www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Akcja na gniazdo UB

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Akcja uwolnienia więźniów z Urzędu Bezpieczeństwa w Pabianicach w czerwcu 1945 roku została opisana w wielu publikacjach, m. in. Aleksander Arkuszyński „Przeciw dwóm wrogom”, Łódź 2009 oraz Roman Peska „Kontra cichociemnego”, Pabianice 1995.

Już po zakończeniu drugiej wojny światowej nowe władze przystąpiły do likwidacji oddziałów wojskowych Polskiego Państwa Podziemnego. W Pabianicach aresztowano wielu żołnierzy AK, w tym Walentego Zorę „Jana”, komendanta Obwodu Pabianice AK oraz Kazimierza Kusiaka „Wojnowicza”, szefa oddziału dywersyjnego Obwodu Łask.

Wiadomość o aresztowaniach dotarła do majora Adama Trybusa „Gaja” – cichociemny, b. szef Kedywu Okręgu Łódź AK, komendant RO AK, który podjął decyzję o ataku na areszt UB. Głównym wykonawcą akcji byli rewolwerowcy „Gaja”, czyli grupa uderzeniowa Włodzimierza Szustra „Gajdy”, natomiast partyzanci Aleksandra Arkuszyńskiego „Maja” (Honorowy Obywatel Pabianic) otrzymali zadanie ubezpieczania kolegów. Brawurowa choć bezkrwawa akcja przeszła do historii polskiego podziemia antykomunistycznego. Zakończyła się pełnym sukcesem.

Mówi uczestnik tamtych wydarzeń Aleksander Arkuszyński „Gaj”:

Akcja na gniazdo UB w Pabianicach – uwolnienie więźniów

W pierwszych dniach czerwca zostałem wezwany przez „Gaja” na odprawę. Poza mną i „Gajem” byli jeszcze obecni: „Mściwoj”, „Gajda”, „Cis” i „Andrzej”. „Gaj” miał już wszystkie materiały dotyczące rozpoznania miejsca akcji, które przedstawił zebranym do przedyskutowania i ostatecznego zatwierdzenia. Po przeprowadzonej analizie przekazał nam szczegółowe zadania:

- Uwolnienia aresztantów dokona oddział ochronno-bojowy „Gajdy” (Włodzimierz Szuster) oraz oddział partyzancki „Maja” (Aleksander Arkuszyński).

- Do wykonania akcji zostaną użyte dwa samochody. Jeden terenowy (najlepiej typu łazik), w którym pojedzie grupa szturmowa „Gajdy”, drugi ciężarowy – z odkrytą skrzynią, wiozący oddział „Maja”, których mundury były podobne do mundurów żołnierzy LWP.

- Jako pierwszy podjedzie pod budynek UB ‘”łazik” z dywersantami „Gajdy”, a za nim ciężarówka z partyzantami „Maja”.

- „Łazik” zatrzyma się na wprost drzwi wejściowych, za nim w odległości około 50 m samochód ciężarowy.

- Z „łazika” wyskoczy dwóch dywersantów, jeden w mundurze sowieckiego kapitana, a drugi polskiego porucznika. Zniosą z ciężarówki pokrwawionego, z obandażowaną głową, żołnierza LWP i taszcząc go pod pachy zmuszą wartownika do wpuszczenia ich do środka, by tam udzielić mu pomocy. Po przekroczeniu drzwi wejściowych, razem z „rannym”, obezwładnią wartownika. Tuż za nimi wbiegną pozostali dywersanci „Gajdy” i pomogą w rozbrojeniu wartowników z dyżurki oraz odetną linię telefoniczną.

- Od zrealizowania tego pierwszego, najważniejszego zadania będzie zależało powodzenie całej akcji, tj. sterroryzowania pozostałych strażników, opanowania dalszych pomieszczeń, otwarcia i wypuszczenia aresztantów, zniszczenia akt oraz zarekwirowania broni i amunicji.

- W razie potrzeby, do pomocy wkroczą partyzanci „Maja” stanowiący ubezpieczenie przed budynkiem, którzy po wtargnięciu dywersantów do środka przeprowadzą następujące działania:

  1. Jeden z żołnierzy stanie przed wejściem jako ubowski wartownik, a dalszych dwóch – w cywilnych płaszczach, z ukrytymi pistoletami maszynowymi i granatami zajmą stanowiska ubezpieczające. Jeden na parkowej ławce, drugi naprzeciw w murach niewykończonego budynku, skąd będą mieli wgląd na ulicę Garncarską i W. Wasilewskiej.

  2. Pozostali żołnierze mają się zachowywać swobodnie, siedząc na skrzyni samochodu lub chodząc wokół niego, ale muszą być niezwykle czujni.

Z uwagi na bardzo niebezpieczne otoczenie posesji UB, tj.: sąsiedztwo Milicji, bazy NKWD i kwater sowieckich oraz ludowego wojska wymagane było zachowanie jak największej ostrożności, szybkości działania, zdecydowania oraz zimnej krwi. Końcowe polecenie „Gaja” dotyczyło uwolnienia tylko polaków, innych należało pozostawić w celach razem z funkcjonariuszami UB. Poza tym „Gajda” miał się postarać o oficerskie mundury LWP i sowieckiego kapitana oraz zdobyć samochód terenowy. Ja natomiast z „Cisem” mieliśmy wystarać się o odkryty samochód ciężarowy, a „Cis” dodatkowo miał zorganizować punkty informacyjno-ubezpieczeniowe wzdłuż trasy, za miastem i w mieście. Wstępny termin wykonania akcji został ustalony na 10 czerwca, w godzinach przedwieczornych. Dokładna godzina miała być podana rano w dniu planowanej akcji.

Ustaliliśmy z ‘”Cisem”, że najprościej dla nas będzie jeśli wciągniemy do akcji samochód ciężarowy z mleczarni, którym jeździ ‘”Bren”. Chłopak był pewny, bo przywiózł przecież broń ze schowka z gospodarstwa mego ojca.

9 czerwca wieczorem podciągnąłem oddział w lasy dłutowskie i zakwaterowałem koło wsi Mierzączka w tym samym gospodarstwie, w którym 3 miesiące temu obejmowałem dowództwo nad oddziałem. Tu ustalony został punkt zborny obu oddziałów i przyjazd samochodów. Odległość stad do miejsca zaplanowanej akcji wynosiła około 18 km. Moi chłopcy byli już gotowi do wykonania zadania, ale z wyjątkiem zastępcy „Wichra” nikt z nich nie wiedział co to ma być za akcja. Trudniejsze zadanie miał natomiast „Gajda”. Mundury polskich i sowieckich oficerów można było wprawdzie zdobyć, ale to mogło wzbudzić czujność ubeków. Za radą więc ”Gaja” postanowiono je uszyć u krawca p. Miki, który szył wojskowe mundury, a ponadto był naszym człowiekiem. Znacznie trudniejsza była jednak sprawa zdobycia samochodu terenowego. „Gajda” postanowił dokonać tego poza terenem łaskim i pabianickim, aby nie wzbudzić czujności u tutejszych szpicli. Na dwa dni przed akcją na UB dywersanci „Gajdy” w składzie: „Grot” (Maciej Rogowski), „Kamil” (Janusz Myczkowski), „Kruk” (Józef Sławiński) i „Kazik” (Kazimierz Gromski) pod dowództwem „Gajdy” zasadzili się koło Głowna, przy szosie biegnącej do Łodzi. Po dłuższym wyczekiwaniu dostrzegli jadący w stronę Łodzi odpowiadający im „łazik”. Na jezdnię wyszło dwóch oficerów, jeden w mundurze polskim drugi w sowieckim, dając znak „lizakiem” do zatrzymania się. Ale kierowca nie kwapił się do zahamowania. Gdy jednak ujrzał nieco dalej „Grota” odpinającego kaburę, a za nim wychodzących z lasu kilku dalszych oficerów, gwałtownie zapiszczały opony i „łazik” stanął.

Pasażerami samochodu były 2 kobiety, kapitan MO i kierowca. Nie było żadnego tłumaczenia, że jadą służbowo. „Grot” w polskim mundurze oznajmił, iż samochód zostaje zarekwirowany na rzecz wojska i w zdecydowanym tonie polecił wszystkim wysiąść. Za kierownica usiadł „Kazik” i dla zmylenia przeciwnika zawrócił w przeciwnym kierunku i razem z pozostałymi „oficerami” skierował się na Łowicz. Przed Głownem skręcili w prawo na Dmosin, a potem znanymi sobie drogami gnali na punkt zborny koło Dłutowa. Niestety mieli pecha i wiele przeszkód. Najpierw „złapali gumę”, ale na szczęście było koło zapasowe i komplet kluczy. Między Zgierzem a Konstantynowem zabrakło im benzyny. Zatrzymany samochód również jej nie miał. Polecono więc zatrzymanemu kierowcy wziąć „łazika” na hol , na co nie wyrażał on zbytniej chęci, ale widząc taką świtę znalazł linkę holowniczą. „Gajda” polecił podjechać pod posterunek MO w Konstantynowie, sądząc, że tam dostaną trochę benzyny. Wylęknionemu kierowcy, który zaczął coś podejrzewać, zagroził kulą w łeb jeśli na posterunku wykona jakiś dwuznaczny gest.

Dla pewności odebrał mu wszystkie dokumenty. Na posterunku benzyny niestety nie mieli, a ponadto milicjanci wyrazili wątpliwość czy w samym Konstantynowie znajdą choć kroplę benzyny. Poradzili pojechać do Łodzi, a dzwonić z posterunku nie było można, bo telefon był popsuty. Pojechali wiec dalej na holu. Za cmentarzem w Konstantynowie „Gajda” postanowił zwolić kierowcę uważając, że dalsza z nim jazda może utwierdzić jego podejrzenia. Ostrzegł go jednak, żeby o wszystkim zapomniał co widział, bo dostanie obiecaną kulę w łeb. Dokumenty zaś wkrótce otrzyma. Ale powstało teraz pytanie: co dalej? Czas naglił, bo jutro ma być przecież akcja. Zatrzymano więc jadącego furmanka gospodarza i teraz on wziął „łazika” na hol. W lesie przed Porszewicami polecono chłopu skręcić w las i zatrzymać się. Samochód pozostawiono w lesie i postanowiono udać się do Łodzi z kanistrem po benzynę, a chłopa z wozem zatrzymać. Ale zaczął on prosić ‘na wszystkie świętości”, aby go puścić.

- Panowie – mó wił, ja wiem kto wy jesteście i o co walczycie, puście mnie!

„Gajda” kazał mu przysiąc na niewinna Mękę Pana, że nic nie powie o tym spotkaniu, po czym został zwolniony.

Nazajutrz rano przywieziono, tzw. okazją, kanister benzyny i cały zespół „Gajdy” dotarł szczęśliwie na śniadanie do wyznaczonego punktu zbornego.

Już 9 czerwca wieczorem spodziewałem się ich przyjazdu, gdy więc ujrzałem cały zespół w zdrowiu i doskonałych humorach – spadł mi przysłowiowy kamień z serca. Dywersanci ubrani byli w eleganckie mundury oficerskie szyte przecież na miarę, i to ich trochę różniło od większości oficerów LWP. Byli tylko zmęczeni uciążliwą podróżą, więc po zjedzeniu obfitego śniadania udali się na odpoczynek. W samo południe przyjechał „Bren” swoją ciężarówką, przywożąc z sobą sekretarza PPR z Łasku – „Andrzeja” oraz „Wronę” (Jerzy Kulesza). Był on akowcem i z polecenia ROAK pracował w UB w Łasku. Ukończył nawet kurs dla ubowskich funkcjonariuszy, ale po jego ukończeniu został „spalony” i wraz z bronią został skierowany przez plut. „Andrzeja” do mojego oddziału.

Po obiedzie, około godz. 14.00 zwołałem zbiórkę mojego oddziału, na której powiedziałem o zaplanowanej akcji i przedstawiłem cały jej przebieg oraz nakreśliłem szczegółowe zadania kilku wyznaczonym partyzantom. Wszyscy byli wyraźnie poruszeni ważnością naszego przedsięwzięcia i z zapartym tchem słuchali. W ostatniej przed akcyjnej naradzie z „Gajdą” i funkcyjnymi jej uczestnikami ustaliliśmy rozpoczęcie ataku o godz. 19.30. Za ustaleniem tej godziny przemawiał fakt, że w czerwcu zaczyna się robić szarówka o tej porze. Na pokonanie 18-kilometrowej trasy pod budynek UB wystarczyło nam niecałe pół godziny, więc o 19.00 zwołałem zbiórkę całości, na której nakazałem sprawdzić broń oraz powiedziałem kilka słów o zachowaniu zimnej krwi, rozwagi i dyscypliny.

„Kukułce” (Czesław Jedynak), jak przewidywał plan, przewiązano głowę bandażem i umazano krwią – aby upozorować rannego żołnierza. Krew pochodziła ze złapanego koguta, któremu ucięto łepek.

Kilka minut po 19.00 oba samochody (ciężarówce podmieniono tablice rejestracyjne) wyruszyły w kierunku Dłutów-Pabianice. Na przedzie jechał „łazik” z: „Gajdą”, „Konarem”, „Kamilem” i „Kazikiem” prowadzącym samochód. Za nimi w odległości około 100 m – nasza ciężarówka prowadzona przez „Brena”. Obok niego siedziałem ja i „Andrzej”, a w odkrytej skrzyni 18 partyzantów. Wśród nich było 2 żołnierzy od „Gajdy” – „Kruk” (Józef

Sławiński) i „Kukułka”, pozorujący rannego. Na całej trasie, przed Pabianicami i na terenie miasta, „Cis” powystawiał punkty z informatorami dającymi umowne znaki o wolnej drodze lub niebezpieczeństwie. W Dłutowie pierwszy informator dał znak czapką, ze droga wolna. Podobne znaki dawali informatorzy w Pawlikowicach przy cmentarzu. W Pabianicach przy zbiegu ulic Armii czerwonej i W. Wasilewskiej. W pobliżu kościoła Św. Mateusza stało trzech naszych ludzi. Byli to: „Cis”, jego ojciec Antoni i ktoś trzeci. Pod płaszczami mieli ukryte pistolety maszynowe, a w kieszeniach granaty. Przy ul. Armii Czerwonej stał na ubezpieczeniu „Żuk” (Antoni Jędraszek), a w innych punktach trasy także porozstawiane były ubezpieczenia, niezależnie od punktów informacyjnych. Wkrótce „łazik” skręcił w ul. Wasilewskiej i zatrzymał się na wprost wejścia do budynku UB, a kilkanaście metrów za nim – nasza ciężarówka. Z „łazika” wyskoczył sowiecki kapitan („Gajda”) i pozostali oficerowie.

Sowiecki kapitan z polskim podporucznikiem podbiegli do ciężarówki , znieśli z niej pokrwawionego i obandażowanego żołnierza polskiego. Ujęli go pod pachy i klnąc siarczyście skierowali się do drzwi wejściowych UB żądając „wracza” dla rannego. Wartownik zaczął coś filozofować, ale zaraz został bezceremonialnie wepchnięty lufami pistoletów do środka, tam go rozbrojono i kazano mu się położyć na podłodze. „Ranny” Kukułka zrzucił krwawy bandaż i włączył się do rozbrajania 2 dyżurnych ubeków na wartowni, którym także kazano położyć się podłodze i dołączono do nich tego od drzwi głównych. A potem zerwano połączenie telefoniczne.

Prawie jednocześnie wybiegli, z pistoletami maszynowymi, pozostali dwaj dywersanci z „łazika”. Czterech dywersantów wskoczyło na piętro, zostawiając piątego do pilnowania trzech leżących funkcjonariuszy.

Ja w tym czasie postawiłem przed wejściem jednego z moich partyzantów jako ubowskiego wartownika, drugiego z erkaemem – na ubezpieczeniu, w murach niewykończonego budynku. Cześć partyzantów zeszła z samochodu i kręciła się wokół niego, jakby się nic nie działo. Jedni palili papierosy, któryś obsikiwał parkan, ale wszyscy byli spięci i zerkali na wszystkie strony. Wiedzą, że jest spokojnie wziąłem dwóch partyzantów i weszliśmy do środka. Na podłodze w wartowni leżało na brzuchach 3 rozkrzyżowanych funkcjonariuszy UB, pilnowanych przez jednego z dywersantów. Na piętrze był wielki ruch, bieganina i otwieranie cel. Posłałem tam do pomocy jeszcze dwóch. Wszystko szło zgodnie z planem. Przypomniałem o zabraniu akt śledczych, dokumentów i maszyny do pisania. Musiałem jednak zaraz wyjść bo moim głównym zdaniem była przecież ochrona zewnętrzna. Ale tu panował spokój. W pewnym momencie „Sęp” dostrzegł jakiegoś mężczyznę zsuwającego się sprytnie po rynnie z piętra na ziemie. Został zatrzymany i okazało się, że był to tutejszy funkcjonariusz, któremu udało się ukryć na Pietrze, a teraz usiłował wydostać się na zewnątrz. Rozbrojono go i położono obok trzech jego kompanów wewnątrz budynku. Wkrótce potem kierowca naszej ciężarówki zauważył zbliżającego się cywila, kierującego się do drzwi UB. Powiadomiony o tym nasz wartownik wpuścił go do środka, gdzie został zatrzymany. Był to funkcjonariusz UB, który przyszedł na nocną zmianę. Odebrano mu broń i dołączono do zatrzymanych wcześniej ubowców.

Akcja trwała już 15 minut i jej cel został w zasadzie osiągnięty, należało więc czym prędzej ją kończyć, by nie kusić licha. Również i „Gajda” był tego samego zdania. Funkcjonariuszy pozamykano wobec tego w celach, klucze zabraliśmy ze sobą. Z pomieszczeń biurowych wzięliśmy wszystkie akta oraz maszynę do pisania, a z wartowni 2 rowery i broń.

Na ciężarówkę, skierowaną już w stronę odjazdu, wsadziliśmy uwolnionych aresztantów – jeden z nich był mocno pobity i nie miał sił wejść o własnych siłach. Potem wskoczyli na skrzynię partyzanci, ja wsiadłem do szoferki i odjazd! Obejrzałem się do tyłu i z przerażeniem stwierdziłem, że „łazik” nie może ruszyć. Co za cholernie pechowy samochód! Dywersanci nie tracąc czasu zaczęli go pchać. Po kilku metrach pchania ruszył na szczęście, a chłopaki powskakiwali w biegu i już razem pognaliśmy przed siebie. Zaczynało mocno szarzeć. Na jednej z ulic stało kilku mężczyzn, a jeden z nich krzyknął: Wiwat! Niech żyje Armia Krajowa! Zdążyłem go rozpoznać, to był „Cis”. Zaraz wyprzedził nas „łazik” i skręcając w ul. Kilińskiego pomknął na Dłutów. Jechałem niezmiernie uradowany, że wszystko poszło tak gładko. Nagle usłyszałem, tuż za szoferką, jedną serię z pistoletu maszynowego i zaraz drugą. „Bren” dodał gazu. Dostrzegłem przez tylna szybę, ze mój zastępca „Wicher” strzelał na wiwat. Wychyliłem się i krzyknąłem:

- Wariacie! Co wyprawiasz?

- Na wiwat! To ze szczęścia panie poruczniku – odrzekł.

W Dłutowie minęliśmy posterunek MO, była cisza. Wiadomo, tam rządził nasz człowiek- Zygmunt Kociołek. Trochę dalej ukłonił się czapką aż do samej ziemi, jakiś mężczyzna. Wydawało mi się, że to był nasz „Łapa” (Władysław Kociołek). Za Dłutowem wjechaliśmy w ciemny las. Pod gajówką poleciłem stanąć na poboczu i uwolnionym więźniom kazałem zejść z samochodu. Było ich 10. Połowa to żołnierze AK, którzy w obecnym czasie nigdzie nie należeli, ale komuna miała długie ręce i dla zasady aresztowała nawet i takich. Wśród nich był sierżant „Wojnowicz” (Kazimierz Kusiak), szef wywiadu i dowódca grupy dywersyjnej, w Obwodzie AK Łask. To właśnie ten, tak okrutnie zbity, który nie mógł iść do samochodu o własnych siłach. Było także 2 rolników, którzy sprzeciwili się kolektywizacji. Jeden z uwolnionych siedział za to, że w przywiezionym do młyna zbożu znaleziono wołka zbożowego, a więc został uznany za sabotażystę gospodarczego.

Stanąłem przed nimi i oświadczyłem, że są wolni i mogą iść, dokąd chcą, a jeśli któryś jest „spalony” może wstąpić do oddziału, ale to jest ostateczność. Chęć wejścia w nasze szeregi wyraziło 3 uwolnionych, a wśród nich sierżant „Wojnowicz”.

Na boku mocno opieprzyłem mojego zastępcę „Wichra” za demonstracyjne strzelanie podczas odskoku i postanowiłem w najbliższej przyszłości zdjąć go z funkcji mojego zastępcy a na jego miejsce wyznaczyć sierżanta „Wojnicza” . „Wicher” był bardzo dzielnym żołnierzem, ale miał za dużo fantazji. Jeszcze tej nocy odłączył od nas „Gajda” ze swoimi dzielnymi dywersantami. Pechowego „łazika” pozostawili w lesie powiadamiając o tym miejscową placówkę ROAK, aby go dobrze ukryli i zatarli ślady penetrującym teren ubekom oraz ich konfidentom. Sami zaś przez mokradła lasów tuszyńskich dotarli do Tuszyna i rano udali się do swoich zakładów pracy. Jeszcze tego dnia zdali „Gajowi” dokładny raport z przebiegu akcji.

My natomiast po krótkim odpoczynku w dłutowskich lasach pojechaliśmy dalej, w kierunku Wadlewa. Następnie skręciliśmy na południe w kierunku Kolonii Karczmy i w tej okolicy zwolniłem samochód. „Bren” z „Andrzejem” zatrzymali się ze względów bezpieczeństwa, w Brodni u naszego członka konspiracji i rano każdy z nich udał się do swoich zajęć – „Bren” do mleczarni, a „Andrzej” do Komitetu PPR. Ja z oddziałem zaszyłem się w samotnym domku koło Jamborka. Rozstawiłem wzmocnione ubezpieczenia, a nadto cały dzień nie wolno było opuszczać kwatery. Stąd wysłałem „Sępa” z meldunkiem do „Gaja” o wykonaniu i przebiegu akcji.

Następnej nocy odskoczyliśmy w lasy szczercowskie. Po dwóch dniach przyjechał do naszej gajówki, koło Rudziska, „Cis” i opowiedział jaki oddźwięk miała akcja uwolnienia aresztantów z UB. Szef PUBP w Pabianicach szalał z wściekłości, informowali nasi wywiadowcy pracujący w tym resorcie, ale oficjalnie miejscowe władze oraz prasa milczały. No cóż, pabianicka rządząca komuna została skompromitowana. Ponadto kilku ubeków posiedziało sobie trochę w celach przeznaczonych dla „zaplutych karłów reakcji”.

Już na drugi dzień rano rozdzwoniły się telefony i powysyłano rozkazy do okolicznych komend UB i MO, aby przeprowadzić ścisłą penetrację terenu. Na rogatkach większych miast województwa łódzkiego i Łodzi poustawiano szlabany i budki kontrolne MO. To wszystko świadczyło, że komunistyczna władza nie czuła się zbyt mocna i egzystowała dzięki potędze ZSRR, a idea AK żyje i będzie dążyć do odzyskania prawdziwej wolności.

Na kolejnej kwaterze dokonałem przetasowania stanowiska mojego zastępcy. „Wichra” (Paweł Roszak) wyznaczyłem na dowódcę do wykonywania zadań specjalnych, a na jego miejsce wyznaczyłem sierżanta „Wojnowicza”. Tą dyplomatyczną, w pewnym sensie, zmianą nie chciałem urazić „Wichra”, który ze względu na swoja odwagę i brawurę bardziej się sprawdzał w działaniach zaczepnych i dywersyjnych.

„Sęp” po powrocie od „Gaja” zameldował, że nasz szef razem z „Cisem” są dzisiaj u komendanta Obwodu „Mściwoja”, a jutro mają być u nas. Byłem trochę zdziwiony tym pospiesznym przybyciem ich obu – czyżby się szykowała nowa akcja? Nazajutrz po zwołaniu zbiorki i zdaniu „Gajowi” raportu partyzanci dostali pochwałę od naszego szefa za odwagę i wzorowo przeprowadzoną akcję. Następnie we trzech weszliśmy do kwatery, aby omówić aktualną sytuację polityczną. W toku rozmowy dowiedziałem się, że z uwagi na toczące się rozmowy w Moskwie między samozwańczym Rządem Tymczasowym a przedstawicielem rządu RP na uchodźstwie – Stanisławem Mikołajczykiem, musimy na razie zająć stanowisko wyczekujące, nie podejmować działań zaczepnych i czekać na rozkazy.

Akcja na Urząd Bezpieczeństwa w Pabianicach obciążała mocno Arkuszyńskiego zarówno podczas ujawnienia, jak i w późniejszym śledztwie.

Arkuszyński pisze: Z bolesnym uczuciem upokorzenia zgłosiliśmy się, 11 sierpnia 1945 r. do PUBP w Pabianicach. Za stołem siedział jego szef W. Baśko, a obok jakiś sowiecki oficer z błękitnymi szlifami NKWD. „Mściwoj” pierwszy zabrał glos, mówiąc, że jako oficerowie Armii Krajowej działającej na tutejszym terenie przyszliśmy spełnić obowiązek ujawnienia się. Baśko zmarszczył czoło i napuszył się, a sowiet uśmiechnął się boleśnie. Po spisaniu naszych personaliów szef UB chciał się z nami wdać w pogawędkę wywiadowczą, dotyczącą naszej działalności. Mając z sobą kopię pisma do premiera Osóbki-Morawskiego z jego adnotacją powiedziałem, że zgodnie z tym pismem nie jesteśmy tu zobowiązani do składania zeznań. Ubek obrzucił nas nienawistnym spojrzeniem i siląc się na uśmieszek zapytał:

- A powiedzcie otwarcie czy to wy napadliście w czerwcu na nasz urząd, czy jakaś inna banda?

Impulsywny „Cis” nie wytrzymał obelgi i wypalił:

- To nie żadna banda! To myśmy uwolnili niewinnie więzionych żołnierzy Armii Krajowej! To była dobra robota, co?

Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz poczerwieniały ze złości ubek poderwał się i chyba uderzyłby „Cisa”, ale „dobry wujek” z NKWD powstrzymał go gestem ręki mówiąc:

-Nielzia, nielzia, to harosze chłopaki partyzany, patom…

- Oddajcie nam więc maszynę do pisania i rowery, które ukradliście! – pienił się Baśko.

Wówczas „Mściwoj” zwrócił uwagę, że:

- Nie ukradliśmy, lecz zarekwirowaliśmy na potrzeby naszej organizacji. Maszynę jutro oddamy, ale rowery zostały wyeksploatowane i nie nadają się do użytku.

Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Wypisano nam zaświadczenia i pozwolono opuścić gmach PUBP. Na drugi dzień „Mściwoj” oddał maszynę funkcjonariuszowi UB w dyżurce, który chciał mu dać pokwitowanie, ale „Mściwoj” powiedział:

- Nie potrzeba, my też jej nie kwitowaliśmy.

Arkuszyński wspomina też o przesłuchaniu prowadzonym przez bezpiekę w 1949 r.:

Po chwili wszedł jakiś typ i kopnął w nogę stołka, który runął razem ze mną, a wówczas śledczy krzyknął:

- Podnieś stołek i siadaj ty ch…u! Nie było przecież rozkazu na dupę siad, jak w sanacyjnym wojsku!

Wykonałem jego polecenie bez słowa, bo od „Kreta” dowiedziałem się, że taki wysoki ubek o nazwisku Antczak prowokuje przesłuchiwanego do sprzeciwu i wtedy wyżywa się na nim w nieludzkim katowaniu. Teraz wyraźnie zadowolony z mojego zaprogramowanego upadku, kazał przysunąć się do biurka i pisać życiorys. Zaznaczając jak zwykle, że ma on być szczegółowy, bez pomijania żadnych spraw. Te życiorysy pisałem prawie 3 tygodnie, w różnych porach dnia i nocy, i zawsze było źle. Gdy w ostatnim życiorysie, szczegółowym

- jak żądał śledczy, bez pomijania żadnych faktów – napisałem, iż mojego brata Stanisława zabili sowieci zabierając mu zegarek, buty i spodnie, śledczy się po prostu wściekł. Zaczął krzyczeć na całe gardło, że gówno go obchodzi jak zginął mój brat, bo był takim samym bandytą jak ja. A poza tym mam pisać o sobie, a nie o bracie.

- Tobie bandyto tylko stryczek się należy i na pewno cię nie minie, a napad na UB w Pabianicach tak łatwo ci nie przejdzie!

I podniecony własnym wybuchem złości doskoczył do mnie, zamachnął się chcąc mnie uderzyć w głowę, ale zdążyłem się schylić i jego ręka obsunęła się po moim karku. Odskoczył zaraz za biurko i wycedził: - A teraz przystępuję do właściwego śledztwa, bo do tej pory to była zabawa!

Odczekał chwilę, popatrzył na mnie i cedząc słowa zapytał:

- Powiedz mi kiedy, gdzie i w jaki sposób ty i twój pluton z 25 pułku rozstrzeliwaliście radziecki desant składający się z 17 ludzi, w tym jedną kobietę radiotelegrafistkę?

Acha, to tu pies pogrzebany, więc o to im chodzi – pomyślałem.

- No co? Zatkało cię! Raptem zaniemówiłeś? Gadaj!

- Na takie pytania nie będę odpowiadał, bo z takim wypadkiem nasz pułk nie miał do czynienia.

- Ach ty ch..u! (..)

Akcję dywersyjną w Pabianicach, a zwłaszcza kierowcę łazika - Kazimierza Gromskiego wspomina na swoim blogu Andrzej Wilczkowski - nauczyciel akademicki, polarnik, alpinista, pisarz (marzec 2012)

W ramach mojej działalności w Komitecie Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa udałem się wraz z grupą kombatantów w 1997 roku na wizję lokalną do Pabianic, gdzie 11 czerwca 1945 roku Ruch Oporu Armii Krajowej (ROAK) zorganizował odbicie więźniów przetrzymywanych w śledztwie w budynku UB przy ulicy Gdańskiej. Ciężar zadania spadł na grupę dywersyjną z Łodzi, której dowódcą był Włodzimierz Szuster – ps Gajda. Silę bojową stanowił oddział leśny Aleksandra Arkuszyńskiego – „Maja”. Majowcy dysponowali ciężarówką, ale żeby wykonać zadanie niezbędny był wojskowy „łazik”. Akcja się udała znakomicie, więźniów uwolniono, nie padł ani jeden strzał. Piękna robota.

W 52 lata później chodziliśmy, oglądaliśmy, gdzie tu najlepiej będzie umieścić tablicę pamiątkową. Jedni uważają, że tu, inni chcą gdzie indziej. Nie ma zgody jak to w Polsce.

- Zaraz – powiadam – to chyba pod te drzwi podjechał Kazik łazikiem…

- Potem – ciągnąłem – Kazik zgasił silnik, chociaż było polecenie, żeby tego nie robił, ale on miał bardzo mało paliwa i bał się, że mu zabraknie. I jak już było po wszystkim, to nie mógł zapalić. Trzeba go było popchać.

- To pan z nami był? – zapytał nieufnie jeden z uczestników zdarzeń sprzed pół wieku.

- Nie – powiedziałem ze smutkiem. – Ja ich tylko dobrze znałem. Kazik Gromski to mój przyjaciel, z bratem Maćka Rogowskiego Bohdanem studiowałem i chodziłem po górach, a i Włodek Szuster nie jest mi obcy. Irenka Gromska – córka Kazika – którą znam od podlotka, wyszła za jego syna.

W ten sposób moje sugestie dotyczące miejsca umieszczenia tablicy zyskały od razu większą aprobatę.

Z tym łazikiem Kazik od początku miał kłopoty. Może warto je opisać bowiem nawet w najbardziej realistycznych filmach z tamtych czasów nic podobnego nie pokażą. A i James Bond nie miał takich przygód.

Punkt zborny uczestników wyznaczony był pod Dłutowem – na południe od Pabianic. Niemniej Szuster i jego dwaj towarzysze celem zdobycia samochodu, zasadzili się na szosie z Łodzi do Warszawy – pod Głownem. Tam chyba była największa szansa. Wszyscy byli w mundurach polskich z wyjątkiem Włodka, przebranego za kapitana NKWD. Szosy wtedy były puste, ale doczekali się na odpowiadającego im łazika, którym jechał kapitan milicji, dwie panie i kierowca. Ponieważ kierowca nie miał ochoty stanąć – wyciągnęli broń. To poskutkowało. Towarzystwo z łazika zostawili na drodze i odjechali w stronę Warszawy. Zaraz jednak skręcili w prawo na Dmosin, a następnie postanowili okrążyć Łódź od zachodu. Najpierw złapali gumę, na szczęście już nie na szosie warszawskiej. Koło zapasowe było, odpowiedni klucz również. Pomiędzy Zgierzem a Konstantynowem zabrakło im paliwa. Tu już było gorzej. Zatrzymali przygodny samochód i kazali się holować na posterunek milicji w Konstantynowie, gdzie paliwa nie mieli. W całym miasteczku nie było stacji benzynowej i żadnej nadziei na jakiś przygodny zakup. Telefon na posterunku był zepsuty. Wykorzystali więc tego samego kierowcę do dalszego przemieszczania się w przestrzeni, ale kilka kilometrów dalej go zwolnili. Zatrzymali chłopską furmankę i pojechali kawałek dalej w kierunku południowym. Gospodarz zawiózł ich do najbliższego lasu, w którym ukryli samochód. Zbliżał się wieczór, chłopa puścili, po odebraniu przysięgi, że o wydarzeniu zapomni. Któryś – chyba Maciek – pojechał tramwajem do Łodzi skąd, wczesnym rankiem tzw. okazją przywiózł kanister benzyny. Jakim sposobem ją zdobył – nie mam danych. Dalsza droga pod Dłutów odbyła się bez przeszkód. Następnego dnia do centrum Pabianic wjechał skradziony dwa dni wcześniej milicyjny łazik i wypełniona żołnierzami ciężarówka wioząc rzekomo rannego wroga ludu. Wartownika przed drzwiami, który nie chciał ich wpuścić wepchnięto do środka, gdzie sterroryzowano personel, przecięto kable telefoniczne, wszystkich więźniów uwolniono, do cel wepchnięto ubeków i odjechano do lasu. Prawda jakie to proste?

Mój Boże iluż ja w życiu poznałem ludzi, którzy wręcz powinni mieć jakieś hasła w encyklopedii, czy wspomnienia, a się jakoś o nich nie pamięta. Taką postacią jest właśnie Kazik Gromski. Kazik był ode mnie znacznie – bo o jedenaście lat- starszy. Przeszłość miał bogatą. Był jednym z pierwszych więźniów Oświęcimia. Niemcy wygarnęli go w Warszawie podczas pierwszej łapanki ulicznej latem 1940 roku. Wykupiony został przez rodzinę za duże pieniądze. Nie ustatkował się jednak, bo w okupacyjnej Warszawie nie było jak się ustatkować, jeszcze, kiedy się dysponowało charakterem Kazika. Ponieważ prawo jazdy miał już przed wojną i jeździł świetnie, został więc kierowcą u hrabiego Rzewuskiego. Był również – a może przede wszystkim – wraz z samochodem hrabiego używany w konspiracji, oczywiście Akowskiej , jako kierowca do obsługi akcji. Wojna wojną, ale bawili się też nieźle. Opowiadał mi niegdyś, jak to na imieniny jego kuzynki Krystyny, które odbywały się jak zwykle 13 marca – tyle, że w 43 roku w willi na Żoliborzu przyszła do salonu stara niania i poskarżyła się solenizantce: „Panienko! Panicze się popili, wyszli na dach i strzelają”.

O czasach okupacji opowiadał mi sporo, ale zawsze w tonie tak żartobliwym, że nie ośmielę się tego przytaczać.

Po wojnie Kazik też miał kłopoty. UB go aresztowało w 1947 roku i przesiedział z górą 8 lat! Na początku naszej znajomości bożył się, że w żadnych akcjach podziemia udziału nie brał. Kiedyś jednak, kiedy popijaliśmy kawkę w klubie na politechnice, przyjrzał się jednemu z adiunktów i powiedział:

- Henio zaraz po wojnie pracował w banku w Pabianicach. Jak podziemie zrobiło skok na ten bank, to się położył na schodach twarzą do ściany i tak leżał do końca.

- Skąd wiesz?

- Koledzy mi powiedzieli – zaśmiał się Kazik.

Dopiero po wielu latach znajomości dowiedziałem się od niego, że zarabiał na to aresztowanie już od 1945 roku, biorąc również udział w kilku innych akcjach.

Kazik miał umysł nieprawdopodobny. W brydża grywał sportowo, w szachy nie wygrałem z nim bodaj ani jednej partii, nawet w najlepszych moich czasach, kiedy byłem lepszy od Rosjan na Spitsbergenie. Układał też półsłówka w tak zwanej „grze półsłówek”. Inżynierem był świetnym. Pod koniec lat 50 i na początku 60 pracowaliśmy razem w biurze konstrukcyjnym fabryki samochodów ciężarowych i wtedy też zaczął uprawiać taternictwo. Wspinał się dobrze, ale już na wielkiego alpinistę był raczej trochę za stary. Szkolił za to dużo i dobrze. Topografię Tatr znał świetnie. Miał fenomenalną pamięć w związku z czym nie sprawiało mu to żadnych trudności. Był melomanem, kochał muzykę poważną, sam grywał na fortepianie ze słuchu – bo miał absolutny. Chętnie przygrywał na różnych jublach, jeśli oczywiście był instrument. Do tego wszystkiego miał jeszcze duże powodzenie u pań. – Cóż można chcieć więcej.

Kazik zmarł jesienią 1992 roku.

Urząd Bezpieczeństwa w Pabianicach, ul. Gdańska 6

O roli UB w Pabianicach pisze Roman Peska w „Kontrze cichociemnego” – Tymczasem w Pabianicach siedziba b. Kriminalpolizei i Gestapo przy ulicy Gdańskiej nr 6 (d. Wandy Wasilewskiej) – po ucieczce dotychczasowych gospodarzy w nocy 18/19 stycznia 1945 r. – opanowana została przez oddział AK na czele z Kazimierzem Romanowskim i Pisarskim. Miejscowa komórka PPR z Alojzym Szczerkowskim, Kazimierzem Wilczkiem, Karbowiakiem i Kępą, poganiana przez komendanta wojennego miasta Pabianic majora Widiakana z NKWD, i wsparta oddziałem czerwonoarmistów, „zrobiła porządek” w obiekcie b. Gestapo. Wszystkich akowców rozbrojono i wydalono poza teren obiektu, z wyjątkiem nielicznej grupy zaakceptowanej przez kierownictwo miejscowej PPR.

W dniu 24 stycznia 1945 r. grupa operacyjna WUBP w Łodzi pod kierownictwem ppor. Władysława Szysza przejęła obiekt i ustanowiła Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łasku z siedzibą w Pabianicach. Urząd ten z nazwy i zadań, obejmował swym zasięgiem duży obszar b. powiatu łaskiego i miasto Pabianice. Mimo to nie został umiejscowiony w Łasku, lecz w Pabianicach, podobnie jak Urząd Starosty Powiatowego i Komenda Powiatowa MO. Po upływie kilku miesięcy Urząd Starosty i Komenda MO zostały przeniesione do Łasku, a PUBP pozostał w Pabianicach. Dlaczego?

Wydaje się, że powodem był „gorący teren”, obawa przed dobrze uzbrojonym i licznym podziemiem poakowskim.. Pabianice stanowiły bardziej bezpieczną strefę w bezpośrednim sąsiedztwie Łodzi.

W kwietniu 1945 r. szefem PUBP w Pabianicach zostaje pabianiczanin – Wacław Baśko, przeszkolony błyskawicznie na 2-tygodniowym kursie Centralnej Szkoły Oficerów Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi. Dotychczasowy ślusarz, kapral, zostaje „oficerem” w stopniu podporucznika i szefem wszechwładnej i okrutnej struktury przemocy. „Nauczycielami” pabianiczanina są oficerowie radzieccy Sjedow i Kozłow. Cele UB sprowadzały się do zwalczania wszelkiej opozycji, wszelkiego oporu, nawet przekonań. By kogoś aresztować, przetrzymywać miesiącami, torturować, głodzić wystarczył jeden donos, jedno podejrzenie. Ludzie, którzy przeżyli to piekło byli skrajnie wyczerpani, wielu zamęczono, wielu zostało inwalidami na całe życie.

O sposobach traktowania więźniów Urzędu Bezpieczeństwa w Pabianicach pisze także amerykański historyk profesor Marek J. Chodakiewicz „The Dialectics of Pain: The Interrogation Methods of the Communist Secret Police in Poland 1944-1955”, Glaukopis vol 2/3 (2004-2005)

Antoni Jędraszek (”Żuk”) of the KWP was arrested in August 1946 by the UB in Pabianice:

The so- called investigation was conducted by several thugs, usually drunk, who bragged that they were „the Polish Gestapo”. They were sadists without any conscience or consideration. They beat me all over my body… They beat me with their fists, a chip, and a stick. They kicked me. When I lost consciousness, they poured water over me. The fate of the victim depended on the mood of the UB men. Often they beat and tortured me for fun and pleasure, and to fulfill their bestial desires. One time during an interrogation session they beat me so much that I lost consciusness. I was dragged out on the corridor and doused with bucket of cold water. After I regained my senses, wobbling on my feet, I attempted to get a drink of water. Then one of the torturers, called Obierzałek, kicked me and said: „for you, you fascist, there is no water in people’s Poland”. They dragged me by my legs back to my cell … As a result of such methods of total terror, a human being slowly became an inert mass of meat incapable of controlling his feelings and thoughts… Therefore the confessions, prepared by a secret policeman, were full of contradictions. This caused more interrogation session and torture and so on. Finally, one signed anything that one was given, without any reading, or making any corrections. Every correction or objection meant a new round of beating and torture.

The superior officer of Jarząbek and Jędraszek, Lieutenant Jan Nowak („Cis”) was arrested on September 14, 1946. Subjected to cruel torture. Nowak confessed on October 11, 1946, and was sentenced to death. The sentence was later commuted to 15 years.


Akcja odbicia więźniów w Pabianicach znalazła szczególne odzwierciedlenie w publikacjach komunistycznych.

Władysław Góra i Ryszard Halaba „O utrwalenie władzy ludowej w Polsce 1944-1948”, Warszawa, 1982.

„Zdecydowana większość ataków na PUBP kończyła się jednakże fiaskiem dzięki bohaterskiej postawie funkcjonariuszy. Niekiedy jednak oddziałom zbrojnego podziemia udawało się zdemolować budynek, zniszczyć dokumentację lub uwolnić aresztowanych członków organizacji podziemnej. Tak np. 10 czerwca 1945 roku bojówka tzw. KWP (grupa poakowska) dokonała napadu na PUBP w Pabianicach k. Łodzi. Opanowała budynek podstępem, podając się za funkcjonariuszy innego urzędu bezpieczeństwa. Wypuściła z aresztu 10 ludzi, uprowadziła 14 funkcjonariuszy do lasu, gdzie wszystkich zamordowała”.

Tadeusz Walichnowski „W obronie władzy ludowej”, Warszawa 1985.

„10 czerwca 1945 r. bojówka nielegalnej organizacji poakowskiej p. n. Konspiracyjne Wojsko Polskie dokonała napadu na PUBP w Pabianicach koło Łodzi. Opanowała budynek podając się za funkcjonariuszy innego urzędu bezpieczeństwa. Wypuściła z aresztu 10 osób i uprowadziła 14 funkcjonariuszy UB do lasu, gdzie wszystkich zamordowała”.

Lista partyzantów uczestniczących w zdobyciu Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Pabianicach

Włodzimierz Szuster „Gajda”

Aleksander Arkuszyński „Maj”

Jan Nowak „Cis”

Janusz Myczkowski „Rybak”

Czesław Maciej Rogowski „Grot”

Czesław Jedynak „Kukułka”

Józef Sławiński „Kruk”

Władysław Pajor „Andrzej”

Jerzy Rendecki „Bren”

Jan Woskowski „Mucha”

Marian Podwysocki „Piotr”

Marian Piotrowski „Orzeł”

Jan Osiński „Skoczek’

Jerzy Kulesza „Trzon”

Jakub Masłowski „Grot”

Stanisław Chudobiński „Chmurka”

Antoni Wisiński „Wicher”

Czesław Lotczyk „Łodzianin”

Włodzimierz Papieski „Sokół”

Kazimierz Matławski

Antoni Stępnik „Sęp”

Maciej Janicki

Paweł Roszak „Wicher”

Czesław Kłos „Wygoda”

Mieczysław Sierzchała „Las”

Adam Królak „Granat”

Stanisław Osiński

Ireneusz Sosnowski

Kazimierz Kaczmarek „Ryś”

Władysław Jachowski „Topór”

Kazimierz Szczepański „Wojciech”

Antoni Osiński & bdquo;Studnia”

Zygmunt Buczkowski „Rybka”

Mieczysław Koter „Ziarno”

Bolesław Rękowski „Tur”

Leszek Gruszczyński „Góral”

Zdzisław Szczepański „Bóbr”

Izydor Ruszkowski „Zawierucha”

Ignacy Tyc „Dzik”

Franciszek Felcenloben „Wilk”

Marian Siara „Młotek”

Henryk Bryksa „Lampart”

Henryk Wlazło „Spinacz”

Celestyn Wlazło „Konus”

Antoni Włodarczyk „Koza”

(wg Stanisław Osiński „W Burzy: Armia Krajowa Rejon Łask”)



Aleksander Arkuszyński 14 czerwca 1998 r. wygłosił przemówienie z okazji poświęcenia tablicy pamiątkowej przy ulicy Gdańskiej w Pabianicach.

W grudniu 1997 r. w tym mieście uczestniczyłem w odsłonięciu tablicy pamiątkowej ufundowanej przez miejscowy oddział Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego dla uczczenia akcji uwolnienia z rąk oprawców stalinowskich więzionych żołnierzy AK przez dowodzony przeze mnie oddział „Zryw”.

Odsłonięta tablica informowała jedynie, że w tym gmachu urzędowali oprawcy spod znaku PPR i UB a zamieszczony na niej fragment z wiersza autorstwa pana Góreckiego mówi:

(…) Jeśli się wzruszysz Panie naszym płaczem

Nie karz mieczem, tych co nas krzywdzili

Dla Twej miłości wszystko im przebaczym

Spraw tylko byśmy wolnymi zawsze byli

Taki cytat twórca tej tablicy napisał chyba pod dyktando zwolenników „grubej krechy”. Ale, aby czas nie zatarł śladów starań o odzyskanie niepodległości należało umieścić tablicę na tym murze mówiącą o wkładzie walki ludzi nie godzących się z narzuconym systemem.

Dziś odbywa się kolejna uroczystość odsłonięcia tablicy, która jest i będzie świadectwem prawdy i patriotyczną wizytówką miasta Pabianic i Łasku. Będzie świadczyć, że Pabianice, Łask i okolice, po wkroczeniu armii sowieckiej nie godziły się z obcym, narzuconym Polsce, systemem stalinowskim.

Olbrzymia część społeczeństwa wiedziała, że za złudnymi górnolotnymi hasłami, szło zniewolenie narodu pod dyktando sowieckie. Była to zamiana jednej okupacji na drugą jak powiedział gen. Okulicki w ostatnim rozkazie.

Już w styczniu i lutym 1945 r. w naszym okręgu zaaresztowano dziesiątki żołnierzy AK, głównie dlatego tylko, że myśleli po polsku. W tej sytuacji samoczynnie powstał ruch samoobrony narodu, Ruch Oporu AK. Na czele tej niepodległościowej organizacji stał mjr Adam Trybus – cichociemny, były szef Kedywu Okręgu Łódź.

Ja, ukrywając się przed NKWD wstąpiłem do tej organizacji. Za okupacji poszedłem do partyzantki ochotniczo, tym razem byłem zmuszony iść do lasu. Dla żołnierzy AK alternatywa współpracy z reżymem była równoznaczna ze zdradą i utratą honoru Polaka. Zresztą NKWD i UB pałali nienawiścią do Akowców nazywając ich „zaplutymi karłami reakcji”. Wiadomym było co zrobiono z żołnierzami AK za Bugiem i na Wileńszczyźnie.

Jako partyzant, organizacji ROAK, dowódca oddziału „Zryw” z polecenia przełożonych, 55 lat temu, dokonałem śmiałej akcji uwolnienia więzionych akowców w tutejszym UB. W dniu 10 czerwca 1945 r. dowodząc oddziałem w sile 25 ludzi, po uprzednim rozpoznaniu i przygotowaniu, wykonałem powierzone mi zadanie.

W akcji brały udział 3 samochody: wojskowy „łazik” – zarekwirowany sowietom i dwa samochody ciężarowe. W „łaziku” jechało pięciu partyzantów, przebranych w mundury polskich i sowieckich oficerów. W jednym z samochodów ciężarowych, jechał partyzant w mundurze umazany krwią z zabitej kury. Gdy „łazik” podjechał pod bramę wyskoczyło z niego dwóch ludzi, ściągnęli z auta ciężarowego niby rannego żołnierza i z krzykiem wtargnęli do budynku. Natychmiast obezwładnili wartowników, zerwali telefon i rozbroili pozostałą załogę i rozpoczęto uwalnianie więzionych. Jeden z ubowców chciał uciec spuszczając się po rynnie, ale wpadł prosto w ręce partyzantów.

Przez 20 minut urzędowaliśmy w gmachu UB. Brawurowa akcja niemal na oczach wroga – naprzeciwko przy ul. Garncarskiej był posterunek MO – powiodła się znakomicie. Bezpieczni wycofaliśmy się wszyscy na przygotowane uprzednio miejsca ukrycia.

Dokonując tej akcji ROAK, miał na celu: walkę z komunistycznym bezprawiem. Uwolnienie więzionych i maltretowanych w nieludzki sposób niewinnych Polaków – głównie żołnierzy podziemia – pokazało reżymowym władzom, że jesteśmy obrońcami narodu i że to my reprezentujemy naród polski, a nie garstka zdrajców i zaprzedańców sowieckich. Akcja odbyła się bez wystrzału jak zaplanowaliśmy. UB chcąc przedstawić żołnierzy AK jako bandytów, ogłosił i zapisał w swych aktach, że bandyci uwalniając więźniów rozstrzelali przy tym 14 funkcjonariuszy UB. Tą fałszywą informację, nie sprawdzając jej wiarygodności, powtórzył i podał historyk Andrzej Krzysztof Kunert, w swym dokumentalnym historycznym dziele: „Ilustrowany Przewodnik po Polsce Podziemnej 1939-1945”, w którym zamiast odkłamywać historię, powtórzył ją za PRL-em.

Napisałem do pana Andrzeja Kunerta list w tej sprawie przysyłając mu również moją książkę pt. „Przeciwko dwóm wrogom”, ale nie odpowiedział.

Wzmiankując o tej, fałszywej informacji chce podkreślić w jaki perfidny sposób partia i UB tworzyli fałszywą historię. Pisali ją rzekomi Polacy jak Moczar vel Mikołaj Diomko, politruk sowiecki tutejszy oficer bezpieki Wacław Baśko, Polak pochodzenia żydowskiego – Władysław Szysz, oraz inni. Ubolewać należy, że zatruci czerwoną komunistyczna ideologią ludzie, długo nie wyrażali zgody na wmurowanie tej tablicy, na której wyryty jest jedynie fakt prawdy.

Przez dwa lata władze wojewódzkie milczały i nie odpowiadały na pisma ŚZŻAK w Pabianicach i w Łasku. Dopiero interwencja Sekretarza Generalnego Rady Ochrony Pamięci w Warszawie Andrzeja Przewoźnika, spowodowała, że Wojewódzki Wydział Ochrony Pamięci szybko wyraził zgodę na tą tablice.

Na zakończenie podkreślam, że ta tablica jest miastu Pabianice bardzo potrzebna, by nikt nie postawił zarzutu, że to miasto komunistyczne. Jeśli ktoś taki zarzut postawiłby, to niech przeczyta napis na tej tablicy i wtedy zrozumie, że mieszkańcy tego regionu walczyli bo nie chcieli czerwonego komunizmu. Taka jest prawda.

Jeszcze na jedno pragnę zwrócić uwagę. W 1945 r. naszej walce niepodległościowej sprzyjał nam naród. Ludzie w leśniczówkach i gdziekolwiek mój oddział kwaterował, pomagali nam udzielając informacji o UB i jego agentach, żywności i kwater. Dlatego ta akcja tak wspaniale się udała i oprawcy sowieccy dostali porządną nauczkę (Aleksander Arkuszyński – Maj „1945- Moja dalsza walka: wyzwolenie, ale czy niepodległość”, Łódź 2010).

Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij