważnie; Stare z trudem się zdobywa na niewielką ilość egzemplarzy „Dziennika dla wszystkich”, „Gazety Świątecznej” i „Zorzy”, resztę swych potrzeb duchowych zastępując pogawędką w szynkach, utrzymywanych przez najzamożniejszych i najpoważniejszych obywateli. Nowe Miasto ma sporo zieleni, ogrodów, sadów, drzew na ulicach, na Starym zaledwie gdzieniegdzie dojrzeć można usychającą topolę lub kasztan skarłowaciały; dopiero na krańcach miasta spotykamy większe drzew kępy. Słowem różnice znaczne. Jednym z najświeższych dowodów zaznaczonego wyżej wstrętu do zmian wszelkich służyć może sposób przyjęcia przez miasto nakazu magistratu, dotyczącego ułożenia chodników kamiennych przed domem. Komisja sanitarna (za jej bowiem inicjatywą wydane zostało rozporządzenie powyższe) motywowała swoje orzeczenie niechlujnością mieszkańców, wylewających przed dom wszelkie nieczystości, które wypełniają dołki pomiędzy kamieniami źle zabrukowanych trotuarów i zarażają powietrze rodzącymi się w tych warunkach miazmatami. Innowacja ta, wyciągająca z kieszeni około 30 rubli, wyprowadziła z równowagi spokojnych mieszkańców grodu. „Nasi ojcowie”, mówili, „nie znali żadnych trotuarów, dobrze im było i my się obejdziemy bez tych porządków”. Protesty atoli na nic się nie przydały. Opornych magistrat zmuszał sądownie. Komisja Sanitarna bowiem, z którą zgodnie działał magistrat, ma nadaną sobie od czasów cholery dość dużą władzę i samodzielność w przeprowadzaniu różnych ulepszeń, uzdrowienie miasta na celu mających.

Będą tedy Pabianice miały chodniki w roku bieżącym na głównej ulicy i jej bocznicach, w następnym zaś na wszystkich pozostałych. (Głos, nr 41/1896)

Głos. Tygodnik naukowo-literacki, społeczny i polityczny ukazywał się w latach 1886 – 1905 w Warszawie.

W Pabianicach latem 1920 roku leczył swoje rany słynny 34. pułk piechoty. Podczas wojny polsko - bolszewickiej pułk walczył w rejonie Grodna z kawalerią Gaj Chana oraz nad Narwią. Chan raportował: „… straciłem 500 ludzi zabitych i rannych, 400 koni, i 7 dni drogiego czasu”. Jednak pod Jabłonką pułk został rozbity. Stracił blisko ¾ stanu osobowego, większość karabinów maszynowych i taborów. Został skierowany do Pabianic w celu przeprowadzenia reorganizacji. Więcej szczegółów znajdujemy w tekście majora dyplomowanego Bronisława Szostaka „Ze wspomnień dowódcy 4 kompanii” w: Jednodniówka na pamiątkę obchodu 15-lecia 34 p.p. (Biała Podlaska 1933).

Lipiec rok 1920.

Pułk w składzie 18 brygady – przerzucony jest z odcinka poleskiego – pod Grodno.

W ogólnym odwrocie innych oddziałów – stale w natarciu. Odrywa się i odwraca – zadaje rany. Tak jest pod Grodnem, Tykocinem i Siekierkami, tak jest pod Mężeninem. Każde natarcie przynosi sukces. Brani są jeńcy, działa i materiał. Przychodzi wreszcie uderzenie i bój 3-go sierpnia pod Jabłonką.

Wszystkie bataliony nacierały już w tym dniu po kilkakroć. Ginie bohaterski dowódca 11 kompanii por. Spława-Neyman, ginie szereg innych dzielnych żołnierzy pułku. Lecz pułk ani na duchu upada, ani do walki nie traci zdolności, ani nie wyzbywa się nadziei zwycięstwa, mimo położenia wprost beznadziejnego.

Zapada noc.

Zacieśniają się kleszcze dwóch armii bolszewickich i zamyka potrzask. Jesteśmy otoczeni. Dowódca brygady płk Łuczyński i dowódca pułku kpt. Galiński – ranni. Następny z kolei – por. Wolski zabity.

Obejmuje dowództwo trzeci – por. Sienkiewicz. Decyzja – przebijać się. Kierunki rozdane i naprzód. Zawrzała krótka walka, aż blask i ciepło bije od ognia kartaczy, ale udaje się.

Przebiły się większe i mniejsze oddziały, przebili się i wyrwali z niewoli samopas lub grupkami żołnierze pułku.

Ile trudów, ile wysiłków, ile przeżyć w krótkim czasie, aby się zebrać znów do kupy, niech opowiedzą te bory i rzeki, przez które bez wytchnienia dążył żołnierz do swoich. Dołączyliśmy, choć pod ogniem, pod Ostrowią i razem już doszli do Wyszkowa.

Są oficerowie i kilka kompanii, trochę poszarpanych, ale jest 34 pułk.

Dowództwo obejmuje por. Wroczyński Jerzy.

Duch dobry, byle wypocząć trochę i można na nowo zaczynać. Ale dochodzą wieści, godzące w ambicję i dumę „żelaznego pułku”.

Mają nas za rozbitych i przydzielić chcą do innego pułku. Kto tak chce i kto tę wiadomość puścił nie wiadomo? Rozgoryczenie wielkie, za serca chwyta żałość.

Jak to? Czyżby nas było za mało, żeby być pułkiem?

„Panowie, mówi por. Wroczyński, jest tu w Wyszkowie generał Żeligowski, pójdę do niego do raportu.”

Idzie a my z nim, żeby prędzej coś usłyszeć.

Przed dworkiem – kwaterą generała, zbierają się interesanci. Szef sztabu notuje sprawy przybyłych. Po chwili wychodzi generał i zwraca się do nas. Por. Wroczyński melduje:

„Panie Generale! 34 pułk w bitwie pod Jabłonką poniósł duże straty”. Następuje wyliczenie stanu. „Na skutek wieści, że mamy być wcieleni do innego pułku prosimy o pozostawienie nas, jako 34 pułk, gdyż możemy walczyć jak jednostka.”

Generał spojrzał po nas.

„Panowie – odzywa się z pewnym wzruszeniem w głosie – gdyby choć jeden żołnierz został w 34 pułku, to pułk wasz będzie istniał.”

I tak się stało.

Cały stan pułku, dla uzupełnienia braków i zebrania ciągle jeszcze zbierających się żołnierzy, został skierowany do Pabianic.

Z piosenką na ustach o wojence i chłopcach malowanych weszliśmy do tego miasta.

Zewnętrzny wygląd oddziału po tylu marszach i bojach przeczył obrazowi malowanych chłopców, ale pieśń, bojowy nastrój i bijąca radość życia, wycisnęły łzy z oczu przyjmujących nas mieszkańców.

Ludzie płakali nie z litości, lecz wzruszeni duchem żołnierskim, że tacy na pozór zbiedzeni tak dumnie a wesoło sobie śpiewają.

W krótkim czasie powrócił pułk do dawnego stanu. Znaleźli się wszyscy, prócz tych, którzy polegli lub ciężko ranni pozostali w szpitalach.

Wracających oficerów witały z entuzjazmem kompanie i bataliony. A wracali rozmaicie w przebraniu cywilnym, bosi i obdarci, opowiadając dziwy o swych przejściach. Dowództwo objął mjr Bittner.

I pułk istniał, wedle słów starego generała, które niech zostaną uwiecznione w pamięci pułku.

W miesiąc po ich wyrzeczeniu 34 pułk piechoty w pełnym składzie bojowym, posuwał się w pościgu za pobitym wrogiem. (…)


Hasło „Pabianice” znalazło się również w „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” (1886 r.) Filipa Sulimierskiego, Bronisława Chlebowskiego i Władysława Walewskiego, t. VII, s. 805-806.

Pabianice – w dokumentach z XVI w. Pabiianicze i Pabyanycze, miasto nad rz. Dobrzynką, pow. łaski. Leży przy drodze bitej z Łodzi do Łasku, odległość 14 wiorst od Łodzi, posiada kościół parafialny murowany, szkołę początkową miejską, szkołę ewangelicką, dom schronienia dla 8 starców i kalek, urząd miejski, stację pocztową i telegraf. Należy do sądu pokoju w Łasku. Liczne fabryki wyrobów wełnianych i bawełnianych, fabryki płótna, papieru okładkowego. W 1827 r. były tu 162 domy i 963 mieszkańców, w 1860 r. 517 domów (48 murowanych) i 4925 mieszkańców (800 Żydów); obecnie (w 1884 r.) jest 548 domów (około 100 murowanych), 12. 415 mieszkańców, w tej liczbie 850 obcych poddanych. Do mieszczan należy 2.514 mórg (morga – 0,5 hektara) ziemi.

Pabianice są starożytną osadą, założoną na obszarze należącym do kasztelanii Chroppy (chrapy, zarośla błotniste), które Władysław Herman nadał kapitule krakowskiej na życzenie żony swej Judyty, córki Wratysława czeskiego. Był to obszar lesisty, w którym, jak powiada Długosz, więcej przebywało dzikich zwierząt niż ludzi, więcej legowisk zwierzęcych niż uprawnych zagonów, z czasem jednak, do połowy XV w., powstało na tym obszarze 28 wsi i 2 miasta (Rzgów i Pabianice). Za czasów Długosza dobrami tymi zawiadywał jeden z kanoników „qui melior politicus et iustitiarus esse creditur”. Obowiązany był on dawać 200 do 300 grzywien dzierżawy za 3 lata z góry i poprawiać stan gospodarstwa. Dwór księży i siedziba administratora były w Pabianicach. Kapituła krakowska nie pomyślała jednak o założeniu parafii, dopiero Jarosław ze Skotnik, arcybiskup gnieźnieński, w drugiej połowie XIV w. wzniósł kościół drewniany i uposażył parafię dziesięcinami stołu arcybiskupiego z Kociszewa; kapituła przyłożyła się nadając cztery półłanki roli, łąkę i dom. Za to otrzymała prawo patronatu. W tym czasie zapewne Pabianice uzyskały przywilej miejski z prawem niemieckim (średzkie). Za Długosza Pabianice były miastem nieludnym i mało nawiedzanym (infrequens et parum populosum). Placów oddzielnych z domami liczono 50 do 70. Była w mieście łaźnia należąca do kapituły i dająca grzywnę czynszu, młyn, ogród dający 15 groszy czynszu.

W mieście mieli swe jatki rzeźnicy, szewcy, krawcy, rybacy, solarze, piekarze. Rzeźnicy dawali z jatki po pięć kwart łoju, co ogółem czyniło od 5 do 8 kamieni łoju. Połowę tego brał wójt. Inni sprzedający płacili po groszu. Każdy mieszkaniec warzący piwo dawał co rok grosz kapitule a od miodu 2 grosze. Prócz tego od zboża mielonego na słód szło od 8 korców pół korca na rzecz kapituły. Od innych mieleń dawał młynarz 4 korce mąki. Połowę wójtostwa kupiła kapituła, wypuszczając w dzierżawę place i ogrody miała 5 grzywien i 6 ½ groszy dochodu.

Wójt miał stąd 6 i 7 denarów. Druga połowa (1 ½ łanu) zostawała w ręku rodziny wójta. Do mieszczan należało 22 łany i trzy ćwierci łanu dawnego uposażenia i nowo uprawnych (wykarczowanych) 13 łanów. Czynsz z łanu wynosił 6 groszy rocznie. W XVI w., widocznie wskutek wzrostu ludności okolicznej, Pabianice posiadają dość znaczną liczbę rzemieślników tak, że Zygmunt August w 1555 r. nadaje przywilej na urządzenie cechów. Według regestru poborów z 1563 r. Pabianice w okręgu szadkowskim, miały 66 rzemieślników i płaciły 32 zł szosu (szos – podatek od majątku).

Drugą budowlą jest zameczek, zapewne dawna rezydencja administratorów, zbudowany w stylu włoskich budowli XV w. Służy on dziś na pomieszczenie magistratu. Po przejściu dóbr biskupich na własność rządu Pabianice stały się miasteczkiem rządowym i w pierwszych latach bieżących wieku liczyły, podobnie jak i pobliska Łódź, około 700 mieszkańców. Dopiero założenie fabryki płótna w 1830 r. a następnie rozwój przemysłu fabrycznego w Łodzi, wpłynęły na przekształcenie biednej osady w fabryczne miasto.

W ostatnich czasach produkcja samych wyrobów bawełnianych dochodziła czterech milionów rubli. Opis i widok Pabianic podał „Tygodnik Ilustrowany” (No 132 z 1870 r.). Pabianice, parafia, dekanat łaski, 9.800 dusz.

Dobra rządowe Pabianice po wydzieleniu z nich nadanych majoratów (własność prywatna), składają się w 1854 r. z folwarków: Pabianice z obszarem 185 morgów, Wymysłów 470, Żytowice 497, Majówka 119, Konin 233, Gospodarz 661, Kotliny 457. Ldzań 385, Kątki albo Ślądkowice 302.

Lasy obejmowały obszar 8.435 morgów; w osadach leśnych 338 morgów i odpadek Chechło 91.

Osady młynarskie: Grobelno Nowy, Grobelno Stary, Łęczno, Joachim 62 morgi, Świątniki 59, Czyryczyn albo Syryczyn 99, Cieplucha 60, Karpiny 68, Kotliny 72, Kozica 79, Talar 141, Galas albo Rydzynki 56.

Kolonie: Wymysłów 330 mórg, Markówka 473, Ksawerów 559, Bukowice 1557, Majówka 209, Modlica 1220, Starowa Góra 727, Romanów 574, Czyżemin 673.

Miasto Pabianice 457 morgów; osada Rzgów.

Wsie: Karniszewice 892 morgi, Róża 496, Mogilno 1036, Żytowice 497, Wola Żytowska 445, Konin 239, Gospodarz 333, Guzew 683, Prawda 503, Kalinko 1167, Wola Kutowa 540, Pałczew 1276, Kraszewo 394, Kotliny 511, Karpiny 634, Kurowice 1813, Dalków 1728, Ldzań 612, Ślądkowice 937.

Ogólna rozległość w gruntach folwarcznych i włościańskich 35.249 morgów. 2) Pabianice, kolonia, pow. łaski, gm. Górka Pabiańska, parafia Pabianice ma 11 domów, 94 mieszkańców, 103 morgi.

W „Leksykonie PWN”, red. Adam Karwowski (1972 r.) czytamy:

Pabianice, m., pow. miejski w woj. łódzkim; 62,4 tys. mieszk. (1970); ośr. przem.; przemysł włók., chem., odzieżowy, metal., farm., elektrotechn., maszyn., papiern.; renesans. dwór z XVI w. (obecnie muzeum regionalne) i kościół (XVI w.), kościół poewang. (XIX w.), neoklas. kamienice z 1 poł. XIX w., domy tkaczy (1 poł. XIX w.). – Prawa miejskie 1297; od XIX w. rozwój przemysłu, gł. tekstylnego; od pocz. XX w. silny ośr. rewol. ruchu robotn. (SDKPiL, PPS, KPP), strajki 1929, 1933 i 1936; w okresie okupacji hitlerowskiej masowe zbrodnie w Chełmnie nad Nerem (ok. 8350 osób) i w lasach k. Lućmierza; od 1942 działalność organizacji PPR (19 kół), ośrodek ruchu oporu GL, AL, AK.

Ten sam „Leksykon PWN” wymienia również słynne niegdyś produkty pabianickiej „Polfy”: pabialgina i pabiamid.

Pabialgina (cibalgin), far. preparat złożony z piramidonu i dialu o działaniu przeciwbólowym, przeciwgorączkowym i uspokajającym; stosowana w bólach różnego pochodzenia.

Pabiamid, farm. – sulfanilamid.

Wydawnictwo De Agostni Atlas (2005) postanowiło także przedstawić szerszej publiczności Pabianice, nie do końca dbając jednak o faktografię.

Pabianice: Miasto na Wyżynie Łaskiej

Gdy Łódź była małą wsią …

Pabianice uzyskały prawa miejskie, gdy Łódź była jeszcze małą wioską, jednak w naszych najnowszych dziejach znalazły się w jej cieniu.

Badania archeologiczne dwu cmentarzysk zaświadczają, że na terenie dzisiejszych Pabianic osadnictwo występowało jeszcze przed nasza erą. Znacznie później ukształtowało się tu opole, uważane za najstarszą formę wspólnoty terytorialnej. Pierwsze wieści o nim odnotowano z okazji darowizny, jakiej dokonała żona Władysława Hermana – Judyta, przekazując je kapitule krakowskiej. Na puszczańskiej ludności ciążyły obowiązki składania daniny w miodzie i świadczenia posług łowieckich. Przez dłuższy czas, jak się zdaje, kapituła nie troszczyła się przesadnie o swoje nowe dobra. Dopiero w wieku XIII ożywiło się życie gospodarcze na ziemiach polskich i wtedy skierowała tu wzrok bardziej życzliwy. W osadzie niczego bowiem nie brakowało. Miała dobre usytuowanie – na szlaku państwowym i handlowym, nad niezbędną do życia rzeką Dobrzynką, lewym dopływem Neru. W 1297 roku osada uzyskała od Władysława Łokietka dokument potwierdzający miejskie przywileje i to był punkt zwrotny w dziejach Pabianic, lub – jak wcześniej pisano- Pabianowic.

No właśnie, a skąd ta nazwa? Językoznawcy wywodzą ją od imienia Pabian, które jest polską formą chrześcijańskiego imienia Fabianus. Kim był Pabian, kronikarze nie zanotowali, natomiast wiadomo, że miasto przejęło herb kapituły krakowskiej – trzy złote korony na srebrnym tle.

Obok rolnictwa i handlu rozwijało się w Pabianicach rzemiosło, m.in. sukiennictwo i płóciennictwo. Ponieważ krzyżowały się tutaj szlaki w kierunku północnym – na Kujawy i Pomorze, oraz południowo-wschodnim – na Ruś, zajeżdżali do miasta możni, a nawet królowie. Władysław Jagiełło gościł w Pabianicach dwukrotnie (?), w 1411 i 1428 roku, a Kazimierz Jagiellończyk w roku 1463 przebywał tu razem z całym dworem. Od połowy XV wieku do początku wieku XVII potroiła się w mieście liczba domów. Na początku wieku XVI założono szkołę dla dzieci z terenu parafii, w połowie stulecia szpital parafialny i przytułek dla najuboższych, a następnie okazały kościół parafialny. I przede wszystkim – w ciągu 36 lat (?) wzniesiono zamek, który po wielu przebudowach dotrwał do naszych czasów, Nie miała tego szczęścia gęsta drewniana zabudowa, którą dewastowały kolejne pożary.

Na przełomie XVI i XVII wieku Pabianice uzyskały liczne przywileje. Propinacyjny – na wytwarzanie i sprzedaż gorzałki, na sprzedaż soli, na organizowanie targów i jarmarków.

Niestety, dobre czasy nie trwały długo. W 1625 roku wybuchła w mieście zaraza, rok później zaczęła się wyniszczająca wojna polsko-szwedzka, w następnym znowu nadeszło morowe powietrze, a w roku 1639 większą część miasta strawił pożar. Ostateczna klęska nastąpiła w latach najazdu szwedzkiego 1655-60, kiedy miasto łupiły zarówno wojska szwedzkie, jak i polskie. W wyniku tej karuzeli wojen i grabieży, pożarów i zarazy, która trwała aż do polowy wieku XVIII, Pabianice stały się niewielkim miasteczkiem, z zaledwie 320 mieszkańcami.

Po trzecim rozbiorze Polski zdegradowane miasto znalazło się w Prusach Południowych, następnie w Księstwie Warszawskim, wreszcie – w Królestwie Polskim, pod władzą caratu. Impulsem do ponownego rozwoju stał się rządowy dekret o umieszczeniu Pabianic na liście miast, które miały przekształcić się w ośrodki przemysłu włókienniczego. Od 1825 roku zaczęły się przyjazdy osiedleńcze, także spoza granic Królestwa. Spośród drobnych wytwórców wyodrębniły się 3 większe manufaktury oraz drukarnia i farbiarnia.

W 1845 roku konkurowały już dwa wielkie zakłady. Gdy w początku lat 60. XIX wieku, wskutek przerwania dostaw bawełny z Ameryki północnej do Europy, przemysł bawełniany znalazł się w kryzysie, część zakładów potrafiła sprawnie przestawić się na produkcję wełnianą. W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku Pabianice stały się drugim po Łodzi wytwórca wyrobów bawełnianych i mieszanych, dając 10 proc. produkcji krajowej.

Sukces miał moc magnetyczną. W końcu XIX wieku powstała w Pabianicach duża papiernia, a następnie Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego. Wiek XX miasto witało uruchomieniem linii tramwajowej Pabianice – Łódź, a w 1903 roku – kolei kaliskiej. To ożywienie gospodarcze przerwała I wojna światowa i rabunkowa gospodarka okupantów, o czym najlepiej świadczy fakt, że zaraz po wojnie bezrobocie dotknęło 23 tys. mieszkańców. Międzywojnie przyniosło jednak nowe impulsy rozwojowe. Ruszył przemysł włókienniczy, powstała nowa fabryka żarówek „Osram”. Rozwijało się szkolnictwo i życie kulturalne, w 1925 (?) roku otworzono Miejską Bibliotekę Publiczną i kino, rok później zaczęto wydawać „Gazetę Pabianicką”.

W czasie II wojny światowej Pabianice, włączone do Kraju Warty, przeżyły kolejną zapaść. Niemcy przeprowadzili masową eksterminację Polaków i Żydów. Po zakończeniu wojny pozostało niespełna 7 tys. (?) mieszkańców. W 2. połowie XX wieku nastąpiła żywiołowa rozbudowa miasta oraz jego przemysłu, zwłaszcza włókienniczego, odzieżowego i chemicznego. Zbudowano nową „Odzieżówkę”, wyodrębniono Zakłady Tkanin Technicznych i Zakłady Środków Opatrunkowych, zbudowano Zakłady Graficzne, nowe obiekty „Polam” i zakłady „Madro”. „Pamotex” wszedł na listę największych przedsiębiorstw w województwie. Miasto zwiększyło w tym czasie swa powierzchnię z 17 do 44 km2 (?), zyskało nowe osiedla mieszkaniowe, a liczba ludności wzrosła do przeszło 76 tys. Transformacja ustrojowa i wprowadzenie w Polsce gospodarki rynkowej przyniosło jednak upadek wielu nie przystosowanych do nowej rzeczywistości pabianickich zakładów.

Mimo dużego potencjału przemysłowego Pabianic, część mieszkańców pracuje, studiuje, korzysta z placówek życia kulturalnego w Łodzi, do której dojeżdża miejskimi tramwajami.

W tym dużym, powiatowym mieście nadal dominuje przemysł. Przede wszystkim tradycyjny tu włókienniczy, z zakładami bawełniarskimi, wełniarskimi i jedwabniczymi, tkanin technicznych i środków opatrunkowych. Obok niego odzieżowy, którego wizytówką jest obecnie Pabia-Moden. Przemysł chemiczny reprezentują zakłady farmakologiczne Polfa SA oraz zakłady recyklingu odpadów z tworzyw sztucznych. Dawną tradycję kontynuuje duża fabryka żarówek. Towarzyszy im przemysł metalowy – fabryka narzędzi, maszynowy - produkcja obrabiarek i maszyn drogowych, drzewny z zakładem stolarki budowlanej oraz meblowy. Przemysł materiałów budowlanych jest reprezentowany przez cegielnię, spożywczy – przez zakłady młynarskie i mięsne; ponadto istnieją zakłady papiernicze, poligraficzne i gumowe.

Wykraczający poza miasto zasięg ma pabianickie szkolnictwo, m. in. 4 gimnazja i 2 licea ogólnokształcące, zespoły szkół budowlanych, odzieżowych, rolniczych (?), 2 zespoły szkół specjalnych, państwowa szkoła muzyczna i medyczne studium zawodowe. A także Wyższa szkoła Humanistyczno – Ekonomiczna.

Dla turystów najbardziej interesujące są pamiątki pabianickiej przeszłości. Renesansowy zamek przy Starym Rynku, wzniesiony w latach 1566 -71 przez Wawrzyńca Lorka jako dwór kapituły krakowskiej, w 1833 roku został zamieniony na siedzibę ratusza, a obecnie mieści Muzeum Miasta Pabianic. Dział archeologii w oparciu o miejscowe wykopaliska prezentuje prehistorię tutejszych ziem; historyczny – ponad siedem wieków dziejów miasta; etnografii – rękodzieło i sztukę ludową regionu, a także bogatą kolekcję masek, rzeźb, ozdób i przedmiotów kultowych ze środkowej Afryki (?); przyrody – faunę środkowej Polski. Przy ulicy Św. Jana zachował się (?), i jest teraz chroniony jako zabytek, drewniany dom tkacza z 1. Polowy XIX wieku.

Spośród czterech zabytkowych kościołów najstarszy jest kościół Św. Mateusza Apostoła i Ewangelisty, zbudowany przez Ambrożego z Włoch w latach 1583-88. Pochodzący z Płocka budowniczy zobowiązał się wznieść świątynię na podobieństwo katedry płockiej i słowa dotrzymał. Trójnawowa świątynia ma po stronie wschodniej prezbiterium zakończone półkolistą absydą. Po zachodniej stronie kościoła znajduje się wieża o czworobocznej podstawie, przechodząca górą w ośmiobok. Większość ołtarzy i obrazów pochodzi z wieków XVII i XVIII, a szczególną ciekawostką jest we wnętrzu kościoła tablica, jaką kapitula zadedykowała fundatorce swych dóbr. Kościół ewangelicko-augsburski ŚŚ. Piotra i Pawła został wzniesiony w 3. Dekadzie XIX w., jako rotunda utrzymana w stylu klasycznym. Natomiast dwie pozostałe świątynie: Św. Floriana oraz Najświętszej Marii Panny Różańcowej – wzniesiono na przełomie XIX –XX wieku w stylu neogotyckim.

Charles i Elliot Cynglerowie zapisali wspomnienia Danki i Heńka Cynglerów „Going through fire without getting burned. Memoirs of two Holocaust Survivors” (2013). Heniek (Henry) był mieszkańcem Pabianic i przebywał w tutejszym getcie. Następnie trafił do getta w Łodzi i obozów koncentracyjnych – Auschwitz-Birkenau, Braunschweig, Ravensbrück, Wobblin. Po wojnie wrócił na krótko do Polski, po czym wyjechał do Hajfy dzięki pomocy Aliyah Bet (nielegalna organizacja zajmująca się sprowadzaniem osób ocalałych z zagłady do Palestyny). Obecnie mieszka w Australii.

This is a memoir of two Holocaust survivors. Danka grew up in Lvov Poland, twice jumped off moving trains to Belzec extermination camp, then sought refuge in a Ukraine convent. After liberation by the Russians, she joined Aliah Bet Movement and travelled by illegal boat to the Promised Land where she was interned by the British in Atlit, a displaced persons camp. There she met Heniek (Henry). Henry grew up in Pabianice, Poland. When the Nazis invaded, he survived the Ghettos of Pabianice and Łodz and the concentration camps in Auschwitz-Birkenau, Braunschweig, Ravensbrück and Wobblin. After liberation by the Americans he travelled back home and then by illegal boat as part of the Aliah Bet Movement to Haifa where he was arrested and interned into Atlit. So began a courtship and a journey to re-establish a normal life and family, first in Israel then in Australia. Danka and Henry now have three sons, eight grandchildren and two great grandchildren. This is a story of hope and triumph over adversity.

Początki prasy pabianickiej otacza aura skandalu. 20 listopada 1912 roku ukazał się pierwszy numer Życia Pabjanickiego. Redaktorem gazety został Jan Bełcikowski z Warszawy. Jednak zatrudnienie na tym stanowisku wielkomiejskiego literata już po paru tygodniach zakończyło się poważnym konfliktem. Wpływowych pabianiczan zajmowały bardzie sprawy polityczne niż przyziemne problemy mieszkańców. J. Bełcikowski wyjaśniał powody swojej rezygnacji z pracy redaktorskiej w listach publikowanych w prasie krajowej. Siedziba redakcji ŻP mieściła się w Domu Ludowym (obecnie Miejski Ośrodek Kultury).

Stosunki w prasie prowincjonalnej

Skandaliczną stronę stosunków, panujących w naszej prasie prowincjonalnej odsłania p. Bełcikowski, redaktor „Życia Pabjanickiego” w liście, który poniżej zamieszczamy.

Szanowny Panie Redaktorze!

Wobec niesłychanego (Pabjanice mają szczęście do zjawisk niebywałych) zajścia w redakcji „Życia Pabjanickiego”, ja jako redaktor i wydawca pisma tego, zabrać głos tu i wyjaśnień ogółowi polskiemu udzielić muszę. Otóż motywem zasadniczych starć między mną a pewną grupą inteligencji pabianickiej była kwestia bojkotu Żydów w Warszawie i Niemców w poznańskim. Ledwie objąłem przed kilku tygodniami me obowiązki redaktorskie w Pabjanicach, oświadczyłem wyraźnie, że ja nie pozwolę na to, aby w Pabjanicach powtórzyły się te same głupstwa, które pod osłoną haseł patriotycznych do ostatecznego zdziczenia doprowadziły Warszawę.

Pojmując całą drażliwość przedmiotu, starałem się ostrożnie, w rozmowach na razie prywatnych, myśl moją w Pabjanicach popularną uczynić. Zwracałem uwagę na historię polską, na objawienia rzeczywistej woli historycznej narodu, która zawsze, gdy twórczą być chciała, dążyła przede wszystkim do naprawy stosunków wewnętrznych, do usunięcia źródeł nienawiści stanowej lub klasowej. Na Żydów, mówiłem, i na Niemców pienią się i rzucają najpierw ci wszyscy, którzy w ten sposób chcą uwagę społeczeństwa odwrócić od strasznie smutnej, wprost tragicznej naszej własnej rzeczywistości.

Co robi nasza arystokracja, do czego wiedzie naród nasze duchowieństwo, na to naród niech lepiej nie patrzy, niech się lepiej nad tym nie zastanawia. Stokroć przecież wygodniej zwalić całe zło w narodzie na Niemców i Żydów. Tymi i innymi słowy wypowiadane poglądy moje nie przypadły widocznie do gustu pewnej grupie inteligencji pabianickiej. Z właściwą pewnym typom działaczy naszych politycznych dwulicowością grupa wspomniana godziła się pozornie ze mną, jednocześnie jednak podsuwała mi co chwilę artykuły, wściekłością na Niemców i Żydów tchnące. Wówczas oświadczyłem, iż taktykę bojkotu uważam za nonsens, za prowokację, za rzecz dla narodu zgubną, zabójcza. Tysiące robotników tu ginie bez pracy, bandytyzm rośnie, handel upada, fabryki stoją, ale Warszawa o tym nie myśli, ale Warszawa i pewna grupa inteligencji naszej tego nie widzi.

Wówczas owa grupa postanowiła mnie, jak to mówię, wygryźć. Co chwila żądano ode mnie jakichś wyjaśnień, czepiano się artykułów moich, umieszczanych w innych pismach (w „Gazecie Łódzkiej” i w „Małym Kurjerze Warszawskim”), zarzucano mi, iż nie oddaję się duszą całą pismu (mnie, który od 7 rano do 10 wieczorem tylko sobie nad nim głowę łamałem), w ogóle stosowano do mnie to wszystko, co by położenie moje mogło uczynić nieznośnym i niemożliwym (nawet trzaskano drzwiami, aż ściany drżały).

Znosiłem to wszystko, ponieważ postanowiłem spełnić pokutę moją. Ale oto 3 grudnia zaszedł wypadek, wobec którego już żadna siła od wybuchu mnie powstrzymać nie mogła. Skorzystawszy mianowicie z nieobecności mojej wspomniani panowie obcięli według swego widzimisię mój artykuł wstępny, w którym zapowiadałem, iż rzeczowo, na podstawie danych najbardziej obiektywnych wykażę całą bezpodstawność ekonomiczną ruchu bojkotowego u nas, wykażę, iż nawoływać dziś do bojkotu, to samo, co nawoływać do powstania bez wojska i bez skarbca, z tą nadzieją, iż jakoś to będzie.

Otóż to wszystko panowie ci odrzucili i gdyby jeszcze przeprosili, gdzie tam! Z miną całkiem niewinną oświadczyli, że artykuł ten nie ma związku z artykułami poprzednimi. Wobec takiego zuchwalstwa, wobec takiego niesłychanego lekceważenia wolności słowa i druku, na jakie najciemniejsza reakcja by się nie ważyła, oświadczyłem tym panom, iż wszelkie dyskusje między nami skończone i jednocześnie zakomunikowałem drukarni, iż do czasu wyjaśnienia, a później potępienia przez ogół polski i pabianicki takiego postepowania, ja zawieszam swoje pismo i drukować je zabraniam.

Panowie ci doskonale wiedzieli, kim ja jestem. Nigdy nikomu w ten sposób traktować się nie dałem i nie dam. Tyle na razie. Racz przyjąć Redaktorze itd. Jan Bełcikowski, redaktor „Życia Pabjanickiego” . Inne pisma bezstronne proszę o powtórzenie tego listu. (Kurjer, nr 285/ 1912 r.)

Jan Bełcikowski (1874-1940) był współtwórcą ruchu kobiecego i autorem kilkunastu pozycji książkowych m.in. „Warszawa kobieca”, „O konkordacie Polski z Rzymem”, „Teorya polskiego słowa”, „Oficer, a urzędnik”, „Dwie cywilizacje”, „Leon Tołstoj”, dramaty: „Psychian”, „Książe Józef Poniatowski”, „Samo słońce”, „Piotr Skarga”, „Za Bolesława Chrobrego”, „Żołnierzanka”

https://fr.wikipedia.org/wiki/Jan_Be%C5%82cikowski

W Pabianicach mieszkał także przez krótki czas poeta Zygmunt Różycki. Myśl Narodowa (nr 15/1930 r.) donosiła: W dniu 3 kwietnia zmarł w Pabjanicach znany z liryk drukowanych przeważnie w „Kurjerze Warszawskim” Zygmunt Różycki. Urodzony w powiecie olkuskim 7 grudnia 1883 r. kształcił się w Piotrkowie. Od r. 1900 zamieszkał w Warszawie, aby oddać się całkowicie twórczości literackiej. Ciężkie warunki zarobkowania nie pozwoliły mu sił na tym polu rozwinąć należycie. Sterawszy zdrowie i utraciwszy możność zarobkowania, żył w niedostatku. Ogłosił kilka zbiorków poezyi, chlubnie świadczących o wrodzonym talencie, wrażliwości artystycznej i polocie myśli.


Autorzy tekstów krajoznawczych wyrażali niekiedy zdziwienie, że przed wojną „duże” Pabianice wchodziły w skład powiatu ze stolicą w „małym” Łasku. Tadeusz Dybczyński pisał w miesięczniku Ziemia nr 10-12/1932 r.: Sześciotysięczny Łask stanowi ośrodek administracyjny powiatu liczącego 1405 kilometrów kwadratowych z ludnością około 160.000, w 87 % polską , w 9 % żydowską, w 3 % niemiecką i 1 % czeską. Oprócz Łasku mamy w powiecie łaskim dużo większe od niego, fabryczne miasto Pabianice (ok. 50.000 mieszkańców) oraz 4 osady miejskie (Lutomiersk, Szczerców, Widawa i Zelów) i 18 gmin wiejskich (Bałucz, Buczek, Chociw, Dąbrowa Rusiecka, Dąbrowa Widawska, Dłutów, Dobroń, Dzbanki, Górka Pabianicka, Lutomiersk, Łask, Pruszków, Widzew, Wodzierady, Wola Wężykowa, Wygiełzów, Zapolice, Zelów).

W 1972 roku ukazała się publikacja Województwo Łódzkie Przewodnik. Autorzy przewodnika przedstawili atrakcje turystyczne Pabianic i bogatą historię miasta.

Pabianice, największe miasto w woj. łódzkim (62,1 tys. mieszk.), wydzielone na prawach powiatu, ważny ośrodek przemysłowy, położony nad Dobrzynką, małym i zanieczyszczonym lewym dopływem Neru.

Najstarsze ślady osadnictwa z X-XI w. Miejscowość powstała na terenie dóbr, które księżna Judyta czeska (zm. W 1086), żona Władysława Hermana, ofiarowała kapitule krakowskiej. Dobra te nazywano początkowo opolem lub kasztelanią chropską, a w XIII w. – piątkowiską. W poł. XIV w. powstało miasto Pabianice i jednocześnie erygowaną miejscową parafię (w 1354). Od tego czasu aż do rozbiorów Pabianice były ośrodkiem zarządu dóbr, tradycyjnie nazywanych kasztelanią, względnie dzierżawą, kluczem lub hrabstwem pabianickim.

Najintensywniejszy rozwój miasta w okresie feudalizmu przypada na XVI w. W 1496 było tutaj 48 placów z domami; w 1554 – 98, a w 1606- 163. W 1563 zamieszkiwało 66 rzemieślników, m. in. sukiennicy i płóciennicy. Po zniszczeniach w XVII i na pocz. XVIII w. Pabianice w 1737 miały tylko 54 domy i 7 rzemieślników. Poprawa nastąpiła pod koniec XVIII w.

W 1823 przybyli do Pabianic pierwsi tkacze-sukiennicy obcego pochodzenia. Przybysze osiedlali się w Nowym Mieście położonym na zach. Od rz. Dobrzynki. Miasto szybko rozwijało się. Liczba ludności z 963 w 1825 wzrosła do 7714 w 1869 i 41 467 – w 1910.

Po upadku powstania listopadowego przestawiono produkcję wełnianą na bawełnianą. Obok indywidualnego tkactwa rozwijała się manufaktura scentralizowana i nakładcza. W 1845 zainstalowano w Pabianicach pierwszą maszynę parowa. W 1872 powstała spółka akcyjna Krusche-Ender. Obok niej do największych zakładów należała fabryka Kindlera, istniejąca od 1859 oraz Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego założona w 1889. Z zakładów powstałych w okresie międzywojennym największe znaczenie miała fabryka żarówek „Osram”.

W 1862 powstała tutaj organizacja konspiracyjna im. G. Garibaldiego. W styczniu 1863 miejscowa grupa powstańców po zarekwirowaniu broni w lokalu niemieckiego Towarzystwa Strzeleckiego wyruszyła w okoliczne lasy.

Rozwój przemysłu powodował zaostrzenie walk klasowych. Istniały tutaj komórki organizacyjne SDKPiL, PPS, a następnie PPS-Lewicy. W okresie międzywojennym ruchem robotniczym w Pabianicach kierowała KPP i PPS, a od 1926 także PPS-Lewica. Aktywną działalność zwłaszcza w okolicznych wsiach, prowadziła Niezależna Partia Chłopska.

W 1900 robotnicy fabryki Krusche-Ender zorganizowali strajk okupacyjny, jeden z pierwszych w kraju. W 1905 strajkowali robotnicy i młodzież szkolna. Dla uczczenia tych wydarzeń fabryce nadano im. Bojowników Rewolucji 1905 r. Najważniejsze strajki z okresu międzywojennego: 1923, 1928, 1929. Podczas strajku w 1933 doszło do starć z policją. Pięciu robotników zostało zabitych, wielu odniosło rany. Wydarzenie to upamiętnia tablica przy ul. Bohaterów 19.

W marcu 1842 dawni działacze KPP z Pabianic nawiązali kontakt z Komitetem Łódzkim „Frontu Walki za Naszą i Waszą Wolność”. W wyniku pierwszych spotkań, w których brali udział m. in. I. Loga-Sowiński i T. Głąbski, powstała organizacja przekształcona później w Pabianicki Komitet Miejski PPR. W październiku 1942 przy współudziale M. Moczara powstała grupa GL. Członkowie PPR i Gwardii przeprowadzili wiele udanych akcji sabotażowych. Okupant mszcząc się za ponoszone straty przeprowadzał masowe aresztowania. Większość uwięzionych ginęła w więzieniach lub obozach koncentracyjnych. Ludność miasta zmalała z 55,5 w 1939 do ok. 32,0 tys. w 1945.

W okresie międzywojennym Pabianice były znacznym ośrodkiem życia kulturalnego, wychodziła „Gazeta Pabianicka”.

W Pabianicach urodził się J. Lorentowicz (1868 -1940) pisarz, teatrolog i wydawca; z miastem tym był związany także M. Baruch (1861-1933), historyk. W okresie międzywojennym przebywali tutaj m. in. A. Szczerkowski (1881-1960), wybitny działacz PPS i międzynarodowego ruchu robotniczego oraz T. Wojeński (1894-1962), działacz oświatowy.

Na ogólną ilość 34,3 tys. zatrudnionych, w przemyśle pracuje 72,0 %. Do najważniejszych zakładów udostępnionych do zwiedzania należą: ZPB im. Bojowników Rewolucji 1905 r., ul. Armii Czerwonej 3, tel. 21-51; Pabianicka Fabryka Papieru, ul. Żymierskiego 7, tel. 21-01 oraz Fabryka Żarówek „Polam”, ul. Grobelna 4, tel. 52-16; ponadto nieudostępnione; Zakłady Budowy i Naprawy Maszyn Drogowych „Madro”, Zakłady Środków Opatrunkowych „Paso”, Zakłady Farmaceutyczne „Polfa”, Zakłady Przemysłu Jedwabniczego, Zakłady Przemysłu Odzieżowego, Zakłady Tkanin Technicznych, Oddział Zakładów Mechanicznych im. J. Strzelczyka z Łodzi, Zakłady Mięsne, Oddział Zduńskowolskich ZPW, Oddział Łódzkich Fabryk Mebli, garbarnia, Okręgowa Mleczarnia Spółdzielcza i wiele drobnych zakładów przemysłu spożywczego oraz metalowego, drzewnego, materiałów budowlanych, chemicznych, dziewiarskiego.

2 licea ogólnokształcące, szkoła położnych, szkoła muzyczna, technikum ekonomiczne i zasadnicza szkoła handlowa, technikum przemysłowo-pedagogiczne, technikum i zasadnicza szkoła chemiczna, szpital miejski, muzeum regionalne, dom kultury dzieci i młodzieży, 3 szkoły Tysiąclecia.

Za bohaterski udział w walkach o wyzwolenie narodowe i społeczne oraz za wkład pracy w rozwój gospodarczy, polityczny i kulturalny Pabianice w 1966 odznaczono Orderem Sztandaru Pracy I klasy.

Na cmentarzu przy ul. Kilińskiego pomnik i mogiły żołnierzy polskich i radzieckich z II wojny światowej oraz mogiły pabianiczan zamordowanych przez hitlerowców.

Zamek (obecnie muzeum), wzniesiony przez W. Lorka w l. 1565-71, kilkakrotnie przebudowywany. Tynkowany z detalami architektonicznymi (np. obramowania, portale, nadproża) wykonanymi w kamieniu. Piętrowy, podpiwniczony, na planie zbliżonym do kwadratu, na narożach pn.-wsch. I pd.-zach. baszty. Od zach. klatka schodowa w przybudówce. Na zewnątrz budynku skarpy, u góry połączone arkadami tworzącymi podstawę attyki. Zamek ma jedna z najpiękniejszych attyk renesansowych w Polsce o bogatym wykroju. Okna piętra w kamiennych renesansowych obramieniach z herbami Poraj i Aaron. Układ wnętrza częściowo zmieniony. W sali na piętrze rokokowy kominek z XVIII w.

W zamku, otoczonym parkiem, mieszczą się zbiory muzeum regionalnego, które posiada również unikalne zbiory przyrodnicze i etnograficzne z Afryki, zebrane przez pabianiczanina, lekarza i entomologa, W. Eichlera.

Kościół paraf. z l. 1583-88 późnorenesansowy, kilkakrotnie przebudowywany. Budynek z cegły o detalach wykonanych w kamieniu, trójnawowy o układzie bazylikowym. Cennym elementem wyposażenia kościoła jest sześć kamiennych portali o bogatych elementach dekoracyjnych. Najokazalszy jest portal w kruchcie, ujęty w kolumny z dwoma puttami i tarczą herbową Aaron, oraz znajdujący się w ścianie pd., renesansowy, boniowany z napisem na nadprożu.

Z wyposażenia wnętrza zasługuje na uwagę główny ołtarz z rzeźbami z końca XVII w., zespół ołtarzy bocznych z gotycką chrzcielnicą kamienną, barokowy wystrój plastyczny organów, dwie ławki rokokowe z herbem Aaron, kilka płyt nagrobnych i marmurowych tablic pamiątkowych.

Kościół ewangelicki z l. 1827-31, rozbud. w l. 1875-76, w kształcie rotundy nakrytej dachem stożkowym z latarnią na szczycie. Z czasu przebudowy pochodzi neorenesansowa wieża. Przed kościołem pomnik Braterstwa Broni (?).

Z licznych drewnianych domów tkackich zasługuje na uwagę dom drewniany przy ul. Nowotki 20: wzniesiony na pocz. XIX w., konstrukcji przysłupowej, dwukondygnacyjny. Wokół ścian wnęki arkadowe na slupach, we wnękach okna. Ponadto domy przy ul. Armii Czerwonej 21, 23.

Wyjazd z miasta ku zach. ul. Żukowa, przy której dworzec PKP, a w pobliżu pętla tramwaju podmiejskiego 41 do Łodzi. Na lewo od ulicy park miejski, częściowo o charakterze leśnym.

W okresie międzywojennym Pabianice odwiedzali studenci geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Przegląd Geograficzny (t. XIV, 1934-35 r.) zamieścił sprawozdanie St. Pietkiewicza z wycieczki w okolice Pabianic.

Czwartego dnia wycieczki, po pobieżnym zapoznaniu się z fizjonomią rozmaitych dzielnic Łodzi, wyruszamy tramwajem do Tuszyna. Porównanie starego arkusza „Karte des westl. Russlands” z terenem wykazuje tutaj ogromny rozwój peryferii miasta , zarówno pod względem zabudowania, jak i uprzemysłowienia. W nowych letniskach, położonych między Rudą Pabianicką a Rzgowem przecinamy pasmo moren czołowych, tworzących to niewysokie żwirzasto-piaszczyste wzgórza. Z Tuszyna idziemy ku południowi na wzgórze 288 m w Górkach Dużych. Jest to najwyższe spośród długiego szeregu wzgórz moreny czołowej, ciągnącej się w kierunku południkowym od okolic Tuszyna aż po Borową Górę pod Bełchatowem.

Obserwując otwierającą się stąd na wszystkie strony rozległą panoramę, widzimy, że ciągowi temu towarzyszy zmiana poziomu, wytwarzająca jakby pewnego rodzaju krawędź, biegnącą wzdłuż moreny. Ku wschodowi od ciągu ogólny poziom jest wyraźnie wyższy (230-240 m), niż ku zachodowi (200-220 m). Obejrzawszy kilka odkrywek, wykazujących przeważnie uwarstwione żwiry, kierujemy się na wzgórze 260 m w kolonii Czyżemin. Ze wzgórza tego, również z uwarstwionych żwirów złożonego, obserwujemy leżące w pobliżu oczko oraz wyraźniejszy spadek ku niecce środkowej Warty i Neru, na linii Róża-Rydzyny-Prawda- Rzgów. Na horyzoncie widnieją skupienia przemysłowe Pabianic i Łodzi z peryferiami. Przez wzbogacone dzięki pobliskim miastom, częściowo niemieckie wsie – rzędówki dochodzimy do Pabianic, a stamtąd wracamy do Łodzi i Warszawy.

W roku 1905 w Krakowie ukazywały się wydawnictwa na bieżąco informujące o sytuacji w zaborze rosyjskim, w tym także o wydarzeniach w naszym mieście.

W Pabianicach odbyło się wielkie zgromadzenie publiczne robotników, na którym uchwalono żądania polityczne PPS, odczytane przez jednego z towarzyszy. Na zebraniu był naczelnik powiatu. Zachowywał się biernie, zapukał do sali i spytał, czy można wejść. Policji nam nie potrzeba – odpowiedzieli robotnicy – lecz jeśli pan chce być, to prosimy. Stanął skromnie w kąciku i słuchał.

Do szkoły handlowej w Pabianicach chciano wprowadzić wojsko dla „ochrony nauki”. Ale ciało profesorskie zaprotestowało przeciwko temu i zamknęło szkołę nie chcąc uczyć pod osłoną wojska. („Strejk polityczny w Królestwie Polskim”)

Pabianice. Z powodu strejków robotniczych wykłady w szkole handlowej, zgodnie z rozporządzeniem kuratora Szwarca zawieszono. By uniknąć mogących zajść wydarzeń, dyrektor zaproponował więcej wpływowym jednostkom na pewien czas opuścić miasto. Wystąpienie o szkolę polską nastąpić ma w najbliższej przyszłości. („O szkołę polską w Królestwie. Fakty i materyały z chwili obecnej”)

Eugeniusz Ajnenkiel w „Kronice bojowej PPS –Frakcja Rewolucyjna w roku 1907” (1937 r.) podaje, że: 24.04.1907 r. Organizacja Bojowa dokonała zamachu na dwóch strażników policyjnych w Pabianicach – Priwidencowa i Binka, znanych ze swego okrutnego obchodzenia się z aresztowanymi robotnikami i z prześladowania naszych towarzyszy. Obaj strażnicy zostali zabici. Wykonawcy zamachu zbiegli.

Odgłosy burzliwych dziejów miasta pobrzmiewają w publikacji „Pieśń Października” (1967).

Rok 1905. W Pabianicach zgromadziło się 4 000 robotników, którzy zaczęli nacierać na konny patrol kozacki, obrzucając go kamieniami. Patrol użył broni – z tłumu jeden zabity, dwóch rannych. Podpisano – Naczelnik Zarządu Żandarmerii Guberni Piotrkowskiej – pułkownik Uthoff.

W tym samym wydawnictwie znajdujemy fragment „Kolędy dziadowskiej” poety proletariackiego Jana Gutnera.

Posłuchajcie, ludkowie,

Co wam dziadek opowie:

Niechaj wiedzą w całym mieście

Za co siedzi się w hareście,

W celi komunistycznej

Siedzą starzy i młodzi, i z Warszawy i z Łodzi,

I z Pabianic, Tomaszowa,

I ze Zgierza, Ozorkowa

I z samego Łowicza.

Siedzą cieśle, ślusarze,

Szewcy, krawcy, piekarze.

I wstyd wspomnieć, Boże Święty

Siedzą też inteligenty –

Ta zakała ludzkości.

A oto obraz miasta jaki zaprezentował - z pozycji narodowych - Orędownik Wielkopolski (nr 261/1933 r.) w artykule „Pabianice miasto kominów i rozbitków politycznych”. Endecy odnieśli sukcesy w wyborach do rady miejskiej w latach 1928 i 1934, co zachęcało ich do konfrontacji z przedstawicielami lokalnej „sanacji”.

Najpoważniejszy w Polsce okręg przemysłowy, jakim jest okręg łódzki z centrum swym Łodzią na czele, jednoczy kilka mniejszych ośrodków przemysłowych, które niby ogniwa wielkiego łańcucha, opasują pewną część województwa łódzkiego, tworząc razem jeden wielki ośrodek przemysłu włókienniczego. Największym z tych ośrodków i drugim z rzędu po Łodzi są Pabianice.

Pabianice obchodzące dzisiaj swoje 600-lecie – to miasto wybitnie przemysłowe, liczące około 50 000 ludności, miasto wielkich fabryk wyrobów włókienniczych, tkalni mechanicznych, farbiarni, bielników i tego wszystkiego, co do przemysłu włókienniczego jest potrzebne; miasto zmechanizowanego do ostatnich granic przemysłu tkackiego, którego kominy, gęsto rozstawione strzelają wysoko ku górze i do nieba wyciągają swe długie gardziele.

Obok przemysłu włókienniczego, stojącego na pierwszym miejscu, Pabianice posiadają największą w Polsce fabrykę wyrobów chemicznych, fabrykę papieru i celulozy, młyny parowe i łuszczarnie oraz cały szereg zakładów z różnych gałęzi przemysłu, jak fabryki gazy, firanek, garbarnie, odlewnie żelaza, przedsiębiorstwa budowlane, cegielnie, fabryki mebli biurowych, banki i wreszcie przedsiębiorstwa handlowe. Z tych wszystkich przedsiębiorstw na podkreślenie zasługują firmy: Towarzystwo Akcyjne Wyrobów Półwełnianych „Krusche i Ender”, Pabianickie Zakłady Włókiennicze dawniej R. Kindler Sp. Akc. (będąca obecnie w rękach angielskiej firmy Willey et. Comp.), Pabianicka Spółka Akcyjna Przemysłu Chemicznego, Fabryki Papieru i Celulozy „Steinhagen i Saenger Sp. Akc” oraz Bank Ludowy w Pabianicach.

Wielkość i ilość zakładów przemysłowych nadały miastu specyficzny charaktery społeczny – miasta robotniczego. Rzesze robotników obojga płci przelewają się codziennie przez bramy fabryk, gdzie w pracy znojnej zarabiają na kawałek chleba dla siebie i swoich rodzin. Gdy pracy jest dosyć, gdy fabryki są czynne, życie w tym mieście płynie spokojnym i utartym trybem. Kryzys jednak poczynił tu spustoszenia wielkie. Toteż stałym zjawiskiem w Pabianicach są strajki, z których ostatni, największy na wiosnę rb., miał przebieg niezwykle tragiczny, nie notowany dotychczas w dziejach Polski Odrodzonej.

„Obrońców” robotniczych w Pabianicach jest aż nadto: partie polityczne PPS-CKW, PPS- Frakcja Rewolucyjna, Chrześcijańska Demokracja, dalej związki zawodowe: „Praca”, Związek Klasowy, Związek Związków Zawodowych, Chrześcijański Związek Robotników Przemysłu Włóknistego itd. Partie te i związki nie mają obecnie wielkiego wpływu na masy robotników, które już dziś dojrzały społecznie i politycznie. Agitatorem najskuteczniejszym jest głód, który obala i niszczy stare, dotychczas przyjęte pojęcia ekonomiczne i socjalne, przewartościowuje zasady i wychowuje nowego człowieka. A głód i nędzę sięgającą do dna ludzkiego bytu, widać w mieście na każdym kroku.

Partie BB (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem), PPS – Frakcja Rewolucyjna tj. partie i grupy „sanacyjne” nie odgrywają w Pabianicach prawie żadnej roli. Jednoczą one garstkę inteligentów, nauczycieli, dyrektorów, urzędników. Roi się w mieście od karierowiczów, chętnych dorwania się do żłobu, uciekinierów z innych partii, roi się od ludzi żądnych łatwej sławy i zaszczytów. Tacy to ludzie robią sobie monopol na „patriotyzm”, a każdego kto myśli inaczej nazywają „wrogiem” Polski. (…) Ostatnio daje się zauważyć wzrost ilości sklepów chrześcijańskich. Idea spółdzielczości znalazła w Pabianicach podatny grunt. Poza jedyną chrześcijańską Spółdzielnią Kredytową – Bankiem Kredytowym, istnieje Spółdzielnia Spożywców pn. „Społem”, posiadająca sklepy spożywcze we wszystkich dzielnicach miasta, a nawet w pobliskich wsiach. Oto zwięzły obraz dzisiejszego miasta, mało znanego w kraju przytłoczonego ogromem Łodzi, i jakby ginącego w jej obszarach. Pomimo bliskości Łodzi, Pabianice żyją życiem własnym, obfitującym w zdarzenia niepośledniego znaczenia.

Rzucona niedawno myśl narodowa, idąca do odrodzenia Polski z punktu widzenia narodowego znalazła tu żywy oddźwięk w umysłach całego społeczeństwa pabianickiego i szereguje w obozie narodowym coraz to nowe zastępy robotnicze. Rzucone ziarno padło na podatną glebę, zakiełkowało, wyrosło i rozwija się w potężne drzewo pracy narodowej, obejmujące swymi konarami wszystkie odłamy społeczne i ściągające ku sobie wszystkich, którzy miłują przede wszystkim Polskę i wierzą w naród polski i jego siły żywotne.

Chluba Pabianic to dawny zamek kapitulny z XVI wieku, budowany w stylu lekkiego renesansu krakowskiego. Zamek, który dotąd zachował się w całości, był siedzibą tenutariuszy kasztelanii pabianickiej, należącej niegdyś do kapituły krakowskiej. Za czasów Królestwa Polskiego (1815-1830), gdy osiadającym tkaczom niemieckim nadawano różne przywileje, między innymi otrzymali bezpłatne pomieszczenie na warsztaty. Przybyszom oddano sale zamkowe i wtedy w starym zamczysku rodził się przemysł pabianicki, zwiastując miastu erę rozwoju. Od roku 1833 zamek służy miastu za ratusz.

Artykuł ilustrują zdjęcia zamku, kościoła św. Mateusza, kościoła NMP, Banku Ludowego oraz panoramy miasta z dymiącymi kominami.

Nawet informacje o pogodzie panującej w Pabianicach były chętnie publikowane w prasie polskiej na początku XX wieku. Polska Ludowa – dwutygodnik poświęcony wszystkim sprawom narodowego życia, który ukazywał się w Lublinie w latach 1915-1917 odnotował … pierwszy śnieg nad Dobrzynką.

„W okolicy Pabianic spadł śnieg. Padał przez kilka minut, po czym spadł duży grad”. (Polska Ludowa, 22.10.1916 r.)

„Mały przewodnik po Polsce” z 1983 roku zawiera również krótką notkę o Pabianicach.

Pabianice: miasto przemysłowe (68, 5 tys. mieszkańców). Duży ośrodek przemysłu bawełniane Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Bojowników Rewolucji 1905 r., chemicznego, odzieżowego, farmaceutycznego (Zakłady „Polfa”) oraz elektrotechnicznego.

Prawa miejskie w 1297. Rozwój miasta związany z powstaniem Łódzkiego Okręgu Przemysłowego na początku XIX w. W 1823 osiedlają się tu pierwsi tkacze sukiennicy. Po upadku powstania listopadowego zaczynają powstawać manufaktury tkackie bawełniane.

W 1845 zainstalowano pierwszą maszynę parową. W XIX w. największymi zakładami przemysłu bawełnianego były: fabryka Kindlera (zał. 1859) i spółka akcyjna Krusche-Ender (zał. 1872) oraz Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego (1889), zaś w okresie międzywojennym fabryka żarówek „Osram”.

Rozwój przemysłu spowodował powstanie proletariatu oraz zaostrzenie walk klasowych. Działały tu komórki organizacyjne SDKPiL i PPSW. W okresie międzywojennym ruchem robotniczym kierowała KPP, PPS i PPS-Lewica, strajki w 1929, 1933, 1936.

W czasie okupacji hitlerowskiej liczne egzekucje. Wywożenie do obozów koncentracyjnych i na przymusowe roboty, w wyniku tego ludność miasta zmniejszyła się o 50%. Jednocześnie działał ruch oporu, który przeprowadzał liczne akcje sabotażowe.

Po wyzwoleniu rozbudowa miasta i przemysłu oraz szkolnictwa. W 1966 miasto zostało odznaczone Orderem Sztandaru Pracy I kl.

Przy pl. Obrońców Stalingradu, dwór kapituły krakowskiej, renesansowy (1565-71), zwieńczony wysoką attyką, kilkakrotnie przebudowywany. Mieści się w nim obecnie Muzeum Regionalne. Zbiory: etnograficzne, przyrodnicze, archeologiczne i historyczne.

Po przeciwnej stronie placu kościół parafialny, renesansowy (1583-88), mistrz Ambroży Włoch). Wyposażenie wnętrza barokowe. Przy ul. Armii Czerwonej nr 21 i23 kamienice klasycystyczne z 2 ćwierci XIX w.

Wieści o tragicznym końcu getta w Pabianicach docierały również do Warszawy. Chaim Aron Kaplan (1888-1942) – znany hebraista – pisze w dzienniku „Scroll of Agony: The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan” (1965, 1973), że podczas wysiedlania mieszkańców getta pabianickiego jedna z matek jak lwica walczyła o swoje dziecko, nie chcąc, aby trafiło do rąk morderców. Jednak zostało natychmiast odebrane i wyrzucone przez okno.

During the deportation from Pabianice there was one mother who fought like a lioness and refused to turn her baby to the killers. They immediately grabbed the baby and hurled it out the windows.

Podobnie Hersh Wasser (1912-1980) – aktywista polityczny, członek zarządu getta warszawskiego podaje w swoich zapiskach, że mieszkańcy getta w Łodzi boją się losu jaki spotkał pabianiczan. Okupowane Pabianice niechlubnie wyróżniły się pod względem restrykcji antyżydowskich.

The chaos and panic in Lodz defy imaginations, particularly since they have the Pabianice experience to judge by. The Pabianice chapter stands out in the records of extermination regulations against Jews. Tears fill my eyes at the mere thought that such violence and brutal murder are possible. It’s even beyond the biblical reproof section. (Hersh Wasser on Rumors of Extermination of Jews – Shoah Resource Center w Yad Vashem)

W Encyklopedii Powszechnej, t. XXVIII, 1868 r. znajdujemy wzmiankę o urodzonym w Pabianicach muzyku i kompozytorze.

Zając (Stanisław), ksiądz, proboszcz, dyrektor i kompozytor kapeli królewskiej Rorantystów w Krakowie za czasów Anny Jagiellonki. Był on czwartym z rzędu przełożonym tej kapeli czyli kolegium Rorantystów. Wedle Bentkowskiego, Siarczyńskiego i Gołębiowskiego, miał umrzeć około r. 1602, a następcą jego był ksiądz Warka. Zwano go także Zajączkiem z Pabianic. Pisał on dzieła muzyczne religijne, które wykonywało 9 kapelanów śpiewaków. Królowa Anna listownie zalecała mu usilne odprawianie mszy przy towarzyszeniu muzyki.

Nazwisko pabianiczanina pojawia się też w „Słowniku muzyków Polski. Dawnych i nowoczesnych” (1874 r.)

Anna Jagiellonka, córka Zygmunta I, a żona Stefana Batorego, miała wielki gust do muzyki i protegowała wielce sztuki piękne w Polsce. Za jej panowania istniało już sławne kolegium Rorantystów, ustanowione w roku 1543 dla śpiewania mszy z muzyką, a którego pierwszym dyrektorem był Mikołaj Czech z Poznania. Za królowej Anny w roku 1574 dyrygował mszą Roratną ks. Stanisław Zając z Pabianic, kompozytor bardzo poważny. Nazywano go Zajączek. Wszyscy królowie z domu Jagiellońskiego, wznosili sławę narodu i zachęcali muzykę. Bo gdy się dowiedziała królowa, że czasami bywały nabożeństwa bez śpiewu, pisała do ks. Zająca w takich wyrazach: „Dochodzą nas wieści, jako odprawiacie w naszej kaplicy nabożeństwo bez figury (muzyki); ta wieść bardzo nam jest niemiłą. Zalecamy wam przeto pod utratą łaski królewskiej, abyście na potem, według ustanowionej woli naszej, służbę Bożą odprawiali ze śpiewaniem, bo to wdzięczna, pocieszna sercu słodko brzmiąca, Bogu i ludziom miła muzyka.”

(…) zalecała ks. Zającowi, aby miał dobrych kapelanów śpiewaków przy kaplicy królewskiej. Po jego śmierci kazała królowa wystawić mu nagrobek z pięknym napisem w kościele katedralnym krakowskim, przy grobach królewskich.

O związku Pabianic z kapelą wawelską pisał także Józef Łepkowski „Kaplica Zygmuntowska w katedrze krakowskiej” w: „Teka wileńska” (1858r.)

(…) Pozostały tedy owe Kazimierzowskie zapisy przy nowej budowli, pomnożone ustanowieniem collegium Rorantiistarum, złożonego z proboszcza, 9 prebendarzy śpiewaków i kleryka. Na tych włożył Zygmunt Stary obowiązek odprawiania i śpiewania co dzień mszy roratniej, co poborem 16 grzywien z żup wielickich i dziesięcinami ze starostwa sochaczewskiego uposażył. Msza ta dotąd odprawia się z towarzyszeniem śpiewaków codziennie rano przed godziną 9, z dodaniem aniwersarza (msza rocznicowa) za dusze Jagiellonów, na co był Zygmunt August w roku 1541 dał dziesięciny z Pabianic.

Andrzej Kreutz-Majewski w „Dzienniku 1984-2004” opisuje swoją wizytę w Pabianicach.

(…) Więc jadę z Jackiem Łodzińskim do Pabianic. Choć bez uprzedzenia przecież jakoś tam ich znajdę. Dobijamy o zmierzchu. Dom przy Starym Rynku. Mieszkanie Stryja w stromej oficynie. Z okien klatki schodowej widok na zbitkę przybudówek, kominów i strychów, jak z moich obrazów. W mieszkaniu głucho. Od dozorcy dowiedziałem się, że Stryj zmarł parę dni temu…

Andrzej Kreutz-Majewski (1936-2011) – scenograf, malarz, reżyser teatralny. Był autorem scenografii w prawie wszystkich renomowanych stolicach i miastach świata.


Wacław Lipiński ogłosił fragmenty swoich zapisków „Dziennik żołnierza legionowego” w Panteonie Polskim nr 15/1925 r. Autor wspomnień w październiku 1914 roku maszerował z Łodzi do Pabianic. Był to jego pierwszy wojenny marsz.

27 październik – Przedostatni dzień w Łodzi. Batalion Strzelców, który przed kilkoma dniami przymaszerował, wyruszył już do Częstochowy. Choć przeciągała dzisiaj moc Prusaków (przeważnie artyleria) w stronę Warszawy, pesymistycznie jesteśmy nastrojeni! Z radością Łódź byśmy opuszczali, lecz nigdy uciekali. Co chwila przerywa ciszę miasta przeraźliwy huk wysadzanych mostów kolejowych …

28 październik – Dzisiaj wyruszamy ! Wpadłem do Banku Państwa, gdzie była główna kwatera strzelców. Wszystko spakowane i gotowe do drogi. Cieszymy się, że nareszcie wyruszamy, lecz i martwimy się, że uciekamy. A uciekamy na pewno! – Po południu już nie wychodziłem. Wreszcie o 4-ej naznaczono zbiórkę. Po odśpiewaniu Roty, ruszyliśmy. Tabory naprzód, my ostatni. Wyruszyliśmy o 4-tej 45 po południu. Nikt nas nie odprowadzał, nikt nam do bram miasta nie towarzyszył, prócz kilku skautek i najbliższych rodzin. Zaraz po wyruszeniu poznałem trud wojskowego marszu. Karabin niemożliwie mnie uciskał, futro pod płaszczem strasznie grzało. Gdy wychodziliśmy z miasta, nastał zmierzch, powoli zapadała cicha jesienna noc. Do Pabianic szliśmy przeszło godzinę. Ja ledwo zaszedłem. Strasznie wyczerpany. Ciężki plecak, karabin i futro dobijały mnie. Mimo, żeśmy szli wesoło, bywały chwile, iż bałem się że padnę. Pierwszy wojenny marsz dał mi się we znaki.

Wacław Lipiński (1896-1949) – legionista, podpułkownik, historyk.

O działaniach wojennych wokół Pabianic podczas pierwszej wojny światowej opowiada Ernst Rosenhainer w książce „Forward March!: Memoirs of a German Officer” (2000).

(…) The next morning we entrenched south of Lodz. All roads were filled with departing German troops. We, too, wouldn’t stay long since the Russians were right on our heels. We soon marched toward Pabianice. The Russians followed slowly.(…)



Problemy związane z utworzeniem pierwszej pabianickiej gazety znalazły odzwierciedlenie w tekście „Kłopotliwe sytuacje” zamieszczonym w łódzkim tygodniku humorystyczno-satyrycznym Śmiech (14 grudnia 1912 rok).

Kłopotliwe sytuacje

Być ogrodnikiem miejskim i spacerować po ul. Spacerowej.

Być Jagiełłą i reprezentować w Dumie Warszawę.

Być eks-królem portugalskim i starać się o posadę księcia albańskiego.

Być niezależnym i redagować pismo w Pabjanicach.

Być abstynentem i uczestniczyć w uroczystościach jubileuszowych w „Rozwoju”.

Jan Lorentowicz publikując w 40. numerze Głosu z 1896 roku artykuł mówiący o pabianickiej Papierni wywołał polemikę ze strony pracownika tej fabryki K. Słowickiego. Literat idealista o sympatiach socjalistycznych znalazł adwersarza w osobie rozsądnego inżyniera.

Wypowiedź Słowickiego zamieszczona została w numerze 45. Głosu.

Ponieważ pabianicką fabrykę papieru ja budowałem, a obecnie jestem jej kierownikiem technicznym, czuję się zmuszonym odpowiedzieć słów parę na umieszczone w nr 40 Głosu wywody pana Lorentowicza. Żałuję, że, chcąc pisać o papierni, pan L., zamiast zapytać mnie o informacje zadowolił się pobocznymi wiadomostkami, lub też zbytnio zaufał własnej obserwacji. Nie ulega wątpliwości, że nowy gmach fabryczny, jak i wewnętrzne urządzenie jego czynią na zwiedzającym lepsze wrażenie, niż stara fabryka; i higiena i wygoda, zarówno ze względu na robotnika, jak i na własny interes, przy budowie szeroko zostały uwzględnione. Przy projektowaniu fabryki z góry miano na widoku ustawienie dwóch maszyn papierniczych i naturalnie całe urządzenie odpowiednio zostało przeprowadzone. Dziwi mnie przeto twierdzenie pana L., że z ustawieniem drugiej maszyny „warunki, dodatnio wyróżniające wymienioną fabrykę, ulegną zmianie na gorsze”.

Ponieważ pan L. nie informował się u mnie, mam prawo sądzić, że wie, iż po ustawieniu drugiej maszyny, ilość robotników ze 150 (nie 200) wzrośnie co najwyżej do 180; jeżeli wiec urządzenia fabryczne są wygodne i higieniczne dla 150 ludzi, to prawdopodobnie takimi pozostaną i dla 180. Pan L. jednak przyczynę zmian na gorsze widzi jeszcze i w zwiększeniu się ilości surowego materiału i składu gotowego papieru. Jako fachowiec, mogę pana L. uspokoić zaręczeniem, że ani jedno, ani drugie miejsca mieć nie będzie. Lecz przypuściwszy nawet, że i zapasy materiałów i gotowego papieru zwiększą się, to jaki to może mieć związek z higieną lub wygoda? Pan L. widocznie nie wie, że do przechowywania materiałów i gotowego papieru istnieją składy, w których robotnicy nie pracują. Czy zaś składy posiadam dostateczne lub za małe o tym nie tylko pan L., ale i wykwalifikowany fachowiec nie byłby w stanie zaopiniować bez dokładnych informacji z mojej strony co do systemu fabrykacji.

Widzę również błędy i w uwagach pana L. o płacy. Na jakiej zasadzie stosuje do niej pan L. epitet „marny”, trudno mi się domyślić. Czy nie na podstawie zmiennej wartości 45, 60 kopiejek? Należało panu L. przede wszystkim poinformować się co do płacy w papiernictwie w ogóle, a w szczególności w papierniach w Królestwie, a wtedy, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, dowiedziałby się, że my w Pabianicach jeszcze nie najgorzej płacimy. Nie będąc ekonomistą z fachu, nie chcę objaśniać panu L. dlaczego taka, a nie większa płaca w papierni się praktykuje; mogę tylko nadmienić, że płaca tak jest unormowana, żeby i robotnik mógł istnieć i fabryka, a dzieje się tak nie tylko w papierni, ale i na całym bożym świecie.

Informacje pana L. co do kar i użytku powstałego stąd funduszu są zupełnie fałszywe. Nigdy administracja nie wydawała zapomóg z powyższego źródła, nigdy pieniądze te nie szły do rąk fabrycznego inspektora i jedynie książka, w której każdorazowo wpływy są notowane, znajduje się pod kontrola inspekcji. Na zapomogi, pogrzeby itd. administracja zawsze czerpała z kasy fabrycznej, do czego w książkach istnieje odpowiednia rubryka.

Na koniec sanitarne warunki! Według pana L. lekarz fabryczny i robotnik to coś w rodzaju psa i kota! Że niejednokrotnie zjawiska analogiczne mają miejsce, to mnie zupełnie nie dziwi, a nawet dziwiłbym się, gdyby było inaczej. Całe nieszczęście, że p. L. fakty pojedyncze przedstawia jako normalne, a jest to naturalnym skutkiem kompletnej nieznajomości stosunków fabrycznych. Radziłbym panu L. z ludźmi tymi bliżej się zapoznać, z nimi poobcować. I wtedy dopiero sądzić, czy wyjątkowe postępowanie fabrycznego lekarza jest uzasadnione lub nie.

Życie realne wymaga i realnego zapatrywania na stosunki ludzkie, a to ze swej strony sprawia, że przede wszystkim zmuszeni jesteśmy zajmować względem naszych bliźnich pewne odporne stanowisko. Nie przeczę, że jak wszędzie, tak i tutaj, niejednokrotnie i niewinni padają ofiarą, lecz jak nadmieniłem, są to wyjątki, i tylko gruba nieznajomość rzeczy lub zbytni idealizm mogłyby mieć w danym razie coś do zarzucenia. (K. Słowicki)

W pierwszym numerze Szklanych Domów – czasopismo młodzieży szkół średnich ośrodka przemysłowego: Łódź, Pabianice, Zduńska Wola, Sieradz, Łask – z roku 1934 ukazała się prezentacja miasta „Pabianice w świetle wywiadów” napisana przez gimnazjalistkę H. Kołodziejczykównę.

Z pozoru – taka sobie prowincjonalna mieścina, ani ciekawa, ani charakterystyczna, ani też godna specjalnej uwagi. Na pryncypalnej ulicy nie znajduje się ani kawałka asfaltu i trzeba jesienią skakać po kocich łbach tonących w błocie, jest tylko jeden skromniutki pomnik, trzy kina – a o operze nikomu się nie śniło jak Pabianice Pabianicami. Jedynym naprawdę wartościowym monumentem jest stary renesansowy zamek (obecnie siedziba zarządu miasta), ale i ten nie należy całkowicie do naszego miasta, bo w pewnej jubileuszowej księdze szumnym tytułem umieszczono go w Zgierzu, który się chyba sam najwięcej tym zdziwił. Jednym słowem, nie ma co o nich mówić, ani pisać – najwyżej można im poświęcić takie zdanie jak u M.H. Szpyrkówny w „Gwieździe Lucifera” (1927).

„…Gdzie to było? Z Olkusza, czy spod Pabianic? … tylko tam jeszcze wyrzuceni maturzyści grywają Rinaldów Rinaldinich.”

Dlaczego akurat Olkusz, Pabianice i maturzyści grywają Rinaldów Rinaldinich, sama nie wiem, bo jakkolwiek żyję w nich od kilkunastu lat, nie słyszałam o tak romantycznych historiach. Ale mniejsza z tym. Nie o tym chciałam pisać. Nasuwa mi się tylko pewne porównanie, że powierzchowny obserwator, może osądzić Pabianice tak, jak czytelnik osądzi książkę, rzucając spojrzenie na jej tytuł i okładkę, a nie zaznajomiwszy się z treścią. A więc w celu zapoznania czytelnika z treścią książki – Pabianic, podaję w formie wywiadów z pewnymi osobami w naszym mieście, kilka wiadomości z jego życia wewnętrznego. Zatem dziękuję doktor Piotrowskiej, doktorowi Eichlerowi, Kasperkiewiczowi, Nowakowi i Z. Kłysowi za łaskawe udzielenie mi informacji.

- Panie Doktorze chciałabym napisać w „Szklanych Domach” o pabianickim Towarzystwie Ochrony nad Przyrodą”. Może Pan Doktor będzie łaskaw, powiedzieć o nim kilka słów.

Dr Eichler: Towarzystwo Ochrony Przyrody, istniało już jako rosyjskie towarzystwo jeszcze przed wojną. Obecnie my kontynuujemy jego prace. Terenem działalności Towarzystwa są Pabianice, tutaj też znajduje się główny zarząd. Cel Towarzystwa, zdaje się, jest jasny: opieka nad zwierzętami. Każdy członek posiada legitymację, dzięki której człowieka wykraczającego przeciwko przepisom „Ochrony nad zwierzętami” może pociągnąć do odpowiedzialności. Specjalną kontrolę rozciągamy nad rynkiem w dni targowe, gdzie bardzo często drób i zwierzęta, nie są traktowane humanitarnie. Ważną placówką naszej pracy jest rzeźnia miejska. Wiceprezes naszego Towarzystwa zajmuje w niej stanowisko dyrektora, a zarazem czuwa, aby zwierzęta nie doznawały krzywd przed śmiercią.

- Czy długoletnia praca Towarzystwa wpłynęła na ustosunkowanie się pabianiczan do zwierząt.

Dr Eichler: Tak i i to w dużym stopniu dodatnio. Z roku na rok, coraz rzadziej spotykamy wypadki znęcania się nad zwierzętami. Gorzej jest z chłopstwem napływającym do miasta w dni targowe, ci bowiem nie uznają innego cierpienia jak ludzkie. Z czasem, z pomocą presji policyjnej i kar pieniężnych, sadzę, że i to uda się nam zmienić na lepsze.

- Teraz chciałabym zapytać Pana Doktora o nasze miasto. Czy nie można stwierdzić w jego życiu pewnego pędu do rozwoju, oraz korzystnych zmian wewnętrznych i zewnętrznych?

Dr Eichler: Bez wątpienia Pabianice dzisiejsze bardzo różnią się od wczorajszych, naturalnie na ich korzyść, jest nadzieja, że będzie jeszcze lepiej. Praca dla państwa i społeczeństwa, staje się udziałem coraz większej liczby obywateli, czego najlepszym dowodem są liczne organizacje. Również ich wygląd zewnętrzny z dnia na dzień, staje się estetyczniejszy i świadczy o rozwoju miasta. W ostatnich latach bogacimy się o budynki tak wartościowe, jak kino miejskie, Gimnazjum Żeńskie – jedno z najładniejszych w Polsce, Szkołę Rzemiosł, Szkołę Piramowicza, Seminarium, wreszcie pomnik. Widoczny jest coraz lepszy porządek, reperuje się bruki i chodniki, ozdabia się ulice plantacjami, usuwa brzydkie a zbędne budynki; no i ostatnio zamek na tle odsłoniętego parku, daje bardzo malowniczy widok. Poza tym każdy gospodarz, idąc za ogólnym pędem, stara się, aby jego dom nie przedstawiał się gorzej od innych. No i wreszcie wystawy sklepowe urządzane są coraz ładniej i trudno znaleźć okno wystawowe ozdobione wyblakłym czy zestarzałym towarem, lub ogłoszenia z koślawymi literami, jak dawniej bywało.

Opuszczam mieszkanie Pana Doktora i idę w dalszą wędrówkę w świetnym humorze. Dlaczego? Łatwo to wytłumaczyć. Staję przed jednym z najokazalszych budynków w Pabianicach, a mianowicie przed biurem fabryki „Krusche i Ender”. Jest wieczór. Elektryczne światło jasnymi prostokątami okien, odcina się na czarnym tle muru. Ilość tych okien przeraża mnie, ale z pewną miną naciskam klamkę i za kilka minut recytuję, jednemu z urzędników – Proszę Pana, fabryka „Krusche i Ender” jest największa w naszym mieście, o ile się nie mylę, istnieje już sto lat. Jest więc jak gdyby początkiem przemysłu pabianickiego. Odgrywa w Pabianicach wielką rolę i muszę poinformować o niej czytelników „Szklanych Domów”.

- Z przyjemnością udzielę pani wszelkich danych. Rzeczywiście powstanie przedsiębiorstwa przypada na rok 1826. Wiemy, że do XVIII wieku, Pabianice jakkolwiek zwane miastem, ilością mieszkańców odpowiadały raczej wsi, niszczone przez morowe zarazy i pożar. W 1729 roku liczyły 29 rzemieślników, a mieszkańcy żyli głównie z uprawy roli i hodowli bydła. Dopiero wiek XIX okazał się dla miasta łaskawszym. Mimo braku warunków sprzyjających rozwojowi handlu, dzięki protekcji rządu Królestwa Polskiego, dającemu ulgi osiadającym w mieście przemysłowcom, Pabianice poczynają się rozwijać. Jednymi z pierwszych, którzy przybyli do Pabianic i osiedlili się w nich jako fabrykanci, byli Grunwald i Krusche.

- Czy zawsze fabrykowano towary bawełniane jak obecnie?

- Nie, początkowo tkano również towary półwełniane i wełniane. Dopiero w 1873 r. następuje przełom i rozpoczyna się produkcja towarów bawełnianych. Znajdują one wielki popyt, tak, ze fabryka w czasie wojny zatrudniała 4.400 robotników.

- A obecnie?

- Obecnie liczba pracowników wynosi 3.339, a produkcja tkanin w roku 1933 osiągnęła wartość 27.964.286 złotych.

- Jak się przedstawia sprawa sprzedaży wyrobów?

- Firma posiada szereg składów komisowych i przedstawicielstwa, np. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Hamburgu, Rydze, Konstantynopolu, Smyrnie, Paryżu. Jeśli chodzi o eksport, wywozi się towary do Łotwy, Litwy, Rumunii, Rosji, Ameryki Płd., Kanady. Wynosi on 10 % produkcji rocznej.

- Czy przy fabryce są jakieś urządzenia dla robotników, kulturalne, oświatowe, czy też socjalne?

- Tak. Pierwsze miejsce zajmują domy tzw. familijne dla robotników. Jest ich 26, każdy obejmuje cztery mieszkania. Obok domków znajdują się ogródki do użytku ich mieszkańców. Prócz tego posiada firma 9 domów dla urzędników. Zajmuje je 25 rodzin. Jest zorganizowana pomoc lekarska i firma wystawiła dla swych pracowników szpital dla 50 chorych. Dowodem dbałości firmy o rozwój umysłowy robotników, jest biblioteka fabryczna, która posiada obecnie 3.198 tomów. Przy niej założono czytelnię, w której prócz najświeższych pism i dzienników znajduje się radio i różne gry np. szachy i warcaby. Również i rozwój fizyczny robotników nie jest zaniedbany i sądzę, że nie jest pani obcem – Towarzystwo Sportowe „Kruschender”. Wreszcie, istnieje przy fabryce zakład kąpielowy dla robotników oraz pralnia.

- To już chyba wszystko o czym może pan mnie poinformować, czyż nie tak?

- Prawie. Dodam tylko jeszcze, że wyroby firmy zdobyły kilkakrotnie medal na wystawach krajowych i wszechświatowych. Ostatnim z tych odznaczeń jest zloty medal, otrzymany na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

Wreszcie jestem na ulicy. Wzrok mój pada na przeciwległą stronę Zamkowej, gdzie wznosi się gmach tętniący setkami serc ludzkich i setkami maszyn – źródło pożywienia trzech tysięcy ludzi. Rzuciwszy pełne szacunku spojrzenie na fabrykę, ruszam w dalszą drogę.

Wkraczam do siedziby zarządu pabianickiego oddziału Czerwonego Krzyża. Dużo się pisze i mówi ostatnio o tej organizacji. Ciekawa jestem, jak się ona rozwija na gruncie naszego miasta.

„Czerwony Krzyż” – informuje mnie Pan Nowak istnieje na terenie Pabianic od kilku lat i liczy obecnie 657 członków.

- Z tego kobiet?

- Przeszło 40%

- To nie jest tak źle! (cieszę się w duchu). A robotników?

- Tylko 10% mimo, że staramy się ich wciągnąć w nasze szeregi. Członkowie rekrutują się przeważnie z inteligencji. Celem PCK jest zbieranie materiałów sanitarnych, szkolenie drużyn sanitarnych, na wypadek wojny, no i pomoc w tragicznych wypadkach. Mamy do swego użytku samochód sanitarny, który oddaje nam duże usługi.

- Skąd stowarzyszenie pokrywa wydatki?

- Urządza się imprezy, poza tym ze składek członkowskich.

- Jakie jest ustosunkowanie się społeczeństwa pabianickiego do pracy Czerwonego Krzyża?

- Bardzo dobre. Przeważnie spotykamy się z poparciem i zrozumieniem.

Mam ochotę zawołać „niech żyją pabianiczanie”, ale z największą powagą opuszczam lokal.

Za kilka minut, będę wyszukiwała na mapie ślady wojen napoleońskich, tymczasem jest pauza i zamiast w klasie naprzeciw tablicy, znajduję się w pokoju lekarskim naprzeciw Pani Doktor Mileny Piotrowskiej.

- Pani będzie łaskawa wymienić mi wszelkie urządzenia lekarskie i socjalne naszego miasta mające na celu opiekę nad człowiekiem i jego zdrowiem.

Dr Piotrowska: Miasto posiada dwa szpitale: jeden pod opieką samorządu miejskiego, drugi Ubezpieczalni Społecznej, oraz Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem. Poza tym od dawna istnieje Miejski Przytułek dla Starców (50 osób), Miejski Dom Noclegowy i co najważniejsze Poradnia Przeciwgruźlicza, prowadzona przez Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Instytucją świeżo powstałą w naszym mieście jest Poradnia Eugeniczna (przedślubna i małżeńska) subsydiowana przez samorząd miejski i Ubezpieczalnię Społeczną, a prowadzona przez Towarzystwo Eugeniczne, a także Poradnia Dentystyczna dla dzieci szkolnych.

- Jak się przedstawia w naszym mieście kwestia matki i dziecka?

Dr Piotrowska: Bezrobocie, złe warunki materialne odbijają się ujemnie przede wszystkim na dziecku, jako na istocie bardzo delikatnej i wrażliwej. Wielką dla nich pomocą jest Stacja Opieki nad Matką i Dzieckiem, pomagając materialnie, oraz udzielając wskazówek. Dzięki niej skutecznie walczy się z przesądami i zabobonami dotyczącymi życia i pielęgnowania dziecka. Przydałby się w Pabianicach żłobek dla niemowląt i małych dzieci, gdzie matki udając się do pracy mogłyby je zostawiać na cały dzień pod odpowiednią opieką. Żłobki także ustawowo miały być zorganizowane przy wszystkich zakładach przemysłowych, zatrudniających większą ilość kobiet. Niestety. Dotychczas na terenie Polski jest ich bardzo mało. Pożądane byłyby w naszym mieście ogrody jordanowskie dla małych dzieci, gdzie mogłyby przebywać pod fachową opieką, zamiast w dusznym mieszkaniu, czy też zakurzonej ulicy. Również odczuwa się brak odpowiedniej ilości przedszkoli, które by mogły pomieścić wszystkie dzieci w wieku 5-7 lat, co wpłynęłoby także dodatnio na naukę szkolną w pierwszych oddziałach.

Dziękuję Pani doktor za udzielone mi wiadomości i przebywam w podskokach korytarz ze zmartwieniem w sercu. A martwię się podwójnie, że w Pabianicach tylu rzeczy brak i że się spóźnię na historię.

Właściwie skończyłam już z wywiadami. Ręka mnie boli od pisania, w głowie mam taki zamęt, że gotowa jestem napisać „kura” przez „ó”, a „babka” przez „p”- przede mną czternaście zapisanych stron.

I dochodzę do wniosku, że właściwie nic nie zrobiłam. Każdy czytelnik opuszczając cztery linijki druku, a zatrzymując się na piątej, spyta w końcu z powątpiewaniem : „co to ostatecznie ma być?”.

Nie protestuję. Opisem jednej fabryki, dwu towarzystw i kilku instytucji, nie dałam wcale treści życia wewnętrznego Pabianic, ani nie dodałam im uroku, nieudolną pisaniną. I tak każdy młodzieniec, co przez kilka lat wycierał marynarkę o ławki pabianickiego gimnazjum, wyjechawszy na studia, napisze w pierwszym liście do rodziny „Kochani Moi, Pabianice są starą dziurą, a o Dobrzynce nie mogę myśleć bez bólu głowy”. (H. Kołodziejczykówna)

Pabianiczanie chętnie nadsyłali korespondencje do pism krajowych i zagranicznych. Na przykład A.M. Niedzielski, pewnie narodowiec, fascynował się społecznością polską w Harbinie i chciał spopularyzować jej dzieje w Pabianicach. Harbin zwany także mandżurskim Hongkongiem powstał jako stacja Kolei Wschodniochińskiej. To miasto nad rzeką Sungari zamieszkiwali przedstawiciele 33 narodowości, mieściły się tam konsulaty sześciu państw. W Harbinie wychodził polski dwutygodnik Daleki Wschód. W numerze 3. pisma z 1 lutego 1933 roku ukazał się list pana Niedzielskiego z Pabianic.

Wielmożny Panie Redaktorze! Bardzo mi milo, iż mogę wyrazić za pośrednictwem p. M. podziękę za przysłanie okazowego dwutygodnika pt. „Daleki Wschód”, w którym z radością spostrzegłem gorącą pracę wśród naszych rodaków daleko od nas żyjących i cieszę się, że choć mała ta garstka, czasopismo zainteresuje z pewnością ogół w Kraju naszym. Cieszę się, że nasza mała Polonia na Dalekim Wschodzie wznosi sztandar mowy ojczystej i ducha naszego. „Szczęść Wam Boże” w pracy tak pięknej. Obowiązkiem naszym w Kraju jest popierać wasze wysiłki, aby dały nam wspólne rezultaty, do których nam jeszcze tak daleko. Jesteśmy wolnym państwem Polskim, z dumą musimy podnieść głowę, że mamy ręce wolne, do pracy nad budową Ojczyzny naszej, aby była światłą, potężną i bogatą gospodarczo, lecz przez te parę lat wolności nie mogliśmy wszystkiego dokonać . To cośmy już zrobili jest już nad siły, bo mamy potężną armię, budujące się gmachy, szkoły, drogi i port w Gdyni, fabryki amunicji i samolotów, oświata o całe niebo wyżej postawiona. Nadchodzi wielki czas, abyśmy sobie przyrzekli, że pora już, aby pomyśleć o podniesieniu dobrobytu i pracy narodowej. Jest nas tak dużo rozrzuconych po wszystkich krajach, że możemy śmiało brać się odważnie do swego rodzimego polskiego przemysłu i handlu, do czego może się przyczynić również „Daleki Wschód”.

U nas w Kraju my Polacy z rozpaczą patrzymy na wzrost fabryk kapitalistów obcych nam duchem, a my nie mamy możności tego uczynić. W samych Pabianicach, które to miasto posiada 50 tysięcy ludzi, od czasu niepodległości wybudowano 86 (?)fabryk przez ludzi obcych nam duchem. Czyż to nie smutne dla naszych młodych pokoleń, że znajdą tylko pracę u obcych? Co do pisma Panów starać się będę, aby je wprowadzić do wszystkich czytelni naszego miasta, a mam nadzieję że pomimo strasznego bezrobocia rozwinie się prenumerata takowego. Życzę jak najlepszego powodzenia. A. M. Niedzielski

Henryk Nakielski w książce „Jako i my odpuszczamy” (1989) zapisał wspomnienia Zygmunta Janke dotyczące m. in. jego ucieczki z niewoli niemieckiej w 1939 roku do Pabianic.

(…) Trzeba więc było wykonać ten ostatni rozkaz. W asyście szwoleżerów pojechałem w kierunku spodziewanych pozycji niemieckich i wkrótce rzeczywiście trafiliśmy na placówkę karabinów maszynowych. Skontaktowany z dowódcą pułku, który ją wystawił, omówiłem warunki kapitulacji. Pułk miał przejechać droga do wsi Medyka i tu na placu w środku wsi złożyć broń.

To była przygnębiająca ceremonia. Pamiętam, w pewnej chwili podszedł do mnie jeden z oficerów tego pułku.

- Panie kapitanie – poprosił – pan jest tu obcy, żołnierze pana nie znają, proszę wydać im ten rozkaz.

Rozkaz, który przed frontem własnych żołnierzy nie mógł przecisnąć mu się przez gardło, liczył tylko trzy słowa: „W kozły broń”.

Rozbrojonych przewieziono samochodami do Żurawicy, a stamtąd – już oddzielnie oficerów i żołnierzy – przewieziono w kierunku Krakowa.

Ani przez moment nie myślałem o tym, aby zachować się biernie na tej drodze prowadzącej do jenieckiego obozu. Teraz już mogłem dysponować swoją osobą – mogłem uciekać. Po raz pierwszy spróbowałem to zrobić w rejonie Jarosławia, gdzie był obóz przejściowy. Powiodło się, ale napotkani po drodze Polacy odradzili mi dalszą podróż.

- Jeśli nie złapią pana Niemcy – ostrzegali wskazując mój mundur – to w pierwszej napotkanej wsi zabiją Ukraińcy.

Postanowiłem więc zawrócić i spróbować jeszcze raz w terenie dogodniejszym. Okazja nadarzyła się wkrótce w Krakowie.

Staliśmy ogrodzeni tylko białą linią. Przekroczenie jej groziło śmiercią – wartownicy strzelali bez ostrzeżenia. Kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów dalej stał tłum przyglądających się nam mieszkańców Krakowa – jednych zatrzymała ciekawość, innych współczucie, jeszcze inni próbowali odszukać bliskich, znajomych… W pewnym momencie podszedłem do strażnika, wsunąłem mu do ręki papierowy świstek – starą przepustkę i nie zatrzymując się wpadłem w oczekujący tłum. Zbaraniały wartownik, zdezorientowany wręczonym papierkiem i moją pewnością siebie, zanim zdołał ochłonąć, rzucić wzrokiem na wręczony papierek i chwycić karabin, miał już przed sobą tylko pustą przestrzeń i posępny mur ludzkich postaci. Zniknąłem za tym murem, wchłonięty przez tłum, ktoś zarzucił mi cywilny płaszcz na ramiona, jakieś dwie panie chwyciły pod ręce … W chwilę potem byłem już w bezpiecznej odległości.

Uciekłem 17 października. Przez kilka dni byłem jeszcze w Krakowie, u rodziny mojego kolegi z Wyższej Szkoły Wojennej, Aleksandra Ratusznego, a następnie pojechałem do Pabianic. Zadekowany w pokoiku na strychu u rodziny mojej żony próbowałem zorientować się w sytuacji. W mieście trwały aresztowania. Członkowie Selbstschutzu (niemiecka „samoobrona”) – przeważnie volksdeutsche – chodzili do polskich domów i zabierali tych, do których Niemcy mieli jakieś pretensje z racji ich działalności przedwojennej albo przynależności do organizacji uważanych za wrogie. Przy okazji miejscowi Niemcy regulowali własne porachunki z sąsiadami.

Starałem się nawiązać kontakt ze znajomymi i kolegami, jeśli jeszcze przebywali w mieście. Udało mi się odszukać kilku, przeważnie się ukrywali. Atmosfera mimo aresztowań była jeszcze niepodobna do tej z późniejszych lat okupacji. Ludzie wciąż nie uświadamiali sobie w pełni grozy sytuacji, słowo tajemnica nie miało jeszcze zbyt głębokiego znaczenia. Kiedyś np. szwagierka spotkała na ulicy siostrę jednego z poszukiwanych przeze mnie kolegów. Rozmawiały dłuższy czas, padło pytanie na jego temat, ale w ferworze babskiej pogawędki umknęło chwilowo uwagi jego siostry. Przypomniała je sobie dopiero po pożegnaniu, kiedy już była po drugiej stronie ulicy. Krzyknęła więc najspokojniej: „Pytałaś o Felka – on jest, tylko na razie nie wychodzi. Ukrywa się u nas.”

Z tych, których udało mi się odszukać, sformowałem kadrę dowódczą dla batalionu piechoty. Znalazło się również trochę broni. Liczyliśmy na rychłą ofensywę na Zachodzie, na bliską klęskę Niemiec.

Czas jednak płynął, a na Zachodzie nie działo się nic. Nie wiedzieliśmy, co robić, nie mieliśmy żadnych informacji. W grudniu 1939 r. zniecierpliwiony bezczynnością zdecydowałem się przedostać do Francji. Pojechałem do Krakowa z nadzieją, że tam trafię na jakiś kanał przerzutowy. (…)

Zygmunt Janke „Walter” (1907-1990) - komendant Okręgu Śląskiego AK, generał, historyk.

Adam Bajcar w publikacji „Polska: przewodnik turystyczny” (1971) poświęca Pabianicom lakoniczną wzmiankę.

Pabianice – 62 tys. mieszkańców, zespolone z Łodzią, miasto z wielkimi zakładami bawełnianymi oraz rozwiniętym po wojnie przemysłem elektrotechnicznym i farmaceutycznym. W śródmieściu renesansowy kościół parafialny, dwór renesansowy (XVI w.) obecnie muzeum regionalne. Domy wycieczkowe Obsługi Ruchu Turystycznego PTTK.


Bardzo krótkie hasło pojawiło się także w „Dictionary of Geographical Knowledge”, t. 5, Londyn 1859 r. Inaczej mówiąc, Pabianice to wieś nad Dobrzynką.

PABIANICE, a village of Poland, in the gov. Kalish, 10 m. NE of Lask, on the Dobryczynka. Population 500.

Ciągle jest głośno o polityku angielskim rodem z Pabianic. Russell Phillips w publikacji “A Ray of Light: Reinhard Heydrich, Lidice, and the North Staffordshire Miners” (2016) pisze, iż powstała organizacja Przyjaciele Barnetta Strossa, która realizuje idee pokojowej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem historii, zniszczonej przez nazistów, miejscowości Lidice w Czechach.

Sir Barnett Stross (1899-1967) was leader of the Lidice Shall Live Campaign, a genuine human rights campaigner at all levels, and a Save the Children co-founder. He was born on Christmas Day 1899 in Pabianice in the Voivodship of Lodz, Poland.

The non-profit-making organization The Friends of Barnett Stross works to raise awareness of Stross work, of the Lidice atrocity of 1942, and of the role ordinary people around the world played in rebuilding the symbolic Czech village. The foundation encourages the development and exploration of cultural, economic, social, and educational links between the UK, Czech Republic, and the wider international community.

At the time of writing, the organization is cooperating with the Lidice Memorial on two projects highlighting the creative input which delivered the “new Lidice”: a dilapidated house restored into a permanent exhibition space containing period features, which tells the story of the concept, design, and rebuilding of the new village; and secondly, a publication celebrating the Garden of Peace and Friendship. Both projects contain an emphasis on Sir Barnett Stross and send a message of love overcoming hate. Both will be launched at the 75th anniversary commemorative event in 2017.

Strajk to słowo, które powtarza się często w historii miasta. Jeszcze do dzisiaj na frontonie dawnego Pamotexu przy ulicy Zamkowej widnieje tablica z 1962 roku upamiętniająca 30-lecie strajku okupacyjnego oraz tradycje walk robotniczych o wyzwolenie społeczne. Strajk był na trwale wpisany w relacje pracownicy-pracodawcy, czyli robotnicy-fabrykanci. Pierwsze strajki wybuchały już w XIX wieku. Maksymilian Meloch w artykule „Ruch strajkowy w Królestwie Polskim”, który zamieścił „Przegląd Socjologiczny” w 1937 roku, pisał: Z nowymi zatargami spotykamy się dopiero w następnym roku 1886. Jednym z pierwszych był strajk w fabryce Krusche i Endera w Pabianicach, zatrudniającej 284 robotników. Właściciele zawiadomili robotników, że muszą obniżyć zarobki wobec spadku cen na wyroby fabryki. Uczynili to zgodnie z ustawą na 2 tygodnie z góry, ale gdy nadszedł termin zmiany warunków robotnicy w dniu 8 maja udali się przed magistrat, oświadczając, że za 2 ruble 80 kopiejek tygodniowo nie mogą pracować. Natychmiastowa interwencja naczelnika powiatu i drobne ustępstwa fabrykantów sprawiły, że robotnicy przystąpili nazajutrz do pracy.

Henryk Grynberg w „The Jewish War” (2001) opisuje starania swojej matki o zapewnienie bytu rodzinie tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Kobieta przyjeżdżała do Pabianic po produkty żywnościowe i tekstylia, które sprzedawała na Zielonym Rynku w Łodzi.

My mother helped out by going to the wholesale dealers and manufacturers in Zgierz and Pabianice and ordering goods. These manufacturers produced linen and wool in small factories that operated a few looms, at most a dozen or so, but they worked day and night, producing much more than they were allowed to. These factories were run by the Jews who had had formerly owned them or, as was often the case, had inherited them from relatives who had been killed. By the amount of merchandise for sale at the Green market, the authorities could easily have seen that the factories were producing more than they were registering, but they might not have dared to bother Jews yet. The authorities also had more important things to do at the moment. Besides, they had been bribed.

(…) My mother went to Pabianice i Ozorków and brought back three barrels. Nusen got hold of an army truck, and Fryd made a deal with the janitor for the use of an additional cellar.

Henryk Grynberg (1936-) – prozaik, poeta, dramaturg, eseista.

Waldemar Piasecki w książce „Jan Karski: jedno życie” t. I (2015) przywołuje reakcję Karskiego na wiersz pabianickiego poety: Na łamach szczerze znienawidzonego przez moją formację „Wszechpolaka” publikował Stanisław Statkiewicz, przedstawiany jako robotnik z Pabianic. Miał on reprezentować lud roboczy w poparciu dla walki studentów o Polskę prawdziwych Polaków przeciwko „sanacyjnym zdrajcom i ich janczarom”, czyli i mnie jako jednemu z tych „janczarów”. Byłem już po studiach, kiedy jego wiersz, utrzymany w konwencji ody, o wymownym tytule „Akademikowi”, gloryfikował wszechpolską walkę o panowanie na uczelniach …

Nie zajęło wiele czasu, by wycinek tej poezji trafił na stół przyniesiony z profesorskiego gabinetu. Karski czytał ze sztucznym patosem, podkreślając swój dystans i obrzydzenie:

Długo, długo znicz płonął, tak płonął jak świeca

Na poddaszu w Krakowie, w Warszawie czy w Wilnie

Stolik trzeszczał kulawy, ziąb ciągnął od pieca.

Tyś się uczył lat tyle, tyle lat, tak pilnie.

W piersi jeno znicz płonął i oczy gorzały

Ból ci czaszkę rozsadzał, hej, myśli szalały…

Krzywda, zbrodnia w ojczyźnie, tyś łbem tłukł o ściany

Jęczał głucho, jak wicher w skalistym wąwozie …

Tyś go budził, znicz płoną .. Rozpaczy i grozie nie uległeś

Tyś Polski całej krzywdzicieli siłą wepchnął do ghetta, od siebie oddzielił.

Ustaliłeś granice krwią zlane obficie.

Padł Wacławski w Wilnie, padł Wieśniak w Przytyku

Znicz w twej duszy poczęty, potężny jak życie

Zmienił Polski oblicze, Hej Akademiku,

Wielkiej Polski Rzeźbiarzu z uniwersytetów Wilna, Lwowa i Krakowa,

Hej cześć ci za ghetto!

On już wtedy bił pokłony za getto urządzane Żydom. Na razie ławkowe i uczelniane – konstatował gorzko Jan Karski.

W 1938 roku ukazało się pierwsze polskie „Who’s Who”. Publikacja miała 880 stron i nosiła tytuł „Czy wiesz kto to jest?”. Dzieło miało obejmować „całokształt działalności ludzkiej” w kraju. Zaprezentowano zatem biogramy żyjących i znanych w II RP osób, wśród nich nie mogło zabraknąć pabianiczan. Autorzy wydawnictwa wyjaśniali: Dla dziennikarza więc „Czy wiesz kto to jest?” będzie miało szczególną wartość. Skorzysta z niego w równej mierze i literat i referent personalny każdej instytucji, historyk sztuki współczesnej i urzędnik administracji państwowej, kupiec i przemysłowiec, sięgnie do niego po informacje adwokat i publicysta. Trudno jest wyliczyć wprost te liczne dziedziny życia, w których wydawnictwo nasze odda z pewnością poważne usługi informacyjne. Nie wątpimy, że znajdzie się ono również w redakcjach prasy zagranicznej, tak fałszywie i błędnie niejednokrotnie informowanej o naszych znanych osobistościach. Zaznaczamy przy tym, iż jedynym celem naszego wydawnictwa jest krótka, lecz możliwie wyczerpująca informacja biograficzna, bez wdawania się w ocenę dzieł czy zasług. Taka informacja jest w dzisiejszym życiu potrzebna prawie w każdym zawodzie.

A oto biogramy pabianiczan, które znalazły się w prestiżowym „Czy wiesz kto to jest?”.

Borowski Antoni. Ks., ur. 28.3.1884 w Pabianicach. S. Franciszka. Ukończył seminarium we Włocławku, uniwersytet w Louvain ( dr teologii 1922). Wykłady zlecone na Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego z teologii moralnej i etyki 1.1.1927- 30.6.1927, habilitacja tamże z teologii szczegółowej i pasterskiej w 1927, zast. prof. tego przedmiotu 1927-1930, prof. nadzw. od 30.1.1930, dziekan 1934-35. Prałat J. Świątobliwości. Opublikował: „Pontyfikat Piusa X a sakramenta święte (1916), „Sakramentologia w świetle nowego prawa kościelnego” ( 1920), „O sumieniu” (1928), „Rozgrzeszanie w trybunale pokuty pod warunkiem n’es depositus” (1928), ponadto artykuły w pismach. Warszawa, Nowogrodzka 47.

Eichler Witold. Dr med. Entomolog i podróżnik. Ur. 23.3.1873 w Międzyrzeczu Podlaskim. Lekarz naczelny kasy chorych w Pabianicach. W l. 1915-1918 lek. wojsk. na Kaukazie, w Azji Mn. i Persji. W l. 1926-1935 zwiedził Algier, Maroko, Tunis, Palestynę. Posiada kolekcję chrząszczy, niektóre chrząszcze opisane przez innych przyrodników noszą nazwy związane z jego nazwiskiem. Opublikował m.in.: Wykaz chrząszczy zebranych w Sandżaku Trapezunckim i Gummisch-chane w l. 1916-1917 (Polskie Pismo Entomologiczne 1922-1928), „Kartki z podroży po Maroko (Gazeta Pabianicka 1929); „Chrząszcze z okolic Tyflisu”(1930). Odzn.: K.N.(Krzyż Niepodległości), K.Z. zł ( Złoty Krzyż Zasługi). Pabianice.

Fryczkowski Izydor. Dr med. Ur. 31.3.1902 w Pabianicach. S. Wojciecha i Balbiny z Fokczyńskich. Oż. 19.10.1936 z Marią Kier. Ukończył gimnazjum w Pabianicach w 1922 i wydz. lek. Uniw. Jagiellońskiego w 1930. Sł. w WP 1930-1931; ppor. rezerwy. Asystent i kierownik oddziału chir. szpitala Spółki Brack. w Mysłowicach. Członek Towarzystwa Lekarskiego Polaków na Śląsku, członek Izby lekarskiej Śl. Ogłasza artykuły fachowe. Mysłowice, Bytomska 39.

Kolbe Maksymilian. Ks. Franciszkanin. Dr św. teologii i filozofii. Ur. 1894 w Pabianicach (?), woj. łódzkie. Ukończył gimnazjum i uniwersytet w Rzymie. Założyciel Niepokalanowa. Inspektor wydawnictw franciszkańskich w Polsce. Założyciel placówki misyjnej w Nagasaki i redaktor japońskiego miesięcznika katolickiego Mugenzai no Sono, Nagasaki, Hougochi, Nippon.

Laczysław Aleksander. Dziennikarz. Ur. 2.2.1885 w Pabianicach. S. Samuela i Władysławy z Mikulskich. Oż. w maju 1914 z Marią Czuprykowską. Ukończył Szkolę Handlową w Pabianicach, studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego i uniwersytetu w Zurichu. W latach szkolnych organizował kółka samokształceniowe i biblioteczne oraz przechowywał bibułę krajową i zagraniczną. W Pabianicach organizował bojówkę robotniczą. W 1905 zbiegł do Galicji, a stamtąd wyjechał do Zurichu. W 1908 powrócił do kraju, aresztowany i więziony w Łodzi. Po zwolnieniu wyjechał do Zurichu, następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował w dziennikarstwie polskim oraz w przedsiębiorstwach przemysłowych i bankach. Następnie od 1911 w firmie International Harvester Co. Oddział w Moskwie, a od 1915 w Zakładach Sormowskich, gdzie zorganizował „Dom Polski”, którego był prezesem. W 1924 powrócił do kraju i pracował w „Polsce Zbrojnej”, dyr. adm. W międzyczasie, przez 2 lata org. i dyr. handlowy Spółdzielni Zdobycz Robotnicza. Warszawa, Chełmżyńska 27.

Lorentowicz Jan. Literat. Krytyk. Teatrolog. Ur. 1868 w Pabianicach. S. Ludwika i Konstancji z Majewskich. Uczęszczał do szkół średnich w Piotrkowie, Częstochowie i Płocku, studia wyższe w Paryżu , gdzie przebywał 1890-1903. Członek Gminy Narodowosocjalistycznej tamże, z ramienia której redagował czasopismo „Pobudka” (1891-1893). W 1892 na zjeździe paryskim wybrany na członka pierwszej centralizacji PPS. Pisywał szereg lat w czasopismach francuskich (Mercure de France, la Revue d’art. Dramatique, Critique independante, i in.) o polskiej literaturze i teatrze. Od 1903 sekretarz redakcji Kuriera Codziennego, następnie redaktor lit. Nowej Gazety (1906-1908). Redagował bibliotekę lit.-art. Muzy (1912-1916); współpracownik Biblioteki warszawskiej, Przeglądu Tygodniowego, Głosu, Ateneum, Sfinksa, Krytyki, Tygodnika Ilustrowanego, Świata, Wielkiej Encyklopedii Powszechnej Ilustrowanej, Krokwi, Myśli Polskiej, Expressu Porannego, Nowej Książki, Kuriera Porannego, Echa Społecznego i in. Współzałożyciel Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy (1909), wiceprezes , następnie prezes tegoż (1916-1918), członek honorowy od 1934. Dyrektor Warszawskiej Szkoły Dramat. (1916 do 1922) . Współzałożyciel Polskiego Klubu Lit. (Pen Clubu) i prezes tegoż (1924-1926). Dyr. Teatru Narodowego. Ogłosił m.in. : „ Szkoła Batignolska w Paryżu” (pod pseud. M. Chropieńskiego, 1896); „Młoda Polska” 3 tomy (1908,1909,1916), „Nowa Francja literacka”( 1911), „Polska pieśń niepodległa” (zarys lit. 1916), „Organizacja warszawskich teatrów miejskich” (1917), „Ladislas Reymont (1925), „Juliusz Słowacki śród Francuzów”(1927), „20 lat teatru” 5 t. (1929-1935), „Współczesna literatura polska od 1863 do ostatnich czasów” (1933), „Zarys dziejów teatru w Polsce” (1933),”La Pologne en France, essai d’une bibliographie, 2 t. (1935), „Spojrzenie wstecz” (szkice biograficzne, 1935), „Mieczysława Ćwiklińska” (monografia 1936), wydanie kryt. Jana Kochanowskiego Dzieła polskie, 3 t. (1914-1915), „Śpiewnik polski. Zbiór pieśni narodowych” (1917), A. Fredro; Śluby panieńskie (tekst uzupełniony podług manuskryptu z r. 1833 (1928), wybór poezyj K. Tetmajera (1936), Antologie: „ Ziemia polska w pieśni (1914), „Polska pieśń miłosna” (wyd. I 1913, II( 19210. Przełożył na język polski kilkanaście dzieł naukowych i literackich. Odzn. O.P. (Order Odrodzenia Polski). Warszawa, Żórawia 24 a.

Pszenicki Leon. Inż. komunikacji. Ur. 23.3.1889 w Pabianicach. S. Jana i Antoniny z Biskupskich. Oż. 27.8.1927 z Jadwigą Fiszer. Ukończył polską szkołę handlową w Pabianicach (1907), maturę rosyjską uzyskał w szkole handlowej w Libawie (1908), następnie ukończył Instytut Inżynierów Komunikacji w Petersburgu (ob. Leningrad), 1914-1922 pracował przy budowie linii kolejowej ołonieckiej i murmańskiej w Rosji, 1922-1925 w dyr. kolei państwowej, od 1929 w Ministerstwie Komunikacji, od 1935 kierownik działu mostów w biurze projektów i studiów PKP w Warszawie. St. Asystent Politechniki warszawskiej. Wykonał szereg projektów mostów, dróg i kolei. Warszawa, Grójecka 24, tel. 6-27-64.

Wajsówna Jadwiga. Sport. Ur. w 1912. Uprawia sport od 1930 w Pabianicach, jako czł. „Sokoła”. Mistrz. Polski w rzucie dyskiem i kulą od 1931; w meczach międzynarodowych zajęła 8 pierwszych miejsc. Na Olimpiadzie w 1932 III m., w 1936 II m. w rzucie dyskiem. W 1934 w Londynie mistrz. świata w tej konkurencji. Ustanowiła w rzucie dyskiem szereg rek. świata (od 40 m 0,9 cm do 44 m 19 cm). Posiada rekord Polski w rzucie kulą (12m 09 cm). W 1934 otrzymała wielką honorową nagrodę sportową.

Wojsa Stanisław Bolesław. Ks. Licencjat św. teologii. Ur. 3.2.1894 w Pabianicach. S. Michała i Elżbiety z Gryżyńskich. Ukończył szkołę średnią w Pabianicach, seminarium duchowne we Włocławku 1918, święc. kapł. w 1918; wydz. Teol. Kat. Uniw. Lubelskiego uk. w 1922. Uczestnik strajku szkolnego; za czasów uniwersyteckich czł. Zarządu Bractwa Pomocy, zał. Kat. Stow. Stud. „Odrodzenie”, prezes komitetu wykonawczego wiecu ogólnopolskiego w sprawie zaciągu ochotniczego do wojska pol. W 1920, czł. Rady Wojew. Obrony Państwa w Lublinie i kapelan sztabu 2 armii do demobilizacji. Po 1922 prof. gimn. państw. we Włocławku. Od 1930 dyr. inst. Akcji Kat. diec. włocławskiej. Czł. zarządu Zarzewia, wiceprzewodniczący rady miejskiej 1927 -1931, patron Chrześć. Rob. Zw. Zaw., organizator Akcji Kat. w całej diecezji . Przez 7 lat prezes komitetu wykonawczego rady szkolnej powiatu we Włocławku. Redaktor „Słowa Kujawskiego”, następnie red. nacz. Miesięcznika „Wskazania.” Ogłosił liczne artykuły w „Ateneum Kapłańskim”, „Kronice Diecezji Włocławskiej” oraz kilka broszur. Włocławek, pl. Kopernika 2. Tel. 14-97.

Pabianice pojawiają się jeszcze w biogramie Mieczysława Pęczkowskiego – oficera, który pomagał formować pabianicki oddział Polskiej Organizacji Wojskowej w okresie pierwszej wojny światowej oraz w biogramie Mieczysława Lubelskiego – rzeźbiarza, twórcy pomnika Legionisty w Pabianicach.

Pęczkowski Mieczysław. Mjr dypl. Ur 13.2.1895 w Serocku, pow. pułtuski. Uczęszczał do gimnazjum i Szkoły Handlowej w Łodzi Pabianicach, ukończył Wyższą Szkołę Wojskową (1925). Od września 1914 członek Polskiej Organizacji Wojskowej, od r. 1918 ofic. POW, następnie w Wojsku Polskim. Ranny na froncie cieszyńskim. 12.1919 – 6.1923 dca komp. w Szk. Podchor. , następnie m.in. w O. III Szt. Gen., D.O.K. dca baonu piech., szef wydz. W.I.N.O., szef szt. Dyw. Piech. Od 1928 red. „Przeglądu Piechoty”. Ogłosił m.in. „Podręcznik taktyczny dowódcy drużyny strzeleckiej”, „Zbiór ćwiczeń bojowych dla szeregowca, sekcji i drużyny”, „Walka małych jednostek piechoty; sekcja i pluton” (tłum. z rosyjskiego), „Podręcznik taktyczny dowódcy drużyny strzeleckiej”(wsp. z majorem St. Karą), art. w czasopismach wojskowych. Odznaczenia: K.N., O.P. 5, K.W. 4, K. Z. zł., M. za W., O.N., Gw. Rum.4.

Lubelski Mieczysław Jan Ireneusz. Artysta rzeźbiarz. Ur. 30.12.1886 w Warszawie. S. Henryka i Franciszki z Solcbergów. Oż. 15.10.1915 z Hildegardą Franck. Uczęszczał do gimn. w Pułtusku do strajku szkolnego w 1905, ukończył Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie, następnie Hochschule fur Bildende Kunste w Berlinie, gdzie pracował pod kierunkiem prof. G. Janenscha, Breuera, Hertera i Hugo Lederera. W 1920 ochotnik w wojnie. Członek Związku Artystów Rzeźbiarzy. Wykonał m.in. rzeźby w gmachu uniwersytetu ludowego w Dalkach pod Gnieznem, w kościele w Puszczykowie, w gmachu Targów Poznańskich, w kaplicy w Górczynie, na gmachu kolei elektrycznej w Poznaniu, w prezbiterium kościoła Marii Panny w Warszawie, w Ministerstwie Spraw Wojskowych, w Teatrze Narodowym w Warszawie, nad portalem Instytutu Higieny tamże, w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, pomniki: K. Marcinkowskiego w Poznaniu, mjr Prusinowskiego tamże, T. Kościuszki w Łodzi, Niepodległości w Pabianicach, Saperów w Warszawie, Władysława Jagiełły w Tuszynie, Dr . L. Zamenhofa w Warszawie, medal „Poległym cześć”” (1925). Warszawa, Jakubowska 16, tel. 10-24-10.

Tory kolejowe łączące Pabianice z Łodzią próbował podczas wojny zniszczyć Mieczysław Moczar, o czym pisze w „Barwach walki”. Książka miała 13 wydań i była tłumaczona na języki: rosyjski, czeski, bułgarski, serbski, rumuński, litewski i niemiecki.

(…) Nie dysponowaliśmy żadnym materiałem wybuchowym i nie udało się nam go zdobyć. Postanowiliśmy w końcu zastosować żelazną „łyżkę” z klinem, która naszym zdaniem musiała spowodować katastrofę. „Łyżkę” tę wykuł znajomy kowal za gettem. Ponad półmetrowej długości o wadze szesnastu kilogramów, wyglądała wręcz imponująco i napawała wiarą w powodzenie akcji.

Było nas siedmiu: Loga-Sowiński, Ciesielski, Swajda, Jagielski, Znojek, Stępień i ja. Całe nasze uzbrojenie stanowiły trzy pistolety. Wyruszyliśmy wieczorem i pełni ufności zaklinowaliśmy pod Pabianicami tor kolejowy. Teraz należało czekać na wynik. Oddaliliśmy się jakieś dwieście metrów od szyn, zamieniliśmy się w słuch. Wkrótce posłyszeliśmy charakterystyczne dudnienie i w ciemności ukazały się reflektory nie jednego, lecz dwóch pociągów. Jeden rzut oka wystarczał, aby zorientować się, że pociągi będą musiały się minąć nie gdzie indziej tylko właśnie przy zaklinowanym miejscu. Wstrzymaliśmy oddechy w oczekiwaniu niechybnej katastrofy. Widzieliśmy już niemal, jak pociąg z Pabianic do Łodzi wpada na „łyżkę” wylatuje z szyn, pada na drugi tor i wykoleja pociąg biegnący obok. Koła lokomotywy już na niebezpiecznym punkcie i – mijają go, niestety, bez efektu. Może tylko lokomotywa zasapała się ciężej wskutek oporu, może pociąg zwolnił nieco, ale mimo to pojechał dalej. Natychmiastowe oględziny szyn pozwoliły nam stwierdzić, iż nasza wymyślna pułapka okazała się zbyt słaba.

Później, ilekroć dokonywaliśmy „kolejówek”, będących prawdziwym postrachem hitlerowców, przypominała mi się zawsze niefortunna „łyżka”. Prawdę mówiąc o pierwszej porażce zadecydował brak doświadczenia, a może przy tym zbytni entuzjazm. Faktem jest, że odtąd staraliśmy się postępować znacznie rozważniej.

Mieczysław Moczar (1913-1986) – agent wywiadu GRU, działacz PPR i PZPR, dowódca obwodu i okręgu GL, szef UBP w Łodzi, generał dywizji KBW, minister spraw wewnętrznych, prezes NIK, poseł na Sejm PRL.

O wiele więcej szczęścia miał w 1926 roku kapitan Lemkowicz, który bez problemu zablokował linię kolejową Pabianice - Łódź. Podczas zamachu majowego gen. Małachowski przejął dowodzenie garnizonem łódzkim i postanowił nie dopuścić do przyjazdu do Warszawy oddziałów poznańskich wiernych rządowi. Szczegóły akcji znajdujemy w artykule Tadeusza Bogaleckiego „Przewrót majowy w Łodzi” – „Kronika Miasta Łodzi” nr 1/2000.

(…) Głównym zadaniem przywódcy rewolty w Łodzi było zablokowanie linii kolejowych łączących zachodnie okręgi korpusów ze stolicą. Już 13 maja po południu wysłał on batalion 28 psk pod dowództwem kpt. Lemkowicza do Pabianic z zadaniem zatrzymania i rozbrajania transportów wojskowych jadących z Poznania do Warszawy. Pododdział ten wysadził w powietrze zwrotnice, blokując tym samym linię kolejową Pabianice – Łódź Kaliska.


Antoni Bazewicz i Antoni Bobiński są autorami dwutomowego „Przewodnika po Królestwie Polskim” (1902). Pabianice zostały ukazane jako miasto w guberni piotrkowskiej, powiecie łaskim, które ma w miejscu parafię, sąd pokoju, pocztę i telegraf. Najbliższa stacja kolejowa Łódź-Fabryczna jest odległa o 15 wiorst, do miasta powiatowego jest 14 wiorst. Ponadto w odnośniku podano dodatkowo, że miasto ma kościół, szkołę, sąd gminny, urząd gminy (dla gminy - Górka Pabianicka), urząd miejski, 2 fabryki kafli, 50 tkalni, skład maszyn do szycia, fabrykę deseczek do nawijania towarów, browar, garbarnię, 2 gisernie, tartak, gorzelnię, 4 cegielnie, kotlarnię, papiernię, fabryki wyrobów jedwabniczych, półjedwabnych, bawełnianych i żelaznych.

W pierwszym powojennym numerze tygodnika Życie Pabianic z 1957 roku opublikowany został wiersz Tadeusza Bonieckiego „Pabianicom”. Autor daje wyraz swojej fascynacji hukiem maszyn, dźwiękiem syren, dymiącymi kominami, ale dostrzega jednocześnie bogatą historię miasta oraz … zieleń parków i ulic.

Pabianicom

Miasteczko moje fabryczne, ruchliwa żywa mieścino,

Oczy mam pełne dymów, które ku niebu płyną.

W uszach wciąż dzwonią syreny i stukot maszyn szaleńczy

(sześć wieków jak laur, historię twoją wieńczy).

Nie wiesz co odpoczynek, co chwila wytchnienia spokojna,

Rytm pracy cię raduje i każda chwila znojna.

Dobrzynka czoło zmęczone ci chłodzi, jak matka wierna i dobra,

W zieleń parków i ulic zamknęło swój krajobraz.

Kominy i wieże kościołów, jak dłonie podnosisz ku niebu,

Wołając o trud codzienny i błogosławieństwo chleba.

Miasteczko moje fabryczne, kochana robocza mieścino

Ślę pozdrowienia twoim przędzalniom, tkalniom i młynom.

Jednak wielu mieszkańców nie ulegało urokom wytężonej pracy w mocno uprzemysłowionym mieście. Coraz większą rolę zaczynały odgrywać rozrywka i gastronomia.

W Gazecie Pabianickiej z 8 sierpnia 1926 roku ukazał się felieton mówiący o problemach czasu wolnego: Zaprawdę, smutnym i biednym miastem są Pabianice. Życie towarzyskie zamarło, kina dają odsmażane programy, deszcz pada, słowem cisza i martwota. Chcesz się z kimś spotkać, pogadać w miłej, artystycznej atmosferze, masz kłopot, bo nie wiesz, dokąd się udać. W alejkach tysiące młodzieży, często nawet źle wychowanej, nie zachęca do tego, byś się z nią zmieszał i rozmawiał o czymś dobrym wśród różnojęzycznej gromady spacerowiczów. Pójdziesz do cukierni, cisza, martwota, nuda, pustka. Co ma cię tam przyciągnąć? Pójdziesz do restauracji, krzyki pijanych gości, brud, zaduch – oto twe otoczenie. Dokąd pójść?

W Pabianicach ludzie nie mają rozrywek, toteż chodzą smutni, przygnębieni, albo też przeciwnie, tak rozochoceni, że lepiej ich unikać, szczególniej, gdy wychodzą z restauracji, gdzie zalewali robaka goryczy.

„Zalewanie robaka goryczy” nasiliło się po drugiej wojnie światowej. W 16. numerze Życia Pabianic z 1958 roku czytamy: Przeciętnie miesięcznie Pabianice wypijają 33.973 litry wódki i spirytusu za sumę 3.507.188 złotych. Spożycie więc alkoholu na jednego mieszkańca, nie wyłączając niemowląt, wypada przeciętnie 0,63 litra, co jest wprost zastraszające. Nic też dziwnego, że na tym tle układane są piosenki takiej treści: „Pabianicom cześć i sława, piją więcej niż Warszawa”.


W 1597 roku została opublikowana „Kronika polska” Marcina Bielskiego. Autor wyjaśnia w jaki sposób Pabianice stały się własnością kapituły krakowskiej.

(..)Władysław Herman niźli się był ożenił, miał z miłośnicą syna Zbigniewa – a z Judytą żoną drugiego, Bolesława, ale nie rychło, bo długo niepłodna była, aż z porady Lamperta, biskupa krakowskiego, posłał posły do Narbony, gdzie ś. Egidzi (Idzi) leży w klasztorze, ofiarowali tam naszy skarby niemałe srebra i złota, prosząc mnichów o pospolitą modlitwę do pana boga, aby dał męski płód książęciu polskiemu.

Pościli tedy mniszy trzy dni, tam trzeciego dnia mieli objawienie, iż Judyta poczęła syna. Przyjechali naszy do domu, naleźli tak bydź, jako objawiono. Porodziła tedy syna, dano mu imię stryjowskie, Bolesław. Ale sama po czwartym miesiącu umarła z płaczem wszego ludu. Jakoż to była niewiasta nabożna, bogobojna, jałmużny dawała, szpitale nawiedzała, ludzie ubogie zakładała, co miała, wszystko przebóg rozdała; u męża uprosiła, iż kościół ś. Egidziemu dał postawić w Krakowie pod zamkiem i nadał, tenże król grabstwo w sieradzkiej ziemie dał kapitule krakowskiej, które dziś zowią Pabianice, Łagów na biskupstwo kujawskie, Książnice wieś na tyniecki klasztor obrócił.(…)

Marcin Bielski (1495-1575) – żołnierz, historyk, poeta satyryczny, pisarz.

Julian Baczyński w pracy „Krzyżackie rządy: opowiadanie historyczne” (1911) wspomina o porozumieniu polsko-czeskim z XV wieku, które zawarto w Pabianicach.

(…) Czesi uważając Krzyżaków jako wyciągnięte w Słowiańszczyznę zaborcze Niemiec ramię walczyli przeciwko nim, wybijając się spod władzy cesarza Zygmunta Luksemburskiego, broniąc też Władysława Jagiełły, którego kochali i na swój tron wybrać chcieli. Żaden król nie pojmował lepiej od W. Jagiełły jak groźnymi dla Słowiańszczyzny są cesarze niemieccy, a także jak Czesi, w związku z Polakami powstrzymywaliby skutecznie wdzieranie się Niemców w ziemie słowiańskie, ale będąc gorliwym katolikiem nie mógł zasiąść na tronie czeskim, na który wzywali go czescy Husyci. Po śmierci Witolda (1430) zamianował Władysław Jagiełło wielkim księciem Litwy brata Świdrygiełłę, który jednak był burzliwym hulaką i z Zakonem Krzyżackim zawiązał i utrzymywał wrogie dla Polski stosunki. Zaraz też zajął zakon przez zdradę i spalił Nieszawę, niszcząc ogniem i mieczem Dobrzyń i Kujawy. Widząc Polskę zagrożoną także od Wołochów ofiarowali Czesi w Pabianicach (1432) Jagielle pomoc przeciw Krzyżakom.

O przymierzu pabianickim mówi także Anatol Lewicki w artykule „Powstanie Świdrygiełły” zamieszczonym w Rozprawach Akademii Umiejętności t.4, 1892 r.

Jeżeli chodziło o wojnę „nacją niemiecką”, to pierwszym sprzymierzeńcem, który się nastręczył, byli Husyci czescy, od dawna z tą nacją wojnę wiodący. Wśród dwóch przeciwnych sobie prądów ze względu na Husytów, w Polsce zyskiwał dotąd zawsze przewagę prąd im nieprzychylny, do którego i sam król należał. Teraz wszakże i król i nawet biskupi zrzucili wszelkie skrupuły , dzielące prawowiernych od sekciarzy. Nie potrzeba było zresztą w tej chwili gwałtu zadawać sumieniu. Po bitwie pod Tauss, niedawno stoczonej, to przekonanie było już powszechne, że z Husytami pogodzić się trzeba, a sobór tych, których przedtem nie inaczej tylko za wyrzutków społeczeństwa miano, nazywał teraz braćmi i w najprzyjaźniejszy sposób do siebie zapraszał. Nie pozostał w tyle za soborem papież Eugeniusz i podczas gdy sobór sam w swoje ręce sprawę husycką ująć usiłował, on ponowił dawne polecenia dane królowi polskiemu do przeprowadzenia zgody z Husytami, a niebawem także arcybiskupowi gnieźnieńskiemu dał rozkaz, iżby w jego imieniu z nimi się układał. Gorszył się z tego powodu sobór, wyrzucając papieżowi, że poleca jednej osobie to, czego powszechnemu kościołowi nie dozwalał. Lecz to sprawy nie zmieniło, król polski mógł tedy pod osłoną samej stolicy apostolskiej zbliżyć się do Husytów i połączyć się z nimi przeciw „nacji niemieckiej”. Niezwłocznie po rozbiciu się zjazdu brzesko-parczewskiego rozpoczęły się rokowania. Bliższych szczegółów tych rokowań nie znamy; tylko wieści, jakie się w nieprzyjaznym obozie o nich rozchodziły, a w listach się dochowały, dają nam miarę ich postępu. Już 16 marca 1432 pisał mistrz inflancki do wielkiego mistrza, że będą mieli do czynienia nie tylko z Polakami, ale i z kacerzami, którzy się z nimi jednoczą. Dnia 17 kwietnia donosił znowu wielki mistrz inflanckiemu, że Polacy całkiem otwarcie mówią, że się z kacerzami połączyli i na Zakon niespodzianie chcą napaść. Dnia 10 maja pisał do wielkiego mistrza komtur tucholski, że król polski „przyjął” do siebie tych Husytów, co leżeli pod Frankfurtem i tak się z nimi ułożył, że da im jeszcze swoich 4000 do pomocy, po czym razem napadną i zniszczą Pomorze. Tego samego dnia pisał podobnie mistrz inflancki do Gildy w Rydze, że wielki mistrz od różnych przyjaciół i protektorów otrzymał osobne listy i ostrzeżenia, że Polacy i kacerze zupełnie już się ułożyli względem wspólnego napadu na Zakon, „skoro tylko przyjdzie do trawy” i że ci ostatni stosownie do tego w pochodzie swoim już się zbliżają do granic polskich i pruskich. Rzeczywiście zwrócili się Husyci w tym czasie ku północy, do Brandenburgii i ku Pomorzu, jak o tym wiemy skądinąd. Dnia 29 czerwca, według listów krzyżackich, przeszły wojska husyckie Odrę i „co dzień układały się z Polakami”; mówiono powszechnie, że Husyci mają się zjednoczyć z królem polskim w Oleśnicy.

W lipcu byli posłowie husyccy rzeczywiście w Polsce – znakomitsi z Taborytów i Sierotek - zapewne, aby dokończyć rokowań i umówić się szczegółowo co do współdziałania przeciw Krzyżakom. W Pabianicach w Wielkopolsce, gdzie zastali króla wraz z senatorami przyjęto ich z otwartymi ramionami, zaszczytnie i wspaniale i – co im najbardziej musiało być miłym – nie wahano się odprawić w ich przytomności nabożeństwa i dopuścić ich do sakramentu. Co za różnica od przyjęcia, jakie ich w zeszłym roku spotkało. Atak zarządzili teraz sami biskupi polscy, z arcybiskupem Albertem na czele i podpisami swymi to zarządzenie stwierdzili. Jeden tylko Zbigniew Oleśnicki, a za nim kapituła, uniwersytet i diecezja krakowska, jak przedtem tak i teraz wyprawiali awanturę.

Anatol Lewicki (1841-1899) – historyk, mediewista, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Jan Broda w artykule „Władka – adresatka listów Morcinka”, który ukazał się w 35. numerze Stolicy z 1982 roku, pisze m. in. o kontaktach znanego niegdyś pisarza Gustawa Morcinka z Pabianicami.

Władysława Ostrowska mieszkająca przed wojną w Pabianicach, to muza Gustawa Morcinka; była pierwszą słuchaczką i pierwszym krytykiem większości jego książek. Uwieczniona została w twórczości pisarza jako żona w „Inżynierze Szerudzie” oraz jako adresatka „Listów spod morwy”. Kim była Władka Ostrowska? Władka Hartwiżanka, jedna z córek dyrektora banku w Łowiczu, ukończyła gimnazjum w 1938 r., a potem dwuletnie Studium Nauczycielskie w Warszawie. Następnie była nauczycielką kolejno w szkole powszechnej w Łowiczu, Skierniewicach, Puszczy Mariańskiej i w Ursusie pod Warszawą. W r. 1938 wyszła za mąż za Kazimierza Ostrowskiego, sędziego, potem naczelnika sądu w Pabianicach i tam osiadła na stałe. Kiedy wybuchła II wojna światowa, mąż został zmobilizowany i powołany do walk frontowych, a ona wyjechała do Warszawy.

Gustawa Morcinka poznała latem 1934 roku, kiedy w towarzystwie zamężnej siostry Jadwigi Burianowej z Węgierskiej Górki przebywała w Istebnej na letnim wypoczynku. Opalała się akurat w lipcowym słońcu przy gospodzie Marekwicy „na Rogowcu”, kiedy przyjechał Morcinek samochodem, spotkał swego kamrata młodości z Karwiny – Buriana, a ten przedstawił mu swą szwagierkę – Władkę Hartwiżankę. Mimo 20 lat różnicy wieku przypadli sobie jakoś do serca i rozpoczęła się prawie 40 lat trwająca korespondencja obustronna, przegradzana od czasu do czasu spotkaniami i odwiedzinami w Skoczowie, Warszawie i Pabianicach.

Gustaw Morcinek zamierzał opracować biografię Maksymiliana Kolbe. Na początku lata 1947 roku odwiedził Pabianice. Pisał do Ostrowskiej: „Koło 1 lipca wyjeżdżam w świat przez Łódź, Pabianice, Warszawę do Niepokalanowa (…) Braciszkowie tamtejsi uradzili, żeby mi powierzyć napisanie biografii o Ojcu Kolbem. Impulsem był tutaj mój szkic pt. Ojciec Kolbe, zamieszczony w „Dziewczynie z Champs Elysees”. Nieopatrznie przyrzekłem im, teraz muszę pojechać do nich, by otrzymać materiał. Czy podołam – nie wiem, lecz warto spróbować.” W 1948 roku ukazała się publikacja „Dwie korony. Rzecz o ojcu Maksymilianie Maria Kolbe”.

Gustaw Morcinek (1891-1963) – prozaik związany ze Śląskiem, polityk, autor m.in. „Wyrąbanego chodnika”, „Łyska z pokładu Idy”, Ondraszka, „Pokładu Joanny”.

Kronika Piotrkowska nr 13/1912 r. informowała: Pierwsza kobieta w Królestwie Polskim otrzymała koncesję na otwarcie apteki w Pabjanicach, jest nią prowizor farmacji pani Piechaczek. W Cesarstwie własną apteką kieruje również jedna tylko kobieta, Polka p. Antonina Leśniowska w Petersburgu, która jest również przełożoną swej szkoły, przygotowującej kobiety na pomocnice aptekarskie i prowizorów.


Teodor Jeske – Choiński na łamach Gazety Warszawskiej (1912) pisał o handlu żywym towarem, którego ofiarami padały także pabianiczanki: (…) I czytaliśmy jeszcze – „Do Warszawy przybyły dwie ładne dziewczyny, jedna z Łodzi, druga z Pabjanic. Przybyły po pracę. Obszedłszy różne biura pośrednictwa i kantory stręczeń i nie znalazłszy od razu zajęcia, udały się do kawiarni, by odpocząć i posilić się. Tu przysiadł się do nich jakiś elegancki Żyd i zaczął je badać, po co przybyły do Warszawy. Gdy mu naiwne dziewczęta z prowincji opowiedziały swoje troski, pocieszył je obietnicą wystarania się dla nich o dobre, zyskowne posady w Rosji za pośrednictwem jego przyjaciela, który znajduje się właśnie w Warszawie. W celu zawarcia umowy z owym przyjacielem, zaprosił je na drugi dzień do umeblowanych pokojów przy ulicy Złotej. Dziewczyny z prowincji pozwoliły się w swojej naiwności wziąć na wędkę i byłyby padły niewątpliwie ofiarą handlarzy żywego towaru, gdyby nie czujne oko dozorcy komitetu lekarsko-policyjnego, Kowalskiego. W chwili gdy dziewczęta wchodziły razem ze swoimi protektorami do pokojów umeblowanych, wziął owych protektorów za kołnierz pomocnik komisarza komitetu lekarskiego, Sternberg. Okazało się, że byli to handlarze żywego towaru, Icek Butlow i Berek Morgenstern, pomocnicy trzeciego łotra. Symchy Zylbermana.”

T. Jeske – Choiński w książce „W pogoni za prawdą” (1910) opisuje klimat burzliwych miesięcy 1905 roku w zaborze rosyjskim. Wśród miast dotkniętych terrorem socjalistów znalazły się również Pabianice.

Bywały w Warszawie i w miastach prowincjonalnych dni, w których oprócz zakazanych figur nie było na ulicach żywej duszy. Każdy chował się pod dach bezpieczny, żeby się nie narazić na gniew, niw wiadomo czyj. Nawet policja położyła po sobie uszy, schodziła przezornie z drogi podejrzanie wyglądającym jegomościom. A nuż dobędą browninga? Tchórz obleciał burżujów. Dygotała ze strachu Warszawa, eldorado bankierów, fabrykantów, kupców, spekulantów, sprytowiczów, trzęsła się ze strachu prowincja. Opustoszały droższe restauracje, teatry, sale koncertowe. Komu środki na to pozwalały, uciekał za granicę. Korzystając z panicznego strachu, jaki padł na burżujów, gospodarował socjalizm w Królestwie, głównie w środowiskach fabrycznych – Warszawa, Łódź, Pabianice, Zgierz, Zduńska Wola, Częstochowa, Radom, jak w kraju zdobytym. Kupcom, którzy nie chcieli zamknąć sklepów na jego rozkaz, wybijał okna wystawne, niszczył towar fabrykantom, opierającym się żądanym podwyżkom, przykładał browning do piersi, nielubianych z takich lub innych powodów inżynierów, majstrów, podmajstrzych, wszelkich przełożonych, zwierzchników. Wywoził na taczkach z fabryk. (…) Nie było w roku 1905 ani jednego dnia, w którym by dwóch, trzech „delegatów” nie dzwoniło do mieszkań i dawaj na to, na owo, na cele takiej owakiej partii. I każdy dawał na co go było stać, dawał ze strachu.

Nie z samego tylko strachu. Ta odważna samowola, ten bezwzględny terror olśnił, zachwycił bezkrytyczny tłum przeciętnej inteligencji i półinteligencji. Bezkrytyczny tłum widział w r. 1905 w socjalistach pionierów i bohaterów wolności, podziwiał ich, uwielbiał, oklaskiwał.

Teodor Jeske – Choiński (1854 – 1920) – powieściopisarz, publicysta, krytyk teatralny i literacki.


Leonard de Verdmon (1861-1930) w ilustrowanej Kronice Rodzinnej nr 15/1906 r. zaprezentował fabryczne Pabianice, prognozując ich połączenie z Łodzią.

Tuż za Łodzią, przy szosie do Kalisza, leży miasto fabryczne Pabianice. Ślady pozostałe po licznych cmentarzyskach, z których wiele urn, dowodzą, że okolica Pabianic, od dawna była zamieszkiwaną. Najdawniejsze akta dowodzą, że włości pabianickie były bardzo obszerne, przeważnie lasami pokryte, a stanowiły własność książęcą, pod nazwą Kasztelani Chrapy. Z ustaleniem się władzy książęcej, ten szmat ziemi przeszedł na wyłączną tegoż księcia własność, a dopiero w wieku XI Pabianice z przyległościami otrzymała w darze kapituła krakowska od Judyty, żony Władysława Hermana, dla ubłagania potomka.

W XII wieku jednak znowu widzimy księcia władcę tych posiadłości, które dopiero Kazimierz Sprawiedliwy ostatecznie na rzecz kapituły zasądził.

Samo miasto dzisiejsze założone zostało dopiero w wieku XIV. W XVI wieku zaczęło się ono znacznie rozwijać, jako siedlisko władzy świeckiej i zwierzchność, która uzyskała w r. 1503 prawo sprzedaży soli z żup krakowskich, przywileje na targi i jarmarki w r. 1549 i cechy w r. 1553. W tych też czasach wzniesiono tu dwie monumentalne budowle: kościół i zamek, przerobiony obecnie na gmach mieszczący biura magistratu.

Miasto jednak przechodziło różne klęski, a mianowicie w wieku XVI grasowało w Pabianicach powietrze morowe, a po przejściu pospolitego ruszenia do Prus, rewizja dokonana w r. 1645 wykazała bardzo małą ilość mieszkańców, których doszczętnie wkrótce zniszczyły wojny szwedzkie.

W aktach znalazłem wzmiankę, że kapitula występowała przed trybunałem lubelskim i piotrkowskim, poszukując strat od Michała Radziwiłła i Aleksandra Gomulińskiego, którzy jako dowódcy wojskowi, zniszczyli Pabianice i Rzgów wielkimi poborami pieniężnymi.

Dalej szerzyły w tym kierunku zniszczenie wojny za Augusta II i Leszczyńskiego. Wówczas Szwedzi ściągnęli kontrybucję w sumie 57.000 złp. Powietrze morowe grasowało jeszcze w latach 1710 i 1711. Nareszcie w roku 1797 deputaci wojskowi – na zasadzie asygnacji marszałka wojsk skonfederowanych, Lubomirskiego, wycisnęli z dóbr pabianickich 60.000 złp.

W celu podźwignięcia tak wyczerpanej ludności powstała instytucja „Mons pietatis”. Zapoczątkował ją w r. 1715 ks. kanonik Jordan, przeznaczając 4.000 złotych na bezprocentowe pożyczki, na kupno zaprzęgów i koni. Fundacja ta wkrótce tak wzrosła, że już w r. 1730 posiadała 10 tysięcy złotych.

Wiele czasu potrzeba było na to, aby kraj, zniszczony przez wojny, a z nim i dobra pabianickie do jakiejkolwiek doszły równowagi, po to, aby je rząd pruski kapitule odebrał. Z polecenia komisji wojewódzkiej, sporządzono w r. 1823 plan regulacyjny Pabianic, przez geometrę W. Ziółkowskiego. W r. 1824 wybudowano tu pierwszy wielki rządowy gmach fabryczny, co dało możność łatwego zarobkowania przybyszom, którym wydawano też bezpłatnie drzewo na budowę domów aż do r. 1841. Do wykonywania powinności miejskich pociągnięci zostali dopiero w r. 1866. Warsztaty tkackie, sukiennicze i płócienne rozrastały się powoli, mimo to jednak już w r. 1849 naliczono tu 60 fabryk.

W r. 1850 Beniamin Krusche sprowadził pierwszą maszynę parową, a w r. 1890 w pięciu większych fabrykach pracowało już z górą 3.500 robotników, całe miasto zaś liczyło 25.400 mieszkańców.

Kościół pierwotny pod wezwaniem św. Mateusza Ewangelisty i św. Stanisława, zbudowany był na innym miejscu i dopiero po spaleniu świątynię wystawiono w r. 1588 tu, gdzie się obecnie znajduje. Kościół to bardzo okazały, z wieżą ośmiokątną, panującą nad całą okolicą. Nad głównym wejściem widzimy herb kapituły krakowskiej i trzy korony złote w polu białym. Z dawnych pamiątek znajdujemy tu tylko dwie tablice w ścianach, a nad nimi w medalionach płaskorzeźby, mające przedstawiać Władysława Hermana i żonę jego Judytę. Przy tym kościele, jako własności kapituły krakowskiej, miał czas pewien przebywać Mikołaj Kopernik.

Drugą pamiątką historyczną w Pabianicach jest zamek, zbudowany w czworobok, podparty wokoło skarpami, a zakończeniem zębatych szczytów przypominający ratusz w Sandomierzu. Podanie głosi, że zamek połączony był niegdyś przejściem podziemnym z świątynią; na dowód wskazują w zakrystii loch, zawalony dziś gruzami ze ścian piwnicznych.

W zamku pabianickim w r. 1432 przebywał Władysław Jagiełło w powrocie z Mazowsza. Tu zastąpiło mu drogę poselstwo czeskie, złożone z najznakomitszych przedstawicieli stronnictwa husyckiego, którzy oświadczyli chęć niesienia pomocy przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi – krzyżakom.

W r. 1463 bawił w Pabianicach Kazimierz Jagiellończyk, wspaniale podejmowany przez Jana Rzeszowskiego, kanonika krakowskiego.

W r. 1898 położono kamień węgielny pod budowę nowego kościoła, a w r. 1903 nastąpiło otwarcie ruchu kolei kaliskiej, co będzie miało doniosły wpływ na rozwój miasta w przyszłości.

Z licznych przywilejów królewskich, jakie otrzymały Pabianice, wspomnę przywilej wydany w r. 1553 przez Zygmunta Augusta. Przywilejem tym ustanowiono tu cech kowalski, zamieniony wkrótce na cech „zobopólny” wszystkich rzemiosł. W r. 1836 zapisano do ksiąg cechowych blacharza „zakonu mojżeszowego”. Był to pierwszy wypadek w Królestwie dopuszczenia żyda do udziału w zgromadzeniu, mającym cechy religijne. Cech pabianicki bowiem, jak i wszystkie inne cechy rzemieślnicze, posiadał własną chorągiew, a protokoły zaznaczają wybory chorążego, odbywane co trzy lata.

Obecnie Pabianice żyją życiem, ściśle związanym z życiem przemysłowym Łodzi, posiadają wiele fabryk i ludności robotniczej, a zabudowują się wzdłuż wspomnianej szosy w ten sposób, że za lat kilkanaście trudno będzie ściśle wykazać granice, gdzie się Łódź kończy, a gdzie zaczynają domki pabianickie.

Leonard de Verdmon jest także autorem „Krótkiej monografii wszystkich miast, miasteczek i osad w Królestwie Polskim” (1902), w której umieścił wzmiankę o Pabianicach.

Pabianice. Miasto nad rz. Dobrzynką, w gub. piotrkowskiej, powiecie łaskim, połączone kolejką elektryczną z Łodzią, a posiadać będzie stację kolei warszawsko-kaliskiej. Ludności 32.000, a z tej liczby 12 tysięcy robotników w fabrykach pracujących, mieszczan rolników 2552 i mieszczan bezrolnych 14068.

W XI wieku stał tu już zameczek, który z okoliczną włością stanowił kasztelanię Chropi, a ta w r. 1084 nadana została kapitule krakowskiej. W XV w. miejscowość ta została miastem pod nazwą obecną. Zygmunt August nadał w r. 1555 cechy i przywileje, chociaż cech kowalski już otrzymał przywilej w r. 1553. Arcybiskup Jarosław Bogoria w połowie XIV wieku zbudował kościółek drewniany, a gdy ten widocznie uległ zniszczeniu, kapituła krakowska zbudowała obecny w r. 1588. W wieku XV zbudowano zameczek dla administratorów, w stylu włoskim, dotąd wybornie zachowany. W r. 1818 miasto liczyło 700 mieszkańców, dopiero założenie tu fabryki płótna około r. 1830 dźwignęło miasto, które wkrótce zamieniło się na fabryczne. Obecnie istnieją tu 4 tkalnie i przędzalnie wełny, fabryka wyrobów bawełnianych, tkalnia bawełny, farbiarnie, fabryka papieru, 2 gisernie, tartak, gorzelnia i kilkanaście innych poważniejszych zakładów przemysłowych.

Ulica główna oświetlona elektrycznością. Miasto posiada magistrat, piękny kościół ewangelicki, synagogę, sąd pokoju, szkoły początkowe, szkołę handlową, straż ogniową, pocztę i telegraf. Jarmarków 6. Handel wyłącznie w rękach Żydów. Miasto po złączeniu go koleją z Kaliszem ma wielką przyszłość przed sobą, a dziś już niemal łączy się z Łodzią domami przy szosie budowanymi.


Ulice promujące Pabianice znajdują się w wielu polskich miastach. Na przykład w „Niemiecko-polskim słowniku nazw ulic Wrocławia” znajdujemy zapis : Augustastr., dziś Szczęśliwa, Pabianicka i Wesoła (Pabianicką wyodrębniono 1972/73, Wesołą 25 VI 1973, ostatecznie 20 XII 1974) na odcinku Skwierzyńska – Powstańców Śl.; Augusta, ur.30 IX 1811 w Weimarze, zm. 7 I 1890 w Berlinie, cesarzowa niem., żona Wilhelma I.

Natomiast Dziennik Elbląski (9.04.2016) informuje: Jako ciekawostkę można podać, że kilka elbląskich ulic otrzymało po 1918 r. nowe nazwy, związane bezpośrednio z bitwami stoczonymi w 1914 r. Są to dzisiejsze ulice – Płońska (d. Frögenauer Hof), Podchorążych (Ludendorffstraẞe), Niborska (Neidenburger Weg), Pułtuska (Soldauer Weg), Pabianicka (Usdauerweg), Morszyńska (Waplitzer Weg).

Z kolei Portal Informacyjny Warszawskiej Pragi podaje: Ulica Pabianicka na Gocławku w dzielnicy Praga Południe w Warszawie biegnie od ronda u zbiegu ulic Makowskiej i Kresowej do ulicy Olszynki Grochowskiej. Ulica została wytyczona na początku II Rzeczypospolitej, zaś jej nazwa najprawdopodobniej pochodzi od osadników z Pabianic – miasta w województwie łódzkim. W okresie międzywojennym została częściowo zabudowana niewielkimi domami murowanymi. W latach 50. w narożniku ulic Olszynki Grochowskiej i Pabianickiej oddano do użytku plac zabaw. Zmodernizowany w 2009 roku jako plac zabaw, boisko, skate park oraz minimiasteczko ruchu drogowego dla dzieci. W latach 2016-2017 zostaje przebudowana na odcinku od ulicy Naddnieprzańskiej do ulicy Olszynki Grochowskiej.

Małgorzata Półrola w artykule „In hoc signo vinces, albo rzecz o starych łódzkich dowcipach” – Acta Universitatis Lodziensis, Folia Germanica 5, 2009 przypomina publikację pabianiczanina Reinholda Piela ‘Ne Mütze voll Witze aus Lodz und Pabianice. Autorka Pabianice nazywa miniaturą Łodzi.

W 1913 r. ukazała się w Pabianicach w wydawnictwie Augusta Grüninga publikacja zatytułowana ‘Ne Mütze voll Witze aus Lodz und Pabianice (co można by przetłumaczyć na polski, zgodnie z intencją autora, jako „Głowa [czapka] pełna wiców z Łodzi i Pabianiców” [sic!]. jej autor anonsuje się jako ten, który nie tylko dokonał wyboru prezentowanych tekstów, ale również – jak pisze we wstępie – sam „był świadkiem” niejednego z opisywanych (czy też „opowiadanych”) tu zdarzeń. Wprawdzie ukrywa się za świetnie dobranym pseudonimem Wilfried Spectator (czyli etymologicznie: „pokojowo nastawiony, posiadający dobrą wolę obserwator”), ujawnia jednak swoją prawdziwą tożsamość: to pochodzący z Pabianic Reinhold Piel, istotnie niezwykle wnikliwy obserwator, narodowości niemieckiej, mentalnie zapewne typowy przedstawiciel wielonarodowego i wielokulturowego tygla, jakim na początku XX w. była Łódź, podobnie zresztą jak pobliskie Pabianice, będące niejako drugą Łodzią w miniaturze.

W historii tego niewielkiego miasta –satelity łódzkiej metropolii nietrudno odnaleźć daleko idące podobieństwa do losów błyskawicznie rozwijającej się fabrycznej Łodzi. (…)

Wróćmy jednak do publikacji wspomnianej na początku niniejszego tekstu. Motywacja do jej napisania była niewątpliwie chęć ocalenia od zapomnienia dawno minionych lat i przywołania pamięci osób, których próżno by dziś szukać zarówno w Łodzi, jak i w tytułowych Pabianicach. Stąd elegijny i nostalgiczny ton wstępu, stad także retoryczne pytanie: „Wesołkowie, których tak często spotykałem, ludzie o promiennych twarzach, o głowach pełnych facecji i dowcipów –gdzie się podziewacie? Wiele z tego, co mi po was zostało, znalazło miejsce w tej książeczce” (s.5).

Jej zawartość jest jednak całkiem nietypowa – jest to bowiem zbiorowy portret mentalności człowieka, określanego potocznie mianem „lodzermensza” (czy może także „pabianicermensza”). (…)

„Lodzermensza” i „pabianicermensza” charakteryzuje Tuwimowski cytat: „Gdy fabryki łódzkie dostają jakieś większe zamówienie, gdy zjawia się koniunktura – zaczyna tam świecić słońce, zakwitają bzy, słowiki turkocą w Helenowie, błoto się mieni spektralnymi kolorami, a ospali lodzermensze stają się uebermenszami, odzyskując gibkość ruchów, żywość spojrzeń, bystrość myśli. Pietryna wre. Grynbergi, Grynfeldy, Grynsteiny i Goldbergi uwijają się po mieście jak opętani, wyskakują z dorożek, wskakują do kawiarni, telefonują, zapisują, telegrafują, jadą, wracają, znowu jadą, notują, obliczają: Fynef und cwancyk … zyben und drasyk … hundert achcyk…, gemacht, zrobione, to ja do niego zadzwonię, panie Grynholc, leć pan do Grand Cafe, ja pójdę tymczasem do banku, hallo, panie Goldberg, no co? Hallo, panie Grynszpan, załatwione? Sto tysięcy skaczących, nieprzytomnych Grynmacherów wprawia Łódź w drgawki geszeftu. Ten febryczny stan łódzkiej ulicy ma fachową nazwę: Ruszyło się”.

Zbiór ‘Ne Mütze voll Witze aus lodz und Pabianice miał spełnić jedno wielkie życzenie jego autora:”[…] jeśli wam, kartom tek książki, uda się zjednoczyć ludzi, jeśli uda się wam wskazać na te właściwości charakterów, które są przeszkodą na drodze do pojednania […] to spełniłyście swe zadanie!”. Trudno mówić o wyraźnym założeniu koncepcyjnym tomu, aczkolwiek swego rodzaju „spointowaną” podpowiedzią dla czytelnika, jak ma się orientować w wielości zaprezentowanych tekstów, jest rodzaj motta zamieszczonego na początku każdego z nich. Są to więc trafne kryptocytaty, slogany, retoryczne pytania lub jednowyrazowa charakterystyka postaci. Nie jest natomiast całkiem jasne, czy bohaterami opowiadanych tu facecji, dykteryjek, dowcipów lub klasycznych wiców są Niemcy, czy też Polacy. Tylko w odniesieniu do Żydów wątpliwości te znikają – o tożsamości tychże informują czytelnika nie tylko typowe imiona i nazwiska, ale także dowcipnie podana warstwa językowa, a więc charakterystyczne „żydłaczenie.” Również w odniesieniu do niemieckich bohaterów swych anegdotek autor zbioru zachowuje daleko idącą wierność lingwistyczną – ich portret, naszkicowany poprzez medium językowe, można stosunkowo łatwo zidentyfikować jako (zapewne) tzw. Lodzerdeutsch, czyli łódzką odmianę niemczyzny. Stąd bardzo dowcipny pomysł „tłumaczenia” dłuższych tekstów z „niemieckiego” na „niemiecki” (czyli na wersję literacką). To bezspornie wielka pomoc dla czytelnika, posiłkującego się literacką niemczyzną, ale i – potencjalnie – wdzięczny obiekt badań językoznawczych.

Nazywanie opisywanych tu bohaterów ich prawdziwymi nazwiskami byłoby jednak – wobec zamysłu autora tomu – zbyt banalne. Dlatego zapewne nie rozpoznamy wśród portretowanych postaci konkretnych mieszkańców Łodzi czy Pabianic, ale nie w tym rzecz, chodzi przecież o pokazanie typów ludzi, stanowiących o charakterze miast. Dlatego też nie dziwią nas prześmieszne nazwiska postaci, będące każdorazowo – same w sobie – grą słów i dowcipem par excellence. Bo czyż nie są zabawne nazwiska, takie jak choćby Mojsze Geschwindmacher (szybki macher), Szlojme Feingeruch (dobry węch), szef firmy pan Strohdrescher (młócący słomę), adwokat Kniffmeier (stosujący chytre sztuczki), pan Klaperdyk, tj. Klapperdick (gruba grzechotka albo gruby grzechotnik), jego żona Klapperdünn (chuda grzechotka albo szkielet), aktor Guidi Pechmeier (pechowiec) czy powód Kraftmeier (osiłek)?

(…) Na koniec przytoczmy wybór anegdot i dowcipów z omawianego zbiorku w polskiej wersji językowej. One najlepiej pozwolą wyrobić sobie pogląd o – śmiem twierdzić – historycznej wartości pracy Wilfrieda Spectatora vel Reinholda Piela z dawnych Pabianic, tego miasta-satelity Łodzi z minionych lat, które nieodwracalnie zginęły w mrokach pamięci, a wraz z nimi jedyny w swym rodzaju, specyficzny typ człowieka z tych okolic, zwanego „lodzermenszem”.

Ambitni szefowie

Mojsze Schwarzer: „ Może pan mógłbyś dać mi posadę dyrektora w pańskiej tkalni?” Szef: „A pan dobrze znasz się na branży, żebyś pan mógł być dyrektorem mojej tkalni?” Schwarzer: „Co się znaczy się zna? Kiedy ja już będę ten dyrektor, to przecież wystarczy, ze się znam na tkactwie, po co ja miałbym się jeszcze znać na branży?”

Warunkowo

Mojsze Geschwindmacher wydaje za mąż córkę, zamierza więc splajtować. Szlojme Feingeruch szybko wyczuwa pismo nosem i kombinuje, jak by tu uratować pożyczone kiedyś Geschwindmacherowi kilkaset rubli. Udaje się zatem na ślub jego córki, a kiedy uroczystość dobiega końca, w obecności wszystkich gości staje przed Geschwindmacherem, mówiąc bardzo głośno i wyraźnie: „Mojsze, dla młodych niech będzie mazeł tow, ja będę tobie życzył, żebyś ty oglądał swoje wnuki i prawnuki, ale pod warunkiem, że ty mnie najpierw oddasz moje pieniądze!”

Wszystko wraca do punktu wyjścia

Kiedy Jankiel Pomeranc był w Łodzi przed dwoma laty, niejeden szewc czy krawiec, rzeźnik albo piekarz, słowem każdy pies Burek, zamieniał się w domorosłego fabrykanta. Ponownie zjawił się w Łodzi w 1911 roku, kiedy na rynku wyrobów manufakturowych zapanował kompletny spadek kursów i wyprzedawano za bezcen jedną fabrykę po drugiej. Zdumiony stwierdza: „Toż to prawdziwy cud od Boga! Dwa lata temu każdy szmaciarz zamieniał się w fabrykanta, a dziś z każdego fabrykanta robi się szmaciarz!” (…)



Przysłowiowa „tkaczka z Pabianic” ma już swoje miejsce w literaturze. Wspomina o niej także Janusz Szpotański w jednym z wierszy satyrycznych - „Zebrane utwory poetyckie” (1990).

(…)

I ułan na koniu

Kostusia ozdabia izdebkę

Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą

plus seraj rozkosznych kochanic,

a Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą

i romans ma z tkaczką z Pabianic.

Pan Karol jest piękny jak amant filmowy,

przedmiotem niewieścich jest marzeń,

a Kostuś – staruszek o cerze niezdrowej,

ponadto impotent i karzeł.

Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko

i mnóstwo ogarnia perspektyw;

a Kostuś wlepione baranie ma oko

w stos brudnych endeckich inwektyw.

Pan Karol, gdy jakąś koncepcję wysunie,

to ona na miarę tytana –

a Kostuś zabobon utwierdza w kołtunie

i jad sączy pana Romana.

Janusz Szpotański (1929-2001) – poeta, satyryk, krytyk literacki, tłumacz, autor m.in. poematów humorystycznych wymierzonych w prominentnych polityków.

Socjalistyczny Przedświt (1902) informował: W Pabianicach ogłoszono wyroki za strajk tkacki z roku 1900, 9 towarzyszom i towarzyszkom z fabryki Kindlera kazano wyjechać do Rosji na 2 lub 3 lata, 1 wysłano na rok do miejsca urodzenia; z fabryki Endera 4 towarzyszy dostało pobyt w Królestwie (wybrali Zduńską Wolę) na 3 lata. Kilku zaś oddano pod dozór policyjny.

W 1905 roku w krakowskim Naprzodzie (16.11.1905) ukazał się reportaż zatytułowany „Szkice z zaboru rosyjskiego”. Dziennikarz podczas podróży dyliżansem notuje swoje spostrzeżenia dotyczące „wypadków rewolucyjnych” w Kongesówce.

(…) Im bardziej zbliżaliśmy się ku Łodzi, tym częściej obijały się o nasze uszy opowiadania o krwawych wypadkach łódzkich, o demonstracyjnym pogrzebie ofiar, zastrzelonych w Łodzi i Zgierzu. Szlagona, który wysiadł w Sieradzu zastąpił nowy pasażer Żyd z Pabianic. Ten opowiadał o wielkim zgromadzeniu socjalistycznym w Pabianicach, o mowach, jakie tam wygłaszano. W nocy minęliśmy Zduńska Wolę i wyruszywszy o świcie z Łasku, szybko zbliżaliśmy się do Łodzi. W Pabianicach wszystko było pod znakiem strajku. Ani jeden komin fabryczny nie dymił, żaden warsztat nie pracował, wszystkie sklepy pozamykane. Na ulicach mnóstwo robotników. Od czasu do czasu przelatuje oddział dragonów. Pomiędzy robotnikami widać ludzi z czerwonymi kokardami na czapkach. (Exexul)

W 1911 roku Pabianice odwiedził amerykański pastor Francis E. Clark założyciel międzynarodowej organizacji Christian Endeavor Society (Stowarzyszenie Chrześcijańskiego Zaangażowania). Stowarzyszenie dążyło do maksymalizmu religijnego wśród swoich członków, najczęściej młodych ludzi z różnych denominacji, których liczba sięgała kilku milionów.

Francis E. Clark (1851-1927) opublikował w 1922 roku autobiografię „Memories of Many Men in Many Lands”, w której wspomina swój pobyt w Pabianicach.

(…) Zostałem zaproszony przez pastora luterańskiego do Pabianic, żeby uczestniczyć w konwencji naszego stowarzyszenia działającego w rosyjskiej Polsce. (…)

Odkryliśmy, że Pabianice, to kwitnące miasto przemysłowe na przedmieściach wielkiej Łodzi. Kiedy dojeżdżaliśmy do stacji kolejowej, zobaczyliśmy damę bacznie przyglądającą się sunącym wagonom. Gdy ujrzała nas w oknie szybkim ruchem dłoni kazała nam wysiadać, chociaż powiedziano nam, że mamy jechać przystanek dalej, do Łodzi.

W międzyczasie poprosiła zawiadowcę, żeby opóźnił odjazd pociągu o minutę – wysłała bagażowego w jedną stronę pociągu, a jakiegoś dżentelmena w drugą, pokazując im moją fotografię, sama obserwowała każdy wagon, stojąc na peronie. Był to bardzo długi skład, a ona miała tylko trzy minuty, żeby odnaleźć cudzoziemców, którzy wcale nie mieli zamiaru tam wysiadać i których nikt nie znał; ale udało się, podprowadziła nas triumfalnie do sympatycznej, pewnej siebie osobistości. Widząc przykład skutecznego działania, nie mieliśmy wątpliwości, że konwencja, którą zorganizowała wraz z mężem zakończy się sukcesem. Tak też się stało.

Młodzi ludzie przyjechali z różnych stron rosyjskiej Polski, niektórzy przebyli odległość 250 mil, w nastroju pełnym religijnego zapału, co dobrze świadczyło o ich kościołach i stowarzyszeniu.

Podobnie, jak w wielu innych przypadkach mieliśmy problem z pozyskaniem dobrego tłumacza moich wystąpień. Ostatecznie trudność została pokonana poprzez udział w konwencji najbogatszego człowieka w mieście, właściciela wielkich zakładów bawełnianych. Uświadomiłem sobie potem, że on nie miał wiele wspólnego z religią. Obawiam się, iż był mocno znudzony tłumaczeniem kazania, o które mnie poproszono oraz wykładu na temat Christian Endeavor. Jednakże był na tyle kulturalny, że nie dał poznać swoich emocji, jeśli takowe żywił.

Znalazłem się pod wielkim wrażeniem wspaniałych fabryk. Zobaczyłem najlepsze amerykańskie maszyny i najnowocześniejsze urządzenia sanitarne, których zazwyczaj nie spodziewamy się znaleźć w kraju, który zwykle traktujemy jako zacofany i słabo uprzemysłowiony. Jednak w tej części rosyjskiej Polski produkowano dobra dla całej Rosji i zdołano osiągnąć wysoki poziom bogactwa dzięki wprost nieograniczonej klienteli.

Chociaż Żydom nie zezwalano na pracę w fabrykach, to ulice były pełne brodatych osobników w myckach i długich płaszczach gabardynowych, sięgających kostek. Oni byli sklepikarzami, drobnymi handlarzami i domokrążcami. Polacy nie lubili ich ze względu na stosowane przez nich chytre sztuczki; do czego byli zmuszeni przez lata prześladowań – lisy i łasice mogą przeżyć ponieważ są przebiegłe – i potrafili wykorzystać intelektualną przewagę nad silniejszymi i głupszymi wrogami.

Robert E. Crozier w książce „Colours of War” (New York 1915) wraca do początków pierwszej wojny światowej w Pabianicach, kiedy mieszkańcy witali gorąco najpierw Niemców, za co Rosjanie nałożyli na Pabianice karę pieniężną, a potem jeszcze goręcej żołnierzy rosyjskich i … kontrybucja została anulowana.

The town of Pabianice, in Russian Poland, was fined for welcoming the Germans; it showed such honest joy at the Russian return that the fine was remitted.

Julian Kołaczkowski w “Wiadomościach tyczących się przemysłu i sztuki w dawnej Polsce” (1888) przywołuje fabrykę adamaszku w Pabianicach.

Adamaszek. Nazwa ta pochodzi od miasta Damaszku, gdzie najpierwej podobne tkaniny, przedstawiające na tle atłasowym różne wzory, wyrabiano. Początkowo zwano adamaszkiem tylko tkaniny jedwabne, później także podobne wyroby wełniane, lniane i bawełniane. (…) W r. 1829 założoną została w Pabjanicach fabryka, która prócz wielu innych tkanin wyrabiała i adamaszek wełniany; fabryka ta należała do Beniamina Kruschego.

The Encyclopaedia Britannica t.17, 1929 r. w haśle dotyczącym Pabianic przypomina, że niegdyś był to teren rekreacji królów polskich, którzy lubili polować i biesiadować w tutejszej głuszy. W latach 20. XX wieku lasy były już mocno przetrzebione.

Pabjanice, a town of Poland, in the province of Lodz, 30 m N.W. of the town of Piotrkow and 10 m S.W. from Lodz railway station. Population (1921) 29.700 (?). It lies amidst extensive forests round the head-waters of the Ner, which were the hunting grounds of the Polish kings. It has woolen, cloths and paper mills and manufactures agricultural implements.


W Jednodniówce Legionowej z 2 XII 1928 roku znaleźliśmy „Karki z pamiętnika legionisty” Władysława Godlewskiego. Autor pokazuje, że społeczność lokalna była dość długo nieufna wobec inicjatyw niepodległościowych, dominowały na przemian nastroje prorosyjskie lub proniemieckie.

(…) Zapał jednak, z jakim wybieraliśmy się do Legionów, osłabili nagle sami legioniści. Spodziewaliśmy się ujrzeć bogobojnych żołnierzy, śpiewających „Bogurodzicę”, przewracających w ekstazie oczyma i gadających tylko o ojczyźnie, a tu towarzystwo spod ciemnej gwiazdy. Klną aż uszy puchną i śpiewają sprośne piosenki.

Ludzie, dbający o zbawienie swojej duszy, jak my harcerze, nie mogli się znaleźć w tak zepsutym towarzystwie. Był tylko jeden między nami, który diabłu dusze sprzedał i poszedł…

Wkrótce przybyli ułani. Prawdziwi polscy ułani! Stanęli na rynku przed kościołem. Od razu zyskali naszą sympatię. Naraz zachciało nam się wstąpić do ułanów, lecz nie mieliśmy koni, a bez konia nie ma ułana.

Przybyli polscy ułani. Nikt ich nie widział, nie mogli dostać nawet owsa dla koni.

Już nic nie stoi nam na przeszkodzie do wstąpienia do Legionów, oprócz rodziców, opinii publicznej i Moskali, którzy ponownie zajęli Pabianice.

Gdy 6 grudnia 1914 r. oblężenie się skończyło i wkroczyli Niemcy, co gorętszy wymyka się z Pabianic. Z organizacji i spoza organizacji. Pojedynczo, ale idą w szeregi legionowe. Mnie podrywa, a wciąż słyszę, że jestem na miejscu potrzebny. Nie wiem, czy ta moja robota psu na budę się przyda, jednak czekam, bo jak mnie zapewniano, mamy pójść razem. Dla towarzystwa dał się Niemiec, ponoć powiesić, więc i ja dałem się namówić.

Zorganizowana zostaje harcerska poczta polowa, która utrzymuje kontakt, dość ograniczony co prawda , poprzez kordony ze światem . Przyjmowane są oprócz krajowych i listy zagraniczne. Zajmujemy się kolporterką wydawnictw niepodległościowych. Współdziałamy zer związkami robotniczymi, zwłaszcza z N.Z. R. (Narodowy Związek Robotniczy), bierzemy udział w organizowaniu Narodowego Związku Chłopskiego. Nie brak nas i na zebraniach Związków Chrześcijańskich, gdzie pan K. zwykł omawiać samorząd miejski z punktu widzenia odezwy Mikołaja Mikołajewicza,, ochrzczony przez któregoś z niepodległościowców „tworem czarnosecinnej dumy”,.

Organizuje się Pogotowie Wojenne (później P.O.W.)w którym też bierzemy udział.

Harcerstwo się rozwija, choć na ogół mamy boją się, by ich 10-letni synkowie nie poszli do Legionów i zabraniają im być harcerzami. Pomimo to 5 kwietnia 1915 r. istnieją już dwa plutony harcerzy. Od tego dnia w Pabianicach formalnie istnieje drużyna (poświęcenie sztandaru odbyło się 21 sierpnia 1915 r.).

Na ogół praca związków i organizacji niepodległościowych, do których i harcerstwo należy, nie idzie na razie. Społeczeństwo się oswaja powoli z myślą o niepodległości Polski.

Pewnego pięknego poranka, spakowawszy plecak, wyruszyłem na plac zbiórki, gdzie miała się zebrać cała partia, około 20 ludzi, udających się do Legionów. Na miejscu zastałem tylko Wiktora Kaczorowskiego. Uradziliśmy, nie oglądając się na nikogo, w dwójkę maszerować.

Po kilkutygodniowym przygotowaniu w kadrze dostaliśmy się do 6 pułku Legionów, w której zastaliśmy Antoniego Łyszkowskiego z Pabianic, występującego pod pseudonimem Wajman.

Po jesiennej ofensywie 1915 roku front legionowy ustalił się nad Styrem i rozpoczęła się nudna walka pozycyjna. Placówki, patrole, podsłuchy…

Władysław Godlewski był internowany w obozie w Szczypiornie od lipca 1917 do marca 1918. Tam też narodziła się gra w piłkę ręczna zwana także szczypiorniakiem. Dla zabicia czasu żołnierze grali w szmacianą piłkę. Nie szło im najlepiej, ale wpadli na pomysł, że piłkę można także rzucać. Godlewski wspomina: Wiosną 1918 r. nasze K.Z.R.R.F. czyli Koło Zwolenników Racjonalnego Rozwoju Fizycznego, oprócz lekkiej atletki kombinowało jakieś gry zbiorowe np. piłkę nożną. Trudno jednak o piłkę dętą. Zrobiono więc z gałganów i obszyto plecakiem, przyszywając uszy, tworząc niby piłkę uszatą. Jeden zamach i uszy się urwały, próbowano grać nią w siatkówkę, wszystko na nic, lecz od czego łeb na karku?

Jak potem w piłkę nożną poczęto grać, lecz posługując się rękami wychodziły z tego bardzo ładne kombinacje, więc wachmistrz Świderski wykombinował przepisy - i tak powstał popularny do dziś w szkołach średnich szczypiorniak.

Wraz z Godlewskim w szczypiorniaka grali także inni pabianiccy legioniści internowani w Szczypiornie m.in. : Kubicki, Hanczka, Pachniewicz, Kaczorowski Boruszewski, Przedmojski, Heinrych, Pawłowski, Duraj, Biskupski, Mielczarek, Tomczak, Staszewski, Gertner, Winerowicz, Świetlicki, Gryzel, Karpiński, Raźniewski, Beze, Prosnak, Klimek.

Felietonista Rewii nr1/1916 ubolewał, że wszyscy chcą mieszkać w Warszawie, a przeludnienie wywołuje niezdrową konkurencję. Przewidywał, że niedługo warszawiacy będą się osiedlali w … Pabianicach.

(…) Kawałek poletka i nieco sfałszowanej trawy znajdzie miłośnik przyrody chyba gdzieś na Polu Mokotowskim, gdzie w dni pogodne odbywać się będą wyścigi piesze o posady rządowe – bieg dwulatków (nagroda: stanowisko kancelisty i deputat żywnościowy), wyścig dżentelmeński z płotami o posadę ambasadora w Taiti, nagroda „pocieszenia” dla ludności cywilnej pozbawionej protekcji. Zawodowa i zawiedziona inteligencja wyparta ze wszystkich stanowisk osiedli się w Zgierzu i Pabianicach.

Rewia – wydawnictwo księgarni E. Wende i Ska – Warszawa.

Recenzent Wiadomości Literackich nr 41.1927 omawiając spektakl „Król Agis” w Teatrze Narodowym zahacza słynnego ongiś pabianiczanina.

(…) Smutne, nudne i długie przedstawienie „Króla Agisa” nie było potrzebne nikomu prócz p. Lorentowicza, który chciał wykazać się dbałością o literaturę. Ale ponieważ smutny, nudny i długi p. Lorentowicz również nie jest nikomu potrzebny, można było „Agisa” zostawić w książce a Lorentowicza w Pabianicach.

Pabianiczanie próbowali publikować swoje teksty w Wiadomościach, ale bez powodzenia. W numerze 20/1927 ukazała się lakoniczna wzmianka skierowana do osoby ukrytej pod inicjałami L. H. : „L.H. w Pabianicach. Nie drukujemy”.

Wiadomości Literackie – tygodnik społeczno-kulturalny o profilu liberalnym, wydawany w Warszawie w latach 1924-1939.

Profesor Ignacy Hanus w artykule „Stosunki czesko-polskie w wiekach dawniejszych” opublikowanym w Almanachu Słowiańskim z 1935 r. powrócił do przymierza polsko-czeskiego zawartego w Pabianicach przez Władysława Jagiełłę. Przymierze miało widowiskowe efekty odnotowane także przez pisarzy czeskich.

(…) W r. 1432 zawarli Czesi z polskim królem Władysławem w Pabianicach przymierze przeciwko wszystkim narodom, a w szczególności przeciwko Niemcom. Czeskie wojsko z początku samo, później z Polakami tępiło niemieckich Krzyżaków. Sam widok tych surowych wojowników czeskich napełniał przestrachem i na wieść o zbliżaniu się ich pierzchali Niemcy, 12 miast krzyżackich padło. Dobito też Tczewa i Oliwy. Dotarłszy do Bałtyku, urządzili Czesi i Polacy nad jego brzegiem turnieje, podczas których wódz czeski Capek z San pasował licznych Polaków i Czechów na rycerzy. W Bałtyku zaś napełnili Czesi butelki morską wodą, którą zawieźli do swej ojczyzny jako dowód, iż oręż czeski utorował sobie drogę aż do brzegów dalekiego morza. Z entuzjazmem opisuje te sławne dzieje, braterstwa broni polsko-czeskiego czeski Sienkiewicz A. Jirasek w pięknej powiastce pt. „Tczewski stos” (1890). Uwydatnia w niej autor motyw. Przedstawiający wartość i potęgę czesko-polskie łączności w obvronie3 przeciwko nawale germańskiej i gromi tych, którzy się sprzeniewierzyli wielkiej tej idei. Opowiada tam Jirasek pomiędzy innymi, jak od Chojnic sunęło wojsko polsko-czeskie pod Tczew, miasto o silnej załodze niemieckiej, w której znajdowało się także kilku Czechów. To zadecydowało, iż sprzymierzeńcy uderzyli na Tczew, który wkrótce padł. Na Czechach, którzy zdradzili wspólne interesy czesko-polskie, wzięli Czesi i Polacy krwawy odwet. Od Tczewa ruszyły hufce czeskie i polskie ku morzu, a jak szły naprzód, ochoczo śpiewały, a wiatr niósł na północ ku Bałtykowi echo tego walecznego śpiewu czeskiego i polskiego, który rozbrzmiewał w okolicy jak burza.

Wybitny czeski poeta Svatopluk Cech zaś w jednym ze swoich wierszy opisuje, jak sędziwy wódz czeskich wojsk, broniących wspólnie z braćmi Polakami Pomorza, wyczerpany długą drogą, ujrzawszy upragniony Bałtyk, wyzionął ducha, który sprawuje straż na Bałtyku, a w ciemnych burzliwych nocach zjawia się majtkom, rzucając oczami błyskawice i nucąc pieśń, przed którą Niemcy uciekali ogarnięci zgrozą.

Dwa lata po wojnie polsko-bolszewickiej, w 1922 roku, ukazała się niezwykła publikacja zatytułowana „O uczniu żołnierzu”, będąca zbiorem relacji i świadectw młodocianych żołnierzy – uczniów walczących jako ochotnicy w 1920 roku. Jej inicjatorem był Maciej Rataj – późniejszy Marszałek Sejmu, a redaktorem dr Kazimierz Konarski. Jest to prawdziwe i niewiele skażone osobistym subiektywizmem autorów cenne źródło historycznych informacji. W publikacji znajduje się również relacja ucznia z Pabianic.

(…) Ale dziwne przeczucie przypędziło mnie do Pabianic. Tu wpadłem od razu w ten i gorączkowe przygotowanie. Otworzyły mi się oczy! Ujrzałem jasno niebezpieczeństwo Polski. Mimo ostrzeżeń lekarza i płaczu najbliższych, postanowiłem jechać, tym bardziej, że nawet starcy (czytałem) zaciągali się do wojska. I pojechaliśmy …. 15 lipca 1920 roku. Pierwsi z Pabianic. Dobrze było w wojsku przez pierwsze dni. Na wszystkich stacjach i po wszystkich miastach muzyka, kwiaty wszędzie.”



Tadeusz Gicgier w książce reporterskiej „Pasjonaci” (1987) przedstawia wspomnienia Marii Kluszczyńskiej .

- Czy to wszystko działo się w Łodzi?

- Nie, to było jeszcze w Pabianicach, przy ulicy Kościuszki. Ja wiem, że dziś śmieszne są takie wierzenia, ale myśmy się tak wychowali i to nam już zostało. Niech pan posłucha, co się działo, kiedy zgubiłam się rodzicom. Miałam wtedy pięć lat, był to rok 1903. A panował wtedy taki zwyczaj, że gdy zgłoszono jakąś kradzież albo morderstwo, albo zaginięcie, wychodził strażnik rosyjski na rynek, bębnił tak długo, aż się zgromadził tłum ludzi, i ogłaszał, co się stało. Więc ojciec poszedł zgłosić, że ja zginęłam. Strażnik wychodził trzy razy i bębnił, że zginęła Kluszczyńskiemu córka, ale ja się nie znalazłam. A tutaj, gdzie dziś jest park, alejki, były stawy ogromne, więc ktoś powiedział, że może utonęłam w stawie. Puścili bochenek chleba na wodę i mówią: gdzie ten bochenek się zatrzyma, tam będzie leżała. Ale bochenek się rozpuścił i mnie w stawie nie znaleźli. Pływali łódką, jeden nawet nurkował – wszystko na nic.

Przyszedł wieczór, godzina już do spania, mama zrozpaczona rozbiera łóżka, a były dwa zsunięte łóżka nakryte pluszową kapa. Patrzy, a ja tam sobie leżę. Zmęczona bieganiem, wsunęłam się pod kołdrę i zasnęłam. Nikt tego nie zauważył, bo u nas zawsze pełno było ludzi, pełno gości, bo to gospodarze, więc tak się gościli. Stoją wszyscy nade mną, a ja nie wiem, dlaczego tak mi się dziwią. No i musiał ojciec iść i odwołać zgubę, żeby strażnik już nie bębnił.

Moi rodzice, gdy się pobrali, byli młodzi, mama miała lat dwadzieścia, a ojciec dwadzieścia pięć. Rodzice mojej mamy mieli swój dom przy ulicy Tuszyńskiej, blisko kościoła św. Mateusza, w Pabianicach. W tym domu wynajmował jeden pokój mój ojciec. Przystojny, wysoki z piękną jasną brodą, wcale się nie zdziwiłam, że moja mama zakochała się w nim. Gdy się pobrali, rodzina mojej mamy odsunęła się od nich, uważała, że mama popełniła mezalians wychodząc za majstra, a nie za jakiegoś dygnitarza. Rodzice bardzo się kochali, nigdy nie słyszałam, żeby się kłócili albo przeklinali.

Pamiętam taki dzień: miałam lat dwanaście, mojego ojca poprosili na pogrzeb, umarł dobry znajomy, który miał syna księdza. Ja z mamą też byłam na tym pogrzebie, ale z cmentarza poszłyśmy do domu. Mama zrobiła kolację, czekamy na ojca dwie godziny, ale bezskutecznie; mama poszła spać i rodzeństwo też. Ja usiadłam w kuchni i przy lampie naftowej czytałam książkę. Gdy na zegarze wybiła godzina jedenasta, poszłam do pokoju siostry, a musi pan wiedzieć, że moja siostra skończyła szkołę krawiecką i dostała od rodziców maszynę Singera i manekin. Zabrałam ten manekin, ubrałam w suknię mamy i płaszcz, z prześcieradła zrobiłam głowę, na tę głowę włożyłam mamy kapelusz, a sama usiadłam na stołeczku za manekinem, przykręciłam lampę i czekam. Kiedy wybiła godzina dwunasta, ojciec otworzył drzwi, wszedł do kuchni, podkręcił lampę, nalał wody do miski, zaczął myć ręce, spojrzał w stronę manekina i mówi: „Julcia, co ty jeszcze nie śpisz?” Cisza. Wyciera ręce, mówi: „Julcia, gdzie ty byłaś, żeś jeszcze nie rozebrana?” Cisza. Ojciec idzie w stronę manekina, złapał za rękaw, a był trochę podchmielony, szarpnął, manekin się przewrócił, głowa z kapeluszem poleciała gdzieś do kata, a ja przestraszona wyszłam zza manekina. Ojciec patrzy na mnie, ja na niego. Popatrzył, popatrzył, usiadł na krześle i zaczął się śmiać. Ja widząc, że ojciec się śmieje, usiadłam mu na kolanach i powiedziałam: „Tatusiu, nie gniewaj się na mnie, ja to zrobiłam, żebyś późno do domu nie wracał i żebyś nigdy nie pił wódki”. A ojciec tuląc mnie do siebie powiedział: „Ano widzisz, moja córeńko, po pogrzebie poprosili mnie i wszystkich księży na konsolację, nie wypadało odmówić, no i wypiło się jednego.” Moja mama, słysząc rozmowę i śmiech, przyszła do kuchni, jak zobaczyła na podłodze swój kapelusz, płaszcz i manekin przewrócony, spojrzała na ojca i mówi: „To tak, nie dość, żeś przyszedł pijany, ale jeszcze tyle bałaganu narobiłeś!” Od tej pory nigdy nie widziałam ojca pijanego.

Gdy w roku 1914 wybuchła wojna, oszczędności, jakie rodzice mieli w banku, przepadły. Przestałam się uczyć, bo nie było czym płacić. Ojciec zaczął chorować, na wsi nie mieliśmy nikogo, siostra umiała szyć, to sobie radziła, dwóch braci poszło do Legionów, a oprócz mnie było jeszcze dwóch szkrabów; jeden miał osiem lat, a drugi roczek. Ja mając lat siedemnaście nie miałam żadnego zawodu. Ale wojna nauczyła mnie życia, było ono twarde. Nauczyłam się pracować w polu, gotować, poznałam fornali, czworaki, życie na wsi, zwyczaje, byłam panienką do dzieci, uczyłam chłopów pisać i czytać. A w roku 1918 zostałam nauczycielką we Wronowicach. To cała historia, jak do tego doszło. Szkołę we Wronowicach pobudował pan Jan Ignasiak, kupił dom w Pabianicach, z pomocą gospodarzy przewiózł do Wronowic i tam na placu swoich rodziców postawił szkołę.(…)

Jak wojna się skończyła, to siostra spakowała manatki i do Pabianic. Ja też. Siostra to dobra krawcowa, a ja to ni to, ni sio. Ale miałam koleżankę, córkę dyrektora u Rudolfa Kindlera, ona z ojcem pogadała i wzięli mnie do fabryki, do kantoru.

Wszystkie kobiety chodziły wtedy w chustkach, a ja chustki nie miałam, więc siostra uszyła mi z koca płaszczyk i poszłam do fabryki w tym płaszczyku. Pan sobie wyobraża, co się działo? Gwizdy, hukanie, jak szłam p[rzez halę, to za mną pełno szpulek leciało. Moja mama mówi tak: „Maryniu, bój się Boga, kto to chodzi w płaszczu do fabryki?” A ja jeszcze miałam pod pachą taki miękki kapelusik, jak wychodziłam z fabryki, to go zakładałam.

Tak upłynął tydzień, poszłam do mojej kuzynki, która też pracowała w fabryce, mówię: „Gienia, może ty włożysz jaki płaszcz?”- „Ja, daj spokój, jeszcze nie upadłam na głowę!” Poszłam do koleżanki, mówię: „Madziu, ubierz się tak jak ja!” –„Nie, nie chcę, nie jestem głupia…”

I tak przez dwa tygodnie cierpiałam, bo jak miałam się tłumaczyć, ze nie mam chustki. No, a po dwóch tygodniach uspokoiło się. Kiedyś patrzę, jedna robotnica przychodzi w półżakieciku, druga w płaszczu. I mam jeszcze świadków na to, że ja Maria Kluszczyńska, pierwsza w Pabianicach włożyłam płaszcz do fabryki.

Tadeusz Gicgier (1927 - 2005) – prozaik, poeta, reportażysta.


W Głosie Polskim (5.12.1924 r.) ukazał się felieton satyryczny „Charlottenburg Łodzi. Dekadowe notatki z m. Pabianic”. Autor porównuje Pabianice do dzielnicy Berlina. Opisuje „panie z towarzystwa” oraz działalność kulturalną.

Z kolei warto się zastanowić nad paniami naszego grodu. Nie będę mówił „o paniach, co mnie kochały”, jak powiada Boy, lecz o tych, dla których byłem i jestem obojętny.

Nie myślę z tego powodu odbierać sobie życia, gdyż przedmiot moich rozważań jest nad wyraz nieciekawy i przedstawia dla mnie mniejszą wartość, niż na przykład zagadnienie, kto będzie prezydentem m. Pabianic po abdykacji dotychczasowego.

Piszę o tych paniach z obowiązku, aby nikogo i niczego, przypadkiem nie pominąć.

A więc do rzeczy!

Gdyby Słowacki za życia swego przyjechał kiedy do naszego grodu, z pewnością nie napisałby: „Żeby też jedna pierś, jak pierś Memnona / Żeby też jedna pierś była zrobiona / Nie w miarę krawca, lecz Fidiasza! –

Albowiem panie nasze są, naprawdę, ślicznie zbudowane i z tego względu mogą pociągać ku sobie oko rzeźbiarza lub amatora cudzej własności (noszą bogatą biżuterię).

Przy swym ubóstwie myśli i ciasnocie wyobraźni panie te maja o sobie nadzwyczajne pojęcie, a to z tego powodu, jak zdołałem stwierdzić, iż wyczytały z jakiejś starej gazety, że stopień inteligencji nie mierzy się już długością nosa (są one na ogół krótkonose), lecz stosunkiem wagi mózgu do wagi całego ciała i stąd cała ich duma, gdyż, istotnie, liczba ta wypada dla nich wyższa, niż dla ich mężów.

Ale mniejsza o to!

Panie nasze biorą żywy udział w życiu lokalnym: pracują w różnych komitetach, instytucjach filantropijnych, gdzie mówiąc między nami dochodzi nieraz do niewinnych skandali.

Bo to nie wszystkie damy, zasiadające w komitecie, ondulują sobie włosy, używają szminki i pochodzą z „wyższej warstwy”.

Aczkolwiek wyższość ta jest świeżej daty, czasów wojny lub inflacji i polega na wypolstrowanych (wyściełanych) siedzeniach … w krzesłach czy tez grubości „wyższej warstwy” na twarzy, jednakże jest, bo te panie tak chcą.

Taka już ich logika!

Przypomina mi się właśnie szósta żona Henryka VIII Katarzyna Parr, która twierdziła, iż koń Aleksandra macedońskiego był czarny, jak heban, aczkolwiek ukoronowany jej małżonek dowodził, iż Bucefał był biały jak śnieg i powoływał się na Plutarcha, Ksenofonta i Arystotelesa.

Katarzyna uparła się, gdyż „nie byłoby sensu – powiada – nazywać białego konia Bucefałem”.

Podobnie stawiają kwestię nasze damy.

„Nie byłoby sensu – mówią – nie zaliczać nas do wyższej warstwy”.

W rozstrzygnięciu tej sprawy wyręcza mnie sam Henryk VIII, który powiada: „Tak zawsze bywa, gdy się nie posiada porządnej religii i wykształcenia i nie zna łaciny!”

Jak z powyższego wynika, nasz rodzaj niewieści jest bardzo ciężki (cięższy, niż Bucefał) i powinien pić więcej „The Paraguay”. Który sprowadza lekkość wagi i nie zwiększa … histerii. Mimo wszystko, nasze damy oddają się z wielkim zamiłowaniem (poza pracą w komitetach) różnym sportom. Niektóre z nich czują na przykład niewysłowioną rozkosz, gdy leżą na obu łopatkach w …. Walce francuskiej, inne znowu boksują się, jak Anglicy podczas ostatnich wyborów, reszta zaś z zacięciem gra w „szczypiorniaka”(gra ta nie ma nic wspólnego ze szczypaniem).

Uzupełniając powyższy typ rodzaju ludzkiego, trzeba zauważyć, iż dzieci naszych dam chodzą bez pończoch i nie posiadają żadnego wychowania.

Ale czy to ich wina?

Przecież Napoleon I powiedział, iż wychowanie dziecka powinno się rozpocząć na 20 lat przed jego urodzeniem - czyli, wychowajcie najpierw matkę!

A teraz po tym nudnym wstępie przejdziemy nareszcie do spraw ciekawszych.

Przed kilku dniami Pabianice miały przyjemność podziwiać na jednej ze scen kinoteatrów operę „dziecinną” (może „dziecięcą” – już nie pamiętam, jak głosił afisz). Dzieło to pod tytułem „Taniec kwiatów” wyszło spod pióra jednego z najwybitniejszych w naszym grodzie muzyków (Henryk Miłek). Role kwiatów kreowały drobne, zgrabne dziewczątka i tu muszę zaznaczyć, iż charakteryzacja wypadła fatalnie, ponieważ urządzono rozchylanie się płatków kwiatowych na ich bioderkach przez co wyglądały pośrodku, jak cebule i nasuwało to mimo woli nieprzyjemne refleksje.

Gra „kwiatów” była bardzo miła i czyniła ciepłe wrażenie. Należy być zresztą względem dzieci bardzo wyrozumiałym i otaczać je wszelką opieka.

Mówiąc o samej muzyce, trzeba zapomnieć o operze Warszawy czy Poznania i powiedzieć, iż kompozytor zrobił bardzo dużo i stworzył miłą rzecz.

Podobno, nasz muzyk zamierza w krótkim czasie wystawić operę komiczną, której bohaterami mają być … ojcowie naszego grodu (Fi! fi!)

Byłaby to, naprawdę, rzecz epokowa!

W ten sposób, poprzez sztukę dowiedziałaby się o nas, co najmniej cała Polska.

Taką operę nazwałbym propagandową.

Kilka dni temu dowiedziałem się, iż pewien jegomość, żyjący w Pabianicach od dłuższego czasu postanowił założyć dla swych współziomków uniwersytet ludowy. Rzecz cała jest podobno gruntownie przemyślana, chodzi tylko o drobnostkę … o słuchaczy.

Złośliwe języki dodają, że ze względu na brak słuchaczy projektodawca ma zamiar, podobno związać swój uniwersytet organicznie z towarzystwem opieki nad zwierzętami. Mniejsza o to! Myśl jest godna poparcia.

A więc są jeszcze ludzie w Pabianicach, co myślą.

W związku z powyższym nasuwa mi się ciekawe pytanie: - O czym myślą zatem ci, co nie myślą?

Na podstawie osobistych obserwacji mogę stwierdzić, iż ci ludzie myślą, że obecny strajk w przemyśle włókienniczym tym się skończy, czym się skończył wniosek kilku naszych radnych o „votum nieufności” dla magistratu – a więc niczym (sprawa ewentualnej abdykacji prezydenta nie jest jeszcze przesądzona)!

Głowy te nie przypuszczają w cichości swego ducha, iż jest to sprawa wielkiej wagi, iż tu chodzi o byt kilkunastu tysięcy jednostek i że zatarg ostatni w przemyśle może(powinien!) sprowadzić radykalna zmianę polityki naszego rządu.

Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż … rozjaśni się horyzont mężów naszych zacnych, opisywanych powyżej pań. Jan Owski

Głos Polski – dziennik polityczny, społeczny i literacki wydawany w latach 1918 - 1929 w Łodzi.


Felietonista Głosu Polskiego w swych „Dekadowych notatkach z m. Pabianic” odnotował także uroczystość zakończenia budowy bliźniaczych szkół powszechnych im. Piramowicza i Estkowskiego.

Pisać korespondencję z takiego miasta, jak Pabianice, jest naprawdę niebezpiecznie. Miasteczko to, wielkości beczki od śledzi ma swoich bogów, których nie można drażnić. Wszelka prawda zwłaszcza opublikowana w prasie, działa na zainteresowanych, jak czerwona płachta na byka. Rzuci się na ciebie taki bożek i połknie bez reszty, jak Kronos. Bo tez bogowie notowanej beczki od śledzi mają swoją specyficzną logikę. – Co mnie tam prasa obchodzi – grzmi taki filar miasta. – Ja, panie, mam pieniądze; jak chcę, panie, to zostanę prezydentem Rzeczypospolitej! Nasze miasto, panie, to idioci! Co mnie tam.

Istotnie, bieg myśli pyszny i dobry. Kiepski ten obywatel, co nie chce zostać prezydentem. Jednocześnie jednakże powyższy sylogizm zawiera trochę niedokładności. Nie należy, panie, prasy ignorować, bo prasa może tak działać, jak błoto polskie na Napoleona – może prześwietlić twój mózg i czyny, i zmniejszyć cię do wielkości glisty, bo prasa, panie, to Atlas, który dźwiga świat cały na swych barkach.

Dalej, jeżeli ktoś twierdzi, że „nasze miasto, panie, to idioci” – niech nie zapomina, iż nasze miasto, panie, ma w każdym razie o jednego idiotę więcej, niż on przypuszcza.

Wobec powyższego nietrudno stwierdzić, iż wystąpienie moje nie jest pozbawione pewnej postawy heroicznej.

Sam się kreuję na Herkulesa występującego przeciwko hydrze. Funkcją moją będzie detronizacja bogów naszego miasta. Ale proszę nie twierdzić, że jestem rewolucyjnym ateistą. Występuję przeciwko takim bogom, których sam nie uznaję za bogów. Takimi właśnie bogami są filary naszego miasta.

Napoleon był prawdziwym bogiem wojny, bo za takiego sam się uważał i cały świat, nawet wrogowie, takim go okrzyknęli.

Lecz … revenons a nos moutons! (wróćmy do swoich baranów).

Z oparów, z niczego dokonali nasi bogowie ostatnimi czasy dwóch czynów; postawili powszechną “szkołę bliźniaczą” I puścili na ulicę tramwaj. Chwała im za to! Teraźniejszość modli się za nich i wyręczając przyszłość, stawia pomniki w … prasie.

Ale zapytacie, zapewne kochani czytelnicy i czytelniczki, dlaczego to ta szkoła dopiero teraz została wybudowana; przecież mówiło się o niej, już tak dawno, kilka lat temu. Istotnie, sprytne spostrzeżenie. Zapomnieliście tylko, że wypadki, chodząc po ludziach, chodzą i po naszym mieście. Był czas, zwany przez kupców i przemysłowców „złotym”; czas inflacji, kiedy to można było w ciągu pięciu sekund zaokrąglić swoją fortunę niebywale – czas, kiedy to w Polsce najgłupszy interes dawał dochody kinematograficzne, czas w którym nasze miasto miało pieniądze na nową szkołę powszechną. Nie kupiono jednakże materiału budowlanego, lecz pieniądze ulokowano w banku na procent.

Było to rozumowanie godne solidnego kamienicznika sprzed wojny, który mniemał, że świat się kończy na końcu jego nosa.

Nos, który uległ dezaktualizacji mózgu, zawiódł. Wkrótce kapitał, ulokowany z takim pietyzmem w banku, rozpełzł w powodzi inflacji, jak stary dywan – ocalały tylko bezwartościowe strzępy. Budowę wstrzymano.

Ale mniejsza o to. Szkoła jest i basta! I to jaka szkoła, ze wystarczy jeden raz rzucić okiem na fasadę tego budynku, by powiedzieć: _ To na pewno szkoła – gdyż jedno frontowe (dobrze, że nie wszystkie) jest zamurowane i każe myśleć, iż za nim mieści się „koza” dla dzieci opornych, leniwych lub więcej wiedzących od swego nauczyciela. A więc szkoła jest i basta!

Szkoła jest, lecz „kto z Bogiem, z tym Bóg” – urządzono zatem poświęcenie.

Ale to jeszcze nie wszystko! – W Polsce bez wódki ani rusz. Litkup nie tylko na jarmarku – urządzono zatem bankiet. Płaci? Magistrat! Drobnostka! 2.000 - złotych. Sto gatunków win. Były i wina luksusowe, które przy przejściu granicy polskiej uiszczają specjalną opłatę „luksusową”. Miasto zrozumiało swą rolę w państwie i zainaugurowało picie luksusowe. Niech i skarb z tego coś ma. Obywatele , nie będący na bankiecie (nie wszyscy byli zaproszeni i nie wszyscy zaproszeni byli na bankiecie), podnieśli okrzyk: „Skandal”!

Poczęli rozrywać szaty na piersiach i domagać się obywatelskiego sądu doraźnego. Krzyczano: „Dla bezrobotnych to pieniędzy nie ma. Roboty publiczne ograniczono do minimum. Przecież to pieniądze nasze. Nie dajemy je po to, by magistrat się bawił itd.

Bogowie zadygotali na krzesłach, spojrzeli na siebie i … uśmiechnęli się. Po kilku dniach wzburzone umysły powróciły do swych pierwotnych koryt. Co się stało? Nie wiadomo. Można było stwierdzić tylko ciszę – nic więcej.

Jest zatem szkoła, której zadaniem redukcja analfabetów. Mieszkańcy naszego miasta tak pragną oświaty! Znałem pewnego siedemdziesięcioletniego starca, który chodził na kursy wieczorowe.

- Pragnąłbym – powiada – przed śmiercią przejrzeć na oczy i podpisać się.

Na tym kończę. O wspomnianym drugim czynie naszych bogów w następnej korespondencji. (Głos Polski, 12 XI 1924)

Następny felieton nosi datę 18 listopada 1924 roku. Autor snuje opowieść o miasteczku, którego już nie ma, dlatego nie wszystkie wątki są w pełni zrozumiałe i czytelne.

W poprzedniej korespondencji zaznaczyłem, że jedną z cech charakterystycznych Pabianic jest tramwaj.

Początkowo zamierzałem się nieco dłużej nad tym zatrzymać, ale po głębszym namyśle doszedłem do wniosku, iż są rzeczy ciekawsze, które należy omówić. Bo czyż warto sobie i innym zaprzątać głowę tramwajem, który przestaje budzić zainteresowanie nawet wśród najzacieklejszych swych wrogów – dorożkarzy? Moi współziomkowie oswoili się z tym elektrycznym rumakiem, podobnie jak z ustawą o ochronie lokatorów i negliżują (lekceważą) jedno i drugie.

Czy bogowie staromiejscy (są i nowomiejscy) zrealizują swój projekt przeprowadzenia tramwaju do „swego” lasku – nie wiadomo. Tym bardziej, że umysły ich zajęte są obecnie sprawą polowania.

Tramwaj pozostawimy na razie na boku: niech sobie jeździ i przejeżdża od czasu do czasu ludzi, by miasto miało sensację. Gródek nasz jest wściekle nudny i gdyby nie pewne „porządeczki”, nie byłoby o czym pisać. Nieraz masz wrażenie, iż coś się psuje w naszym państwie duńskim, ale brak konkretnych dowodów każe milczeć… Zresztą nasuwają się w takich wypadkach słowa Chrystusa: „Ten, który z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. I wtedy trzeba przemilczeć sprawę owego lekarza, który na widok nieprzytomnego robotnika, wniesionego do jego apartamentu, zawyrokował krótko, po spartańsku, iż trupów nie przyjmuje – i wiele, wiele spraw innych.

Miasto nasze, powtarzam, jest nudne, jak niektóre posiedzenia lokalnego parlamentu (rada miejska) i pewne sprawy, na pozór nieciekawe, trzeba tak ujmować, by budziły radość, względnie niewinny zgrzyt zębów – słowem, dawały emocję czytającym, która nie tylko przyśpiesza proces trawienia, ale i czyni życie droższym. Weźmy na przykład następujący wypadek. Pewnego razu spadła na nasze miasto, jak grom z jasnego nieba, wiadomość: „Korfanty kupił Rzeczpospolitą! Stroński et consortes wystąpili z redakcji!”

(Felietonista nawiązuje do zamieszania jakie wywołała sprzedaż W. Korfantemu gazety Rzeczpospolita przez Ignacego Jana Paderewskiego. Transakcja odbyła się bez wiedzy redaktora naczelnego Stanisława Strońskiego oraz zespołu. Zjazd Syndykatu Dziennikarzy RP ogłosił bojkot wydawnictwa i dziennikarzy, którzy podejmą w nim pracę. Rzeczpospolita była organem prasowym Chrześcijańskiej Demokracji.)

Miasto zajęczało naraz, jak stary dzwon. Zawirowało w nim, jak w głowie naszych bogów po odczytaniu mojej pierwszej korespondencji. Ludzie poczęli sobie niemal doskakiwać do oczu – słowem wojna domowa! Społeczeństwo podobnie jak w cyrku za Justyniana, podzieliło się na zielonych i niebieskich.

Atmosfera była przesycona krzyżującymi się z zawrotna szybkością słowami: - Korfanty! Hohenlohe! Stroński! Górny Śląsk! Dubadecja! Stinnes! Mussolini!

Gdyby nasz cichy na ogół gródek otoczony był chińskim murem, to mur ten na pewno by pękł, gdyż słowa powyższe i inne jeszcze wyrzucane były z fanatycznych gardeł z taką mocą i z taką siła przekonywującą, jak nieraz się widzi i słyszy na posiedzeniach rady miejskiej, atakującej magistrat.

Naraz na arenie, jak deus ex machina, zjawiła się frakcja białych. Zamieszanie wzrosło. Zieloni i niebiescy pierzchli, pozostali tylko biali, którzy orzekli: - „Korfanty kupił gazetę zupełnie prawnie, tylko trzeba wyrazić, żal, iż nie zakupił jednocześnie redakcji. Mistrz nasz zidentyfikował niesłusznie redakcję z kopalnią węgla, gdyż sztygar i redaktor to wielkości całkiem niewspółmierne – i z tego powodu powstało małe zamieszanie.. Pomijając ten drobny dysonans, trzeba się jednakże cieszyć, iż prasa „nasza” staje się obecnie europejską – Korfanty kupi jeszcze kilka gazet, a wtedy zapanujemy w Polsce wszechwładnie.”

Orzeczenie to było przyjęte hucznymi oklaskami, aczkolwiek ktoś się ośmielił zauważyć, iż dziennik, który sam się utrzymać nie może n’a pas la raison d’etre. A ktoś inny jeszcze wyraził się do najbliższych, iż Korfanty może zagrać rolę Mussoliniego, ale … na scenie, gdyż ciężary gatunkowe obu tych panów są jednakowe. Jednakże ogół tego nie słyszał i zapanowała błoga cisza.

Wracając do spraw miejskich, trzeba zaznaczyć, iż w Pabianicach umierać bardzo przykro.

Umrzesz, człowieku, spokojnie, porządnie, jak przystało na uczciwego chrześcijanina, wypełniwszy uprzednio wszelkie formularze i kwestionariusze doczesne i cieszysz się, iż nareszcie wolny jesteś od podatku od lokalu i możesz teraz dość swawolnie krytykować działalność bogów miasta, gdy naraz dusza twoja poczyna się szastać i wyć, jak stara panna w histerii. Co się stało? Duszy twojej przypomniały się porządeczki grodowe: nie wie biedaczka, czy to ciało, w którym hulała i mieszkała za życia bezpłatnie, zazna spokoju po śmierci… Bo to może być tak: umrzesz o właściwej godzinie, pochowają cię na właściwym miejscu na cmentarzu i gdy oczy twej żony, matki, narzeczonej, czy gospodyni pełne łez jeszcze zjawia się u nich jakieś indywiduum i twierdzi, że w tym miejscu, gdzie ty leżysz, pochowana jest jego teściowa i prosi o przeniesienie zwłok, przypominając przysłowie angielskie, iż każdy człowiek powinien znajdować się na właściwym miejscu.

Dowodów prawa własności do miejsca, które ty bezprawnie zająłeś nie przedstawia, gdyż nikt ich mu nie dawał. Powołuje się na świadków. Porządek prawny w naszym grodzie nie przewiduje, przypuszczam prowadzenia ewidencji grobów i z tego względu ciało twoje może wędrować po śmierci, jak dusza Egipcjanina.

Jest to swojego rodzaju metempsychoza. Bogowie naszego grodu mogą gwizdać na taką eksmisję, ponieważ mają murowane grobowce, a jeżeli nie mają jeszcze, to sobie na pewno wybudują. Każdy faraon budował sobie za życia piramidę.

Na zakończenie zaznaczę, iż po pierwszej mojej korespondencji zostałem formalnie zawalony stosem listów od współziomków, którzy proszą o poruszenie sprawy kąpieli miejskich. Istotnie, łaźnia taka jest rzeczą konieczną, choćby z tego względu, iż wtedy handel mydłem wzrośnie i do kas skarbowych wpłynie większa kwota podatku obrotowego. Czyn taki zaświadczyłby niezbicie, iż władza miejska dba nie tylko o czystość swych obywateli, lecz także i o interes państwa.

W ten sposób prestige władzy na pewno by się powiększył i obywatele miasta powtórzyliby słowa (zmodyfikowane nieco przeze mnie ze względu na odmienność sytuacji) Mereżkowskiego, który rzekł o Julianie Apostacie: „Ludzie cię.. pomniejszą, ale cię nigdy nie zapomną”. (Głos Polski, 12 XI 1924)

O stosunkach panujących w pabianickiej Szkole Handlowej przed pierwszą wojną światową świadczy poniekąd fragment książki Stefanii Laudyn „A World Problem: Jews – Poland – humanity”, Chicago 1920.

In Pabianice, for instance, when a director of a commercial school addressed a meeting in Polish, the local Jews asked him to speak in a language „more understandable”.

Joanna Szczepankiewicz – Battek w pracy “Osadnictwo braci czeskich I morawskich w regionie łódzkim”, Studia z Geografii Politycznej i Historycznej, tom 6 (2017) wspomina o Pabianicach: Dawne herrnhuckie domy modlitwy zachowały się dziś również w Pabianicach i Zduńskiej Woli. W Pabianicach pierwszymi członkami wspólnoty braci morawskich były dwie zamożne rodziny przemysłowców: Kruschów oraz Kindlerów, którzy w latach 20. XIX wieku zaczęli sprowadzać tkaczy tego wyznania z Saksonii. W drugiej połowie XIX wieku wzniesiono budynek Wielkiej Sali (przy ulicy św. Jana, w podwórzu za pałacykiem Kruschów – obok Urzędu Miejskiego) – mogła ona pomieścić około 150 osób, z czego można wnioskować, że tylu właśnie wiernych liczył w czasach swej największej świetności zbór pabianicki.

Abraham Rees w książce „The Cyclopaedia or Universal Dictionary of Arts, Sciences and Literature” z 1819 roku pisze o Pabianicach w jednym zdaniu: PABIANICE, a town of the duchy of Warsaw, 32 miles E.N.E. of Siradia. Pabianice były wtedy, prawie nikomu nie znaną, dziurką, leżącą 32 mile od Sieradza.

Andrzej Brycht w “Czerwonym węglu” (1960) oraz w innych publikacjach potrąca o Pabianice:

(…) monstrualny karawan klęski. Niemiec z bronią zapukał do drzwi Polaka. – Ubieraj się – powiedział – pojedziesz razem z nami. Nie myśl, że tylko my musimy uciekać. Chodź na wóz, zobaczysz, jak to dobrze. Polak Białecki wsiadł na wóz. Ruszyli przed świtem. Ruszyli w stronę Zdrowia. Myśleli, że ich klęska idzie od strony Pabianic. A szła z innej strony. Więc ruszyli w stronę Pabianic. Na pabianickiej szosie tamten Niemiec powiedział: - No, Białecki, uciekaj do domu.

Andrzej Brycht „Opowieści z tranzytu” (1986) : (…) Inżynier Stack zabrał obie kobiety do Europy, ale nie umiały zadomowić się w Niemczech, przyjął więc funkcję dyrektora papierni w Pabianicach, w rejonie pełnym niemieckich osiedleńców. Prowadził rozległe, jak na młodego człowieka, interesy: kupił dom obok papierni, drugi blisko Piotrkowa, jedyny murowany dom w promieniu paru kilometrów, dlatego zwany przez wszystkich Murowańcem, a także willę pod Sulejowem, nad Pilicą.

Tadeusz Kostecki w powieści kryminalnej „Zaułek mroków” (1958) wymienia ulicę Pabianicką w Warszawie: (…) Tym razem Kostrzewa wziął na kieł. Mogło być na Sapieżyńskiej, mogło być na Pabianickiej, bo i tak dało się od biedy odczytać, mogło być wreszcie na terenie całej Warszawy. Ale zbyt wiele nici zbiegało się właśnie tu: Fabryczna, Semaforowa i najbliższe otoczenie.

Obecność ulicy Pabianickiej w wielkich miastach intryguje. Autor jednego z artykułów zamieszczonych w Przeglądzie Politycznym nr 66, 2004 r. pisał: (…) Tak więc, na przykład, znajdującą się w centrum Wrocławia ulicą Pabianicką nie da się trafić do Pabianic, a położoną na obrzeżach dzielnicy Biskupin ulicę Bacciarallego łączą z malarzem Marcelim Bacciarellim związki jaka dotąd nieznane.


W wielu publikacjach o historii Czech pojawiają osobnicy pochodzący z Pabianic. Na przykład w książce „Archiv Cesky; cili, stare pisemne pamatky ceske i morawske, sevrane z archivuw domacich i cizich”(1895) znajdujemy wzmianki o Pribiku Hadovi z Pabianic (str. 171, 234) : „Urozenemu panosi Pribikovi Hadovi z Pabianic, purkrabi na Krumlove, prieteli memu”. Zapiski pochodzą z 1469 roku. Jednak dzięki książce „The Letters of the Rozmberk Sisters: Noblewomen in Fifteenth century Bohemia” (Cambridge 2001) dowiadujemy się, że Pribik to szlachcic z Pabenic i burgrabia w Krumlowie. Pribik Hadovi of Pabenice, a local member of the gentry and official of Krumlov.

Pabenice to miejscowość w środkowych Czechach, powiat Kutna Hora, która ma 165 mieszkańców i sześć kilometrów kwadratowych powierzchni, czyli trochę mniejsza od Pabianic „właściwych”.

Z kolei w Encyklopedii Powszechnej, s. 286, t. 26 z 1867r. występuje Ulryk z Pabianic. W haśle „Wacław król czeski i polski” czytamy : „ [Papież radził królowi] żeby się do Węgier nie udawał, a jeśli sądzi, że ma do nich prawo jakie, wskazywał mu drogę postępowania: ma dowieść swego prawa przed stolicą apostolską, a wyroku spokojnie czekać. Wacław wysłał do Anagni Ulryka z Pabianic, kanonika praskiego i doktora prawa. Papież 10 czerwca 1302 odpowiedział, że zostawia stronom czas sześciomiesięczny do rozprawienia się przed stolicą apostolską. Jednocześnie papież wyraził zdziwienie swoje wielkie, że Wacław wbrew prawom Kościoła ogłosił się także królem polskim.”

Wacław II był królem Polski w latach 1300-1305, a wcześniej m. in. księciem krakowskim i sieradzko-łęczyckim. Jednak wzmiankowany Ulryk także pochodził raczej z Pabenic niż z Pabianic.

Tomasz Lach w książce „Kumpel: o Komedzie, Zośce i innych” (2017) opowiada o muzyku, który nosił garnitury uszyte z tkanin produkowanych w Pabianicach:

Garnitur. Z nim zawsze były kłopoty. No bo tak … Chociaż stanowczo nie powinno się od tego zaczynać. Kupiony w Galluksie, a nawet w Skandynawii lub Londynie, nijak na Krzysztofa nie pasował. Stanowczo nie! Niewysoki, stojący na szczupłych, lekko pałąkowatych nogach, a do tego maskujący ustawieniem stóp i techniką chodzenia niedomagania jednej z nich, musiał mieć spodnie, jeśli nie uszyte na miarę, to przynajmniej dopasowane przez krawca. (…)

Po narysowaniu projektu i doborze kolorów trzeba zdobyć materiał. Tutaj rzeczywiście zaczynały się schody. Polska była tytanem w produkcji materiałów odzieżowych, ale w kraju były one zupełnie niedostępne. Jednak nie dla Zosi. O, nie! Były to także tajemnicze poszukiwania i połowy, że podziwiający ją nigdy by nie pomyśleli, że to kupony pochodzące z Łodzi czy też z Pabianic.

Ale takich informacji nigdy nie ukrywała. Wręcz się nimi chwaliła, wiadomo, że z takim kuponem w ręce ewentualni zazdrośnicy nie sfastrygują z niego nic poza banałem. (…)

Jacek Hugo –Bader „W rajskiej dolinie wśród zielska”(2010) przedstawia portret pabianiczanina –Izaaka Mimilsztajna, który szykuje się do wyjazdu z Rosji.

Pan Izaak prosił, żebym go długo nie męczył, bo ciśnienie mu skacze. Ot, znowu 190 na 90. Wszystko już zapakowane, tylko aparat do mierzenia ciśnienia rozłożony na stole. W kuchni gotuje się kura. Pan Izaak ciężko wstaje z łózka, idzie do kuchni, wylewa rosół do zlewu i zalewa kurę drugą czy trzecią wodą. Pozbywa się cholesterolu.

Izaak Mimilsztajn ma 85 lat i jutro na stałe wyjeżdża do Niemiec. Dzisiaj przed południem pojechał z synem Ilją na cmentarz pożegnać żonę.

- Panie Bader, ja chcę, żeby koło mojego łóżka stała miedsiestra, kiedy będę umierał – tak zaczyna stary Izaak i oplata mnie jedwabnymi rzemykami przydymionych swoich spojrzeń. – A tu się boję umierać. Jak mojemu znajomemu umarła żona, to jego to kosztowało osiem milionów za pogrzeb. Tutaj się boję zachorować, bo jak to poważna operacja, to trzeba mieć miliony. Niech pan tylko nie myśli, że ja tęsknię za bolszewikami. Broń Boże, tylko że mnie zostało bardzo mało życia i tęsknię za porządkiem, a tu taki br…, bur… Jak to się nazywa?

- Burdel.

- A właśnie. Burdel.

Pan Izaak gubi czasami jakieś słowo. Mieszkał w Pabianicach do 1939 roku. Mówi pięknie po polsku, z lekkim żydowskim nalotem, który moje, powojenne pokolenie, zna tylko ze szmoncesów kabaretu Dudek.

- Te dziurawe chodniki, ulice, brud. Chociaż ludzie dobrzy, w metrze miejsce zrobią, tylko nie przepadają za porządkiem. Wszystkie gazony z kwiatami połamali. Ja chce odpocząć, usiąść na ławeczce i nie mogę. Ją też połamali.

- I przez pięćdziesiąt siedem lat pan się do tego nie przyzwyczaił?

- A jak, dajmy na to, pana boli brzuch, nawet przez tydzień, to pan się do tego przyzwyczaisz? Ja dostałem inne wychowanie. Przyjechałem z Polski, kiedy miałem dwadzieścia sześć lat. Miałem polskie obyczaje, kulturę. Nie mogłem się przyzwyczaić. Przyzwyczaić się może ten, który wyrósł w terrorze. Ja wyrosłem w Pabianicach na ulicy Garncarskiej. Stały tam małe, drewniane domki żydowskie. Było biednie, bo to prości tkacze z fabryki Wajnsztajna mieszkali, ale czysto i porządnie. W całej Polsce było czysto. Był taki premier przed wojną, Sławoj – Składkowski. On kazał robić wielkie porządki. Wychodki kazał malować wapnem.

Pan Izaak chciał na stale jechać do Polski, gdzie ma brata. Pytał w ambasadzie, jak odzyskać obywatelstwo, a oni, że sami nie wiedzą, bo tym powinien się zająć prezydent lub Sejm. Polski paszport zabrali mu Rosjanie, ale ma ciągle metrykę urodzenia, gdzie jest napisane, że jest polskim obywatelem.

Pan Izaak leci we wtorek 6 sierpnia samolotem Aerofłotu do Monachium. Zaprosiła go tamtejsza gmina żydowska. Państwo niemieckie da mu 500 marek renty i jeszcze 200 za cukrzycę, gmina opłaci mieszkanie.

Samolot odlatuje o 11.40, ale pan Izaak jest na lotnisku już o 8.30. Uparł się, że chce być wcześniej, i nie było rady. Siedzi więc obłożony pakunkami i cichutko zawodzi.

- Jak oni mnie umęczyli. Każdego dnia można napisać historię. Ot, żeby się wymeldować… Ile papierków. Dwa dni do naczelnika milicji nie mogłem się dostać. Pełno narodu, duszno, nie ma gdzie usiąść… Niech Bóg pokarze tę Rosję. (…)

Edward Chwalewik w „Zbiorach polskich: archiwa, biblioteki, gabinety, galerie, muzea i inne zbiory pamiątek przeszłości” (1927) uwzględnił również zbiory pabianickie.

Pabianice, pow. łaski, woj. łódzkie. Muzeum Krajoznawcze, oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, liczy przeszło 5.000 okazów z zakresu przyrody, etnografii i sztuki stosowanej. Posiada duży dział pedagogiczny.

Pod koniec XX wieku zbiory muzealne uległy znaczącemu pomnożeniu, o czym pisały Maria Sołtysiak i Katarzyna Wierzbicka w informatorze „Muzea w Polsce” (1997)

PABIANICE

Muzeum Miasta Pabianic

95-200 Pabianice, Stary Rynek 1/2 tel. 042 15 39 82.

Otwarte: z wyjątkiem poniedziałków, 2. wolnej soboty i 2. niedzieli miesiąca; wtorki, czwartki 10-15; środy 10-17; piątki 11-18; soboty 10-14; niedziele i święta 10-13.

Mieści się w późnorenesansowym dworze biskupów krakowskich z l. 1566-1571, budynku poszkolnym z 1876 r. oraz zespole rezydencjonalno-przemysłowym z 1885 r. (ul. P. Skargi 78); powstało w 1907 r. przy Pabianickim Kole Polskiej Macierzy Szkolnej.

Zbiory: Dział Archeologii – zabytki z badań własnych (m. in. jedyny w Polsce hełm wschodnioceltycki z kompletnym wyposażeniem wojownika z cmentarzyska w Siemiechowie); Dział Etnograficzny – zabytki kultury materialnej i sztuki ludowej regionu; Dział Historyczny – dokumenty dotyczące historii miasta i okolic, organizacji politycznych i społecznych, m.in. powstańców pabianickich z 1863 r.; Dział Sztuki – grafika, malarstwo, rysunek, tkanina artystyczna – związane tematycznie lub osobą twórcy z Pabianicami oraz zabytkowe wyposażenie wnętrz dworskich; Dział Przyrodniczy – zbiory z zakresu zoologii i geologii Polski środkowej, m. in. kolekcja owadów egzotycznych, jaj ptasich i ptaków wodnych; Dział Sztuki Afryki Środkowej - kolekcja dr. W. Eichlera (174 obiekty): sprzęty domowe, narzędzia, stroje, m.in. kompletny strój czarownika, ozdoby, broń, instrumenty muzyczne, maski.

Ekspozycje stałe: „Spotkanie z archeologią”, „Sztuka Czarnej Afryki”, „Pamięci Pabianiczan”, „Niecka łódzka – geologia Polski środkowej”, „Ptaki i ssaki Polski”.


Stanisław Lorentz w „Przewodniku po muzeach i zbiorach w Polsce” (1971) uwzględnia także placówkę pabianicką.

MUZEUM REGIONALNE, pl. Obrońców Stalingradu 1, tel. 25-02. Czynne prócz poniedziałków i dni świątecznych w godz. 10-15, w piątki w godz. 14-18, soboty w godz. 10-14 i niedziele w godz. 10-13.

Muzeum założono w r. 1907 z inicjatywy dra W. Eichlera i w oparciu o jego dary w dwu pomieszczeniach Miejskiego Domu Kultury. Po wyzwoleniu na siedzibę dzisiejszego Muzeum oddano późnorenesansowy dwór (1565-71).

Muzeum posiada 3 działy: etnograficzny, przyrodniczy i archeologiczno-historyczny, oraz 5 wystaw stałych: geologia z mineralogią, zoologia, akwarystyka, etnografia i archeologia. Stała wystawa historii regionu w organizacji.

W dziale etnograficznym znajdują się zbiory z Afryki środkowej i Azji oraz sztuka ludowa regionu, tkactwo i wycinankarstwo.

Dział przyrodniczy daje w ujęciu ewolucyjnym systematyczny przegląd fauny Polski środkowej oraz pokazuje geologię historyczną i dynamiczną.

Dział archeologiczno-historyczny przedstawia historię regionu od czasów prahistorycznych do XX wieku, w oparciu o wykopaliska regionalne i eksponaty historyczne, dokumenty, mapy, pieczęcie cechowe, zabytki z okresu walk wolnościowych i innych.

Stanisław Lorentz (1899-1991) – profesor Uniwersytetu Warszawskiego, w latach 1935 -1982 dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie.

Pabianice były określane jako satelita Łodzi, miniatura Łodzi, dziecię Łodzi, gówienko przyczepione do łódzkiego buta, miasto tkaczy, kominogród, пригородок, przedmieście Łodzi. W okresie międzywojennym dziennikarze łódzcy porównując Łódź do Berlina, Pabianice nazywali Charlottenburgiem (część Berlina) albo łódzkim Clichy (dzielnica Paryża). Pojawiła się także nazwa: gród świętego Floriana. Prasa informowała:

W końcu stycznia przyszłego roku powstanie w grodzie Floriana teatr miejski

Sprawa budowy teatru miejskiego w Pabianicach wkracza na realne tory. Kierownictwo organizującego się przy Wydziale Oświaty i Kultury Teatru im. Stanisława Wyspiańskiego przystępuje do przyjmowania kandydatów od których wymagane są: ukończenie co najmniej 18 lat życia, wykształcenie ogólne w zakresie odpowiadającym przynajmniej 6 klasom szkoły średniej, wyraźna i czysta dykcja, nieskazitelność moralna, dobry stan zdrowia. Kandydatów przyjmować będzie kierownik teatru prof. Brochwicz – Lewiński w sali kina miejskiego. Pierwsze przedstawienia dane będą już w końcu stycznia przyszłego roku. Repertuar na styczeń i luty obejmować będzie: „Szopkę warszawską”, „ Noc Listopadową”, „Zemstę za mur zniszczony” i „Zaczarowane koło”. (Łódzkie Echo Wieczorne, 20.12.1927)

Życie kulturalne w grodzie Floriana

Nowo powstały na gruncie pabianickim Teatr miejski im. Wyspiańskiego pracuje intensywnie. Po wystawieniu „Szopki warszawskiej”, która cieszyła się niezwykłym powodzeniem, teatr daje w nadchodzący czwartek drugą premierę i będzie nią „Zemsta za mur graniczny” Fredry. Dekoracje do drugiej premiery opracował dekorator łódzkiego teatru p. Mackiewicz. Po tygodniu „Zemsta” ustąpi miejsca arcywesołej komedii Grzymały-Siedleckiego pt. „Spadkobierca”. (Łódzkie Echo Wieczorne, 27.02.1929)

Jasna Wielkanoc w grodzie Floriana

Od dawna już poruszana sprawa oświetlenia Pabianic znajdzie niebawem swój koniec. Jak się dowiadujemy szczegóły projektu oświetlenia miasta w związku z budową własnej elektrowni już zostały opracowane. Prace przy przeprowadzeniu sieci elektrycznej i zakładaniu transformatorów zostały już w większej części zakończone. Lampy elektryczne jak nas informują zabłysną w Pabianicach na Wielkanoc. (Łódzkie Echo Wieczorne, 22.02.1928)

Dwa pożyteczne stowarzyszenia powstały w grodzie św. Floriana

W dniu onegdajszym w Pabianicach odbyło się posiedzenie przedstawicieli wszystkich organizacji pabianickich, na którym starosta Wallas przedstawił konieczność zorganizowania Ligi Popierania Wytwórczości Krajowej i Towarzystwa dla Upiększania Pabianic. Liga będzie miała na celu propagandę wytwórczości polskiej, a tym samym walkę z przywozem zbytecznych artykułów z zagranicy. Towarzystwo dla Upiększania m. Pabianic ma na celu przyjęcie przyjście magistratowi z pomocą w czyszczeniu i upiększaniu miasta. Oba wnioski starosty Wallasa zostały przyjęte. Na czele komitetu organizacyjnego Ligi stanął Ryszard Kanenberg. Towarzystwo Upiększania Miasta postanowiono założyć przy Towarzystwie Krajoznawczym. (Echo, 10.10.1928)

Pabianicami interesuje się również Aleksandra Rzepkowska, która w artykule „Migawki ze słuchawki, czyli życie miasta utrwalone na łamach lokalnej prasy”, Literatura Ludowa 2010, nr 1 pisze m. in. : Głównym przedmiotem mojej refleksji jest specyfika narracyjna, a więc struktura oraz treść pojawiających się na łamach „Migawek …” wypowiedzi. Materiał egzemplaryczny, w oparciu o który buduję swój wywód tworzą cztery kolejne, pochodzące z czerwca 2009 roku numery „Nowego Życia Pabianic”. Prezentowana dalej analiza obejmuje zamieszczone w tychże numerach, 54 głosy od czytelników.

Przed przejściem do właściwej części rozważań chciałabym jednak wyjaśnić dlaczego swą uwagę badawczą skupiam na tym właśnie piśmie. Odpowiedź na to pytanie jest prosta i kryje się w przebiegu mojej biografii. Pabianice to bowiem moje miasto – miasto, w którym mieszkam od urodzenia, z którego wywodzą się moi przodkowie, w którym rozpoczęłam edukację oraz z którym jestem głęboko emocjonalnie związana. Ujmując rzecz antropologicznie, mogę powiedzieć, że jest to dla mnie orbis interior, „mój świat”: znany, bezpieczny, pod każdym względem bliski i oswojony. Mimo że sama nie wypowiadam się na forum „Migawek …”, dobrze znana jest mi też większość spraw podnoszonych przez komentatorów: bez trudu kojarzę pojawiające się w ich relacjach miejsca, sytuacje i postacie. Mam też do nich osobisty stosunek. Często podzielam emocje i postawy ujawniane przez opiniodawców, solidaryzuję się z nimi w niektórych kwestiach. To osobiste uwikłanie w przedmiot analizy ułatwia – jak sądzę – jej przeprowadzenie. Dzięki niemu nie muszę wszak przedzierać się przez zasłonę obcości i niejasności prasowego dyskursu, rozszyfrowywać z mozołem formy i znaczenia opisywanych w nim elementów lokalnej rzeczywistości. Rzeczywistość ta jest mi znana i nie stanowi dla mnie zagadki. Istotne jest dla mnie również to, że prywatnie jestem w miarę stałą czytelniczką „NŻP”. Lubię zaglądać do tej gazety, by dowiedzieć się, co nowego słychać w moim mieście, co interesującego i ważnego się w nim wydarzyło lub dopiero ma się wydarzyć.

(…) Wypowiedzi publikowane w omawianej rubryce pokazują ponadto, jak kształtuje się lokalny dyskurs prasowy, jakie przybiera formy gatunkowe oraz językowe realizacje. Ujawniają też, wokół jakich spraw toczy się życie mieszkańców miasta, jakiego rodzaju zdarzenia angażują ich energię, uwagę, emocje, myślenie oraz działanie. Przekazy te dają zatem, przynajmniej częściowy, wgląd w – jakże ciekawą i frapującą z punktu widzenia antropologa kultury – domenę miejskiej codzienności.

http://old.ptl.info.pl/?page_id=1122

Aleksandra Rzepkowska „Nazwy aptek w oczach badacza kultury: przykład Łodzi i Pabianic”, Literatura Ludowa 2010, nr 4-5. Autorka analizuje nazwy aptek w kontekście onomastyki kulturowej.

(…) Pierwsza wzmianka dotycząca próby założenia apteki na terenie Pabianic pochodzi z 1852 roku. Robert Adamek i Tadeusz Nowak podają, iż o formalną zgodę na jej uruchomienie i prowadzenie starał się podówczas niemiecki aptekarz – Fryderyk Muller. Jego wniosek natychmiast oprotestowali jednak zagrożeni wizją konkurencji aptekarze łódzcy. Ostatecznie aptekę w Pabianicach udało się otworzyć osiem lat później, w 1860 roku. Jej założycielem był Fryderyk Cylski. Obiekt ten został udostępniony miejscowej ludności najpóźniej w czerwcu 1860 roku przy ulicy Zamkowej 19. Godny odnotowania jest też fakt, iż 19 września 1912 roku (przy ulicy Warszawskiej 25, róg Bóźnicznej) otwarto w Pabianicach pierwszą w Królestwie Polskim i drugą w Rosji (po Petersburgu) aptekę, na której prowadzenie koncesję uzyskała kobieta (Wiktoria Maria Piechaczek-Orłowska) i w której zatrudniony został wyłącznie żeński personel. Był to jak na owe czasy fakt niezwykły przełamujący funkcjonujące w tamtej epoce sztywne bariery i stereotypy dotyczące roli kobiet w życiu społecznym. W dzisiejszych czasach apteki są integralnym elementem miejskiego krajobrazu i infrastruktury, nikogo też nie dziwi liczna obecność w nich kobiet – farmaceutek.

(…) Wśród analizowanych przeze mnie określeń dają się też zauważyć nazwy odzwierciedlające pewne cechy szczególne miejsc, które identyfikują. Przykładem jest pabianicka apteka „Po schodkach”, do której faktycznie wchodzi się po stopniach i która od lat jest tak nazywana przez mieszkańców. Mamy tu więc do czynienia z pokrywaniem się nazwy zwyczajowej, nieformalnej, obecnej w lokalnym dyskursie z nazwą oficjalną.

Literatura Ludowa – czasopismo wydawane we Wrocławiu, a zarazem oficjalny organ Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego, zajmuje się nowocześnie pojmowaną folklorystyką.


Marysia Pawełoszek, uczennica Gimnazjum nr 3 w Pabianicach opublikowała trzy książeczki „Wędrowiec” (2016), „Wędrowiec II” (2017) i „Sarabi”(2017). Autorkę fascynują zwierzęta, a zwłaszcza psy i wilki. Oto fragmenty opowieści zatytułowanej „Sarabi”. Narratorka wciela się w rolę czworonoga hasającego po Pabianicach.

Gdy historia się zaczęła, był rok 2098. Wkoło zapanowała wiosna, pięknie śpiewały ptaki, ze snu zimowego zaczęły się wybudzać wszelkiego rodzaju robaki, nie dające (ku uciesze ludzi) żadnego znaku życia zimą.

Na ulicy Kwiatowej w Pabianicach zmagania ze swym szczeniakiem zaczęła czarna jak smoła wilczyca. Swe ukrycie miała w opuszczonym domu na tej właśnie ulicy. Ale skąd wilk wśród ludzi? Wilczyca ta zawsze była samotna. Pewnego razu dołączyła do silnej watahy na polach Pabianic. Ale odeszła, gdy zginął jej partner. Wędrowała po krętych uliczkach, aż trafiła na stary, opuszczony dom z dziurą w ścianie i dachu. Nie było w budynku podłogi, lecz ziemia i kawały gruzu. W rogu zaczęło wyrastać drzewo. Jego korzenie wystawały nad ziemię i tworzyły idealną kryjówkę… właśnie tam leżało szczenię. Jedno. Białe i bezradne.

(…) Ola zabrała na pole piłkę tenisową Maksa, więc mieliśmy fajną zabawę. Ola drażniła się z nami i rzucała nam ją na drugi brzeg rzeki, więc musieliśmy ją przeskakiwać, ścigałam się z Maksem, zawsze wygrywałam. Maks od pewnego czasu był słaby i szybciej niż kiedyś się męczył. Gdy byliśmy już z Maksem zmęczeni, Ola schowała obślinioną piłkę do kieszeni i poszliśmy w stronę domu. Przy ulicy Karniszewickiej zapięła nam smycze, ku mojemu zdziwieniu nie wróciliśmy jeszcze do domu. Ola minęła bramę i poszliśmy do miasta. Nie lubiłam po mieście chodzić. Śmierdziało tam spalinami, było brudno i trzeba było uważać, żeby ktoś cię przypadkiem nie nadepnął. W dodatku te hałaśliwe samochody.

Po drodze spotykaliśmy wiele psów. Niektóre znaliśmy, inne były nam obce. Zawsze jednak spotkania takie były przyjemne. Bez niepotrzebnego warczenia i okazywania agresji. Chciałam już wrócić do domu i położyć się w pokoju Oli. Zaczęłam gryźć smycz.

- Sara, przestań! – powiedziała głośno i stanowczo Ola, po czym wyszarpnęła smycz z mojego pyska – przerażasz mnie – zaśmiała się.


Ukazała się książka Dobromira Makowskiego „Wyrwałem się z piekła. Prawdziwa historia chłopaka, który powstał z martwych” (2017). Jest to opowieść byłego narkomana, złodzieja i chuligana, obecnie rapera, pedagoga, animatora środowiskowego i miejskiego aktywisty.

(…) Dom dziecka mieścił się w Łodzi, więc do rodzinnego domu w Pabianicach wracaliśmy tramwajem. Do przystanku nie było jakoś bardzo daleko, już po paru minutach docieraliśmy na miejsce. Potem tramwajem numer czterdzieści jeden dojeżdżaliśmy do Pabianic na przystanek na Łaskiej, skąd szliśmy z tatą do domu. Toruńska – tak się nazywała nasza ulica. Szara drewniana brama sprawiała, że nasz dom był bardzo charakterystyczny. Mieszkanie nie było duże, miało około dwudziestu metrów kwadratowych. Właściwie był to jeden mały pokoik w domku jednorodzinnym należącym do mamy taty, naszej babci Zeni, która mieszkała na pierwszym piętrze tego domku. Łazienkę mieliśmy wspólną w korytarzu. Przy naszym domku było też całkiem duże podwórko.

Początkowo do domu jeździliśmy tylko na weekendy i w niedziele wieczorem musieliśmy wracać do Łodzi. W miarę możliwości tata zabierał nas jednak do siebie dość systematycznie. Często powtarzając, że już niedługo zabierze nas na stałe. Był w tym niezwykle konsekwentny i idąc do pierwszej klasy szkoły podstawowej, mieszkaliśmy już w domu rodzinnym. Przeprowadziliśmy się do niego już na cale wakacje przed pójściem do szkoły. Pamiętam, że wspólnie z Radkiem wygłupialiśmy się i bawiliśmy na terenie naszego podwórka. Ostatnie dni wakacji to było już tylko wyczekiwanie na szkołę i chwile pełne ekscytacji – jak wtedy, kiedy dostaliśmy z bratem plecaki.

Do szkoły numer trzynaście chodziliśmy bardzo niedaleko. Mieściła się ona przy ulicy Karolewskiej, więc musieliśmy pokonać zaledwie około siedemset metrów. Pierwszego września poszliśmy do szkoły razem z tata i oficjalnie zostaliśmy pierwszoklasistami. Przez pierwsze miesiące wszystko w domu wyglądało normalnie, wstawaliśmy rano, szliśmy do piekarni po pieczywo, wracaliśmy, robiliśmy kanapki i śniadanie. Następnie tata wychodził do pracy, a my do szkoły.

Tata pracował w dziewiarni. Wracał po szesnastej, a czasami nawet później, kiedy zostawał dłużej, żeby trochę dorobić. Jako dziecko nie rozumiałem, czym jest dziewiarnia i dlaczego trzeba chodzić na tak długo do pracy. Stopniowo przyzwyczailiśmy się do życia ze sobą. Szybko dopasowaliśmy się do siebie i nawyków obowiązujących w naszym domu. Tata uczył nas obowiązkowości i wspierania go w codziennych czynnościach. W weekend mogliśmy poprzebywać ze sobą dłużej; sobota poświęcona była na pranie, sprzątanie, rąbanie drewna, czyszczenie pieca i pomoc babci w ogrodzie. Mając siedem lat, paliliśmy z tatą w grzybku (to taki piec). Kiedy się rozpalało, tata chował się z nami za ścianę, gdzie wtuleni w jego sweter, czekaliśmy, aż piec buchnie i złapie cug. To była prawdziwa przygoda, a podekscytowany tata trzymał nas mocno i opowiadał o tym, jak jego tata uczył go palić w piecu.

Kiedy nadchodził wieczór, tata mył nas w misce, do której najpierw trzeba było nalać wody nagrzanej w czajniku postawionym na grzybku. Z Radkiem śmialiśmy się z siebie nawzajem, kiedy tata mydlił nam szyje i strzelał tak zwane karczochy, mówiąc: „Będziecie twardzielami”. Później czyści i gotowi do snu kładliśmy się na łóżku polowym i walczyliśmy, żeby zasnąć. Zastanawiacie się czemu walczyliśmy? Mieliśmy maleńkie mieszkanie, więc kiedy my leżeliśmy na łóżku polowym tyłem do telewizora, a tata na tych samych dwudziestu metrach kwadratowych oglądał film w naszym starym telewizorze Unitra, trudno było nie interesować się tym, co się działo na ekranie. Słyszeliśmy z bratem strzały i krzyki, więc zawsze z ciekawości próbowaliśmy zobaczyć, co tam tata ogląda, podejrzeć choć kawałek filmu. Nie wiem, jak on się orientował, ale zawsze po chwili naszego podglądania słyszeliśmy: „Odwracać się i spać”. (…)


Tadeusz Rzepecki w publikacji „Sejm Rzeczypospolitej Polskiej 1919, Poznań 1920 zaprezentował między innymi biogramy polityków związanych z Pabianicami. Byli to w szczególności Mieczysław Tomczak i Antoni Szczerkowski.

Tomczak Mieczysław (Narodowy Związek Robotniczy). Lista 3. Tkacz. Urodzony w Lupatówku powiat Koło 16.09.1887 r. Szkoła Ludowa w Pabianicach. Członek związków zawodowych i kooperatyw.

Szczerkowski Antoni (Polska Partia Socjalistyczna). Lista 5. Bezwyznaniowy. Tkacz. Urodzony 1881 r. Gorzew powiat Łask. Szkoła Gminna 3 klasowa. Członek Rady Miejskiej w Pabianicach. Były przewodniczący Rady Delegatów Robotniczych. Sekretarz w Robotniczym Stowarzyszeniu Spożywczym „Związkowiec”. Były prezes Związku Włóknistego i Robotniczego Stowarzyszenia Oświatowego „Światło” w Pabianicach. Był współpracownikiem tygodnika „Wiedza”, „Głosu Robotniczego”, „Robotnika” i innych. Za czasów rosyjskich aresztowany 5 razy, odsiedział 5 miesięcy więzienia w Łodzi. Służył w armii rosyjskiej 5 miesięcy.

W Pabianicach mieszkał także Ludwik Wolff lider społeczności niemieckiej. Zmarł w 1923 roku i został pochowany na miejscowym cmentarzu ewangelickim.

Wolff Ludwik (Niemieckie Stronnictwo Ludowe). Lista 9. Ewangelik. Dyrektor Seminarium Nauczycielskiego w Łodzi. Urodzony 3.02.1859 r. w Sypniu powiat Łowicz. Seminarium Nauczycielskie w Warszawie i 3 lata na kursach uniwersyteckich w Jenie. Założyciel Zrzeszenia Towarzystw Śpiewaczych Niemieckich i prezes 1908-1914. Wydawca i redaktor (1912-1913) miesięcznika naukowego „Geistiges Leben”.

W Pabianicach natomiast urodził się Roman Śrótka poseł w latach 1919-1922.

Śrótka Roman (Związek Ludowo Narodowy, następnie od sierpnia 1919 r. Narodowe Zjednoczenie Ludowe). Lista 1. Rolnik. Urodzony 11.06.1888 r. w Pabianicach. Szkoła Handlowa 4 kl. w Pabianicach. Członek rady gminnej i członek wydziału sejmiku, i sekretarz zarządu Kółek Rolniczych Ziemi Szadkowsko-Łaskiej(1917 i 1918). Członek Rady Głównej Centralnego Związku Kółek Rolniczych. Członek Rady Szkolnej, członek sklepu spółdzielczego.

Anna Sztaudynger-Kaliszewicz w książce „Fraszki z rękawa … dedykacje i improwizacje Jana Sztaudyngera”, 1988 pisze: W kronice Miejskiej Biblioteki w Pabianicach, prowadzonej przez p. Barbarę Lubińską-Zielińską, jest szereg zapisów Ojca, na przykład:

To często człowieka gubi,

Że się kocha, a nie lubi.

Muszę rzucić Pabianice,

Niech zostanę choć w kronice (2 VI 1966)

Na dziewczęta już nie lecę,

Wole książkę w bibliotece

I drobnymi literkami u dołu:

A bo to prawda!?



Wzmianki o Pabianicach znajdujemy w legendarnych książkach o kibicach i chuliganach w Polsce lat 90. Roman Zieliński „Pamiętnik kibica”, 1996: (…) „Ober” charakter ma nieskomplikowany. Szkoły nie ukończył żadnej, nawet podstawówki. ŁKS-iak giganciarz. Lubi sobie pojeździć po kraju, czasem ni z gruszki ni z pietruszki zjawia się we Wrocławiu. Raz stracił tu dwa zęby. Górne siekacze.(…) „Ober” jest doskonałą kopalnią informacji o tym, kto kogo kiedy znokautował, pobił, przed kim uciekał. Zwłaszcza jest ekspertem od rejestrowania kibicowskich wojenek na terenie Polski centralnej. Opowiada o jakichś zadymach podczas spotkań Boruty w Zgierzu, Włókniarza w Pabianicach. Wie sporo, a jego wiarygodność poświadcza fakt, że jeszcze nikt go nie oskarżył o łgarstwo. (…) Sławomir Jaruga i Andrzej Salamon to właściciele firmy SaJar, której długi wobec banków wynosiły bez odsetek 110 miliardów złotych i 6 milionów dolarów. Ci biznesmeni wspomagali piłkarzy łódzkiego Widzewa i koszykarki Włókniarza Pabianice.

Michał Frąckowiak „To my chuligani”, 2016. Cytowany tekst ma charakter wybitnie subkulturowy, ale odnotowujemy go tylko z kronikarskiego obowiązku, prosząc o wyrozumiałość.

(…) Konduktor pojawi się dopiero za Ostrowem. Znów spróbowaliśmy zdrzemnąć się chwilę. Jest 4:00 w nocy, za godzinę powinniśmy być w Pabianicach, a my spaliśmy łącznie może z dwie godziny. Przed nami ciężki dzień i co ważne, cały dzień na nogach.

- Kaszuba z Widzewa nie będzie w Pabianicach? - obudził mnie głos Mariana.

- Zapewne będzie, wie że jedziemy. Jak wysiądziemy w Pabianicach to mamy pewne dwie rzeczy. Izba i taki... Łódź zobaczymy. Spije nas na śmierć – powiedział Bogdan. Słucham tej rozmowy i otwieram jedno oko. Patrzę a tam Marian gra w przedziale w grzyba z Jesiotrem. Jak nie świśnie mi nóż przed nosem! Od razu się obudziłem na dobre.

- P… was już nieźle – przeciągam się zaspany – nożem … w przedziale… w grzyba?

- W grzyba to graliśmy na korytarzu, tutaj gramy w państwa – to mówiąc wbił nóż w podłogę i „odkroił” fragment zagarniając kolejny teren Jesiotra.

- Idę stąd, spać mi się chce – powiedziałem.

- Nie ma spania, za chwilę Pabianice! – odezwał się Jesiotr. – Obudź lepiej chłopaków. Otwieram drzwi kolejnych przedziałów w pociągu.

K... jak ja nie lubię tego mrowienia w głowie jak człowiek jest zmęczony. (…)

Otto, bohater powieści kanadyjskiego autora H.M. Flatha „Cobbled Life”, 2013 na początku ubiegłego wieku szedł do rodzinnej Moszczenicy przez Pabianice, do których zamierzał wkrótce powrócić.

He was anxious to reach Moszczenica so he kept going. Next he passed through Pabianice where several more of his relatives either had lived or were still living. He promised himself that he would return to Pabianice as well, once he was settled back in Moszczenica.

Pabianice znalazły się w humoresce Stefana Ciszewskiego “Nieznana ulica” opublikowanej w Rózgach – tygodnik satyryczny z 13.02.1946. Autor pokazuje zabawne skutki jakie przynosi nagła zmiana patronów ulic.

Mimo, iż podróż tzw. PKP jest coraz wygodniejsza (miejscówki, wagony sypialne) wielu obywateli pasażerów przedkłada nad nią trakcję motorową tzw. PKS.

- Pojadę autobusem – postanowił właśnie Hieronim Wielądek, wsiadając do budy ciężarowej przez b. Dworcem Głównym w Warszawie – Prędzej będę w Łodzi.

Złudzenia – jak to się mówi – są ozdobą życia, toteż Wielądkowi zrobiło się bardzo przykro, gdy go buda PKS odstawiła zaledwie do Łowicza.

- Wypadki – powiedział szofer w pięknej czapce niemieckiego kroju – chodzą po maszynach. Motor nawalił. Musicie państwo zaczekać na następny autobus. Zaznaczam ze postój w tym oto katedralnym mieście nie jest przykry, ponieważ knajpki są tu he, he palce lizać.

Nie byłby Wielądek szczerym sarmatą, gdyby z informacji powyższej nie skorzystał. Nie on jeden. Stąd w „Łowiczance” zrobił się fatalny tłok. Ani jednego wolnego miejsca. Akurat Wielądek kierował się do wyjścia, gdy otyły, elegancki pan, siedzący przy stoliku pod oknem, zrobił w jego stronę gest zapraszający.

- Proszę bardzo – rzekł uprzejmie. – Niech pan się przysiądzie.

- Wielądek jestem.

- Pitułaj.

- Cóż to pan ma taką kwaśną minę?

- Bo właśnie nie wiem co robić. Chciałbym jak najszybciej dojechać do Łodzi.

- Do Łodzi? Zabiorę pana swoim wozem.

W miarę jazdy okazało się, ze uprzejmy obywatel Pitułaj jest dyrektorem Centralnego Zjednoczenia Zakładów Folowania Teluzy, Lamuzy i Celulozy, i wraca z podróży służbowej do Warszawy, jak się rzekło – był to gentelman grzeczny do przesady.

- Podwiozę pana na miejsce – ofiarował Wielądkowi – tylko proszę podać ulicę.

- Andaszka.

- Andaszka? – zdziwił się dyrektor. – Doprawdy nie znam, ale to nic, szofer na pewno będzie wiedział.

Szofer jednakże nie wiedział. Co gorsze pokiwał głową i stwierdził, że takiej ulicy nie ma w ogóle w Łodzi.

- Ale jakże – gorączkował się Wielądek. – Ten adres podała mi znajoma, którą mam odwiedzić.

- Spokojnie, spokojnie – mitygował go Pitułaj. – Zapytamy milicjantów, zapewne będą wiedzieli.

Żaden atoli z milicjantów nie wiedział. Jeden z nich przypominał sobie niejasno, że to, zdaje się w Pabianicach lub Zgierzu.

- Mamy czas – mruknął grzeczny do przesady dyrektor. – Pojedziemy do Pabianic i Zgierza.

Ponieważ w Pabianicach i Zgierzu udzielono im informacji, że ulica Andaszka znajduje się w Zduńskiej Woli, Andrzejowie, Konstantynowie albo Lućmierzu – auto dyrektorskie objechało parę miejscowości. Późno już było, gdy wrócili do Łodzi. Dyrektor zły, Wielądek zmartwiony.

- Dziękuję bardzo – rzekł do Pitułaja. Więcej mi pan pomóc nie może. Wysiądę i wrócę do Warszawy.

Około dziesiątej w nocy Pitułaj, który miał bezpośrednio po przyjeździe konferencję w swojej Centrali wracał zmęczony do mieszkania.

Wszedł do przedpokoju i…

- Pan tutaj? – krzyknął ze zdziwieniem widząc Wielądka w towarzystwie swojej szwagierki.

- A tak – wyręczyła Wielądka w odpowiedzi. – Hieronim to mój kolega uniwersytecki. Pisał, ze ma załatwić w Łodzi parę spraw, więc prosiłam, aby się u nas zatrzymał. Myślałam, że przyjedzie koleją, więc wyszłam po niego na stację, a on przyszedł właśnie pieszo z … Łodzi.

- A – bąknął Pitułaj – gdzie jest ulica Andaszka.

- To nasza ulica – rzekła szwagierka. – Przemianowali w czasie twojej nieobecności.

Dyrektor oparł się o wieszak.

- Psiakrew! – jęknął. – Na parę dni nie można z tego naszego miasta wyjechać, żeby czegoś nie zmienili. Niedługo człowiek do swego domu nie trafi.

Herman Taube, powieściopisarz, poeta i publicysta, w książce „Kyzyl Kishlak, Refugee Village, 1993 opowiada o uchodźcach, którzy podczas drugiej wojny światowej znaleźli się w Uzbekistanie. Pojawia się tam rabin z Pabianic: (..) Lazar talked to us looking at his sister. “Goldie” our rabbi brought his brother here the rabbi of Pabianice.

H. Taube w dokumencie “Surviving Despair. A story about perseverance” , 2007 pisze o Łasku i wspomina rodzinę Kleinmanów z Pabianic.

(..) The Kleinman family, Samson and Mirl, settled in Lask in the first quarter of the 20th century, coming originally from Pabianice, a town eighteen kilometers from Lask. Members of the family were grain merchants. They lived quiet lives, observing religious obligations. (…) In the end , David said good-bye to his family and moved to Lodz with a letter of introduction from the Rabbi to a friend. He tried to convince his father to move to Pabianice where they had family, or to join him in Lodz, but his father kept postponing the plan saying, “a Jew must have bitachon (confidence) that the Messiah will come.”


Stanisława Woszczyńska (polityczka, feministka, publicystka) w swoich wspomnieniach więziennych z początku XX wieku opisuje pobyt w sieradzkiej „turmie” wraz z pabianiczankami - robotnicami i aktywistkami Polskiej Partii Socjalistycznej.

1 Maja w więzieniu sieradzkim

Towarzyszkom z Pabianic najliczniejszej grupie towarzyszek niedoli, te wspomnienia poświęcam.

W roku 1906, po masowych aresztowaniach grudniowych w Łodzi, Pabianicach i Zgierzu więzienia carskie były przepełnione. Jednym z największych więzień było sieradzkie, przerobione z gmachów wielkiej fabryki. Położone za miastem obok parku, więzienie to wydawało się rajem po obrzydliwych kazamatach łódzkich. W Sieradzu w pawilonie przeznaczonym dla kobiet, znalazło się nas kilkadziesiąt przeważnie młodych dziewcząt i kobiet z Pabianic. Siedziałyśmy w 2-ch dużych salach. Celkowe więzienie, gdzie zamiera się powoli jakby w żywym grobie jest straszne. Przeludnienie jednak w salach wspólnych, rygor więzienny, stosowany bez różnicy do osób, różniących się wiekiem, temperamentem, usposobieniem, a co najważniejsze przekonaniami politycznymi, a zmuszonych dniami i nocami przez długie miesiące ciągle z sobą obcować – wywoływały częstokroć starcia, które czasami tęsknić za osobną celą kazały. Na ogół jednak w więzieniu sieradzkim było znośnie.

Szczególnie od świąt wielkanocnych ustały szykany i represje, przedtem ciągle stosowane przez naczelnika więzienia, wyjątkowego nawet na stosunki rosyjskie łotra. Od kwietnia więc zaczęła się zmiana na lepsze. Zarząd więzienia zgodził się nawet, byśmy zamiast korzystać ze wstrętnej kuchni więziennej, same sobie obiady przyrządzały. Ileż to było radości i urozmaicenia w szarym życiu więziennym! Codziennie po kilka z nas schodziło z cel do kuchni, gdzie nie było wstrętnych krat i owej przygniatającej i obezwładniającej atmosfery więziennej. Nie wszystkie z nas umiały gotować, wszystkie natomiast z zapałem obierały ziemniaki, jarzyny, nosiły i rozrębywały drwa, rozniecały ogień, nosiły wodę, posłusznie spełniając rozkazy 2-ch wybranych spośród nas znakomitych kucharek – gospodyń.

Zapachniało nam wiosną, powiewem wolności! Zapomniałyśmy o strasznej zimie, o kilkakrotnych nocnych wtargnięciach żandarmów do naszych cel, o wstrętnych rewizjach osobistych w więzieniu, do którego przecież wpuszczono nas po najdokładniejszej rewizji osobistej i odebraniu wszystkiego, co nie było najnieodzowniejszą częścią ubrania. Zapomniałyśmy o nocnym wywoływaniu nas i pędzeniu do dość odległego budynku, gdzie mieściła się kancelaria, na nocne badania żandarmskie i o tylu innych naigrywaniach się i znęcaniach nad bezbronnymi ofiarami przemocy.

Młodość tak łatwo zapomina! Z taką siłą żywotną broni się przed upadkiem ducha.

Pofolgowanie naszych władz więziennych przypisywać jęłyśmy zwyciężającej rewolucji. Wszak ciągle wierzyłyśmy w to, ze lud zwycięski, lud sięgający po władzę, bramy więzień otworzy, więzionych uwolni. Roiłyśmy, że dniem tym będzie dzień 1 maja. Postanowiłyśmy dzień ten w więzieniu najuroczyściej obchodzić. Strażnicy, którzy przynosili z miasta produkty do kuchni, a nęceni sowitą nagrodą, kupili nam w mieście czerwonych wstążek i materiału na sztandar. Zachowując tysiące środków ostrożności przed zdradzieckim „judaszem”, przygotowałyśmy sztandar i czerwone kokardy dla każdej towarzyszki. Wstałyśmy o świcie, niepewne co robić, oczekując wieści z miasta, pochodu zwycięskich robotników, tryumfalnego śpiewu. Obiadu nie gotowałyśmy, miałyśmy przyrządzony w przeddzień, by niczym nie mącić uroczystego święta robotniczego. Na obiad wedle zwyczaju schodzimy się razem. Nie rzucamy się jednak, jak to bywa zwykle, z wilczym apetytem, do stołu. Potrawy stoją nietknięte. My, przybrane w kokardy czerwone, czekamy. Wreszcie jedna z nas rozwija sztandar, słychać szloch spazmatyczny. Gromadka skupia się, błyszczą oczy, serca biją goręcej. Jedna z towarzyszek wskakuje na stół i w gorącym, pełnym siły i zapału przemówieniu mówi o święcie robotniczym, o międzynarodowym braterstwie ludów, o wolności, o bliskim zwycięstwie ludu pracującego nad tyranią rządu i klas uprzywilejowanych. Krótkie, gorące oklaski. Naraz z kilkudziesięciu piersi wybucha pieśń bojowa „Czerwony Sztandar”. Potem „Na barykady”, ”Warszawianka”, „Międzynarodówka”. Oszołomione, uniesione zapałem, zapominamy, że jesteśmy w więzieniu, w carskiej turmie”.

Naraz głuche odgłosy strzałów! Co to? Czy walka uliczna? Czy proletariat miasta zerwał się do walki z przemocą? Nadsłuchujemy… Nie, to strzały skądś z bliska … Tak, to strzelają w niezbyt odległym pawilonie dla przestępców mężczyzn.

Co to znaczy? Niedługo czekałyśmy na odpowiedź. Drzwi z trzaskiem się otwierają, staje w nich purpurowo-siny z gniewu naczelnik więzienia w otoczeniu kozaków z nahajkami. W sposób gwałtowny, używając silnych „istinno – ruskich” wymyślań, kazał kozakom pozrywać z nas czerwone kokardy, zrobić najszczegółowszą rewizję, która nie dała żadnych rezultatów, gdyż na odgłos strzałów przerażony strażnik ukrył sztandar głęboko, w obawie przed śledztwem. Na zakończenie wymyślań i naigrywań się, naczelnik oznajmił nam, ze za przestępstwo jakie popełniłyśmy ma prawo ukarać nas chłostą, ze tego nie zrobi lecz oświadcza, że do szaleńców – rewolucjonistów w męskim pawilonie kazał strzelać, a głównych przywódców buntu na karę chłosty skazał.

Odpowiedzią na to zarządzenie była głodówka, rozpoczęta odruchowo bez porozumienia się żadnego w obu pawilonach, we wszystkich celach. Pięć dni nie braliśmy do ust nic, nawet wody. Żądaliśmy śledztwa, uwolnienia w karcerze podziemnym siedzących towarzyszy, przywrócenia spacerów i uwolnienia nas od najść naczelnika i kozaków.

Siódmego dnia przyjechali żandarmi na śledztwo, a wkrótce partiami uwalniać nas poczęto z Sieradza, gdzie komu wypadła droga, na północ, na zachód, do innego więzienia lub na twarda dole emigracji. (Głos Kobiet, 1.05.1920)

Z więzienia na wolności

Zatrzasnęły się wrota więzienia. Gromadka młodych kobiet i dziewcząt z tobołkami w ręku patrzyła olśniona na rozsłonecznioną otwartą przestrzeń. Spoza wysokich murów wznosiły się pawilony sieradzkiego więzienia. Na zwolnione nikt nie czekał.

Przed kilku tygodniami zwolniona została jedna partia „politycznych”, inna bardziej liczna odesłana do więzienia w Kaliszu. Pozostałym został odczytany wyrok administracyjny o zesłaniu na Syberię. Rodziny się martwiły, robiły starania … Skazane na zesłanie z ulgą przyjęły zapowiedź wyrwania się z więzienia. Niech będzie zesłanie! Niczym trudy i niewygody dalekiej podróży, wobec przeklętych murów więziennych.

Z początku w żeńskim pawilonie w Sieradzu stosunki układały się nadspodziewanie dobrze. Szczególniej, gdy w końcu stycznia 1906 r. przywieziono z Łodzi dwie siostry, które dotąd nic o sobie nie wiedząc, siedziały zamknięte w tak zwanych odinoczkach, celach odosobnienia łódzkiego centralnego więzienia.

W sieradzkim więzieniu, w wielkiej hali, dawniej fabrycznej, zawrzało życiem i ruchem. „Nowe” zastały w sali kilkanaście młodych robotnic z Pabianic. Wszystkie były pepesówkami. Jedna robotnica z Łodzi, należała do Żydowskiej Sekcji PPS, dwie Żydówki esdeczki, z których jedna bardzo kulturalna i rozumna dziewczyna była robotnicą – chałupniczka, druga – inteligentka, brudna, rozczochrana, krzykliwa, we współżyciu nieznośna. Toteż ta ostatnia została pożegnana bez żalu, gdy ją zabrano, nie wiadomo, na wolność, czy na dalszą wędrówkę po więzieniach. Jej miejsce zajęła starsza, bardzo miła pepesówka, również żydowskiego pochodzenia, inteligentka z Łodzi, całkowicie przeciwieństwo tamtej. Cicha, poważna, dobra, przy tym jako higienistka – położna rozmiłowana w czystości.

Zaczęło się sprzątanie, jak przed wielkimi uroczystościami. Przy pomocy dwóch przydzielonych do posługi „kryminalnych”, odsiadujących wyroki, cały ten liczny światek kobiecy zabrał się do mycia, szorowania, czyszczenia.

Zażądano naczelnika więzienia. Był nim stary zasuszony, pamietający, zdaje się, turecką wojnę, oficer. Był on całkowicie zawojowany przez pawilon męski, przepełniony politycznymi. Ci sami wierzyli i natchnęli naczelnika przekonaniem o rychłym zwycięstwie rewolucji w całym państwie carów. Co za tym idzie – również w Sieradzu.

Zjawił się naczelnik. Posypały się żądania. Przede wszystkim, usunąć „paraszę”! Był to jedyny dotąd sprzęt w wielkiej sali obok piętrzących się na dzień składanych pod ścianami sienników z niewielka ilością słomy.

Zamknięte w Sali dziewczęta były wypuszczane raz dziennie na 5-cio minutowy spacer.

„Parasza” miała swe uzasadnienie, ale niczym nie nakryta rozsiewała zabójcze miazmaty. Służyła jednocześnie za umywalnię. Rankiem o godz. 6-ej posługaczka przynosiła wiadro wody. Nabierało się ją kubkiem i opłukiwano się nad cuchnącą drewniana dzieżą.

Nowy żywioł, który wtargnął do celi, nie chciał się na to godzić. Uzyskane zostało usunięcie znienawidzonego sprzętu, dwa razy dzienne spacery i ewentualne wyjścia naglące. Ale na noc, o godz. 6 wieczorem, „parasza” wracała z triumfem, ale już nakryta jakaś pokrywa.

Przy tym okropne insekty! Absolutny brak grzebieni, szczotek, mydła, niemożność umycia głowy i ciała wobec braku wody, nie mówiąc nawet o wodzie gorącej.

Wreszcie potrzebny jest stół, stołki lub ławki. Niepodobna cały dzień stać, lub kulić się na gołej zimnej podłodze. Potrzebne materiały do pisania, nieodzowne są książki.

Naczelnik kiwał głową, wyraził zgodę, ale dostarczyć wszystkiego nie jest w stanie, bo na to nie ma „prykazu”, rozporządzenia. Nastąpiły natarczywe żądania widzenia z rodzinami. Konieczność wysłania listów.

Udało się. Na drugi czy trzeci dzień, rodzina 2-ch sióstr, pepesówek z Łodzi urządziła formalną rewolucję w żeńskim pawilonie.

Do celi został wniesiony stół, krzesła, naturalnie, nie w dostatecznej ilości, ale można było, bądź co bądź, korzystać z nich na zmianę.

Okrzykom radości nie było końca, gdy zjawiły się miski do mycia, kubki, szczoteczki do zębów, grzebienie i różne proszki przeciw złośliwym insektom.

Szczytem triumfu była duża maszynka „Primus”. Zapewniona była gorąca woda do mycia i herbata w miarę potrzeby.

Uruchomiona została stała „poczta” między żeńskim a męskim pawilonem za pośrednictwem kucharzy, więźniów kryminalnych, roznoszących zupę i dwa razy na tydzień mięso gotowane, zatknięte na patyczkach.

Ile to wszystko kosztowało starań, kłopotów, przebiegłości i nade wszystko pieniędzy, domyślały się obie siostry, urządzając dzięki niesłychanej dobroci i poświęcenia swoich najbliższych, jako tako znośną egzystencję dla siebie i dla towarzyszek niedoli więziennej.

Wśród robotnic były analfabetki. Uzyskane zostało pozwolenie na naukę czytania i pisania. Zrobił się z tego mały „uniwersytet”.

Okazało się, że wśród strażników-dozorców są sympatycy, a nawet towarzysze partyjni. Gdy starszy strażnik, bardzo surowy i dokuczliwy, gdzieś wyjeżdżał, dozorcy „nasi ludzie” otwierali drzwi celi i gawędzili po cichu z tymi, do których mieli szczególniejsze zaufanie. Opowiadali z entuzjazmem o słynnej ucieczce z sieradzkiego więzienia „oficera gwardii i naczelnika polskiej partii”, jak mówili, towarzysza Gustawa (Walery Sławek).

Po osiągnięciu porozumienia z dozorcami, też dość kosztownego, ale wygodniejszego, nie potrzebna już była pomoc kucharzy. Powstaje nowy projekt: komuna gospodarcza. Opracowany dokładnie projekt zyskał aprobatę administracji więziennej. Z dostarczanych przez nią zapasów przygotowywało się wyśmienite obiady.

Tak więc lekcje, przemycanie grypsów, książki, długie spacery, spi9ewy chóralne pieśni rewolucyjnych, dość częste, bo co tydzień „widzenia” i własne gospodarowanie, kucharzenie – wszystko to urozmaicało życie w więzieniu.

Ale trwało to krótko. Naczelnik, który wierzył w rewolucję, ustąpił. Miejsce jego zajął znany z okrucieństwa i żelaznej ręki żandarm. Zniósł za jednym zamachem osiągnięte tylu wysiłkami ułatwienia. Zapanowały ostre rygory i represje. Wśród nocy otwierały się z trzaskiem i szczekiem żelazne drzwi celi. Wpadała banda żandarmów i strażników. Wyrwane ze snu „polityczne”, drżąc z zimna, boso, w narzuconym naprędce odzieniu, musiały stać wyprężone obok posłań, a w celi odbywała się rewizja, przy akompaniamencie mocnych i rubasznych wymyślań.

Rewizje nocne niczego nie wykrywały, bo umiałyśmy dobrze ukryć korespondencje i gazety poza obrębem celi. Powtarzane jednak były te najścia nocne coraz częściej i stawały się coraz brutalniejsze. Do nich dodano niemal co noc wzywanie jednej, dwóch na badanie do odległej kancelarii więziennej, zawsze w nocy, zawsze w niezwykle drażniący sposób nasuwający wszelkiego rodzaju obawy.

W dzień też zaczęła się cała seria dokuczliwości, żądanie stawania na baczność przed naczelnikiem i starszym dozorcą.

W męskim pawilonie szczególnie ostre zarządzenia i próby poniżenia godności więźniów politycznych wywoływały raz po raz groźne zatargi. Aż wreszcie doszło do tego, ze naczelnik poważył się osadzić kilku, zdaniem jego, prowodyrów w ciemnicy i, o zgrozo, jednego w żeńskim pawilonie.

W całym więzieniu zawrzało. Ogłoszony został i przeprowadzony strajk głodowy, który trwał kilka dni, aż do wypuszczenia towarzyszy z ciemnych piwnic, gdzie nie mogli usiąść, lecz stali po kostki w wodzie.

Między uwięzionymi w żeńskim pawilonie była żona robotnika z Pabianic, która znajdowała się w daleko już posuniętej ciąży. Naturalnie, została wyłączona z głodówki. Dzielna towarzyszka Łukomska, bardzo miła kobieta, zapalona śpiewaczka, umiejąca na pamięć cały śpiewnik rewolucyjny i tym razem stanęła na wysokości zadania. Tak samo, jak pozostałe, nie przyjmowała potraw, wyjątkowo apetycznych, przysyłanych do celi. Korzystała z przywileju, jaki otrzymała, tylko na tyle, że piła wodę i zjadała kilka kawałków cukru. „Dla dziecka, kochane towarzyszki” – mówiła, uśmiechając się przez łzy.

Wszystkie te przykrości, oraz niedopuszczanie widzeń i korespondencji, doprowadziły do tego, że groźny wyrok nikogo by nie przeraził.

Tymczasem, nagle nieoczekiwane wyjście na wolność!

I oto w piękne lipcowe południe stoi gromadka tych, które już oswoiły się z myślą o długiej, dalekiej, czekającej je drodze – przed zatrzaśniętą brama i spogląda na miasteczko. Przywieziono je w nocy, prowadzono przez zaspy śnieżne. Teraz lato w pełni, z pobliskiego parku słychać świergot ptaków, uderza w spragnione powietrza piersi zapach bujnego kwiecia i zieleni. Pragną obejrzeć miasteczko, przejść się po parku …

Niestety, otaczający je dozorcy pokazuje papier – rozkaz, zwolnione z więzienia mają być dostawione pod eskortą na dworzec, skąd udać się mają do miejsc zamieszkania. Ha, trudno! Może kiedyś obejrzą miasto, park i więzienie, które już nie będzie więzieniem, lecz stanie się znowu fabryką, dającą ludziom wolnym zatrudnienie.

Ze stacji wysyła się depesze i gromadka politycznych wsiada do pociągu, który je odwozi do Pabianic i do Łodzi.

Z tych, z którymi razem siedziałam za kratą sieradzkiego więzienia, oprócz siostry Heleny Wicher-Lemanowej, spotkałam w Niepodległej Polsce towarzyszkę Karaś-Handelsmanową, które owdowiawszy , bez emerytury, bardzo już wiekiem przyciśnięte, rozwijają w miarę możności, pożyteczną działalność w Stowarzyszeniu Więźniów Politycznych. O innych nic nie wiem, a często myślą biegnę do ślicznej, wysmuklej Bronki, do serdecznej Fajgi, opozycyjnie do nas nastrojonej Hindy i do „małej mateczki” Łukomskiej z Pabianic, i do innych.

Nie tak znów ważny w dziejach rewolucji 1905-1906 roku był ten epizod więzienny w Sieradzu. Pięknym jednak było to, że ani jedna z uwięzionych młodych kobiet i dziewczyn nie załamała się, nie poddała żandarmskim wybiegom i podstępnym badaniom. Przeciwnie, wszystkie hartowały się w więzieniach, utrwalały w zasadach walki rewolucyjnej. Znosiły z godnością więzienną dolę i niedolę, siedząc we wspólnej celi, czy też na skutek represji, rozproszone po celach oddzielnych.

Pewno żyją jeszcze i walczą, i wierzą w zwycięstwo idei, którą ukochały za młodu – jeżeli dotrą do nich te słowa, niech przyjmą serdeczne pozdrowienia. (Łodzianin, 16.01.1938)

Tygodnik satyryczno-polityczny Mucha kilka razy „zajął się” Pabianicami.

Szkoda, że Warszawa nie jest w Pabianicach

„Nareszcie zaprowadzone zostanie oświetlenie elektryczne głównych ulic w… Pabianicach. Mój Boże, jaka to szkoda, że Warszawa nie jest w Pabianicach!”. (Mucha, 4.04.1886)

Redakcja Muchy udzieliła odpowiedzi prenumeratorowi z Pabianic, który skarżył się na opóźnienie w otrzymywaniu pisma.

„K.C. w Pabianicach. Numer 42 Muchy wysłaliśmy po raz wtóry. Muchę dla Wielmożnego Pana zdajemy poczcie w Warszawie, za pokwitowaniem, w piątek w południe, w sobotę zatem powinna być u pana. Jeżeli zaś jest inaczej i Wielmożny Pan odbiera Muchę w poniedziałki i wtorki, to dowodzi jedynie, iż za pośrednictwem pabianickiej poczty ćwierć sławetnego miasta Pabianic, czytuje pański egzemplarz naszego pisma. Dla pańskiej wiadomości dodajmy, iż posiadamy kilku abonentów w Berlinie i ci otrzymują Muchę w sobotę, zatem o 2-3 dni prędzej od Wielmożnego Pana.” (Mucha, 25.10.1898)

Mucha trzy razy powróciła do osławionego policmajstra Jonina, który zamordował Narcyza Gryzla w Pabianicach. Pisała między innymi:

A co zrobił w Rydze?

„- Jednak co to znaczy nasza kultura! O ile na przykład wyżej stoją takie małe Pabianice, od wielkiej Rygi.

- Co ty pleciesz?

- Nic głupiego. W Pabianicach, słynnej pamięci policmajster Jonin zastrzelił z punktu więźnia, a co zrobił w Rydze? Złamał pewnej uwięzionej kobiecie zaledwie kręgosłup.” (Mucha, 15.10.1909)

Mucha ironizowała na bieżące tematy polityczne.

W cukierni na Dziki-Gass

„- Niemcy straciły podobno całkiem swój wpływ w Konstantynopolu.

- To mnie nie pociesza; Konstantynopol leży dla mnie za daleko.

- Ja was, Jojne, dziś nic a nic nie rozumiem?

- Ja się temu dziwię! Konstantynopol leży dla, mnie za daleko, bo ja wolałbym, żeby Niemcy utraciły swój wpływ w Łodzi, Pabianicach albo chociaż w Ozorkowie”. (Mucha, 7.08.1908)

Najnowsze projekty do praw, które prawica zamierza wnieść do Dumy

„(…) o wprowadzeniu do prawa o samorządzie w Królestwie następującego dodatku: prezydentami miast w Królestwie, naczelnikami ziemstw mogą być jedynie obecni przedstawiciele niemieckiego przemysłu w Łodzi, Pabianicach, Zgierzu lub Ozorkowie.” (Mucha, 9.10.1908)

„- Agrariusze niemieccy są przeciwni otwarciu granic państwa pruskiego dla bydła z Królestwa.

- Dobrze! Ale w takim razie dlaczego granice Królestwa są otwarte dla bydła z Prus, które w Łodzi, Zgierzu, Ozorkowie i Pabianicach, wszystkie lepsze miejsca zajmuje?” (Mucha, 12.11.1909)

Korespondenci z Pabianic próbowali sprzedać Musze swoje pomysły. Redakcja odpowiadała: „Sztubakom z Pabianic – stare kawały w sam raz do Bociana”. (Mucha, 14.10.1927)

Redaktorzy Muchy pilnie czytywali także prasę pabianicką.

„Głos Pabianicki doskonale orientuje się w sferach artystycznych. Pisze on w numerze z dnia 25 listopada br.: Występ Hanki Ordonówny w Pabianicach. Dnia 27 listopada wystąpi w sali teatru Luna znana artystka Hanka Ordonówna, wraz z innymi aktorami sceny warszawskiej pp. M. Hemar, S. Miłaszewski, J. Tuwim.

Nie wiem, czy to awans dla pp. literatów: Hemara, Miłaszewskiego, Tuwima, że zostali mianowani przez Głos Pabianicki aktorami sceny warszawskiej, czy też upadek?

Zaś Gazeta Pabianicka z tegoż samego dnia wsypała się jeszcze głębiej. Czytamy i otwieramy oczy ze zdziwienia: Polska Macierz Szkolna występuje z inicjatywą prowadzenia analfabetyzmu przez wszystkich światłych członków polskich stowarzyszeń społecznych.

Koniec świata. Jeżeli Polska Macierz Szkolna występuje z inicjatywą prowadzenia analfabetyzmu, to zapytuję spokojnie, komu można ostatecznie zaufać w Polsce?” (Mucha, 28.12.1934)

Dzięcioł – pismo satyryczne stroiło sobie żarty z Muchy.

Mucha

„- W Pabianicach postrzelono robotnika nazwiskiem Mucha.

- Ba! Nic nowego. Tu w Warszawie, jedną Muchę postrzelili już przed 6 miesiącami. ” (Dzięcioł, 8.06.1906)

Kogut – pismo satyryczne straszyło Pabianicami.


„(…) Zajdźcie do Zgierza i Pabianic

Nadobny wszędzie włóżcie nos

By zwąchać wstrętny brudów los

Gdzie tylko ludzkie zdrowie za nic (Kogut, 4.06.1911)

Paweł Hulka-Laskowski w książce „Mój Żyrardów”(1934) mówi o związkach łączących Żyrardów z Pabianicami.

„Wielkie święta doroczne były istnymi uroczystościami emigracyjnymi. Na Boże Narodzenie, osobliwie zaś na Wielkanoc i Zielone Święta, rozjeżdżali się ludzie w różne strony świata: do Warszawy, do Łowicza, do Błonia, a już najwięcej do Łodzi, Zgierza, Pabianic, gdzie żyrardowiacy mieli najwięcej krewnych.”

Witold Eichler był prekursorem reportażu podróżniczego w Pabianicach. Opublikował m.in. „Kartki z podróży do Maroka”.

Z Pabianic do Kadyksu

Tak wygodnej podróży, jak obecnie do Paryża, nie miałem chyba nigdy. Sam jeden jechałem w całym przedziale z Pabianic do Dὔsseldorfu. W Berlinie musiałem się przesiąść ze swego wagonu do innego w tymże pociągu, którym okazał się warszawski pociąg paryski, idący obecnie inną marszrutą, widocznie jednak nie prędszy, skoro go w Berlinie zastałem. Do Paryża przybyłem 11 kwietnia rano, mając do dyspozycji cały dzień, gdyż pociąg do Kadyksu na Bordo i Madryt odchodził dopiero wieczorem. (…)

Po obiedzie tegoż dnia, gdy wybrałem się zwiedzić plac, a właściwie dzielnicę całą z najrozmaitszymi widowiskami i zabawami ludowymi, zauważyłem, że ktoś mnie śledzi, parę razy wyprzedzając i bacznie lustrując. Sądząc, że być może jakiś tajny agent bierze mnie za kogoś innego, odwróciłem się szybko z zapytaniem, czego pan właściwie sobie ode mnie życzy. Zmieszany, pyta, czy nie jestem Polakiem. Gdy mu odpowiedziałem twierdząco, zapytuje, to może pan doktor Eichler. – Tak – a pan skąd mnie zna? Okazuje się, że był to p. X, fryzjer z zawodu, pabianiczanin, który wybrał się na przechadzkę z żoną i córeczką i zostawiwszy ich w tyle śledził mnie, nie śmiąc zaczepić. – Oczywiście rad byłem znajomemu. Tym bardziej, że był kiedyś moim podwładnym; wróciwszy się naprzeciw żony, również pabianiczanki, a wypiwszy podwieczorek w pobliskiej cukierni, udaliśmy się do zakładu p. X, który niedaleko posiadał. Po drodze opowiedział mi o sobie. Przez kilka lat pracował, jako subiekt, a uciuławszy sobie pewien kapitalik, oszczędnie żyjąc i nieco dopożyczywszy, wynajął mieszkanie i urządził zakład dla siebie.

Powodzi mu się doskonale, ma 5 osób personelu i sporo odkłada. Pan X jest dobrym Polakiem i bezwzględnie po dorobieniu się zamierza wrócić do kraju, ma on uznanie wśród kolonii polskiej. Mieszka pan X w bardzo oryginalnym domu. Mianowicie w podziemiach tego starego gmachu torturowano ongi rozmaitych przeciwników politycznych ówczesnych królów francuskich, a najczęściej może apostołów prawdy i postępu, którzy ginęli w imię swych przekonań. (Gazeta Pabianicka, nr17 i nr 41 1930 r.)

Tuż przed wybuchem II wojny światowej rozważana była koncepcja utworzenia oddziału samobójców tzw. żywych torped. Do Ilustrowanego Kuriera Codziennego zaczęły napływać dziesiątki zgłoszeń, wśród kandydatów na samobójców znalazła się również pabianiczanka.

„Z Pabianic pisze do nas p. Helena Salska, magister nauk filozoficznych: Zgłaszam swój akces do zespołu żywych torped, korzystając z tej szczęśliwej okoliczności, że kandydaci na żywe torpedy nie muszą to być koniecznie ludzie młodzi i mężczyźni. Jest to bowiem niezmiernie szczęśliwa okoliczność, że każdy Polak, bez względu na wiek i płeć czy nawet stan zdrowia może w tym wypadku stanąć na zew swej Ojczyzny… Chcę teraz przejść do czynu.” (IKC, 11.05.1939)


W 2003 roku w Kanadzie wyszła książka Kazimierza Patalasa „Providence Watching: Journeys from Wartorn Poland to The Canadian Prairies”. Weteran lotnictwa  wspomina m. in.  swój pobyt w Pabianicach w 1939 r.

Just before the war broke out, my regiment was on maneuvers in the vicinity of Leżajsk, and then in Brześć [Brest] on the Bug River. On August 20, we returned to Lwów, but only to be dispatched to an airfield in Pabianice near Łódź. Our squadron cooperated with the army of General Bortnowski. We had not had a chance to fly many missions. (…)

W klimat lat 20. przenoszą nas “Klejnoty Pabianic”,  czyli szkic rewii wydrukowany w Gazecie Pabianickiej z  13.01.1929 roku.

Konferansjer: Szanowni Państwo! Warszawa po raz 160-ty wystawia klejnoty Warszawy. Naszych klejnotów Pabianic nie możemy wystawić, gdyż mógłby je po prostu ktoś buchnąć, po drugie jubilerzy pabianiccy nie znają się na klejnotach i rewia nasza nie zyskałaby powodzenia. Stąd schroniliśmy się na łamach Gazety Pabianickiej. Pierwszy numer naszego programu: Zgrzybiały Magistrat (pamiętający czasy króla Mieszka) odśpiewa smutną piosenkę.

Magistrat (z renesansową attyką na czole)

Smutne ci to były czasy,

Gdy mnie otaczały lasy,

Gościłem ci wtedy królów,

Książąt, panów, mądre głowy,

Nawet Długosz cnemi słowy

Pięknie w księgach mnie opisał,

Każdy o tym chyba słyszał.

Potem, ach, niewola przyszła

Moskal, Prusak w moich murach

Triumfalnie wrzeszczy – hura.

Dziś znów wolność zawitała,

Ale sroga losu strzała

Żyć w spokoju nie pozwoli,

I to moje mury boli!

Dziś wciąż zmieniam lokatorów,

Prezydentów, dyrektorów.

Chwilkę każdy tu zamieszka –

Wnet go krzykiem wypraszają.

Mógł nie ukryć nic do mieszka,

Lecz przebywać tu nie dają.

Stąd też żadnych rządców miasta

Bliżej poznać – ci nie mogę.

Rok rządziłeś, no i basta,

Żegnaj szybko, krzyż na drogę.

Lokatorów gdzie ochrona?

Lecz próżna jest ma obrona.

Bo dziś w Polsce, słuszna racja,

Wszak panuje demokracja.

Konferansjer: Drugi numer naszego programu: Tęczowa Dobrzynka.

Dobrzynka w szatach tęczowych, nieco cuchnących.

Sto lat już mija, gdy w moje wody,

Poczęto zlewać chemiczne zapachy

Zdechły już dawno ryby i raki .

Tylko ludziska swoje sadyby

Nad mymi brzegi ciągle stawiają

Kwaśne wyziewy lubo wchłaniają.

Cicho, poważnie fala ma spływa

Bo płynie po niej barwna oliwa.

Cudny jej kolor oka nie męczy

Bo się rozbija na barwy tęczy.

Płoną na moście jasne lampiony

Tworząc w oparach cudne półtony.

Pies tylko czasem, podniósłszy nogę

Z barw moich zdziera piękności togę.

Konferansjer: trzeci numer naszego wspaniałego programu to Bezrobotny

Bezrobotny: Jestem zawodowy bezrobotny.

Do pracy tom – ci zawsze ochotny.

Bez (przez) dzień, to nie na raty

Przerzucę ziemi cztery łopaty.

„Pracy” minie czternaście tygodni

Na zapomogę idę sto dni.

Od czasu do czasy magistrat się trzęsie

Bo tam idziemy po trzynasta pensję.

Konferansjer: Czwarty numer naszego programu.

Przemysłowiec: Ciężko, trudno dziś na świecie

Wszyscy o tym dobrze wiecie.

Robotnicy chcą podwyżki

Kupcy cen towarów zniżki.

Na pięć zmian nie wolno robić

I jakże tu coś zarobić?

Mam tylko pięć samochodów.

Trzy pałace, dwa folwarki,

Ale co z tym mam zachodów?

Nie poradzą moje barki!

W Monte Carlo krótko byłem,

W Paryżu chwilę bawiłem,

Bo robotnik chce podwyżki

Kupiec cen towarów zniżki.

Konferansjer: Pozwólcie Państwo, że na zakończenie nie powtórzę słów starego Krasickiego:

Satyra prawdę mówi

Względów się wyrzeka

Wielbi urząd, czci króla

Lecz sądzi człowieka.  

Sonia Korn-Grimani w książce „Sonia’s Song”, 2011  opisuje  swoją matkę, która opuściła Pabianice w 1924 roku, nie mogąc znieść dusznej atmosfery małego żydowskiego miasta, chociaż z drugiej strony jawi się ono jako „ śliczne miasto-ogród” (lovely garden city  of Pabianice), pewnie za sprawą parku – ulubionego miejsca wypoczynku. Dziadek autorki był właścicielem fabryczki na rogu obecnej ulicy Bocznej i Piotra Skargi.

My mother, Chawa Kupferwasser, came from a very religious background. She was born in 1909 in Zelow, not far from my father’s birthplace. Her father, Zalma and mother Milka established themselves in the lovely garden city of Pabianice, a textile center about 15-20 kilometers from Lodz. Zalma Kupferwasser was the proud head of a very traditional Hasidic household. He was very dignified, handsome, and a pillar of the Pabianice Synagouge, and as the well-to-do owner of a textile factory, he was respected by both the Polish and Jewish communities. My mother’s youth was lived in relative ease. This included private school for herself and four siblings. She was the second youngest, with two brothers and sisters. Her younger and older sisters adhered to tradition and married men of their father’s choosing. As my mother so often told me later. I had a wonderfully upright, distinguished scholarly father. If only he had not been so traditional in wanting to marry me off to a much older man, I would never left Poland.

Poland represented the obvious way, both for Jews and non –Jews. Men were clearly in charge of the household and women were thought to need nothing more than a basic education. At an early age, a young girl knew who her life’s partner would be, the prospective spouse having been chosen by her father in keeping with her family’s needs and station in life. No sense arguing, if she was too young or needed more time to mature!

Love or even attraction between the future marriage partners was not a consideration. Fortunately, my mother didn’t have to flee in the dead of night. Reluctant to settle down at the age of fifteen with man of her father’s choosing, she persuaded her aunt  Temma Oratowski to invite her to come to live with her in Germany where she could continue her training in accounting, sales and dressmaking. Her father reluctantly agreeing to this unusual course of events, my mother left her parents in Poland and moved to Wuppertal, Germany in 1924.

Z kolei fragment wspomnień brata Soni Korn-Grimani, Henri Korna został opublikowany w pracy „The Holocaust: An Encyclopedia and Documents Collection”, red. Paul Bartop i Michael Dickerman, 2017.

(…) Rumours had turned to reality and the deportations had begun. In May 1942, an article appeared in the German press, claiming that Pabianice, the town my mother grew up, had been declared Judenrein (cleansed of Jews). A week later, a second article appeared revealing that all the elderly men had been executed at the local market square. This presumably included my grandfather. The Germans complained that the doomed Jews refused to obey orders. They were told to kneel and bend the head forward for easier targeting. They refused and instead threw themselves down on their stomachs, wrapping their prayer shawls tightly around their bodies. This made the shooting more difficult and stressful to the killers.

Przed wojną Sonia i Henri Kornowie odwiedzali wraz z matką rodzinę w Pabianicach. 

Pabianice i Zgierz występują w nieodłącznej parze jako symbol  bliższej prowincji. Łódź jest „twierdzą przemysłu” a wspomniane miasta „fortami”. Często dochodziło na tym tle do zabawnych nieporozumień. Na przykład w książce „Polska w krajobrazie i zabytkach”, 1930 -autor dwór kapituły krakowskiej lokuje w Zgierzu, a w Pabianicach odnajduje zamek Kazimierza Wielkiego (sic!).

Łódź, twierdza przemysłu, otoczyła się dwoma wieńcami silnych fortów przemysłowych, z których bliższy złączył się z Łodzią niemal w jeden organizm ekonomiczny. A więc pobliski Zgierz, gdzie w renesansowym zameczku biskupów krakowskich mieści się ratusz; Pabianice, które rozwinąwszy się w duże miasto przemysłowe, dziś już niemal połączone z Łodzią, umiały zachować swe wspaniałe zabytki, jak słynny ratusz – dawny zamek Kazimierza Wielkiego i gotycko-renesansowy kościół z wieku XVI.

W książce „Inwazja bolszewicka a Żydzi. Zbiór dokumentów”, 1921  znajdujemy list Organizacji Syjonistycznej w Pabianicach skierowany do żydowskiej Rady Narodowej w Warszawie.

Podajemy do wiadomości następujący fakt: Panna Beila Rozenfeld, która ukończyła pabianickie gimnazjum państwowe, chciała, w myśl rezolucji wszystkich uczennic, zapisać się na kursy sanitarne, jako słuchaczka. Kursy te zostały utworzone w naszym mieście, aby wziąć udział w niesieniu pomocy wojskowej. Nie przyjęto jej jednak, ponieważ, jak jej oświadczyła kierowniczka kursów, jest Żydówką. Z poważaniem, Organizacja Syjonistyczna w Pabianicach.

W książce „Żyletka”, 2011  Katarzyny Surmiak-Domańskiej znajduje się reportaż „Szczekać chyba zacznę” poświęcony aktorkom filmu „Cześć, Tereska”.

PABIANICE 2002

Drzwi otwiera młodsza siostra Oli. Matka rzuca w moją stronę złe spojrzenie, ale zajęta urzędnikiem z gazowni, który zagradza jej drogę rozpostartą księga, nie może od razu się ze mną rozprawić. A kiedy gazownik wychodzi po 10 minutach, Ewie brak już sił, żeby spuścić mnie ze schodów. Gestem rezygnacji zaprasza do kuchni.

Ola miesiąc temu uciekła z poprawczaka w Falenicy pod Warszawą. Oprócz mnie szuka jej policja  i pewnie grupka innych dziennikarzy. Policja podejrzewa, że wróciła do rodzinnych Pabianic i ukrywa się w tutejszych melinach. Wiedziałam, że czasem odwiedza matkę, tylko że ta zwykle zatrzaskuje dziennikarzom drzwi przed nosem. Tak więc dzwonek naciskałam bez większej nadziei.

Pierwszy trop prowadził do Karoliny Bendery, asystentki Roberta Glińskiego z planu filmu „Cześć, Tereska”. U niej Ola pojawiła się natychmiast po ucieczce i wtedy dowiedziała się, że właśnie dostała nagrodę amerykańskiej Fundacji Młodych Artystów i ma po nią jechać do Los Angeles.

- Wiesz, kto będzie odbierał tę samą nagrodę z tobą? Rupert Grint z „Harry’ego Pottera”! Już dzwoniłam  do Falenicy, obiecali, że ci wybaczą tę ucieczkę. Wracaj tam tylko zaraz, to polecisz do Hollywood – namawiała Bendera, bardzo przejęta, bo nigdy jeszcze żaden Polak nie dostał YAA.

Ola pomyślała i powiedziała: - Aa, pierdolę Hollywood. Wolę do Pabianic.

Zarzuciła plecak na barki i tyle ją widzieli.

Hasło w Wikipedii: Aleksandra Gietner. Urodzona 14 lipca 1985 roku. W wieku 15 lat zagrała główną rolę u boku Zbigniewa Zamachowskiego w filmie „Cześć, Tereska”, późniejszym laureacie Grand Prix festiwalu filmowego w Gdyni (2001). Aleksandra otrzymała za nią m.in.  wyróżnienie na International Film Festival w Chicago. Jest też laureatką najważniejszej na świecie nagrody dla młodych aktorów Young Artist Award, przyznawanej przez hollywoodzką Fundację Młodych Artystów.

Urodziła się w Pabianicach, gdzie mieszkała najpierw z matką, następnie z babcią. Ma młodszą siostrę, która urodziła się w drugim małżeństwie matki Aleksandry; ojciec nie żyje. W wieku ośmiu lat Aleksandra miała pierwsze problemy z policją.

Matka

W zmęczonych oczach Ewy jak na ekranie wyświetla się wszystko, co już o niej wiem. Życie szwaczki, które się zupełnie rozłazi. Bieda, dwie córki z mężczyznami pomyłkami. Pierwszy porzucił ją zaraz po urodzeniu dziecka, drugi po 13 latach. Jedyna pociecha to grzeczne młodsze dziecko, ale to starsze – skaranie boskie. (…) A jakby tego było mało, za dwa tygodnie Ewa musi wyprowadzić się z mieszkania. Z komunalnej rudery w oficynie. I dokąd pójdą? Do matki? – Wszystko, tylko nie to – powie mi potem, wznosząc wymownie oczy ku niebu.

Na razie patrzy na mnie mdło, jak przekonuję, że trzeba o Olce jeszcze raz napisać, pomóc jej, że taka zdolna…

- Olka, choć tu! – przerywa mi nagle ostro. (…)

A więc zguba się znalazła. Za chwilę o framugę drzwi kuchennych opiera się filigranowa postać. Niska i chuda. Wygląda na 13 lat, ma 17. Ani farbowane na kruczo włosy, ani srebrny cień na powiekach, kolczyk w nosie i w uchu  oraz długie paznokcie obcięte w szpic i pomalowane tylko do połowy na srebrno nie dodają jej mocy.

Mała uciekinierka, niegrzeczna dziewczynka. Zła dziewczynka.

W Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powszechnej wydanej przez Wydawnictwo „Gutenberg” w latach 1929 -1938  jest hasło „Pabianice”.

Miasto w pow. Łask (woj. łódzkie), nad rz. Dobrzynką, przy kolei: Łódź – Ostrów Wielkopolski, połączone kolejką elektryczną  z odległą 14 km (na płn. – wsch.) Łodzią, z 34.967 mieszk. (w 1884 – 12.415). Miasto posiada kilka szkół średnich oraz znaczny przemysł włókienniczy i chemiczny, a poza tym fabr. maszyn, mebli, papieru, obuwia, pończoch, żarówek, młyny, cegielnie i znaczny handel.

Pabianice są starą osadą (miastem od XIV w.) do końca XVIII w. należały do kapituły krakowskiej. Z zabytków przeszłości posiada miasto przerabiany kilkakrotnie kościół parafialny z XVI w. i zameczek (obecnie magistrat). Rozwój miasta datuje się od 1830 r. (w 1827 r. 963 mieszk.), kiedy w Pabianicach i pobliskiej Łodzi rozwinął się przemysł tkacki.


Eugeniusz Owczarek w książce „Z zakamarków pamięci. Pamiętnik geodety”, 2011 wspomina lata szkolone spędzone w Pabianicach na przełomie lat 40. i 50. XX wieku.

(…) Później kontynuowałem edukację w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Zduńskiej Woli, lecz szkoły tej nie ukończyłem. Widocznie nie było mi pisane zostać belfrem. W latach 1948-1952 uczęszczałem do szkoły średniej w Pabianicach, zrazu do Gimnazjum im. J. Śniadeckiego na Zielonej Górce, a następnie do tzw. Jedenastolatki na ul. Pułaskiego 17 (dziś II Liceum Ogólnokształcące im. Królowej Jadwigi).

Do szkoły dojeżdżałem codziennie pociągiem ok. 30 km. Przedtem jednak musiałem dotrzeć do stacji kolejowej. Na skróty było to ok. 3 km, a drogą nieco więcej. Po przejechaniu pociągiem, kolejny odcinek, już w Pabianicach, pokonywałem tramwajem podmiejskim linii 41. W sumie na dojazdy traciłem dziennie 3-4 godziny i po powrocie ze szkoły byłem „wypompowany”.

W liceum na Pułaskiego, do którego poszedłem w ostatnim roku nauki, potraktowano mnie trochę jak intruza. Siedziałem w ostatniej ławce w klasie i na dodatek sam. Zdarzało się, że zmęczony podróżą często zasypiałem podczas lekcji. Na kilka miesięcy przed maturą zakwaterowałem się w Pabianicach u państwa Andrzejewskich na ul. Narutowicza 18. Byli to bardzo zacni, starsi państwo, którzy przyjęli mnie jak syna, którego utracili podczas wojny w 1939 roku. Prawdopodobnie chcieli sobie powetować tę stratę, przelewając rodzicielskie uczucia na mnie.

Z pobytu w szkole średniej w Pabianicach mam jedne z najwspanialszych wspomnień mojego życia. Dziękuję losowi, który był łaskawy, że dane mi było spotkać tak wspaniałych profesorów, jak człowiek legenda prof. Zygmunt Zwolski, charyzmatyczna prof. Bronisława Rudecka z Liceum im. Królowej Jadwigi czy prof. Witold Majewski z Liceum im. Śniadeckiego – powojenne filary pedagogiczne Pabianic. W czasach komunizmu ci wspaniali poloniści (prof. Rudecka i prof. Majewski) potrafili mi wpoić zamiłowanie do słowa polskiego, do rodzimej literatury pięknej i ojczystego kraju – słowem, ukształtowali moją osobowość. I choć przeszedłem w życiu daleką drogę, na palcach jednej ręki mogę policzyć, tak wspaniałych ludzi, jakich dane mi było tam spotkać. Prof. Majewski potrafił z pamięci cytować łacińskie maksymy Horacego, Homera i innych klasyków starożytnych, a trylogię Sienkiewicza zawsze nosił pod pachą. Wśród uczniów krążyły pogłoski, że zna ją na pamięć. Matematyk prof. Zygmunt Zwolski nawet jak chodził, to czynił to ze zmysłem matematycznym. To on nauczył mnie trudnej sztuki matematycznego myślenia. Nie wahał się przywoływać mnie z ostatniej ławki do tablicy i cierpliwie tłumaczyć wzory i sposoby rozwiązywania zadań. Należy tu jeszcze wspomnieć naszego kochanego woźnego, trzymającego zawsze w dłoni pokaźnych rozmiarów dzwonek szkolny, pana Stanisława Molendę, który po dyrektorze był najważniejszą osobą w szkole. Jak podaje wydana ostatnio monografia pt. „90 lat szkolnej tradycji”, przepracował i jednocześnie mieszkał w tej szkole 50 lat.

1952 rok, w którym zdawałem maturę, a także lata poprzedzające były okresem w którym istniejący ustrój demokracji ludowej osiągnął apogeum. Wówczas nawet używanie słowa „pan” było odbierane negatywnie. Podobnie jak pozdrowienie „Dzień dobry”. Poprawniej było mówić „Cześć pracy”, „Cześć nauce”, „Cześć walce”, a najlepiej wypowiadać wszystko naraz. Choć nie należało się do partii, w urzędach, kiedy trzeba było coś załatwić, jakoś szybciej się to udawało, gdy używało się tytułu „towarzysz”. Aż oczy bolały od wyświechtanych banałów, jakie królowały w prasie. Wszędzie o coś walczono, a głównie o pokój i kolejne plany 6-letnie. Walczono z kułakami, walczono z bikiniarzami, walczono o równouprawnienie kobiet, a najgorliwiej walczono ze światowym imperializmem. Każda wyprodukowana ponad plan jednostka towaru czy wydobyta tona węgla to był cios w podżegaczy wojennych. Słynne były takie wymysły, jak „akcja H” (hodowlana) czy ”akcja O” (oszczędzania). Oszczędzano wszystko. Na przykład przy wyłącznikach prądu wisiały karteczki z napisem „Oszczędzaj prąd”. Podczas pisania w zeszytach nie wolno było zostawiać marginesu. Każda oszczędzająca czynność stanowiła, jak głoszono, ”cios w imperialistów kapitalistycznych”. Codziennie przed rozpoczęciem zajęć urządzano w szkole apele, na których prowadzono prasówki, a na koniec śpiewano Międzynarodówkę. W święta państwowe, np. 1 maja, organizowano pochody, podczas których skandowano powtarzające się nazwiska: „Bierut-Stalin, Bierut-Stalin…”.

W takiej to atmosferze, będąc w klasie maturalnej, przyszło mi decydować o dalszym losie – wybierać dalszą drogę nauki lub iść do pracy do jakiegoś biura, jako tzw. pracownik umysłowy. Wybrałem to pierwsze i zadeklarowałem (zresztą po namowie rodziców, głównie mamy) jako kierunek studiów medycynę. „Ty się jeszcze w życiu napracujesz, pragnęłabym, abyś wyrósł w życiu na człowieka” – mawiała rodzicielka. Z tropu zbił mnie dyrektor szkoły, który przeprowadzał rozmowy z każdym abiturientem. „Co? Ty – powiada – na medycynę? Przyjdzie ci taka stara babka i będziesz musiał ją leczyć”. Rozłożył gazetę „Głos Robotniczy”, w której opublikowano artykuł traktujący o geodezji. W obliczu planowanej kolektywizacji opisano tam, jakie perspektywy stoją przed tym zawodem. Nie wiedziałem do końca, co to jest ta geodezja i chyba dlatego zgodziłem się z sugestiami dyrektora, czego zresztą do dziś nie żałuję – bo i trudno żałować tego, co już minęło. Zawsze miałem raczej zacięcie do przedmiotów humanistycznych, a nie ścisłych. Matematyka mnie nie pociągała. Wspominając lata szkoły średniej, dotąd nie wiem, czym się wówczas kierowałem, ale na ostatni rok przed maturą zgodziłem się przejść do innej szkoły. Taka była ze mnie niespokojna dusza, ciągle pragnąłem w życiu czegoś nowego. W każdym razie była to moja decyzja dobrowolna. Nie zdawałem sobie sprawy z jej konsekwencji. Teraz, po latach widzę, że nie przemyślałem sprawy do końca, gdyż przez ten rok nie zdołałem się zaprzyjaźnić z kolegami i koleżankami z klasy. Niemniej jednak chętnie chodziłem na zajęcia, choćby dlatego, żeby zobaczyć na apelu jedną z koleżanek, w której się zadurzyłem. Cóż za dziwne było to uczucie –pełnię szczęścia dawało mi to, żeby ją tylko ujrzeć. Zakochanie trwało do momentu, kiedy ośmieliłem się do niej przemówić. Wówczas czar prysł. Byłem w klasie tym „innym”, a to przede wszystkim dlatego, że jako jedyny pochodziłem ze wsi. Gdy inni grali w piłkę, ja traciłem czas na dojazdy do szkoły. Gdy koledzy w czasie wakacji wyjeżdżali na kolonie lub obozy, ja pomagałem rodzicom w gospodarstwie. Ci „miastowi” górowali nade mną też tym, że na ogół byli młodsi i bardziej obyci towarzysko. Dziś, po latach, zrozumiałem, że była to cena frycowego, która musiałem zapłacić za wyjście z zaścianków. Nie chwaląc się, tylko mnie jednemu z mojej wsi to się wówczas udało. Pierwszy w życiu prawdziwy egzamin jakim była matura zdałem śpiewająco. Pamiętam, że przed maturą wybrałem się do miejscowego kościółka (a to w owych czasach nie było modne, zwłaszcza, że chodziłem do szkoły o profilu świeckim). Był też jakiś bal, chyba studniówkowy, gdzie tańczyłem do upadłego z zaproszoną przeze mnie Wiesią, z którą mnie swatano.

Po maturze zebrałem kilku kolegów i spotkaliśmy się na skromnym poczęstunku w moim wynajmowanym pokoju przy u. Narutowicza. Budynek, w którym mieściła się moja stancja do dziś stoi w niezmienionej postaci. Z rozrzewnieniem na niego spoglądam, gdy tamtędy przejeżdżam przez Pabianice. Z okazji tego maturalnego spotkania matula przywiozła ze wsi wałówkę (dokonano bowiem w domu świniobicia). Była to frajda z racji powszechnych wówczas braków zaopatrzeniowych. W sklepach mięsnych, zamiast towaru, wystawały tylko białe haki. Ale nasza radość (co za zbieg okoliczności) miała zostać zakłócona tym, co ujrzałem dnia następnego. To, co zastałem, gdy wróciłem do domu, na zawsze wryło się w mą pamięć. Dorobek życia rodziców poszedł z dymem. (…)


Shana Penn i Jill Massino  w książce „Gender Politics and Everyday Life in State Socialist Eastern and Central Europe”, Oxford 2009 - zajmują się sytuacją kobiet  w krajach dawnego bloku wschodniego. Cytują m. in. wypowiedź pabianiczanki  Błochowej, która opowiada o działalności koła Ligi Kobiet Polskich w Pabianicach. Kobiety nie poddawały się  propagandzie jaką nasycone były oficjalne  spotkania i szkolenia organizowane przez  ligę, ale stworzyły nieformalne środowisko przyjaciółek  - w tym przypadku  mieszkanek jednego bloku, które wspierały się w rozwiązywaniu problemów codziennego życia. Niestety, nie udało się im jeszcze wtedy podważyć tradycyjnego podziału ról w rodzinie.

Leokadia Błochowa, housewife and president of a residential chapter in Pabianice, expressed her strong sentiments about what the organization meant to her.

In our apartment building women have become close friends thanks to League of Women’s chapter. In the evenings a few of us often come together in some apartment. One reads out loud, and others sew or knit … Or we talk about raising children. Sometimes one woman sincerely “points out” mistakes of another woman, explains them. We also talk about marital issues, we discuss them. This does a lot of good. Because after all in many families the situation is bad and it is hard for women who do not have warm – hearted smart advice. Sometimes we even have to say a few bitter words of truth to a woman, who is letting herself down, and her home is dirty, and her children are poorly raised, and later she cries that her husband stopped loving her. It is not at all always the man’s fault that a marriage “is falling apart”. The reverse also happens. In the chapter we also share households experiences: how to cook something, how to plan a family budget much sensibly.  Because as you know – there are homes where for the first course they have cake, and before the first course, dry potatoes. Besides this, we help each other with cultivating our community gardens, which most residents of the apartment building have.

In another chapter within the same community, members took turns walking children to and from preschool and helped each other with daily grocery shopping. Błochowa’s words provide rich information about what the league meant to members. Coming together as women meant more than socializing;  it was also a forum for discussing serious problems; providing advice (whether wanted or not) and assistance; and most important, according to Błochowa, offering women close friendships.

“I believe”, she continued, “that it is precisely in this type of everyday friendships and cooperation that the significance of the league’s chapters work  lies, and not only (formal) meetings”. For her, formal activism was less meaningful than these informal and often spontaneous female got-togethers.

Błochowa’s  statement also clearly points to gendered notions of women’s  roles – it was up to women to maintain a stable home environment, keep a clean house, prepare food, maintain a family budget, and raise children. During their “womancy”  chats, these women did not emphasize emancipatory roles but rather traditional conceptions of womanhood.


W 2015 roku ukazała się książka Jana Bernera „Chirurgiczna pasja 1955-2015. 60 lat fascynacji chirurgicznej na przełomie XX i XXI wieku”. Jest to kompendium wiedzy o  działalności wybitnego uczonego, lekarza, rektora, samorządowca, sportowca.  Profesor pierwszą samodzielną operację przeprowadził w Pabianicach:

„Niezapomnianym wydarzeniem na mojej drodze chirurgicznej była decyzja ordynatora dr. Dobulewicza o wykonaniu przeze mnie samodzielnej operacji. 6 grudnia 1957 roku u chorego (lat 33) z ostrym zapaleniem wyrostka robaczkowego - wykonałem appendectomię w asyście kolegi dr. Leszka Ziemby. Wizytujący przebieg operacji dr Jerzy Kasperski (z-ca ordynatora) na zakończenie zabiegu gratulując powiedział: „Będzie z Ciebie chirurg”. Tydzień później wypisałem chorego do domu - z gojącą się raną i bez powikłań.

Po zakończeniu wszystkich zabiegów tego dnia odbyło się spotkanie zespołu z poczęstunkiem, zwanym „tradycyjnym pasowaniem na chirurga”. Szef oddziału pogratulował nowemu chirurgowi i wzniesiony został toast przygotowanym przeze mnie „nieszczęsnym” wiśniakiem na rumie w artystycznej butelce. Na zakończenie spotkania, uradowany raz jeszcze podziękowałem ordynatorowi i kolegom. „Ale” podczas wychodzenia z sali szef nachylając się ku mnie powiedział: „Kolego zorganizowałeś miłe spotkanie, ale wiedz, iż prawdziwy chirurg pije tylko czystą wódkę”. Zapamiętałem tę sentencję do dziś i wspominam niekiedy podczas okazyjnych spotkań.” (…)

W latach 2002-2006 prof. Jan Berner sprawował funkcję Prezydenta Miasta Pabianic. Wspomnienia z tego okresu zawarł w książce „Byłem prezydentem”, 2010.

W maju 1942 r. na mieszkańców getta zgromadzonych na stadionie Kruschender spadł ulewny deszcz. Niektórzy autorzy utożsamiają go ze łzami Boga i aniołów.  Shimon Huberband, David E. Fishman „Kiddush HaShem: Religious and Cultural Life in Poland during the Holocaust”, 1987. The downpour of rain which attends the cries of Pabianice’s children and adults during the 1942 deportation suggests the tears of God and His angels.

W 2017 roku ukazała się publikacja Andrzeja Sznajdera „Sekrety Łasku i Pabianic” Autor pisze między innymi o sekretach filmowych, przypominając postać pioniera kinematografii J. Vortheila  oraz epizody filmowe z Pabianicami w tle.

Ziemia obiecana i nie tylko. (…) Jest więc w jego filmie kilka mniejszych pabianickich scen, wśród nich widok robotników idących po moście (tym nad Dobrzynką) do fabryki, a także elewacje i wnętrza dawnej fabryki „Krusche i Ender”. Jednak do historii polskiej kinematografii przeszło ujęcie umieszczone przez reżysera na samym początku filmu, gdy tłum robotników zmierza ulica Lipową do pracy. Ulica była na potrzeby tej sceny zbyt mała i trochę za krótka, ale od czego są filmowe tricki. Przesuwający się tłum robotników nakręcono po prostu dwa razy, najpierw z prawej, a potem jeszcze raz z lewej strony. Efekt na ekranie był niesamowity – obdarci i strudzeni robotnicy ciągną leniwie do pracy długą, pełną dziur, kałuż i wybojów  ulicą. (…) Ten ponury urok ulicy Lipowej Wajda postanowił wykorzystać do mrożącej krew w żyłach sceny, kiedy to Andrzej Łapicki, grający zbankrutowanego przemysłowca Kazimierza Trawińskiego, popełnia samobójstwo strzałem z rewolweru podczas samotnej jazdy dorożką. Bezpośrednią przyczyną desperacji była odmowa udzielenia mu pożyczki przez innego fabrykanta, głównego bohatera filmu, Karola Borowieckiego, którego po mistrzowsku zagrał w filmie Daniel Olbrychski. Groza niezapomnianej sceny świetnie komponuje się z przytłaczającym nastrojem smutnego zaułka.(…)  W Pabianicach nakręcono także kilkanaście scen do innych polskich filmów. Słynny pabianicko-łódzki  tramwaj linii 41 występował w 1976 roku w „Daleko od szosy”, kiedy to Leszek Górecki, główny bohater (w filmie odtwarzał jego rolę Krzysztof Stroiński), jechał tramwajem na spotkanie z kolegą. W pewnym momencie, podczas postoju pojazdu, na przystanku, widz może podziwiać w tle zabudowania podłódzkiego Ksawerowa.

Znane pabianickie II Liceum Ogólnokształcące im. Królowej Jadwigi mieszczące się przy ulicy Kazimierza Pułaskiego dostojnie odegrało w ekranizacji „Syzyfowych prac” Stefana Żeromskiego rolę kieleckiego rządowego gimnazjum, w którym rusyfikowano polską młodzież. (…) A scenografię do „Syzyfowych prac” projektował pabianiczanin Bogdan Sӧlle.

Szkoła podstawowa przy ulicy Piotra Skargi i pałacyk myśliwski na skraju miejskiego parku mają swój filmowy epizod: pojawiają się w serialu telewizyjnym „Stawka większa niż życie”. W 1967 roku nakręcono w mieście nad Dobrzynką wiele scen do innego słynnego serialu – „Czterej pancerni i pies”, a z najnowszych produkcji polskiej kinematografii należy wspomnieć świetne sceny do „Kariery Nikosia Dyzmy” zrobione na ewangelickim cmentarzu, między innymi obok mauzoleum Kindlerów, starej kaplicy, przy której grabarze piją wódkę (oczywiście w filmie!), czy w willi Nikosia przy ulicy Partyzanckiej.

Ale w historii polskiego filmu zawsze na pierwszym miejscu wśród pabianickich epizodów królować będzie ulica Lipowa z jej niepowtarzalną rolą, jaką odegrała w „Ziemi obiecanej”.

Chawa Rosenfarb w  książce „Bociany”, 1999  wspomina Niemca z Pabianic, który budował fabrykę u podnóża Białej Góry obok miejscowości Bociany.

For some time, there had been a factory under construction at the foot  of the White Mountain outside Bociany. People said that a German from Pabianice, near the district city of Lodz, had gone into partnership with landlord’s son  and that the peasants from the district would work in the factory. So the Jews of Bociany paid little attention to it. (…)

Antoni Julian Nowowiejski  w pracy “Płock: monografia historyczna”, 1917 podkreśla, że kościół św. Matusza w Pabianicach  przypomina katedrę płocką.

W Pabianicach w guberni piotrkowskiej jest kościół parafialny zbudowany na wzór kościoła katedralnego w Płocku. W drugiej połowie XVI wieku kapituła krakowska, do której należały wówczas Pabianice postanowiła tam wystawić kościół.


Lucjusz Włodkowski w powieści „Z kamieniem i brauningiem”, 1986 opisuje wydarzenia rewolucyjne  z początku XX wieku.

(…) dwie roty 37 Jekaterynburskiego Pułku Piechoty odkomenderowano do Zgierza i Pabianic. Położenie staje się coraz trudniejsze … (..)  Rozpuszczano po Łodzi i Pabianicach pogłoski, że w pierwszy dzień Wielkanocy planuje się wysadzenie w powietrze w Pabianicach kościoła ewangelickiego i domu pastora. Należy podejrzewać, że plotki te rozpowszechniała sama policja.

Józef Szczypka w „Przypomnieniach”, 1975 przedstawia miasto rodzinne poety Wojciecha Mencla.

Pabianice, niewielkie pięćdziesięciotysięczne miasto fabryczne odległe o kilkanaście kilometrów od przemysłowej Łodzi – to gniazdo rodzinne Wojtka Mencla. (…) Z jednej strony – stary szesnastowieczny kościół świętego Mateusza i architektoniczna chluba miasta, renesansowy zamek, wsparty tyłami o zieleń niewielkiego parku miejskiego, z drugiej strony – typowe dla małych miast – drewniane parterowe domki, rudery, secesyjne kamieniczki, gmachy użyteczności publicznej i kilka fabrykanckich siedzib. (…)

Ludwik Wolski w „Rysie hydrograficznym Królestwa Polskiego”, 1849 uwzględnia także płynącą przez Pabianice Dobrzynkę.

Dobrzynka. Zaczyna swój bieg pod wsią Tężowem (Tążewem?) w okręgu piotrkowskim; płynie przez miasto Pabianice; niedaleko wsi Prusinowo wpada do Neru, ubiegłszy mil 3 ½.

Kamil Janicki w „Epoce milczenia”, 2018 przedstawia ciemne strony II RP.

(…) W tym samym 1938 roku o zgwałcenie oskarżono też chociażby radnego miasta Pabianic, niejakiego Jakuba Obuchowskiego. Miał on przymusić do stosunku seksualnego petentkę, która udała się do niego po pomoc. W złożonej skardze Helena Wilska podała, że: „starała się o umieszczenie w schronisku miejskim swej 4-letniej córeczki. Z tego względu zwracała się do radnych, by poparli jej starania w magistracie. Obuchowski miał zaprosić ją do swego mieszkania przy ul. Ks. Skargi 8 i tam ją zniewolił”. Trudno stwierdzić, jakie poniósł konsekwencje. Być może żadnych, bo też historia z gwałtem nie stanowiła przed wojną żadnej przeszkody w karierze.

Adam L. Gowans w opracowaniu z 1915 roku  „A Month’s German Newspapers (…) from of the memorable month of December 1914” stwierdza, że  podczas wielkiej bitwy grudniowej pod Pabianicami zginęło więcej żołnierzy rosyjskich niż pod Tannenbergiem. W lapidarium cmentarza rzymskokatolickiego w Pabianicach znajduje się nagrobek z czasów pierwszej wojny światowej, który  stał kiedyś na wspólnej mogile żołnierskiej, gdzie pochowano jednego gefrajtra i ponad trzydziestu sołdatów. 

(..) The evacuation of Lodz by the Russian took place secretly during the night, therefore without many fighting and almost unobserved. But it was only the result of the three days fighting which preceded. In this the Russians had really immense losses, especially from our heavy artillery. The abandoned Russian trenches were literally filled with dead. Never yet in all the fighting of the eastern army, not even at Tannenberg, have our troops advanced over so many Russian corpses, as during the fighting round Lodz, Lowicz and especially between Pabianice and the Vistula.  

Janusz Rudnicki w książce “Życiorysta”, 2014 wspomina Dorę Diamant z Pabianic.

(…) jesienią zamieszkują w Berlinie, w dzielnicy Stegliz. Wielki kryzys, bieda, Ottla wysyła mu z Czech jedzenie. Kiedy kończy się spirytus, zaradna Dora Diamant, polska Żydówka urodzona w Pabianicach, obiady podgrzewa świeczkami. Listy pisze na widokówkach, miniaturowymi literami, bo tańszy  znaczek. Zmieniają kolejno dwa mieszkania, bo za drogie, bo inflacja, żyją w nędzy. W jednym z nich mają balkon, na pierwszym piętrze, na dole ogród z altaną. Każdego dnia Kafka wychyla się z balkonu i pluje, nie ma w pokoju spluwaczki. W altanie bawią się córki gospodyni, ale ich nie widać. Mówią o tym matce, niezręczna sytuacja, matka zabrania im wychodzić do ogrodu, wkrótce się wyprowadzają. Franz robi użytek ze swoich rąk. Przy blasku świec bawi Dorę teatrem cieni, wymyśla postacie i dialogi. Bawi ją, rozśmiesza. Kiedy siedzi przy biurku i znowu nie idzie mu z pisaniem, imituje psa, wgryza się zębami w blat i pokazuje kły. (…)

Marcin Jakimowicz w „Jak poruszyć niebo”, 2018 przypomina problem dopalaczy w miasteczku.

(…) Przypomniałem ją sobie w Pabianicach. Pod typowym peerelowskim szaroburym osiedlowym pawilonem handlowym z  nieodłącznym graffiti Widzewa Łódź, przed sklepikiem z dopalaczami ruszył szturm do nieba. Ksiądz Michał Misiak wraz z grupą ewangelizatorów wołał: „W imię Jezusa przejmujemy to miasto, oblewamy je krwią Syna Bożego!”. Znów ciarki na plecach. Wariaci albo… chrześcijanie. „Co wy możecie zrobić? Najwyżej się pomodlić” – słyszę często. Tacy ironiści nie wiedza, co mówią. Naprawdę.

- Dostaliśmy niedawno cynk, że chłopak po dopalaczach trafił do szpitala w Pabianicach – opowiadał mi pod wspomnianym sklepikiem ksiądz Michał - a ponieważ mamy ekipę, która modli się regularnie w szpitalu, nasi ludzie poszli na oddział. Adam leżał na OIOM-ie. Dawano mu dziesięć procent szans na przeżycie. Ludzie z naszej wspólnoty modlili się nad tym umierającym chłopakiem, gdy nagle zaczął się poruszać. Okazało się, że ten człowiek został uzdrowiony.

Waldemar Grabowski w pracy „Działalność informacyjna Polskiego Państwa Podziemnego”, 2003 pisze: W dużych zakładach Rudolfa Kindlera w Pabianicach grupa polskich pracowników zorganizowała dobrze zakonspirowany punkt nasłuchu radiowego składający się z dwóch radioodbiorników. Mogło z nich stale korzystać kilka osób – wiadomości stąd uzyskiwane stały się podstawą do sporządzenia „Biuletynu Radiowego”. Jeden z radioodbiorników znajdował się w podstacji wysokiego napięcia, do której nie miały dostępu postronne osoby. Najczęściej jednak słuchano radia w prywatnych domach, u osób, które nie podporządkowały się nakazowi zdania radioodbiorników. (…)

Violetta Sajkiewicz i Robert Ostaszewski są autorami kryminału „Sierpniowe kumaki”, 2012, którego akcja dzieje się w mieście portowym nad Bałtykiem.

(…) Równo w południe Tomek, odświeżony parogodzinnym snem i kąpielą, stanął przed barem Bosman. Pani Terenia w jednym miała rację: stanowczo miejsce to nie przypadłoby do gustu Karolinie. Mimo, że położone w samym centrum miasta, omijane było przez turystów szerokim łukiem, może dlatego, że otoczone obskurnymi blokami z czasów późnego Gomułki nazbyt przypominało im rodzinne Pabianice czy Tychy.

Józef Garliński we wspomnieniach „Matki i żony” (1962) opisuje pobyt swojej irlandzkiej żony Eileen Frances Short  w Pabianicach.  Pani Short przeżyła wojnę w Warszawie, pracując dla Delegatury Rządu. Walczyła także w powstaniu warszawskim. 

(…) Wszystkie drogi były zatłoczone kolumnami niemieckimi, więc posuwano się bardzo powoli, dojechano jednak do Pabianic. Dalsza jazda była niemożliwa, zresztą front zahaczał już o miasto. Padał gęsty śnieg, gdy pokazały się pierwsze sowieckie czołgi a za nimi zmęczona i klnąca piechota. Był to już dziesiąty rok pobytu Eileen w Polsce. W ciągu tych lat poznała nasz kraj w okresie wolności, rozwoju i postępu (…) Eileen rozumiała doskonale, co dzieje się w polskich sercach. Dławił ją wstyd i ból, a palące łzy upokorzenia i bezsiły toczyły się po twarzy. W Pabianicach nie było z czego żyć i Eileen uznała, że musi sama zakrzątnąć się koło swoich spraw. (…)

Józef Garliński (1913-2005) – pisarz, historyk, rotmistrz, konspirator, więzień obozów koncentracyjnych,  autor m. in. pracy „Fighting Auschwitz”.

Grażyna Zarzycka w  „Etnolingwistyce” t. 17, 2005  opublikowała artykuł „Sposoby określania osób czarnoskórych w prasie lokalnej”, który jest istotnym przyczynkiem do dyskusji na temat zachowań dyskryminujących „innego”. Autorka skupiła się m.in. na opisie wizerunku osób czarnoskórych przedstawianych w lokalnych tygodnikach „Nowe Życie Pabianic” i „Życie Pabianic”.

(…) 3. Tematyka tekstów a wizerunek prasowy osób czarnoskórych w gazetach pabianickich (1990-2003)

Omawiane materiały pochodzą z następujących źródeł:

- „Nowe Życie Pabianic” (NŻP); wychodzi od 1990 roku – dwa razy w tygodniu (wtorkowe wydanie główne i wychodzący w piątek dodatek sobotnio-niedzielny, noszący tytuł „Życie Pabianic na Niedzielę” (ŻPnn). Dodatek ten od 1997 roku wychodzi pod zmienionym tytułem „Nowe Życie Pabianic na Niedzielę” (NŻPnn); nakład NŻP kształtuje się od kilku do kilkunastu tysięcy egzemplarzy jednorazowo.

- „Życie Pabianic” – druga ważna gazeta pabianicka – na rynku od 1997 roku: tygodnik; nakład – kilka tysięcy egzemplarzy.

Pabianice to 75-tysięczne miasto, satelita Łodzi, miejsce zamieszkania autorki tekstu. (…)

Etnolingwistyka – pismo powstało w 1988 r. i zajmuje się lingwistyką kulturową, i kognitywną.

http://dlibra.umcs.lublin.pl/dlibra/docmetadata?id=2622&from=publication

Adam Kurowski „Bijcie się z nami Messerschmitty!”, 1969; są to wspomnienia lotnika, który „leciał na Pabianice”.

(…) Zakręciłem – kochana krówka skoczyła. Pokazuję pospiesznie – start. W powietrzu dołączamy do szyku. Jest nas sześciu. Włączam radio. – Tadek, Kazik – tu Ewa. Tadek, Kazik – tu Ewa!! Lecieć na Pabianice, nabierać wysokości. Z południowego zachodu duża wyprawa bombowa. Powtarzam. Lecieć na Pabianice …

Alfons Hering, dziennikarz polonijny w USA, w 1996 opublikował wspomnienia „So, you wanted America”.  W 1939 roku trafił do obozu jeńców wojennych w Pabianicach.  

(…) The first days of October, 1939: I was in Pabianice, near Warsaw, where after our September defeat the Germans set up a temporary camp for Polish prisoners -of- war. A couple of days after our arrival, they selected a group of several hundred officers, including me as a Lieutenant, and loaded us into a train.

Józef T. Mieszkowski we “Wspomnieniach dziennikarza socjalisty”, 1971 pisze o nauce szkolnej w przededniu odzyskania niepodległości: (…) Obecnie doszły trudności z umieszczeniem nas, czwórki dzieci, w szkole. Rodzice zdecydowali się ostatecznie przenieść z austriackiego Piotrkowa do niemieckich Pabianic.(…) Okazało się przede wszystkim, że z moją adaptacją w czwartej gimnazjalnej w Pabianicach szło jak z kamienia. Zaraz na początku mojej tutejszej kariery szkolnej wdepnąłem w niezmiernie przykrą i żenującą nawet historię. Do nie powiatowych nawet Pabianic, do czwartej klasy tamtejszego nie upaństwowionego jeszcze koedukacyjnego gimnazjum przybywa nagle aż znad azjatyckiego Uralu jakiś "bezprizornyj" nieomal Józio. Ciocia Czesia nazwała go „modernistą”, często parafrazując znany wierszyk bystrookiego Boya – mędrca z krakowskiego Zielonego Balonika: Józio z krzywą buzią, czyli modernista. To jest taki chłopak, co wszystko robi na opak, każdego głupstwa się czepi. A wszystko chce wiedzieć lepiej. Otóż owemu prawie „bezprizornemu” Józiowi, który w Pabianicach dopiero zakończył rajd przez całą pożarem rewolucji płonącą Rosję – w charakterze raczej opiekuna niźli podopiecznego – polecają zasiąść grzecznie w pierwszych ławkach czwartej klasy, wśród najmniejszych wzrostem, a więc i na ogół najmłodszych wiekiem (…).


Bogdan Tuszyński w „Księdze sportowców polskich ofiar II wojny światowej”, 1999 oraz w opracowaniu „Za cenę życia: sport Polski Walczącej”, 2006  zwrócił uwagę na sportowca z Pabianic.

Kupka Tadeusz (1907-1939) lekkoatleta – maratończyk z Pabianic, ur. 21.01.1907 w Pabianicach, zginął 15.12.1939 w obozie hitlerowskim w Radogoszczy.

Łukasz Kamiński i Grzegorz Waligóra w pracy „NSZZ Solidarność 1980-1989: ruch społeczny”, 2010 piszą o podziemnym radiu w Pabianicach.

Podziemne Radio „Solidarność” w Pabianicach powstało na przełomie 1984 i 1985 z inicjatywy Marka Chwalewskiego i Jerzego Łuczaka. Jego uruchomienie stało się możliwe dzięki nadajnikowi typu „Gordon” wypożyczonemu im przez wiceprzewodniczącego RKW Ryszarda Kostrzewę. Co prawda, urządzenie było uszkodzone, udało się jednak je naprawić. Ponadto Chwalewski wykonał dwie kopie nadajnika – jedną wraz z oryginalnym sprzętem zwrócił Kostrzewie, drugą zaś przeznaczono do nadawania w Pabianicach. (…)

W tekście satyrycznym Jeremiego Przybory, który znalazł się w „Dziełach (niemal) wszystkich”, 2015 jest także wzmianka o licealistkach pabianickich.

(…) – Nie daj Boże – wspominał między innymi – sznurki się rozwiążą w czasie zwiedzania . Pewnemu krótkowzrocznemu motorniczemu rozwiązały się sznurki od bamboszy, przez nieuwagę, zawiązując niby własne, przywiązał sobie do swoich nóg sznurki od bamboszy dziewcząt  z Liceum Ogólnokształcącego nr … nie pamiętam  już który z Pabianic zwiedzających grupowo. Jego rozpaczliwe późniejsze szamotanie się z przywiązanymi do niego dziewczętami, przewracanie ich, wleczenie po schodach z głowami głucho tłukącymi po stopniach odwróciły uwagę wszystkich zwiedzających od bezcennych dzieł sztuki w zupełnie niewłaściwym kierunku.(…)

Wacław Wolski w „Rysach twarzy”, 1957  pisze o zainteresowaniu młodych łodzian nauką w handlowce pabianickiej, przed pierwszą wojną światową.

(…) Cała grupa miała się przenieść do handlówki w Pabianicach, bo wszystkie szkoły łódzkie były dla nich zamknięte. Edward był w doskonałym humorze, trudno było po nim poznać, że wraca z więzienia. – Cóż z tego, że mi nie wolno chodzić tu do budy? – mówił. Do Pabianic jedzie się tramwajem wszystkiego pół godziny. Poznałem w ciupie wspaniałych facetów, jeszcze ci o nich opowiem. Nie bili cię? – zapytał Julian. – Mowy nie ma. (…)

Stanisław Jeremi Rubach zebrał teksty o księdzu Stanisławie Świerczku proboszczu parafii św. Mateusza w Pabianicach w latach 1963-1989  – „Mozaika wspomnień”, 2018.  Tekst autorstwa Zdzisława Białęskiego „Prowokacja”  dotyczy wydarzenia z okresu stanu wojennego.

Nastał czas stanu wojennego. Wiemy – pamiętamy – jednakowo trudny dla wszystkich. Dla wielu nawet bardzo trudny. Tylko dla organizatorów „stanu” był on łatwy. Tak bowiem było … Któregoś dnia wyruszył Ksiądz prałat do Łodzi – samochodem – w jakichś sprawach. Po drodze – rutynowa kontrola drogowa – Panowie Milicjanci i … „prosimy się zatrzymać … prosimy prawo jazdy … prosimy światła i migacze…” Jak zwykle takich sytuacjach. W pewnej chwili …. „proszę księdza – zimno dzisiaj – siądźmy do samochodu i tam w cieple przejrzymy dokumenty księdza… „. Siedli – było rzeczywiście cieplej. I zaciszniej. Chwilę trwało sprawdzanie – za chwilę … „dziękujemy – kontrola skończona – proszę jechać dalej…” Pan Milicjant oddał dokumenty – wysiadł. Jakby zapomniał, że wsiadając postawił na tylnych siedzeniach jakąś teczkę, że jej nie zabrał wysiadając. Ksiądz Prałat też nie zwrócił uwagi na to wszystko. Zabrał dokumenty …. „dziękuję” ….  i pojechał.  

Nie ujechał daleko. Zaraz czekała druga kontrola – też drogowa – też Panowie Milicjanci ….”Dzień dobry – kontrola drogowa…” I prawie jednocześnie …. „a co ksiądz wiezie – co to za teczka tam z tyłu – zobaczymy co w niej …”. A w niej – nielegalna wówczas literatura – jakieś ulotki, jakieś listy, jakieś wykazy z nazwiskami. Jednym słowem wszystko bardzo trefne – a jednocześnie fałszywe – no bo to była szyta grubymi nićmi prowokacja.

Zachował Ksiądz Prałat spokój i rozwagę - … „nie ma na tym wszystkim ani jednego mojego odcisku palców …” – powiedział- … „ja tego nie miałem w ręku i na oczy nie widziałem. Proszę się spytać o to tych, którzy sprawdzali mnie właśnie przed chwilą”

I tym razem się udało – jakoś się udało. A nie była to jedyna tego rodzaju prowokacja.

Plebania cały czas żyła przecież „pod lupą”. Wiadomo było z którego domu i z których okien prowadzona była stała obserwacja plebanii, a do tego, aby było wygodniej obserwować – wycięto przecież nawet dwa drzewa stojące niejako „na linii” obserwacji. No ale to było – było, minęło. Tylko nawet wspominać niemile. A są teraz tacy, którzy z całym przekonaniem mówią : „Za komuny było lepiej”. I wierzą w to, co mówią.

O księdzu Świerczku nadmienia także Maciej Józef Kononowicz w książce ”Biskup Michał. Prolegomena do portretu”,1968 (Michał Klepacz ordynariusz łódzki). W 1966 roku biskup Klepacz rozpoczął promocję osoby  Maksymiliana Kolbego od zaproszenia do Łodzi i Pabianic, popularnych wówczas, pisarzy m. in.  Jan Dobraczyński,  Władysław Jan Grabski, Zbigniew Czajkowski, Mikołaj Rostworowski, Roman Brandstaetter, Alfred Łaszowski, Wojciech Żukrowski.

(…) Następna wątpliwość i zastrzeżenie, jakie ujawniłem, wiązało się z sugestią Ordynariusza najazdu uczestników sesji na plebanię w Pabianicach. Wiedziałem bowiem, że proboszcz pabianicki po niedawnym wypadku samochodowym ma nogi w gipsie i trudno mu będzie pełnić obowiązki gospodarza wobec kilkunastu osób. Ordynariusz odpowiedział tonem żartobliwym, że księdzu proboszczowi Świerczkowi, który jest prałatem Jego Świątobliwości, uchodzi podejmować nawet najwybitniejszych pisarzy w pozycji siedzącej w fotelu, że sprawą Mszy świętej zajmie się któryś z księży wikarych, a przygotowaniem obiadu dla pisarzy – siostry zakonne.

Wreszcie zobowiązujące mnie zaufanie  Ordynariusza kazało mi zapytać, czy podejmując decyzję patronowania sesji pisarzy katolickich brał pod uwagę opinię o tych właśnie pisarzach, wyrażoną w pewnej nocie opublikowanej na Zachodzie, określającej pisarzy katolickich jako zgłodniały tłum tych, co się sprzedają z konieczności lub handlują postępowością.

Ordynariusz uśmiechnął się gorzko i odpowiedział, że od lat żyje w Polsce i przez liczne kontakty i przyjaźnie z pisarzami ma swój własny sąd i opinię, budowane również w oparciu o owoce twórczości pisarzy, w oparciu o pożyteczne i szlachetne książki, które śledzi.

Według ustaleń Mariusza Łukasiewicza „Armia Księcia Józefa 1813”, 1986 w Pabianicach stacjonował Jean Louis Ebenezer Reynier (1771-1814) francuski generał Wielkiej Armii i Cesarstwa Francuskiego.

(…) mając pierwszą dywizję Lecoqa w Bolimowie, drugą gen. Sahra w Wiskitkach, a awangardę gen. Gablenza w Łowiczu, 8 lutego kwatera Reyniera znalazła się w Pabianicach. Dywizja pierwsza maszerując przez Maków, Głowno, Stryków dotarła do Zgierza i Bruzycy, a druga przez Bolimów, Lipce, Kolacin do Szadka. (…)

13 lutego 1813 roku rozegrała się bitwa pod Kaliszem między wojskami francusko –sasko-polskimi dowodzonymi przez Reyniera a wojskami rosyjskimi  pod dowództwem generała Ferdynanda von Wintzingerode. Nie była to zwycięska bitwa.


Mieczysław F. Rakowski w „Dziennikach politycznych: 1976-1978”, 2002 pisze o Pabianicach.

22 września. Nie zdążyłem jeszcze odnotować strajku, jaki w końcu lipca miał miejsce w Pabianicach. Robotnicy jednej z fabryk, z inicjatywy średniego dozoru technicznego, zastrajkowali, ponieważ z braku surowca (import)  otrzymali od 500 do 1000 złotych mniej. Premier zadzwonił do Kowalczyka i zapytał, czy już wiedzą, kto stał za tymi którzy strajkowali. Minister odrzekł, że głupia dyrekcja. A na to Jaroszewicz: „Nic nie wiecie, towarzyszu ministrze co się dzieje w Polsce. Tam, za nimi stał wróg”. Piotr jest już politycznym sklerotykiem, który cierpi na obsesję wroga. (…)

Mieczysław F. Rakowski – od 1958 do 1982 redaktor „Polityki”,  prezes Rady Ministrów w latach 1988-1989, I sekretarz KC PZPR.

Jerzy Putrament w tomie wspomnień „Zagranica”, 1985 opowiada o próbach odzyskania przez Szwajcara  fabryki chemicznej w Pabianicach. Po drugiej wojnie światowej Putrament był dyplomatą w Szwajcarii.

(…) Wspomniałem o CIBA. Ta potężna firma miała, jak wiadomo, fabrykę w Pabianicach. Prezes CIBA, Schmidt-Respinger, w związku z tym od razu po moim przyjeździe okazywał ogromną aktywność. Chodziło mu o uchronienie pabianickiej fabryki od upaństwowienia, a gdy to okazało się faktem – o reprywatyzację.

Był to niewysoki pan w wieku wyżej średnim, o dosyć agresywnym sposobie mówienia, typowym u człowieka, który zbyt długo spotykał się ze zbyt łatwą zgodą na wszystko, co mówił i czynił. Prawdopodobnie nie miał jeszcze ustalonej taktyki w sprawie Pabianic, zetknięcie się z naszym fenomenem trochę go zaszokowało, dlatego wobec mnie, na przykład, zachowywał się z bardzo wyraźną dwoistością. Jednocześnie potrafił być zdawkowo uprzejmy, a nawet zdawkowo-służalczy, zarazem zaś co chwila wygłaszał zdania dosyć  imperatywne.

Patrzyłem na niego nie bez skrajnego zainteresowania i również w nastrojach bardzo ambiwalentnych. Był to przecież pierwszy prawdziwy kapitalista, z którym miałem do czynienia. Oto ten wróg, którego zwalczam od lat kilkunastu! Jakże wygląda z bliska?

Więc, po pierwsze, wyskoczyły zeń cechy nieprzyjemne. Przy jednej z pierwszych wizyt zjawił się na Elfenstrasse z zawiniątkiem pod pachą. Po paru frazesach kazał to rozwinąć i wręczył mi, jako osobisty upominek, duży, złocony zegar z XVIII wieku. Zatkało mnie z furii. Czasem ta furia przyśpiesza w podświadomości procesy myślowe. Nie czekając ani sekundy, podziękowałem mu serdecznie, ze przyozdobił oto gmach naszego poselstwa. Nahlik zaraz to przetłumaczył. Schmidt już więcej na takie chwyty nie poszedł: ozdabianie urzędowej siedziby nie leżało w jego interesach.

W końcu stycznia, po przyjeździe naszej delegacji handlowej, rozpoczęły się pierwsze rokowania. Na czele delegacji stał przedwojenny socjalista, Rose. Był to starszy już pan, wysoki, chudy, o ostrych rysach, już ciężko chory na nadciśnienie. Spotykaliśmy się ze sobą wielokrotnie. Nie ukrywał swej antypatii nie tylko do Kota, ale i do Sikorskiego, natomiast bronił dosyć  wyraźnie sanacji. W tym właśnie przejawiła się moja niedojrzałość: strasznie byłem zaskoczony i nieufny. Dziś oceniłbym przede wszystkim jego odwagę i szczerość.

Już wtedy oceniłem jego zalety fachowe. Był to pierwszorzędny negocjator. Co prawda i on stosował ulubiony chwyt wszystkich adwokatów: przed rokowaniami rysował perspektywy jak najczarniejsze – żeby tym jaskrawsze okazały się skutki jego talentu. Ale talentu mu nie brakło na pewno.

Otóż pojechaliśmy z nim i z jego towarzyszami do Bazylei. Szwajcarzy chcieli nam pokazać swój przemysł chemiczny. Przeciętny Polak widzi Szwajcarię jako kraj zegarków i turystów. A tymczasem jest to kraj bardzo rozwiniętego przemysłu także ciężkiego, włókienniczego, spożywczego, a zwłaszcza chemicznego.

Oczywiście, Schmidt-Respinger zaraz nas przychwycił: zaczęliśmy od CIBY. Schmidt zaciągnął nas do swego gabinetu i tu wprost wywalił, że za wstępny warunek konkretnych powodzeń handlowych musi być poczytana reprywatyzacja jego pabianickiej fili. Był przy tym przedstawiciel Departamentu Handlu z Berna, Troendle. Tylko mu przytakiwał.

Wściekłem się i nie czekając na Rosego, powiedziałem mu parę słów o niewygodach wszelakich wstępnych warunków. Ochłonął, wrócił do uprzejmości i poprowadził do zakładów.

To już wtedy było coś ogromnego. Bardzo dużo laboratoriów. Piękne koty doświadczalne i tysiące myszy, świnek morskich, psów i królików. W farbiarni smród padliny. A jeszcze gdzieś serce królika - tętniące! To coś niesamowitego. Ponieważ sam mam z sercem kłopoty, nie mogłem na nie patrzeć.

Potem było śniadanie. Schmidt zaczął od razu od szampana, a na deser wygłosił przemówienie, w którym wrócił  do swego. Znowu replikowałem, a potem już poszedłem na dalsze zwiedzanie, wróciłem do Berna.

Schmidt w jaskrawy, rzekłbym, uproszczony sposób potwierdzał oleodrukową wizję klasycznego kapitalisty z tanich broszur wczesnego socjalizmu. Był bezwzględny w walce o doraźny interes swojej firmy. Jeszcze bardziej oleodrukowa zależność od niego urzędników federalnych z Berna. Zabawne, że i Rose w rozmowach ze mną próbował bronić jego racji.

Ale w tym jednobarwnym obrazie można było znaleźć pewne cienie i przejaśnienia. Więc w jego słowach pobrzmiewały nieraz nutki przeświadczenia, że epoka, która go wyhodowała – kończy się. Walczył o swoje kapitalistyczne racje – bo to było w naturze rzeczy. Ale ta natura się zmieniała. Czuł to silniej niż te wszystkie urzędasy, których los mógł jedną swoją decyzją poprawić czy zniweczyć – choć niby byli państwowi, nie CIBA-owi. Pamiętajmy bowiem, co to była za epoka: początek czterdziestego szóstego roku!. Wyglądało wtedy, jak i po pierwszej wojnie, że z kapitalizmu zostaną kopalne szczątki.

Jeszcze bardziej uczłowieczyła w moich oczach Schmidta jego wielka słabość: tytułomania. Chadzał koło nas, cały nacelowany na wyproszenie dla siebie tytułu konsula polskiego- choćby honorowego! – w Bazylei. Przed wojną miał ten tytuł. Nawet popierałem jego prośby. Ale w Warszawie postanowili inaczej, i chyba mieli rację: jego tytuł dawałby mu dodatkowe atuty w Pabianicach.

W książce „Niewolniczy chleb. Wspomnienia chłopów z lat 1939-1945” red. M. Róg-Świostek , 1970  jeden z jeńców wojennych opisuje przybycie do Pabianic we wrześniu 1939 roku:

(…) Na drugi dzień dotarliśmy do Pabianic. Gdyśmy wchodzili do miasta, wzmocniono kordon, żeby który z nas nie uciekł. Ale myśmy nie byli zdolni do tego po takim marszu i wygłodzeniu. W oknach kilka sztandarów hitlerowskich, ludzi na ulicy prawie nie widać, chyba wszyscy wymordowani. Znów nas filmują. Jedna miejscowa Niemka przyszła się nam przypatrzyć. Mówi nawet niezbyt płynnie po niemiecku, ale za to pluje na nas i wymyśla. Skręcamy do jakiejś starej fabryki, gdzie maszyn nie ma. Jest tam już dużo kolegów-żołnierzy, dziś niewolników. Na podłodze słoma tak zaścielona, jak dla koni. Położyliśmy się na niej i śpimy jak borsuki. Kamień by zapłakał na nasz widok. Połowa wygląda we śnie na trupy. W tej fabryce przebywaliśmy do 6 października, kiedy to ogłoszono zbiórkę i wybrano wszystkich, co byli ze Śląska, Poznańskiego i Pomorza. (…)


Ukazał się zapis rozmów prowadzonych przez Wiktora Krajewskiego z Aliną Dąbrowską, więźniarką Auschwitz zatytułowany „Wiem, jak wygląda piekło”, 2019.

Alina Dąbrowska  mieszkała w Pabianicach, tutaj chodziła do szkoły powszechnej i  gimnazjum, pracowała w firmie Lohmann-Werke, działała w Szarych Szeregach.

(…)  Dzień egzaminów do gimnazjum nie stresował Ali. Regularna i sumienna nauka dawała jej pewność, że nic nie zaskoczy jej na sprawdzianie. Nauczyciele przez cały czas nauki dziewczynki w szkole powszechnej dawali jej odczuć, że jest dobrą uczennicą. Mając czternaście lat, udzielała korepetycji słabszym kolegom. Rola pedagoga jeszcze bardziej dowartościowywała nastolatkę i utwierdzała w przekonaniu, że mama miała rację i dzięki wiedzy można cieszyć się szacunkiem i poważaniem rówieśników.  Oczywiście zdarzyło się kilka sytuacji w życiu Aliny, kiedy i ona znalazła się w poważnych, jak wydawało się jej się wtedy, tarapatach. Do pierwszej sytuacji doszło w trzeciej klasie szkoły powszechnej. Zakonnica prowadząca lekcję katechezy zwróciła uwagę małej dziewczynce, którą omawianie przykazań widać bardzo nudziło, że zachowuje się niewłaściwie.

- Alu, bardzo cię proszę, żebyś nie rozmawiała podczas lekcji. – Zakonnica w miły, ale stanowczy sposób zwróciła uwagę rozgadanej uczennicy, której włosy misternie splecione były w dwa warkocze.

- Jak będę chciała, to przestanę – odpowiedziała mała Alina i poczuła, że właśnie przekroczyła granicę, co wzorowej uczennicy nie powinno się nigdy zdarzyć, więc ziemia delikatnie usunęła jej się spod nóg.

Zakonnica spojrzała na nią karcąco, a Alina do końca lekcji nie pisnęła już ani słowa. Koleżanka z klasy, niejaka Posłówna, miała wielki ubaw z całej sytuacji i bardzo szybko doniosła wychowawczyni o krnąbrnym zachowaniu Bartoszkówny. Nauczycielka kazała Alinie natychmiast przeprosić katechetkę i obiecać, że już nigdy nie dopuści się takiego czynu. Alina oczywiście prośbę nauczycielki wykonała i przyrzekła przed samą sobą, że skoro Posłówna  jest skarżypytą, już nigdy nie odezwie się do niej. Co też się stało.

Drugi wybryk szkolny Aliny też był dla niej lekcją – chyba najpoważniejszą, jaką wyniosła ze szkolnych murów i którą zapamiętała do końca życia. Lekcje łaciny były jej ulubionymi chwilami z całego spektrum gimnazjalnych przedmiotów. Deklinacje i koniugacje według skomplikowanych zasad opanowała do perfekcji, a że była głodna wiedzy, na zajęcia z profesorem Kermicznym co tydzień czekała z utęsknieniem. Pech chciał, że pewnego razu przy biurku nauczyciela postawiła krzesło, które niespodziewanie w trakcie zajęć zawaliło się, gdy nauczyciel chciał przysunąć je do biurka. Winowajczyni całego zamieszania odnalazła się bardzo szybko, bo łacinnik poczuł się zignorowany i niemal ośmieszony przed całą klasa.

- Po tobie się tego nigdy bym nie spodziewał, Alino. Dyrektorka szkoły spokojnie dała wzorowej uczennicy reprymendę, bo wiedziała, że od teraz Bartoszkówna zastanowi się trzy razy, gdy najdzie ją ochota na szkolne psoty. Wyjście z sytuacji znalazło się bardzo szybko – Alina nie tylko musiała przeprosić profesora, ale również obniżono jej ocenę ze sprawowania na półrocze. Był to dla niej cios. Dyrektorka była głucha na jej prośby, że to się już więcej nie powtórzy, że przeprasza za wszystko i wie, że za swój wybryk jak najbardziej powinna dostać ustną naganę, ale żeby tylko nie obniżać jej stopnia. Widząc więc, że dla dziewczyny cenzurka jest istotnym elementem, jeśli nie najważniejszym w tamtym okresie, dyrektorka zgodziła się nie wystawiać jej oceny na sam koniec w ogóle. W ten sposób na świadectwie czwartej klasy gimnazjum w rubryce „zachowanie” u Aliny Bartoszek widnieje puste miejsce.

(…) Ala nie spodziewała się, wychodząc na egzamin, że spotkanie dalekiej kuzynki jej mamy będzie miało duży wpływ na to jak potoczą się jej losy za kilka lat, i że ten fakt pośrednio przyczyni się do tego, że wielokrotnie wyjdzie z uścisku śmierci obronną ręką. Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie podejrzewa, że decyzje, które podejmujemy jako nastolatki, tak bardzo mogą zaważyć na naszym dalszym losie. W każdym razie Alina Dąbrowska tego się nie spodziewała.

Jak przystało na dziewczynkę dobrze wychowaną, podbiegła do ciotki, żeby się z nią przywitać. Mama Aliny zawsze powtarzała, że dobre maniery są kluczowe w zachowaniu prawdziwej damy, toteż Ala bardzo starała się przestrzegać kindersztuby, czasami aż zanadto, wywołując tym szczery uśmiech na twarzach dorosłych.

- Dzień dobry, ciociu.

- Witaj, Alinko.

Wzrok Aliny przeniósł się na dziewczynkę, która towarzyszyła ciotce. Na pierwszy rzut oka stwierdziła, że są w podobnym wieku. I pojawiła się w niej myśl, że może właśnie niespodziewanie spotkała swoją przyjaciółkę, z którą będą dzielić sekrety, wspólnie się uczyć i wymieniać ulubionymi książkami. Alina uwielbiała  „W pustyni i w puszczy” i może nie do końca  byłaby chętna użyczać swojej ulubionej książki, ale czego nie robi się dla przyjaźni. Ciotka, widząc zainteresowanie na twarzy swojej dalekiej siostrzenicy, wpadła dokładnie na tę samą myśl.

- To jest Ela Fabijańska, która przez jakiś czas będzie pod moją opieką. Będzie u mnie mieszkać i chodzić do twojego gimnazjum. Jej tatuś jest bardzo chory i nie może sia nią zająć. Poza tym jesteście rodziną, ale bardzo daleką, dlatego się nie znacie.

Ciotka doskonale wiedziała, jak podejść Alę, żeby wzbudzić w niej poczucie odpowiedzialności.

- Wiem, że masz dobre serce, więc liczę, że zaopiekujesz się nią tak, jak umiesz najlepiej, i pokażesz jej wszystko.

Dziewczynki wymieniły uśmiechy i mimo że nie zdążyły jeszcze zamienić z sobą ani jednego słowa i znały tylko swoje imiona, pojawiła się między nimi nić porozumienia i sympatii. Bo Ala, chociaż podziwiana i na przerwach zawsze otoczona przez wianuszek przyjaciółek, nieustannie czuła się jak debiutantka. Cóż, perfekcjonistki tak czasem mają.

- Nowa koleżanka Ela niespodziewanie okazała się dla pani zbawieniem…

- Rzeczywiście. Moja znajomość z dziewczynką, którą opiekowała się ciotka, z perspektywy czasu nazwałabym opatrznością Bożą, bo dzięki niej podjęłam decyzje, które później miały ogromny wpływ na moje więzienne i obozowe życie. Ela nie jest pewnie świadoma, ile jej zawdzięczam, a być może nawet pośrednio wielokrotnie uratowała mi życie … Ta historia to doskonały dowód na to, jak nasze błahe wybory wpływają na całe życie.

- Zacznijmy od początku.

- Jako uczennicy szkoły powszechnej zawsze największą frajdę sprawiała mi nauka języków obcych. Już jako mała dziewczynka słuchałam audycji radiowych, które nadawała stacja francuska. Tak zrodziła się we mnie miłość do tego języka, którego wówczas nie rozumiałam. Ta intonacja, akcent … Mogłam siedzieć w kuchni z radioodbiornikiem, a świat dookoła dla mnie nie istniał. Marzyłam o tym, żeby rozumieć, co mówią te damskie i męskie  głosy. Wyobrażałam sobie całe historie opowiadane w języku, który kochałam, zupełnie go nie znając. To ciekawe, jak może działać nasza wyobraźnia. I gdy okazało się, ze w gimnazjum klasy będą podzielone ze względu na naukę języka obcego, zapragnęłam być wśród tych szczęśliwców, przed którymi zostaną odkryte tajniki francuskiego. Bardzo w duchu modliłam się, żeby nie znaleźć się w klasie z językiem niemieckim, ponieważ nie podobał mi się zbytnio. Jego melodia była taka toporna … a francuski miał w sobie tyle magii … Poza tym niemiecki był bardzo powszechny i można było usłyszeć go na co dzień. Co więc mogło być w nim fascynującego? Codzienność bywa bardzo nużąca. W sumie żadna z moich szkolnych koleżanek nie chciała uczyć się niemieckiego, tak że gdy okazało się, że o wyborze zdecyduje tylko i wyłącznie łut szczęścia, czyli losowanie. Wiedziałam, że może być różnie. W duchu modliłam się, żeby to właśnie mnie przypadł w udziale los, który pozwoli mi spełnić moje największe marzenie. I tak się stało. Na karteczce przeczytałam „język francuski”. Ile szczęścia przeżywa młoda dziewczyna, gdy spełniają się jej marzenia! Miałam je na wyciągnięcie ręki …

- Chyba jednak to marzenie się nie ziściło do końca.

- Problem polegał na tym, że podopieczna mojej ciotki, czyli Ela, wylosowała język niemiecki. A więc musiałybyśmy zostać rozdzielone, a ja dałam słowo mojej cioci, że zrobię wszystko, aby Ela czuła się zaopiekowana. Wszak była nowa w naszej szkole.  A że obietnica to dla mnie słowo święte, nie myślałam zbyt długo i z koleżanką z ławki wymieniłyśmy się losami. Nawet przez myśl nie przeszło mi wtedy, ze w ten sposób być może wymieniam się na coś, co później pomoże mi przetrwać. Z perspektywy czasu mogę właściwie powiedzieć, że wymieniłam się na życie. Bo znajomość niemieckiego wiele razy pozwoliła mi uniknąć sytuacji, które mogłyby zakończyć się dla mnie bardzo źle. To doświadczenie nauczyło mnie, że życiem rządzą przypadki. A może przez cały ten czas ktoś czuwał nade mną na górze, żebym  z tych wszystkich sytuacji wyszła cało? Tak, Opatrzność była moją przyjaciółką przez całą wojnę.

(…) Jednopokojowe mieszkanie przy ulicy Żwirki i Wigury 15 w Pabianicach stało się ich domem na dłuższy czas, bo do wybuchu wojny. Wysiedlono ich dokładnie w 1940 roku.

- Warunki były bardzo skromne, ale żyło nam się tam dobrze. Jakoś ta mała przestrzeń nie sprawiała nam większego problemu. Bardzo lubiliśmy swoje towarzystwo i nigdy nie byliśmy sobą zmęczeni. Pamiętam, jak pewnego razu mój brat Zenio dostał nowa wersalkę do spania. Jaki on chodził dumny! Prawie pękał z tej dumy. Gdy przychodzili do niego koledzy, żeby zobaczyć nowy nabytek, który stanął w pokoju, zdarzało się, że pytali brata, czy mogą na chwilę się położyć. Zenio godził się pod warunkiem: musieli mieć czyste buty, żeby dostąpić tego zaszczytu. Zawsze uważnie sprawdzał ich stan, anim pozwolił komukolwiek zbliżyć się do wersalki.

- Z czasem jednak kazano wam opuścić to mieszkanie…

- Rzeczywiście nastał taki dzień, kiedy wszyscy z naszej kamienicy zmuszeni byli spakować cały swój dobytek i natychmiast ją opuścić, bo po wkroczeniu Niemców do Pabianic potrzebowali oni kwater dla siebie. Moja kamienica akurat trafiła w ręce Oskara Schmaltza, który przejął cały budynek na siedzibę swojej firmy. Początkowo zajął jedno piętro, ale jego działalność się rozrosła i tym samym potrzebował więcej powierzchni. Dostaliśmy wtedy przydział na mniejsze mieszkanie, pokój z balkonem. I tu też można zauważyć, ze to chyba łut szczęścia sprawił, że mieliśmy balkon, który odegrał kluczową rolę, gdy Niemcy zapukali po moja siostrę do naszych drzwi. Do dzisiaj pamiętam mój adres: Maria –Theresia – Gasse 2. Dziś jest to ulica Batorego.

(…) Muszę również dodać, że w trakcie wojny zobaczyłam takie cechy moich krewnych, które do tej pory były ukryte albo ja nie zwracałam na nie uwagi.

- Co ma pani na myśli?

- Chodzi o bardzo dużą tolerancję oraz wolność od antysemityzmu. Tak bym nazwała te dwie cechy, które raptem stały się dla mnie bardzo widoczne i których nie zmieniła wojna. Bo wojna to doskonały sprawdzian tego, jakim się jest człowiekiem i co tak naprawdę nosi się w sobie. Wojna ujawnia nasze prawdziwe oblicze, bo chęć przeżycia jest dojmująca i - jak widać po wielu ludziach – cena za to czasami bywa bardzo słona. Pabianice od zawsze były miastem, w którym wiele narodowości żyło ze sobą w symbiozie. Byliśmy my, Niemcy oraz Żydzi. Tych ostatnich było wielu. Z powodzeniem prowadzili własne sklepy i inne biznesy. Wielu z nich było naszymi sąsiadami, z którymi moja rodzina utrzymywała bardzo dobre stosunki, nawet koleżeńskie. Później, już w trakcie, wojny wielokrotnie zdarzało się, że do mojej mamy pukali Żydzi z prośbą o jedzenie czy inną pomoc. Moja mamusia nie zostawiała ich w potrzebie i mimo że sami nie mieliśmy aż tak wiele, zawsze była pierwsza do pomocy. Wychodziła z założenia, że być może ona za chwilę znajdzie się w podobnej sytuacji i też będzie zmuszona schować dumę do kieszeni i błagać drugiego człowieka o kromkę chleba. (…)

Moja mama wielokrotnie narażała swoje życie, ponieważ w naszym domu mieszkali Niemcy. Budynek stał niedaleko od getta, tak że bardzo często jego mieszkańcy przechodzili przez nasz dom. Moja mama udzielała im schronienia na strychu. Tylko ona miała klucz do tego pomieszczenia, wiec była pewna, że nikt inny nie wejdzie tam bez jej wiedzy, żeby zrobić niespodziewanie nalot. Podpatrzyłam, jak w tajemnicy wynosi z naszego mieszkania talerz z jedzeniem i powoli skrada się po schodach na górę, rozglądając się podejrzliwie na boki, czy nikt jej nie widzi. Dobrze wiedziałam, na jakie bohaterskie czyny jest gotowa, ale za każdym razem, gdy poruszyłam ten temat i pytałam wprost, po co znowu poszła na strych, mama nabierała wody w usta i milczała jak zaklęta. Nie chciała za żadne skarby zdradzić swojego sekretu. Za każdym razem zbywała mnie tą sama odpowiedzią, że wszystkiego dowiem się w przyszłości, a teraz mam udawać dla jej i własnego dobra, że nic nie widziałam. (…)

W lutym 1940 roku zapada odgórna decyzja, ze pabianicka Szkoła Rzemiosł przy ulicy Piotra Skargi musi zakończyć działalność. Na pewien czas wstrzymano również linię produkcyjna, która do tej pory nieprzerwanie działała w budynkach placówki. Nie minęły trzy miesiące, a dawny kompleks szkolny przejęła firma Lohmann-Werke. Była to instytucja z tradycjami, która powstała w 1882 roku w Londynie. Po czternastu latach otworzono jej niemiecki oddział w Bielefeld. Niemcy z Bielefeld postanowili jednak iść za ciosem i otworzyć drugą placówkę, a Pabianice, z całym swoim prężnie funkcjonującym zapleczem technicznym, okazały się do tego idealnym miejscem. Aby maksymalnie wykorzystać  potencjał urządzeń pozostawionych w szkole zarządcy fabryki przymusili do pracy wszystkich jej pracowników oraz absolwentów. W sumie w Lohmann-Werke zatrudnienie znalazło prawie pięćset osób. Na czele filii stanął Harald Sudeck, który charakteryzował się ogromnym okrucieństwem. (…)

- Moja praca w Lohmann-Werke zbiegła się w czasie z utworzeniem Szarych Szeregów w Pabianicach i moim przystąpieniem do nich. Początkowo bardzo się martwiłam, ze obowiązki w zakładzie pochłoną mi masę czasu, przez co moja podziemna działalność zejdzie na dalszy plan albo całkowicie będę zmuszona z niej zrezygnować. Nie wyobrażałam tego sobie. Bo chęć działania rosła we mnie z tygodnia na tydzień i musiałam dać jej upust. Okazało się, że choć moja praca ma się nijak do działań Szarych Szeregów, to jestem bardzo przydatnym działaczem. Niemcy potrzebowali głupiej siły roboczej, a nie wykształconej młodzieży. Stąd też pojawił zakaz nauczania. Za złamanie go groziła wywózka. Ale, ja, nie myśląc wiele, zobowiązałam się, że będę przygotowywać dla młodych ludzi teksty, z których będą mogli czerpać wiedzę przydatną im później do życia.(…)

Gdy 13 maja 1942 roku Alina obudziła się rano, poczuła się dziwnie. I nie chodziło o żadne konkretne objawy fizyczne choroby, która miała ją za chwilę dopaść. Wrażenie, które pojawiło się w niej o poranku, gdy otworzyła oczy, było jej obce. Wszystko niby układało się dobrze – jeśli w wojennej rzeczywistości w  ogóle można tak było powiedzieć – i dzień zapowiadał się dość miło, ale gdy Alina wyszła z domu, miała wrażenie, że lada chwila stanie się coś złego, że zło czai się za rogiem i zaatakuje znienacka. Chociaż nic nie zwiastowało pędzącego w jej stronę nieszczęścia …


https://alina-dabrowska-wiezniarka-auschwitz-birkenau.weebly.com/



W książce Katarzyny Meloch „Dzieci Holocaustu mówią”, 2008  znajdujemy opowieść pabianicką: (…) Zamieszkałyśmy obie u pani Marty. Ona wkrótce przeniosła się do lokalu na niższym piętrze, a my zostałyśmy w jej mieszkaniu. Było to możliwe, ponieważ oficjalnie głównym lokatorem został brat mamy, Romek, pracujący w dużej fabryce w Pabianicach. Jej niemieccy właściciele chronili swoich pracowników. Dopiero przed kilku laty dowiedziałam się, że właścicielami tymi byli krewni wielkiej postaci w przedwojennej Polsce biskupa ewangelickiego Juliusza Bursche, zamordowanego przez nazistów” (…)

Pociągi przejeżdżające,  w różnych okresach historii przez Pabianice  trafiają na karty książek. Józef Spychalski „Powtórka z ideologii”, 1986 : (…) Około dziesiątej powinniśmy być w Łodzi. Jechali trasą przez Ostrów i Kalisz. Gdy minęli Sieradz, nowa fala podniecenia zaczęła ogarniać podróżnych. Wypatrywali teraz znajomych miejscowości, osadzonych wśród jesiennych pól i sosnowych zagajników czerniejących na horyzoncie. W niewielkiej odległości od Pabianic pociąg stanął. Z wysokiego nasypu widać już było fabryczne kominy i warkocze dymu pełznące wolno po niebie. Kilku krewkich mężczyzn wyskoczyło z wagonu i pobiegło w stronę lokomotywy, wygrażając pięściami, ale maszynista był nieubłagany. Tym razem złożenie okupu przypadło Walisiakowi. Korpulentny nauczyciel długo zastanawiał się nad wyborem, wreszcie westchnął głęboko i rzucił na rozpostarty koc kwestujących paczkę cameli. – Niezły psycholog z tego kolejarza. Gdyby stanął wcześniej, kiedy w wagonach panował jeszcze spokój, moglibyśmy poczekać, aż inne pociągi zmusiłyby go do jazdy. Bóg z nim, najważniejsze, że dojechaliśmy szczęśliwie. 

W „Listach J. Baudouina de Courtenay do A. Černego”, 1972 czytamy o wizycie światowej sławy językoznawcy w Pabianicach: (…) więc już po rozpoczęciu „kroków wojennych”, o których wtedy nie wiedziałem wyjechałem do Pabianic na odczyt, który miał się odbyć we czwartek, 13-go, rano o 10-ej. Z powodu zamieszania wywołanego wypadkami warszawskimi, odczyt ten mogłem zacząć dopiero o 11-ej minut 20, znacznie go skróciwszy. Po odczycie, o 1-ej (13-ej) z minutami wyjechałem do Warszawy, ale mogłem dojechać tylko do Łodzi, gdzie musiałem czekać u znajomych całe 4 dni (…).

W XIX wieku pabianiczanie emigrowali w poszukiwaniu pracy i lepszych warunków życia  m. in. do Brazylii oraz na Syberię. Wspomina o tym Barbara Jędrychowska „A Siberian Biełystok…” w: Czech- Polish Historical and Pedagogical Journal, 2015.

(…) The majority of these people came to Siberia with the help of agents that convinced them to move to this region. In the Kingdom of Poland the action was being organized until the end of 19th century. Entire families were included in special lists, and these were not only peasants. There were also, among others, weavers from the vicinity of Łódź, Zgierz, Pabianice, or Sieradz who, as a result of the economic stagnation of the beginning of the 1880s were out of work, which led to their mass migration.

Polski Kalendarz Republikański z 1921 roku informował dość enigmatycznie  o jarmarkach pabianickich.

Pabianice, jarmarków 6: w poniedziałek po św. Agnieszce, we wtorek po św. Józefie, w poniedziałek po św. Alojzym, przed św. Wawrzyńcem, we wtorek przed św. Szymonem, we czwartek  przed św. Tomaszem.

Edward  Kozikowski w książce „Łódź i pióro”, 1972  opisuje   wizytę u Zygmunta Bartkiewicza, pisarza urodzonego w Pabianicach.

(…) Był to typowy dworek staropolski, niewielki zresztą. Nie wiem, w jaki sposób Bartkiewicz stał się właścicielem owej habendy, bo  przecież urodził się w Pabianicach, a lata szkolne i cząstkę młodości  spędził w Łodzi. Może posiadłość tę nabył, a może po kimś odziedziczył? Nie miałem okazji się dowiedzieć, a pytać go było nijako. (…)

Rozglądając się po ścianach, zauważyłem rozmieszczoną obok obrazów kolekcję starej broni. Przypatrywałem się jej przez chwilę z niemałym zainteresowaniem. Dostrzegło to oko Bartkiewicza, bo zaraz powiedział jakby od niechcenia, a może tylko okazując obojętność:

- Widzę że panu dobrodziejowi w szanowne oczko wpadły moje szabliska i karabele, którymi obcinało się uszy, nie tyle wrogom, co przeciwnikom … A było ich sporo! Z natury jestem łagodnego usposobienia, ale temu, kto mi wejdzie w paradę, nie lubię ustępować…

- Jak to, to i pan także? – zapytałem trochę z głupia frant, choć słyszałem, że Bartkiewicz był nie lada pojedynkowiczem i liczył na swoim koncie chyba z dziesięć co najmniej honorowych spraw z bronią.

- Przodkowie moi bili się z odwiecznymi wrogami – odpowiedział – a ja z różnymi przygodnymi adwersarzami, którzy zaczepiali mnie w pismach. Ma się jeszcze dobrą rękę i niezgorsze oko, więc dawało się im nauczkę, a ponieważ była skuteczna, przeto w las nie poszła. Dziś nie mam już z kim się pojedynkować. Szabla  zardzewiała, wojny nie widziała …

- Widzę, że krewki i bitny naród rodzi ziemia łódzka – rzuciłem niby żartem, choć niewątpliwie z ukrytą myślą. Nie przypuszczałem ani na moment, że powiedzenie moje spotka się z miejsca z ostrą reakcją.

- Panie! – zawołał głosem mocno poddenerwowanym – tylko bez zakamuflowanych aluzji! Wiem, rozumiem, co pan ma na myśli! Dziecko przejrzałoby na wskroś pańskie intencje. Wywodzę się po ojcu i po matce ze starych rodów szlacheckich, to tak dla wiadomości pana, i despektem dla mnie byłoby, gdyby ktoś mi skórę wygarbował. Jeśliby groziłby mi taki casus, siedziałbym cichcem jak borsuk w norze, bo o ośmieszenie nietrudno, a nie ma gorszej rzeczy niż stać się tematem  uszczypliwych rozmów.

- Nie było na pewno moim zamiarem – wyjaśniłem – dotknąć pana czymkolwiek, a moja ogólnikowa uwaga o krewkości temperamentu ludzi pochodzących z Łodzi czy Pabianic nie zawierała najmniejszej złośliwości. Podobne intencje były mi całkiem obce.

Widziałem, że udobruchał się nieco. Sięgnął zaraz po butelkę z nalewką. Napełnił kieliszki i tak, poruszając różnego rodzaju sprawy mniejszego i większego kalibru i gawędząc beztrosko – wyraźnie już ożywieni, jako że po przełamaniu pierwszych lodów – spędziliśmy na rozmowie chyba ze trzy godziny.

Zygmunt Bartkiewicz (1867-1944) – pisarz, dziennikarz, felietonista, autor m. in. opisu Łodzi „Złe miasto”, 1911.

Nawet chałtury pabianickie są uwzględniane w biogramach artystów. Słownik Biograficzny Teatru Polskiego, 1973 :

Frączkowski Franciszek (7 X 1878 Warszawa – 17 IX 1931 Lwów), aktor, reżyser, dyrektor teatru. Był synem Andrzeja F. i Anieli z Szymańskich. Debiutował w 1898 w Pabianicach w zespole R. Romanowicza, potem był u L. Bogdanowicza w Płocku. Od 1899 występował w teatrach krakowskich, początkowo w niewielkich rolach, jak np. Sekwestrator (Chłopska polityka”), potem w większych, jak np. Skopek („Złota czaszka”), Maciuś („Zaczarowane koło”).  W 1900 wyjechał do Ameryki na zaproszenie komitetu organizacyjnego budowy Teatru Polskiego. Po powrocie musiał odbyć służbę w wojsku rosyjskim. (…)

Jan Gebethner „Młodość wydawcy”, 1989 pisze, że wybierał się do Pabianic na wesele kuzyna.

(…) Wróćmy jednak do spraw rodzinnych. Mój kuzyn Janek Herse, z którym jak wspomniałem, żyłem bardzo blisko, postanowił wstąpić w związki małżeńskie, żeniąc się z panną Kindler, córką przemysłowca z Pabianic. Wesele, i to bardzo huczne miało się odbyć w Pabianicach w pałacu Kindlerów, który znajdował się blisko ich fabryki, we wrześniu i ja naturalnie byłem na nie zaproszony. Na tę miłą uroczystość szykowałem się już od paru tygodni. Tymczasem całe plany zostały przekreślone chorobą mojej matki.

Andrzej Pilipiuk w powieściach   fantastycznych "Zły las”, 2019 i  „Szewc z Lichtenrade”, 2012 wprowadził postać  Zygfryda Pabianickiego.

„Zygfryd Pabianicki 1889-1940, twórca i dyrektor Instytutu Kryptozoologii”.

W Słowniku Muzyków Polskich, 1964 znajduje się biogram zapoznanego artysty z Pabianic – Tadeusza J. Stefana.

Stefan Jerzy Tadeusz 2 I 1905 Pabianice, 1 V 1961 Toruń, skrzypek, pedagog i dyrygent. 1929 ukończył studia muzyczne w Państwowym Konserwatorium Muzycznym w Poznaniu. 1927-35 był profesorem Konserwatorium w Bydgoszczy, 1935-39 kierownikiem muzycznym Rozgłośni Polskiego Radia i profesorem gry skrzypcowej w Konserwatorium Pomorskiego Towarzystwa Muzycznego w Toruniu. 1945 organizował szkolnictwo muzyczne na pomorzu. Od 1945 był profesorem a od 1956 dyrektorem PŚSM w Toruniu. 1950-55 był koncertmistrzem Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Od 1927 nie przerywał działalności koncertowej. W 1938 został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi za działalność artystyczną i pedagogiczną. Opracowania: Etiudy skrzypcowe op. 37 Donata (PWM 1956), 36 etiud Kaysera (wyd. PWM 1957, 1958), 36 etiud Fiorillego (PWM 1957). Jest także tłumaczem pracy Steinhausena Die Physiologie der Bogenfὔhrung auf den Streichinstrumenten.

Wojciech Natanson w książce „Uśmiech i poezja Jana Sztaudyngera”, 1976  opisuje m. in. reakcje dzieci na  występy  Mistrza.

(…) Przez ławki, krzesła, stół zaczęły skakać. Spadła na mnie cala ich gromada. Jedno i drugie pochwyciło lalkę. Trzecie mi siadło ufnie na kolana. Czwarte na głowie. Czwarte na głowie położyło rączkę. A każde chciało zbliżyć się do lalek, aby się przyjrzeć im, aby ich dotknąć. Równie intensywnych przeżyć doznał Sztaudynger w Pabianicach, gdzie go szczególnie często  i z zapałem zapraszano. Również i tam przyjeżdżał na spotkania autorskie w towarzystwie lalek – między innymi Kubusia wprowadzonego przed wojną w Poznaniu i nazwanego tak na cześć opiekuna lalkarskich teatrów, mądrego kuratora okręgu szkolnego, Jana Jakóbca.

Według Juliusza Łukasiewicza, autora „Początków cywilizacji przemysłowej na ziemiach polskich”, 1988 : Pierwszy zakład przemysłowy produkujący lekarstwa powstał w 1899 w Pabianicach (przedtem dominowała produkcja w laboratoriach przyaptecznych).

Pabianice łączą się z najstarszą historią Polski. Stanisław Kaczkowski „Rozprawy tyczące się pierwotnych dziejów Polski”, 1852 :

(…) Urodzenie Bolesława Krzywoustego podają nasi i obcy w r. 1085. Ucieszony przyjściem na świat syna, za wstawiennictwem się  w trzy dni po rozwiązaniu zgasłej Judity, obdarzył Władysław Benedyktynów Tynieckich dobrami Książnice, Kapitułę Krakowską Kasztelanią Pabianicką, w owym czasie Chropie zwaną, a Kapitułę Władysławską Kasztelanią Łągowską w Sandomierskim.

Stanisław Bonifacy Wierzbowski (1659 Kraków – 1728 Łask)  jest autorem pamiętnika „Konnnotata wypadków w domu i w kraju zaszyłch od 1634 do 1689”. Opisuje między innymi epizody wojny ze Szwedami i wymienia Pabianice.

(…) Nie mogę zapomnieć poważnego dzieła JMciej  Pana Czarnieckiego Stefana, wojewody ruskiego, który z murzą tatarskim puścił się był do wojska naszego ku Lwowu, kędy Imć Pan hetman wielki zostawał. Ten w drodze od Tatarów wziął wiadomość, że Szwedzi kommonikiem szli od Krakowa do króla swego ku Warszawie. Było ich 4200. Napadł na nich pod Lipiem (wieś w radomskim powiecie) wspólnie z Tatarami. Bronili się mocno Pludrzy (Szwedzi), ale im dotrzymano placu. Zniesiono większą część, a Tatarowie drugich na swoją opiekę pobrali. Nasz Pan wojewoda łęczycki powrócił się od Piotrowina w powiecie lubelskim z nami; a za Piotrkowem zlecił komendę Panu Łukaszowi chorążemu. Odprowadził Pan Łukasz chorągwie trzy za Pabianice. Tam się też każdy obrócił do domu swego.

Rafał Orlewski w „Igliwiu”, 1972 : (…) Dwa pejzażyki utkwiły mi w pamięci, niby dwie małe wiosny. Pierwszy w Pabianicach. Słońce żółciło się inaczej niż na wsi, wisiało na drutach jak wafle na lody, nawet buty esesmana były pastelowe. I lura brukwiana, którą nas obdzielono miała coś ze słońca. Może dlatego nie skarżyłem się matce na ból brzucha, tylko biegłem do ustępu, jedynego wtedy lekarza (…).

Józef Winiewicz we wspomnieniach „Co pamiętam z długiej drogi życia”, 1985  przypomina peerelowskiego dygnitarza, który  interesował się postępami gospodarczymi na prowincji.

(…) Hilary Minc był wtedy ministrem przemysłu i handlu. Urzędował w dawnym gmachu ambasady radzieckiej na ulicy Poznańskiej. Dziś mają tam swą siedzibę wydawnictwa gospodarcze. Witał mnie korpulentny pan z ostrym, badawczym spojrzeniem, jakby ironicznym. Siedział przy biurku z  pięcioma lub sześcioma aparatami telefonicznymi, przez które porozumiewał się przy mnie to z Katowicami, to z Gdańskiem, wreszcie z Łodzią. Chodziło o dziwne dla normalnego kierownika gospodarki państwowej zainteresowania. Czy dla górników już nadeszło masło i słonina? Czy odszedł jakiś statek z węglem? Ile wydobyto ton węgla? Czy w Pabianicach ruszyły jakieś tam krosna? Roześmiał się, widząc moją zdziwioną minę. – Trzeba poganiać. Nie wolno lekceważyć drobiazgów, póki kraj się nie rozkręci.

Józef Winiewicz – dyplomata, dziennikarz, minister spraw zagranicznych.


Jan Tomkowski w „Czarnym elementarzu”, 2014 pisze o szkolnej wycieczce do Pabianic, która pozostawiła niezatarte wrażenie.
(…) Opowiadam tę historię, bo mam wrażenie, że  również w moim życiu wszystko, co najważniejsze zdarzyło się w szkole. (…) Widziałem Paryż, Londyn, Rzym, ani przez chwilę nie doznając wzruszenia, jakie ogarnęło mnie w trzeciej klasie, podczas wycieczki do Pabianic. Otrzymując świadectwo ukończenie szkoły (ach, mniejsza o oceny, któż zwracałby na nie po latach uwagę?) miałem się tak, jakby wręczono mi wilczy bilet. Zdaje mi się, że najważniejsze nagrody i wyróżnienia (bo odznaczeń nie posiadam) otrzymałem w dzieciństwie. Nikt już potem nie zwracał na mnie uwagi i chyba nikomu nie byłem potrzebny.
Jan Tomkowski – prozaik, eseista, historyk literatury.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij