www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Handlówka – szkoła niezwykła

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Szkoła Handlowa w Pabianicach istniała w latach 1898-1919. Była chlubą lokalnej społeczności. Działała w trudnych czasach, pod zaborem rosyjskim i w okresie okupacji niemieckiej. Wysoki poziom wymagań stawianych uczniom sprawił, że nawet rodzice Rajmunda Kolbe nie byli pewni, czy ich syn dostanie się do tej szkoły. M. Kolbe uzyskał później dwa doktoraty, ale pamięcią wracał do wyjątkowego egzaminu w Pabianicach. Uczniami i absolwentami szkoły byli ekonomiści, inżynierowie, pisarze, politycy, naukowcy. Aleksander Laczysław na przykład, współorganizator strajku szkolnego w Handlówce, był prawdopodobnie jedynym pabianiczaninem, który przyciągnął uwagę Włodzimierza Lenina. Żeńska Handlówka była natomiast pierwszą tego typu szkołą w całej Rosji, od Pabianic po Władywostok.

O Szkole Handlowej pisał historyk Waldemar Boryń: Rozwój przemysłu w Pabianicach, częstsze stosowanie coraz bardziej skomplikowanych maszyn, zmuszał fabrykantów do zatrudniania wykwalifikowanych robotników. Należało więc stworzyć dla nich szkoły. Pierwsza była elementarna utworzona w 1886 r. przez Towarzystwo Akcyjne Krusche i Ender dla pracujących w fabryce małoletnich robotników. W tym samym czasie powstała także dwuklasowa szkoła żeńska. Pabianice miały charakter przemysłowo-handlowy, wzrastała liczba mieszkańców, brakowało wykwalifikowanych kadr dla przemysłu, handlu i administracji. Przemysł włókienniczy potrzebował nie tylko robotników, ale także ekonomistów, kupców i księgowych. Dzieci coraz zamożniejszych obywateli miasta musiały uczęszczać do średnich szkół w Łodzi, co przy braku komunikacji tramwajowej i kolejowej było bardzo uciążliwe. Dlatego też w 1896 r. zrodził się pomysł uruchomienia szkoły handlowej. Wybrano komitet organizacyjny i opracowano Statut 7-mio Klasowej Szkoły Handlowej. Na jej czele stała Rada Opiekuńcza z Oskarem Kindlerem jako przewodniczącym, która rozporządzała funduszami i majątkiem placówki. Na siedzibę szkoły przeznaczono trzypiętrowy budynek przy ulicy Pułaskiego 14 (dawniej Długa), który wyremontowano i wyposażono w sprzęt i pomoce naukowe. Szkoła posiadała 13 pomieszczeń i 2 mieszkania dla pracowników. Uczniowie płacili za naukę, ale kwoty nie były wystarczające, toteż członkowie Rady – pabianiccy przemysłowcy – często pokrywali deficyty z własnych środków.

We wrześniu i październiku 1898 r. odbyły się pierwsze egzaminy wstępne do Miejskiej Szkoły Handlowej. Przyjęto 132 uczniów do czterech klas. Uroczyste otwarcie szkoły nastąpiło w dniu 2.10.1898 r. Kilkanaście miesięcy później otworzono Handlową Szkołę Żeńską – przyjęto 57 uczennic. Pierwszym dyrektorem obu placówek został Aleksander Lubański. Pierwsza matura odbyła się w roku szkolnym 1903/1904. Wśród uczniów przeważały dzieci zamożnych rodziców, ale stosowano też szeroko pomoc materialna i finansową dla zdolnych, ale biednych dzieci, które stanowiły przeciętnie 15 procent uczących się .

Szkoła w zamierzeniu władz rosyjskich miała oprócz kształcenia kadr, przyspieszyć rusyfikację, jednak wbrew tym oczekiwaniom stała się propagatorką kultury, języka polskiego i narodowych tradycji. Młodzież grupowała się w tajne organizacje niepodległościowe. Działalność ta przybrała na sile w 1905 roku, kiedy to cały kraj ogarnął entuzjazm, pojawiła się nadzieja na przywrócenie swobód narodowych. Uczniowie starszych klas strajkowali, domagając się zmiany języka wykładowego z rosyjskiego na polski. Osiągnięto w styczniu 1908 r. Pociągnęło to za sobą również zmiany kadrowe – wyjechała większość Rosjan, nowym dyrektorem został Henryk Lipski. W tym samym czasie stopniowo zaczęto wprowadzać koedukację, łącząc klasy męskie i żeńskie. Proces ten został zakończony w roku szkolnym 1911/1912. Koedukacja okazała się korzystna pod względem wychowawczym, naukowym i finansowym. Dziewczęta stanowiły jedną trzecią, a chłopcy dwie trzecie uczniów. Pomimo tych działań oszczędnościowych rósł udział sponsorów w finansowaniu szkoły – 55 procent kosztów ponosili uczniowie, natomiast 45 procent pabianickie firmy, a zwłaszcza Krusche i Ender oraz Kindler i R. Saenger. Wraz z przekształceniem szkoły rosyjskiej w polską zmienił się skład narodowościowy: Polacy stanowili teraz ok. 70 proc. uczniów, a Niemcy i Żydzi po ok. 15 proc. Absolwenci często kontynuowali naukę nie tylko w kraju, ale też za granicą, np. we Fryburgu i St. Gallen w Szwajcarii, Nancy we Francji, na Politechnice Lwowskiej i w innych znanych uczelniach.

W szkole polskiej bardziej interesowano się rozwojem fizycznym. Lekcje gimnastyki, oddzielnie dla chłopców i dziewcząt, odbywały się we własnej sali gimnastycznej. W latach poprzedzających pierwszą wojnę światową w szkole rozpoczęły działalność liczne tajne organizacje niepodległościowe, m. in. Zarzewie i Skauting (1912/1913).

Pierwsza wojna światowa przyniosła Pabianicom nieszczęście. W pierwszych miesiącach walk niemiecko-rosyjskich miasto przechodziło z rąk do rąk. Ostatecznie Niemcy zajęli je w grudniu 1914 r. i pozostali w nim do końca wojny. Z powodu wyjazdu lub powołania do armii rosyjskiej większość personelu nauczycielskiego Szkoła Handlowa w roku szkolnym 1914/1915 była nieczynna. Dzięki staraniom dyrektora Henryka Lipskiego i pracownikom administracji udało się uchronić budynek i wyposażenie przed dewastacją i rabunkiem. W gmachu szkoły w czasie wojny mieścił się szpital, następnie poczta i składy wojskowe. Władze okupacyjne, udzielały pożyczek na opłacanie czesnego, które zresztą zostało znacznie obniżone.

W roku szkolnym 1916/1917, w celu uzyskania dla abiturientów prawa wstępu na Uniwersytet i Politechnikę Warszawską, przekształcono za zezwoleniem władz okupacyjnych Szkołę Handlową w 8-io Klasową Szkołę Realną. Poczyniono duże zmiany w programie nauczania, likwidując obowiązkowe nauczanie przedmiotów handlowych. Wskutek wprowadzenia klasy ósmej oraz nieczynności części innych szkół średnich, zwiększyła się liczba uczniów do ok. 450. W czasie wojny zrezygnowano z egzaminów przejściowych z klasy do klasy, promocja odbywała się na podstawie stopni rocznych. W roku 1917 ograniczono również ilość egzaminów maturalnych.

W szkole półlegalnie, ale aktywnie działała drużyna skautowa. Kolportowano pisma z Krakowa i Warszawy, organizowano zbiórki w Lasku Miejskim i lesie w Chechle, prowadzono szkolenie wojskowe i ideowe. Wielu uczniów wstąpiło do Legionów, wielu z tych co zostali w Pabianicach służyło w Polskiej Organizacji Wojskowej. Wieczorem 10 listopada 1918 r. pabianiczanie, w tym uczniowie klas starszych Szkoły Realnej zebrali się w Domu Ludowym, gdzie opracowano plan rozbrajania Niemców. Uczniowie klas VII i VIII zajęli budynek pocztowy, współuczestniczyli w opanowaniu fabryk i dworca kolejowego, rozbrajali okupantów. Jednak szkoła nie przestawała pełnić swojej funkcji, nauka w klasach młodszych odbywała się normalnie, a w klasach starszych zajęcia wznowiono po feriach Bożego Narodzenia.

Rada Opiekuńcza, wskutek zrujnowania przemysłu nie mogła pokrywać rosnącego ciągle deficytu szkoły, dlatego też w maju 1919 r. zdecydowała o przekazaniu państwu z dniem 1 sierpnia całej posesji wraz z wyposażeniem. Szkoła Realna stała się Gimnazjum Państwowym imienia Jędrzeja Śniadeckiego. Dyrektorem został jeden z nauczycieli – Stefan Piątkowski.

O potrzebie kształcenia młodych ludzi, tzw. krajowców, w zaborze rosyjskim pisał Tydzień, wychodzący w Piotrkowie Trybunalskim. Autor artykułu ze względu na carską cenzurę zajmuje się jedynie kształceniem zawodowym. Nie mógł wówczas podjąć szerzej problemu edukacji narodowej i propolskiej (2 lipca 1895, pisownia oryginalna).

Szkoły handlowe

Dużo mówiono w czasach ostatnich o świetnym rozwoju naszego przemysłu krajowego, a liczne wystawy przemysłowe, na których produkcyje nasze otrzymywały palmę pierwszeństwa, dały pohop do sądu, jakoby rzeczywiście przemysł i handel nasz krajowy dosięgły znakomitego rozwoju.

Czy tak jest w rzeczy samej? Czy rzeczywiście przemysł i handel nasz „narodowym” nazwać możemy – niech nam odpowiedzą ci, którzy z zakulisowem jego życiem bliżej obznajomieni, do innych pono poprzychodzili wniosków.

Badając główne ogniska naszego handlu i przemysłu i opierając się na danych statystycznych, nader łatwo przyjdziemy do wniosków wręcz przeciwnych. Z małym bowiem wyjątkiem wszystkie niemal poważniejsze zakłady przemysłowe lub domy handlowe – to własność cudzoziemców, w małej zaledwie części obsługiwana przez krajowców, a jeszcze w mniejszej w ich posiadaniu będąca. „Inaczej być nie może – słyszymy głosy mało obznajomione z rzeczywistym stanem rzeczy – nie posiadamy odpowiednich ku temu kapitałów, brak nam energii i inicjatywy koniecznej, abyśmy umieli powołać do życia przedsiębiorstwa handlowe i przemysłowe”.

Ani jedno, ani drugie. I kapitałów znalazłoby się pod dostatkiem i inicjatywy nam nie brak, jeno nie mamy ludzi odpowiednio przygotowanych fachowo; stąd ci, co pierwsze kroki na tem Nowem dla nas polu pracy postawić usiłują, albo na przykry narażają się zawód, lub też nadzwyczaj powoli, ucząc się dopiero nieznanych im arkanów zawodu, do którego się wzięli, sterawszy młodość i siły gdzieindziej, powoli dorabiają się rezultatów swej pracy, uznania dla produkcji swej i jej rozwoju.

Podjęta przez ministerium oświaty inicjatywa co do zakładania w całym państwie szeregu szkół zawodowych, zastosowanych do potrzeb danej okolicy, powinna znaleźć pośród społeczeństwa szeroki oddźwięk i poruszyć wszystkie jego siły ku najszybszemu i możliwie najlepszemu urzeczywistnieniu projektu, który sam przez się poważne zapewnia korzyści.

Iluż to młodzieńców, dzieci ludzi średnio lub wcale niezamożnych, prześlęczy lat parę w gimnazjach klasycznych nad łaciną i greką, z których następnie żadnej nie osiąga korzyści.

Brak środków materialnych, a w wielu razach brak odpowiedniego uzdolnienia i aspiracje wewnętrzne nie pozwalają młodzieńcowi ukończyć gimnazjum, uzupełnić wykształcenia studiami uniwersyteckimi, i taki niedouczony wyrostek idzie za protekcją do jakiejś kancelarii którejkolwiek z instytucyi rządowych, aby tam lata całe trawić na posadzie niższego urzędniczka, walcząc z biedą, która wcześniej czy później zgnębi go ostatecznie. Gdyby atoli wykształcono go zawodowo, wedle miary środków materialnych i osobistych zdolności, wyrósłby z niego nader użyteczny pracownik, co prawda nie sięgający zbyt wysoko ambicjami, ale za to stokroć użyteczniejszy sobie i drugim, bo i sam na chleb zarobić i drugim ku temu umiałby dopomóc.

Ponieważ u nas wszystko dziać się zwykło wedle powiewów wiatru, modą zwanego, a mieliśmy już mody na doktorów, inżynierów i adwokatów – niechże z kolei przyjdzie moda na wykształconych zawodowo ślusarzy, kowali i cieśli, a owa bieda, która zwłaszcza po miastach prowincjonalnych skargami swemi rozdziera nam uszy, przestanie wreszcie ukazywać swoje wybladłe oblicze i życie żywszem zabije tętnem.

Lecz aby osiągnąć ten cel, należy nam wszystkiemi siłami starać się o szkoły zawodowe, tym bardziej, gdy nowy projekt, szerokie pozostawia pole inicjatywie prywatnej.

Szkoła Handlowa w Pabianicach miała istotne znaczenie dla rozwoju społeczności lokalnej. Życie Pabianic w 1958 roku przypomniało historię tej najstarszej szkoły średniej w mieście.

W miarę dalszego rozwoju miasta i szybkiego przyrostu ludności, ówczesne władze carskie zakładają dalsze szkoły początkowe. W szkołach tych był język rosyjski językiem wykładowym. Celem tych szkół było nie tylko nauczanie, ale i rusyfikowanie młodzieży polskiej. W miarę rozwoju przemysłu włókienniczego Pabianice szybko wzrastały w ludność, wzrastało również zapotrzebowanie na pracowników umysłowych, których przemysłowcy bardzo często zmuszeni byli angażować z zagranicy, to też przemysłowcy wraz z gronem obywateli miasta zaczęli poważnie zastanawiać się nad założeniem szkoły średniej w Pabianicach. Miastu przemysłowemu odpowiadał najlepiej typ szkoły handlowej, ponieważ w takiej szkole młodzież otrzymywała przygotowanie do pracy w przemyśle.

Opracowano więc statut 7-mio klasowej szkoły handlowej w Pabianicach, który został zatwierdzony przez władze carskie 1 –go czerwca 1889 roku. Statut ów przewidywał, że na czele szkoły stała Rada Opiekuńcza składająca się z prezesa i 6 członków wybieranych przez założycieli. Do Rady Opiekuńczej z urzędu wchodził dyrektor szkoły. Celem działalności Rady Opiekuńczej była troska o rozwój szkoły, dozór nad funduszami i majątkiem szkolnym, ustalanie poborów dla nauczycieli na wniosek dyrektora itp.

Sprawy nauczania i wychowania należały do dyrektora i Komitetu Pedagogicznego. Po otrzymaniu zezwolenia na prowadzenie 7-mio klasowej szkoły handlowej pomyślano o budynku na szkołę. Kłopotu z tym nie było wielkiego, ponieważ miasto posiadało trzypiętrowy gmach pofabryczny przeznaczony na koszary stacjonowanych tu wojsk rosyjskich.

Ponieważ w roku 1891 wojsko rosyjskie opuściło Pabianice, budynek ten wyremontowano kosztem 17292 rubli 17 kopiejek i oddano na szkołę. Dyrektorem szkoły władze carskie zamianowały dotychczasowego dyrektora szkoły handlowej w Kijowie Aleksandra Lubańskiego (Aleksandr Liubanskij).

Ogólne zebranie założycieli szkoły 29 czerwca 1898 r. wybrało Radę Opiekuńczą w składzie następującym: przewodniczący Oskar Kindler, sekretarz Teodor Hadrian, skarbnik Ludwik Schweikert oraz członkowie Teodor Ender, Izydor Baruch, Oskar Saenger, dr Ignacy Broniewski.

Po wyborach Rady Opiekuńczej przystąpiono do wyposażenia szkoły. Do tej akcji zaangażowali się przemysłowcy i niebawem szkoła otrzymała niezbędne urządzenia klasy oraz gabinety – fizyczny i chemiczny. Na pomoce naukowe nie szczędzono pieniędzy. Rada Opiekuńcza hojnie wspierała szkołę. Gabinety fizyczny i chemiczny wraz z laboratoriami urządzone były bardzo zasobnie. Była to jedna ze szkół średnich najlepiej wyposażona w Polsce.

Dnia 2 października 1898 roku, zostało dokonane uroczyste otwarcie szkoły wobec przedstawicieli władz carskich, Rady Opiekuńczej, komitetu Pedagogicznego oraz wielu obywateli miasta Pabianic.

Nauczyciele byli dobrze płatni, toteż personel nauczycielski składał się z wybitnych sił. Nic też dziwnego, że poziom naukowy tej szkoły był wysoki i szkoła cieszyła się dobrą opinia zarówno u władz szkolnych, jak i na wyższych uczelniach, szczególnie na bardzo wysokim poziomie postawione były przedmioty matematyczne. W miarę rozrostu szkoły były angażowane siły profesorskie. Ponieważ Rada Opiekuńcza bardzo wydatnie wspierała szkołę, toteż i uposażenie profesorów było wysokie, co dodatnio wpływało na dobór sił profesorskich.

Szkoła ta była szkołą rosyjską z językiem wykładowym rosyjskim, a pełna nazwa tej szkoły w języku rosyjskim brzmiała: Pabianickoje Siemikłasnoje Komierczeskoje Ucziliszczie. Język polski był nadobowiązkowy.

Przedmioty nauczania w tej szkole były następujące: religia, języki: rosyjski, francuski, niemiecki oraz matematyka, historia powszechna, historia Rosji, geografia powszechna, geografia Rosji, przyroda, fizyka, kosmografia, chemia, mineralogia, arytmetyka handlowa, geografia handlowa, ekonomia polityczna, nauka o prawie (prawo finansowe), „buchalteria”, korespondencja handlowa, towaroznawstwo, rysunki, śpiew, gimnastyka. Język polski nieobowiązkowy.

Po rozbiorach Polski i upadku powstań nad narodem polskim zawisła ciężka i hańbiąca niewola, z którą trudno było społeczeństwu polskiemu pogodzić się.

Polska wytarta z map, przestała istnieć jako państwo. Władze carskiej Rosji przystąpiły do gwałtownej rusyfikacji młodzieży. Wprowadzono w urzędach i szkołach język rosyjski. W takich warunkach powstawały szkoły pod zaborem rosyjskim.

Typ szkoły rosyjskiej młodzieży polskiej nie odpowiadał, toteż wzrasta wśród młodzieży starszej niezadowolenie. Staje się ona oporna i krytyczna w stosunku do władz szkolnych. Powstaje więc w roku 1902/1903 ściśle zakonspirowane „Kółko Młodzieży Niepodległościowej”, działalność którego polegała na organizowaniu konspiracyjnych zebrań, na których za pomocą referatów i lektury pogłębiano wiadomości z dziedziny historii, literatury Polski i urabiano ideologię niepodległościową. Zebrania te odbywały się w domu państwa Laczysławów. Głównymi kierownikami i organizatorami Kółka byli uczniowie: Aleksander Laczysław, Bronisław Płoszyński, Jan Majewski, Bernard Dobrzyński, Bolesław Lewandowski, Zygmunt Steiumessel.

Szkoła rosyjska napotyka więc na coraz większe trudności w prowadzeniu młodzieży w Pabianicach, jako mieście fabrycznym, narasta wśród mas robotniczych nastr& oacute;j walki z urzędem zaborczym i dążenie do zmiany stosunków społecznych. Ta atmosfera podniecenia przenika również do warstw starszej młodzieży szkolnej. Młodzież ta staje do walki o szkołę polską przy poparciu niektórych nauczycieli Polaków. Prof. Władysław Michalski i prof. Edward Minkiewicz grupują na około siebie młodzież postępową. Zebrania odbywają się w mieszkaniu prof. Michalskiego. Wspomniane Kółko Młodzieży Niepodległościowej nawiązuje kontakt z Polską Partią Socjalistyczną. Aby podtrzymywać i wzmacniać wśród młodzieży w Pabianicach nastrój walki o szkołę polską przyjeżdżał do Pabianic student z Warszawy Bruno Gutke. Przywoził on informacje o działalności młodzieży szkolnej w innych miastach byłego Królestwa Polskiego i był w ścisłym kontakcie z prof. Michalskim.

Rewolucja 1905 r. przenika z Rosji na ziemie polskie i ogarnia wszystkie ośrodki robotnicze. W Pabianicach nastrój rewolucyjny przybierał na sile, w mieście powstają rozruchy i demonstracje. Następstwem tych rozruchów i działalności młodzieży niepodległościowej było zamkniecie szkoły w styczniu 1905 r., otwarta została ponownie 22 lutego tegoż roku. I wtedy pod wpływem akcji w całym Królestwie oraz z inicjatywy profesorów Michalskiego, Minkiewicza, J. Dąbrowskiego i M. Rembertowicza wybuchł w lutym strajk szkolny w Pabianicach. Przebieg tego strajku był następujący: w dniu 25-go lutego 1905 r w jednej z klas zapełnionej młodzieżą szkolną, wręczono dyrektorowi Lubańskiemu petycję, w której młodzież domagała się przekształcenia szkoły rosyjskiej na polską. W imieniu zebranych wręczył petycję uczeń Bronisława Płoszyński w asyście Jana Michalskiego i Mieczysława Laczysława, poczym wszyscy opuścili szkołę. Wedle relacji dyrektora Lubańskiego strajkowało 40 uczniów i 5 uczennic; potwierdza to opinię, że młodzież innych narodowości nie poparła strajku. Strajk załamał się, gdyż w dniu 1 marca 1905 r. strajkujący zaczęli uczęszczać do szkoły. Organizatorzy strajku wystąpili ze szkoły na żądanie rodziców. (taka jest wzmianka a aktach szkoły). Prawdopodobnie im tak poradzono by uniknąć represji.

Ze strony uczniów przyjętych z powrotem do szkoły wywołany został ponowny strajk w dniu 5 marca 1905 r. Nie udał się on jednak. Jako skutek tego ponownego wystąpienia uczniów, odbył się w dniu 6 marca tegoż roku wiec rodzicielski z udziałem Rady Opiekuńczej szkoły, nauczycieli i uczniów, na którym uchwalono wszcząć starania o pozwolenie wprowadzenia języka polskiego, jako wykładowego. Ta uchwała zadowoliła młodzież pozostałą w szkole i strajk ponowny został zlikwidowany. Na wynik strajku czekano dość długo, gdyż dopiero 30 X 1905 r. nastąpiła uchwała Rady pedagogicznej, wprowadzająca język polski jako wykładowy.

Nazwiska pionierów harcerstwa byłej Szkoły Handlowej w Pabianicach nie mogą być zapomniane . O harcerzu Zygmuncie Wróblu tak pisała ówczesna prasa we wspomnieniach pośmiertnych: Zygmunt Wróbel był jedną z najpiękniejszych postaci na gruncie naszego miasta. Już jako uczeń Pabianickiej Szkoły Handlowej uwydatniał swój piękny charakter. Na terenie szkoły Zygmunt Wróbel organizuje harcerstwo, pracuje w Związku Zarzewiaków, kolportuje bibułę propagandową. Swoim szlachetnym postępowaniem, dzielnością oraz przygotowaniem do życia zwraca uwagę swych zwierzchników. Gdy w 1916 roku przybywa do Pabianic, młodzież wita go z zapałem. Wiadomość o jego śmierci w dniu 1 marca 1917 roku wywołała wielkie przygnębienie i żałobę w szeregach harcerskich. Harcerstwo straciło w nim niestrudzonego pioniera, Polska zaś rycerza bez skazy”.

W roku 1916/1917 w celu uzyskania dla abiturientów prawa wstępu na uniwersytet i politechnikę warszawską przekształcono za zezwoleniem władz okupacyjnych 7-mio klasową Szkołę Handlową na 8-mio klasową Szkołę Realną. Szkoła musiała się odtąd zastosować do ogólnych przepisów, dotyczących tego rodzaju zakład& oacute;w naukowych.

To ciągłe przystosowanie się szkoły do wymagań różnych uczelni ciążyło nadmiernie. Programy Szkół Handlowych zawsze były przeładowane różnymi przedmiotami, ponieważ do pełnego programu szkół ogólnokształcących dodawano przedmioty handlowe, uważano to za rzecz nie wzbudzającą żadnych wątpliwości natury pedagogicznej i nad tym, czy umysł młodzieży jest zdolny do wchłaniania bez ograniczeń różnych wiadomości, mało zastanawiano się. Zjawisko przemęczenia młodzieży wystąpiło już w pierwszych latach szkoły rosyjskiej; starano się temu zapobiec przez zastosowanie doskonałych metod nauczania, przez pomoc słabym uczniom, a nie pomyślano o istotnej przyczynie, o przeładowaniu programu. Wskazał na to zjawisko okręgowy inspektor na Radzie Pedagogicznej w roku 1902, lecz jego uwag nie starano się realizować. Dopiero po przemianowaniu Szkoły Handlowej na Szkołę Realną nastąpiło odciążenie programu przez redukcję z programu szkoły przedmiotów handlowych (A. Krakowski).

Szkoła Handlowa zasłynęła stosowanymi w niej eksperymentami pedagogicznymi. Warszawski Kurier Poranny w roku szkolnym 1903/1904 pisał, że rada pedagogiczna Szkoły Handlowej w Pabianicach zastosowała na próbę nowy system stawiania stopni. Przede wszystkim podzielono na grupy uczniów słabych, zdolnych i bardzo zdolnych. Postanowiono wystawiać oceny z przedmiotu nie cyframi lecz omówieniem, z którego wynikałoby, czemu uczeń zasłużył na taką ocenę a nie inną. Jeśli okazuje się, że jest tak słabo przygotowany, iż nauczyciel zmuszony jest zdyskwalifikować jego przygotowanie i postawić mu stopień niedostateczny, to wniknąć w to winna rada pedagogiczna i wydać odpowiednią decyzję. Uważa się, że stopień nie może być środkiem dyscyplinarnym, wobec czego w Szkole Handlowej w Pabianicach już skasowano zwyczaj stawiania stopni za lekcje, oraz jeśli chodzi o ocenę zachowania się, na przykład zachowania się złego na lekcjach lub poza nimi.

Pisząc w dalszym ciągu o inicjatywie pabianickiego nauczycielstwa, gazeta komunikuje, że karanie dzieci za zachowanie się pozostawia się rodzicom i opiekunom, których szkoła powinna systematycznie powiadamiać o zachowaniu się uczniów i zważać czy rodzice wyciągają z tego wychowawcze wnioski. Jak wynika z dokumentów, eksperyment pabianickiej średniej Szkoły Handlowej znalazł pełną aprobatę Inspekcji Warszawskiej Szkół Handlowych, taką bowiem nazwę nosiła wówczas instytucja oświatowa, opiekująca się w Królestwie Polskim szkołami handlowymi. Próby podjęte przez nauczycielstwo pabianickie, zalecono stosować w szkołach handlowych w Królestwie.

Szkoła Handlowa w Pabianicach wraca we wspomnieniach Tadeusza Kalusińskiego, współtwórcy Związku Harcerstwa Polskiego. Autor przebywał przed pierwszą wojną światową na kursie Polskich Drużyn Strzeleckich w Skole (Galicja) i opowiadał kolegom z zaboru austriackiego o szkołach polskich w zaborze rosyjskim.

Opowiadania warszawiaków o polskim szkolnictwie, zwłaszcza średnim i wyższym bardzo ich interesowały, lecz jakoś nie mogli od razu zrozumieć, że szkoły te nie mają praw państwowych i tak to sobie przykładowo tłumaczyli, że żaden z nas z prywatno-społeczną polską maturą nie może być w wojsku carskim tzw. jednorocznym ochotnikiem. W trakcie tej rozmowy sami wreszcie doszli do wniosku, że młody Polak z polską maturą, zwłaszcza gdy był uczniem polskiej szkoły podstawowej był w państwie carów oficjalnym analfabetą, choćby miał akademicki tytuł doktora filozofii.

A więc może zaistnieć tego rodzaju przypadek, ze w arkuszu ewidencyjnym Polaka, znajdzie się informacja dla celów wojskowych, treści następującej: student krakowskowo uniwersitieta, a dalej bezgramotnyj. Te syntetyczne ujęcie całej sprawy, mądre i rzeczywiste wywołało wśród jadących niebywały humor. Student, ale analfabeta, bo odważył się czerpać wiedzę z polskiego, a nie carskiego źródła mądrości i wiedzy. Był to jeden z wielu absurdalnych przejawów carskiego brutalnego, a głupiego reżimu. Carska doktryna stosowana do tępienia polskości, była silniejsza nawet od dobrze pojętego państwowego interesu rosyjskiego. Przecież ci oficjalni maturzyści, a równocześnie analfabeci rozjeżdżali się na studia po całej Europie. Poznawali obce języki zachodnioeuropejskie, środowiska naukowe i kulturalne, i ze zdobytymi zasobami wiedzy fachowej wracali do kraju. A po powrocie każdy z nich był prekursorem nowych antycarskich idei, a przede wszystkim idei niepodległości Polski.

Któregoś z maturzystów lwowskiego gimnazjum o programie matematyczno-fizycznym, szczególnie interesował poziom nauczania fizyki i chemii. Wtedy wtrąciłem również swoje trzy grosze, popisując się wiadomościami z tej dziedziny, które nam uczniom polskiej, tak zwanej Szkoły Handlowej w Pabianicach, a właściwie szkoły o programie matematyczno-przyrodniczym, pakowali do mózgownic ówczesny dyrektor szkoły – fizyk Lipski oraz przyrodnik i chemik Piątkowski. Szacunek dla naszych szkół wzmógł się jeszcze więcej, kiedy im opisałem gabinety sale wykładowe do nauczania obu wymienionych przedmiotów. Z niedowierzaniem słuchali moich informacji, że rosyjska państwowa politechnika w Kijowie pożyczała aparaty fizyczne z mojej pabianickiej szkoły (…) Jako stary człowiek składam hołd pamięci całemu ówczesnemu gronu nauczycielskiemu szkoły w Łodzi i Pabianicach, do których uczęszczałem. W trudnych warunkach finansowych bez prawa do emerytury, narażeni na donosy i szykany rosyjskich władz oświatowych i policyjnych, robili wszystko, aby nas niesfornych uczniów, ciągłych malkontentów wychować na dobrych Polaków i zaopatrzyć w zapas wiedzy, który pozwolił nam zwycięsko współzawodniczyć z maturzystami państwowych szkół rosyjskich. I to im się zawsze udawało.

Wysoki poziom Szkoły Handlowej w Pabianicach odnotował łódzki Złoty Róg (16.11.1913).

W Pabjanicach istnieje również siedmioklasowa Szkoła Handlowa koedukacyjna. Pod względem pedagogicznym szkoła ta stoi na bardzo wysokim poziomie i dlatego odgrywa rolę szkoły „wyższej” wobec 4 i 6-klasowych szkół łódzkich, których abiturienci udają się do Pabjanic i tam kończą wykształcenie średnie.

Szkoły powyższe w Pabjanicach i Zgierzu powstały na podstawach koedukacyjnych ze względów praktycznych, oszczędnościowych. W ogóle szkolnictwo polskie w Łodzi i pomniejszych ogniskach okolicznych stanowi niezmiernie doniosłą pracę społeczną i w ostatnich latach poczyniło olbrzymi postęp, jakkolwiek w tej dziedzinie istnieją jeszcze wielkie braki oraz bardzo wielkie trudności do pokonania. Nie ulega jednak wątpliwości , że praca jednostek oraz rozwój samopomocy społecznej w tej podstawowej dziedzinie kulturalnej, będą nabierały coraz większej energii i usilności.

Szkoła Handlowa w Pabianicach pozostaje nadal w kręgu zainteresowania badaczy życia i działalności Maksymiliana Kolbe. Młody Kolbe oraz jego brat Franciszek byli także uczniami „handlówki”.

Julia Szwarc w książce „Pozyskać cały świat” pisze: Zastrajkowała i pabianicka handlówka, jedyna szkoła średnia w mieście. Strajk rozpoczął się 7 lutego 1905 roku. Początkowo wzburzona młodzież gromadziła się przed budynkiem, wznosząc buntownicze okrzyki i godzinami skandując hasła domagające się wprowadzenia do szkoły języka ojczystego. Potem z każdym dniem napięcie wzrastało.

W odpowiedzi na to dyrektor Lubański, który mimo swego polskiego nazwiska był Rosjaninem, próbował uspokoić zbuntowanych uczniów. Licząc na szacunek dla własnego autorytetu, wyobrażał sobie, ze szybko opanuje młodzieńczą brawurę. Znany był bowiem dotychczas jako dobry człowiek, życzliwy wobec swoich uczniów, których nieraz brał w obronę. Zwykle potrafił tak wpływać na młodzież, że chętnie pracowała pod jego kierunkiem. Był szczery i niejednokrotnie dawał wyraz swego poparcia dla dążeń społeczeństwa polskiego, za co bardzo go szanowano. Nigdy też nie starał się szkodzić swym podwładnym, gdyż kierował się jedynie dobrem placówki.

Jednak tym razem wszystkie jego działania okazały się bezskuteczne. Postanowiwszy zatem rozprawić się z buntownikami zagroził, że sięgnie po represje. Potem zaczął straszyć rozwiązaniem szkoły, ale i tak te pogróżki nie odniosły żadnego skutku. Przeciwnie. Młodzież tak się rozzuchwaliła, że pikiety przerodziły się w agresywne demonstracje, a gremialne wyprawy pod magistrat omal nie skończyły się aresztowaniami. Krążyły nawet pogłoski, ze z Łodzi miał być wezwany oddział kozaków

Gorące dni uwydatniły różne postawy mieszkańców Pabianic, przez co miasto uległo niebezpiecznym podziałom.

Najbardziej tchórzliwi próbowali przełamać opór, nakazując swoim dzieciom zaprzestanie strajku i powrót do szkoły. U przeciwników wywołało to reakcje bliskie samosądowi. Ci bowiem gotowi byli na wszystko. Niewola tak im dopiekła, ze nie wahali się złożyć najwyższej ofiary, nawet z własnych dzieci.

Na szczęście do strajku włączyli się nauczyciele. Była to ich odpowiedź na apel nowo utworzonego Związku Unarodowienia Szkół i postępowego Koła Wychowawców, które wezwały wszystkich polskich pedagogów do bojkotu szkoły rosyjskiej. To sprawiło, ze niebezpieczeństwo grożące młodzieży zostało zażegnane. Odtąd bowiem strajk przybrał nieco inny charakter.

Przed budynkiem handlówki recytowano polską poezję patriotyczną, śpiewano pieśni narodowe i organizowano zbiorowe modlitwy. Nawet demonstracja uliczna nie miała w sobie elementów agresji. Dokładnie w miesiąc później, czyli 7 marca, strajk młodzieży pabianickiej zakończył się, ale wrzenie w szkolnictwie nie ustało. Placówki oświatowe na terenie Królestwa jedna po drugiej kontynuowały protest, który w sposób pełzający ciągnął się jeszcze przez kilka lat.

Przebieg tych burzliwych wydarzeń Kolbowie śledzili z ogromnym niepokojem, ale i wielką nadzieją, gdyż ich najstarszy syn wkrótce miał ubiegać się o przyjęcie właśnie do Szkoły Handlowej (…).

Synowie Kolbów mieli swoje codzienne obowiązki, gdyż wychowanie w szacunku do pracy i sprawiedliwy podział zadań były w ich domu tak samo ważne, jak pielęgnowanie wszystkiego, co umacniało miłość do Ojczyzny. Ale największą wagę przykładano do nauki.

Najzdolniejsze dzieci przykładnych parafian przygotowywane były przez niektórych księży do podjęcia nauki w szkole średniej. To otwierało perspektywę awansu także dla najstarszego syna Kolbów.

Szkoła ta, a właściwie dwie siedmioklasowe Szkoły Handlowe – męska i żeńska, zostały powołane do istnienia w 1898 roku przez grono pabianickich przemysłowców: Oskara i Juliusza Kindlerów oraz Teodora Endera i Feliksa Kruschego, będąc od początku wielką dumą społeczności pabianickiej. One bowiem podnosiły rangę miasta w całej okolicy, toteż niełatwo było się do nich dostać.

Franciszek zdał egzamin wstępny z początkiem roku szkolnego 1907/1906. Dla wszystkich było jasne, że sukces swój zawdzięczał młodemu wikariuszowi od św. Mateusza, ks. Włodzimierzowi Jakowskiemu.(…)

Od pewnego czasu Juliusz (ojciec rodziny) pracował na dwóch krosnach mechanicznych, dzięki czemu mogli nieco podnieść swój standard życiowy. Za tę pracę otrzymywał bowiem siedem, a czasem nawet osiem rubli tygodniowo, co razem z zarobkiem żony dawało ponad dziesięć rubli i było już znaczącą kwotą.

Mimo to, mając w perspektywie dalszą naukę choćby tylko jednego syna, musieli oszczędzać. Pragnęli, by ich pierworodny, Franciszek, mógł kiedyś zostać księdzem, więc na ten cel odkładali część pieniędzy. Byli jednak świadomi, że na wykształcenie pozostałych nie będą mogli sobie pozwolić. Stało się jednak inaczej.

Mundek jako znacznie zdolniejszy od starszego brata z zapałem garnął się do nauki. Przez pewien czas jako gorliwy ministrant uczył się podstaw łaciny u ks. Jakowskiego, ale o jego nauce w prawdziwej szkole zadecydował szczęśliwy przypadek.

Pewnego razu mama wysłała go po lekarstwo. Ten zapamiętał łacińską nazwę leku i wszedłszy do apteki, wyrecytował z poprawnym akcentem: „Poproszę Venum graecum”.

- Skąd ty wiesz, że to się nazywa „Venum graecum” ? – spytał go aptekarz.

Chłopiec mu na to:

- Bo to jest nazwa łacińska.

- A kto ci powiedział, ze taka jest łacińska nazwa? – pytał dalej mężczyzna.

Wówczas Mundek wyjaśnił, że trochę dokształca go ks. Jakowski, ale ostatnio przenieśli go do Częstochowy. Odtąd nie miał kto się nim zajmować.

Z dalszej rozmowy pan Kotowski (aptekarz) się dowiedział, że brat jego rozmówcy chodzi do pierwszej klasy Szkoły Handlowej i jeśli Pan Bóg pozwoli, to zostanie księdzem. On zaś musi pomagać w domu, bo rodzice są niezamożni i nie stać ich na kształcenie obu. Wtedy ten przezacny człowiek stwierdził, że szkoda byłoby zmarnować takie zdolności i zaproponował mu naukę u siebie w domu, choćby zaraz.

- Ja ci będę dawał lekcje – zapewniał aptekarz – tak że dogonisz swego brata i razem zdacie do drugiej klasy. Na koniec wyznaczył mu godziny i dodał, że będzie na niego czekał.

Uszczęśliwiony chłopiec podziękował najpiękniej jak potrafił, a całą drogę powrotną przebył w podskokach.

Słuchając relacji z tego, co zaszło w aptece, rodzice byli niepomiernie zdumieni, lecz silna wiara kazała im uznać to jako znak Opatrzności Bożej. Zatem porzuciwszy obawy, czy zdołają utrzymać dwoje uczących się dzieci, wszystko złożyli w ręce Niepokalanej. Odtąd czuwali także nad postępami w nauce średniego syna.

Pod kierunkiem pana Kotowskiego Mundek pracował bardzo rzetelnie, ale mama uważała, że to za mało. Musiał bowiem opanować podstawy wszystkich przedmiotów, jakie obowiązywały na egzaminie wstępnym, co wymagało znacznego wkładu w samodzielną naukę W związku z tym niechętnie pozwalała mu na zabawy podwórkowe, czuwając, by poza pomocą w domu i nauka nie zajmował się żadnymi innymi sprawami.

Gdy pewnego razu po powrocie z pracy zastała go przed bramą, nie szczędziła mu wymówek. A kiedy wrócił ojciec, oboje starali się uświadomić mu, ze postępując tak beztrosko może nie zdać egzaminu. Byli oburzeni na jego – jak sądzili – lekkomyślność. Jednak Mundek mimo skruchy próbował się usprawiedliwiać. Widząc to, matka stwierdziła z rezygnacją, że jeśli on dostanie się do handlówki, ona zostanie królową. Na to ojciec, chcąc rozładować napiętą atmosferę, dodał pół żartem:

- A wtedy ja zostanę biskupem.

Jednak Mundkowi nie było do śmiechu. Zdając sobie sprawę z powagi oczekiwań rodziców, czuł się nieswojo. Jednocześnie był przekonany, iż przesadzają w swej trosce o niego. Uważał, że wszystko jest w porządku i nie ma najmniejszego powodu do niepokoju. Przecież pan Kotowski pomagał mu zdobyć ogólne przygotowanie, a on sam od dawna płynnie i chętnie czytał różne książki, zarówno te, które były w domu, jak i wypożyczane z biblioteki parafialnej. Matematykę umiał lepiej od Franka, choć tamten był uczniem szkoły średniej, a kiedy było potrzeba, pomagał w nauce nawet dzieciom z sąsiedztwa.

Wiedząc jednak, że rodzicom nie należy się sprzeciwiać, z niecierpliwością oczekiwał egzaminu, by wynagrodzić przykrości, jakie im sprawił. Nie dopuszczał bowiem myśli, że mógłby się nie dostać do wymarzonej handlówki.

Ostatni tydzień przed egzaminem uczył się i modlił tak intensywnie, że omal nie pomieszało się mu w głowie. Zadania przeplatał modlitwami, a każde ćwiczenie zatwierdzał co najmniej aktem strzelistym.

Wreszcie stanął przed komisją, ale jego umysł był tak spokojny i zrównoważony, że błyskawicznie i bez najmniejszych trudności umiał sprostać wszystkiemu, o co go pytano. Zadania rozwiązywał w pamięci, co wprawiało w zdumienie egzaminatorów. Zatem po krótkim czasie był już wolny. Wyczuwając niemal fizycznie, że łaska Boża jest przy nim, powinien być spokojny o rezultat egzaminu. Jednak emocje brały nad nim górę, toteż z wielką niecierpliwością czekał na oficjalne ogłoszenie wyników.

Przed budynkiem szkolnym zebrał się spory tłum. Na widok Mundka, który ukazał się w drzwiach, stojący opodal bracia dawali znać o sobie wymachując rękoma, lecz on nikogo nie widział. Dopiero gdy zaczęli wołać na całe gardło, oprzytomniał. Po chwili, z wypiekami na twarzy, w krótkich słowach streścił im przebieg egzaminu, ale był tak przejęty i pełen niepokoju, ze nie chciał o niczym rozmawiać.

Przestępując z nogi na nogę wpatrywał się w okno, za którym miał się rozstrzygnąć jego los, i modląc się myślnie, całym sercem błagał Boga o pozytywny finał. Wreszcie w otwartych drzwiach stanął sam dyrektor szkoły.

Gromkim głosem, z wyraźnie rosyjskim akcentem, odczytał listę przyjętych, po czym podał woźnemu, by przybił ją obok wejścia. W głowie chłopca wyraźnie dzwoniło – „Rajmund Juliuszowicz Kolbe!”, ale nie dowierzał samemu sobie. Jego własne nazwisko zabrzmiało tak obco, ze wydawało mu się, iż chodzi tu o kogoś innego.

Zatem bez zwłoki ruszył w kierunku drzwi. Odpychając łokciami innych, którzy rzuciwszy się jednocześnie ku wywieszonej liście omal nie stratowali się nawzajem, stanął przed nią. Istotnie. Czarno na białym było napisane – „Rajmund Juliuszowicz Kolbe kl. II a” Teraz już nie miał wątpliwości. Jego egzamin zakończył się tak wymownym sukcesem, że bez kłopotu zdobył godność ucznia i to od razu drugiej klasy. Stało się, jak przewidział aptekarz.

Odwróciwszy się na pięcie, pędem zbiegł ze schodków potrącając stojących na drodze i skierował się ku braciom krzycząc – „Hurra! Jestem uczniem drugiej klasy!!! Następnie schwycił obu za szyje i wywijając młynka pośrodku ulicy (obecnie ulica Pułaskiego) skandował: „Je –stem ucz-niem, je-stem ucz-niem”...

W szczególny sposób Szkołę Handlową w Pabianicach spopularyzował profesor Claude R. Foster w książce „Mary’s Knight. The Mission and Martyrdom of Saint Maksymilian Maria Kolbe”, która doczekała się dwóch wydań amerykańskich (2002, 2013) oraz pięciu przekładów na inne języki, także na język polski.

Back in print in new, softcover edition! This biography by the late Professor Claude Foster is the definitive work on the life of St. Maximilian Kolbe. 779 pages of information, including much of the saint’s correspondence with his family, the Franciscan Friars, and Polish dignitaries of his day. It contains a section of unique phtotographs as well a time-line of events. Professor Foster spent 13 years travelling back and forth to Poland to speak with and interview those friars who knew St. Maximilian personalny. It is a labor of love and must be on the shelf of anyone with sincere interest in or devotion to St. Maximilian.

Rajmund wziął się pilnie do pracy i pod troskliwym okiem pana Kotowskiego przygotował się i przeszedł pomyślnie przez egzamin do handlówki. Rodzice patrzyli z niedowierzaniem.

- Będę chyba królową, jak zdasz ten test – powiedziała do Mundzia Marianna.

- A ja biskupem – dodał ojciec.

Po wielu latach Maksymilian Kolbe, dorosły już franciszkański kapłan napisał z Rzymu list do Marianny 20 kwietnia 1919 r., nawiązując do tego wydarzenia z dzieciństwa napisał:

- Przypomina sobie Mama jeszcze jak miałem zdawać egzaminy do handlówki, Mama powiedziała, że jeżeli je zdam, zostanie królową; a Tata mówił, że zostanie biskupem. Ja przy Bożej pomocy przez Niepokalaną, je zdałem; Mama, można powiedzieć, że swą obietnice wypełniła, a Tata?...

Rajmund zdał pomyślnie egzaminy do tej samej klasy co Franciszek. Uczęszczał do średniej Szkoły Handlowej w latach 1906 – 1907, w rok po strajku przeciwko zakazowi nauczania w języku polskim.

- Cieszę się, ze wolno jest naszym nauczycielom uczyć po polsku – mówiła Marianna.

- Trwożę się jednak wielce z powodu tej planowanej koedukacji. Nie podoba mi się, że teraz chłopcy będą uczyć się razem z dziewczętami.

- Ale o to właśnie chodzi w tej reformie edukacyjnej w sprawie dziewcząt, żeby one mogły rozwijać się także intelektualnie , a nie były tylko wyrobione towarzysko i znały się na gospodarstwie – takiego zdania był Juliusz.

- Zobaczymy, co z tego będzie, oby tylko nie grzech jakiś – Maria pozostała w tej materii ostrożna.

Autor monografii przebywał w naszym mieście w latach 90. ubiegłego wieku. Miejsca związane ze świętym Maksymilianem prezentowali mu państwo Alicja i Mariusz Baczyńscy, natomiast o historii miasta opowiadał o. Zbigniew Żaboklicki.

Claude Rifus Foster (1928-2012) born in Wilmington, Delaware, USA. He was a Fulbright Grantee at the University of Freiburg, and also studied at Basel University and at the Friedrich Schiller University in Jena. He earned his BA degree from Eastern University, his Masters from the University of Delaware, a BD from the Reformed Episcopal Seminary, a Masters from the Crozer Theological Seminary. Dr. Foster retired as Professor Emeritus in 2008 from West Chester University, West Chester, Pennsylvania after 44 years of teaching history, prior to which he taught German at Tatnall High School for 10 years.

He is a published author with several books in print, including The Biography of Paul Schneider. „A protestant minister who died in concetration camp” and Mary’s Knight, „a detailed account of the life of St. Maksymilian Kolbe” which has now been translated into 4 languages, as well as a book of several of his poems. For many years, he traveled extensively throughout Europe with college students in tow, quite often travelling behind the Iron Curtain during Communist regime. His knowledge of the Holy Bible, and other religions from around the world was unsurpassed, and he was quite often asked to give a lecture series regarding various viewpoints on both modern and historical Christianity.

Ze Szkołą Handlową łączy się osoba Aleksandra Laczysława, zdolnego ucznia i początkującego, niezwykle aktywnego, działacza politycznego.

Aleksander Laczysław urodził się 31.01.1885 r. w Pabianicach w rodzinie robotniczej. Wyższe studia filozoficzne ukończył w Zurychu w Szwajcarii. Był członkiem Organizacji Bojowej PPS. Aresztowany w 1908, wyjechał – po zwolnieniu do USA. Od 1911 roku pracował w Moskwie, następnie w Zakładach Sormowskich, w których – po rewolucji październikowej – uczestniczył w przeprowadzeniu procesu nacjonalizacji. Powr4ócił do kraju w 1924, pracował jako publicysta, redaktor i dyrektor wydawniczy różnych instytucji gospodarczych. W okresie konspiracji współpracował z prasą konspiracyjną. W ostatnich latach życia – od 1949 roku – był inspektorem Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. Zmarł 24.08.1955 r. w Zakopanem. Pabianiczanin pozostawił unikalne wspomnienie ze spotkania z Włodzimierzem Leninem.

Zakłady Sormowskie produkowały parowozy, wagony i statki rzeczne. Uznano, że zwycięstwo rewolucji zależy od upaństwowienia tej fabryki. Delegacja kolektywu pracowniczego ze Sormowa został wezwana do Moskwy. Był tam też Aleksander Laczysław, który „wpadł w oko” wodzowi rewolucji.

Oddajmy mu głos:

Przewodniczący Rykow otworzył posiedzenie i oddał głos naszej delegacji. Gdy kolega Kaminer odczytywał swój referat, ktoś bezszelestnie wszedł do pokoju i tuż z boku za mną zajął miejsce. Siedziałem tyłem do drzwi wejściowych i nie wypadało mi odwrócić się dla zaspokojenia ciekawości, tym bardziej że nikt z obecnych nie okazał najmniejszego poruszenia, żadnym spojrzeniem ani gestem nie zdradził swego zainteresowania osobą nowego przybysza. Po dłuższej chwili zerknąłem w bok i ujrzałem dużą, łysą głowę, wciśniętą w barczyste ramiona. Skulony w pałąk, twarz miał pochyloną nad kolanem, notował coś szybko na małym skrawku papieru.

Czyżby to był Lenin? Widziałem go przed laty w Zurychu na ulicy w otoczeniu studentów rosyjskich, ale ta olbrzymia łysina tudzież zaniedbany garnitur, zwłaszcza spodnie, których od chwili, kiedy je krawiec z rąk wypuścił – co mogło trwać całe miesiące, a może i lata – żelazko nie dotknęło, nie utożsamiały w mej wyobraźni tej postaci z tamtą. A jeżeli rzeczywiście jest to Lenin? – rozmyślałem. Czyżby kreślił notatki z wygłaszanego referatu? Niemożliwe. Szkicował pewnie jakieś nowe zarządzenie, jakieś tezy kolejnego artykułu lub wystąpienia publicznego. Nie miał chyba czasu na to, aby słuchać mało znaczącego referatu, zaprzątać swój umysł szczegółami sprawy mniejszej wagi. Przybył na konferencję, bo obiecał, był obecny, ale duchowo oderwał się od niej, oderwał od istotnie aktualnej rzeczywistości, niedużego jej wprawdzie odcinka, ale nie mniej ważnego dla całości ugruntowania rewolucji, o czym zapewniali nas najbliżsi jego towarzysze. Ten drobny, zdawałoby się – nic nie znaczący fakt, ale mierzony skalą wielkości Lenina, jest niezmiernie dla niego charakterystyczny.

Po skończonym referacie inż. Kaminera przewodniczący Rykow oznajmia: „Głos ma towarzysz Lenin”.

Na dźwięk tych słów sąsiad mój, przywołany do rzeczywistości, wstał. Wsunął kartki papieru do kieszeni i lekkim krokiem przeszedł wśród ciasno rozstawionych krzeseł do okna, znajdującego się w szerokiej niszy pokoju.

Krótko przemówił do nas Lenin. Ale w tych kilkunastu minutach skondensował przed nami całą swoja istotę duchową. Wie wszystko o Sormowie – powiedział. – Sormowo musi pracować, i to pracować lepiej przy władzy radzieckiej, aniżeli pracowało w ustroju kapitalistycznym. Jeżeli nie wiecie jak sobie poradzić z fabryka, jeżeli macie wątpliwości, jak się zachować wobec jej administracji i właścicieli, to zapytuję was:

- Jaki sens miała rewolucja, po coście ją robili? A zwracając się do członków Prezydium WSNCh nie owijał już w retoryczna bawełnę swego niezadowolenia, że pozostali dotychczas bezczynni wobec walącego się w gruzy przemysłu.

Skończył , podszedł do Rykowa, zamienił z nim szeptem kilka słów i wyszedł pośpiesznie.

Dopiero po skończonej konferencji mieliśmy dowiedzieć się, co było przedmiotem ich cichej rozmowy. Okazało się, że Lenin, który przed opuszczeniem pokoju szepnął coś do Rykowa, zainteresował się dwoma członkami naszej delegacji, dając mu zlecenie dowiedzenia się bliższych o nich szczegółów. Pierwszy członek istotnie zwracał na siebie uwagę swoją powierzchownością. Przysadzisty, w czarnej rubaszce, o twarzy prawie kwadratowej, obrzękłej, pokrytej krostami. Był to robotnik, o pokroju ewangelicznym, który otwarcie protestował przy lada okazji przeciwko wojnie, przemocy fizycznej i poborowi rekruta.

Drugą zaś postacią naszej delegacji, która wpadła w oko Leninowi, okazała się moja osoba. Nigdy się nie dowiedziałem, czemu to należało przypisać. (Aleksander Laczysław „Narodziny podstawowego dekretu” w: „Na granicy epok”, Warszawa 1967)

Szkoła Handlowa wpisała się w biografie wielu osób, także spoza Pabianic, które tutaj zdobywały wiedzę i zdawały egzaminy maturalne.

Gustaw Wassercug – prawnik i dziennikarz. Urodził się 6 XI 1893 r. w Łodzi. Był synem Feliksa i Rywki z Wajnbergów. Uczęszczał do Szkoły Handlowej Zgromadzenia Kupców w Łodzi. Posiadał uzdolnienia muzyczne, grał na wiolonczeli. Od września do listopada 1908 r. wydawał nielegalny szkolny dwutygodnik literacki Nasza Myśl. Prawdopodobnie za publikowanie tekstów ośmieszających dyrektora szkoły Wassercug został w 1909 r. wydalony ze szkoły. Egzamin dojrzałości zdawał w Pabianicach. W latach 1909-1913 studiował w Akademii Handlowej w St. Gallen w Szwajcarii. W 1915 rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Prowadził dział handlowy w Gazecie Łódzkiej. W latach 1918-1920 służył jako ochotnik w Legii Akademickiej. Po demobilizacji pracował początkowo w Głosie Polskim. W 1929 r. podjął pracę w Głosie Porannym. W latach 1928-1929 był redaktorem naczelnym popołudniówki, a następnie dodatku do Głosu Porannego „Rewia”. W 1939 roku opuścił Łódź i udał się do Lwowa. Zmarł 23 VIII 1944 r. w Kujbyszewie.

 Do Handlówki uczęszczał także Jozef Bolesław Just (1903-1989) – artysta malarz. Urodził się w Rypułtowicach (obecnie ulica Rypułtowicka) w rodzinie zamożnego rolnika. Praprzodek Bolesława był Francuzem, który otrzymał przydział ziemi we wsi kolonialnej Rypułtowice, gmina Widzew. Miał dwie siostry i dwóch braci. Edukację rozpoczął w szkole prywatnej pani Łaniewskiej w Pabianicach. W 1913 roku wraz z bratem dostał się do klasy wstępnej Szkoły Handlowej. Był harcerzem. W 1917 roku ukończył szkołę, którą przemianowano na Państwową Szkołę Realną. W 1918 r. brał udział w rozbrajaniu żołnierzy niemieckich.

Naukę kontynuował w Państwowej Szkole Włókienniczej w Łodzi na wydziale chemiczno-farbiarskim. W 1921 r. rodzice sprzedali gospodarstwo w Rypułtowicach i kupili inne we wsi Szczepankowo w województwie poznańskim. W 1922 r. Bolesław podjął pracę w farbiarni fabryki Towarzystwa Akcyjnego Wola w Warszawie. Nie zagrzał tam długo miejsca. W latach 1924-1926 pracował w gospodarstwie rodziców. Jednocześnie zajmował się malarstwem. Pod wpływem swojego szwagra, posła na Sejm RP – Romana Śródki podjął studia w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu – wydział malarstwa dekoracyjnego.

W 1927 r., podczas wyprawy studenckiej, po raz pierwszy zobaczył morze. Postanowił osiedlić się, po zakończeniu studiów, w którejś z nadmorskich miejscowości. Wybór padł na Gdynię. Ożenił się z Jadwigą Dokowicz. Małżeństwo prowadziło wypożyczalnię książek i firmę dekoracyjną. W 1939 r. został wcielony do armii. Służył w pułku telegraficznym. Po klęsce wrześniowej uciekł z niewoli i przyjechał do Pabianic, gdzie mieszkały jego siostry. 14 października 1939 r. opuścił Pabianice, wrócił do Gdyni. Wraz z żoną został wysiedlony do Generalnej Guberni. Pracował w Warszawie i Żyrardowie. Działał w Armii Krajowej. W pierwszych dniach Powstania Warszawskiego brał czynny udział w bitwie o lotnisko na Bielanach. W powstaniu zginął jego najstarszy brat. Po wojnie pracował w Pracowni Sztuk Plastycznych w Gdańsku, która odbudowywała Starówkę Gdańską. Był także nauczycielem. Należał do współzałożycieli i honorowych członków Towarzystwa Miłośników Gdyni, koło Starych Gdynian.

Utrwalał na płótnach miasto, port, nadmorski krajobraz. Wykonywał projekty ołtarzy, m. in. w kościele o.o. Jezuitów w Gdyni. Był wielokrotnie nagradzany i odznaczany, m. in. Złotym Krzyżem Zasługi. Życie Pabianic z 25.09.1980 donosiło, że Muzeum Miasta Pabianic wydało katalog pt. „Wystawy, akwarele, rysunki”, w którym znalazły się prace Justa.

O pabianickiej Handlówce wspomina też Jadwiga (Kochan) Skrobecki (1929 Wilejka – 2012 Washington) - „Polish Stories from Soviet Gulags”. Mówi, że podczas zesłania na Syberię jej matka lepiej sobie radziła od innych osób ponieważ ukończyła rosyjską szkołę w Pabianicach: What helped them survive was the fact that Mrs. Kochan knew the Russian language because she graduated from a Russian high school in Pabianice, Poland (then under Russian occupation before WWI).

Zakończenie roku w Szkole Handlowej w Pabianicach opisywał Rozwój (10.06.1899 r.):

Z Pabianic. We środę 7 czerwca o godzinie 4-ej po południu odbyła się w tutejszej szkole handlowej uroczystość Puszkinowska w połączeniu z zamknięciem roku szkolnego.

P. Nieczaj-Gruziewicz (nauczyciel języka rosyjskiego i historii w tutejszej szkole handlowej) miał odczyt o Puszkinie (biografia, znaczenie Puszkina dla literatury rosyjskiej i charakterystyka dzieł Puszkina), następnie państwo hrabina de la Bard (nauczycielka języka francuskiego) i Matwiejew deklamowali utwory Puszkina. Podczas odczytu rzucano na ekran fotografię Puszkina, współczesnych poetów słowiańskich i typów puszkinowskich.

Po ukończeniu uroczystości dyrektor, p. Lubański, odczytał sprawozdanie z działalności szkoły i jej rozwoju, następnie dyrektor i prezes rady opiekuńczej, p. Oskar Kindler, wręczali nagrody uczniom. Nagród było sporo i tak: w klasie podstępnej 9-I i 2- II; w klasie wstępnej 3-I i 3-II; w pierwszej 4-I i 4-II i w drugiej 4-I i 4-II. W ogóle uczono się bardzo dobrze, gdyż w każdej klasie pozostawiono na drugi rok zaledwie po 2 do 3 uczniów.

Wieczorem p. Oskar Kindler zaprosił personel nauczycielski, radę opiekuńczą i niektórych członków założycieli do majątku swego Widzewa pod Pabianicami, gdzie bawiono się ochoczo do rana.

„Kuryer Codzienny” i „Tydzień” piotrkowski podały wiadomość, że do pabianickiej szkoły handlowej przyjmowane będą dziewczynki. Wiadomość ta jest mylna i polega zapewne na tem, że od przyszłego roku szkolnego będzie otwarta w Pabianicach szkoła handlowa żeńska.


Wspomnienia o Handlówce i Gimnazjum im. J. Śniadeckiego znajdują się również w Księdze Pamięci Pabianic – Seyfer Pabianice (Tel Awiw 1956, Melbourne 2014).

Najstarsza polska szkoła średnia w Pabianicach szczyciła się interesującą historią. Została utworzona pod koniec XIX wieku, głównie przez niemieckich fabrykantów, m. in. Krusche-Ender i Kindler. Miała reputację najlepiej wyposażonej szkoły w rosyjskiej Polsce. Pracownie fizyczna, chemiczna i przyrodnicza nie ustępowały laboratoriom wyższych uczelni. Dwóch dyrektorów przyczyniało się przez lata do jej rozwoju. Pierwszym był Henryk Lipski, profesor fizyki (później został dyrektorem elitarnej szkoły średniej imienia Jana Zamojskiego w Warszawie). Następny dyrektor to Stefan Piątkowski, który kierował szkołą podczas pierwszej wojny światowej. Był uznanym polskim chemikiem.

Oczywiście, zajmuje nas przede wszystkim stosunek szkoły do Żydów. Podczas okupacji niemieckiej (1915-1918) placówka została przekształcona w Szkolę Realną, wtedy liczba uczniów żydowskich przekroczyła 30 procent. Wielu z nich było mieszkańcami Łodzi. Wysoka pozycja szkoły prowincjonalnej, kierowanej przez Lipskiego przyciągała uczniów nie tylko z okolicznych miasteczek, ale także z dużego, przemysłowego miasta Łodzi.

Wśród uczniów z Łodzi wielu było wychowanych w narodowym duchu żydowskim. Oni wywierali znaczący wpływ na swoich kolegów z prowincji. Utworzyli pierwszą żydowską grupę skautów imienia Bar-Kochby, która przekształciła się w Hashomer Hatzair (młodzieżówka lewicowej Syjonistycznej Partii Pracy). Liderami starszej grupy Hashomeru byli Charmac oraz bracia Rafał i Dawid Mażyńscy. Oni dali podwaliny pod ruch Hashomer w naszym mieście.

Gdy Polska stała się niepodległym państwem liczba uczniów żydowskich w tej szkole uległa zmniejszeniu. Szkołę przemianowano na Gimnazjum Męskie im. J. Śniadeckiego. W 1925 roku, kiedy autor tych słów, kończył tę szkołę pozostało tylko 6 czy 7 uczniów żydowskich, a pięciu z nich uczęszczało do ostatniej klasy. Sytuacja ta była wynikiem antysemickiego kierunku jaki przyjęła polska oświata.

Oprócz nauczyciela naszej religii (Kejzer z Łodzi, uczył nas raz w tygodniu, ale nigdy nie doszliśmy do epoki królów żydowskich) nie było prawie Żydów w kadrze nauczycielskiej. Za kadencji Lipskiego Żydówką była nauczycielka francuskiego Stefania Tarner (później Tarner-Lubaszyc), która pochodziła z asymilowanej rodziny. Warto wspomnieć nauczycieli przychylnie nastawionych do Żydów, takich jak Zofia Sawicka, nauczyciela polskiego I Andrzej Mazur, historyk, który wykazywał tolerancję i zrozumienie naszych oczekiwań.

Aczkolwiek najbardziej zasługuje na uwagę ksiądz Roman Konecki.

W owym czasie w naszej szkole było dwóch księży. Jeden uczył religii, drugi – Konecki, wykładał polski i historię. Był jeszcze pastor Schmidt. Pierwszy nauczyciel wykładał Nowy Testament, a nawet filozofię Św. Augustyna. Konecki prezentował nam polskich klasyków i historię Polski. My, uczniowie żydowscy, mówiliśmy, że jest „niewierzący”. Uważaliśmy tak z wielu powodów, na podstawie zasłyszanych historii. Nikt z nas nie wiedział jak było naprawdę, ale warto o tym wspomnieć.

Opowiadano, że miał zakaz wstępu do kościoła. Przekonaliśmy się, że to prawda podczas obchodów Święta 3 Maja. Czekał razem z żydowskimi uczniami przed kościołem aż zakończy się msza. Później pojawiła się pogłoska, że przebywa na swoistej banicji (miał być ekskomunikowany, ale pojechał do Rzymu i dostał od samego papieża absolucję). Nie wiadomo było na czym polegać miały jego przewiny. Uczniowie –katolicy mówili nam, że miał za złe księżom, iż rozgrzeszali każdego, kto odmówił właściwą modlitwę albo dał sutą ofiarę. Wplatał w swoje wykłady słone opowiastki o duchownych, które przypominały nam „Dekameron”.

Ciekawe, że z kieszeni sutanny zawsze wystawała mu gazeta Robotnik (wydawnictwo PPS). Dla nas, uczniów z przemysłowego miasta, Robotnik był bliską gazetą. Jednak księża raczej nie czytywali tej gazety. Myślę, że ciągnęło go raczej w stronę socjalizmu niż Kościoła.

Lekcje, które prowadził były dla nas najpiękniejszymi, długo pamiętanymi chwilami w szarym szkolnym życiu (przebywaliśmy wśród ponad 300 chrześcijan). Konecki był wielkim erudytą, znał dziesięć języków, w tym hebrajski i jidysz. Szanował Torę tak samo jak Nowy Testament. Ukazywał nam wpływ Biblii na rozwój polskiej literatury, a zwłaszcza na twórczość Mickiewicza.

Był uprzedzająco życzliwy wobec nas, Żydów. Jeśli inni nauczyciele nie okazywali zainteresowania żydowskimi sprawami, on wychodził nam naprzeciw, szczególnie na lekcjach polskiego. Często rozmawiał z nami na temat syjonizmu i socjalizmu.

Ciekawiły go polsko-żydowskie wydawnictwa. Czytał na przykład Nowe Życie, magazyn redagowany przez Majera Bałabana. Wypożyczał nam książki ze swojej dobrze zaopatrzonej biblioteki. Rzecz jasna, jego postępowanie nie było aprobowane przez dyrekcję szkoły oraz pozostałych uczniów. Kiedyś jeden z kolegów wypowiedział ironiczną uwagę, że podczas rewolucji francuskiej księża kończyli życie na szafocie. Ksiądz odpowiedział, że obaj mają szczęście, bo w dniach rewolucji obaj trafiliby na szubienicę.

Maturę zdałem z bardzo dobrym wynikiem. Egzaminował mnie Konecki z prawa mniejszości narodowych w świetle polskiej konstytucji. Zapytał także o polsko-niemieckie stosunki w epoce piastowskiej. Po maturze zaprosił mnie do swojego mieszkania przy ulicy Pułaskiego. Tam zobaczyłem wspaniałą bibliotekę. Wśród książek ujrzałem kilkanaście egzemplarzy Tory w różnych językach. W pokoju był pulpit, przy którym stojąc, pisał swoje rozprawy naukowe oraz zwykłe łóżko. Pokój przypominał celę klasztorną. Powiedziałem mu, że wyjeżdżam na studia do Francji, ponieważ jako Żyd mam słabe szanse, żeby uczyć się w „mojej” Polsce… Pocieszył mnie, że nadejdą lepsze czasy.

- Niech pan jedzie do Włoch – powiedział, po raz pierwszy używając tej formy grzecznościowej.

- Ale nie znam włoskiego – przypomniałem.

- Drobnostka, pozna Pan o wiele więcej języków. Mówiąc to, wyjął z biblioteki niewielką książkę z dedykacją: „Mojemu uczniowi na pamiątkę, ks. dr R. Konecki”. Początkowo myślałem, że to książka jego autorstwa albo nawet Tora. Byłem w błędzie. Otrzymałem powieść Korolenki „Bez języka” w przekładzie na jidysz.

Po latach, podczas wakacji w Polsce spotkałem go znowu. Obaj byliśmy zadowoleni, ale ledwo poznałem Koneckiego. Przede mną stał nie ksiądz, ale osoba świecka. Był teraz rektorem Uniwersytetu Robotniczego w Łodzi.

My, żydowscy uczniowie nie zachowaliśmy zbyt dobrych wspomnień z polskiej szkoły. Z wyjątkiem kilku liberalnie nastawionych nauczycieli, reszta była negatywnie uprzedzona wobec nas. Nauczycielka niemieckiego, Śliwunia – Polka ze Śląska uspokajała klasę słowami: - Robicie taki rejwach jakbyście byli na Bóźnicznej. Krew się w nas gotowała, ale zachowywaliśmy spokój. Suka szarpała za włosy wszystkich uczniów. Chrześcijanie rozładowywali swój gniew śpiewając o niej nieprzyzwoite piosenki i bazgrząc odpowiednie napisy w toalecie. My, Żydzi wybraliśmy inną zemstę. Po prostu, mając taką możliwość, zrezygnowaliśmy z języka niemieckiego. Nauczycielką francuskiego była madame Bernja Szukiewiczowa. Urodziła się we Francji i promieniowała kulturą. Dokonaliśmy zmiany bynajmniej nie z miłości do języka francuskiego, ale z nienawiści do Śliwuni.

Chciałbym wspomnieć sprawę, która zdetonowała polsko-żydowskich uczniów a była wynikiem nastrojów antysemickich.

Mówię o latach 1918-1919, podczas obchodów Święta 3 Maja grupa uczniów żydowskich uciekła z oficjalnych uroczystości szkolnych przy ul. Pułaskiego do Hebrajskiej Szkoły Średniej przy ul. Warszawskiej. Uczniowi ci, prawie sami łodzianie, postanowili uczcić polskie święto na modłę żydowską. Pozornie wszystko było w porządku. Jeden z uczniów wygłosił przemówienie o znaczeniu święta narodowego, po czym spotkanie zakończyło się odśpiewaniem Hatikvah (hymn żydowski).

Znalazł się niejaki Galewski, Żyd pochodzący z asymilowanej rodziny (należał do założycieli polsko-żydowskiej organizacji skautowskiej im. Berka Joselewicza), który uznał, że mieliśmy do czynienia ze znieważeniem Święta 3 Maja. Dyrekcja szkoły dowiedziała się szybko o wszystkim i podzieliła uczucia „patriotycznego” ucznia. Ustalono, że o losie niepokornych zadecydują ich koledzy. Uczniowie zaproponowali usunięcie ze szkoły trzech żydowskich uczniów, którzy śpiewali Hatikvah.

Żydowscy uczniowie byli wzburzeni. Oburzyli się także liderzy syjonistów – Jichak Grinbojm i A. Hartglass. Opublikowali ostry protest w Głosie Żydowskim. Protesty niczego nie zmieniły. Zrozumieliśmy znaczenie słowa mniejszość narodowa w nowej Polsce. Mogliśmy tylko pomarzyć o przyjacielskich relacjach z uczniami chrześcijańskimi. „Sąd koleżeński” miał dodatkowy skutek. Wspomniany Galewski przyczynił się do usunięcia swego krewnego, także Galewskiego z gimnazjum.

Los zrządził, iż po latach zasymilowany Galewski osiedlił się w naszym mieście jako inżynier, a jego siostra wyszła za Jehiela Mandeltorta, lubianego lidera organizacji młodzieżowej. Nie da się zgłębić żydowskiej duszy. Przez lata wyrzuty sumienia nie dawały mu spokoju. Podczas studiów przystąpił nawet do syjonistów, natomiast w latach zagłady był aktywnym członkiem podziemia żydowskiego. Należał do inicjatorów buntu w Treblince.

Z naszej szkoły wywodzili się pierwsi działacze żydowscy w Pabianicach, między innymi założyciele Hashomeru: bracia Mażyńscy, Nosn Glass, Gerszon Rajchman, Josef Rosensztein.

Absolwentem renomowanej handlówki był też Leon Pszenicki.

Pszenicki Leon. Inżynier komunikacji. Ur. 23.03.1889 w Pabianicach. Ukończył polską szkolę handlową w Pabianicach (1907). Maturę rosyjską uzyskał w szkole handlowej w Libawie (1908). Studiował i uzyskał dyplom w Instytucie Inżynierów Komunikacji w Petersburgu. W latach 1914-1922 pracował przy budowie linii kolejowej ołonieckiej i murmańskiej w Rosji, w latach 1922-1925 – w dyrekcji kolei państwowych, od 1929 r. – w Ministerstwie Komunikacji. Od 1935 r. kierownik działu mostów w biurze projektów i studiów PKP w Warszawie. Starszy asystent Politechniki Warszawskiej. Opracował szereg projektów mostów drogowych i kolejowych.

Dawna „handlówka” już jako Szkoła Realna znalazła się w kręgu zainteresowania Głosu Żydowskiego (1917 nr 42). Chodziło o niewłaściwe – zdaniem szkoły - postępowanie niektórych uczniów podczas obchodów rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki. O tej samej sprawie – jak możemy przypuszczać – pisali również, cytowani wcześniej, autorzy Seyfer Pabianice.

Z dokumentów chwili. Pabianice 24/X 1917 r.

„Sąd koleżeński” Wyższej Pabianickiej Szkoły Realnej, po rozpatrzeniu sprawy kolegów: Józefa Galewskiego, Pawła Kormana, Chila Prawdy, Jana Feliksa, Dawida Marzyńskiego i Jakubowicza, oskarżonych o zachowanie się nieodpowiadająco charakterowi szkoły i powadze chwili, podczas obchodu 100 rocznicy Tadeusza Kościuszki, opierając się na oskarżeniu kolegi Chwata oraz zeznaniu świadków i samych oskarżonych, postanowił co następuje:

Wychodząc z założenia: 1) że szkoła nasza jest i być musi narodowo - polską; 2) że szkoła ta może tolerować uczniów obcej narodowości jako takich; natomiast nie zniesie zrzeszania się tych uczniów w odrębne grupy narodowe i wreszcie 3) że wszędzie tam, gdzie uczniowie szkoły polskiej występują zbiorowo jako przedstawiciele tej szkoły winni oni zaznaczyć przede wszystkim jej polski charakter, a w najgorszym razie zachować się biernie.

„Sąd koleżeński/; W. P. Sz. R. zważywszy, że podczas wymienionej uroczystości oskarżeni występując jako przedstawiciele szkoły polskiej zaintonowali hymn narodowy żydowski „Hatykwo”, nie odśpiewawszy uprzednio ani nawet potem hymnu narodowo-polskiego, że ani nawet po tym samym manifestując swoją żydowskość niczem nie zaznaczyli swojej łączności ze szkołą polską, co więcej odśpiewanie tego samego hymnu „Hatykwo” podczas rocznicy Konstytucji 3-go Maja stało się w Łodzi w roku zeszłym powodem awantur, o czem oskarżeni wiedzieli i mogli się spodziewać takich następstw podczas wymienionej uroczystości; że wreszcie obywatele polscy, za jakich uważają się wszyscy oskarżeni, winni byli uczcić Tadeusza Kościuszkę, jako wielkiego Polaka, czego nie uczynili, czcząc w nim jedynie wielkiego człowieka. Sąd koleżeński W. P. Sz. R. uznaje wszystkich oskarżonych za winnych zachowania się nieodpowiadającego charakterowi szkoły i powadze chwili w dniu 15/X podczas obchodu stuletniej rocznicy zgonu Tadeusza Kościuszki, ponieważ oskarżeni P. Korman, Ch. Prawda, D. Marzyński, J. Felks i Jakubowicz śpiewali, jak zaznaczają pod wrażeniem chwili, nie zastanawiając się nad następstwami i nie chcąc zaznaczyć tym swej odrębności i obcości szkole polskiej. Sąd koleżeński jako opinia koleżanek i kolegów W. P. Sz. R. wyraża im najsurowszą naganę i o taką naganę dla nich prosić będzie władze szkolne.

Co do oskarżonego Józefa Galewskiego, to zważywszy fakt, ze był on inicjatorem odśpiewania hymnu „Hatykwo” i tem samem pobudził kolegów, uczniów szkoły polskiej do manifestowania żydowskości w dniu święta polskiego i że już uprzednio w zajściach łódzkich roku zeszłego brał udział, śpiewając również „Hatykwo”, a więc działał świadomy następstw, robiąc to samo w dniu 15/X rb. , że jak sam zaznacza, pod wrażeniem chwili nie był, ponieważ uważa, że wolno mu manifestować swoją żydowskość nawet wtedy, kiedy występuje jako przedstawiciel szkoły polskiej, ponieważ tem samem świadomie wyodrębnia się z ogółu uczniów szkoły i pobudza do takiego wyodrębniania się kolegów swoich współwyznawców ponieważ nie stosuje i nie chce się stosować w przyszłości do warunków, jakich wymagamy od ucznia szkoły polskiej, zaznaczając, ze agitację wśród kolegów prowadzić będzie dalej. Sąd koleżeński uważa, ze oskarżony Galewski nie może pozostawać nadal w murach szkolnych i prosić będzie władze szkolne o usunięcie go z grona kolegów. Aby zabezpieczyć się na przyszłość przed podobnemi wystąpieniami, popełnianymi świadomie lub nieświadomie Sąd koleżeński Wyższej Pabianickiej Szkoły Realnej postanowił zwrócić się do władz szkolnych z prośbą o ustanowienie regulaminu, który uniemożliwi na przyszłość wszelkie tego rodzaju zajścia i nieporozumienia.

Na wszystkich tych, którzy nie zastosują do pomienionego regulaminu, Sąd koleżeński W. P. Sz. R. rozciąga niniejszym moc powyższego wyroku w jego najsurowszej formie.

Nie wiemy jednak czy najgorliwsi agenci potrafiliby wywęszyć coś antypolskiego w piosence hebrajsko-syjonistycznej „Hatikwo”, której przekład podaliśmy w nr 27 Głosu. Piosenka ta wypowiada nadzieje narodu żydowskiego na powrót do Palestyny. Jej motyw zasadniczy brzmi:

Nie straciliśmy nadziei

Choć zły los nie drzemie,

Że ujrzymy kraj ojczysty

Naszą świętą ziemię.

A jednak w Pabianicach piosenka ta stała się powodem bardzo głośnego incydentu, za śpiewanie jej trzech uczniów dostało naganę, a jeden wydalony nawet został zupełnie ze szkoły. Nie kwestionujemy rozmyślnie ścisłości protokołu jakkolwiek przeziera w nim widoczna tendencja według orzeczenia uczniowskiego areopagu. Uczniowie ci na uroczystości Kościuszkowskiej śpiewali w synagodze piosenkę syjonistyczną „Hatykwo”. Nie przeszkadzali śpiewaniu hymnu polskiego, lecz oprócz tego hymnu zaśpiewanego dajmy na to tylko przez innych zaśpiewali także piosenkę żydowską.

Czy hymn syjonistyczny, lub, jak chce Sąd koleżeński zamanifestowanie swojej żydowskości przez Żydów w czemkolwiek znieważa uroczystość? Gdyby sędziowie uczniowscy zapoznali się lepiej z historią ich własnego narodu, to z pewnością nie zdobyliby się na taki niedorzeczny wyrok. W powstaniu Kościuszkowskim zamanifestował swoją żydowskość także Berek Joselowicz, a dla Kościuszki nie było nic milszego, jak świadomość, że „oddzieleni od nas (Polaków) wiarą i zwyczajami „ludzie walczą o sprawę polską”.

Jest rzeczą w ogóle całkiem nową, że ludzie roszczący sobie pretensje do tytułu dobrych patriotów polskich nie tolerują nacjonalizmu żydowskiego nawet pod formą syjonizmu. Dotychczas słyszeliśmy, że szowiniści polscy nie chcą pozwolić na tworzenie „JudeoPolski” przez którą to nomenklaturę rozumieją korzystanie z praw narodowych tu na miejscu. Aspiracja Żydów do opuszczenia Polski i założenia państwa w Palestynie – a tylko o takich nadziejach mówi piosenka „Hatykwa” – spotyka się u Polaków najczęściej z największym uznaniem. A jeżeli ludzie pomimo, że chcą opuścić kraj poczuwają się jeszcze do obowiązku uczczenia bohatera polskiego, to chyba zasługiwać mogą tylko na szczególną pochwałę.

Utworzenie męskiej i żeńskiej szkoły handlowej w Pabianicach było niezwykle doniosłym wydarzeniem o charakterze nie tylko edukacyjnym, ale także społecznym, kulturalnym i gospodarczym. Miasto wkraczało w okres nowoczesności. Ówcześni obserwatorzy życia publicznego podkreślali, że „ handel – to rodzony brat przemysłu, jego uzupełnienie i regulator. Początek już zrobiony , lecz jest to dopiero początek, który nie przekroczył jeszcze poza kramarstwo. Do handlu bowiem, w szerszym znaczeniu, oprócz dobrej woli i kapitału, potrzeba jeszcze zawodowego kształcenia. Wychowanie handlowe naszej młodzieży szło drogą praktyki po handlach i kantorach fabrycznych, ze słabą pomocą szkół handlowych niedzielnych, powołanych do życia w r. 1856 i zaledwie elementarne dających wiadomości. W ostatnich czasach, obudzony potrzebą prąd do zajęć praktycznych skierował wielu z młodzieży naszej na drogę handlową; atoli ludzi zawodowo wykształconych, którzy mogliby zająć kierujące stanowiska, dotkliwy brak w szeregach pracowników handlowych, a i tu jeszcze jakość stoi wprost w odwrotnym stosunku do ilości.”

Szczególną atencją otaczano żeńską szkołę handlową w Pabianicach, uznając ją za ewenement w skali kraju a nawet całego cesarstwa rosyjskiego. Piotrkowski Tydzień informował: Z Pabianic piszą do nas co następuje: Na zasadzie zatwierdzonej przez p. Ministra Finansów ustawy, w pierwszych dniach listopada br. otwartą zostaje u nas pierwsza w kraju 7-klasowa szkoła handlowa żeńska. Tak więc, dzięki inicjatywie garstki ludzi dobrze myślących i nieszczędzących kosztów, powstaje u nas przybytek nauki a nam przypada pod tym względem palma pierwszeństwa w kraju! – Egzaminy wstępne do klas przygotowawczej , pierwszej i drugiej odbędą się w dniu 30 i 31 bieżącego miesiąca w wynajętym lokalu na szkołę żeńską (Tydzień, 17.10.1899).

Szkoła żeńska handlowa w Pabianicach. Jak już donosił Tydzień swym czytelnikom – w mieście naszym w roku zeszłym, staraniem kilku zacnych obywateli, otwartą została szkoła handlowa żeńska. Myślano tu, i słusznie, że do tego przybytku nauki zgłosi się spora ilość pozamiejscowych kandydatek, zwłaszcza, że to pierwsza taka szkoła w Cesarstwie i Królestwie, z prawami rządowymi. Prowadzona racjonalnie, według najnowszych pojęć pedagogiki, stara się ona o to, aby uczennice jak najwięcej korzystając nie były jednocześnie przeciążone nauką. Toteż każda uczennica najdalej już w 4 klasie zaczyna z łatwością władać językami: ruskim, polskim, niemieckim, francuskim i w części angielskim. Ze szkoły tej mają wyjść uzdolnione buchalterki, korespondentki, ekspedientki, kasjerki, towaroznawczynie.

Wobec tego, mały napływ pozamiejscowych uczennic tym tylko chyba da się tłumaczyć, że Rada opiekuńcza szkoły, mało otwarcie takowej reklamowała i że wiele nawet, osób z bliższych okolic, nic nie wie o istnieniu tego, ze wszech miar wzorowo prowadzonego, zakładu żeńskiego. Dosyć powiedzieć, że dzieci jak najchętniej uczęszczające do szkoły, tak się w niej rozmiłowały, i smucą się gdy przyjdzie niedziela lub święto iż nie mogą iść do szkoły!... Fakt ten sam za siebie mówi, i jest on bardzo znamienny. Widać, że nauczyciele potrafili w krótkim stosunkowo czasie zostać prawdziwymi wychowawcami swoich pupilek (Tydzień, 30.01.1900).

Początkowo żeńska handlówka cieszyła się niezbyt dużym zainteresowaniem i zaczęła przynosić deficyt. Społeczność lokalna i regionalna nie była jeszcze gotowa na akceptację precedensu edukacyjnego. Tydzień pisał: Taka to już ludzka natura, że zawsze tego pożąda, czego nie ma, a gdy ma – nie umie zdobyczy ocenić. Krzyczano i utyskiwano u nas – „nie ma szkoły żeńskiej, nie można w miejscu uczyć dziewcząt, trzeba je posyłać gdzieindziej, drogo płacić etc.” Znajdują się więc ludzie iście odważni, z niemałym trudem wyjednują pierwszą w Cesarstwie szkołę handlową żeńską 7-o klasową; z większym jeszcze trudem pieniężnym, wobec ciężkich czasów, otwierają takową. I co powiecie?

W pierwszym zaraz roku swego istnienia szkoła daje deficytu osiem tysięcy rubli! „Od czego jednak rok następny – mówią wytrwali - kasa się zapełni i deficyt się zmniejszy”. Gdzie tam, obecnie są otwarte klasy – wstępna, pierwsza, druga i trzecia – a w nich zaledwie 89 uczennic. Myślano i słusznie, że będzie nadmiar kandydatek, lecz rachuby się nie ziściły, bo widocznie ludziska w Pabianicach są tego przekonania, że dziewczętom nauka nie potrzebna. Ale co myśli okolica i sąsiednie miasteczka, jak Rzgów, Tuszyn, Aleksandrów, Konstantynów, Lutomiersk, Szczerców, Widawa, Łask, Zduńska Wola? Czy i tam uznają za niepotrzebną oświatę dla kobiet? A może nie nic nie wiedzą o istnieniu w bliskości takiej szkoły? Bo że dla Łodzi „nie honor” posyłać dzieci do pabianickiej szkoły, to nie dziwota z tej prostej racji, że Pabianice ośmieliły się wyprzedzić na tym punkcie sąsiedniego olbrzyma. A kto wie – może i mieszkańcy Łodzi nie wiedzą , iż w sąsiednich Pabianicach jest tego rodzaju szkoła?

Komu leży na sercu dobro jego własnych córek, ten z najdalszego zakątka kraju winien postarać się o pomieszczenie ich w tutejszej szkole handlowej, o ile tylko fundusze jego na to starczą. Stąd bowiem mają wychodzić pracownice, umiejące o własnej sile zarobić na chleb, jeżeli nie zbytkowny to przynajmniej powszedni (17.09.1900).


W Gazecie Pabjanickiej nr 41/1934 r. ukazał się artykuł „Udział pabianickiej młodzieży szkolnej w Ruchy Niepodległościowym 1905-1906”:

Przy ocenie działalności młodzieży Pabjanickiej Koedukacyjnej Szkoły Handlowej w powyższym okresie, należy uwzględnić przede wszystkim tło szkolne, pochodzenie młodzieży, Kółko Samokształcenia i udział w Ruchu Niepodległościowym.

Szkoła Handlowa w Pabjanicach w 1905 roku liczyła zaledwie 6-7 lat istnienia, była więc szkolą młodą i nie miała tradycji ani oparcia w starszym pokoleniu, jak np. Gimnazjum w Kaliszu czy Piotrkowie. Następnie Szkoła Handlowa w Pabjanicach, jako prywatna i nowego typu – niepodlegająca rusyfikacyjnemu Ministerstwu Oświaty, była znacznie liberalniejszą w stosunku do młodzieży polskiej, niż Gimnazja Państwowe. Dyrektor szkoły Lubański, Rosjanin, ale liberał i na miarę ogólnoludzką typ dodatni i bardzo lubiany przez młodzież, przez brak ucisku rusyfikacyjnego, nie stworzył dobrych warunków dla Ruchu Niepodległościowego wśród młodzieży.

Ośrodkiem oporu szkoły, przeciwko polityce zaborczej caratu, byli nieliczni profesorowie Polacy, a szczególnie profesor chemii Wł. Michalski oraz jego asystent R. Minkiewicz. Profesor Michalski związany bardzo silnie z Centralnym Komitetem PPS, współpracował głównie z Organizacją Bojową, przygotowując w laboratorium pabianickiej szkoły materiały wybuchowe dla potrzeb tejże organizacji. W jego mieszkaniu przebywał przez dłuższy czas, wybitny wódz Organizacji Bojowej PPS Józef Mirecki (Montwiłł), stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej w 1908 r. Z tego też względu, na skutek polecenia władz partii, zmuszony był trzymać się z dala od czynnej pracy uświadamiającej. Natomiast prace wśród młodzieży prowadził w najściślejszym z nim kontakcie, asystent jego Minkiewicz. Pomimo zakazu partii, temperament prof. Michalskiego nie mógł powstrzymać go od czynnej pracy, toteż mieszkanie jego od połowy 1905 r. stało się ośrodkiem pracy tych uczniów, którzy przyjmowali bezpośredni udział w pracach partii PPS.

Szkoła Handlowa w Pabjanicach jako szkoła prywatna pobierała bardzo wysokie wpisowe za naukę. W związku z tym w szkole uczyć się mogły tylko dzieci ze sfer materialnie zasobniejszych, w pierwszym rzędzie z zamożniejszego niemieckiego mieszczaństwa Pabjanic oraz burżuazji żydowskiej przeważnie zamożniejszej. Bardzo wielu uczniów żydowskich stale dojeżdżało tramwajami z Łodzi i z życiem pozaszkolnym młodzieży nie było wcale związane. Element polski składa się jeszcze z dzieci okolicznego ziemiaństwa, natomiast ze sfer polskich pracowniczych i robotniczych była ilość znikoma.

Wykłady odbywały się w szkole w języku rosyjskim, toteż młodzież polskiego pochodzenia, zwłaszcza klas wyższych od 5-7, w ilości nieprzekraczającej 15-20 osób, zorganizowała Kółko Samokształcenia pozaszkolnego. Inspiratorem tego Kółka był asystent profesora Michalskiego, R. Minkiewicz. Kierowniczą rolę w Kółku Samokształcenia odgrywał i łącznikiem między Kółkiem a asystentem Minkiewiczem, był uczeń Bronisław Płoszyński. Na Kółku tym młodzież uzupełniała swoje wiadomości przede wszystkim o rzeczach polskich, a interesowała się i sięgała do zagadnień nieobjętych programem szkoły, jak psychologia i nauki społeczne. Na tym Kółku poszczególni uczniowie odczytywali swoje referaty, powstawały dyskusje i wymiana zdań. Wśród tej garstki młodzieży, nie bez wpływu wspomnianego asystenta Minkiewicza, wyrobił się pogląd zdecydowanie niepodległościowy o zabarwieniu socjalistycznym. Młodzież szkół pabianickich ani w całości, ani w grupie należącej do Kółka Samokształcenia, nie była opartą o takie stronnictwo niepodległościowe, jakim w tym czasie była bezsprzecznie PPS. Tym niemniej jednakże była pod wpływem tej partii.

Strajk szkolny, który wybuchł w lutym, marcu 1905 r. przede wszystkim w Warszawie i stamtąd rozszedł się po całym kraju, znalazł bardzo słabe echo w szkole pabianickiej, tak wśród młodzieży, jak też kół rodzicielskich, głównie ze względu na mieszane pochodzenie tychże.

Inicjatywa do tego strajku wyszła z kół profesorskich, do których z Polaków należeli: wspomniany już prof. Michalski, R. Minkiewicz, J. Dąbrowski, (J. Grabiec) i M. Rembertowicz. Inicjatywa ta na zebraniach rodziców nie znalazła wielkiego poparcia i to nie tylko w sferach rodzicielskich niemieckich i żydowskich, ale także niestety rodzice Polacy uważali akcję tą za chybiona i dla ich dzieci szkodliwą (utrata praw rządowych).

Akcja rewolucyjna jaką w 1905 i 1906 r. prowadziła PPS z młodzieży pabianickiej potrafiła przyciągnąć tylko bardzo nieliczne jednostki. W okresie rozgorzenia ruchu rewolucyjnego, PPS występując półlegalnie zorganizowała wykłady dla młodzieży szkolnej w stancjach uczniowskich i mieszkaniach prywatnych. Na wykłady te zbierało się kilkudziesięciu uczniów i uczennic. Program wykładów prowadzony przez czynnych członków PPS obejmował niedwuznaczna akcję niepodległościową. Pomimo tej energicznej akcji partii, do pracy przylgnęły nieliczne jednostki :

Aleksander Laczysław, który już w końcu 1904 r. poza Kółkiem Samokształcenia, zbliżył się do PPS i rozpoczął czynna prace wśród robotników, zapowiadał się na działacza w dużym stylu. Bardzo oczytany i energiczny współdziałał żywo z ruchem rewolucyjnym. W jego mieszkaniu była drukowana na szapirografie pierwsza odezwa PPS, nawołująca do ruchu rewolucyjnego i demonstracji. Niestety, został szybko rozkonspirowany, a następnie aresztowany. Chociaż udało się go wkrótce zwolnic, tym niemniej jednakże dla dalszego ruchu został stracony i w marcu, kwietniu 1905 r. opuścił Pabjanice, przenosząc się na wyższe studia do Szwajcarii.

Bronisław Płoszyński – organizator Kółka Samokształcenia i najwyższa inteligencja wśród młodzieży, był natchnionym mówcą na kółkach i zebraniach robotniczych w okresie początkowym ruchu rewolucyjnego. Po aresztowaniu Laczysława, z którym mieszkał, zmuszony był również opuścić Pabjanice razem z tymże; i tak we wczesnym okresie ruchu rewolucyjnego, obydwaj wyżej wspomniani działacze, z pracy się wycofali.

Trzecim pracownikiem Ruchu Niepodległościowego z kół uczniowskich był przez cały 1905 r. Zygmunt Steinmӓssel, pochodzący z Ozorkowa. Praca jego trwała niemal cały 1905 r. Zygmunt Steinmӓssel, ujmującej powierzchowności o dużej elokwencji, przemawiał z wielkim powodzeniem na olbrzymich wiecach robotniczych i był p[rzez masy robotnicze Pabjanic niezmiernie lubiany. W końcu 1905 r. został aresztowany i więcej już na miejscu nie był czynny.

Stefania Ankerstein - córka nauczyciela Szkoły Miejskiej w Zgierzu, weszła do pracy niepodległościowej gruntownie przygotowana w wyżej opisanym Kółku Samokształcenia. Niesłychanie oczytana i bardzo wymowna prowadziła właściwą, systematyczną pracę niepodległościową w Pabjanicach od polowy 1905 r. Aresztowana w styczniu 1906 r. przesiedziała w Pabjanicach w areszcie przez 4 miesiące, po wyjściu z którego, mimo że w tak małym mieście była powszechnie znana, prowadziła jednak dalej swoja ryzykowną pracę. Praca ta polegała na prowadzeniu kółek robotniczych w poszczególnych fabrykach i dzielnicach, na organizacji strajków ekonomicznych i politycznych oraz udziale w manifestacjach i pochodach.

Józef Kopias – był jednym z uczniów Pabianickiej Szkoły Handlowej, czynnym członkiem Organizacji Bojowej PPS. Z natury rzeczy będąc w tej organizacji, nie mógł brać udziału w pracy uświadamiającej, gdyż działalność jego była związana z wystąpieniami bojowymi, które zmusiły go do opuszczenia kraju i zamieszkania we Francji.

Jak z powyższego wynika z całego Koedukacyjnej Szkoły Handlowej w Pabianicach, liczącej w owym czasie około 300 uczniów, zaledwie 5 jednostek zaznaczyło się w Ruchu Niepodległościowym, z których w dodatku trzech pochodziło spoza Pabjanic. Pabjaniczanami, w ścisłym tego słowa znaczeniu, byli tylko Laczysław i Kopias. Przyczyny tak małego udziału młodzieży zostały podane wyżej. (E.M.)


http://historia-nieznana.blogspot.com/2015/10/pabianice-szkoa-handlowa-swiadectwa.html


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij