www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 62 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pamiętnikarze

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W „Pamiętnikach lekarzy”, red. K. Bidakowski i T. Wójcik, 1968  znajduje się praca Wacława Stefańskiego, który wspomina m. in. swój pobyt w Pabianicach na początku XX wieku.  Autor wspomnień urodził się w 1878 roku w Warszawie. Ojciec  Stefańskiego  uciekł z pruskiego Pomorza do Kongresówki, perypetie ojca odbiły się poważnie na późniejszym życiu syna. Według obowiązujących przepisów prawnych  zmuszony był  przez długie lata pozostać niemieckim poddanym.  Stefański w 1905 r. ukończył Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Obietnice uzyskania poddaństwa rosyjskiego otrzymał dopiero w 1911 r. w Pabianicach, gdzie  wręczono mu „wodworitienoje swiditielstwo”, czyli dokument upoważniający do otrzymania po upływie pięciu lat rosyjskiego paszportu. Brak stosownego dokumentu utrudniał Stefańskiemu poruszanie się po Europie i był przyczyną wielu dramatycznych sytuacji.

(…) Na moją decyzję opuszczenia Nasielska wpłynęły głównie uciążliwe warunki komunikacyjne wokoło miasteczka, co się odbiło na moim zdrowiu, oraz chęć pracy w większym środowisku, gdzie byłaby możliwość praktyki opartej o szpital. Poza tym chodziło o bardziej kulturalne warunki bytowania. Z tych względów – po sześcioletnim pobycie w Nasielsku – za namową żony zgłosiłem swą kandydaturę na lekarza kobiet i dzieci przy fabryce Kindlera w Pabianicach.

Po zawarciu umowy z dyrekcją fabryki i wynajęciu odpowiedniego lokalu w styczniu 1911 roku przenieśliśmy się wraz z matką żony, z którą nie rozstawaliśmy się, i z czteroletnim synkiem Januszem do Pabianic, gdzie z dużym zapałem przystąpiłem do zawodowej pracy w warunkach, które mi pod każdym względem odpowiadały.

Pabianice były wówczas miastem liczącym czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców, w którym znajdowały się trzy dobrze urządzone szpitale. Wygodne tramwajowe połączenie z Łodzią znakomicie ułatwiało życie kulturalne i towarzyskie (w Łodzi miałem sporo przyjaciół jeszcze z czasów gimnazjalnych).

W tych czasach Pabianice były wyjątkowym w Kongresówce miastem, gdzie rozwijały się i kwitły najrozmaitsze społeczne instytucje. Znajdował się tam duży gmach Domu Ludowego z salą teatralną, w którym mieściły się: Towarzystwo Naukowe i Muzeum Przyrodnicze. Rozwinięta była także, jak na owe czasy, spółdzielczość – miasto posiadało bowiem osiemnaście filii „Społem” oraz robotniczą kooperatywę galanteryjno-tekstylną „Światowid”. Artystyczną działalność rozwijały trzy polskie chóry śpiewacze. Towarzystwo sportowe, późniejszy oddział „Sokoła”, troszczyło się o fizyczny rozwój młodzieży, a jej potrzeby oświatowe zaspokajały szkoły powszechne i Koedukacyjna Średnia Szkoła Handlowa z polskim językiem wykładowym. Opiekę nad młodszymi dziećmi sprawowały przedszkola i ochronki. Pabianice posiadały również wiele organizacji i instytucji kulturalno-oświatowych niemieckich, specjalnie faworyzowanych przez władze. Wszystko top dawało upust dla pragnących pracować społecznie.

Amatorskie przedstawienia sekcji dramatyczno-muzycznej Domu Ludowego stały na wysokim poziomie. Wystawiano oprócz dramatów i komedii nawet i jednoaktowe opery. Co drugi poniedziałek odbywały się gościnne występy łódzkiego teatru. W zimie organizowano liczne koncerty – na dobrym poziomie – oraz wartościowe odczyty, a w lecie popularne zabawy ogrodowe.

W szeregu prac społecznych dużo czasu poświęcałem sferom robotniczym, wśród których miałem duży kredyt zaufania. Dla młodych robotników zgrupowanych w chórze „Lira” prowadziłem wraz z żoną przez parę lat – po lekcjach śpiewu – wieczorowe kursy dokształcające. Pragnęliśmy zapoznać ich z naszą historią, geografią i piśmiennictwem. Zorganizowałem również dla nich dwie ciekawe wycieczki – pierwsza do Warszawy w celu zwiedzenia jej pamiątek przeszłości oraz obejrzenia wspaniale wystawionych „Krakowiaków i górali” w Teatrze Polskim; druga też do Krakowa, też w celu zapoznania się z pamiątkami narodowej przeszłości. Ta druga wycieczka wypadła w okresie Zielonych Świąt 1914 roku, kiedy to stosunki między Austrią i Rosją uległy zaostrzeniu. Żeby dotrzeć do Krakowa, musieliśmy się najpierw przedostać na teren zaboru pruskiego w charakterze robotników jadących na tzw. „sachsy”. Dopiero z Ostrowia Wielkopolskiego przez Mysłowice pojechaliśmy do Krakowa. W te pamiętne dni jako jedyni przedstawiciele Polaków z zaboru rosyjskiego byliśmy uczestnikami sypania kopca Kościuszki w Niepołomicach pod Krakowem. Złączyliśmy się tam z liczną pielgrzymką z Raciborza, udającą się następnie do Kalwarii Zebrzydowskiej, jako również jedyni przedstawiciele zaboru pruskiego. Małopolskę reprezentowały Drużyny Bartoszowe i Strzeleckie. Przybyla również z Ameryki grupka przedstawicieli Polonii amerykańskiej, która przywiozła małą trumienkę z ziemią z grobów powstańców polskich zmarłych w Stanach Zjednoczonych. Zakopano ją na szczycie kurhanu. To spotkanie rodaków ze wszystkich trzech zaborów oraz zza granicy, w połączeniu z patriotycznymi przemówieniami, wywarło na uczestnikach silne wrażenie.  Uroczystość uświetniło przedstawienie „ Kościuszko pod Racławicami” w Teatrze im. Słowackiego oraz akademia w Teatrze Starym. Zwiedziliśmy wtedy oczywiście historyczne pamiątki miasta, Muzeum Narodowe i Wieliczkę. Łatwo można sobie wyobrazić, jak silne uczucia patriotyczne wywołały wśród moich „lirników” dni krakowskie. Pozyskałem wówczas ich wdzięczność i uznanie.

Moja praca lekarska w Pabianicach rozwijała się na ogół pomyślnie. Pomimo materialnego powodzenia tęskniłem jednak zawsze do Warszawy, gdzie widziałem dla siebie większe możliwości pogłębienia wiedzy lekarskiej. Ale los na razie trzymał mnie poza Warszawą.

Żona moja z małym jedynakiem wyjeżdżała corocznie nad morze, gdzie spędzała parę letnich miesięcy. Ja sam miewałem krótsze urlopy, odwiedzając ich stale za półpaskami na rozmaite obce nazwiska, gdyż legalnego dokumentu przejazdowego w moich warunkach nie mogłem wciąż jeszcze uzyskać. Żona zaś, dzięki znajomym w Mławie, korzystała z półpaska zawsze na właściwe swoje nazwisko, który prolongowano jej w razie potrzeby [półpasek – przepustka uprawniająca  mieszkańców terenów  granicznych do przekraczania granicy pruskiej].

(…) W końcu czerwca 1914 roku moja żona jak zwykle wyjechała z synkiem nad morze, tym razem do Gdyni. Zgodnie z uprzednio ułożonym planem 24 lipca wyruszyłem z Pabianic na spotkanie z żoną we Wrocławiu, skąd mieliśmy się razem udać do Włoch.  Było to w cztery tygodnie po zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Początkowo zamach ten nie zapowiadał groźnych konsekwencji. Żona moja pozostawiła nad morzem jedynaka pod troskliwą opieką naszych przyjaciółek Stattlerówien, z którymi razem tego lata spędzała wakacje.

Wczesnym rankiem w dniu mego wyjazdu z Pabianic ulubiony nasz wyżeł Dżems siedział wpatrzony we mnie podczas śniadania i żałośliwie wył, a nawet widziałem w jego wiernych oczach łzy. Miał widocznie przeczucie, że się już nigdy więcej nie zobaczymy.

Tu muszę zaznaczyć, iż jedna z moich pabianickich pacjentek, Niemka, znając moją sytuację polityczną, zaproponowała mi, abym skorzystał z jej familijnego paszportu. Tłumaczyła, iż wygodniej znaleźć się za granicą za wspólnym małżeńskim paszportem (wówczas bez fotografii) niż posługiwać się dokumentami o dwóch nazwiskach. Skwapliwie i z wdzięcznością skorzystałem z jej oferty.

(Stefańscy udali się na krótko  do Włoch, zwiedzili Wenecję, a następnie wyjechali do Austrii)

(…) Nie tracąc czasu, udaliśmy się na dworzec kolejowy, by zaopatrzyć się w bilety do Wiednia. I tu przy kasie jakby mnie piorun poraził. Kasjer kolejowy bowiem oznajmił, że linia Triest-Wiedeń od dziś obsługuje tylko wojskowych i rezerwistów z rodzinami. Zażądał okazania paszportu. Przeglądając go, oświadczył ku memu zdziwieniu i przerażeniu: - No, naturalnie, pan jako oficer niemieckiej artylerii ma prawo i obowiązek spieszyć do Rzeszy.

Przyznaję, iż ani w Pabianicach, ani też w drodze nie przyszło mi na myśl wczytywać się w szczegóły paszportu, wystarczyło mi zaznajomienie się z nazwiskiem usłużnego męża mej pacjentki. Przy sobie miałem w woreczku tylko złotą rosyjską walutę. Po nieprzespanej nocy, przybywszy do Wiednia, musiałem przede wszystkim zaopatrzyć się w walutę austriacką i niemiecką. Niestety, w mobilizacyjnym chaosie żaden solidny bank niemiecki nie chciał dokonać wymiany – przypuszczam, że z niechęci do wszystkiego, co rosyjskie. Udało mi się dopiero po dłuższym bieganiu załatwić tę sprawę w małym żydowskim kantorze wymiany, naturalnie ze stratą. Zdecydowaliśmy się jechać przez Poznań do Gdyni, aby zabrać stamtąd naszego Januszka. Kupując bilety do Gdańska, znowu musiałem okazywać paszport. (…)

Na drugiej stacji za Boguminem, już na Śląsku, o wpół do ósmej wieczorem kupiłem nadzwyczajny dodatek, w którym przeczytałem, że cesarz Wilhelm wypowiedział wojnę Rosji. Znaleźliśmy się w paszczy lwa. Byłem wciąż przecież niemieckim poddanym w dodatku jadącym za cudzym paszportem oficera artylerii. Czułem się jakby po wyroku śmierci. Zacząłem zastanawiać się, jak wybrnąć z sytuacji. W końcu zaproponowałem żonie, aby sama udała się do Gdyni po dziecko, ja zaś zdecydowałem się przedostać z Wrocławia do Pabianic przez Kalisz.

(Powrót do Pabianic był niemożliwy. W Gdańsku dr Stefański dostał w rosyjskim konsulacie zaświadczenie, że jest rosyjskim poddanym. Został wraz  z rodziną przewieziony do Finlandii i następnie trafił do Petersburga. Otrzymał stanowisko ordynatora szpitala wojskowego w Warszawie.)

W naszym przedwojennym mieszkaniu w Pabianicach została oddana nam zacna Marysia, która go sumiennie pilnowała, jak też opiekowała się wyżłem Dżemsem. Żonie mojej udało się raz dotrzeć do Pabianic. Zabrała wówczas nieco ciepłych rzeczy, trochę bielizny oraz instrumenty lekarskie.

W połowie lipca 1915 roku zmuszony byłem ewakuować się z żoną i synkiem na wschód wobec możliwości zajęcia Warszawy przez wojska niemieckie. Teściowa moja została w Warszawie.

(Stefański znalazł się w Moskwie mianowany naczelnym lekarzem Polskiego Komitetu Sanitarnego na Rosję europejską, organizował  kursy felczersko-pielęgniarskie, prowadził lecznicę ginekologiczno-położniczą, był naczelnym lekarzem pociągów sanitarnych Związku Miast Rosyjskich. W 1918 roku Stefański powrócił do Polski okupowanej jeszcze przez Niemców).

Do Pabianic wracać nie mogliśmy, otrzymaliśmy bowiem stamtąd kartę pocztową od dra Szwarcwassera (Szwarcwasser – patrz. Wyłowione z sieci –„Miasto tkaczy”), który zajął nasze mieszkanie, przestrzegając przed powrotem. Doktor Szwarcwasser uważał, że Niemcy mogliby mnie aresztować. (…)


W trzecim tomie „Młodego pokolenia chłopów”  Józefa Chałasińskiego z 1938 roku  znajdujemy pamiętnik urodzonego w Pabianicach syna chłoporobotnika. Autor sporo miejsca poświęca  opisowi  edukacji w  szkołach  powszechnych nr nr 1 i 19 w latach 20. XX wieku oraz dość zgubnej pasji czytania i kinomanii.

(…) Urodziłem się 1909 roku, w dn. 24 lipca, w mieście Pabianicach, pow. Łaskiego, wojew. Łódzkiego. Na świat przyszedłem, jako jedno z pięciu dzieci rodziców moich, Kacpra i Rozalii z domu Kr., Polaków, wyznania rzymskokatolickiego, małżonków Gr. Na chrzcie nadano mi imię Czesław, no i wobec tego nazywam się Czesław Gr. Ojciec mój rodem ze wsi D., gminy tejże, pow. Łaskiego, z pochodzenia chłop, a dziadek z rodziny chłopskiej, służący jeszcze za fornala czy dworaka, pamiętał lata pańszczyźniane. Ojciec mój z braku utrzymania w domu, z powodu licznej rodziny, jaką się cieszył mój dziad, musiał po ukończeniu 16 lat życia, udać się do miasta, by tu szukać, jak mówią „profesji”. Tak też było z ojcem: najpierw był piekarzem, później blacharzem, wreszcie wyterminował za tkacza ręcznego, inaczej „webra” i tutaj pozostał jakiś czas. Wreszcie i to mu się sprzykrzyło i wraca do piekarstwa, idzie w termin i zostaje wyzwolony na czeladnika w mieście Łasku. Tu zapoznaje się z panną Rozalią, Kr. z domu, ze wsi Krz., gm. B., pow. Łask, która to musiała przyjść do miasta, również z powodu braku utrzymania w domu i służyć u panów, by mogła się przyodziać i utrzymać.

I pod tym względem, a było to przed wojną nic się na wsi nie zmieniło. Dzisiaj prawie każda dziewczyna wiejska, zanim wyjdzie za mąż przechodzi przez służbę w mieście „u państwa”, jak mówi, zarabiając na przyszłą wyprawę ślubną. A ileż ginie z tych dziewczyn wiejskich wśród zdemoralizowanego w większej części, z powodu nędzy, mieszczaństwa, to jest robotników. Ile później opuszczonych stoi pod murami na rogach miast i wyciąga rękę, sprzedając swe ciało. I to kwiat polskich dziewczyn, polskiego chłopa. A powód – nędza wygnała z domu na tułaczkę i poniewierkę do miast.

To samo było i z matką moją. Tylko, że nie wpadła w błoto jak inne, lecz znalazła, takiego jak sama wyrzutka ze wsi, spotkała się z nim i zrozumiały się chłopskie serca. Zabiły do siebie miłością i zeszli się w swej drodze losowej. Po zawarciu małżeństwa, wynajmują mieszkanie, ojciec pracuje w charakterze czeladnika piekarskiego, matka służy, chcąc zarobić na wyprawę ślubną dla siebie. Tutaj przychodzi na świat pierwsze dziecko, lecz po roku czasu umiera, z powodu nienależytej opieki i zaziębienia. Ojciec po dwu latach pożycia, zabrany zostaje do wojska rosyjskiego i wyjeżdża zabrany na daleki wschód Rosji na Kaukaz. Matka pozostaje na służbie i w dalszym ciągu służy. Ojciec tymczasem bierze udział w wojnie rosyjsko-japońskiej, gdzie jednak szczęśliwie wychodzi z niej i po przebyciu 4 lat w służbie czynnej wraca do miasta Łasku. Tutaj dostaje się do piekarni za czeladnika i przebywa w Łasku do roku 1908.


Uciuławszy trochę pieniędzy, rodzice przeprowadzają się do miasta Pabianic, gdzie w roku 1909 przychodzę na świat. Po mnie jeszcze urodziło się 3 chłopaków, z których dwu umarło a jeden został przy życiu. Ojciec dostaje się do fabryki włókienniczej za tkacza, ale już pracującego na warsztatach parowych. Matka dostaje się do fabryki, tak zwanej „papierni” i w tym  czasie nieźle im się powodzi. W domu przebywają mało gdyż pracują po 12 godzin na dobę, wobec czego oddają mnie i brata pod opiekę i wychowanie zgodzonej babki, starej, jednak dobrej kobiety. Dobre to były czasy. Pamiętam, mając lat 5, ojciec przychodził z pracy wesoły, z kieszeniami nigdy nie próżnymi i bez smakołyków. Wszystko mieliśmy pod dostatkiem, mleka, masła, cukru, chleba, bułek. Był i wyrób często i zawsze dwa razy lub trzy mięso na obiad. Byłem ubrany porządnie, jak również ojciec, matka. Zawsze jeszcze na czarną godzinę było parę rubli schowane.

Lecz może to były najlepsze lata w mym życiu, które trwały krótko. Nadchodziły lata nowej zawieruchy wojennej, która przyniosła światu na długi czas ruinę moralna i materialną. (…) Rok 1915 i późniejsze zaczynają być nową tragedią świata i tragedią pojedynczych ludzi, miasta zaczynają pustoszeć. Fabryki zamknięto, szeregi robotników pozostają na bruku. W kraju zaborcy  rozpoczynają mobilizację. Lecz komu służyć? Polacy nie chcą iść służyć zaborcy. Chronią się przed zaciągiem do wojska, gdzie kto może. Lecz żandarmi niemieccy, przezwani przez ludność „pałkarzami” chodzą i przymusowo łapią ludzi na ulicach, wyciągają z łóżek w nocy, nieczuli na łzy żon i dzieci.

Ojciec, nie chcąc nas opuścić, ucieka na wieś do ojca swojego osiadłego w tym czasie na wsi S., gm. tejże. Matka zabiera nas ze sobą i wyjeżdża na wieś do brata swego, który po ojcu mojej matki, został gospodarzem we wsi Krz., gm. B. I tam przebywamy przez czas jakiś. Wojna trwa dalej. Ojca przyłapują żandarmi i zabierają do wojska. Matka zostaje u brata. (…)

Matka moja tymczasem nie mogąc utrzymać się dłużej u brata, przychodzi do ojca męża, mojego dziadka i ten nas przyjmuje do siebie. W roku 1917 ojciec ranny wraca do domu i już nie idzie do wojska. Na razie pozostaje u ojca swego i w zamian za pracę jaką mu wykonywał, otrzymuje 2 morgi ziemi, lecz nie na własność, mieszkanie przerabia z komory i z tego musimy się utrzymać.

W wolnych chwilach od pracy, przeważnie zimą, zaczyna prowadzić handel między wsią a miastem, który w tym czasie był jedynym wyjściem tysięcy ludzi w Polsce. W miastach brak było maki, kartofli, mięsa itd. Większe zapasy rekwirowano. Na wsi trzeba się było kryć z mąką białą, gdyż nie wolno jej było trzymać (czasy wojenne). Dlatego też rozwija się przemytnictwo, na które się biedni ludzie rzucają. Lecz trudny to handel, który pociągał nie jedną istotę ludzką za sobą. Po drogach żandarmi. Trzeba było iść w czasie nocy, bocznymi drogami, przechodzić rzeki w czasie jesieni i zimy, przez bagna, lasy, pola. Lecz czego nie robi człowiek głodny? Ludzie ratowali przeważnie przed śmiercią nie siebie, lecz swoje dzieci. Ojciec rzucił się na ten handel. Kupił wózek i zaczął wozić do miasta mąkę, kartofle, mięso. Lecz w jaki sposób. Na dno wózka kładł mąkę lub mięso, na to słomę, przykrywał to płachtą, zabierał nas z sobą, okrywał pierzyną i wiózł razem z matka 30 km i więcej. Gdy żandarm zobaczył nas na wózku, myślał, ze jesteśmy chorzy, nie podejrzewając nic złego puszczał ojca dalej. Parę razy się sztuka udała. Lecz raz zrewidowano i zabrano worek mąki. Trzeba było inaczej kombinować, szukać nowego sposobu.  (…)

Tymczasem nadszedł rok 1919, który zastaje mnie w mieście i rodziców moich. W roku 1918 przychodzi z niewoli młodszy brat ojca mojego, który obejmuje gospodarkę. Ojciec musi się wyprowadzić do miasta, szukając znów utrzymania dla siebie i nas. Wyprowadzamy się  wczesną wiosną 1919 roku do miasta Pabianic, gdzie zamieszkujemy w mieszkaniu wilgotnym, bez światła słonecznego, przerobionego ze składów w których przed wojną, znajdowała się sól. Ojciec otrzymuje pracę w fabryce włókienniczej, za tkacza i rozpoczynamy nowy tryb życia. Matka chcąc dopomóc ojcu, chodzi po bogatych domach panów rejentów, adwokatów, różnych kupców i myje podłogi lub pierze bieliznę, za co otrzymuje niewielkie wynagrodzenie. Nas z bratem zostawia samych w domu, pod opieką Bożą.

W miesiącu kwietniu przeziębnięty w czasie przeprowadzki ze wsi do miasta zachorowałem na zapalenie nerek, brat mój młodszy za dwa tygodnie po mnie również zachorował na zapalenie płuc. Chorujemy przez przeciąg pół roku. Co pociąga za sobą wydatki pieniężne. Matka nie może pracować, gdyż musi pozostać przy nas. Ojciec zarabia niedużo. Wkrada się bieda, lecz ojciec stara się jak może, by nas ratować od śmierci. Wreszcie następuje przesilenie, ja wychodzę zwycięsko z choroby, lecz brat mój umiera mając lat sześć. W rodziców uderza nowy grom, który ich na długo załamuje. Lecz człowiek twardy i przetrzymać musi, tym bardziej szarpiący się z przeciwnościami losu człowiek pracy.

W czasie tym nie wiele zmieniło się na lepsze. Polska powstała wolna i niepodległa. Był rząd polski, wojsko polskie, lecz kraj spustoszony i zniszczony przez wojnę i zaborców. Potrzeba było wielkiego wysiłku ze strony społeczeństwa a – społeczeństwo zbiedzone i głodne czekające na pomoc państwa. Fabryki w małej części uruchomione. Bezrobocie. Nędza mas, co powoduje wybuchy strajków. Ojciec, z trudem zaspakaja potrzeby życiowe. Powstaje ograniczenie środków żywnościowych, chleb wydawany jest za pomocą kartek, jak również cukier, mąka, wódka i inne. Pamiętam długie ogonki przed sklepami, gdzie wydawano chleb.(…)

Lecz wracam do spraw osobistego swego życia, w tym czasie. W roku 1919 idę do zapisu szkolnego, gdzie zostaję zapisany na ucznia szkoły powszechnej Nr 1 im. K. Promyka, w Pabianicach mając lat 10. Do tej szkoły chodziłem przez lat 6, gdzie skończyłem sześć oddziałów, następnie w 1925 roku zostaję przeniesiony do nowo wybudowanej szkoły powszechnej Nr 19 im. E. Estkowskiego, gdzie w roku 1926 kończę 7 oddział mając lat 17. Z chwilą  pójścia do szkoły rozpoczynam nowy okres życia. W pierwszym oddziale uczyłem się dobrze i chęć do nauki miałem wielką. Toteż postępy w nauce robiłem prędkie i w roku 1920 przy egzaminie zdałem do II oddziału.

Ojciec w tym czasie pracował w fabryce. Życie płynęło teraz jednostajnie i bez zmian większych, poważniejszych. Myślą byłem zajęty w szkole i w domu teraz mi się nudno zdawało. Wstawałem o siódmej, brałem dwa kawałki chleba suchego i szedłem do szkoły. Tutaj czas schodził mi prędko z kolegami z którymi się zapoznałem na różnych rozrywkach w czasie wolnym od nauki. Przychodząc do szkoły, czas popołudniowy przepędzałem zazwyczaj na różnych zabawach, jakie w tym czasie istnieją między dziećmi na podwórzu, nieraz płatając różne złośliwe figle i psoty. Ojciec zajęty pracą, mało przebywał w domu. Należał do związku robotniczego Polskiej Partii Socjalistycznej i wolne chwile od pracy przepędzał przeważnie w związku. Po wakacjach wróciłem do szkoły i nauki, rozpoczynając rok drugi. W roku tym nie było ważniejszych zmian w mym życiu i domu. Jedynie to, że przy końcu roku, umiałem już czytać i brałem z biblioteki szkolnej książeczki powiastkowe dla dzieci, które czytając sprawiały mi wielką radość, jak również i rodzicom. Przy egzaminie zostałem promowany do oddziału trzeciego, czym sprawiłem wielka radość rodzicom. Radość moja była tym większa, gdyż ojciec przyrzekł mi, że o ile zdam egzamin, to na wakacje pojadę na wieś do dziadka, czego też najwięcej pragnąłem. I rzeczywiście po tygodniu, wyjechałem na wieś, gdzie przepędziłem wakacje. Tutaj dopiero rozpocząłem życie. Latanie z chłopakami po lesie, pasanie z nimi krów i zabawy, przy tym rzeka, łąka, czyste powietrze, to wszystko było dla mnie prawie, że rajem na ziemi. Nieraz myślałem o swoich kolegach, którzy zostali w mieście, wśród skwaru i dymu fabryk, kurzu miejskiego i zanieczyszczonego powietrza. Nieraz koledzy rozmawiali ze mną o wsi i chęci wyrażanej przez nich, że chcieliby choć raz w czasie wakacji być na wsi i ucieszyć się życiem wsi i poznać ja bliżej i prawdziwie. Czas szybko mi minął. Z żalem  wracałem do miasta. I znów rozpocząłem długi rok nauki. Pokrzepiony na siłach, wziąłem się do pracy z chęcią by z pożytkiem przejść przez tenże rok.

Znów upłynął rok nauki. Przeszedłem do czwartego oddziału, a później po roku do piątego. W domu w tym czasie nic się nie zmieniło, wszystko było po staremu. W życiu politycznym odbyły się w roku 1922 wybory do Sejmu i Senatu, które nie przyczyniły się do większych zmian. Los robotników pozostawał bez zmian. (…)

Będąc w oddziale piątym zaczęły zachodzić we mnie pewne zmiany, zacząłem dużo czytać książek, co wpłynęło nawet na zaniedbanie w pewnym stopniu nauki. Wpadłem po prostu w manię czytania. Czytałem jedną książkę za drugą, jednak korzyści z tego nie odnosiłem żadnej, gdyż nie rozważałem zawartej w nich treści. Książki brałem z trzech bibliotek. Mianowicie: z biblioteki szkolnej, z organizacji młodzieżowej „Polska Macierz Szkolna” i prywatnej biblioteki księgarskiej. Tygodniowo miałem sześć książek do przeczytania. Dlatego też po wyjściu ze szkoły o godz. 1 popołudniu, cały czas popołudniowy spędzałem przy książce. Prawda, że wiedziałem dużo rzeczy z tych książek i później wiadomości te przydawały mi się w nauce, przede wszystkim o treści historycznej, geograficznej, przyrodniczej. Nieraz czytałem do godz. 11 wieczór, co jednak wpływa bardzo szkodliwie na oczy, dlatego też radziłbym, by wieczorami książek nie czytać, tym bardziej na wsi, gdzie światło jest bardzo słabe od lampki.

Czytanie książek tych bez umiarkowania wpływało i na zaniedbanie się w nauce. Lekcje nieodrobione, spisywałem w szkole rano od drugich kolegów, naprędce, nie rozumiejąc nawet zadanego opracowania. Robiło się byle było, co jednak w nauce oszukać się nie da, gdyż później wyjdzie to na wierzch, przy egzaminie z danego przedmiotu. Lecz książka w tym wieku tak mocno wpływa na człowieka, że się nią upaja jak narkotykiem, tytoniem czy wódką. Szczególniej książki o treści sensacyjno-kryminalnej lub romansowej. Pierwsze książki czytałem powiastkowe dla dzieci o różnej treści, później lubowałem się w historycznych powieściach, później przeszedłem do sensacyjno-kryminalnych i te najwięcej zaczęły mnie interesować.

W książkach tych zauważyłem jedno. Że wszędzie głównymi bohaterami tych książek, przeważnie historycznych byli książęta, hrabiowie, szlachta, synowie bogatych, siedzących na dworach królewskich ludzi a bardzo mało spotykałem by bohaterem książek byli synowie ludu. Później dowiedziałem się, że nie ma w Polsce szczerych poetów, powieściopisarzy chłopskich, dlatego też kto miał te książki napisać. Uczeni zdarzający się bardzo rzadko synowie chłopscy, zaprzedawali się i służyli panom, przedstawiając chłopka pokornego, cierpliwego, bez żadnej godności ludzkiej, religijnego aż do fanatyzmu, ciemnego i zdolnego tylko do służby u panów. To mnie bolało. I nieraz z głównych bohaterów książęcych czy innych, przekreślając tytuły, wstawiałem imiona i nazwiska chłopów, w ten sposób choć mszcząc się na nich. Książek przedstawiających rzeczywistość wsi i życie chłopów, znajdowało się bardzo mało i niedostępne dla mnie.

Ostatnio dużo się zmieniło pod tym względem na wsi. Jest wydana książka A. Świętochowskiego mówiąca  o Historii Chłopów w Polsce, cenny dorobek dla wsi polskiej. Poza tym mamy już dziś cały szereg innych książek pisanych przez szczerych już synów chłopskich, którzy na bruku miast nie zatracili swej duszy i godności chłopskiej i świecą jak gwiazdy na ciemnym niebie chłopskim. Są nimi: Wojciech Skuza, Marian Czuchnowski, Kruczkowski, W. Wasilewska, i cały szereg innych. I ci dzisiaj wnoszą do literatury chłopskiej nowe światło i stawiają chłopa w blasku całej jego potęgi, z którego odrodzić się musi państwo polskie. Wstyd dziś ogarnia odwiecznych ciemiężycieli chłopskich, szlachtę, dlatego też wszystkimi środkami zwalczają dziś nową literaturę chłopską. Ale już za późno panowie szlachta.

W szkole powszechnej ucząc się historii polskiej, nauczyłem się poznać wszystkich królów polskich, wybitniejszych przodków szlachty polskiej, wreszcie o zaprzedaniu Polski, przez szlachtę polska państwom zaborczym dla obrony swych klasowych interesów. Ale nie mówiono co robiono w tym czasie z warstwą chłopską, jak oni żyli, jak ich traktowano, o ich nędzy i upośledzeniu, co doprowadziło do buntu. Bojąc się reform i uszczuplenia swych praw szlacheckich, szlachta wolała się sprzedać, a z sobą i Polskę. Wielką hańbą okryli się oni, na wieczną pamiątkę w historii polskiej i chłopów. Dlatego też w dzisiejszej szkole polskiej powinna być wprowadzona do nauki „Historia Chłopów” A. Świętochowskiego, by w szkole uczyć prawdziwej rzeczywistości i prawdziwej historii polskiej. Przyjdzie czas, że chłopi dopomną się o rehabilitację od szlachty, za swą zdeptana godność i cierpienia przez wieki całe. 

Będąc w oddziale szóstym, przechodzę do czytania książek sensacyjno-kryminalnych. I to mnie pociąga do siebie. Książki te zapoznają mnie z życiem przestępstwa i zbrodni, zapoznają mnie ze światem gorszącej demoralizacji. Zachwycałem się na przykład wodzem bandytów Rinaldo-Rinaldino, Jerzym Hartmanem, Hrabiną-Żebraczką itd. Interesowało mnie w tych książkach najbardziej to, kiedy napotykałem opisy, jak herszt bandy, bez miłosierdzia mordował baronów, hrabiów i szlachtę za znęcanie się i krzywdę bezbronnego, poddanego ludu chłopskiego. To mnie zachwycało. Gdyż wtenczas widziałem go jako mściciela, który zapłacą za mordy, hańbienie córek chłopskich, ucisk i krzywdę biednych i bezbronnych ludzi. Nieraz pragnąłem iść śladem tych hersztów i wywrzeć w ten sposób swój gniew i pomstę za pradziadów naszych, będących przez 8 wieków w niewoli szlachty. Książki te jeszcze wywarły na mnie wpływ pewien, który w pewnym stopniu utrwalił mój charakter w przyszłości. Powiedziałem sobie, że w życiu będę się kierował zawsze tam gdzie będę widział wolność, równość i sprawiedliwość społeczna. Zaczynałem wybierać tych w życiu, których widziałem pokrzywdzonych, w niewoli innych, wyzyskiwanych i pozostających w ciemności i bezbronności. Zacząłem natomiast nienawidzić cały świat wyzyskiwaczy i postanowiłem kiedyś wstąpić do organizacji, która by odpowiadała moim poglądom w życiu.

Pod wpływem książek sensacyjnych zacząłem uczęszczać do kina, których było w m. Pabianice dwa. I w kinie jednak nie interesowały mnie piękne bogdanki, grające rolę główną, interesowało mnie życie biednych, którzy zawsze występują w rolach, jak i w książce. I nieraz widząc nędzę tych ludzi wychodziłem z bólem w sercu, stając się jednak bezsilny, jak i oni sami. Sam byłem biedny. Chcąc być co tydzień w kinie, musiałem starać się jakoś, żeby mieć na wstęp do niego. Kraść rodzicom nie chciałem, mówić również. Dlatego też postanowiłem jakoś sam sobie radzić. I znalazłem sposób i niezły zarobek. Matka raz mając dużo flaszek od różnych lekarstw w domu, posłała mnie raz do apteki by je sprzedać. Otrzymałem wtenczas za nie dość dobrą cenę. I to mnie pchnęło do tego, ze razem z kolegą poszliśmy z naszymi torbami szkolnymi, szukać po śmietnikach flaszek. Po wymyciu w gorącej wodzie i sodzie, zanosiliśmy do apteki, zarabiając na kino. Zarobek był niezły. Starczyło nie tylko na pójście do jednego kina, ale i do drugiego, a nieraz żeśmy sobie kupowali czy to jakiego wyrobu, czy różnych smakołyków.

Tak nam szło przez poł roku. Jednak później nie chciano kupować już flaszek. Zaczęliśmy zbierać odpadki żelaza i szmaty, co sprzedawaliśmy Żydowi, który możliwie nam za to płacił. Lecz nieszczęśliwy wypadek położył kres temu. Raz chcąc mieć prędszy zarobek wpadliśmy na sposób nowy. W mieście są ploty z ogrodzeniem żelaznym. Można  z płotów tych odłamywać niektóre części różnych ozdobnych wykrętasów. I nałamaliśmy tego. Zanieśliśmy do Żyda i już miał nas wypłacić, gdy wchodzi tajny policjant i zatrzymuje nas. Struchleliśmy. Żyd zaczął się tłumaczyć, że on jest kupcem, więc kupuje wszystko. Zacząłem myśleć o ucieczce, co mi się i udało. W czasie pisania protokołu, czmychnąłem korzystając z nieuwagi piszącego. Ale to mnie raz na zawsze oduczyło od podobnych zarobków.

Wymyśliliśmy później nowy sposób zarobku. Sprzedawaliśmy wyjęte z okien opuszczonych fabryk i domów szyby, lecz i to długo nie szło, gdyż i  tutaj o mało nie dostałbym się do rąk policji, która jak opowiadali, takich jak ja gdy dostała, to biła, że wszystko żeś bracie wyśpiewał.

W latach tych będąc łobuzowałem, jak i inni, którzy w mieście nic nie mają do roboty. Co innego na wsi. Szukaliśmy sposobów oberwania jabłek, gruszek w cudzych ogrodach.

Urządzaliśmy i inne psoty. Nieraz łapaliśmy małych, pejsatych Żydków zwanych husytami i smarowaliśmy im głowę smalcem, albo kładąc przemocą do ust kiełbasę lub słoninę. Co to było rwetesu, odgrażywań i klątw. Łobuzerskie występy. Dzisiaj czytając o burdach na uniwersytetach w Warszawie, Wilnie z Żydami, wykonywanych przez awanturników spod znaku endecji, przypominają mi się te czasy, na które większość opinii społecznej reaguje potępiając je, jako wybryki dzikiej a niekulturalnej młodzieży. O wyczynach tych jednak, nic nie wiedzieli rodzice, gdyż wszystko to przed nimi ukrywałem. W ten mniej więcej sposób, przechodzi szósty rok nauki i przy egzaminie zdaję do oddziału siódmego. Wakacje przepędzam na wsi.

Po ukończeniu wakacji rozpoczynam siódmy rok nauki. Zaczynam poważnieć nieco, zaniechając łobuzerskich występków. Zaczynam teraz czytać sensacje romansowe. Lecz czytaniu memu kładzie kres nasz wychowawca szkolny p. J., który widząc moje dziwne zachowanie się pod niektórymi względami oraz zaniedbanie w nauce, bacznie mnie obserwuje, szukając powodów tego. I znalazł. Wpadłem w tak wielką manię czytania, że przynosiłem książki do szkoły i w czasie lekcji szczególniej w czasie polskiego, mając książkę na ławce przed sobą, udawałem, że pilnie uważam. Tymczasem miałem ukrytą książkę drugą pod ławką i tą czytałem. Raz się tak wczytałem, że nie zauważyłem jak nauczyciel opuścił katedrę i z tyłu podszedł do mnie łapiąc mnie na gorącym uczynku. Książkę zabrał mi i w oczach podarł, następnie wrzucił do pieca,  paląc. Zostałem za to odpowiednio ukarany i pozostałem pod pilną obserwacją. W połowie roku otrzymałem dwa stopnie niedostateczne, co mi groziło nieotrzymaniem świadectwa przy końcu roku, z ukończenia szkoły powszechnej.

W drugim półroczu przechodzimy do nowo wybudowanej szkoły Nr 19 im. E. Estkowskiego, gdzie ukończyłem szkołę powszechną. W szkole tej postawionej o nowoczesnej technice, mamy osobny budynek, w którym mieści się sala gimnastyczna, są zaprowadzone w szkole warsztaty stolarskie, z których korzystamy i zapoznajemy się z robotą stolarską, zaprowadzona jest pierwsza orkiestra dęta, pierwsza w szkole powszechnej, do której należałem, biorąc udział na różnych szkolnych imprezach. Jednak nie chcąc siedzieć drugi rok w oddziale siódmym, wziąłem się szczerze do nauki i zaniechawszy książek przez ten czas, egzamin zdałem dobrze.

Stosunek mój do nauczycieli był zawsze przychylny, odnosiłem się do nich z szacunkiem, jako do swych wychowawców. Nie znosiłem natomiast donosicielstwa, lizuństwa, skarg na drugich kolegów, jak to nieraz robili niektórzy z nas. Byłem z nimi solidarny i nie wydawałem ich w sprawach niemiłych dla nich. Nie lubiłem i nie znosiłem krzywdy wyrządzanej nieraz niektórym kolegom upośledzonym przez życie.

Pamiętam jak w siódmym oddziale, był między nami, dość nawet zdolny uczeń, który jednak powszechnie był wyśmiewany przez drugich i przezywany „ofermą”. Nieraz zbytki były tak dokuczliwe, że nie mogąc tego znieść, stawałem w jego obronie. Przyjąłem go do swojej ławki, za co wszyscy na mnie uderzyli i przez jakiś czas byłem wraz z nim ośmieszany.  Nie patrzyłem na to. Zdobyłem sobie jednak później u mego „ofermy” taką miłość, że na każdym kroku starał mi się za to odwdzięczyć. W ogóle stawałem zawsze za takimi. Taka już była moja natura. Nie lubiłem natomiast tych kolegów, którzy się wywyższali ponad drugich, chcąc być przewodnikami czy przywódcami innych.

Z czasów szkolnych miałem jednego kolegę, z którym mnie łączyły więcej poglądy duchowe, któreśmy sobie nieraz zwierzali. Pragnieniem naszym było ukończyć szkołę powszechną, później  uczyć się dalej zdobywając wyższe wyksztalcenie, osiąść na wsi i pracować razem ze wsią i jej mieszkańcami. Prawda, że przedstawialiśmy sobie wieś w innych kolorach, nie znając jej rzeczywistości. Mówiliśmy jak to na wsi dobrze, wszystkiego pod dostatkiem, czego by dusza zapragnęła.

O wsi w tym czasie różnie koledzy mówili i różny był do niej stosunek. Niektórzy przedstawiali chłopów jako swoich wrogów, z którymi trzeba toczyć walkę z powodu tego, ze chłopi są zdzierusami, lichwiarzami, chcieliby za swoje produkty rolne czy hodowlane ściągnąć ostatnią skórę  z robotników. Dlatego ich nazywano „chamami” i w inny sposób. W ogóle stosunek do wsi był wrogi, gdyż poglądy rzucane między kolegami  były wyznawane w domu przez ich rodziców, co przejmowały ich dzieci. Będąc później na wsi spotykałem podobne zarzuty w stosunku do miasta ze strony chłopów. Chłopi mówili, że robotnik chciałby się za darmo nażreć produktów wiejskich, mówiąc że nie ma pieniędzy, ale na kiełbasę i wódkę to zawsze znajdzie. Wynikało to z tego, że tak miastowi ludzie,  jak i ze wsi nie znają wzajemnie siebie, swoich warunków bytu i stąd nieporozumienie. Broniłem wtenczas jak mogłem chłopów, ale nie byłem w możności przeciwstawić tak silnych argumentów w tym czasie jak bym to zrobił dziś. Prawda, że dużo rzeczy jest sprzecznych między miastem a wsią, wymaga to wielkiej pracy w tym kierunku i uzgodnienia, ale gdy idzie o walkę z wyzyskiem kapitalistycznym świata i zmianę dochodu społecznego, to dużo mamy wspólnego między sobą i tutaj winniśmy występować razem w obronie świata pracującego.

Dobiegał siódmy rok nauki i w dniu 28 czerwca 1926 roku w sali Rady  Miejskiej m. Pabianic wychowankowie szkół powszechnych, otrzymali wszyscy na drogę życia podarunek, bo spis praw demokratycznych zawarty w konstytucji, która dla nas miała się stać naszymi ideami w życiu społecznym i politycznym. (…)

Po ukończeniu szkoły powszechnej, zamiarem moim było kształcić się dalej. Przygotowywałem się do egzaminu do Seminarium Nauczycielskiego w Pabianicach. Lecz nowe zmiany zaszły w życiu rodzinnym i zamiary moje zostały pokrzyżowane z wielką jednak krzywdą dla mnie.

Ojciec otrzymał wiadomość ze wsi, że dziadek mój umarł i gospodarkę powierzył ojcu mojemu.(…) Ojciec bez chwili wahania rzuca pracę w fabryce i wyprowadzamy się na wieś. Tutaj przechodzę nowe koleje losu i rozpoczynam nowe życie.(…)

Życie moje jest również nie wesołe. Cały rok kartofle z barszczem. Mając dwoje dzieci, ostatnie grosze zapracowane, oddaję na suchy kawałek chleba dla nich. Na Boże Narodzenie i Święta Wielkiej Nocy kupuję kilo mięsa, by sobie o smaku przypomnieć jego. Nafty pół litra musi starczyć na dwa tygodnie,  kilo soli ciemnej na trzy tygodnie. Cukru czasem się kupi dla dzieci do przymieszki do sacharyny. Co dwa tygodnie przychodzi kobieta z miasta, bezrobotna, od której żona kupuje za 20 gr sacharynę. Toteż dzieci moje, wiem z góry, nie będą zdatne do służenia w wojsku z powodu złego odżywiania ich. (…)

W 1935 roku ukazały się „Pamiętniki chłopów”, które były pokłosiem konkursu ogłoszonego przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie. Wywarły duże wrażenie na czytelnikach w kraju i na świecie. Bez obsłonek prezentowały życie wsi okresu międzywojennego. Jednym z pamiętnikarzy był mieszkaniec Dąbrowy obok Pabianic, który w dniach strajku marcowego w 1933 znalazł się w naszym mieście.

(…) Przyszedłem do Pabianic. Był tu strajk. Tramwaje nie chodziły. Kupy ludzi pchało się we wszystkie strony. Wszędzie kotłowało się jak w mrowisku. Zmieszałem się razem ze wszystkimi. Pchali się naprzód. Czułem w sobie złość taką jak wszyscy dokoła. Przy fabryce  Endera policja rozpychała ludzi. Cofnęli się wszyscy i wypchnęli mnie naprzód.

Zanim zdążyłem odejść, policjant lunął mnie gumową pałką przez plecy, aż mi w oczach spopielało. Nie ruszyłem się z miejsca i mówię: idę na wieś do domu. A on powiada: Idźcie innymi ulicami, bo tu gazy bydom puszczać. Ludzie nie chcą już trzy dni wyjść z fabryki. Cofnąłem się nazad i bocznymi ulicami obszedłem miasto. Potem ścieżką wyszedłem do cmentarza. Dookoła płotu było pełno ludzi. Raz się kupili to znów rozlatywali, jak te spłoszone kury, gdy je jastrząb z góry naleci.

Policja przywiozła na cmentarz trumnę jakiegoś robotnika i nikomu nie dala wejść na cmentarz. Dopiero kiedy już policja skończyła pogrzeb i wyszła, ludzie się gruchnęli hurmem na cmentarz, a i ja wlazłem z ciekawości..

Nad grobem śpiewali ludzie komunistyczne piosenki. Przy mnie stała jakaś gruba baba. Spytałem się jej co się tu stało, a ona mi powiada: z piecaście to spadli, czy wilkowi spod ogona wylecieli, nie widzicie to jak ludzi mordują. Potem aż przysiadła za nagrobkiem i krzyczała na całe gardło: Krew! Krew! Krew! Kiedy skończyła zwróciła się do mnie i mówi: tyle ino umiem z czerwunygo (pieśń „Czerwony Sztandar”), ale się muszę całygo nauczyć, bo się przyda i znów krzyczała za wszystkimi: niech żyje Kitler, a drugi raz zdążyła tylko powiedzieć – „niech żyje Ki!”. Bo ją policjant ściągnął przez plecy.

Myślę sobie, jak wy wszyscy tacy mądrzy, że jeszcze nie wiecie czy się nazywa Hitler, czy Kitler, a już krzyczycie niech żyje, to niewiele z was pociechy.

Kontekst dla wypowiedzi pamiętnikarza tworzą informacje o wydarzeniach pabianickich zamieszczane w ówczesnej prasie.

5 robotników zastrzelonych przez policję. Do starosty w Pabianicach zgłosiła się delegacja robotników włókienniczych z prośbą o zezwolenie na urządzenie wiecu w związku z wiadomością z Warszawy o zerwaniu rokowań między robotnikami a przemysłowcami. Starosta odmówił, oświadczając, iż może udzielić zezwolenia na wiec dopiero w niedziele. Delegaci opuścili starostwo. Tymczasem tłum złożony z kilkuset osób zorganizował pochód. Wobec tego jednak, że główna ulica w Pabianicach otoczona została policją – tłum skierował się w uliczki boczne, gdzie natknął się na oddział policji, który wezwał demonstrantów do rozejścia się. Po pewnym czasie doszło do ostrej wymiany słów między policją a robotnikami. Policja zażądała w ostrej formie rozejścia się. W pewnej chwili ze strony tłumu posypały się kamienie. W odpowiedzi policja dała salwę ostrzegawczą w powietrze, a w chwilę potem drugą salwę do tłumu. 5 osób zostało zabitych, 15 zaś radnych. Tłum położył na szynach kolejki elektrycznej zwłoki jednego z zabitych, uniemożliwiając w ten sposób przejazd tramwajów. Do Pabianic przybyły posiłki policyjne z Łodzi. Prasa socjalistyczna tak „Robotnik”, jak „Naprzód” zostały za podanie szczegółów tej strzelaniny do bezrobotnych skonfiskowane (Gazeta Robotnicza, 21.03.1933)

Pogrzeb pięciu ofiar wypadków piątkowych w Pabianicach miał się odbyć we wtorek dnia  21 marca. Ponieważ jednak miejscowe władze otrzymały wiadomość, że elementy wywrotowe zamierzają wykorzystać pogrzeb do niepoczytalnych wystąpień, zmuszone więc były  do przyspieszonego pogrzebu. O tym niezwłocznie  powiadomiony został komitet organizacyjny pogrzebu w Pabianicach. Komitet po dłuższej naradzie oświadczył, ze nie jest w możności zorganizować pogrzebu ze względów technicznych. Wobec takiego stanu rzeczy pogrzebem musiały się zająć władze administracyjne, które zaprosiły do udziału duchowieństwo katolickie i ewangelickie. Pogrzeb odbył się we wzorowym porządku przy udziale rodzin zmarłych. Wzdłuż całej trasy tłum ludności towarzyszył z powagą konduktowi. (Goniec Częstochowski, 22.03.1933)

W „Pamiętnikach młodzieży robotniczej: oblicza młodości”, red. Jerzy Łukaszewicz, 1974  zamieszczone zostały wspomnienia robotnicy z Pabianic.

Urodziłam się 13 maja 1934 r. w Pabianicach w rodzinie robotniczej. Przedwojenne czasy bardzo mało pamiętam. Z opowiadań mojej matki wiem, że ojciec mój pracował u Endera jako tkacz i zarabiał marne grosze, które nie zawsze wystarczały na nasze wyżywienie. Warto dodać, że właściciel fabryki nieraz nie wypłacał ojcu poborów. Matka chodziła do sklepikarzy prać bieliznę i pościel, za co otrzymywała „ochłapy” lub odpady od wędlin. Kiedy wybuchł wielki i głośny strajk w Pabianicach, ojciec wziął w nim udział, za co został zwolniony z pracy. Matka coraz rzadziej chodziła prać bieliznę, ponieważ od częstego moczenia rąk w zimnej wodzie nabawiła się reumatyzmu i dokuczały jej silne bóle. Od tej chwili do naszego domu wkradła się wielka nędza. Chodziliśmy głodni, brudni, obdarci. Okres kapitalistyczny przeżyłam w nędzy i głodzie.

W 1939 r. po wybuchu wojny i wkroczeniu do Polski oddziałów hitlerowskich zaczęło się prawdziwe piekło. Pamiętam, że uciekałyśmy z matką przed Niemcami, ale zawrócono nas z drogi i ponownie znalazłyśmy się w Pabianicach. Ojciec i mój starszy brat poszli do partyzantki. Ja, matka i starsza siostra zostałyśmy w domu. Pamiętam taki jeden dzień, kiedy bomba rozbiła sklep z cukierkami. Nie zważając na nic, pobiegłam po cukierki. Kule świstały mi koło uszu, a ja mimo strzelaniny biegłam dalej, chyba ze dwa cukierki wygrzebałam z piachu i natychmiast ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do bramy.

Kiedy Niemcy osiedlili się w Polsce niby na stale, nastały dni grozy. Moją siostrę wywieźli na roboty do Niemiec. Matka całe dni pracowała teraz u Niemców. Ja byłam sama  w domu nieraz cały dzień głodna.  Widziałam, jak Niemcy traktowali Polaków, gorzej niż bydło. Ciągle żyłam w strachu i leku, ale i nienawiści do hitlerowców. Chodziłam brudna i obdarta, a do tego głodna. Musiałam sama coś kombinować, chociaż byłam  dzieckiem, po prostu kradłam małym Niemcom, kiedy wychodzili na podwórko z czymkolwiek do jedzenia. Parę razy udało mi się, ale raz nie zauważyłam Niemki, która chyba na mnie czekała. Kiedy takiemu małemu chłopczykowi wyrwałam pomarańczę, Niemka złapała mnie za rękę i cos tam po niemiecku mówiła, ale ja nic nie zrozumiałam. Zaprowadziła mnie do swojego domu, dała mi jeść i trochę jakichś rzeczy. Od tego dnia nie chodziłam głodna, bo Niemka i jej synek stali się  moimi przyjaciółmi. Kiedy dawała mi jeść, wyczuwałam, że się czegoś boi. Jak się potem dowiedziałam jej mąż był gestapowcem. Pewnego dnia pobiegłam na podwórko do Hermanka, tak nazywał się synek tej Niemki i zobaczyłam, że mój przyjaciel bawi się ze swoim tatą. Mały Herman zobaczył mnie, zaczął machać rękami i biec w moją stronę. Stanęłam jak wrośnięta, nie mogłam zrobić kroku ani do przodu, ani do tylu. Gestapowiec kroczył w moją stronę po swojego syna. Cos tam poszwargotał, a kiedy na mnie spojrzał, zaczęłam uciekać i od tej pory więcej już nie poszłam na podwórze.

Byłam już dosyć duża dziewczynką, ponieważ miałam 11 lat, i dobrze pamiętam dzień wyzwolenia. Wojska radzieckie wkroczyły do mojego rodzinnego miasta Pabianic. Pierwsze lata po wyzwoleniu też były trudne, ale nie żyliśmy już w atmosferze strachu i lęku. (…)

Zgłosiłam się do działu personalnego w Pabianickich Zakładach Bawełnianych i zostałam przyjęta. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam halę fabryczną nie wiedziałam co mam robić, uciekać czy przyglądać się ludziom, którzy uwijają się jak mrówki. Pierwszego dnia oglądaliśmy wszystkie oddziały, począwszy od przygotowania, a skończywszy na farbiarni.

Ten pierwszy dzień minął dosyć pomyślnie. Ale kiedy zostałam na drugi dzień przydzielona do majstra, a on mi pokazał, jaka pracę będę wykonywała, to cała zaczęłam po prostu dygotać. Na pierwszy rzut oka sadziłam, ze w żadnym wypadku nie sprostam zadaniu. Majster poprosił starsza kobietę, w wieku około 30 lat, która miała uczyć mnie zawodu „obciagaczki”. Z początku cewki wylatywały mi z rąk, nie umiałam ich wyjmować, nici rwały się i miałam bardzo dużo roboty z nawijaniem. Nieraz chciałam rzucić te pracę i uciekać do domu. Jednak moja opiekunka podtrzymywała mnie na duchu i mówiła, że nauczę się zawodu. Gdyby nie wyrozumiałość i życzliwość ludzi, na pewno zrezygnowałabym z tej pracy.

Po trzech tygodniach praktyki majster oznajmił mi, że nauka zawodu skończyła się i sama od jutra będę pracować jako „obciągaczka”. Kiedy nadeszła ta chwila i samodzielnie zdejmowałam pełne cewki z nićmi, za każdym razem serce bilo mi coraz mocniej. Ten dzień był dla mnie wielkim wydarzeniem. W ten sposób zostałam „obciągaczką” i pracowałam na przędzalni w Pabianicach.

Kiedy otrzymałam pierwsze zarobione pieniądze, to przez całą drogę do domu biegłam z radości. Potem skończyłam szkołę zawodową i miałam świadectwo przędzalnika. Około pięciu miesięcy pracowałam jako „obciagaczka”, potem otrzymałam własne maszyny i zaczęłam pracować jako prządka. Byłam szczęśliwa i dumna z wykonywania swego zawodu. Tu też wstąpiłam do ZMP, byłam przewodniczącą zarządu koła na oddziale. Na wieczorkach tanecznych, jakie organizował ZMP,  poznałam dużo młodzieży z całych zakładów bawełnianych w Pabianicach. Starałam się zżyć z tą młodzieżą, co mi się udało. Pokochałam organizację ZMP.  Brałam czynny udział w organizowaniu kół ZMP na wsiach. Często wyjeżdżałam na wieś w powiat wieluński, do wiosek najbardziej oddalonych od miasta. Z tego powodu zostałam skierowana do szkoły propagandzistów w Łodzi, którą ukończyłam. Po szkole uczyłam młodzież, jak maja kochać swoja ojczyznę – Polskę Ludową, żeby z dnia na dzień było nam lepiej, i żeby Polska była coraz piękniejsza. Wiedziałam, że my, młode pokolenie, musimy dać z siebie wszystko. Chciałam świecić przykładem na oddziale, bo tego wymagała moja ojczyzna. Z wielkim trudem i wysiłkiem stawałam się przodownicą pracy. Ale były również prządki, już starsze kobiety, które nie mogły tak biegać, jak ja chciałam. Czasami, wbrew ich woli, produkowały wybrakowana przędzę. Chwilami sądziłam, że nigdy nie uda mi się uzyskać miana przodownicy pracy. Ale kiedy zauważyłam na tablicy, ze już zaczynam prowadzić, wówczas ze zdwojoną energią starałam się wykonywać plany produkcyjne. Po jakimś czasie zostałam przodownica pracy. Większego szczęścia już nie pragnęłam, zdobyłam zaufanie starszych i młodzieży. Byłam pracownica ceniona przez całą załogę. Otrzymywałam premie i dyplomy. Osiągnęłam prawie wszystko, czego pragnęłam: zdobyłam zawód, miłą i dobrą rodzinę, modne i ładne ubranie, chłopca, którego kochałam.

Mieszkałam w mieście, z którym byłam zżyta, ponieważ tu spędziłam dzieciństwo. A mimo to wyrzekłam się tego wszystkiego. Na apel Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – a było to w 1954 r. – jako pierwsza zgłosiłam się do zaciągu pionierskiego do pracy w PGR-ach na ziemiach zachodnich województw.

Byłam pierwszą pionierką z miasta Pabianic. W ten sposób znalazłam się w PGR. Praca w polu wydawała mi się bardzo ciężka,  ponieważ nie wiedziałam, jak ją wykonywać. Nie miałam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Ludzie patrzyli na nas spode  oka. Jedni żałowali, a drudzy wyśmiewali się, że panie z miasta chcą pracować w polu. Każda praca była dla mnie zmorą. Od pracy widłami i łopatą dostawałam krwawych odcisków, które pękały. Musiałam dłonie owijać szmatami. Tak uczyłam się pracy w polu. Dużo młodzieży z zaciągu pionierskiego z powrotem wróciło do miasta, ponieważ załamali się. Ja uparłam się i postanowiłam walczyć. (…)


Czesław Grądzki we „Wspomnieniach działacza ludowego 1909-1945”, 1970 opisuje także swoje dzieciństwo, które spędził w Pabianicach. Autor był aktywistą ruchu ludowego w powiecie łaskim. Jego rodzice pochodzili z rodziny robotników folwarku w Sędziejowicach. W poszukiwaniu pracy przenieśli się do Pabianic. Tutaj 24 lipca 1909 r. urodził się Czesław Grądzki.

(…) Urodziłem się dnia 24 lipca 1909 roku w Pabianicach. Rodzice moi byli pochodzenia chłopskiego i początkowo mieszkali na wsi, jednakże z powodu licznego rodzeństwa nie mogli utrzymać się z pracy na roli i musieli przenieść się do miasta w poszukiwaniu pracy i chleba . Zamieszkali w Pabianicach. (…) W 1914 roku, po wybuchu I wojny światowej, rodzice moi zostali pozbawieni pracy w mieście i przenieśli się na wieś do dziadka, który dał im dwie morgi ziemi pod uprawę. W zamian za to musieli obrabiać dziadkowi pozostałe osiem mórg ziemi. Sam dziadek był już stary i nie mógł pracować. Zamieszkaliśmy więc u dziadka w Sędziejowicach. (Wskutek działań wojennych i rabunkowej gospodarki okupanta niemieckiego, rekwirującego surowce, maszyny i urządzenia fabryczne, unieruchomiona została produkcja zakładów przemysłowych Pabianic, gwałtownie zmniejszyło się zatrudnienie, większość robotników pozbawiona została pracy).

W lutym 1919 r. nastąpiły zmiany w gospodarce dziadka. Przyszedł z wojska najmłodszy syn dziadka., osiadł na gospodarstwie i ojciec zmuszony był szukać pracy w mieście, bo na gospodarstwie nie mogliśmy się utrzymać. Była jeszcze zima, gdy ojciec wynajął mieszkanie w Pabianicach i załadował nas w pierzyny na wozie i ze skromnym urządzeniem, jakie posiadaliśmy, przeprowadziliśmy się do miasta. W mieście panowało jeszcze bezrobocie i głód jak po każdej wojnie, ale po staraniach ojciec został przyjęty do fabryki, w której najpierw uczył się zawodu tkacza, następnie zaczął pracować już jako samodzielny robotnik. Matka nie mogła dostać się do pracy w fabryce, gdyż nie miała żadnego zawodu i aby pomóc ojcu chodziła jako praczka do lepszych domów i zarabiała na nasze utrzymanie.

Było nas dwoje dzieci, ja miałem wówczas 10 a młodszy brat 8 lat. Trzydziestokilometrowa podróż zimą na wozie podczas przeprowadzki do miasta dała nam się odczuć. Ja zachorowałem na zapalenie nerek, a brat na zapalenie płuc. Brat pozbawiony należytej opieki lekarskiej zmarł po półrocznej chorobie, a ja cały zapuchnięty byłem w ciężkim stanie, bliski śmierci. Zrozpaczeni rodzice wezwali lekarzy. Przyszedł jeden lekarz i drugi, ale nic nie pomogli. Wreszcie przyszła moja chrzestna, starsza już kobieta i powiedziała ojcu, że nie ma innego wyjścia, tylko niech jej posłucha i uczyni to, co mu powie. Poradziła ojcu napompować zimnej wody ze studni do balii, zanurzyć płachtę lnianą w tej wodzie, wykręcić ją, owinąć mnie całego, a potem okryć pierzyna i położyć na 20 minut. Ojciec bał się początkowo tej kuracji, ale widząc mój stan zdecydował się i postąpił według wskazówek chrzestnej.

Po zawinięciu mnie w płachtę doznałem uczucia, że za chwilę umrę. Stało się jednak inaczej. Po 20 minutach odkryto mnie z pierzyny i odłożono płachtę, która cała parowała potem. Wykręcono płachtę i jeszcze raz mnie nią owinięto. Po piętnastu minutach odjęto ją znowu i zawinięto mnie w suchą płachtę. Ulżyło mi to i zacząłem zasypiać. Chrzestna obserwując mnie powiedziała ojcu, że będę żył. Niebezpieczeństwo minęło. Nie pozwoliła mi tylko usnąć. Po dalszych piętnastu minutach odjęto kolejną płachtę, całą mokrą od wydzielonego potu. I o dziwo, spuchlizna zaczęła opadać, poczułem się głodny. Od dwóch dni nic przecież nie chciałem jeść. Ojciec ucieszony dał mi na co tylko miałem ochotę, ale po troszeczku, gdyż byłem wygłodzony. Na tym skończyła się kuracja. Usnąłem, lecz ojciec co chwilę mnie budził w obawie, bym nie usnął na zawsze. Na drugi dzień przyszedł lekarz. Zobaczył mnie w zupełnie innym stanie niż się spodziewał. Zdziwiony spytał ojca, co się stało. Ojciec odpowiedział mu, co uczynił. Lekarz wprawdzie zbeształ ojca za dokonanie takiej końskiej kuracji, ale był mocno zainteresowany zarówno jej systemem, jak i wynikiem. Potem mnie zbadał, przepisał lekarstwa i poszedł. Ojciec już go więcej nie wzywał. Byłem silnie osłabiony chorobą, ale poprawa następowała szybko. Ojciec przynosił mi do jedzenia co tylko mógł, ażebym jak najprędzej powrócił do sił i zdrowia. Dziękował swej kumie, że mu uratowała syna.

Nadszedł wrzesień a z nim nowy rok szkolny. Ojciec zaprowadził mnie do szkoły powszechnej, do której zostałem przyjęty i rozpocząłem naukę. Miałem wówczas 10 lat. W tym czasie warunki życia były jeszcze ciężkie. Zarobki były małe, odczuwało się brak żywności, odzieży, obuwia. Jako jedno z biedniejszych dzieci w szkole otrzymałem ubranie przysłane przez Polski Czerwony Krzyż, pochodzące z darowizny od Polaków z zagranicy. Było to ubranie bardzo sztywne, o którym mówili, że jest zrobione z konopi i części papieru. Ale już nie miało dziur jak dawniejsze. Dostałem również kamaszki z podeszwą drewnianą, które mi się bardzo przydały; chodziłem w nich przez całą zimę.

Ojciec pracując w fabryce zapoznał się z robotnikami i za ich namową wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Poznał wówczas życie robotników, ich warunki bytowe, środowisko społeczne, warunki kulturalno-oświatowe i ich walkę polityczną. W fabryce brał czynny udział w pracach w Związku Zawodowym Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego, organizacji kierowanej przez Polską Partię Socjalistyczną (pełna nazwa: Związek Zawodowy Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego w Polsce. Organizacja zawodowa włókniarzy powstała w 1913 r. W Pabianicach działał odział Związku, skupiający socjalistów i komunistów. Według stanu na dzień 24 XI 1919 oddział liczył 3400 członków na 1 I 1921 – 5736 członków). Uczestniczył w każdej zorganizowanej akcji robotników w obronie swoich interesów przeciwko kapitalistom. W uznaniu za tę działalność robotnicy wybrali go delegatem fabrycznym, aby w obronie ich praw występował przed właścicielem fabryki. Ściągnął tym na siebie niezadowolenie fabrykanta, który wypowiedział mu pracę. Robotnicy stanęli w obronie ojca i podjęli uchwałę, że nie dopuszczą do zwolnienia go, a w razie potrzeby rozpoczną strajk. Zdecydowana postawa robotników odniosła skutek i decyzja zwolnienia ojca została cofnięta. (…)

W całym kraju uroczyście obchodzono dzień 1 Maja 1923 roku. W Pabianicach odbyła się wówczas wielka manifestacja robotników. Ojciec zabronił mi w tym dniu pójść do szkoły. Przypiął mi czerwoną kokardkę do marynarki i powiedział; „Dziś pójdziesz ze mną na obchód 1 Maja – święto robotników zorganizowane przez PPS”. Poszedłem z nim. Przed lokalem PPS przy ulicy Zamkowej zgromadziły się tłumy robotników i robotnic, następnie uformował się długi pochód i ruszył na plac zbiorki, gdzie miały nastąpić przemówienia. Na wietrze łopotały czerwone sztandary i transparenty z hasłami żądań walczących robotników. Ojciec, znany już w Pabianicach działacz robotniczy, szedł na czele pochodu. Robotnicy śpiewali pieśń „Czerwony sztandar”. Pochód szedł główną ulica miasta majestatycznie i powoli. Biła od niego siła walki i wola oporu przeciwko krzywdzie robotników, przeciwko wyzyskowi ich siły i pracy. Pochód zbliżał się w kierunku magistratu, gdzie miały nastąpić przemówienia przywódców robotniczych PPS. W tym momencie z bocznych ulic wyjechali policjanci na koniach z wyciągniętymi szablami i napadli na manifestujących robotników. Tłum stanął w bezruchu, ale po chwili zafalował, zerwała się potężna pieśń „Krew naszą długo leją kaci” i tłum znowu ruszył naprzód. Policja natarła na boki pochodu i jadąc truchtem pałaszowała szablami manifestujących. Ojciec znikł mi w tłumie, który pod naciskiem policji rozstąpił się. Niejeden z uczestników pochodu padł na bruku ugodzony szablą, ale jeżeli mógł podnieść się – szybko uciekał; z pochodu obrzucono policję kamieniami. Słychać było krzyki i przekleństwa bitych robotników.

Po chwili bezsilnej walki z policją robotnicy rozproszyli się, ukryli w budynkach i bocznych ulicach. Wraz z innymi wpadłem i ja do bramy zapchanej ludźmi, którzy w tłoku zaczynali mnie dusić. Ujrzałem jak młoda kobieta stanęła naprzeciw policjanta siedzącego na koniu, który z wyciągniętą szablą nacierał i płazował stłoczonych w bramie ludzi. Z nastawioną piersią i rozłożonymi rękoma powiedziała: „Watażko, bij we mnie, ale nie puszczę ani kroku dalej ciebie”. Watażka zamierzył się szablą, ale jej nie opuścił na bezbronna kobietę, ściągnął konia lejcami i odjechał. Coś się w nim obudziło i odezwało, serce matki, czy sumienie, tego nie wiem. Odwaga kobiety zasłaniającej bezbronnych obezwładniła policjanta – sługusa reżimu. Po jego odjeździe ludzie stłoczeni w bramie zaczęli się powoli rozchodzić, rozluźniło się i wydostałem się z tłoku. Manifestacja rozproszona przez policję nie doszła do końca.

Na drugi dzień poszedłem do szkoły. Nauczyciel zapytał, dlaczego nie byłem w szkole w dniu wczorajszym. Odpowiedziałem, że ojciec zabrał mnie na manifestację, w której brałem udział. Zdziwił się i nic nie powiedział. Jak się później okazało, on również należał do PPS i znał ojca. Był nim nauczyciel J. Śliski.

Na długo utkwiła mi w pamięci ta manifestacja i jej pogrom przez rozwydrzonych konnych policjantów, mocno podpitych, by mieli większą odwagę atakować spokojnie maszerujących ludzi. Zobaczyłem również jak ciężka jest walka robotników o chleb, o prawo do życia, o sprawiedliwość społeczną, walka przeciwko krzywdzie i deptaniu godności człowieka. Toteż w późniejszej pracy politycznej na wsi widziałem w robotnikach sojuszników chłopów, których walka łączyła się przeciwko wspólnemu wrogowi obszarniczo-kapitalistycznemu. (…)

W roku 1926 ukończyłem szkolę powszechną i otrzymałem świadectwo, a wraz z nim książkę pt. „Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej”.

Po ukończeniu szkoły powszechnej chciałem się uczyć dalej. Miałem wówczas 17 lat. Po rozmowie z ojcem postanowiliśmy, że będę kontynuował naukę.

W Pabianicach była szkoła zwana Państwowym Gimnazjum Ogólnokształcącym typu średniego. Czekałem aż się rozpoczną zapisy do niej. W dniu zapisów poszedłem wraz z matką do kancelarii szkoły, by zapisać się do egzaminów. Weszliśmy do kancelarii, zostaliśmy przyjęci przez urzędującego profesora, który zapytał, po co przyszliśmy. Odpowiedziałem, ze chcę uczyć się w tej szkole i proszę o przyjęcie. Profesor zapytał czy posiadam świadectwo ukończenia szkoły powszechnej. Przedstawiłem je. Następnie zapytał jaki jest zawód ojca i matki. Odpowiedziałem, że tkacz i robotnica domowa. Zapytał jeszcze o pochodzenie – odpowiedziałem, że chłopsko-robotnicze. Popatrzył na mnie i matkę, po czym oświadczył, że nie mogę być przyjęty do szkoły, gdyż stan moich rodziców, ich pochodzenie nie klasyfikują mnie do przyjęcia. Stanęły mi łzy w oczach. Matka zaczęła prosić profesora, ale to nie pomogło. Musiałem odejść. Poczułem wielką niesprawiedliwość społeczną, ale nie mogłem na to nic poradzić. Byłem bezbronny jak ci robotnicy w tłumie szantażowani przez policję. Zacząłem czynić starania o przyjęcie do Liceum Pedagogicznego (?), ale i tu nie zostałem przyjęty. W tym czasie nastąpił zwrot w moim życiu i znowu wróciłem na wieś.

Zmarł dziadek, ojciec objął po nim czterohektarowe, mocno podupadłe gospodarstwo. Zamieszkaliśmy ponownie w Sędziejowicach. Chciałem pozostać w Pabianicach, by tutaj uczyć się dalej, ale ojciec zabrał mnie ze sobą, bym razem z nim pracował w gospodarstwie, które było zaniedbane i wymagało dużego wkładu pracy. Musiałem wypełnić wolę ojca i wrócić na wieś. (…)

W roku 1928 nastąpiła zmiana w moim życiu osobistym. Poznałem dziewczynę, z którą się zaprzyjaźniłem i pokochałem ją. Zwierzyłem się z tym rodzicom. Zapytali, kto to jest. Odpowiedziałem, że córka dziesięciomorgowego chłopa posiadającego rodzinę składająca się z ośmiorga dzieci. Zapytali co za nią dostanę. Odpowiedziałem, że o tym jeszcze nie rozmawiałem. Podobała mi się dziewczyna, a czy ma posag lub nie, to i tak ożenię się z nią. Ojciec zaczął mi tłumaczyć, że po nim otrzymam 10 mórg ziemi i całą gospodarkę. Gdybym znalazł dziewczynę, która by miała posag w postaci ziemi, otrzymałaby dobrą wyprawę w tym krowę, to by mi lżej było gospodarować. Jako zamożniejszy gospodarz byłbym lepiej uważany przez innych chłopów. Odpowiedziałem, że nie żenię się z krową, czy morgami, żenię się z dziewczyną, którą poznałem i która będzie dla mnie żoną i przyjacielem w życiu. Dodałem, że będę miał przecież gospodarstwo po ojcu, na którym trzeba robotnej dziewczyny, więc nie potrzebuję większego majątku. Ojciec a szczególnie matka sprzeciwili się temu.

Do ojca zaczęli przychodzić gospodarze z innych wsi, wiedząc że ma jednego syna i proponowali mu różne posagi, które by otrzymały ich córki, gdyby wyszły za mnie. Jeden dawał dwie morgi ziemi, krowę i wyprawę mieszkaniową. Drugi obiecywał pieniądze na budowę domu. Poza mną szły targi, stawiano propozycje, o których ojciec mnie informował. Odrzucałem je wszystkie. Miłość najsilniejsza była nade wszystko. Oświadczyłem rodzicom, że jeśli się nie zgodzą na tę, którą wybrałem, opuszczę ich. Zamierzałem przenieść się do miasta i zarobić pieniądze i wtedy ożenić się z nią niezależnie od woli rodziców.

Poszedłem wówczas do wuja w Pabianicach, który mnie przyjął na mieszkanie, a narzeczona zgodziła się na służbę u pewnych państwa w Łodzi. Za zarobione pieniądze mieliśmy się pobrać i pracować dalej na wynajęcie mieszkania, by założyć swe gniazdo rodzinne. Po upływie tygodnia ojciec przyjechał do wuja i oświadczył, żebym wrócił z narzeczoną. Zgodził się na nasze wesele i nie stawiał przeszkód, mówiąc jak sobie pościelę tak się wyśpię. On za to nie będzie brał odpowiedzialności. Ucieszony tą zmianą ojca pojechałem do narzeczonej, zabrałem ją ze służby i przyjechaliśmy, by przygotować się do wesela, które w niedługim czasie się odbyło. (..)


W kwietniu na posiedzeniu zarządu koła w Kolonii Sędziejowice, w którym uczestniczyłem, została podjęta uchwała o ufundowaniu sztandaru Stronnictwa Ludowego ( Stronnictwo Ludowe powstało w 1931 roku w wyniku połączenia PSL Piast, PSL Wyzwolenie i Stronnictwa Chłopskiego) dla gminy Sędziejowice. Zarząd Gminny Stronnictwa Ludowego uchwałę tę zaaprobował i wydał odpowiednie zalecenie. W tym celu postanowiono dokonać zbiórki pieniędzy wśród członków stronnictwa. Wysokość składek ustalono na 1-2 zł od osoby. Składka była dobrowolna, zarządy kół nie wywierały nacisku w tej sprawie. W niedługim czasie zebrano 70 zł i przekazano je do zarządu gminnego, który upoważnił mnie do zamówienia i kupna sztandaru. Pojechałem do Pabianic do zakładu hafciarek, który był prowadzony przez Siostry Miłosierdzia (?) przy Kościele M. Boskiej w Pabianicach, gdyż innego zakładu nie było, i tam chciałem zamówić sztandar. Podałem wzór sztandaru do wykonania. Miał on być zrobiony z jedwabiu. Jedna strona miała być koloru zielonego z koniczynką czterolistną, druga czerwona z godłem państwa. Siostry odmówiły mi wykonania takiego sztandaru. Pojechałem do Łodzi, ale i tutaj nie chciano takiego sztandaru wykonać; zakłady wykonujące sztandary były pod opieką kleru. Wróciłem bez niczego. Zwołałem posiedzenie zarządu, by ustalić inny wzór sztandaru. Postanowiliśmy zachować dotychczasowe kolory, z tym żeby na zielonej stronie obok znaku czterolistnej koniczyny umieścić napis: „Przez walkę do zwycięstwa”, a na czerwonej stronie wizerunek Świętego Izydora – patrona oraczy. Pojechałem ponownie do Łodzi i podałem nowy wzór. Przyjęto teraz do wykonania, ponieważ był wizerunek Św. Izydora. Koszt wykonania był wysoki, ostatecznie zgodziłem się na cenę 170 zł zadatku, resztę miałem wpłacić przy odbiorze. Czasu na wykonanie sztandaru było niewiele. Odsłonięcie miało nastąpić 12 czerwca 1934 r. w Kozubach podczas obchodu Święta Ludowego. Równocześnie trzeba było czynić w całym powiecie przygotowania do obchodów, rozesłać zawiadomienia do wszystkich kół stronnictwa.

W maju powiadomiono mnie, że sztandar jest już zrobiony i wyznaczono termin odbioru. Tymczasem brakowało nam pieniędzy na zapłacenie należności. Zebraliśmy dalsze 50 zł, ale do pełnej kwoty brakowało jeszcze 50 zł. Pojechałem po odbiór nie mając należnej sumy. Prosiłem wykonawców o wydanie mi sztandaru oferując na brakującą sumę weksel z podpisami żyrantów, ale nie chcieli o tym słyszeć. Nie wiedziałem co począć, po namyśle udałem się do znanego posła A. Szczerkowskiego (mowa tutaj o Szczerkowskim Antonim, 1881-1960 – działaczu ruchu robotniczego i zawodowego w Pabianicach, członku Polskiej Partii Socjalistycznej. Szczerkowski wchodził w skład władz naczelnych PPS, pełnił też funkcję przewodniczącego Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego w Polsce. 1919-1935 poseł na sejm), który był w Pabianicach. Przedstawiłem mu sprawę, prosząc o pomoc. Udzielił mi jej, pożyczając 50 zł z funduszy partyjnych do zwrotu w okresie 2 miesięcy. Byłem tym bardzo ucieszony, kupiłem sztandar i przywiozłem do domu. (…)

Emanuela Cunge, wnuczka pabianickiego fabrykanta Hermana Fausta, we wspomnieniach „Uciec przed Holocaustem”, 1997 opisuje między innymi swoją sytuację rodzinną.

Wielkanoc wypadła tego roku wyjątkowo wcześnie, a wraz z nią wtargnęła do dymiącej setkami fabrycznych kominów Łodzi rozsłoneczniona wiosna. Bezchmurne niebo nad miastem nie kojarzyło się ani z łoskotem dział na granicy rosyjsko-japońskiej, ani z nasilającymi się ruchami rewolucyjnymi, które objęły europejska cześć Rosji, docierając również do Łodzi. Przyszłość rysowała się mgliście, nic jednak nie wróżyło, że tylko nieliczna garstka tych, którzy, podobnie jak ja, ujrzeli światło dzienne 15 marca 1904 roku, przetrwa osiemdziesiąt lat nadeszłego stulecia.

Przyszłam na świat jako pierwsze dziecko zawartego z miłości małżeństwa najstarszego syna znanego przemysłowca i jedynej córki artysty introligatora. Związek ten był od początku źródłem poważnych konfliktów między obu rodzinami. Sceną, na której rozegrał się romans dwojga młodych, niespełna dwudziestoletnich bohaterów, było małe, ale bardzo uprzemysłowione miasto Pabianice, o tradycjach kulturalnych sięgających średniowiecza.

Wszystko składało się na zasadnicze różnice, dzielące rody Faustów i Kantorowiczów. Herman Faust wywodził się z rodziny tkaczy, ale dzięki wybitnym zdolnościom i fantazji twórczej bardzo szybko przekształcił swój prymitywny ręczny warsztat w małą, stale rozrastającą się fabryczkę. Ogromna pracowitość i umiejętność stosowania się do gustów odbiorców, których krąg nieustannie się powiększał w związku z rozbudową sieci kolejowej w azjatyckiej części Rosji owocowały obficie i wkrótce czterech z jego pięciu synów pracowało w pabianickiej fabryce, składającej się z kilkudziesięciu tkaczy i kilku wykwalifikowanych majstrów. Najstarszy syn, cieszący się bezwzględnym zaufaniem, dźwigał lwią część obowiązków produkcji na swoich barkach. Jednocześnie był uosobieniem władzy pedagogicznej wobec młodszych czterech braci i czterech sióstr. Głowa rodziny, Herman Faust, hołdował religijnym tradycjom, respektowanym przez jego przodków, mimo iż był mniej surowy w ich przestrzeganiu aniżeli żona, trzymająca w ryzach cały dom i korzystająca z upodobaniem z porad miejscowego rabina.

Zupełnie odmienne oblicze prezentowała rodzina Kantorowiczów, z której pochodziła moja matka. Tam wyrocznią była żona, pani Karolina, powszechnie zwana „piękną Karolcią”, należąca do wychrzczonej jeszcze u progu XIX wieku warszawskiej rodziny Fajansów. Jej ideałem było korzystanie z uciech życiowych, co często kolidowało z obowiązkami żony i matki. Opowiadano, że nawet strata syna, który po kilku awanturniczych latach spędzonych z jakimś wędrownym cyrkiem został w tajemniczy sposób zastrzelony przez rosyjskich żandarmów podczas łódzkich rozruchów, a potem męża Emanuela, zmarłego na rok przed moim urodzeniem, nie przeszkodziła pięknej Karolci w tradycyjnej wyprawie za granicę do wód, a następnie w znalezieniu stosunkowo szybko pociechy w nowym związku małżeńskim ze starym kawalerem, ziemianinem, Norbertem Kołtońskim. Opinia postępowej kobiety nie opuszczała jej do śmierci. Zasiadała po pierwszej wojnie światowej w radzie miejskiej, w licznych procesach sądowych, kiedy wadziła się o byle głupstwo ze swymi lokatorami, obchodziła się bez adwokata, broniąc skutecznie i z dużym krasomówstwem swoich praw. Córkę wysłała do szkół w Sieradzu, a następnie do Wrocławia na studia muzyczne i gospodarskie, co pozwalało jej samej nieograniczenie korzystać z uroków życia.

Nic dziwnego, że ten niezwykły w owych czasach tryb życia, a przy tym całkowita asymilacja językowa i obyczajowa rodziny Kantorowiczów były kamieniem obrazy dla Hermana Fausta i jego małżonki, świadomie zamkniętych w niedostępnym i zatwardziałym tradycjonalizmie religijnym i sentymentalnym, narzucanym także potomstwu, zresztą bez większego powodzenia. Mezalians pierworodnego syna, niejako uprzywilejowanego następcy państewka, które tworzyła rozrastająca się nieustannie fabryka i wszystko, co się z nią wiązało, był dla moich dziadków prawdziwym dramatem życiowym. Powziąwszy raz na zawsze niechęć do tej dziwacznej synowej, spędzającej dnie całe przy fortepianie, na wyszywaniu gobelinów i – koniec świata! – na wycieczkach rowerem, składającej niemal całość obowiązków domowych na personel domowy: guwernantkę, kucharkę, pokojówkę i praczkę, urządzającej choinkę na Bożę Narodzenie i wykonującej pisanki na Wielkanoc, nie przekroczyli nigdy progu mieszkania moich rodziców. Ojciec, chcąc uniknąć zerwania z rodziną, do której był mimo wszystko ogromnie przywiązany, ustanowił zwyczaj odwiedzania z żoną i dziećmi dziadków w Pabianicach przy okazji licznych świąt, urodzin i rocznic, obchodzonych uroczyście w wielkiej siedzibie, świadczącej o zamożności starych Faustów. W tych dość częstych spotkaniach brali udział wszyscy, toteż i ja, i rodzeństwo mieliśmy bardzo rozwinięte uczucia rodzinne mimo napiętych czasem stosunków, co umiejętnie przed nami, dziećmi, kamuflowano.(…)

(Autorka ukazuje rasistowskie paradoksy na przykładzie rodziny Faustów)

Wydarzenia w sąsiadujących z Polską Niemczech wtargnęły dość oryginalnym echem do naszego życia rodzinnego. Otóż pewnej soboty, podczas obiadu u rodziców, na którym był obecny oprócz mnie i Stacha również stryj Ludwik, ojciec wyciągnął z kieszeni opasłą, podłużną kopertę i dając ją swemu najmłodszemu bratu, powiedział krótko: - Przeczytaj i powiedz, co o tym myślisz.

List pochodził z Berlina od jakiegoś prawnika o tym samym co nasze nazwisku. Zwracał się do nie znanych mu ludzi, których nazwisko wyczytał w książce telefonicznej, z błagalną prośbą o pomoc, polegającą na znalezieniu w częstochowskich archiwach ewidencji ludności danych stwierdzających, że jego i nasz protoplasta rodu był z pochodzenia prawdziwym Niemcem z Nadrenii. Autor listu pisał, że wymienione przez niego dane musi dostarczyć do Rassenforschungs Institut Ost (Instytut Badań Rasowych na Wschodzie), który go wezwał do udokumentowania jego pochodzenia budzącego podejrzenia o żydostwo. Nasz korespondent, podając różne szczegóły swej sytuacji zawodowej i rodzinnej, popartej kopią metryki chrztu, błagał o wspomniane papiery, twierdząc, że jeśli ich nie otrzyma, pozostaje mu tylko samobójstwo. Dalej pisał, że grozi mu odebranie kancelarii adwokackiej, w której pracuje wraz z dwoma synami, prawnikami, żonatymi z czystej krwi Niemkami, i że ani jego żona, również Niemka z krwi i kości, pochodząca z czcigodnej ewangelickiej rodziny, ani on sam, weteran wojny 1914-1918 roku, nie zastanawiali się nigdy nad podejrzanym pochodzeniem jego przodków itd. W oddzielnym dopisku cytował obszernie opinię owego Instytutu Badań Rasowych, sugerującego, że pod koniec XVII wieku wywędrował z Nadrenii na Węgry w poszukiwaniu pracy rzemieślnik niemiecki Wolfgang Joachim Faust, który został napadnięty, ograbiony i pobity do nieprzytomności przez rozbójników. Na wpół żywego znalazła na drodze córka miejscowego oberżysty, Żyda, która zabrała go do domu, pielęgnowała, odratowała i zakochała się w nim na zabój. Darzona wzajemnością oświadczyła ojcu, że ten albo żaden. Ubóstwiający jedynaczkę oberżysta udał się po wskazówki do rabina i gminy żydowskiej. Rada w radę postanowiono, że dziewczyna będzie mogła poślubić Niemca, jeśli ów podda się obrządkom rytualnym towarzyszącym przejściu na judaizm. Zakochany młodzieniec zgodził się na wszystko i wkrótce poślubił córkę oberżysty. Mieli dzieci i wnuki, które jednak nie czuły się szczęśliwe, ponieważ cała wioska dokuczała im z powodu ich pochodzenia, i to zarówno chrześcijanie, jak i Żydzi. Za zgodą rodziców większa część potomstwa wyemigrowała do Polski, w której różne reformy otwierały dla Żydów możliwości osiedlenia się i wykonywania wielu zawodów. Kilku braci z dziećmi i rodzinami zamieszkało w Gnaszynie pod Częstochową i trudniło się rzemiosłem lub drobnym handlem. Po pewnym czasie jeden z nich postanowił szukać szczęścia w Brandenburgii i to właśnie on miał stać się pradziadem naszego niefortunnego adwokata. Chodziło o stwierdzenie, że wywodził się w prostej linii od Wolfganga Joachima, co pozwalało przyznać berlińskiemu Faustowi ileś tam procent aryjskości.

Spoglądaliśmy po sobie, po zapoznaniu się z treścią tej epistoły, ze zdumieniem i przerażeniem. Mieliśmy przed sobą namacalny dowód, jak można zwykłe ludzkie sprawy doprowadzić do absurdu, jeżeli krajem rządzi ktoś taki jak Hitler i jego banda. Zetknęliśmy się bezpośrednio z perfidną podłością konsekwentnej do nonsensu segregacji rasowej.

Ludwik schował list i oświadczył krótko: - Jadę w poniedziałek do Częstochowy.

Kiedy powrócił, archiwa częstochowskie były uboższe o zakurzone, datujące się sprzed wieku akta, które mój stryj po prostu, za pomocą sutego napiwku wykradł, berliński mecenas zaś otrzymał swoje wymarzone dokumenty, za które zresztą nigdy nie podziękował. Nie dowiedzieliśmy się również, czy mógł zrobić z nich użytek, co wydawało się nam dość wątpliwe.

Incydent ten zakłócił na jakiś czas spokój w naszym domu, miał też zresztą pewne zabawne echo. Otóż najpierw Ludwik po wykonaniu częstochowskiej misji zaproponował ojcu, by sporządzić ze zdobytych dokumentów poświadczone notarialnie kopie. Dodał przy tym najpoważniej w świecie: - Kto wie, a nuż i nam się kiedyś przydadzą…

Ojciec wyśmiał go, nie przeczuwając, że jemu i jego najbliższym Niemcy nie dadzą czasu na udowadnianie procentu aryjskiej krwi. Wkrótce po tym zajściu byliśmy wszyscy przy okazji jakiegoś święta na obiedzie u dziadków w Pabianicach. Dziadek jak zwykle milczał, babka jako wierna służebna starała się odczytać z jego twarzy kulinarne życzenie, natomiast stryjowie, ciotki i wujkowie zajmujący godnie swe miejsca wedle starszeństwa, prowadzili ożywioną dyskusję na temat wysiedlania przez Niemców Żydów pochodzących z Polski na polsko-niemiecki punkt graniczny. Była to sprawa niezwykle drażliwa, ponieważ wysiedleńcy domagali się od swych polskich współwyznawców pomocy, do której ci wcale się nie palili. Niektóre próby organizowania komitetów pomocy w gminach religijnych spaliły na panewce, głównie z powodu niechęci, jaką budzili nieproszeni goście wskutek swego zarozumialstwa i niezrozumiałego wywyższania się. Dziadek przysłuchiwał się dyskusji milcząc, dopiero gdy Ludwik opowiedział z ironią berlińsko-częstochowską awanturę, zakończywszy ją uwagą, że nikt nie może być pewien swego żydowskiego pochodzenia, dziadek rąbnął pięścią w stół i oświadczył, że ktokolwiek z rodziny ośmieli się wygłaszać tego rodzaju wątpliwości, nie ma czego szukać w rodzicielskim domu. Z dziadkiem nie było żartów, toteż nigdy więcej nie poruszano w Pabianicach tego tematu.

(Najmłodsi Faustowie cieszyli się sympatią Juliana Tuwima)

(…) zeszliśmy do sali jadalnej, gdzie w komplecie czekali już na obiad pensjonariusze. Nastąpiły prezentacje i przyjemne niespodzianki, powiedzmy, personalne. Bo oto pierwszy szedł nam na spotkanie Julian Tuwim, który niewiele się zmienił od lata 1913 roku, kiedy wodził rej w Inowłodzu. Nie rozpoznał we mnie dziewięcioletniej wówczas dziewczynki, której kazano się bawić z dziećmi, podczas kiedy rodzice podejmowali gości podwieczorkiem na obszernej werandzie. Wystarczyło mu jednak uważne, bystre spojrzenie, by uchwycić rodzinne podobieństwo rysów z najmłodszą siostrą mego ojca, Ernestyną, wtedy jeszcze podlotkiem, z którą zawzięcie flirtował.

- Czy pani panieńskie nazwisko jest przypadkowo Faustówna – zapytał niemal jednocześnie z podaniem ręki. Dowiedziawszy się, że jestem bratanicą Ernestyny, rozkrochmalił się, a nawet wyraźnie wzruszył i natychmiast zostaliśmy zaadoptowani (…) przez całe towarzystwo. Tuwim był, jak zawsze, duszą tego przypadkowego zbiorowiska ludzi, wśród których znalazł się słynny konferansjer Qui pro Quo – Jarossy i dramaturg Winawer. (…)

(Wkroczenie Niemców)

Moi rodzice nie uniknęli powszechnego losu. Najpierw zjawił się umundurowany przedstawiciel władzy z nakazem rekwizycji mieszkania, sporządzenia w jego obecności spisu wszystkich nieruchomości i zapowiedzią zawiadomienia o terminie wysiedlenia. Kąsek był widocznie już z pobieżnego rzutu oka dostatecznie tłusty, wziąwszy pod uwagę kryształy, serwisy, srebro, bieliznę, dywany, meble i suto zaopatrzoną spiżarnię, bo zaraz następnego dnia zjawiło się kilku oficerów, aby ocenić przydatność mieszkania pod swoim kątem widzenia. Kręcili głowami na widok wzorowo prowadzonego przez moją matkę gospodarstwa, ba dali nawet wyraz zdziwieniu, skąd u tych stworzeń niższego rzędu wziął się iście niemiecki ład. Wypróbowali fortepian, zerwali ze ściany oszklone litografie z drzewem genealogicznym Fajansów, Bersonów i Braumanów, odziedziczone przez matkę po prababce, zrzucili je na podłogę, podeptali i zapowiedzieli, że za dwa dni się wprowadzają i że mieszkanie do tego czasu ma być wolne.

Niedługo po ich wizycie, w godzinach wieczornych, zjawił się Herr Stumpf z żoną, mieszkający w sąsiedztwie. Stumpf był Niemcem z dziada pradziada. Przywędrował z ojcem do Łodzi jako wyuczony tkacz i zaczął pracować w fabryce mego dziadka w Pabianicach. Później awansował na majstra i doczekał się zasłużonej emerytury. Ojca znał od dziesiątków lat. I dowiedziawszy się z rozmów współplemieńców przy piwie o przewidzianej rekwizycji lepszych domów na alei Kościuszki, zjawił się, by zaproponować pomoc. (…)

Wkrótce po wyjeździe rodziców i ja postanowiłam opuścić Łódź zabierając oczywiście Jasia i Antosię. Wcześniej czekała mnie wizyta w Pabianicach, ponieważ przyrzekłam ojcu, że pożegnam w jego imieniu babkę, złożoną chorobą. Były to niełatwe chwile, bo choć nie łączyło mnie z nią żadne głębsze uczucie, to przecież widok tej osiemdziesięciokilkuletniej kobiety, zdanej na opiekę domowego totumfackiego, wiernego Walentego i jego żony, starego pabianickiego lekarza domowego rodziny i wreszcie aptekarza Bolechowskiego, zajmującego od niepamiętnych czasów parter nieruchomości dziadków, był trudny do zniesienia, a jeszcze trudniejsze było przekazanie jej pożegnania od ukochanego pierworodnego syna. Czułam, że jej obraz będzie mi długo towarzyszył jak jakiś niemy wyrzut, ale wiedziałam też, że nijak nie mogę ulżyć jej doli, więc usiłowałam go wyeliminować z pamięci. (…)

Z trzydziestopięcioosobowej rodziny, jaka zasiadała przed wojną z okazji różnych świąt przy stole dziadków w Pabianicach na ulicy Warszawskiej, zostało nas troje w kraju i kilkoro we Francji, mianowicie brat stryjeczny z rodziną, ciotka Jula Merot z mężem, oficerem francuskim, córką i synem. I to wszystko.


Ludwik Śledziński – pepesowiec, bojowiec, zesłaniec, poseł na Sejm II RP jest autorem ”Wspomnień z Pabianic. Rok 1900”.

Było to latem 1900 roku. Od tow. Filipa (Sachsa) dowiedziałem się, że przy zabraniu drukarni „Robotnika” w Łodzi zostały zniszczone wszystkie adresy, a między innymi i adres do organizacji naszej w Pabianicach.

Ponieważ mówiliśmy o tym, że trzeba znaleźć drogę do pabianickiej organizacji, więc wziąłem to na siebie zrobić. Pojechałem w najbliższą niedzielę do Zduńskiej Woli, gdzie, jako w rodzinnym mieście miałem dużo znajomych i gdzie zorganizowałem duże koło partyjne. Otóż wiedziałem, że do tego kola należy kilku towarzyszy, którzy przedtem pracowali w organizacji pabianickiej, więc przez nich spodziewałem się odnaleźć drogę do Pabianic.

Od tow. Czerkaskiego otrzymałem adres do tow. Olejnika, urzędnika stacji pocztowej w Pabianicach, który miał mnie zaprowadzić do organizacji. Gdy przyszedłem na stację pocztową tak coś około 4-ej po południu, to tow. Olejnika nie zastałem. Jakaś niewiasta, przyglądająca mi się badawczo, powiedziała, że pan Olejnik niedługo przyjdzie, więc postanowiłem na niego zaczekać. Ponieważ nie znałem tow. Olejnika, więc po pewnym czasie znów zapytałem się, czy już jest pan Olejnik. Okazało się, że tow. Olejnik już przyszedł , a obejrzawszy mnie dokładnie, jak mi to potem opowiedział, przypuszczał, że jestem agentem żandarmskim.

Poprosiłem pana Olejnika o poufną rozmowę i gdyśmy się znaleźli sami w pokoju, oświadczyłem mu, że wolałbym byśmy przeszli do innego miejsca, więcej spokojnego. Tow. Olejnik, przyglądając mi się uporczywie, zgodził się na zmianę miejsca i poprosił do altany, w ogrodzie. Gdy już znaleźliśmy się w ogrodowej altanie, to od razu przystąpiłem do sprawy i tak oto zapytałem tow. Olejnika: Szanowny towarzyszu, otrzymałem wasz adres od jednego z towarzyszy w Zduńskiej Woli, dokąd specjalnie jeździłem, by przez tamtejszych towarzyszy nawiązać na nowo z pabianicką organizacją stosunki partyjne, które uległy przerwie przez zniszczenie adresów przy zabraniu drukarni „Robotnika”. Tutaj obszernie opowiedziałem tow. Olejnikowi, jak żandarmi zabrali drukarnię „Robotnika”, która się mieściła przy rogu ulic Średniej i Północnej w Łodzi.

Tow. Olejnik formalnie wlepił we mnie swoje oczy i zamiast mi odpowiadać na moje pytania, zaczął głośno jakby do siebie tylko opisywać mnie jak wyglądam, w końcu stwierdził, że jest członkiem partii, i że już od pięciu miesięcy przeszło stosunki z partią są przerwane, ale mi nie wierzy, że ja jestem członkiem partii, bo w taki niezwykły sposób tu przyszedłem i dlatego uroczyście zagroził mi, że jeśliby się okazało, że ja jestem szpiclem, to choćby jego aresztowali, będę zabity „jak wściekły pies”.

- Dobrze towarzyszu, zgadzam się na wasze ultimatum, ale powiedzcie mi, co wam potrzeba dla waszej miejscowej organizacji, jakich broszur i wiele ich potrzebujecie?

- Broszur potrzeba nam sporo, bo organizacja wciąż się rozszerza, a najwięcej przywieźcie nam ”Robotnika”. Tylko przyjedźcie jeszcze z kimkolwiek z łódzkich kierowników partyjnych.

Spisałem sobie ilość i jakie broszury mamy przywieźć towarzyszom do Pabianic. Pamiętam tylko z tej całej litanii, że tow. Olejnik zażądał, by „Robotnika” każdego nowego numeru przysyłano im najmniej 75 egzemplarzy, co na one czasy było bardzo dużą cyfrą. Umówiliśmy się, że przyjadę z tow. Zygmuntem w przyszłą niedzielę po południu i zatrzymamy się w pierwszorzędnej restauracji, gdzieś naprzeciwko kościoła ewangelickiego. Tow. Olejnik jeszcze raz mnie zapewnił, że nic mnie nie uchroni od śmierci, jeśli by się okazało, że to wszystko jest przeze mnie odegrana komedia. Wyraziłem swoją zgodę i uścisnęliśmy sobie ręce, ze słowami – do widzenia – do widzenia z bibułą!

Wyjeżdżając bryczką z Pabianic do Łodzi, byłem bardzo zadowolony i wesoło mi było na duszy, że choć z trudnością, ale jednak udało się nawiązać stosunki z naszą pabianicką organizacją partyjną.

Umówiłem się z tow. Filipem i Zygmuntem (Bujno), że we wtorek miał jeden z nich być u mnie i dowiedzieć się o rezultacie mych zabiegów. Tymczasem nikt we wtorek do mnie nie przyszedł, więc byłem tym stroskany bo adresu nie miałem ani do Zygmunta, ani też do Filipa, a w Pabianicach obiecałem, że w niedzielę przyjedziemy i przywieziemy bibułę. Dopiero w czwartek przyszedł do mnie Zygmunt i gdy mu opowiedziałem o nawiązaniu stosunków z Pabianicami i przyrzeczeniu, że taką to litanię broszur im mamy przywieść w niedzielę, to Zygmunt odpowiedział, że to będzie niemożliwe, bo w Łodzi nie posiadamy takiej ilości „Robotnika” i broszur. Na usilne moje nalegania Zygmunt się zgodził pojechać do Warszawy po bibułę i dał mi słowo, że w niedzielę o pierwszej popołudniu przyjedzie prosto z dworca z bibułą do mnie.

Mieszkałem wtedy u towarzysza Kozłowskiego na ul. Średniej, który był duszą z nami, ale bał się rozwijać naszą robotę pepesowską ogromnie, tym bardziej, że na niego bardzo pod tym względem wpływała zona, by nie zajmował się sprawami partyjnymi, „bo mogą cię aresztować i ja zostanę z dziećmi bez żadnych środków do życia”, mawiała często do niego.

W niedzielę czekałem cierpliwie na Zygmunta od samego rana, skracając sobie czas czytaniem naszej literatury. Tow. Kozłowski też nie przychodził na obiad, a tu już dawno minęła nie tylko pierwsza, ale i druga, a Zygmunta jak nie widać tak nie widać. Byłem strasznie podniecony, bo różne myśli wirowały po mej mózgownicy z powodu nieprzyjechania Zygmunta. To zdawało się, że jakaś może katastrofa kolejowa się zdarzyła, może Zygmunta aresztowali, albo że nie dostał w Warszawie bibuły, a bez niej nie chciał wracać do Łodzi.

Mieszkanie nasze składało się z jednego dużego pokoju na pierwszym piętrze z dwoma oknami szczytowymi. W środku mniej więcej pokój był przedzielony firanką, co miało oznaczać, że jest pokój z kuchnią. Moje łóżko było po tej stronie, co oznaczała kuchnię zaraz blisko drzwi, a za firanką na prawo były drugie drzwi do komórki – poddasza, gdzie mój gospodarz trzymał kilka par gołębi. Pod nami była piekarnia, a z drugiej strony na parterze mieszkał właściciel piekarni i zdaje się jednocześnie właściciel domu, na piętrze vis a vis nas mieszkał też jakiś robotnik i miał sublokatora.

Jakoś dobrze po pół do trzeciej przyjechał nareszcie Zygmunt z dużą i ciężką walizą. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu do stracenia, więc zaraz otworzyłem walizę i zacząłem przygotowywać broszury do Pabianic. Zygmunt tymczasem odpoczywając poprosił o herbatę i nie pamiętam, czy gospodyni dała mu herbaty, czy też dostał talerz rosołu. Zygmunt zajadał, ja układałem broszury, a gospodyni stała obok swego łóżka i z trwogą patrzyła na moją robotę, a tu w tym momencie ktoś zapukał do drzwi, więc ja prędko broszury nazad do walizki i dochodząc do drzwi głośno powiedziałem „proszę”. Drzwi się otwierają i wchodzi trzech jakichś drabów, pytając się, czy tu mieszka pan Kozłowski? Odpowiadam, że tutaj.

- Co panowie sobie życzą, bo akurat pana Kozłowskiego nie ma w domu i nie wiem kiedy przyjdzie.

- A my mamy b. ważny interes do pana Kozłowskiego.

- Czy można zapytać jaki?

- Owszem, proszę pana, pan Kozłowski trzyma gołębie – prawda?

- Tak jest, ma parę par gołębi.

- Proszę pana, czy nie mógłby nam pan pokazać tych gołębi, bo proszę pana, nam „zginęli” dwie pary z bardzo dobrych i rzadkich gatunków…

Cały czas rozmawiałem z tymi drabami w „przedpokoju” i przyjrzałem im się dobrze i choć w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to na pewno szpicle przyjechali za Zygmuntem, to po chwileczce zmieniłem zdanie, ale jednak wydawało mi się to wszystko strasznie podejrzane i w pierwszej chwili nie wiedziałem co mam robić, bo jeśli ich nie puszczę, to na pewno, jeśli są szpicle, pomyślą sobie i utrwalą w sobie przekonanie, że czegoś się boimy, a jeśli wejdą za firankę do komórki, to znów zobaczą Zygmunta, więc zdecydowałem się ich puścić, ale spróbowałem ich jeszcze od tego odciągnąć, tłumacząc się tym, że pana Kozłowskiego nie ma w domu.

- Jeśli już tak panowie koniecznie pragniecie zobaczyć gołębie pana Kozłowskiego, to proszę.

Weszliśmy do komórki i panowie ci obejrzeli wszystkie gołębie, znajdujące się w dużej klatce.

- Nie, psiakrew, nie ma tutaj mych gołębi.

- Ale panie, czy nie można byłoby kupić tę oto parkę?

- Niech panowie przyjdą albo dziś wieczorem, albo dopiero jutro, gdy będzie w domu pan Kozłowski, to wam powie, czy sprzeda, czy też nie.

- No to ja dziś jeszcze przyjdę wieczorem.

Poszli, a ja drzwi zamknąłem na haczyk, by znów nie przyszedł ktoś i nie przeszkadzał nam…

Zygmunt był zajęty jedzeniem, a pani Kozłowska z przerażenia zemdlała, gdy ci panowie weszli do mieszkania i tak przez cały czas ich obecności leżała na łóżku zemdlona, dopiero jak wyszli zaczęliśmy ją ratować i niewiasta oprzytomniała.

Szybko posegregowaliśmy przywiezioną bibułę i częścią przeznaczoną dla Pabianic podzieliliśmy się prawie równomiernie. Pozostałą bibułę schowałem do walizy i wsunąłem pod moje łóżko, ale tutaj pani Kozłowska jak zaczęła prosić i płakać, i błagać, by tą walizę zabrać ze sobą, bo tylko patrzeć jak ci szpicle, co tu byli przyjdą z żandarmami i „zabiorą mi męża, bo panów nie będzie”.

Nowa stanęła przeszkoda, a naprawdę byliśmy bez wyjścia, bo nie było do kogo przy niedzieli i o tej godzinie bibułę zawieźć. Żadne perswazje nie pomagały, więc wyszedłem na podwórko, żeby coś wymyślić lub znaleźć jakie lokum na bibułę bez walizki. Szczęście nam sprzyjało, bo spotkałem czeladnika piekarskiego, który zabierał się do roboty. Znałem go tylko z widzenia i trochę z nim rozmawiałem, sondując jego światopogląd, byłem pewny, że do niczego nie należy i żadnego politycznego creda nie posiada.

- Proszę pana, mam prośbę do pana, oto przyjechał do mnie mój brat i zaraz muszę z nim wyjechać do rodziny, a ponieważ nie zastałem swej gospodyni w domu nie mamy gdzie zostawić walizy, którą, gdy powrócę, zaraz bym zabrał, czy by nie można ją u pana na parę godzin zostawić?

- Bardzo proszę, z wielką przyjemnością, niech pan walizę przyniesie.

Spadł mi ciężar z serca. Zaraz walizę przyniosłem i oddałem ją temu zacnemu robotnikowi, a my z Zygmuntem, obładowani broszurami wokoło siebie, ruszyliśmy do przystanku tramwajowego, skąd tramwajem dojechaliśmy do Górnego Rynku, a stąd już bryczką do Pabianic.

Wsiedliśmy do bryczki, w której już siedziało paru pasażerów, jeszcze pozostało jedno miejsce, który zajął jakiś opasły jegomość z „nachalnym” wyrazem twarzy i jakby śmiejącymi się małymi a bardzo ruchliwymi oczkami. Bryczka ruszyła i zaczęła się pogawędka wśród pasażerów. Jechała z nami jakaś młoda para nowożeńców, którzy przyjechali w niedzielę do Łodzi po różne sprawunki i rozmawiając z sobą bardzo żałowali, że zapomnieli czegoś kupić. Nasz grubasek zaczął sobie pokpiwać trochę z tego małżeństwa, a jednocześnie zarzucał nas pytaniami. Towarzysz Zygmunt trącając mnie w bok, szeptał mi do ucha: - Jak Boga kocham szpicle, ostrożnie - byśmy nie wpadli.

Bardzo wesoła była nasza jazda do Pabianic, chociaż jednocześnie ta ciągła obawa przed tym niby szpiclem trochę nas z początku krępowała, ale w końcu przeszliśmy do ofensywy na tego podejrzanego grubaska i co raz zasypywaliśmy go pytaniami. Jednak wyrobiony okazał się ten pan i okropnie cwany.

Zygmunt chciał byśmy wysiedli zaraz przy wjeździe do Pabianic, ale ja się oparłem temu i przekonałem towarzysza, że jedziemy aż do stacji. Nie dojeżdżając do stacji, wysiadł nasz kpiarz i tym jakby zdjął z siebie podejrzenie, że jest szpiclem.

Szczęśliwie znaleźliśmy się w restauracji i zaraz po małej przekąsce poszedłem po towarzysza Olejnika. Czekał na nas z wielką niecierpliwością i gdy mu powiedziałem, że jest ze mną Zygmunt, bardzo się ucieszył i zaraz poszliśmy do restauracji, gdzie tymczasem Zygmunt obstalował dla siebie i mnie kolację. Wypiliśmy po kieliszeczku na prośbę tow. Olejnika i zaraz po kolacji wyszliśmy prosto do domków robotniczych fabryki Krusze i Endera. Niestety, nie pamiętam nazwisk tych towarzyszy u których wtedy odbyło się zebranie i którzy byli na tym zebraniu. Byli to wszystko towarzysze i towarzyszki poważni i bardzo oddani partii, sami robotnicy. Bardzo serdecznie nas przyjęli gdy tylko złożyliśmy bibułę, to zaraz ją zabrał jeden z towarzyszy i wyniósł do składu partyjnego, gdzie już była całkowicie zabezpieczona i skąd ją kolporterzy otrzymać mają już podzieloną do różnych dzielnic i miejscowości. Było to zebranie miejscowych kierowników i organizatorów PPS. Towarzyszka, u której zebranie się odbywało, przygotowała kolację dla wszystkich w postaci herbaty i kanapek z wędliną, była również i ta nieodłączna trucizna, w butelce, która zatruwają się szerokie masy ludu roboczego. Nastrój szybko wytworzył się bardzo podniosły i nadzwyczaj serdeczny. Po załatwieniu i omówieniu wszystkich spraw organizacyjnych tow. Zygmunt zmuszony był na liczne zapytania towarzyszy, wygłosić coś w rodzaju wykładu z dziedziny fizyki i chemii i w ogóle z dziedziny nauk przyrodniczych. Przypominam sobie, z jakim to zaciekawieniem przyglądali się i słuchali objaśnień dlaczego to woda wypełnia szklankę, z której uprzednio kawałkiem płonącego papieru wypchnięte zostało powietrze, i szybko tę szklankę stawia się na talerz, w którym jest trochę wody i woda ta wchodzi do tej szklanki…

Już było późno w nocy, gdyśmy pożegnali naszych towarzyszy, którzy czuli się w ten dzień, jakby na nowo powołani do życia. Naprawdę, tyle wtedy było widać wiary i radości na twarzach naszych towarzyszy, z tego tylko, że znów została nawiązana nić, która chwilowo została przez żandarmów przerwana.

Organizacja nasza w Pabianicach w tych czasach stała moralnie bardzo wysoko, ale i pod względem organizacyjnym była w specjalny sposób prowadzona. Z wielkim żalem piszę o tym, że nie mogę tutaj wymienić nazwisk towarzyszy, którzy wtedy byli kierownikami miejscowej i okolicznej organizacji PPS w Pabianicach. Byłem wtedy zachwycony stanem organizacyjnym i wysoką świadomością i bezgraniczną ideowością naszych towarzyszy w Pabianicach. Komitetu wtedy nie było w dzisiejszym pojmowaniu, a najbardziej czynni, świadomi i ofiarni towarzysze byli tym ciałem kierowniczym partii. Jeżeli się zjawił towarzysz, który stawał do roboty, to towarzysze najpierw wszechstronnie go wypróbowali, a gdy przeszedł wszystkie próby zadowalająco, to go wtedy przyjmowano do naszych szeregów i powierzano mu odpowiednią pracę w pewnej dzielnicy miasta.

Zawarta wtedy została umowa, że raz na dwa tygodnie będzie ktoś z Łodzi przyjeżdżał do Pabianic w sprawach organizacyjnych.

Na tym kończę ten mały obrazek z życia naszej organizacji i mam nadzieję, że towarzysze pabianiccy ujawnią całą pracę PPS szczegółowo, w specjalnej monografii Pabianic.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_Śledzińsk

https://sztetl.org.pl/pl/biogramy/5106-cunge-emanuela



W publikacji „Gdzie są Niemcy z tamtych lat? – wspomnienia łódzkich Niemców”, red. Krystyna Radziszewska znajdują się również wspomnienia dawnych pabianiczan.

Georg Walter „Mojego ojca nazywano białym Żydem”

Urodziłem się 27 czerwca 1924 roku w Pabianicach. Członkowie mojej rodziny, zarówno ze strony matki, jak i ojca byli Niemcami i pochodzili z terenu Niemiec. Większość przybyła z Czech, Moraw i z Saksonii – to byli rzemieślnicy, którzy przywieźli ze sobą nie tylko tak zwane know-how, czyli umiejętności fachowe, ale także pieniądze, potrzebne do budowy zakładów. Z czasem zaczęli ich wspierać tamtejsi właściciele i polska szlachta. Wybudowali tu swoje fabryki i rozpoczęli nowe życie.

Moja mama pochodzi z rodziny Fröhlich. Kuzyn mojego dziadka był założycielem chemicznej fabryki w Pabianicach. Doktor Emanuel Fröhlich zajmował się chemią, a jego partner – Louis Schweikert – był kupcem. Urodziłem się w centrum  przy ul. Zamkowej. Dom, w którym przyszedłem na świat już nie istnieje, a na jego miejscu wybudowano pawilon handlowy. Na podstawie starych zdjęć ustaliłem, że łóżko, w którym się urodziłem, stało obok kwietnika.

Byliśmy w całkiem dobrej sytuacji finansowej. Mój ojciec nieźle zarabiał, co w przypadku Niemców zdarzało się raczej rzadko. Mieszkanie, w którym się urodziłem, było wynajmowane, nie należało do nas. Później mieszkaliśmy przez krótki czas przy ul. Zachodniej – tak nazywała się w tamtych czasach, dzisiaj jest to ul. Curie – Skłodowskiej. Jednak najdłużej mieszkaliśmy przy ul. Warszawskiej, naprzeciwko kaplicy. Ten nowoczesny dom zbudował jakiś polski przedsiębiorca w latach 1932-33.

Przed pierwszą wojną światową, mój ojciec pracował w agenturze. Agentury zajmowały się pożyczaniem pieniędzy drobnym rzemieślnikom. Mali przedsiębiorcy kupowali za nie przędzę i krosna tkackie, a z zarobionych pieniędzy spłacali agencjom pożyczkę. Po pierwszej wojnie światowej, kiedy powstała Rzeczpospolita Polska, rząd zabronił działalności takich agencji, ponieważ w większości były one w rękach Żydów, którzy umieli robić takie interesy. Chciano wówczas związać ręce Żydom, więc zakazano działalności, którą prowadzili. Teraz zakłady musiały same sobie radzić, a do tego potrzebowały specjalistów. Ojciec był jednym z nich, był inkasentem. Ludzie jego profesji mieli wtedy prawie nieograniczoną władzę i swobodę działania w największych zakładach. Mojego ojca nazywano „białym Żydem”, ponieważ nigdy nie pozwolił oszukać się czarnym Żydom. Dowiedziałem się dopiero później, dlaczego był taki mądry – miał wśród Żydów swoich zaufanych ludzi, którym dawał odpowiednie stanowiska. Przychodzili do niego w nocy i mówili: „Niech pan uważa panie Walter, X będzie teraz plajtował”. Mój ojciec wiedział, że nie będzie mu mógł oddać towaru, dopóki tamten nie ureguluje starych i nowych rachunków. Kiedy mama złożyła wniosek o przyznanie renty, policzyliśmy jego zarobki – zarabiał na tym wszystkim bardzo dobrze. Od Żydów z Izraela otrzymaliśmy zaświadczenie o wysokości zarobków mojego ojca, w Polsce nie było żadnych dokumentów. Z rodzeństwem przeliczyliśmy to, co zarabiał na dzisiejsze marki. Znaliśmy ówczesne ceny masła, jajek, chleba, wiedzieliśmy, ile trzeba było zapłacić za czynsz i za szkolę. Ustaliliśmy, że w dzisiejszych warunkach ta suma wynosiłaby 32 tysiące marek miesięcznie.

Od pierwszej do trzeciej klasy chodziłem do niemieckiej państwowej szkoły powszechnej, od czwartej do szóstej – uczęszczałem do prywatnej szkoły w Pabianicach, a potem zdałem egzamin do Niemieckiego Gimnazjum Prywatnego. Gdy wybuchła wojna, skończyłem trzecią klasę gimnazjum i przerwałem naukę w tej szkole. Na wszystkich egzaminach obecna była polska rada szkoły i pytania zadawano po polsku. Musieliśmy więc mówić dobrze nie tylko po niemiecku, ale i po polsku. Miałem kiedyś kolegę, który był obywatelem Szwajcarii, chociaż urodził się w Pabianicach. Jego wujek i ojciec pracowali w fabryce chemicznej, która została założona przez kuzyna mojego dziadka. Szwajcarzy przejęli tę fabrykę – jego ojciec został dyrektorem, a później akcjonariuszem. Ten Szwajcar mówił wyłącznie po niemiecku. Polski był dla niego językiem obcym. Z tego powodu w czasie lekcji języka polskiego często i dużo ode mnie ściągał. Dzięki swojej rodzinie prawie najlepiej z całej naszej klasy mówiłem po polsku. W szkole mieliśmy np. historię Polski lub język polski 4 czy 5 razy w tygodniu. W szkole podstawowej (wówczas nazywano ją szkolę powszechną), jak również w prywatnej szkole niemieckiej było tygodniowo o godzinę więcej zajęć z języka polskiego niż z niemieckiego. Po polsku prowadzono również geografię Polski. W gimnazjum było podobnie  - dochodziła tylko historia starożytna po polsku.

W szkole uczyli się przeważnie Niemcy wyznania protestanckiego, ale byli także Polacy i Żydzi. Można było trafić na nauczyciela o nacjonalistycznym nastawieniu, ale takich nauczycieli spotykało się także w polskich szkołach państwowych. Wykorzystywali oni każdą okazję, aby utrzeć nosa komuś, kto wydawał im się Niemcem. Ja wyrosłem w rodzinie liberalnej, gdzie miałem kontakt z różnymi religiami, dlatego właśnie nie znałem uczucia nienawiści do innych narodowości. Miałem przyjaciół, którzy mieszkali w Polsce, ale byli zagorzałymi niemieckimi nacjonalistami. Nie wiem, skąd brało się u nich takie nastawienie. Ja żyłem zawsze ze wszystkimi w zgodzie. Jestem Niemcem, wychowałem się w kręgu niemieckiej kultury, lecz moją ojczyzną jest Polska. Miałem przyjaciół różnych narodowości. Najlepszym z nich był Herbert Dickfoss.

Moi sąsiedzi byli Szwajcarami, Niemcami, Żydami i Polakami. Wzajemne stosunki układały się bardzo dobrze, byliśmy tolerancyjni. Szwajcarzy, którzy mieszkali w pobliżu, byli najczęściej pracownikami należącej do Szwajcara fabryki chemicznej. Polscy sąsiedzi byli kierownikami działów, dyrektorami urzędów – mieszkał tam między innymi kierownik urzędu finansowego w Pabianicach, kierownik kasy chorych – dr Tymieniecki – czy dyrektor dużej fabryki „Krusche und Ender”. Wszyscy się znali i pozdrawiali na ulicy, ale nie byli bliskimi przyjaciółmi. Mimo wszystko Niemcy odgraniczali się od Polaków, Polacy od Szwajcarów, a Szwajcarzy od Niemców. Akceptowali się nawzajem, żyli w przyjaźni, ale nie w braterstwie.

Często chodziłem do kina, gdzie grano austriackie, niemieckie, polskie i amerykańskie filmy. Amerykanie robili westerny lub doskonałe rewie – od początku do końca śpiew i taniec. Ambitniejszych filmów nie sprowadzano. Filmy nakręcone w Polsce były często o wiele lepsze niż amerykańskie. Wszystkie filmy były dubbingowane po polsku, a jeśli nie, np. tanie westerny, to miały napisy.

W niedzielę w kościele  Św. Marii Panny odbywała się główna msza święta dla katolickiej mniejszości niemieckiej.  Siostry mojego ojca, moje ciotki, należały do Katolickiego Stowarzyszenia Śpiewaczego „Cecilia” i zawsze sprawdzały, czy jesteśmy w kościele. Lekcje religii mieliśmy z księdzem z Ksawerowa. Razem z moimi przyjaciółmi chodziłem do kościołów ewangelickich. Odbywały się tam msze dla dzieci, które nazywaliśmy szkółką niedzielną. Pastorowie Julius Horn i Erich Lembke mieli świeckie poglądy i bardzo lubili dzieci. Przebywanie w ich  towarzystwie, słuchanie ich, sprawiało nam po prostu przyjemność. To był powód moich częstych wizyt w kościele ewangelickim. Dopiero po mszy mogliśmy iść na boisko grać w piłkę lub wziąć udział w jakiejś imprezie. Należeliśmy także do harcerstwa. Istniały różne grupy harcerskie – niektóre działały przy Niemieckim Gimnazjum, inne przy Niemieckiej szkole Podstawowej. Ja należałem do katolickiej niemieckiej grupy harcerskiej.


Protestanci mieli swoje własne związki, w których obchodzili święta. Wielkanoc i Boże Narodzenie urządzały protestanckie kościoły. W przypadku Niemców katolików było zupełnie inaczej – mieli swoje zwyczajne msze i obchodzili święta kościelne razem z Polakami. Boże Ciało było wspaniałym katolickim świętem. Niemieccy ewangelicy urządzali tego dnia majówkę. Był to ustawowo dzień wolny od pracy. Katolicy niemieccy uczestniczyli razem z Polakami w procesji, a w całym mieście budowano ołtarze. Bogaci rzemieślnicy i fabrykanci współzawodniczyli ze sobą – walczyli o to, czyj ołtarz będzie najpiękniejszy. Było też wiele świąt niekościelnych. Niemiecki Związek Gimnastyczny organizował np. bal maskowy dla dorosłych i dla dzieci oraz, przynajmniej dwa razy do roku, imprezy sportowe. Istniały wtedy kółka śpiewacze  - osobiście znalem w Pabianicach trzy ewangelickie i dwa katolickie. One także urządzały przynajmniej dwa razy w roku swoje imprezy. Ewangelickie Stowarzyszenie Kobiet też organizowało przedstawienia. Jedno z nich  nazywało się „Bazar” – kupowano i losowano fanty, a zysk przeznaczano na cele społeczne. Wszystkie związki były finansowane przez bogatych rzemieślników i fabrykantów. Moimi ulubionymi świętami były bal maskowy dla dzieci, święto sportu w związku gimnastycznym i organizowana przez związek strzelecki majówka (tylko dla naprawdę bogatych fabrykantów). Było pięknie, dużo strzelano i wybierano króla strzelców. Te święta podobały mi się najbardziej. Organizowano je zaraz po południu, między 14.00 a 16.00, tak że wolno było przyjść dzieciom, które musiały wcześniej wrócić do domu. Rodzice świętowali, a dzieci nie mogły przyglądać się wszystkiemu, co się tam działo.

Byliśmy zorganizowani, ale nie pod względem politycznym. Mieliśmy stowarzyszenie gimnastyczne, Niemiecki Klub Piłkarski i niemieckie kółka śpiewacze. Byliśmy bardzo tolerancyjni. Po pierwszej wojnie światowej, gdy Polska odzyskała niepodległość i wolność, na forum międzynarodowym wydano rozporządzenia, które nakazywały przestrzeganie praw mniejszości narodowych (Niemców, Rosjan, Czechów i Ukraińców mieszkających na terytorium Polski). Polscy ustawodawcy podporządkowali się tym zasadom.

Nikt nigdy tak nie obchodził świąt, nie urządzał takich balów maskowych, nikt nie śpiewał niemieckich piosenek tak, jak niemieckie kółka śpiewacze. Dawniej wszystkim się podobały takie uroczystości, wszyscy się znali i lubili, ale 1933 roku zrobiono z tego kwestię polityczną. NSDAP … Hitler doszedł do władzy – to miało duży wpływ na młodszych Niemców w Polsce. Wcześniej istniała partia – Niemiecki Związek Ludowy, do której należeli sami konserwatyści o niemieckim pochodzeniu, czujący się jednak lojalnymi obywatelami Polski. Nie podejmowali żadnych działań politycznych skierowanych przeciwko ówczesnemu rządowi.  

Gdy Hitler doszedł do władzy, nic się jeszcze nie działo, ponieważ dzięki Bogu byliśmy w Polsce tak bardzo wyizolowani, ze początkowo zmiana władzy w Niemczech nie miała żadnych konsekwencji. Powstała wprawdzie partia Jungdeutsche Partei, która próbowała doprowadzić do konfrontacji, ale poza tym nic się nie działo. Później Polacy utworzyli tak zwany Związek Zachodni. Podburzali przeciwko ludności niemieckiej, byli polskimi nacjonalistami. Czasami  osiągali swój cel, ale ogólnie kontakty między Polakami I Niemcami były tak złe lub tak dobre, że nie dochodziło do konfrontacji. Dopiero w roku 1939 dochodziło do ekscesów podczas demonstracji organizowanych przez Związek Zachodni. Niektórzy spośród polskich nacjonalistów wykorzystali ten moment, aby wyłożyć karty na stół... Później, kiedy sytuacja osiągnęła punkt krytyczny, wyglądało na to, że zacznie się wojna. Związek Zachodni zachowywał się coraz bardziej agresywnie. Kilka tygodni przed wybuchem wojny, latem 1939 roku, w trakcie jednej z demonstracji zdemolowano kilka lokali należących do niemieckich związków i szkół.  Wielu chłopców z rodzin niemieckich musiało opuścić domy i wyjechać do Niemiec. Polscy uczniowie zaczęli występować przeciwko uczniom ze szkół niemieckich. Ja miałem szczęście w nieszczęściu. Mieliśmy znajomych, którzy zostali wychowani w polskiej tradycji. Kiedy wracałem do domu musiałem iść zawsze przez żydowską dzielnicę, która znajdowała się między kościołem Św. Mateusza a kaplicą. Nie było to jeszcze getto – tak nazywano tę dzielnicę dopiero w czasie okupacji. Tam mieszkali Żydzi i tam stała synagoga. Polskie dzieciaki zawsze walczyły z żydowskimi i odwrotnie. Wobec Niemców byli jednak zawsze zgodni, przy czym należy dodać, że Żydzi trzymali bardziej z Niemcami niż z Polakami. To nie były rozgrywki polityczne,  lecz  rywalizacja pomiędzy młodzieżą.


W pabianickiej radzie gminnej był Polak o nazwisku Abdaszewski, który zawsze był przyjaźnie nastawiony do Niemców. W radzie gminnej wiele zrobił dla szkół i związków, zawsze tak się angażował w to, co robił, że dopinał swego. Byłem zaprzyjaźniony z jego synem – Bogdanem – razem byliśmy ministrantami w kaplicy. Później pana Abdaszewskiego aresztowano i wysłano do Dachau. Wszyscy Niemcy, którzy go znali, zebrali się wtedy i przygotowali pisemną prośbę z setkami podpisów o ponowne rozpatrzenie tej sprawy, ponieważ ten człowiek siedział niesprawiedliwie w obozie pracy. Przez długo czas nie było  żadnych wiadomości. Pewnego dnia do domu w Pabianicach przyszedł ktoś z instytucji państwowej i przyniósł urnę z prochami. Powiedzieli, że Abdaszewski był bardzo chory i umarł. Jedyną rzeczą, którą można było jeszcze zrobić to przekazać urnę z jego prochami rodzinie. Od rodziców słyszałem jednak inną opinię. Prawdopodobnie nie chciano go zwolnić do domu, więc zabito go i spalono. Zdaniem mojego ojca miał szansę na przeżycie, gdybyśmy my, Niemcy, nic nie zrobili. 


Mój tata miał wielu przyjaciół wśród Żydów. Pomógł wielu Żydom z gett w Pabianicach i w Łodzi. Nikomu nic złego nie zrobiliśmy, a kiedy po roku 1945 znów nadszedł przewrót, zastanawialiśmy się, czy możemy zostać tu, gdzie dotąd mieszkaliśmy. Powiedziałem wtedy do ojca: „Pakuj manatki” i wynieśliśmy się. Jego polscy przyjaciele także mówili mu: „Lepiej stąd uciekaj, tutaj już nikt nie może cię ochronić”. Było zupełnie tak samo jak za nazistów, ale teraz nadchodził komunizm. Mój ojciec został aresztowany  i znalazł się w obozie, w którym był bity, a ostatecznie z niego wyrzucony. Poszedł wtedy do mojej ciotki. Za cały swój majątek ciocia kupiła odpowiednie produkty i według starej receptury rodzinnej spreparowała maść, dzięki której mój ojciec doszedł do zdrowia. Kiedy poczuł się lepiej  i mógł już sam chodzić, aresztowali go Rosjanie, zabrali do Rosji i tam zmarł.

Zostałem powołany w 1941 roku – najpierw do pracy przymusowej dla państwa, a później do Wehrmachtu. Pewien czas  spędziłem w Związku Radzieckim – służyłem w piechocie. Krótko przed wkroczeniem Rosjan do Pabianic, kiedy byłem na froncie pod Radomiem, odwiedziłem rodzinę. Chciałem przekonać ojca, aby tu dłużej nie zostawał. Powiedziałem mu, że po tym, co zrobili nasi rodacy z Rzeszy (Niemców z Niemiec nazywaliśmy „Reichsdeutsche”, my byliśmy Volksdeutschami) nie może oczekiwać od Rosjan niczego dobrego. Ostrzegano mnie przed pozostaniem w Pabianicach, ponieważ wszyscy byli świadomi tego, co się wydarzy i nikt nie będzie mi w stanie pomoc. Dojechałem do Poznania, ale to miasto obwołano twierdzą i zostaliśmy tam zamknięci. SS otrzymało rozkaz wydostania się z miasta. Jechałem na czołgu, który został trafiony. Co się stało z tymi, którzy byli wewnątrz –  nie wiem.  Czułem tylko, że zostałem odrzucony przez ciśnienie. Straciłem przytomność, a kiedy ją odzyskałem, stało nade mną trzech Rosjan z wycelowanymi we mnie karabinami. Wzięto mnie do niewoli i zesłano na Syberię. Byłem dokładnie na granicy Europy z Azją w zakładach azbestowych w dzisiejszym Jekaterinburgu. Wróciłem latem 1949 roku.


Kiedy wróciłem do Stuttgartu, pracowałem początkowo u mojego wujka w zakładzie, ale nie chciałem pracować w przemyśle tekstylnym. Po krótkim czasie pożegnałem się i postanowiłem zacząć realizować własne plany. Interesowały mnie komputery, które nazywano wtedy „holerytami”. Te urządzenia poznałem już w roku 1943 w warszawskiej dyrekcji kolei państwowych, w czasie służby wojskowej. Stowarzyszenie „Holerit”, które wcześniej miało swoją siedzibę w Berlinie, przeniosło się do Stuttgartu i pojawiła się możliwość współpracy z nimi. Po maturze nie zdawałem już żadnych egzaminów, nie uczyłem się dalej zawodu. Kiedy inni byli na urlopach, w latach pięćdziesiątych, ja chodziłem na kursy.

Po raz pierwszy po wojnie byłem w Polsce w roku 1956, w Opolu, gdzie mieszkała kiedyś moja żona. Tam dorastała, chodziła do szkoły i aż do wypędzenia pracowała w dyrekcji kolei w Opolu. Z Opola pojechałem do Łodzi i Poznania. Pabianice zmieniły się, są teraz ładniejsze. Nie ma tam już jednak naszych znajomych. Kiedy idzie się przez miasto, wszystko wydaje się obce. Dawne Pabianice były nasza ojczyzną, ale dzisiejsze – już nią nie są. Jesteśmy tutaj obcy.

Herbert Dickfoss „Kompromitacja w mauzoleum”

O ile pamiętam, wydarzyło się to w 1936 roku. Miałem  dwanaście lat i żeby sobie dorobić pomagałem przy pogrzebach. Zwykle śpiewałem albo niosłem krzyż. Praca była poważna i budząca szacunek, no i przynosiła niezłe zyski – siedemdziesiąt groszy od pogrzebu, można powiedzieć od truposza. Dla takiego szczeniaka jak ja było to wówczas sporo pieniędzy – starczało prawie na pięć biletów do kina. Największy ruch w interesie panował wiosną i jesienią. Dziennie odbywały się wtedy trzy, cztery pogrzeby, co dawało dwa złote osiemdziesiąt  groszy..

Była jesień. Pogoda – marna. Wiele osób umierało. Pogrzeby odbywały się w pośpiechu. Pewnego razu było tyle pracy, ze musieliśmy się podzielić. We trzech – pastor Horn, Artur i ja – mieliśmy wystąpić w mauzoleum w Pabianicach. Nie byliśmy do tego przyzwyczajeni – zwykle śpiewaliśmy w szóstkę, na trzy glosy. Szacowny nieboszczyk leżał na marach, w mauzoleum stali płaczący żałobnicy i pastor Horn. Obrazu dopełniały kolorowe witraże w oknach i potężne sklepienie. Wszystko miało się odbyć  zgodnie z tradycją. Artur dał mi znak i zaczęliśmy śpiewać. Śpiewaliśmy tak jak zawsze, pewnie, wysokimi, chłopięcymi głosami: „So nimm meine Hӓnde und fϋhre mich” (Weź mnie za ręce i poprowadź). Wcześniej nie miałem pojęcia, że Artur, który zawsze gdy byliśmy w komplecie śpiewał pierwszy głos, sam nie był w stanie utrzymać swojego dur. Z drugiej strony mój słuch  i ambicja nakazywały mi przy śpiewaniu tej prostej piosenki od razu zaintonować drugi głos. To z kolei powodowało, że Artur zaczynał zmieniać ton. Po kilku bohaterskich próbach utrzymania swej tonacji, dostosowywał się w końcu do mnie. Poziom naszego wystąpienia  zaczynał szwankować. Śpiewać jednogłosowo, w mauzoleum, przed dwoma setkami ludzi leżało poniżej naszej godności. A więc dobrze, jeśli Artur śpiewa pierwszy głos, to ja będę śpiewał drugi. Ale z Arturem okazało się to niemożliwe.  Znów po pewnym czasie zaczynał śpiewać to, co ja. W końcu wystąpił mi na czoło zimny pot, ludzie dokoła byli najwyraźniej zaniepokojeni i przestali szlochać. Tylko zmarły pozostał niewzruszony.

W tej nerwowej atmosferze przezwałem śpiewanie i głośno, wyraźnie zapytałem swego kolegę: „Artur, co ty właściwie śpiewasz, pierwszy czy drugi głos?”. Wściekłem się, gdy usłyszałem te niesprawiedliwe oskarżenia. W żadnym razie nie chciałem wyjść na niemuzykalnego przed tak licznym audytorium.

W pabianickim mauzoleum wybuchła bójka pomiędzy dwoma pomocnikami pastora.

W końcu z tej nieszczęsnej sytuacji wybawił nas sam pastor  Horn. Swym pięknie brzmiącym tenorem zaczął śpiewać drugą zwrotkę, a cale towarzystwo żałobne wtórowało mu nieśmiało. Tylko my dwaj staliśmy tam czerwoni po uszy, koszmarnie skompromitowani.

Naturalnie całe zdarzenie miało ciąg dalszy po pogrzebie. Pastor Horn nie tylko kazał nam się modlić, ale również obciął naszą wypłatę.

„Śnimy o swojej bajkowej krainie”

(…) Widzę wtedy Pabianice,

Biegnę pędem przez ulice.

Lecę gdzieś przez Żeromskiego,

Taki to urwis, kolego,

Bije się z chłopakami,

Okłada wszystkich pięściami.

W końcu przez te atrakcje

Spóźnia się znów na kolację,

Na pewno dostanie burę,

Tata złoi mu skórę.

Mama go potem pocieszy,

Raz jeszcze go chyba rozgrzeszy…

Czasem życie w mieście było trudne,

Chodzenie deptakami robiło się nudne.

Mama mnie wtedy prowadziła,

Do krainy, która mi się będzie śniła.

Najpierw idziemy Zamkową,

Za miastem drzewa szumią nad głową,

Ptaki nam pięknie śpiewają,

O! Już się Karniszewice wyłaniają!

Droga daleka, pole po prawej,

Stąd na bosaka biegnę po trawie.

Psy gdzieś szczekają, skowronek śpiewa,

Pole ogromne, a za nim drzewa.

Lasek sosnowy został gdzieś w tyle,

Droga skręcała, jak się nie mylę,

Wioska Wymysłów, pagórek, bzy

To właśnie moje wyśnione sny. (…)


„Tacy właśnie są Żydzi”

Tę smutną i prawdziwą historię opowiedziała mi moja matka parę lat przed śmiercią. Tytułem wstępu: Wszyscy wiemy, że w Polsce było kiedyś wielu Żydów, którzy zajmowali się krawiectwem. W latach 30. były tylko nieliczne sklepy z odzieżą, gdzie dostępne były gotowe ubrania. Płaszcze czy garnitury szyto zwykle na miarę. Najczęściej  u Żydów, ponieważ ci znali się na rzemiośle, no i można się było z nimi targować. Moi rodzice mieli swoich krawców – Irmbergów i Sternów. Wszyscy wiemy również, że wkrótce po zajęciu Polski Żydzi zostali umieszczeni w getcie.

Tak było także w Pabianicach. Żydzi zostali stłoczeni na starym mieście, a teren, gdzie mieszkali otoczono płotem. W zasadzie zabronione było wchodzenie na teren getta, ale my, Niemcy, mieliśmy swoje sposoby, aby się tam dostać.

Był rok 1942. Należałem  wtedy jeszcze do marynarki w Gdańsku. Moja młodsza siostra – Ruth -  miała  być konfirmowana. Trzeba było uszyć dla niej sukienkę. Mieliśmy zachomikowane wiele materiałów – w końcu w Pabianicach rozwijał się przemysł tekstylny. Matka zapakowała materiał, trochę maki, kilka jajek, chleb i poszła do getta, do Żyda Irmberga – naszego przedwojennego krawca. Irmbergowie nie mieli własnych dzieci, ale przygarnęli chłopaka, który blady i cichy siedział w kacie i przyszywał guziki do mundurów. Irmbergowie pracowali dla władz, dzięki czemu mogli przeżyć, ale i tak było im niezwykle ciężko. Irmbergowie i mama ubili interes: sukienka dla Ruth , a przy okazji jeszcze płaszcz zimowy z futrzanym kołnierzem. Była to oczywiście robota na czarno, bardzo niebezpieczna, ale … Dwa razy mama była z Ruth u miary. Irmergowie płakali, bo mama im zawsze coś przynosiła, a mama płakała, bo Żydom się tak źle powodziło.

Pewnej nocy na wiosnę wszyscy Żydzi zostali zapędzeni przez SS na Krusche-Ender-Platz. Ze starówki szli główną ulica miasta. Mieszkańcy jeszcze spali. Tego pochodu nędzy nikt nie powinien był widzieć. Tylko naprzeciw kościoła św. Mateusza paliło się światło w jednym z okien. Tam znajdowała się piekarnia. Niestety nie pamiętam dziś już nazwiska piekarza. Nagle z kolumny wybiegła kobieta, przeskoczyła chodnik i dopadła drzwi piekarni. Otworzyła gwałtownie drzwi i zawołała do zdumionego piekarza: „Zna pan panią Dickfoss z Zielonej Górki? Tak? To proszę przekazać jej tę paczkę”. Zaraz pojawił się w drzwiach strażnik i grożąc kobiecie bronią zabrał ją z powrotem do kolumny. Epizod, który nie trwał nawet minuty, a jaki dramat!”

W nadchodzącą niedzielę, po drodze do kościoła, piekarz powiedział do mojej mamy: „Proszę przyjść jutro do mojego sklepu, mam dla pani paczkę”. Mama przyjęła zaproszenie  z radością – pewnie przygotował chleb … Ale było inaczej. W byle jak zawiniętym pakunku było futro i płaszcz. W nocy, kiedy opróżniano getto, Irmbergowie myśleli jeszcze o tym, aby oddać mojej mamie znajdujące u nich rzeczy. Pani Irmberg narażała się na śmierć z powodu paru resztek materiału, które do niej należały.

Piekarz ze starówki powiedział jeszcze: „Widzi pani, tacy właśnie są Żydzi”.

O Irmbergach nigdy już nic nie usłyszeliśmy.


Historia Hansa Joachima Wenske

„Nasze liceum”

Powszechnie wiadomo, że znikanie pryszczy z chłopięcych twarzy oznacza nie tylko koniec okresu dojrzewania, ale także początek zainteresowania odmienną płcią, krótko mówiąc – mężczyzna staje się mężczyzną. To samo dotyczyło uczniów naszego liceum. Co prawda chodziliśmy z dziewczętami do tej samej klasy, a więc nie były one dla nas żadną nowością, ale ponieważ było ich niewiele, wybór był dosyć ograniczony. A poza tym dziewczyny z naszej klasy interesowały się najczęściej chłopcami ze starszych roczników.

Liczne niezwykle czarujące przedstawicielki słabszej płci z pabianickiego Liceum im. Królowej Jadwigi zwracały na nas uwagę, ponieważ wyróżnialiśmy się spośród masy polskich gimnazjalistów. Młodzi Polacy musieli nosić mundurki – my nosiliśmy przeważnie szyte na miarę garnitury. Jednym słowem prezentowaliśmy się znacznie lepiej.

Nawiązanie pierwszych znajomości nie stanowiło żadnego problemu. Można to było zrobić podczas przechadzki deptakiem, czyli reprezentacyjnym odcinkiem ul. Zamkowej, rozciągającym się pomiędzy cukiernią Piątkowskiego, a mniejsza, odwiedzaną licznie przez uczniów cukierenką-kawiarnią „Jaworski”, gdzie było nieco przyćmione światło i czerwone obicia z pluszu.

Codziennie od 17.00 do 19.00, a w niedzielę pomiędzy 11.00 a 13.00 (po zakończeniu mszy) ruch był niezwykle duży – chodziliśmy tam i z powrotem, grupami, dwójkami czy trójkami.

Jeśli  odkryliśmy jakiś godny zainteresowania obiekt i otrzymaliśmy obiecujący znak – gdy dziewczyna na przykład puszczała oczko – zaczynaliśmy iść za nią, by w odpowiednim momencie nawiązać rozmowę i oczarować ją. Jeśli mieliśmy szczęście, mogliśmy odprowadzić młodą damę aż do drzwi jej domu. Oczywiście zdarzały się starcia z konkurencją z polskiego gimnazjum dla chłopców, ale najczęściej wszystko dobrze się kończyło.

Największe szanse mieli oczywiście nasi championi, jak Arthur Schubert czy Kurt Hauschild biorący udział we wspólnych zawodach sportowych. Ale właściwie wszyscy – jako okazy poniekąd egzotyczne – budziliśmy znaczne zainteresowanie. Mannel cieszył się względami pięknej panny o przezwisku „Bajbus” (od Barbary), która na każdy temat pisała dowcipne i świadczące o niemałej inteligencji wierszyki. Ja zabiegałem o Danutę, której uroda idealnie nadawałaby się do reklam proszków do prania. Dla mnie była to wtedy największa piękność na świecie, no może w Polsce, albo przynajmniej w Pabianicach. Jej starsza siostra przyjaźniła się z jednym z uczniów naszego gimnazjum, a ponieważ jej rodzina mieszkała za Górką, zawsze odprowadzałem ją wieczorami, aby nic złego jej się nie przydarzyło. Przeze mnie wielu dostało kosza od Danuty.

Jeśli bywało się w domu polskiej rodziny, wszyscy mówili: „On chodzi tam, żeby się ożenić”, jeśli natomiast odprowadzało się dziewczynę tylko do drzwi, mówiono: „On z nią chodzi”.

Takie były nasze  zupełnie niewinne pierwsze miłości.

Specjalną atrakcją były zawsze bale dla uczniów liceum. Polscy gimnazjaliści byli zapraszani całymi klasami. Ci z nas, którzy przyjaźnili się z polskimi uczennicami, otrzymywali od pani dyrektor na ich prośbę imienne zaproszenie na piśmie. Nasi wspaniali sportowcy oraz Mannel, Teo i ja byliśmy stałymi gośćmi tych balów. Wiele wówczas tańczono, szczególnie modne było tango „z figurami”.

Naszym nauczycielom, przede wszystkim panu Deugscherzowi (znak firmowy – uczniowski kołnierz i sandały), nie podobały się te znajomości i często dawał nam to do  zrozumienia. Ale na szczęście interesował się raczej harcerzami czy problemami narodowymi.

Uroczystości w naszym gimnazjum odbywały się najczęściej bez udziału polskich uczennic. Tańce miały miejsce bardzo rzadko, zwykle oglądaliśmy wtedy kabaret uczniowski i dobrze się przy tym bawiliśmy.

Dniem, który przerywał monotonię codziennych spacerów deptakiem, był drugi dzień Wielkanocy – lany poniedziałek, czyli dyngus (nazwa wywodzi się prawdopodobnie od wody święconej). Uzbrojeni w  buteleczki tanich perfum – dla swojej ukochanej miałem zawsze trochę maminej wody toaletowej – wałęsaliśmy się po deptaku w poszukiwaniu atrakcyjnych ofiar, które następnie skrapialiśmy perfumami.

Nic dziwnego, że deptak, mimo że nie rosły na nim kwiaty, pachniał potem „Chwilką” lub „Dzwoneczkiem majowym”.

Zapraszanie polskich przyjaciółek do domu nie było dobrym pomysłem, ponieważ ani pani Thommen, ani moja mama nie mówiły po polsku, a rozmowa „na migi” byłaby zbyt męcząca.

I tak nasze kontakty ograniczały się do „chodzenia ze sobą” – wiosną, latem, jesienią i zimą. Tylko w czasie mrozów było nieco inaczej. Na placu Straży Pożarnej organizowano lodowisko, gdzie ślizgaliśmy się parami – była to jedyna okazja, aby w publicznym miejscu objąć swoją dziewczynę.

Ten cudowny czas dobiegł końca wraz ze zbliżaniem się matury. Sto dni przed egzaminem dojrzałości odbył się bal pożegnalny, w którym brali udział także nauczyciele- studniówka. Odtąd nosiliśmy uczniowskie czapki z wyszytą po środku srebrną cyfra 100 i czuliśmy się już w połowie jak studenci.

Dziś, po pięćdziesięciu latach, wydaje mi się, że ten okres mojego życia był niczym innym jak tylko cudownym snem, z którego wyrwały mnie zdarzenia następnych, gorzkich lat. Po tym jak wraz z innymi uczniami pabianickiego gimnazjum odwiedziłem miasto mej młodości, wróciły wspomnienia. Nawet jeśli te wspomnienia to tylko osobiste wrażenia, wiem, że podobne odczucia nie były wyłącznie moim udziałem – podobnie czuli wszyscy moi rówieśnicy.



Inżynier Mieczysław Klimek wspomina uruchomienie Państwowych Zakładów Włókienniczych „Krusche i Ender” w Pabianicach w okresie od 22 stycznia do 1 września 1945 roku:

W przeciwieństwie do miasta Łodzi, Pabianice skutkiem działań wojennych doznały ogromnych zniszczeń, szczególnie w przemyśle włókienniczym. Największa firma „Krusche i Ender” zatrudniająca w samych Pabianicach przed wojną około 1000 osób została zniszczone w około 60%. Firma „Krusche i Ender” miała zniszczone kompletnie warsztaty mechaniczne, obróbki żelaza z tzw. szkołą dla uczniów przemysłu włókienniczego, starą przędzalnię odpadków, magazyny artykułów technicznych, warsztaty mechaniczne obróbki drzewa, jak: stolarnię i ciesielnię, kompletnie spalone biuro techniczne, częściowo farbiarnia, a całkowicie laboratoria chemiczne.

Skład towarów przy farbiarni, postrzygalnię, a częściowo uszkodzono nową przędzalnię odpadków, następnie tkalnię liczącą 1 500 krosien wraz z oddziałami przygotowawczymi i pomocniczymi w stanie kompletnego zniszczenia i zdewastowania, co nie da się opisać, a co zostało utrwalone na zdjęciach fotograficznych przez nas dokonanych. Oprócz uszkodzeń z wyżej wymienionych z siłowni „Krusche i Ender” wywieźli okupanci części jednej z turbin. Skutkiem niespuszczenia wody, sieć wodna na całej przędzalni tzw. Łąki uległa częściowemu zniszczeniu, w tym samym stanie znajdował się bielnik. Jeżeli wyobrazimy sobie nadto i to, że cała sieć elektryczna, siłowa jak i świetlna, telefoniczna, sygnalizacyjna, tryskaczowa, zostały zniszczone w pewnych obiektach całkowicie, wraz z podstacjami siłowych urządzeń elektrycznych, to jest rzeczą jasną, że nie można mieć nadziei uruchomienia tych zakładów w ogóle, ponieważ samo odbudowanie sieci elektrycznej, celem doprowadzenia energii i uruchomienia tylko częściowo zniszczonych oddziałów, wymagało przynajmniej istnienia niezniszczonych warsztatów mechanicznych. Stan więc był taki, że obok nie zniszczonej Łodzi, miasto Pabianice było samo zniszczone i posiadało zniszczony przemysł, wskutek czego do dnia 22 stycznia 1945 r. było w ogóle nieoświetlone.

W dniu 22 stycznia 1945 r., ja w związku ze sprawą oświetlenia miasta po raz pierwszy wszedłem na teren fabryki „Krusche i Ender”, celem ewentualnego wykorzystania niezniszczonej turbiny, dla przywrócenia oświetlenia. Wobec tego jednak, że turbina ta mogła być uruchomiona jedynie wtedy, gdyby istniało źródło energii elektrycznej, mogące zasilić jej pompy kondensacyjne, sprawa uruchomienia turbiny okazała się tylko wtedy możliwa, gdyby takie źródło można było stworzyć w Pabianicach. Poza tym uruchomienie mogło nastąpić tylko przy podjęciu pełnej odpowiedzialności za to, ponieważ skutkiem postoju i działań wojennych, tylko dokładna obserwacja jej pracy, pozwoliłaby na ewentualne uniknięcie mogących powstać w niej zaburzeń i uszkodzeń. W pierwszym więc rzędzie należało stworzyć prymitywną elektrownię, z niej zasilać siłownię fabryki „Krusche i Ender”, a następnie wykorzystać energię wytworzona i rozprowadzić ją na obszar Pabianic.

Odszukano więc, choć nieodpowiedni, ale dający się wykorzystać, generator prądu zmiennego i wykorzystując znajdująca się w sąsiedniej farbiarni „Dobrzynce” maszynę parową, doprowadzono wytworzoną energię do siłowni fabryki „Krusche i Ender”, mimo olbrzymich trudności technicznych związanych z jednoczesnym uruchomieniem rusztów i pompy zasilającej w kotłowni oraz pompy kondensacyjnej w turbinie, do czego generator nie był przystosowany.

Pomijamy tutaj cały szereg trudności natury technicznej, dla nietechnika, zupełnie obcych i niezrozumiałych. Inicjatywę i pełną odpowiedzialność ponosiłem ja. Świadkami tej całej sprawy byli współpracujący monterzy, a mianowicie: Loga Józef, Skowroński Józef, Gmachowski Jan, Mikuta Józef, Bloch Jan i wielu innych, jak również ogół pracowników fabryki „Krusche i Ender” i całe społeczeństwo m. Pabianice, znajdujące się wówczas na jego terenie.

Szczęśliwy moment uruchomienia turbiny w fabryce „Krusche i Ender”, oświetlenia miasta stał się jednocześnie sygnałem rozpoczęcia prac zabezpieczania wszelkiego mienia państwowego na terenie zakładów, tak w postaci urządzeń technicznych zagrożonych działaniem warunków atmosferycznych, pozostałymi minami zagrażającymi życiu ludzkiemu i urządzeniom nie zniszczonym, jak i zabezpieczania bogatych składów gotowych tkanin, mogących ulec grabieży przez niewyrobione obywatelsko jednostki.

Uruchomienie fabryki „Krusche i Ender” nastąpiło dnia 24 stycznia 1945 r. i siłownia fabryki „Krusche i Ender” przez przeciąg 6 tygodni zasilała w energię elektryczną m. Pabianice i Łódzkie Elektrownie Kolei Dojazdowych, podczas  gdy niezniszczona łódzka elektrownia nie zdołała rozprowadzić swojej sieci do podstacji Pabianice.

Bezpośrednio po uruchomieniu siłowni przystąpiłem do stworzenia warsztatów mechanicznych. W przeciągu 2 miesięcy skompletowano i zmontowano z pogorzeliska wyciągnięte niezbędne obrabiarki, a mianowicie: tokarnię, frezerkę, szlifierki, wiertarki, bardzo dużą ilość narzędzi, zorganizowałem na nowo biuro techniczne, urządzono nowocześnie nową stolarnię mechaniczną i ciesielnię, korzystając częściowo z poparcia Wydziału Przemysłu Tymczasowego Zarządu m. Pabianice.

Wyciąganie spalonych maszyn i doprowadzenie ich do stanu używalności oraz organizacja według nowego planu biur technicznych nie była rzeczą łatwą. Wspominam tu tylko, dla braku miejsca, to wszystko, co musi być szczególnie podkreślone, pomijając już wcześniej wymienione urządzenia, które, samo przez się zrozumiałe, musiały być odbudowane w pierwszym rzędzie i uruchomione. Przez przeciąg 5 miesięcy przystąpiliśmy do systematycznej odbudowy oddziałów produkcyjnych.

Po dokonaniu uprzątania gruzów i zabezpieczeniu walących się murów, odbudowano całkowicie szarpalnię odpadków o kubaturze 2496 m3 i dokonano remontu wewnętrznych urządzeń mechanicznych. Zmontowano w nowej przędzalni odpadków pędnię i silnik asynchroniczny, zniszczone skutkiem działań wojennych, co pozwoliło na jej uruchomienie, a przez to możliwość zarobkowania dla 85 ludzi.

Odbudowano i uruchomiono w 50% farbiarnię, a mianowicie: skład nowy surowych tkanin o kubaturze 2600 m3 oraz sam oddział produkcyjny farbiarni o kubaturze 328 m3. Farbiarnia przez zainstalowanie na miejsce spalonej nowych silników zatrudnia obecnie 52 robotników i wykańcza 14 000 m dziennie.

Stworzono prowizoryczną na miejsce spalonej postrzygalnię, również z postrzygarkami zmontowanymi przez nowy warsztat mechaniczny. Postrzygalnia zatrudnia dziś 24 ludzi. Zabezpieczono dachem i przygotowano do produkcji jedną z najpiękniejszych drukarni tkanin w przemyśle włókienniczym. Położono 600 m2 dachu, wyremontowano 2 spalone maszyny drukarskie, odbudowano wartownię strażacką o kubaturze 200 m3 wraz z wewnętrznym urządzeniem mieszkalnym. Rzeczą najważniejszą, która dopomogła nam do osiągnięcia w miesiącu czerwcu 24,1%  wykonania planu produkcji, była praca nad uruchomieniem tkalni. Przystąpiliśmy do prac przygotowawczych nad odbudową tkalni liczącej około 1500 krosien i jej oddziałów przygotowawczych, a niezależnie od tego uruchomiliśmy około 300 krosien w wolnych od zniszczenia budynkach. Wyremontowano zniszczone 2 krochmalniki. Należy przy tym dla lepszego zorientowania się zauważyć, że spalone motory i wszelkie inne urządzenia montujemy całkowicie w naszych warsztatach.

W związku z zamówieniami na wykończenie białych tkanin wyremontowaliśmy na nowo zdewastowaną i przekształcona na fabrykę kabli telefonicznych „Siemens” apreturę, w przeciągu niemal 2 tygodni. Obecnie jest to jeden z najlepiej urządzonych oddziałów tego typu w ogóle w przemyśle bawełnianym.

W miesiącu czerwcu przędzalnie nasze nastawiliśmy na nowo na produkcję przędzy dla artykułów technicznych, a mianowicie: kordów dla fabryki opon samochodowych „Stomil”, sieci rybackich „Iwis” itp.. co stanowi wyłączną  specjalność naszych zakładów. W miesiącu wrześniu ukończymy odbudowę nowoczesnych warsztatów mechanicznych i nowocześnie urządzimy warsztaty elektryczne, a przed zimą prawdopodobnie zdołamy pokryć dachem i zabezpieczyć tkalnię o 1000 krosnach wraz z oddziałem przygotowawczym, odbudować rozdzielnię elektryczną dla niej i tym samym uratować państwu bezcenny majątek. W miesiącu listopadzie rozpoczęto prace nad przebudową naszej gazowni.  Pałace dawnych właścicieli zamieniono na świetlicę robotniczą, przedszkole dla dzieci i żłobek dla matek-robotnic. Jesteśmy obecnie w fazie szybko rozwijającej się odbudowy i wzmożenia produkcji. (Tekst pochodzi ze zbioru dokumentów źródłowych „Kształtowanie władzy ludowej w Łodzi i województwie łódzkim w 1945 r.”, 1985)

https://pl.wikipedia.org/



Jeremiasz Krzesiński w książce „Deportacje dzieci pabianickich na roboty przymusowe do Niemiec w latach 1941-1945”, 2006 wspomina warunki życia panujące w mieście podczas okupacji nazistowskiej.

Był rok 1942. Trzeci rok okupacji hitlerowskiej. Trzeci rok pozbawieni byliśmy prawa do nauki, prawa do młodzieńczej radości, prawa do wolności… Pozbawieni niemal wszystkiego, co najbliższe i najdroższe naturze ludzkiej…

Był kwiecień. W przyrodzie panowała niepodzielnie wiosna. Drzewa i krzewy stroiły się z wolna w delikatną, zielona szatę. W przydomowych ogródkach i na miniaturowych „działkach” tu i ówdzie krzątali się ludzie przygotowujący ziemię do skromnej uprawy warzyw, rzadziej owoców. Miały one stanowić cenne uzupełnienie niskokalorycznego wyżywienia i posiłków. W ogrodach słychać było śpiew i kwilenie ptaków. One jakby przypominały o wolności, swobodnie przemierzając podniebne szlaki. Bardzo lubiłem ptaki. W czasie zimy zawsze je karmiłem. Nad tym wszystkim królowało niebo czyste, błękitne.

Na ogół panowała cisza. Jedynie ulicami, mknęły samochody, ale nikt spośród licznej gromady dzieci nie zdradzał większego zainteresowania nimi. Tak się przynajmniej nam zdawało. Co najwyżej uwagę naszą zaprzątał, przejeżdżający od czasu do czasu, tuż przed naszymi domami i na ogół dość regularnie, tramwaj, z którym urządzaliśmy wyścigi.

I nic, pozornie nic nie zapowiadało nagłych, niespodziewanych zwłaszcza dla mnie i moich rówieśników, zmian. Nie spodziewaliśmy się przede wszystkim, że tego pięknego kwietniowego i tchnącego wonią kwiatów dnia nastąpi początek naszej wieloletniej tułaczki po obczyźnie, niedoli, obozów, „karniaków” czy wreszcie ciężkich, upokarzających robot przymusowych.

Mieszkałem wówczas – razem z rodzicami i młodszymi siostrami Basią i Wiesią – w Pabianicach przy ulicy Łaskiej 14 lub 16. Dokładnie nie pamiętam. Było to nasze trzecie, kolejne od 1939 r. mieszkanie. Dwukrotnie bowiem byliśmy przesiedlani przez okupanta. Do jesieni 1941 r. mieszkaliśmy przy ulicy Mielczarskiego, u zbiegu tej ulicy z ulicą Łaską (ongiś Żukowa).

Wspominam o tym szczególnie dlatego, że w domu przy ulicy Mielczarskiego 2  - chyba na pierwszym piętrze – mieszkał kierownik ówczesnego Arbeitsamtu (Urzędu Pracy), Niemiec, Trymer. Jego starsza córka Alicja była prawie naszą rówieśniczką. Tworzyła razem z nami „podwórkową” rodzinkę średniaków (pod względem wieku).

Niewiele się zmieniło, gdy nas przesiedlono na ulicę Łaską, ponieważ dom ten przylegał zachodnią ścianą do znacznie większego budynku przy ulicy Mielczarskiego 2.

Nie przypuszczałem, że z ojcem Ali Trymer spotkam się kiedykolwiek w innych, niż zawsze okolicznościach i warunkach, że nie będę mógł zwłaszcza uwierzyć, że „Herr Trymer”, o srogim i nieufnym spojrzeniu - „pan” w Arbeitsamcie, to ojciec mojej rówieśniczki, naszej koleżanki Aluńki – jak ją żartobliwie, nie bez sympatii, nazywaliśmy.

Na parterze, naprzeciwko nas mieszkała rodzina Gruszczyńskich. Sąsiedzi jakich wiele. Tyle tylko, że dość „głośni”, „krzykliwi”. Ale nie to spowodowało  by ich w tym miejscu wspominać. Poświęcam (czyż nie brzmi to zbyt humanitarnie) im cenne miejsce na tych kartkach z przyczyn diametralnie innych, mniej przyjemnych, wręcz przykrych. Otóż była to jedna z pierwszych rodzin polskich, jakie znaliśmy w naszym sąsiedztwie, która podpisała „Volkslistę”.

My, zwłaszcza siostry moje i ja, odczuwaliśmy ten „awans” Gruszczyńskich szczególnie mocno i to na co dzień. Przy każdym bezpośrednim zetknięciu się z „Gruchami” – a było ich czworo (dzieci Gruszczyńskich w dziecięcym żargonie były po prostu „gruchami”) – na podwórku, w korytarzu bądź gdziekolwiek, zawsze narażeni byliśmy na szturchańce, popychanie i różne niewybredne przezwiska. Zdarzało się, że zostaliśmy ordynarnie opluci. Najbardziej przerażały nas jednak, niezręczne początkowo, przywoływania Gruszczyńskiej (matki), formułowane w języku niemieckim. Ponadto utkwiły mi mocno w pamięci tzw. ciastka dyndające na piersiach „brzydkiej” płci Gruszczyńskich. Były to słynne Hackenkreutze, czyli swastyki. Wykonane z surowca przypominającego dzisiejszy styropian, okrągłe (swastyka umieszczona  była w obwodzie zębatego kółka) białe, na tle czarno-szarej odzieży dobrze widoczne, w sposób szczególny drażniły nasz wzrok.

Trudno po tylu latach pokusić się o jednoznaczne stwierdzenie, czy eksponowanie emblematu Herrenvolku przez Gruszczyńskich było demonstracją przynależnością do „lepszych”, chęcią „wyróżniania się” spośród sąsiadów, prowokacją wobec nas, a więc tych, z którymi do tego czasu się wychowywali i bawili, czy też wreszcie był to pozornie zwykły, w istocie samej podły i wrogi odruch naiwności?  - I nie chodzi mi oto, by w tym miejscu rozstrzygać o tym.

Podkreślam te fakty gwoli przypomnienia atmosfery, której smaku (raczej niesmaku) wówczas poznanego, nie zapomnieliśmy do dzisiaj. Podkreślam te fakty również dlatego, aby obecnemu młodemu pokoleniu przybliżyć „tamten świat” i powiedzieć, że my, dzieci i młodzież  polska, narażeni byliśmy na konfrontacje z różnymi formami i metodami systemu hitlerowskiego, ziejącego i kipiącego nienawiścią do wszystkiego co polskie. I chociaż krzywda i niesprawiedliwość były dla nas pojęciami niezbyt zrozumiałymi, czuliśmy co one znaczą, byliśmy na nie głęboko uwrażliwieni, a przede wszystkim obciążona była nasza świadomość.

Ten dzień był jak inne tej wiosny 1942 r., ciepły i słoneczny. Wstaliśmy około ósmej. Matka budziła nas właściwie po dokonaniu codziennych, najpilniejszych zakupów i przygotowaniu śniadania. Zdarzało się, że nie zawsze mogłem korzystać z przywileju moich sióstr, koleżanek i kolegów i do woli wylegiwać się w łóżku. Jako chłopiec najstarszy z rodzeństwa miałem już wówczas obowiązek wypełniania różnych  „poważnych” czynności. Ojciec mój, przed wojną pracownik Polskich Kolei Państwowych w Pabianicach, pracował w tym czasie w fabryce mebli „po Magrowiczu” (chyba byłym właścicielu fabryki), przy ulicy Zachodniej (obecnie Skłodowskiej). Niezbyt wysokie zarobki ojca nie wystarczały na pokrycie najbardziej niezbędnych potrzeb. Ciężar utrzymania rodziny, a przede wszystkim zapewnienia nam wyżywienia, odzieży i obuwia, wspólnie z ojcem podjęła moja matka. Posiadając skromne możliwości wyboru, matka wybrała handel jako źródło uzupełniania skromnego budżetu rodzinnego. Okupowana Polska handlowała zresztą z konieczności, operatywnie i namiętnie. Naturalnie nie był  to handel legalny, a ponadto spełniał wiele innych niż handlowe funkcji. Umożliwiał liczne kontakty „swoich”, był pomostem łączącym serca, ducha i umysły Polaków, był spoiwem cementującym zwartość, jeśli nie czynnego, to w każdym razie biernego oporu narodu polskiego wobec okupanta.

Przenosząc się z miejsca na miejsce, odwiedzając różne rejony powiatu łaskiego (wymagały tego zarówno „zasady” handlowe, jak i bezpieczeństwa) poznawało się coraz to nowych ludzi. Można więc było po prostu pogawędzić o kolejnym „nabiciu w butelkę szkopów kontrolujących na drogach, poplotkować i omówić najświeższe nowiny frontowe, a także dowiedzieć, co i gdzie ma najlepszy zbyt, a co nie „idzie” od ręki. Handlowano wszystkim co było dostępne i możliwe do uzyskania. Od igieł i nici poczynając, a na wódce i spirytusie kończąc. Czytelnikowi należy się jednak wyjaśnienie, że spirytus wysoko „stał” w cenie jako środek doskonale uzupełniający niedostatek leków. Poza tym spirytus był przedmiotem transferu do niezbyt odległej Generalnej Guberni, gdzie znaczne zapotrzebowanie zgłaszały również, czynne w owych czasach, liczne bary czy kawiarnie.

Mnie, jak wspomniałem, z racji płci i wieku, przypadł „poważny” obowiązek pomagania matce. Wspólnie z nią wstawałem dość wcześnie (w dniach, kiedy przypadał kolejny „obchód”), zarzucałem wypełniony do granic możliwości plecak, w rękę brałem siatkę bądź torbę z  „żelazną” porcja wyżywienia i tak jeszcze o zmroku wyruszaliśmy w drogę. A była ona dość trudna, pełna niebezpieczeństwa grożącego ze strony „Wachmanów” (policjantów-żandarmów)  różnej maści. Najtrudniejszy, ze względu na niebezpieczne kontrole, był do przejścia odcinek drogi Pabianice-Łask. Na tej trasie można było spotkać bardzo często ruchome posterunki żandarmów. Z tych względów podróżowało się różnie. 

Najczęściej jednak wędrowaliśmy pieszo, dróżkami i ścieżkami biegnącymi równolegle do szosy. Naturalną naszą ochronę stanowiły lasy, ciągnące się z małymi przerwami od znanych wszystkim pabianiczanom Gór  Dobrońskich, aż po szpital powiatowy w Łasku, wyznaczający niejako granice wschodnią tego miasta. Odległość Pabianice-Łask przebywaliśmy zwykle w czasie 4-5 godzin. Jednakże półmetek każdej niemal naszej wędrówki znajdował się za Łaskiem, w kierunku Zelowa. Okoliczne osady i wsie stanowiły  nasz „rynek zbytu” i … zakupów. Musze w tym jednak miejscu wyjaśnić, że najbardziej rozpowszechnioną formą był handel wymienny. Za ileś tam na przykład szpulek nici otrzymywało się 2-3 jajka, miarkę twarogu lub ćwiartkę (1/4 litra) oleju. Relacje (stosunek) wymiany były bardzo różne i zmienne. Najczęściej ich poziom i ilość były określone aktualnymi potrzebami stron zainteresowanych wymianą. Czas pobytu i wymiany był jednocześnie wypoczynkiem przed drogą powrotną. Zdarzało się również, że wracaliśmy następnego dnia.

Podczas jednej z wielu takich wędrówek przeżyłem straszny, bardzo ujemnie wpływający na młodzieńczą psychikę, wstrząs. Nie pamiętam, kiedy to dokładnie było. Wiem jednak, że było dość chłodno, bo jechaliśmy furmanką otuleni w koce i chustki.

Był wczesny ranek. Tuż za Chechłem (tym, gdzie obecnie znajduje się przystanek kolejowy), wśród hałasu terkocących kół – wolno odmierzającego odległości pomiędzy kolejnymi słupkami drogowymi – wozu, usłyszeliśmy nieliczne głosy, ludzi. Zaintrygowani tym nie często spotykanym zdarzeniem, nie bez strachu i obawy przed ewentualną kontrolą żandarmów, podnieśliśmy klapę brezentu, chroniącego nas przed opadami, wiatrem i zimnem. Zaskoczenie było absolutne. Po obydwu stronach, skrajem szosy wędrowali ludzie smutni, z głowami opuszczonymi w dół, jakby szukali czegoś. Wielu z nich płakało. Nie reagowali nawet na nasze zainteresowanie. Ogarnęło nas przerażenie. Wytężonym wzrokiem „szukaliśmy” odpowiedzi na nie zadane pytania: - Co się stało?  Dokąd idą? Dlaczego płaczą? Co ich „wygnało” z domostw o dość wczesnej porze? … Spoglądaliśmy wszyscy na siebie w milczeniu. Odebrało nam mowę, zapomnieliśmy języka ojczystego czy też – po prostu – strach i lęk silniejsze były w tej chwili niż świadomość, że być może niebezpieczeństwo jest bardzo blisko i należy podjąć jakieś działanie?

Twarze nasze przybrały „kamienny” wyraz, rosło przede wszystkim przerażenie chyba dlatego, że nie widzieliśmy, co działo się przed nami. Trwając w takim stanie, nieruchomi, przypominaliśmy raczej figurki zastygniętego wosku niż żywe istoty. Wreszcie mnie, jako najmłodszemu z „handlowej ekipy” wyznaczono zadanie ustalenia tego, co się faktycznie zdarzyło lub dzieje. Naturalna i zwykła, młodzieńcza ciekawość tym razem silniejsze były od strachu i lęku.   

Znajdowaliśmy się około 600-700 m od Gór Dobrońskich. Wóz, którym podróżowaliśmy, zjechał na pobocze gęsto zapełnionej ludźmi szosy. Spojrzałem w kierunku naszej jazdy. Z tego miejsca, a więc od rozpoczynającego się przed „górkami” zbocza (po lewej stronie, w odległości około 300-400 m, widać było wyraźnie budynki i komin cegielni) aż po „szczyty” Gór była wspaniała widoczność. Na całej długości szosy – najpierw spadającej w dół, a następnie wspinającej się pod górę – tłumnie kroczyli ludzie. Na dobrze widocznym „przejściu” szosy przez Góry zauważyłem kilka samochodów. Stamtąd dochodziły odgłosy pokrzykiwań  bądź komend żandarmów regulujących przypuszczalnie ruchem ludzi, napływających również z innych stron polnymi dróżkami.

„Mamo! Tam są żandarmi i samochody” – wrzasnąłem na całe gardło. – „Jedźmy szybciej, zobaczymy, co tam się dzieje” – dodałem. Matka nie zdążyła mnie jeszcze skarcić za ten niecodzienny „wyskok”. Byłem przecież i nauczony, i przyzwyczajony do ostrożności w ogóle, a w sytuacjach ewentualnego zagrożenia w szczególności. Tym razem jednak, zapewne podświadomie, złamałem regułę. Zresztą w normalnych warunkach nikt zapewne nie zwróciłby na to uwagi, ale w okolicznościach powagi i grozy moje wrzaśnięcie musiało wywołać oburzenie i tych na wozie i tych kroczących skrajem szosy.

Wóz ”toczył” się dalej i wolno na tyle, że wszyscy oprócz woźnicy zeń zeskoczyli i tak podążaliśmy obok wozu wmieszani w tłum ludzi. Nie pamiętam już dzisiaj, kto pierwszy z naszej grupy dowiedział się dokąd ci ludzie idą i w jakim celu. W pewnym momencie dotarła do nas okropna wiadomość: Wieszać będą mężczyznę, Polaka! – w naszej obecności. Za podpalenie gospodarstwa należącego do Niemca. Nie bardzo rozumieliśmy te zdawkowo rzucane suche, urywane słowa. Zdawało się nam, że każdy sobie zadaje te same pytania: Czy naprawdę? Za co? Kogo? Gdzie?

Przez kilka następnych minut milczałem podobnie jak wszyscy. Przyglądałem się wędrującym obok i za mną ludziom, oczekując bliższego wyjaśnienia tego, co się już stało i co się wkrótce stać miało. Mój rozum nie mógł ogarnąć całej grozy sytuacji. Mimo iż w moim życiu w latach okupacji „najadłem” się wiele strachu, przeżyłem wspólnie z matką niejeden dramat, widziałem na własne oczy, jak hitlerowcy rozprawiali się z Polakami, Żydami – nie mogłem uwierzyć, że  „coś takiego” się stanie, że ja wspólnie ze wszystkimi będę świadkiem publicznego stracenia człowieka i to chyba jedynie za to, że jest Polakiem. A jednak…

Zbliżaliśmy się powoli do „szczytu” Gór Dobrońskich. Tłum ludzi stawał się coraz gęstszy. Teraz już zupełnie wyraźnie słychać było komendy i pokrzykiwania żandarmów. Nasz woźnica zatrzymał konie. Na samym „szczycie” góry, na szosie i jej poboczach znajdowało się kilkanaście samochodów. Napływających ludzi kierowano w lewa stronę, na południowo-zachodnie zbocze gór. Korzystając z ogólnego – mimo asysty żandarmów- chaosu, no i oczywiście za zgodą matki, przeciskając  się wśród tłumu, pospieszyłem do przodu.

Zachodnie zbocze było dość łagodne i ze skraju szosy całkowicie widoczne. Patrzyłem, uważnie śledząc wzrokiem zwarty, w kształcie nieforemnego czworoboku, tłum ludzi. I oto nagle  spostrzegłem … szubienicę. Tak, dzisiaj wiem, ze była to szubienica, ale wówczas? Wtedy nie potrafiłem nawet wyobrazić sobie, że ten smukły, niezbyt wysoki słup, zakończony krótkim ramieniem z pętlą, stanie się narzędziem haniebnego, prowokacyjnego mordu. Jeszcze  trudniej było mi zrozumieć, ze w tych warunkach, w tej niezwykłej  scenerii i asyście tłumów ludzi, zakończy swoje życie człowiek podobny do tych wszystkich, którzy się tam – pod przymusem – znaleźli.  (…)

Oto, co pozostało mi w pamięci z tych dramatycznych i tragicznych godzin jednego z wielu podobnych dni.

W jednej z okolicznych wsi pożar strawił gospodarstwo należące do rodziny niemieckiej. Gospodarstwo to, jak wiele innych, należało pierwotnie do wysiedlonych Polaków. Niemcy uznali, że pożar był rezultatem sabotażu Polaków – odwetu za wysiedlenie. Być może, że tak było istotnie. Miejscowa i okoliczna ludność polska była jednak przekonana, że pożar był zdarzeniem losowym.

Zgodnie ze zwyczajem okupantów „musieli” oni odszukać i ukarać sprawcę pożaru. Wytypowali więc jednego z mieszkańców okolic Dobronia, Polaka, mężczyznę w wieku około czterdziestu kilku lat – jeżeli dobrze pamiętam. On „musiał” zginąć i to na oczach tłumów, wśród których byli (tak sądziliśmy) jego najbliżsi, sąsiedzi, znajomi, jego rodacy. Ta publiczna egzekucja przez powieszenie wyrażała butną dumę hitlerowskich oprawców, że oni są „panami” życia i śmierci, że każdy kto do nich nie należy i nie jest z nimi musi bezwzględnie ulec poddać się im ze ślepym posłuszeństwem.

Przeszliśmy na drugą stronę i wolno, pełni trwogi oraz wewnętrznego bólu i buntu, przeciskaliśmy się wśród ludzi wzdłuż zbocza. Chcieliśmy wprawdzie uniknąć bezpośredniej obserwacji wykonania tego haniebnego wyroku, ale z drugiej strony każdy z nas pragnął zobaczyć i pożegnać wzrokiem, myślą i duchem skazańca. Ludzie, na twarzach których rysował się obraz gniewu, oburzenia, żalu, a jednocześnie bezsilności, stali w milczeniu. Było nas tak wielu, a nikt nie był w stanie … nie mógł po prostu nic zmienić … pomóc. Świadomość bezsilności potęgował widok luf broni ręcznej i maszynowej licznych żandarmów, których tymczasem dowieziono dwoma samochodami. Za chwilę naszym oczom ukazały się dalsze samochody. Jeden z nich wjechał między szpaler ludzi, podjechał pod szubienicę tyłem i zatrzymał się w pobliżu niej. Był to samochód wojskowy, ciężarowy, kryty szczelnie brezentem. Otworzono z tyłu samochodu klapę. Wysiadło z niego kilku żandarmów z psami. Nie pamiętam, czy któryś z nich cos powiedział czy też został odczytany wyrok. Wiem jednak, że za chwilę samochód podjechał niemal dokładnie pod ramię szubienicy. Przymocowaną do tego ramienia  pętlę założono skazanemu stojącemu w owym samochodzie. I stało się coś, co trudno jest opowiedzieć.

Padła komenda. Samochód ruszył dość gwałtownie do przodu. Tym razem nie było już w nim skazanego. On pozostał w „ramionach” szubienicy, w zaciśniętej wokół szyi pętli. Miał związane ręce (założone do tyłu) i nogi. Był z gołą głową, bez obuwia, ubrany w dość schludny garnitur koloru szarego. Drgnęła szubienica. Ciało skazańca zawisło bezwładnie. Zakończyło życie jeszcze jedno istnienie ludzkie. Wszyscy zamarli. Ból ściskał gardła, brakowało tchu. Łzy, początkowo spływające leniwie po policzkach, szybko zamieniły się w pełen goryczy płacz. (…)

Dzień 12 kwietnia 1942 r. rozpoczął nowy rozdział w biografii kilkuset dziewcząt i chłopców, dzieci pabianickich. Pozornie był taki sam jak wiele innych w czasie okupacji. Ciepły jak w najbardziej gorące, upalne lato. Wymarzony dla nas, dla naszych harców, które wypełniały nam czas … ongiś czas w szkole, odrabiania lekcji.

Dochodziło południe. Jak zwykle o tej porze bywa, wpadłem do domu od progu wołając:  „Mamo! Chleba…” Matka zareagowała inaczej niż kiedykolwiek. Spojrzała na mnie, przystanęła i wpatrując się we mnie coraz bardziej milczała. Zachowanie matki, do jakiego nie byłem przyzwyczajony, wzbudziło we mnie ciekawość, no i oczywiście pewne zaniepokojenie. Ostatnio przecież nic nie zbroiłem – pomyślałem. Staliśmy naprzeciw siebie jeszcze przez chwilę, bez słów. Wreszcie nie wytrzymałem. Czy stało się coś złego? – zapytałem. Nie mogłem w dalszym ciągu pojąć, o co matce chodzi. Zresztą, gdy się ma 12, 14 czy nawet 15 lat, trudno o pełne zrozumienie trosk, zmartwień i zachowania się matki, jej milczenie podziałało na mnie bardzo niepokojąco. Przeczułem coś złego. Nie pomyliłem się … Pójdziesz chyba do pracy, Niemcy cię zabierają – tylko na pozór spokojnie powiedziała matka i jakby leniwie skinęła głową w kierunku stojącego tuż przy oknie stołu, na którym leżało pismo miejscowego Arbeitsamtu (Urzędu Pracy). Było to wezwanie do stawienia się w określonym dniu i godzinie w Urzędzie Pracy przy ulicy Fabrycznej 11 (obecnie Waryńskiego).

Trudno, bardzo trudno jest opisać bądź skomentować reakcje dwojga najbliższych sobie ludzi, matki i jej dziecka, w której dowiaduje się, ze zostaną oderwani przemocą od siebie, by się być może nigdy więcej nie zobaczyć. Jest oczywiste, ze moja interpretacja wezwania nie mogła być identyczna z odczuciem i świadomością matki. Po pierwsze dlatego, że nie mogłem w pełni zdawać sobie sprawy z grożących mi i nam konsekwencji. Po drugie, ewentualny wyjazd w świat, mimo iż to nie wycieczka, zawsze u dzieci i młodzieży wywołuje dreszczyk emocji, nadziei na przygody, wzbudza ciekawość. Jest to naturalne. Znany  do tej pory tylko z książek, lekcji geografii bądź z opowiadań starszych „fantastyczny świat” – zdawało się – stanie się rzeczywistością. Nie można się nawet dziwić, że w takiej chwili, w której każda matka przeżywa dramat, jej dziecko – mimo woli – wypełnia swój świat wyobraźni marzeniami o przygodach. Jest to niepisane prawo dzieci i młodzieży, cecha naturalna młodzieńczych umysłów, ich marzeń. Czy mogło być wówczas i czy bywa obecnie inaczej?

I chociaż dramat przeżywaliśmy oboje, nigdy nie będzie można postawić znaku równości pomiędzy dramatem dziecka a dramatem matki, która od wielu miesięcy obawiała się niebezpieczeństwa, w które równocześnie nie wierzyła. Nie wierzyła, że jest ktoś  lub coś, jakaś siła na Ziemi, która może wyrwać jej własne dziecko. Byłoby to nieludzkie, a wierzyła, że to, co nie jest ludzkie, nie jest również możliwe. Druga wojna światowa dowiodła jednak, że niemal wszystko, co nieludzkie, niemożliwe, może stać się możliwe. Taka jest siła gwałtu, przymusu terroru.

Dziś już nie pamiętam, jak dalej potoczyła się rozmowa matki ze mną. Nie pamiętam również, czy w wezwaniu określono miejsce pracy, okres jej trwania. Wydaje mi się jednak, że w pouczeniu na wezwaniu ściśle podano liczbę i rodzaj przedmiotów osobistego użytku, a także żywności, które nie tylko było można, ale należało zabrać ze sobą. Prawdopodobnie na podstawie tych wskazówek matka bezbłędnie ustaliła, że oczekuje mnie dłuższa droga i praca u Niemców, a ją rozłąka z własnym dzieckiem, pozbawienie w okrutny sposób związku najbardziej naturalnego, jakim była, jest i pozostanie, relacja matka-dziecko.

Pamiętam jak pieczołowicie, z jaka ogromna troska i poświęceniem chroniła nas przed jakimkolwiek nieszczęściem w czasie zawieruchy pamiętnych pierwszych dni września roku 1939. Niebezpieczeństwo czyhało wtedy na każdym kroku, na każdym metrze naszej, wolnej jeszcze ziemi. Bowiem mieszkaliśmy przy ulicy Wiejskiej na rubieżach południowo-zachodnich miasta, na których dochodziło do walk wręcz, nie licząc wielu faktów zbrojnej dywersji rodzimych Niemców. Dziś wiem, że zorganizowanym dywersantem był również starszy o kilka lat ode mnie Helmut Kaszte, mieszkający u zbiegu ulic Moniuszki i Wiejskiej. Zebrania, w których uczestniczył, rzekomo filatelistów, były w istocie miejscem zbiórek hitlerowskich bojówkarzy, którzy we wrześniu strzelali w plecy żołnierzy polskich wycofującej się armii.

W dniu nadejścia wezwania nie doczekał się mnie już ojciec, któremu nosiłem prawie codziennie obiady do fabryki. Nie poszła także żadna z sióstr. Widać matka pragnęła jak najszybciej osobiście przekazać ojcu tę dramatyczną dla niej decyzję okupanta, podzielić się zmartwieniem, żalem i nieszczęściem.

Po powrocie z fabryki, od ojca, matka nie była zbyt rozmowna. Zapewne przeżywała coraz silniej swój i nasz dramat. W domu panowało przygnębienie. Siostry, nie bardzo rozumiejąc, co się stało, dopytywały natarczywie, dokąd pojadę, co będę robił, kiedy wrócę, czy one też będą mogły kiedyś pojechać daleko? Nie wiem, czy matka zdolna była zaspokoić ciekawość sióstr. Potrafię jednak wyobrazić sobie, jaki straszny musiała przeżywać dramat, aby nie zdradzić całego nieszczęścia, ukryć chociaż cześć bólu serca, a jednocześnie zaspokoić niewinną ciekawość swoich dzieci. To było chyba okropne.

Stroskana ze łzami w oczach, uwijała się po mieszkaniu i przygotowywała moją wyprawę. Siostry, przyglądające się z olbrzymim zainteresowaniem przygotowaniom, co chwilę podpowiadały mi, co powinienem zabrać ze sobą, bo to i owo może mi się z ich punktu widzenia przydać.

Matka, jaby sprowokowana radami sióstr zaczęła mnie pouczać, że mam się ubierać ciepło, że w określonych sytuacjach i warunkach powinienem tak a nie inaczej postępować, robić przepierkę, aby w czystym chodzić, nie pić zimnego  i tak dalej. Po prostu regulamin, ale jakże serdecznej troski i opieki.

Było już późne popołudnie. Przez otwarte okno słychać było krzyki naszych koleżanek i kolegów. Tym razem nie było nas wśród nich. Na swój sposób rozumieliśmy zapewne, że byłoby chyba niegrzecznie opuścić mieszkanie i pozostawić matkę sam na sam z jej olbrzymim zmartwieniem. Być może w obliczu nieuniknionego rozstania się z najbliższymi nawet najlepsze zabawy i gry w gronie rówieśników straciły dla nas swoje znaczenie, przestały – przynajmniej na jakiś czas – być interesujące.

Powrót ojca z pracy także nie zmienił atmosfery ogólnego przygnębienia, jakie panowało w domu. Dramat tego pięknego, kwietniowego dnia nie był udziałem jedynie naszej rodziny. Podobne dramaty rozgrywały się w tym dniu w kilkuset innych rodzinach pabianickich.

Wezwania Arbeitsamtu otrzymało wówczas około 300-400 dzieci pabianickich, moich rówieśników, z którymi wspólnie przyszło mi wkrótce dzielić los tułaczki po obozach, nierzadko więzieniach, los ciężkiej przymusowej pracy na obczyźnie, w służbie odwiecznych wrogów, z dala od domu, od najbliższych.

Tego dnia jeszcze przed wieczorem odwiedzili nas znajomi  rodziców. Przyjęliśmy ich z całkowitym spokojem, pełni rezygnacji. Nawet nie byli zaskoczeni niezwykłością naszego nastroju. Byli to naprawdę ludzie zacni. Mieli dobre serca, byli przyzwoitymi Polakami i postawa ich wobec okupantów była zawsze bez zarzutu, co nie było – nie tylko dla nas – bez znaczenia. Od nich dowiedzieliśmy się, ze wiele innych dzieci otrzymało podobne wezwania do zgłoszenia się w Arbeitsamcie w tym samym co ja dniu.

Wiadomość ta ożywiła nieco rodziców, łagodząc jakby zmartwienie i żal. Mnie dręczyła teraz już tylko jedna myśl: czy będą koledzy z lat szkolnych, ilu ich będzie? Wierzyłem, że nie będę sam, będziemy trzymać się razem, gromadą, koniecznie razem. Mój Boże! Razem! … Czyż nie brzmią dzisiaj śmiesznie te naturalne, młodzieńcze marzenia i wyobrażenia? Być może. Ale wtedy? Wówczas było to jedno z najgorętszych pragnień. Czas leciał teraz błyskawicznie. Każda minuta, każda chwila zbliżały czas pożegnań, czas rozstania. Może na zawsze? Bowiem bywało, ze zawierucha wojenna zbliżała ludzi pokrewnych, bliskich sobie losem, duchem, walką, ale równie często odrywała ich od siebie. Odrywała jednego od drugiego, by ich nigdy więcej nie połączyć.

My, dzieci z Pabianic i okolic, byliśmy bezsilni i bezradni wobec przymusowego naboru i obowiązku stawienia się w Arbeitsamcie.

Ten wiosenny, kwietniowy dzień roku 1942 był pozornie taki sam lub podobny do wielu innych. Jednakże dla wielu spośród nas – wezwanych przez Arbeitsamt – i naszych rodzin, był dniem szczególnym, nieszczęśliwym. Dotychczasowa groźba oderwania nas przemocą od najbliższych stawała się faktem. Nadszedł dzień pożegnań, rozterki, dramatów, płaczu i łez – dzień rozstania.

Prawie nigdy dotąd niezauważane godziny mijały szybko, jedna po drugiej. Nie chcąc sprawiać przykrości matce, nie przypominałem wcale o tym, że niewiele już pozostało czasu. Z ojcem pożegnałem się dość wcześnie rano. Prawie nic nie mówił. Zresztą z natury był małomówny. Półzdaniami, wolno, jakby cedząc słowa przez zęby, starał się przypomnieć mi nauki matki. Krzątając się po kuchni nie spuszczał ze mnie oka. Chwilami przystawał, wpatrywał mi się w oczy, by znowu, na krótko zająć się przygotowywaniem drugiego śniadania. Do pracy. Siostry, niezbyt rozumiejąc ból i rozpacz, żal i tragedię rodziców, przyglądały się wszystkiemu z dziecięcą niewinnością, od czasu do czasu tylko „informując” mnie o tym, co mama na drogę pakuje.

Obserwowałem twarz ojca. Drobna, szczupła, trochę trójkątna, zmieniała się ustawicznie. Wydawał mi się ważny tak samo, jak ja  jemu. Przystawałem w miejscu, usiłując cokolwiek powiedzieć. Nie wiem, czy nie potrafiłem czy nie mogłem, ale wiedziałem, że ojciec rozumie mnie na pewno lepiej, niż przypuszczałem.

Gotowy do wyjścia z domu, zbliżył się do mnie, przez chwilę przyglądał  i wreszcie zaczął mówić. Krew uderzyła mi do głowy, serce przyspieszyło rytm. Ojciec mówił pozornie dość spokojnie, cichym, monotonnym głosem, ale każde jego słowo zdradzało olbrzymi ból. Bardzo tkliwym gestem, najpierw gładząc moją głowę, przytulił mnie do siebie. Stałem, drżąc ze wzruszenia. – Uważaj na siebie, pilnuj się, bądź posłuszny, pamiętaj o wszystkim, co ci mamusia powiedziała – powtarzał z małymi przerwami. – Wojna się skończy, wrócisz do domu i będziesz znowu i na zawsze razem z nami – napawał mnie nadzieją. – Wrócę! Na pewno wrócę, tato – odpowiedziałem.

Uściskaliśmy i ucałowaliśmy się, jak rzadko kiedy. Były to niemal ostatnie nasze słowa. Jeszcze ciche, głębokie westchnienia, jeszcze  jedno spojrzenie. – Do widzenia synku. – Do widzenia tato. Ojciec odszedł pospiesznie, bo i godzina rozpoczęcia pracy była nieubłagana.

Wśród ciszy i milczenia, jakie zapanowało w mieszkaniu po wyjściu ojca, słychać było jeszcze tłumiony płacz matki. Ona przeżywała dramat, narastający z minuty na minutę. Nawet aktywność sióstr osłabła. Jedynie młodsza – Wiesia – usiłowała uspokoić matkę, powtarzając jak zegarynka: - mamo, nie płacz! Dlaczego płaczesz? Nie płacz, bo ja się boję. – Boże co za dzień – westchnęła matka. Włosy miała w porannym nieładzie, twarz prawie jak spuchnięta, oczy przekrwione, bardzo smutne.

Nie wiedziałem, co miałem powiedzieć, jak pocieszyć zapłakaną i nieszczęśliwą matkę? Przyznać muszę, że właściwie w takiej chwili bardzo trudno jest powiedzieć cokolwiek. Rozmyślałem o wszystkim, oczywiście na miarę moich umysłowych możliwości, ale prawie nic nie potrafiłem powiedzieć. Niepokój wzrastał, a ja wciąż milczałem, mimo że najgoręcej pragnąłem okazać matce nadmiar swoich dziecięcych uczuć.

Usiedliśmy do śniadania, może do ostatniego w domu rodzinnym. Matka wyszła do pokoju. Zapewne, pogrążona w rozpaczy, siedziała bezradna. Nie chciała abyśmy byli tego świadkami.

Wiadomości o podobnym do mojego losie moich rówieśników, jakie dotarły do nas dnia poprzedniego, budziły iskierkę nadziei, że nie będę całkowicie osamotniony. Poczucie wspólnoty zawsze dodaje nieco sił. Razem, w grupie, jakoś raźniej, bezpieczniej. A rodzice? Dławiło mnie w gardle. Wszedłem do pokoju, w którym była matka. Możliwie spokojnie i łagodnie powiedziałem, że za chwilę musimy wyjść. – Ubierz się, tam na krześle leży wszystko przygotowane. Ubierałem się dość pospiesznie i, być może, w zachowaniu moim trudno było dostrzec strach, że mogę tu więcej nie powrócić. Teraz, w tych ostatnich minutach przed opuszczeniem rodziców, sióstr i domu, bardziej niż kiedykolwiek zacząłem rozumieć, co znaczy przymusowe rozstanie z domem.

Krótką drogę z domu na ulicę Fabryczną odbyliśmy z matką pieszo. Siostry zostały w domu. Matka obawiała się, aby przypadkowo losu mego nie podzieliła  starsza z nich, Barbara. Na Fabrycznej było tłoczno. To matki, ojcowie a może i całe rodziny – towarzysze ostatniej drogi ich córek i synów, sióstr i braci. Panował ogólny chaos i zamęt. Wszyscy cisnęli się jak najbliżej budynku zamienionego na „Urząd Pracy”. – Mój Boże! Dzisiaj wiemy bardziej dokładnie niż wówczas, co to był za Urząd Pracy, jakie spełniał funkcje i co było jego celem.

Niedoskonała pamięć ludzka uniemożliwia dzisiaj odtworzyć dokładnie przebieg mojego pożegnania z matką na ulicy Fabrycznej, tuż przed wejściem do Arbeitsamtu. Ogólne zamieszanie, tłumy ludzi, wzajemne nawoływania, płacz, słowa pocieszenia, nadziei, rady i wskazówki, nie sprzyjały skupieniu uwagi wyłącznie na sobie i najbliższych. Stąd brak w pamięci wielu szczegółów. Pamiętam jednak, że przed Arbeitsamtem urzędowali Niemcy. Oni to popędzali nas wszystkich do zgłoszenia się do budynku „Urzędu”. Każdy z powołanych odwlekał ostatnie pożegnanie, każdy pragnął jeszcze przez chwilę, przez moment być wśród swoich, z najbliższymi, cieszyć się wolnością.

Prawo, a raczej bezprawie przymusu było jednak bezwzględne i okrutne. Wszyscy byliśmy w tej ostatniej godzinie jednakowi, zachowywaliśmy się tak samo i z góry można było zorientować się, że każdy odczuwał podobny ból, przeżywał taki sam dramat. Nieszczęście nasze, nieszczęście najbliższych przerodziło się w silne poczucie naszej jedności, chociaż zapewne niewielu z nas potrafiło uświadomić sobie ten fakt. Już tylko sekundy i … metry dzieliły nas od tamtego, nieznanego, zamkniętego w murach Arbeitsamtu, świata. Ostatnie spojrzenia, uściski drżących rąk matek, pocałunki i … pochłonęły nas mury. Przekroczyliśmy pierwszą w naszym życiu, straszną granicę, którą przejść wolno było tylko w jednym kierunku. Po jej drugiej stronie, tuż za drzwiami, za bramą, za oknami, zostali moi i nasi najukochańsi. (…)

Od chwili przekroczenia bramy „nowego świata” prawie wszystko odbywało się w pospiechu. Popędzani przez żandarmów, biegiem ustawialiśmy się w szeregach. Sprawdzano listę obecności, konfrontowano nasze karty rejestracyjne z kartoteką, zdejmowano odciski palców.

W pewnej chwili zobaczyliśmy jednego z chłopców przypartego do muru – z przerażonym wzrokiem wlepionym w stojącego naprzeciw żandarma, jakby chciał spytać o co chodzi. Nie rozumiał. Niemiec wrzeszczał: - Mὔtze ab! Verstehst du, oder nicht? Potężna ręka Niemca uderzyła go w twarz. Czapka spadła mu z głowy. Podnieśli ją inni – jego i nasi koledzy. Jak wrośnięci w ziemię, staliśmy nieruchomi w szereg. Milczeliśmy. Byliśmy tak samo bezbronni jak on.

Taki był początek nowego świata, w którym mieliśmy żyć. Twarze nasze pobladły. Ogarnął nas strach. Przeraźliwa bojaźń, a co najbardziej przykre, pozbawieni zostaliśmy własnej osobowości. Ubezwłasnowolnieni przemocą rozjątrzonych jak zwierzęta żandarmów, staliśmy się po prostu przedmiotami. Ci, od których zawsze mogliśmy oczekiwać pomocy, obrony, teraz pozostali bez nas, sami i bezsilni, podobnie jak my. Ich miejsce zajmą inni, znajomi i nieznajomi rówieśnicy. (…) pierwszymi, których poznałem na dziedzińcu Arbeitsamtu byli: Leszek Ciesielski, Lidia Linkówna, Władysław Olejniczak i Halina Bednarkówna. Z nimi spotykać się będę w obozie w Łodzi, w Berlinie i wielu innych miejscowościach Rzeszy. Obserwując z uwagą naszych „opiekunów”, przypomniałem sobie, że tutaj pracuje nasz „bliski” sąsiad, ojciec naszej koleżanki Aluńki, Niemiec, Trymer.

Czas naglił, co chwilę słychać było: Ruhig! Weg, los, schnell! Alle kommen mit! Popędzani, pospiesznie I posłusznie tworzyliśmy kolejkę do gmachu administracyjnego. Tam spotkałem się oko w oko z kierownikiem Arbeitsamtu – Trymerem. Poznał mnie. Wyraźnie to odczułem. Udawał jednak, że patrzy i nie widzi. Przenikliwym wzrokiem – przyglądał się naszym twarzom. Wtłoczony przez innych, znalazłem się w jednym z pomieszczeń na pierwszym piętrze, skąd widać było tłum ciągle jeszcze wyczekujących naszych najbliższych. Wspiąłem się na palcach w nadziei, że zobaczę moją matkę. Niestety! W oknach domu po drugiej stronie ulicy również stali ludzie. Oni zapewne także pragnęli chociaż na chwilę, na moment zobaczyć swoje córki, synów. Sprawdzanie kart rejestracyjnych, kartoteki, zdejmowanie odcisków palców dobiegało końca. Skądś dowiedzieliśmy się, że pojedziemy do Łodzi. Bliższych szczegółów nie znaliśmy. W celu zobrazowania  sytuacji, okoliczności i warunków, w jakich odbyło się nasze pierwsze, wstępne zgrupowanie w Arbeitsamt, przytaczam wypowiedzi  kolegów i koleżanek .

Henryk Kostera, ur. w 1928 r. pisze: Był kwiecień 1942 r. Do dziś pamiętam, miałem 14 lat, gdy dostałem wezwanie by stawić się  na ulicę Fabryczna do Arbeitsamtu. Stamtąd, około południa wywieziono nas tramwajem do Łodzi na ul. Kopernika, gdzie przebywaliśmy kilka dni.

Leszek Ciesielski, ur. w 1928 r., podaje: rejestracja młodocianych odbywała się po ukończeniu 14 lat, a tyleż ukończyłem. Na podstawie wezwania zmuszony byłem zgłosić się do ówczesnego Arbeitsamtu w styczniu 1942 r., gdzie wydano mi kartę rejestracyjną, na podstawie której co 3 miesiące musiałem zgłaszać się do tzw. stempla. W dniu 20 kwietnia 1942 r. w urodziny A. Hitlera zgłosiłem się na wezwanie na ul. Fabryczną 11. Brama budynku została zamknięta  i obsadzona przez żandarmów i tajniaków. Rodzina moja nie przeczuwała, że stanie się „to” akurat w tym dniu. Liczyli, że po podstemplowaniu karty, zwolnią mnie. Niestety było inaczej. Z pracowników Arbeitsamtu znany mi był sprawca wywozu tysięcy pabianiczan, szef Trymer, jego zastępca Trympold, członek policji kryminalnej urzędujący w Arbeitsamcie Wildman, oraz goniec małego wzrostu o nazwisku Reich. Transportowano nas jak zbrodniarzy, obstawiono kordonem żandarmów i Niemców w cywilu. Do tramwaju popychano, ponaglano. Zawieźli nas do fabryki, po prawej stronie ulicy…

Lidia Holweg (Linkówna), ur. w 1927 r., wspomina: W 1942 r. zarejestrowałam się w Arbeitsamcie w celu uzyskania pracy. W pamięci utkwił mi fakt, kiedy przed wyjazdem do Łodzi zostaliśmy ostemplowani jak zwierzęta na przegubie lewej ręki stemplami zawierającymi numery, które nie dały się zmyć. Transport do Łodzi odbył się wagonami tramwajowymi. Przy ogólnym płaczu i krzyku zarówno dzieci wywożonych jak i ich rodzin.

Jerzy Adamus, ur. w 1927 r., pisze: W dniu 22 kwietnia 1942 r. nakazano mi zgłosić się na ul. Fabryczną w Pabianicach, gdzie zebrano dużo młodzieży mojego rocznika. Stamtąd wywieziono nas tego samego dnia tramwajem do Łodzi na ul. Kopernika do hali fabrycznej. (…)

W drodze z Łodzi do Berlina

Na horyzoncie rysowały się kontury znanego i bliskiego każdemu z nas miasta. Zwłaszcza  charakterystyczne dla Pabianic były strzeliste wieże kościoła na Nowym Mieście oraz dymiące kominy fabryki Krusche-Ender. W przedziałach i na korytarzach wagonu zawrzało. Każdy żywił iskierkę nadziei, że być może kogoś bliskiego zobaczy, pozdrowi, że może stanie się jakiś cud… i zmieni się rzeczywistość. W miarę zbliżania się do granic miasta wszystko i wszyscy, którzy w nim pozostali, całe miasto wydawało się bardziej znajome, bliższe. Te żywe i jakże złudne dziecięce nadzieje, przywróciły niestety na krótko utracony w obozie łódzkim sens dzieciństwa.  Cieszyliśmy się ogromnie, naprawdę jak dzieci. Byliśmy zresztą nimi, mimo przeżytych z górą 12-15 lat. Zbliżaliśmy się do pabianickich młynów, przy obecnej ulicy Partyzanckiej. Pamiętałem ich groźny pożar. Było to chyba w 1936 r. W tym miejscu, obok młynów, tory przebiegają najbliżej miasta. Straszne to uczucie. Tak blisko, tuż, tuż, a równocześnie tak daleko. Pociąg zwolnił. – Może się zatrzyma! – wrzasnął ktoś radośnie. Przejazd, ekspedycja towarowa, na której widniał wielki biały napis: Pabjanice (taka była pisownia). Napis ten rozmieszczony na trzech segmentach rozdzielnie odczytywałem jak: Pab, jan, ice. Stacja. Jeszcze kilkanaście dni temu stąd, z postoju dorożek (tak, tak  dorożek) kursujących do Łasku, rozpoczynałem z matką nasze wędrówki handlowe. Mignął przed oczami budynek stacyjny. Dla naszego pociągu – niestety – nie przewidziano w rozkładzie jazdy postoju. Nie zatrzymał się. Minęliśmy kolejny przejazd (tzw. zachodni, od strony Łasku) i oto stała się rzecz chyba najmniej przez wszystkich, oczekiwana. Po chwili rozegrał się kolejny akt naszego dramatu. Na wysokości semafora wjazdu  z kierunku zachodniego, za szybami okien wagonów migały sylwetki skaczących z pociągu chłopców. Nieprawdopodobne, a jednak prawdziwe. Zaryzykowali. Stanęli w zawody z jedyną i ostatnią szansą uratowania się przed wygnaniem. Trudno po tylu latach, dokładnie odtworzyć przebieg naszej pierwszej reakcji na widok skaczących i koziołkujących po względnie łagodnym zboczu nasypu, dzieci. Doznaliśmy jednak uczuć mieszanych, podziwu i przerażenia, nadziei i zwątpienia. Skok z pociągu pędzącego z prędkością co najmniej sprintera rekordzisty, to przecież poza odwagą, także odruch niesamowitej, desperackiej wprost samoobrony, walki o ocalenie za wszelka cenę. Po drugie, skok w tych warunkach to również wielkie ryzyko trwałego kalectwa czy śmierci. Skonsternowani, pełni trwogi i ich losy, niemal zaniemówiliśmy. Spoglądaliśmy to na nich, to na siebie. Każdego nurtowało pytanie: kto wyskoczył, jakim sposobem, jak się wydostali z zamkniętych przecież – jeszcze w Łodzi – wagonów? Nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedzi w naszym najbliższym gronie.

Niektórzy moi respondenci, wówczas współpasażerowie i świadkowie tych wydarzeń tak wspominają ich przebieg:

Irena Fuks: Pamiętam, jak przejeżdżaliśmy przez Pabianice, to kilka osób wyskoczyło z pociągu.

Henryk Kostera: Pamiętam również, jak podczas zatrzymywania się pociągu w okolicach Pabianic, kilku zbiegło z naszego transportu.

Lidia Holweg: Podczas przejazdu przez Pabianice pociąg zwolnił swój bieg, co umożliwiło niektórym ucieczkę. Z naszego przedziału  chciała również wyskoczyć nasza koleżanka Zofia Czekalska, lecz w trosce o jej życie nie dopuściliśmy do skoku i musiała jechać razem z nami do swojego przeznaczenia.

Karol Eppel: Podczas podróży do Niemiec, kiedy wieziono nas z Łodzi do Berlina, za Pabianicami, pod Łaskiem, kilkoro dzieci wyskoczyło z pociągu.

Jerzy Adamus: Po drodze, w okolicach Pabianic wyskoczył z pociągu mój kolega Henryk Ignaczak, mieszkający obecnie w Pabianicach przy ulicy Konstantynowskiej.

Dalszych losów bohaterskich uciekinierów nie udało mi się ustalić. Faktem jest, że podejmując tak wielkie ryzyko wyrwali się, niemal dosłownie, z rąk okupanta – konwojentów transportu, i pozostali w rodzinnym mieście. (…)



Wspomnienia  pabianiczan z czasów stalinowskich znajdują się w książce Romana Peski „O śmierci myślałem jak o … zbawieniu”, 1997

Dla władzy ludowej wrogiem był każdy, kto w jakikolwiek sposób sprzeciwiał się nowemu porządkowi. (…) Przeprowadziłem dziesiątki rozmów z ludźmi, którzy z różnych „mniejszych powodów” wpadli w sieci ubecji. Ich wyznania są kolejnym świadectwem okrutnego bezprawia.

W pracy, przy maszynie, powiedziałem do zaufanego kolegi, że Stalin to taki sam drań jak Hitler, a może jeszcze gorszy. Szpicel, których nie brakowało, musiał donieść gdzie trzeba. Przyszli po mnie rano ok. 4-5, założyli kajdanki i poprowadzili jak złoczyńcę. Najpierw zamknęli mnie w pomieszczeniu zupełnie ciemnym i zimnym, bez picia i jedzenia, z cuchnącym straszliwie wiadrem. Trzymali tak cały dzień i noc. Następnego dnia zaprowadzili na pierwsze piętro. Czekał tu na mnie ubek o nazwisku Studziński, znany pabianicki oprawca. Powiedziałem jak było. Zaprowadził mnie do innego pomieszczenia. Na ścianie wisiał duży portret Stalina a pod nim drobno pokruszony kamień bazaltowy. Kazał mi uklęknąć na tym gruzie, przeżegnać się i modlić do Stalina, prosić o łaskę darowania mych win. Zamknął drzwi i wyszedł. Oczekiwałem jakiś czas i wstałem, bo nie szło wytrzymać na klęczkach. Ledwie to zrobiłem, wpadł Studziński z knutem w ręku i zaczął mnie okładać. Powtarzało się to ze 4-5 razy. Kolana miałem całe we krwi, jedna wielka rana. Pod koniec dnia, wieczorem wypuścili mnie, a na zakończenie Studziński powiedział: „Zapamiętaj sobie, że Stalin to nasz bóg, a będzie i twoim. Jeszcze raz, a pójdziesz do robaszków.”

***

W czasie kampanii wyborczej do Sejmu w styczniu 1947 roku jako młodzieniec, razem z innymi kolegami rozdawaliśmy ulotki nawołujące do oddawanie głosu na Stanisława Mikołajczyka tj. PSL. Chodziłem po Zamkowej i rozdawałem ulotki. Gdy skręciłem w bramę, szukając wc, pojawiło się nagle trzech drabów, którzy wyrwali mi ulotki i zaczęli bić pięściami, kopać, a jeden miał  łańcuch, którym mnie uderzył. Zakatowaliby mnie, gdyby nie kobieta, mieszkanka tego domu. Narobiłem takiego wrzasku, że musieli wiać i to mnie uratowało.

***

Rozklejałem plakaty wyborcze PSL. Nikt mi w tym nie przeszkadzał. Ale wieczorem przyszedł do mojego mieszkania jakiś nieznany człowiek i powiedział, że jest z UB, i że mam z nim pójść do urzędu na rozmowę. „Rozmowa” była krótka i sprowadziła się wyłącznie do bicia gumowymi knutami. Wrzucono mnie do ciemnego pomieszczenia, gdzie przesiedziałem do wczesnego rana. Ubek, który mnie wyprowadził powiedział: „Uważaj, to tylko zaliczka”

***

Prowadziłem taki ”wędrujący handel” , chodząc po wsiach, sprzedawałem nici, igły, sznurowadła, grzebienie, lusterka i takie różne duperele. Ludzie mnie znali. Czasem gdzieś się posiedziało i pogadało. Mówiło się o różnych sprawach, również o polityce. Ktoś doniósł, że uprawiam agitację pro PSL-owską. Wezwali mnie na UB i przesłuchiwali. Spisali protokół, którego nie chciałem podpisać. Dostałem kilka ciosów w twarz, wybili mi dwa żeby. Podpisałem i puścili mnie. Za kilka dni otrzymałem nakaz skarbowy na tzw. domiar podatkowy, opiewający na sumę 50 tys. złotych z zamianą, bodajże na rok więzienia. Wysprzedałem się ze wszystkiego, zapożyczyłem i zapłaciłem! Zostałem nędzarzem!

***

W moim domu panował kult Marszałka Józefa Piłsudskiego w związku z tym na honorowym miejscu stała statuetka Marszałka. Nigdy jej nie chowaliśmy, nawet w czasach okupacji niemieckiej. Kiedyś „za dobrych czasów władzy ludowej”, zepsuł się piec węglowy. Zwróciłem się do dwóch  kominiarzy by sprawdzili co jest przyczyną, że nie chce się palic. Zauważyli statuetkę Marszałka, a nawet ją podziwiali. Ponieważ byli młodzi, zacząłem im mówić o Marszałku. Mówiłem im chyba z godzinę jak Marszałek pogonił bolszewików w 1920 roku. Nawet mi podziękowali bo o Marszałku nic nie wiedzieli. Wieczorem przyszło dwóch „panów” i powiedzieli, że są z UB i muszą zabrać statuetkę Marszałka. Gdy ją zasłoniłem swoim ciałem, odepchnęli mnie tak silnie, że się przewróciłem i mocno uderzyłem nosem o coś twardego . Zacząłem krwawić. Gdy wstałem oprawców już nie było. Zniknęła również statuetka!

***

Po kraju i po Pabianicach w latach 1946-47 krążyły różne dowcipy, wiersze, kawały, szydzące z komunistów. Jedną zwrotkę takiego wiersza pamiętam do dziś: A towarzysz Stalin wielkoduszny pan/Można go przyłożyć do wszystkich ran/Odebrał nam Wilno, odebrał nam Lwów/Lecz dał nam Bieruta, mędrca, szkoda słów…

Czasem powtarzałem te wiersze, szczególnie na różnych towarzyskich spotkaniach wśród ludzi mi znanych, ale byli i tacy których nie znałem. Dostałem za swoje. Najpierw otrzymałem wezwanie do stawienia się w UB. Nie domyślałem się, że chodzi o wierszyki. Ubek, który prowadził ze mną rozmowę, od razu powiedział bym mu coś wesołego zacytował. A że znam sporo różnych „kawałów”, powiedziałem kilka. Oczywiście takie o „d…. Marynie”. Ubek się uśmiał i był bardzo rozbawiony. Do pewnego momentu. Wstał, stanął za moimi plecami, poczułem zapach alkoholu … „A teraz braciszku” – powiedział – „Powiesz mi wierszyk o Stalinie i Bierucie!”. Gdy odpowiedziałem, że takiego nie znam, podciął  taboret na którym siedziałem. Upadłem, otrzymując kilka ciosów zadanych nogą. Wyszedł, wrócił z  książką w ręku i powiedział: „Na stronie 4 i 5 jest wiersz – jeśli dobrze pamiętam – Józef Stalin ”Słońce świata” i nauczysz się go na pamięć, sprawdzimy i wtedy cię wypuścimy. Uczyłem się go dwa dni i jedną noc. Nic mi tak trudno nie szło, jak nauka tego wiersza. Przed wypuszczeniem na wolność, musiałem podpisać deklarację, że na każdym towarzyskim czy rodzinnym spotkaniu będę recytować wyłącznie wiersz, którego nauczyłem się na UB. By uniknąć wykonania tego haniebnego zobowiązania, do końca lat pięćdziesiątych nie chodziłem na żadne przyjęcia, w których uczestniczyli obcy mi ludzie.

***

Do 1951 r. prowadziłem własne małe przedsiębiorstwo, w którym oficjalnie zatrudniałem dwóch ludzi. Byłem całkowicie niezależny materialnie, powodziło mi się dobrze. Pomagałem jak mogłem. Podatki płaciłem i to wysokie, nigdy nie miałem żadnych kłopotów z urzędami i urzędnikami.

Problemy zaczęły się, gdy kiedyś z litości, by pomóc, zatrudniałem przez pewien czas sąsiadkę, żonę alkoholika z dwójką dzieci. Praca jej polegała na powtórnym przewijaniu szpul nici, uprzednio uszkodzonych. Była to praca sporadyczna, wykonywana w jej mieszkaniu, po sąsiedzku. Ktoś doniósł władzy. Zaczęło do mnie przychodzić dwóch tajniaków, wypytywać i wypowiadać  wiele mówiące  zdania. Któregoś dnia wręcz powiedzieli, że zatrudniam nielegalnie ludzi, a to może kosztować „ładnym” domiarem. Przyłazili do mnie dwa, trzy razy ciągu tygodnia, żądając wódki, libacji, a potem pieniędzy. Dawałem pieniądze chcąc uniknąć ich pobytu w  domu. Trwało to około dwóch lat. W końcu gdy odmówiłem płacenia „myta”, przyszli późnym wieczorem i powiedzieli, że mogą ze mną skończyć tak, że śladu nie będzie. Grozili pistoletem, a nawet podpaleniem domu. Szantażowany byłem tak przez kilka lat. Trwało to do 1963 r. mimo, że już wtedy nie prowadziłem żadnej działalności gospodarczej. Potem zniknęli i nigdy ich więcej nie widziałem, nawet na ulicy.

***

Miałam brata w Anglii, z którym utrzymywałam normalną korespondencję. Brat był oficerem WP i służył w II Korpusie gen. Władysława Andersa. Walczył o Monte Cassino. Przysyłał również paczki, przeważnie z żywnością i odzieżą. Każda paczka była ograbiana. Nieraz znikała połowa zawartości albo podmieniano rzeczy. Listy przychodziły z wielotygodniowym opóźnieniem. W listach pisaliśmy o naszej polskiej rzeczywistości, nie unikając żadnych spraw. Domyślałam się, że listy są kontrolowane, ale nie zmieniałam swoich przekonań i myśli wyrażanych w listach.

W połowie 1946 r. zostałam wezwana do UB w Pabianicach. Postawiono mi zarzut współpracy z wywiadem angielskim. Jako dowody rzeczowe przedstawiono mi wyciągi z moich listów pisanych do brata. Zostałam aresztowana. Trzymano mnie przez trzy miesiące w warunkach, o których wolałabym nie wspominać. Nie obyło się bez bicia.

Podczas mojego pobytu w areszcie plądrowano mieszkanie. Wiele cennych przedmiotów ze złota i kryształu, cenne pamiątki rodzinne, zniknęły bez śladu. Wypuszczono mnie po trzech miesiącach, bez słowa i bez wytoczenia sprawy. Szef UB Baśko powiedział tylko, ze przecież nic się nie stało! Powinnam być zadowolona, że skończyło się tylko tak jak się skończyło. Powiedział również, ze jeśli chcę to mogę napisać na niego skargę, która i tak przejdzie drogę służbową, najpierw przez niego, a potem … do kosza! Byłam zmaltretowana i bezradna. Bałam się!

***

Ojciec mój poległ na Kresach Wschodnich w wojnie z Sowietami w 1939 r. Pozostawił po sobie wielki zbiór książek, albumów, gazet, czasopism, broszur, fotografii dotyczących najazdu sowieckiego na Polskę w 1920 r. Na podstawie tych materiałów można było napisać książkę.

„Ktoś dobry” przysłużył mi się. Późnym wieczorem listopadowym 1949 r. przyjechało trzech funkcjonariuszy UB w Pabianicach. Cały zbiór kazali zanieść do piwnicy, gdzie był piec centralnego ogrzewania, a następnie zmuszali mnie do wrzucania tych książek do pieca. Gdy odmówiłem, skatowali mnie do utraty przytomności.

Po odzyskaniu przytomności nikogo już nie było. Nie było również książek. Zauważyłem, że piec syczy jak nigdy. Temperatura wody w piecu przekraczała dopuszczalną granicę i groził wybuch. To ojcowskie bibeloty płonęły ogniem, którego nie zapomnę do końca mych dni.

Napisałem skargę do Bieruta. Nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Być może odpowiedzią było zmasakrowanie mojego psa.

***

Kiedyś podczas kontroli przy wyjściu z fabryki, portierka znalazła w mojej teczce kilka szpulek nici do szycia. Musieli mi podrzucić. O niczym nie wiedziałem. Nigdy niczego nie ukradłem i nigdy nie byłem karany. Było to ogólne zaskoczenie, nie tylko dla mnie. Pracowałem tu 15 lat bez najmniejszej uwagi ze strony majstra niemieckiego i polskiego, nie mówiąc już o dyrekcji. Mimo to zrobiono ze mnie złodzieja.

Najpierw sprawę prowadziła milicja, potem UB w Pabianicach. Na pierwszym przesłuchaniu w UB roztoczono przede mną wizję tego co mnie czeka, gdy sprawa pójdzie do sądu. Będę „spalony” na całe życie. Przeprowadzono rewizję całego mieszkania, pralni, komórek, bo jak mówili … po nitce do kłębka. Nic nie znaleźli. Dalej męczyli mnie przesłuchaniami aż do znudzenia. Któregoś dnia wreszcie powiedzieli jasno o co chodzi. Zapomną o wszystkim jeśli podpiszę zgodę na wszystko co dotyczy  jednego z moich współpracowników, byłego akowca.  Nie zgodziłem się na to i kategorycznie odmówiłem. Pobito mnie i po trzech dniach wyrzucono za drzwi UB. W domu czekało na mnie dyscyplinarne zwolnienie z pracy ze skutkiem natychmiastowym oraz „wilczy bilet”, który wędrował za mną przez kilka lat. Wtedy byłem złodziejem, mimo, że  nikomu nic nie ukradłem. Widzę czasem na mieście tego bydlaka jak spaceruje. Morda nie ta sama, ale wiem, że to on. On też wie kim ja jestem. Zawsze, gdy mnie zauważy, to wykręca łeb we wszystkie strony, byle nie spojrzeć na mnie.

***

Byłam nauczycielką historii w szkole średniej. Prowadziłam zajęcia po swojemu, w sposób jakiego nauczyłam się przed wojną. Po prostu mówiłam prawdę. Kiedyś omawiałam i dyskutowałam  z młodzieżą temat Powstania Styczniowego; między innymi wypłynęła sprawa męczeńskiej śmierci Romualda Traugutta. Jeden z uczniów nawiązał do Powstania Warszawskiego i zaczął wyprowadzać pewne analogie natury ogólniejszej. W końcu zaczął porównywać Traugutta do Grota Roweckiego. Dyskusja rozgorzała na dobre i zaczęła w niej dominować problematyka akowska. Muszę przyznać, że młodzież miała dobrą znajomość rzeczy i wypowiadała myśli sprzeczne z głoszoną wówczas tezą – „AK zapluty karzeł reakcji”. W podsumowaniu dyskusji przyznałam rację młodzieży i podkreśliłam wielki patriotyzm, i bohaterstwo żołnierzy Armii Krajowej.

Na drugi dzień poprosił mnie na rozmowę dyrektor szkoły, człowiek chwiejny, o tendencjach lewicowych. Zwrócił mi uwagę na niestosowne zachowanie  - moje i młodzieży, nakazując bezwzględnie trzymania się wytycznych Kuratorium w zakresie prowadzenia zajęć z historii. Nie zgodziłam się na kłamstwo i powiedziałam, że dalej będę uczyć tylko prawdy.

Przyjechał wizytator i pozostawił wniosek o zwolnienie mnie z pracy. Przy wręczaniu mi zwolnienia dyrektor sumitował się, przepraszał, a w końcu przy drzwiach powiedział mi na ucho, że .. to robota UB.

***

Na imieninach mojej żony śpiewaliśmy różne pieśni. Przeważały jednak zdecydowanie pieśni patriotyczne takie, jak „My Pierwsza Brygada”, „Marsz, marsz Polonia” i „czerwone maki”. Tę ostatnią śpiewaliśmy parokrotnie, chyba świadomie, na przekór aktualnej rzeczywistości. Była godzina 23.00, gdy rozległo się walenie do okna od strony ulicy. Wyjrzałem i ujrzałem dwóch mężczyzn. Wyszedłem na zewnątrz i pytam o co chodzi? Odpowiedzią było kopnięcie w krocze. Zwinąłem się z bólu. Podnieśli mnie i wrzucili do „suki” stojącej parę metrów dalej. Zawieźli na UB i tu wrzucili do ciemnego pomieszczenia, w którym przebywałem do rana następnego dnia.

Zaprowadzono  mnie na drugie piętro, gdzie zaczęło się przesłuchanie. Postawiono mi zarzut zakłócania  spokoju publicznego oraz organizowanie nielegalnego zgromadzenia. Nie będę wchodził tu w szczegóły natury prawnej. Powiem tylko, że wytyczono mi proces sądowy, a następny roczek spędziłem w pierdlu.

***

Prowadziłem zakład fryzjerski usytuowany w dobrym punkcie miasta. Kiedyś podczas strzyżenia, facet zaczął ze mną rozmawiać. Najpierw na temat żołnierzy sowieckich paradujących w pidżamach po mieście, potem o podatkach i domiarach, które rujnują rzemieślników. Ja mu na to odpowiedziałem, że jeszcze tak źle nie jest. Popatrzył na mnie, za pośrednictwem lustrzanego odbicia i powiedział, że chciałby jeszcze dziś ze mną  porozmawiać. Zaprosiłem go pod koniec dnia pracy na godzinę 18. Przyszedł i bez jakichkolwiek obsłonek przedstawił się jako funkcjonariusz miejscowego UB. Mignął mi jakąś legitymacją. Powiedział dalej, że zna moje machlojki podatkowe, które mogą zakończyć się dla mnie fatalnie – domiarem i będę załatwiony do końca życia, łącznie z przepadkiem mienia. Z dalszych wywodów ubeka wywnioskowałem, że zna rzeczywiście moje manipulacje polegające na wykazywaniu zaniżonych obrotów.

Zaproponował mi współpracę polegającą na sporządzaniu cotygodniowych raportów o tym co ludzie mówią, jak mówią, na kogo. Od tego wieczoru stałem się donosicielem UB. W tych raportach pisałem przeróżne „cuda”, najczęściej wymyślone. W każda sobotę przychodził do golenia i wtedy przekazywałem mu „raport”.

W jednym z raportów napisałem, że jakichś, nieznany mi klient powiedział na cały głos, że Stalina to on ma w  d…. Koniecznie domagał się bym podał mu nazwisko tego drania, co szkaluje wielkiego Stalina. Nękał mnie przez dłuższy czas. Domagał się ustalenia nazwiska tego zbereźnika. Wiedziałem, ale nie wydałem mojego sąsiada, mówiąc, że był tylko jeden raz i więcej go na oczy nie widziałem. Po jakimś czasie sprawa została zapomniana. Może dlatego, że mój anioł stróż nie przychodził do mnie. Może po trzech tygodniach dowiedziałem się, ubek zginął w walce z bandami. To mnie uratowało!

***

W zakładzie pracy rozlepili plakaty PPR agitujące do głosowania na listę „bloku lewicy demokratycznej”. Zerwałem je. Ktoś doniósł o tym na UB. Przyszli po mnie w sobotę późnym wieczorem i zabrali na UB. Zamknęli mnie w pomieszczeniu na parterze, gdzie przebywało już z 50  chłopa. Trzymali nas z soboty na niedzielę, podczas wyborów styczniowych do sejmu w 1947 r. Wypuścili wszystkich w poniedziałek rano. Nie było żadnego bicia, tyle ze nie dali nic do picia i jedzenia. Zauważyłem, że w czasie wyborów, budynek UB pękał w szwach, tak był nabity ludźmi, których z byle powodu zatrzymywano, uniemożliwiając udział w wyborach. Pamiętam, ze wśród zatrzymanych był tez właściciel sklepu przy zbiegu ulic Moniuszki i Łąkowej. Siedział za to, że przed wyborami na wystawie swego sklepu umieścił plakat z napisem: „Głosuj na PSL”.

Zdecydowana większość ludzi, wówczas zatrzymywanych przez pabianickie UB była w wieku młodym i średnim, byli tez starsi. Wszyscy  byli niebezpieczni dla władzy ludowej tylko dlatego, że trzymali się swoich przekonań patriotycznych i nigdy ich nie ukrywali.

Na UB koncentrowały się wszystkie donosicielskie informacje. Na ich podstawie prowadzono skrupulatnie ewidencję-kartotekę wszystkich nieprawomyślnych obywateli miasta i powiatu. Wielu zatrzymywanych było oswojonych z ta procedura i wiedziało, że jak zbliża się jakaś rocznica, święto czy wcześniej zapowiedziane zdarzenie, np. wiec, to zostaną zabrani z domu, czy z pracy i przetrzymani w ubeckim areszcie.

Jeden z takich ciągle zatrzymywanych, wiedząc, że po niego przyjdą, od pewnego czasu zaczął ich uprzedzać, zgłaszając się osobiście na dyżurce UB, meldując swoją gotowość pobytu w tiurmie. Gdy szef UB, Wacław Baśko dowiedział się o tym, wezwał go kiedyś na drugie piętro na rozmowę, w czasie, której miał powiedzieć by zaprzestał tych wygłupów, bo w przeciwnym razie wytoczy mu sprawę i  posiedzi dłużej. Od tego momentu, gdy zbliżała się wielka data pakował się i czekał na ubeków siedząc na schodach w sieni. Bezbłędnie przychodzili po niego i zabierali.

***

Któregoś dnia personalny informuje mnie, że mam się zgłosić do W…y. A ten W…a kierował komórka bezpieczeństwa w fabryce. Chemiczna produkowała wtedy jakieś gazy dla wojska. Bezpieczeństwo szukało szpicli wśród załogi, ja pracowałam w księgowości. No więc byłam poddenerwowana. Powiedziałam koleżankom, że jak mnie nie będzie długo widać, to niech zadzwonią  do męża. Dałam im jego numer telefonu. Poszłam do tego W…y. – Jest pani młodą, atrakcyjną  kobietą – zaczyna W…a. – Wszystko jeszcze przed panią, może pani awansować, lepiej zarabiać, być kimś. My szukamy takich jak pani bystrych współpracowników. Będzie nas pani informowała o wszystkim co się dzieje w zakładzie, o czym rozmawiają koleżanki, czym się interesują, jaką mają sytuację rodzinną, na co się skarżą. Nie mogłam tego słuchać, ale też nie chciałam napytać sobie biedy. - Rozumiem pana – odpowiadam -  jednak głowę mam zajętą pracą i sprawami domowymi, mam małe dziecko i właściwie cały czas tylko o nim myślę. W…a był nieugięty, moje obiekcje zbył machnięciem ręki. – Ale ja chodzę do kościoła – uchwyciłam się ostatniej, jak mi się wydawało, deski ratunku. – Nie szkodzi, przestanie pani chodzić – usłyszałam. – Ale ja wierzę w Boga – ciągnęłam ten wątek. – Przestanie pani wierzyć w Boga – usłyszałam znowu. Miarka się przebrała. Wstałam, pogroziłam palcem . – Nie doczekanie wasze – krzyknęłam i wyszłam z pokoju. Dali mi spokój.

Lubiłam opowiadać w pracy zasłyszane dowcipy. Jeden brzmiał tak: rano kluski, wieczór kluski, wojsko polskie a rząd ruski. No i znowu ktoś musiał donieść tam gdzie nie trzeba. Personalny mówi mi, że mam się stawić na UB na Gdańskiej. W pierwszej chwili byłam mocno przejęta. Nie wiedziałam o co im chodzi, dlaczego akurat mnie wzywają, przecież ja tylko pracuję w księgowości. Poszłam na Gdańską. Pamiętam jak dziś, że nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałam opadającą, za moimi plecami, hałaśliwą kratę w drzwiach wejściowych. Weszłam do mrocznego pokoju, za biurkiem siedział mężczyzna, który zaraz zaświecił mi lampę prosto w oczy. Od razu przeszedł do rzeczy:  - Dlaczego uprawiacie propagandę. Czy się wam władza ludowa nie podoba? Byłam skonsternowana. Po chwili słyszę: - Dlaczego opowiadacie kawały ośmieszające państwo polskie. – Jakie kawały. Ja nic nie wiem. Jestem patriotką, wychowuję małe dziecko – mówię coraz bardziej zdenerwowana. – Liczcie się ze słowami – wrzeszczy ubek. – Na drugi raz, ta krata za waszymi plecami już się nie podniesie. Nie wyjdziecie stąd prędko. Kazał mi iść do drugiego pokoju. Tutaj siedział już zupełnie inny człowiek . – Po co to było pani potrzebne – uspokajał. – Przecież ma pani męża, dziecko. Szkoda zdrowia i nerwów. Nie warto opowiadać głupich żartów. Widzi pani z kim ma pani do czynienia, oni się nie patyczkują z ludźmi. Uspokoiłam się trochę, a najbardziej, gdy krata poszła w górę i mogłam wyjść na ulicę.

O wizycie  w budynku Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Pabianicach pisze także Karol Dąbrowski  (inżynier w Zakładach Przemysłu Bawełnianego) w pamiętniku „Niejedno życie”, 2003 : (…) Na każdym kroku dopatrywano się braku dyscypliny służbowej, złej woli a nawet sabotażu w pracy. Ponieważ większość personelu zakładowego była bezpartyjna, propagowano wśród partyjnych większą czujność i śledzenie pracowników na nieomal każdym stanowisku pracy. W czasie mojej trzyletniej pracy w pabianickim zakładzie nie byłem jednak ani razu przesłuchiwany z powodu takiej czy innej awarii urządzeń napędowych. Nie mogłem tego właściwie dociec. Czyżby dlatego, że obaj inspektorzy urzędu bezpieczeństwa, którzy jeden po drugim objęli swoje funkcje, znali mnie z lat wcześniejszych, jeszcze ze szkoły powszechnej oraz że z drugim łączyło mnie nawet, choć dalsze, pokrewieństwo rodzinne, nie chcieli mnie stawiać w nieprzyjemnej może sytuacji? Ich postępowanie wobec mojej osoby pozostało tajemnicą, której bynajmniej nie starałem się dociekać. Z drugiej jednak strony bywałem wzywany kilkakrotnie do Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa przy ul. W. Wasilewskiej (Gdańska). Po zgłoszeniu się tam i wylegitymowaniu wpuszczono mnie do małego pokoju i poproszono, abym usiadł na krześle i poczekał. Pokój był właściwie poza stolikiem i dwoma krzesłami pusty. Siedziałem tak dobre pół godziny, a może trochę dłużej, starając się dotrzeć w myślach do powodów zainteresowania się moja osobą przez władze bezpieczeństwa na szczeblu miejskim.  W zasadzie byłem spokojny przez cały czas oczekiwania na wejście kogoś do pokoju, nie poczuwałem się przecież do jakiegokolwiek wykroczenia przeciw panującym prawom nawet w sensie stalinowskim oraz właściwie żadnych osobistych wrogów w mieście nie miałem. Chociaż zbyt długie wyczekiwanie, jak jakiś aresztant w zamkniętym pokoiku, zaczynało stawać się przykre i uświadamiałem sobie, że jest to uwłaczające godności wolnego i uczciwego obywatela. Gdybym może palił papierosy, czas samotności nie dłużyłby się i samo palenie może działałoby uspokajająco na nerwy, jak to mówią zawodowi palacze.

Wreszcie drugie drzwi się otworzyły i wszedł funkcjonariusz urzędu w ubraniu cywilnym. Usiadł na wolnym krześle za stołem, wyciągnął  z szuflady arkusz papieru, i przesuwając go przede mnie, powiedział, abym napisał dokładnie swój życiorys, i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie, jakby w zamkniętym pokoju. Zabrałem się więc do pisania życiorysu, który przecież zawsze miałem w pamięci, bez specjalnego ukrywania nawet najkrótszego okresu z mojego życia. Ponieważ już wielokrotnie pisałem swój życiorys, więc napisanie wtedy poszło mi szybko. Zanim ten pan znów się pojawił w pokoju, byłem już gotów. Po przeczytaniu życiorysu podziękował i powiedział, że mogę opuścić urząd oraz poświadczył mi przepustkę, którą oddałem w portierni przy wyjściu z budynku. Trochę byłem zaskoczony tak tajemniczym zachowaniem funkcjonariusza UB, który powiedział zaledwie kilka słów nic właściwie nie znaczących i nie podając powodu, z jakiego zostałem wezwany. Straciłem wtedy ponad dwie godziny.

Wkrótce ponownie otrzymałem wezwanie do stawienia się w urzędzie przy ul. Wasilewskiej. Scenariusz mojej „wizyty” był identyczny, z tą tylko różnicą, że funkcjonariusz powiedział dodatkowo „no, no, co u obywatela tak się wszystko dokładnie zgadza”. Odpowiedziałem spokojnie: „Przecież piszę życiorys własny, co w tym dziwnego”. I znów na tym, wizyta się skończyła. Nikomu na razie o tym nie wspomniałem, gdyż nie przywiązywałem do tych spotkań większej wagi.

Kilka dni po drugiej mojej „wizycie” w Urzędzie Bezpieczeństwa na ul. W. Wasilewskiej dwóch moich pracowników, a mianowicie: pierwszy już wcześniej wspomniany Mieczysław Skowroński, mistrz turbinowni, oraz drugi Tadeusz Rogiewicz, technik mechanik, powiadomili mnie, że byli wzywani na ul. W. Wasilewskiej. Tam starano się ich nakłonić do współpracy z UB, celem składania sprawozdań na temat mojej osoby. Obaj bardzo uczciwi i religijni, oczywiście odmówili tak proponowanej współpracy, oświadczając jednocześnie, że do mojej osoby oraz pracy żadnych zastrzeżeń nie mają. Do obu wymienionych miałem pełne zaufanie. Pomyślałem sobie, że tego rodzaju wszczęta akcja przez UB w Pabianicach przeciwko mojej osobie trwać może dalej. Może UB zwerbował kogoś partyjnego z mojego personelu – tego się nie dowiedziałem.

Starałem się więc nad moją sytuacją głębiej zastanowić oraz analizować stopniowo stosunek niektórych pracowników do mnie. Był wśród nich także mistrz warsztatu mechanicznego – technik mechanik – Szczerkowski, były funkcjonariusz, czy nawet zastępca naczelnika UB. Był on jednak w stosunkach służbowych zawsze układny i zdyscyplinowany, i właściwie nie dawał mi odczuć najmniejszej nawet niechęci i uprzedzenia do mojej osoby i jako do swego kierownika. Nie mógł też przewidywać żadnych ewentualnych awansów  w zakładzie, nie miał wyższych aspiracji zawodowych. Toteż przestałem w związku z tym o nim myśleć.    

Zainteresowani moim ewentualnym odejściem z pracy na aktualnym stanowisku mogli być jedynie inni dwaj technicy. Pierwszy to Pawlak Kazimierz, technik mechanik, kierownik oddziału mechanicznego i jednocześnie mój zastępca, a drugi Loga Józef, technik elektryk, kierownik warsztatu elektrycznego. Był to już okres po odejściu z Zakładu p. Olżewskiego, który przejściowo był jako główny inżynier ruchu. (…)



Karol Dąbrowski we wspomnieniach „Niejedno życie” opisuje także pasje muzyczne  realizowane przez członków rodziny, m. in. w muszli koncertowej na Zielonej Górce.

Ojciec (Aleksander Dąbrowski)  kochał muzykę, posiadał wrodzony talent muzyczny, niestety nie wykorzystany. W okresie lat chłopięcych i młodzieńczych ojca nie było żadnych możliwości nauki muzyki w Pabianicach, a połączenie z Łodzią nastąpiło dopiero w 1900 roku (tramwajowe) i w 1901 (kolejowe). Mimo ze ojciec dość wcześnie rozpoczął pracę jako majster tkacki w miejscowych zakładach włókienniczych firmy R. Kindler, po 8 godzin dziennej pracy przez sześć dni w tygodniu, to dzięki swojemu zamiłowaniu do skrzypiec i w ogóle do muzyki, poświęcał jej cały wolny czas.

Sam zaczął od gry na skrzypcach jeszcze jako dziesięcioletni chłopiec, a nawet wcześniej, u miejscowego skrzypka samouka, nazwiskiem Berdyś. Już po kilku miesiącach nauki p. Berdyś otwarcie powiedział ojcu, że on już więcej go nauczyć nie potrafi, gdyż jak powiedział: „grasz już lepiej ode mnie”. Dalej więc ojciec samodzielnie pogłębiał swoje umiejętności gry skrzypcowej, korzystając jedynie z dostępnych w Pabianicach bardzo skąpych w owych czasach, wieku XIX, jakichkolwiek nut do nauki na skrzypcach. Była wtedy w Pabianicach jedyna księgarnia Keila przy ul. Ogrodowej, zwanej obecnie  ul. Gabriela Narutowicza. Ojciec od młodości marzył też, aby dyrygować i mieć własną orkiestrę. Dążył do tego celu nieustannie. Dziadek, widząc taki zapał i postępy w grze na skrzypcach u syna, w miarę swoich możliwości popierał jego zamierzenia i pomagał mu. Gdy ojciec zaczął już pracować zawodowo i miał już swoje zarobione pieniądze, uniezależnił się w pewnym sensie finansowo od pomocy dziadka. Wtedy rozpoczął starania przy kompletowaniu zespołu orkiestrowego oraz organizacji całości przedsięwzięcia od strony technicznej i zaopatrzeniowej. Pomieszczenie dla orkiestry było już na poddaszu domu, piętro wyżej od własnego mieszkania. Komplet pulpitów składanych, drewnianych z częścią płócienną pod same nuty został zamówiony przez ojca, także krzesła, stołki, szafki, wieszaki. Ojciec zakupił też pewną ilość kompletów nut na małą orkiestrę kameralną różnych utworów muzyki lekkiej, tanecznej i ludowej. Część nut była drukowana, jak Wydawnictwo Odeon Leipzig Aug. Cranz oraz (inne) Anton J. Beniamin Hamburg i także inne. Duża część nut była też rozpisywana ręcznie w różnej wielkości formatach. 

Po roku 1900, po uruchomieniu linii tramwajowej z Łodzi do Pabianic, w swoich sprawach ojciec wyjeżdżał do Łodzi, zasięgał informacji, czasem korzystał z koncertu, jaki w owym czasie się odbywał. Przypominam sobie nazwisko łódzkiego muzyka z tamtych czasów, które dość często wypowiadane było przez ojca. Był to muzyk nazwiskiem Thonfeld, który zajmował się oprócz kompozycji utworów muzycznych także opracowaniem orkiestracji (instrumentacji) utworu muzycznego oraz partytur. U niego właśnie ojciec zamawiał komplety nut dla swojej niewielkiej orkiestry, składającej się zasadniczo z ośmiu różnych instrumentów swojej orkiestry. Sporo kompletów nut drukowanych, rozpisywanych ręcznie przez Thonfelda oraz także przez samego ojca pozostało jeszcze dotąd w rodzinie. Dla potrzeb swojej małej orkiestry, po większym opanowaniu sztuki aranżacji, ojciec rozpisywał we własnym zakresie nuty solowe na skrzypce czy na fortepian. Przypominam sobie doskonale momenty, jak ojciec, nucąc jakiś motyw melodyczny, ze skrzypcami w ręku i przebierając tylko palcami po strunach, starał się wydostać jak najwłaściwsze współbrzmienie o optymalnej harmonii dźwięków (tonów) przy współdziałaniu z innymi instrumentami.

Tego rodzaju praca daleko łatwiejsza byłaby oczywiście za pomocą fortepianu czy pianina. Niestety, ojciec nie zrealizował swego pragnienia posiadania pianina. Plany ojca na przyszłość przekreślił wybuch I wojny światowej. Tymczasem dla potrzeb orkiestry ojciec posiadał także kontrabas, na którym na początku grał stryj Jan, przyuczony przez ojca, również własny róg (waltornia), talerze, trójkąt (triangel), kastaniety. Orkiestra ojca liczyła przeciętnie 10 członków w składzie: 3-4 skrzypce (I i II), flet, klarnet, kontrabas, waltornia (róg), kornet (trąbka) i puzon.

Przez kilka lat przed wybuchem I wojny światowej ojciec grywał ze swoją orkiestrą w ogrodzie, między ulicami Zieloną a Pomorską, należącym do pana Reinholda, jednocześnie właściciela budynku piętrowego, murowanego z restauracją, na rogu Zamkowej i Zielonej, na tzw. Zielonej Górce, ówczesnej dzielnicy Pabianic. Na korzystanie z ogrodu,  utrzymywanego w charakterze małego parku, dla występu orkiestry ojca w soboty, niedziele i dni świąteczne, była zawarta umowa z panem Reinholdem. Każdorazowo przed występami rozlepiane były specjalnie wydrukowane afisze, zawiadamiające  o koncertach w kilku punktach miasta oraz przy samej restauracji z frontu budynku, jak również przy wejściu na koncert do ogrodu od strony ulicy Zielonej. Taki afisz pozostał na pamiątkę w rodzinie.

Na kilka słów wspomnienia zasługuje przy okazji pan O. Reinhold, poważny obywatel miasta Pabianic, który w latach trzydziestych XX wieku był także prezesem stowarzyszenia Męskiego Katolickiego Chóru Kościelnego LEO w Pabianicach.

Zgodnie z umową z panem Reinholdem opłaty wejściowe do parku na takie koncerty pobierane były na korzyść ojca. Specjalnie w tym celu wydrukowane bilety wstępu były sprzedawane w budce kasowej przy oddzielnym wejściu do ogrodu przy ulicy Zielonej, przez dziadka lub wujka Ryczla.

W środku ogrodu – parku była specjalna muszla koncertowa, dla różnego rodzaju występów, także dla niewielkiego zespołu muzycznego. Przed muszlą był parkiet z przeznaczeniem na cele taneczne, nieco dalej większa liczba ławek ogrodowych w kilku rzędach. Poza tym w kilku miejscach stały także ławki pojedyncze. Jak również pamiętam, z tylnej strony muszli były dwa małe stawiki ze złotymi rybkami, połączone z sobą, a między nimi łukiem przechodził mostek. W pamięci mej  utkwił tez w związku ze stawem występ dwóch komików czy kolarzy cyrkowych, którzy wykonali skoki z wierzchołka muszli do wody. Czasami w ogrodzie odbywały się także inne występy cyrkowe.

Na terenie ogrodu dość gęsto rosły różnego rodzaju krzewy oraz już ponad stuletnie, w większej części drzewa liściaste. Ten ogród-park przecinało kilka ścieżek spacerowych. Od strony restauracji było tez niewielkie zadaszenie o charakterze altankowym ze stolikami dla celów konsumpcyjnych; obsługa gości była od strony restauracji. W tej sytuacji restaurator niewątpliwie również zwiększał swój utarg i miał dodatkowy zysk. 

Wracając z kolei do orkiestry ojca, to jej członkowie byli każdorazowo opłacani. O poziom swojej  orkiestry ojciec dbał bardzo. Jeden z członków orkiestry, trębacz, bardzo dobry muzyk, każdorazowo przyjeżdżał z Łodzi do Pabianic. Orkiestra ojca jako kameralna w owym czasie była w Pabianicach jedyna. Istniejąca jednocześnie w mieście orkiestra Miejskiej Straży Ogniowej była wyłącznie dęta. Dyrygentem tej orkiestry w tych czasach był Hans Feliks, członek znanej pabianickiej rodziny. Od samego początku założenia orkiestry ze skrzypków poza ojcem był Witkowski oraz mój kilkunastoletni brat Feliks, dorywczo brał też udział Strzelecki.  

Dorywczo w orkiestrze ojca jako skrzypek grał też nasz kuzyn Alfred Lenica, który od sezonu teatralnego 1922/23 Teatru Wielkiego i Opery w Poznaniu rozpoczął  też karierę jako muzyk w orkiestrze. Od kwietnia 1921 roku brat Feliks został przyjęty do orkiestry symfonicznej Teatru Wielkiego i Opery w Poznaniu w zespole I skrzypiec.

Niektórzy członkowie orkiestry ojca na instrumentach dętych pochodzili z rosyjskich orkiestr wojskowych, jak: puzonista, waltornista, klarnecista i flecista. Basista, Kamiński, był miejscowy. Na klarnecie grał Neuman, na waltorni Szlukier, a na flecie i pikolo mój ojciec chrzestny Oskar Miller. Wszyscy byli dobrymi muzykami z wojskowych orkiestr rosyjskich.

Z członkami orkiestry ojciec utrzymywał jak najlepsze stosunki koleżeńskie. Atmosfera pracy całego zespołu była jak w rodzinie. Od 10. roku życia wśród skrzypków grał tez najstarszy z naszego rodzeństwa – Feliks, ojciec w czasie koncertów dyrygował, ale też często włączał się jako skrzypek.

Jak wiadomo, czasy przed I wojną światową stanowiły końcowy okres zaboru rosyjskiego, także naszego regionu Polski. Mieszkańcy Pabianic odczuwali potrzebę zaspokajania na swój sposób pragnień tak kulturowych, jak i narodowych. Na koncertach ogrodowych orkiestra ojca wykonywała w pierwszej kolejności utwory z zakresu muzyki popularnej, jak wiązanki melodii ludowych, uwertury koncertowe, jak „Dichter und Bauer” Suppego i inne, oraz w końcowej części występu utwory taneczne. Takie koncerty własnej orkiestry, którą sam osobiście dyrygował i w której brał też chwilami udział, grając jako skrzypek, dawały ojcu dużo zadowolenia i satysfakcji, zapominał o szarzyźnie dnia codziennego. Poza tym taka impreza była opłacalna i pokrywała całkowicie wydatki związane z organizowaniem tych występów. Gdy frekwencja była większa, ojciec był w swoim żywiole. Razem z ojcem cieszyła się cała nasza rodzina Dąbrowskich. Cieszyła się z tych występów w ogrodzie na Zielonej Górce, jak ja nazywała, cała młodzież rodzinna, gdyż przecież miała wstęp wolny.

Feliks początkowo lekcje nauki na skrzypcach pobierał u ojca, następnie bardzo krótko u znajomego miejscowego skrzypka Stefana Wojciechowskiego, z którego rodzicami zaprzyjaźnieni byli nasi rodzice. Posiadamy też zdjęcie rodzinne Wojciechowskich, na którym Stefan stoi ze skrzypcami.

Ojciec nasz, widząc u Feliksa tak duże zamiłowanie do gry na skrzypcach i jednocześnie przy tym, według  swej opinii, nieprzeciętny talent, skierował syna do prywatnego pedagoga – skrzypka, najlepszego przed I wojną światową łódzkiego skrzypka – prof. Winieckiego. Dwa razy w tygodniu Feliks miał lekcje, do których przygotowywał się sumiennie pod częściową jeszcze kontrolą ojca.

W tym czasie na początku Feliks i tak jeździł codziennie do normalnej średniej szkoły rosyjskiej tramwajem do Łodzi, do której uczęszczał także, wiekiem nieco starszy od Feliksa, nasz kuzyn Józef, syn Juliana Dąbrowskiego, brata naszego dziadka Jana.

Razem z Feliksem u prof. Winieckiego kontynuował naukę gry na skrzypcach również inny nasz kuzyn od strony babci – Alfred Lenica, o pełne dwa lata starszy od Felka.

Dla podkreślenia wrodzonego talentu Feliksa do skrzypiec, pragnę przytoczyć następujący fakt: już przy pierwszym zetknięciu i usłyszeniu wykonania zadanego tematu egzaminacyjnego skrzypcowego przez dziesięcioletniego Feliksa, prof. Winiecki zwrócił uwagę na uzdolnienia przyszłego ucznia, i aby zachęcić matkę, powiedział następujące słowa: proszę pani, widzę, że chłopiec ma duży talent i chętnie zajmę się jego dalsza nauka, i żeby panią nie odstraszać, zastosuję za naukę syna opłatę ulgową, i proszę jednak  drugiej pani , a była to ciotka Lenicowa, która też ze swoim synem Alfredem właśnie pojechała na ten wstępny egzamin – nie przyznawać się do zmniejszonej opłaty. Takie stanowisko prof. Winieckiego było więc dodatkowym potwierdzeniem wrodzonego talentu do skrzypiec Felka. W okresie trwania I wojny światowej cieszył się w Łodzi dużym uznaniem w świecie muzycznym jako artysta, skrzypek nazwiskiem Brandt,  u którego Feliks również wziął kilka lekcji zaraz po zakończeniu wojny. W tym miejscu pragnę podkreślić, jak głębokie było zamiłowanie do skrzypiec u Felka, jego uczucie niedosytu i pragnienie ciągłego doskonalenia swej gry za wszelka cenę, wykorzystującego każdą możliwą okazję w tak niesprzyjających warunkach położenia geograficznego małego miasta i bez poparcia materialnego.

Był rok 1914. Wczesnym latem, przejazdem z Zamojszczyzny do Stanów Zjednoczonych Ameryki, zatrzymała się w Pabianicach słynna wówczas orkiestra Karola Namysłowskiego, jednocześnie kompozytora, głównie polskich utworów ludowych. Jeszcze za życia założyciela tej wybitnie ludowej polskiej orkiestry, poprowadził i nią kierował syn Stanisław ze swoim bratem, zdaje się również Karolem, jak ich ojciec. Obaj byli dobrymi skrzypkami, pierwszy Stanisław  dyrygował, a drugi był koncertmistrzem orkiestry.

Na bardzo udanym koncercie w Pabianicach wszyscy członkowie orkiestry wystąpili jak zwykle w strojach ludowych regionu lubelskiego, białych i długich, podobnych do krakowskich. Orkiestra ta, zwana tez popularnie Kapela Namysłowskiego, wykonywała w swoich programach  przeważnie utwory swego założyciela.

Tak się akurat złożyło, że w dniach pobytu Kapeli Namysłowskiego w Pabianicach ojciec nasz grał ze swoja orkiestrą w ogrodzie na Zielonej Górce,  u pana Reinholda; udział w niej brał też dwunastoletni Feliks. Do ogrodu na koncert orkiestry ojca przybyli Namysłowscy i inni członkowie Kapeli.  Po wysłuchaniu kilku utworów w wykonaniu orkiestry ojca, Namysłowscy złożyli ojcu kurtuazyjną wizytę na zapleczu muszli koncertowej z gratulacjami. Jednocześnie po wypowiedzeniu kilku pochwalnych słów na temat orkiestry oraz gry Feliksa, Stanisław Namysłowski, jako kierownik dyrygent Kapeli, zwrócił się do ojca z propozycją, aby wyraził zgodę na udział Felka w Kapeli w występach w Ameryce. Może to był błąd, ale ojciec jednak na tak ponętną propozycję wyjazdu syna z Kapelą do Ameryki  nie wyraził zgody. Może dalsze losy kariery zawodowej mego brata potoczyłyby się bardziej pomyślnie, gdyby wyjechał on wtedy do Ameryki i tam przynajmniej przez okres I wojny światowej pozostał. Jak się wkrótce okazało, okazja ku temu była rzeczywiście rzadko spotykana: Kapela Namysłowskiego po kilkudniowym pobycie w Pabianicach oraz występach w innych miastach na terenie ziem polskich pod zaborem rosyjskim, udała się do Ameryki. Około trzech miesięcy później Pabianice  znalazły się w obszarze działań wojennych wojsk rosyjskich z wojskami niemieckimi, które już 20 sierpnia 1914 roku wkroczyły do Pabianic.

Jak wspomniałem już wcześniej, próby orkiestry ojca odbywały się w samodzielnym pokoju na trzecim piętrze (poddaszu) domu dziadka. Jako kilkuletni dzieciak korzystałem z okazji i urywałem się spod opieki mamy i dostawałem się do pokoju, gdzie odbywała się próba orkiestry. Podziwiałem ojca dyrygującego specjalną czarną pałeczką z drzewa mahoniowego, inkrustowaną piękną masą biało-perłową. Jednocześnie kręciłem się wśród całego zespołu, którego byłem ulubieńcem, a najczęściej stawałem przy moim ojcu chrzestnym Oskarze Millerze – fleciście. Miller grał na flecie i pikolo, na których to instrumentach wyuczył się grać w czasie wieloletniej służby w wojsku rosyjskim.(…)

Przed I wojna światową poziom życia kulturalnego społeczeństwa pabianickiego, także w dziedzinie muzyki nie był imponujący. Oprócz orkiestry dętej Straży Pożarnej, prowadzonej przez Hansa, członka znanej miejscowej rodziny, oraz orkiestry kameralnej mojego ojca, muzyką, raczej amatorsko, zajmowało się też kilka rodzin. Najbardziej znana była rodzina Prosnaków. W tej rodzinie byli skrzypkowie i pianiści, najstarszy – ojciec był też skrzypkiem, prowadził chór i był dyrygentem, normalnie pracował w fabryce, podobnie jak nasz ojciec. Najstarszy z synów, zdaje się Oskar Prosnak, przebywał w Rosji, gdzie grał jako skrzypek w orkiestrach. Po zakończeniu I wojny światowej powrócił z rodziną do Pabianic. Miał dwie córki. Po krótkim pobycie w Pabianicach wyjechał z rodziną do Warszawy. Młodszy brat Oskara, Karol Prosnak - pianista, prowadził chóry śpiewacze w Łodzi. Następny z kolei Jan Prosnak, też pianista, po skończeniu państwowego miejscowego gimnazjum im. J. Śniadeckiego grał początkowo w kinie (nie było jeszcze wtedy filmów dźwiękowych) i ośrodkach rekreacyjno-letniskowych, później poświęcił się muzykologii, po wyższych studiach. Członkiem muzykalnej rodziny był też pan Maciejewski, starszy nieco od mojego ojca; grał na fortepianie i prowadził chór śpiewaczy Towarzystwa Śpiewaczego im. St. Moniuszki, którego lokal znajdował się w domu przy ul. Bocznej nr 16, obecnie Żeromskiego, w którym właśnie nasza rodzina zamieszkała po przeprowadzce z ulicy Zachodniej (obecnie Curie-Skłodowskiej) po I wojnie światowej.

Karol Dąbrowski  opisuje również warunki życia panujące w miasteczku podczas pierwszej wojny światowej.

(…) Zapamiętałem dobrze momenty z tych niezapomnianych i niespokojnych dni  sprzed i po wkroczeniu Niemców do miasta. Pamiętam, że w niedalekiej odległości od naszego domu, przy ul. Bocznej, stała bateria armat rosyjskich, za szpitalem od strony ulicy Lutomierskiej. Był to szpital fabryczny firmy R. Kindlera, w którym po raz pierwszy ujrzałem światło dzienne. Pamiętam również, że trzy armaty rosyjskie stały tuż za murem jednego z pawilonów szpitala. Zapewne armaty te przygotowano w celu ostrzału na wypadek zbliżających się wojsk niemieckich od strony Kalisza, po przekroczeniu ówczesnej granicy państwowej między Rosja a Niemcami w Skalmierzycach. Armaty te osobiście widziałem nieco wcześniej przed wkroczeniem Niemców, jako 6-letni chłopiec wraz z kilkoma innymi rówieśnikami, towarzyszami wspólnych zabaw i niedalekich wędrówek ulicznych.

Wieczorem, w przeddzień wkroczenia Niemców do Pabianic odezwała się silna kanonada armatnia, trwająca do późnej nocy. Głośne wybuchy pocisków oraz wystrzały dochodziły do naszego domu, do mieszkań, powodując jednocześnie drżenie okien oraz drzwi balkonowych. Rodzice czuwali, a dzieci, znużone dniem, spały. Rano 20 sierpnia 1914 r. oddziały wojska niemieckiego wkroczyły do miasta. (…)

Okres pierwszej wojny światowej dla mieszkańców Pabianic i dla naszej rodziny również, zwłaszcza  w tym cały okres zamieszkiwania przy ulicy Zachodniej, to lata najcięższe i najdotkliwsze, lata biedy i poniżenia godności ludzkiej. Obok niedostatku żywności po wprowadzeniu jej reglamentacji oraz ograniczenia w sprzedaży opału, zwłaszcza węgla , w większości domów zapanowały głód i zimno. W tym przypadku najbardziej ucierpiało pokolenie dzieci – na zdrowiu, jak również na całym rozwoju fizycznym. W czasie całego czteroletniego okresu wojny mieszkańcy Pabianic cierpieli na brak podstawowych artykułów do przeżycia. W mieście nie było przecież jeszcze gazu, w domach były wyłącznie kuchnie i piece węglowe.

Żeby otrzymać ćwiartkę węgla ze składu opalowego, trzeba było nieraz czekać w kolejce całą noc. Bywało, że mama sama tak czyniła, gdy ojciec wyjechał do Niemiec do pracy. Drzewo ściągali osobiście ludzie z pobliskich lasów. Od naszego miejsca zamieszkania przy ul. Zachodniej najbliżej było do Lasu Karolewskiego. Gdy ojciec był na miejscu, z najstarszym synem Feliksem kilka razy ściągał pniaki drzewa do domu. Dostatecznie gruby kloc takiego pniaka, długości przynajmniej 2-3 metry, toczono po ziemi na odległość przynajmniej 3 km aż do domu. Była to wyprawa na cały dzień z siekiera lub piłą i kompletem ślusarskim w ekwipunku oraz zapasem żywności. Ścinanie drzewa w lasach było zasadniczo zabronione. Ale ludność na zarządzenie nie zwracała uwagi i pod strachem wycinała drzewa na opał. Była to robota ryzykowna i zarazem męcząca. Do toczenia okrągłego kloca trzeba było najpierw na końcach zamocować swego rodzaje osie, dzięki którym obracał się ciągniony linami lub drutami przymocowanymi do osi. Tym sposobem kloc toczył się po ziemi jak walec. Po takiej wyprawie ojciec z synem wracali bardzo wyczerpani. Mama natomiast miała za zadanie staranie się o artykuły żywnościowe i ubraniowe  oraz przygotowywanie posiłków.

Mama szyła dla nas wiele rzeczy na własnej, zwyklej maszynie do szycia fabryki Singera z napędem nożnym. Maszyna ta istnieje do tej pory w Pabianicach u naszej siostry Wandzi Godlewskiej. Najczęściej były to przeróbki z większych rozmiarów na mniejsze i różne poprawki, wstawianie łatek, cerowanie. Miała więc mama pełne ręce roboty przy pracach domowych dla zaspokojenia potrzeb wieloosobowej rodziny.

Były miesiące wprost głodowe, nie było co jeść, tak wielki był niedostatek żywności. Wprowadzone kartki żywnościowe nie zaspokajały nawet elementarnych potrzeb rodzinnych.

Gdziekolwiek, gdzie tylko była okazja, na łąkach, w przydrożnych rowach zrywano liście jarmużu i szczawiu, wykorzystując wszystko do celów kulinarnych. Przy brakach dostatecznej ilości kartofli niejednokrotnie mama wykorzystywała też i same obierzyny. W celu uzupełnienia braków domowych mama kilkakrotnie wyruszała do pobliskich wsi. Mogilno-Ldzań, pieszo, czasem w towarzystwie znajomych; raz z panią Kubikową, matką dwu znanych później piłkarzy klubu łódzkiego ŁKS i naszej kadry narodowej. Imiona obu: Stefan i Aleksander.

Na wsiach za artykuły przemysłowe, włókiennicze i inne, jak np. poszukiwane w czasie I wojny światowej na wsiach młynki  ręczne do mielenia zboża, można było uzyskać: mąkę, kaszę, kartofle, słoninę, chleb, jajka, włoszczyznę. Tu należy podkreślić, że mechaniczne młyny zbożowe zostały w tym czasie pozamykane i wszelki przemiał zboża dla potrzeb regionu ograniczony do minimum, był kontrolowany.

Przestrzegania tych zakazów pilnowała żandarmeria niemiecka, objeżdżająca granice miasta i wsie oraz odbierając biednym ludziom cały towar, przeznaczony  przecież dla własnych potrzeb. Na jedną taką wyprawę „handlową” na wieś mama zabrała mnie ze sobą. W drodze powrotnej niosła załadowany ręczny koszyk, w drugiej ręce także coś oraz jeszcze na plecach jakiś tobołek z artykułami spożywczymi. Ja w ręku miałem koszyczek i również coś niedużego na plecach. Większa część drogi przeszliśmy szczęśliwie, zachowując od początku jak największą ostrożność. W pewnym momencie, gdy szliśmy skrajem lasu, nagle zauważyliśmy jadącego z dala od wsi przez pola w naszym kierunku żandarma na koniu. Gdy gwałtownie przed nami zatrzymał konia, bardzo się przestraszyliśmy. Najwidoczniej musiał on już wcześniej nas spostrzec tak, że nawet nie próbowaliśmy się chować. Nie zsiadając  z konia, żandarm w średnim wieku zapytał tylko, co niesiemy. Mama, znając niemiecki, wyjaśniła, że wracamy od rodziny, skąd otrzymaliśmy trochę różnych artykułów żywnościowych dla siebie; wspomniała też, że ma czworo dzieci, a mąż (ojciec) jest w Niemczech na robotach. Jak się okazało, szczęśliwym trafem, spotkany żandarm był człowiekiem dobrym, o ludzkim sercu. Spojrzał na nas z politowaniem, i widząc zmęczoną mamę oraz mnie, małego mizernego chłopca, powiedział tylko, abyśmy dalej szli ostrożnie do domu, a w przypadku spotkania nowego żandarma, bynajmniej nie zdradzali się, że już spotkaliśmy jego. 

Zarządzenie władz niemieckich, dotyczące zakazu przewozu żywności, było jednym z wielu innych, zmierzających do wyniszczenia narodu polskiego w okresie cesarstwa niemieckiego.

 Jak wiadomo w czasie I wojny światowej wiele narodów w Europie dotknęły epidemie groźnej hiszpanki, choroby o objawach ostrzejszych niż znana powszechnie odra. Choroba ta pojawiła się również na ziemiach polskich. Nie ominęła Pabianic. Cała nasza najmłodsza trójka dzieci kolejno rozchorowała się, zarażając się jedno od drugiego. Z tego powodu nasza kochana mama przeżywała znów wiele dodatkowych zmartwień, ale mimo to jednocześnie wykazała tyle hartu ducha, że dzięki jej ofiarnej opiece wkrótce wróciliśmy do zdrowia. (…)

Korzystając z okazji, pragnę także przypomnieć jeden z typowych w owych czasach obrazków charakteryzujących w pewnym zakresie życie codzienne ludności miejskiej w czasie wojennym na przykładzie naszej rodziny. Gdy ojciec był na miejscu, w domu, wyłączając jego pobyt na robotach w Niemczech, hodował w komórce na podwórzu króliki dla celów konsumpcyjnych. W tych kryzysowych czasach braku żywności hodowla tych zwierząt była bardzo popularna. Potrawy z mięsa króliczego były nawet niezłe. Futerka po wyprawieniu wykorzystywano we własnym zakresie lub tez sprzedawano je na wsi za żywność. Poza tym w naszym życiu dziecięcym było tez trochę urozmaicenia, zwłaszcza gdy urodziły się młode króliczki i gdy czasem ojciec wypuszczał parę starych wraz z młodymi na podwórze. Naszym zadaniem było pilnowanie, aby nie uciekły. Ja ze starszym o dwa lata bratem Zygmuntem mieliśmy w tych czasach także obowiązek starania się o trawę i mlecz dla królików, zrywając tę zieleninę wszędzie, gdzie się dało.

W drugim roku okupacji Pabianic władze niemieckie, zdając sobie sprawę z kryzysowej sytuacji bytowej mieszkańców, wezwały Polaków do wyjazdu do pracy na terenie Niemiec, obiecując dobre warunki i wybór miejsca pracy w zależności od zawodu. Część mieszkańców, oczywiście mężczyźni, zgłosiła się dobrowolnie na wyjazd, wielu wywieziono w głąb Niemiec przymusowo po schwytaniu w łapance.

Gdy w naszym domu zapasy finansowe poczęły się stopniowo kurczyć, po dłuższym zastanowieniu i rozważeniu rodzinnej sytuacji materialnej, ojciec postanowił zgłosić się sam na wyjazd, otrzymawszy informacje, że zarobione pieniądze będzie mógł przesyłać rodzinie. Ojciec podał jako swój zawód – ślusarz. Wywieziony w grupie z innymi do Westfalii, przydzielony został do kopalni węgla w Hamborn nad Renem. Zatrudniono go w podziemnej, dolnej części kopalni wbrew temu, co obiecywano. Ojca taka praca mocno zaniepokoiła i już po kilku dniach począł przygotowywać się do ucieczki. Dzięki znajomości niemieckiego udało mu się zasięgnąć wcześniej odpowiednich informacji odnośnie możliwości i szansy dostania się do Holandii. Ucieczka jednak się nie udała i tylko dzięki ciemnościom nocy nie stracił zycia z rak nieuczciwych przemytników. Ojciec dostał się jednak w ręce żandarmów niemieckich i został odtransportowany z powrotem do kopalni. Pierwszy list pisany po niemiecku otrzymaliśmy od ojca dopiero po miesiącu od wyjazdu z domu. Połowa treści listu, a może nawet więcej, była zamazana całkowicie tuszem. Reszta, bardziej ogólnikowa, nieco pocieszająca nas i dająca nadzieję na lepsze, z zapowiedzią o wysyłce pieniędzy, pozostała czytelna. Także wszystkie następne listy ojca z Niemiec były cenzurowane, w połowie zatuszowane. Okazało się, że warunki pracy przymusowej obcokrajowców, zwłaszcza Polaków, były bardzo ciężkie. Była to faktycznie praca niewolnicza. Stosując cenzurę korespondencji, Niemcy nie chcieli dopuścić do ujawnienia prawdy o warunkach pracy polskiej emigracji zarobkowej. Z wierszy niezatuszowanych w listach zrozumieliśmy też, że ojciec bardzo tęsknił za nami i martwił się, że niewiele może nam finansowo pomóc, że został oszukany. (…)

Wyjazd ojca na roboty do Niemiec w rzeczywistości nie poprawił trudnej sytuacji materialnej rodziny. Toteż najstarszy syn Feliks, jako 15-letni uczeń III klasy Progimnazjum Pabianickiego, wkrótce po wyjeździe ojca do Niemiec przystąpił do pracy zarobkowej i zaczął grać w miejscowym kinie Luna przy ul. św. Jana jako skrzypek w duecie z pianistą, znacznie starszym – nazwiska nie pamiętam. Jak wiadomo w owych czasach filmy w kinach były jeszcze nieme. Dodatkowe  zarobki Feliksa nieco złagodziły nasze ciężkie życie rodzinne, ale kosztem jednak przerwania nauki. Po skończeniu bowiem III klasy Feliks zmuszony był przerwać dalszą naukę w szkole.

Kierownictwo szkoły z księdzem Rylskim na czele próbowało interweniować u naszej mamy w sprawie kontynuacji nauki syna. Lecz, niestety, okazało się to niemożliwe do pogodzenia z pracą, czas bowiem pracy w kinie kolidował z lekcjami w szkole, gdyż przygotowania muzyki do filmów odbywały się w godzinach przedpołudniowych.

Pamiętam, jak wielokrotnie ze średnim bratem Zygmuntem zanosiliśmy do kina Felkowi posiłek  wieczorny i przy okazji oglądaliśmy filmy, z których wiele zrobiło na mnie duże wrażenie. Przy okazji należy też podkreślić, że z pracy w kinie młody Feliks był zadowolony , dlatego że grał na swoich ukochanych skrzypcach oraz, czując się już w pewnym stopniu w obowiązku zastąpić  ojca, pragnął ulżyć finansowo kochanej mamie w wykonywaniu jej trudnego zadania wychowywania czworga dzieci.

Podczas wojny ojciec kilkakrotnie grał też na uroczystościach weselnych w pobliskich wsiach. Dawało to zawsze konkretne korzyści materialne, szkoda tylko, że jak zwykle w czasach wojennych, liczba zawieranych małżeństw była niewielka. Wesela wiejskie trwały często kilka dni. Oprócz wynagrodzenia pieniężnego, ojciec otrzymywał także artykuły żywnościowe, jak: mąka, kasza, smalec, także chleb i czasem kurczak. Z takich imprez wracał do domu nieraz dopiero na trzeci dzień – znużony, ale zadowolony z zarobku, mama również. Niestety, nie wystarczało to na długo.

Nie można też pominąć faktu, kiedy w okresach bardziej kryzysowych mama podejmowała dodatkowe prace na rzecz obcych. Wystarczy, że wymienię jedno nazwisko związane z taką pracą mamy, Chełmińskich, które z łatwością sobie przypomniałem.

Tu należy raz jeszcze podkreślić, że troska rodziców, a szczególnie mamy o zdrowie dzieci, aby nie były głodne, wiązała się wprost z rzadko spotykanym poświęceniem i własnym wyrzeczeniem na rzecz dzieci. Zapamiętałem dobrze również kilkupokojowe mieszkanie  z wygodami, rzadko  wówczas spotykanymi w Pabianicach, przy ulicy Pułaskiego, w domu Towarzystwa Handlowego „Żelazo”, z okazałym sklepem na parterze. Dom ten, zdaje się trzypiętrowy, stoi do dziś, należał wtedy do nielicznych reprezentacyjnych kamienic miejskich. Codziennie w całym okresie nauki w miejscowym Gimnazjum im. Jędrzeja Śniadeckiego przechodziłem obok domu „Żelaza”. Pan Chełmiński był księgowym firmy, dzięki jego pracy cała jego rodzina była dobrze sytuowana. Jak sobie przypominam, kilka razy mama mnie ze sobą zabierała i razem z dwoma chłopcami gospodarzy, z moimi rówieśnikami, bawiłem się w mieszkaniu przez dłuższe chwile. 



Karol Dąbrowski (1908-2003)  autor pamiętnika  „Niejedno życie” wraca pamięcią do czasów nauki szkolnej w Pabianicach.

(…) Klasy III i IV w szkole przy ul. Mariańskiej ukończyłem już w Polsce niepodległej w  latach 1918-1920. W owym czasie oddzielne klasy dla chłopców i dziewcząt znajdowały się w przeciwległych klatkach schodowych, po przeciwnych stronach budynku szkolnego. Obie klatki schodowe miały połączenie przez wspólny strych budynku, co było czasem powodem naruszenia normalnego spokoju i szkolnego regulaminu porządkowego.

Z tych lat szkolnych niewiele wrażeń i faktów pozostało w mej pamięci. Pamiętam jedynie te czasy przede wszystkim z tej racji, że po I wojnie światowej w 1918 roku Polska jako już państwo niepodległe, otrzymała dużą pomoc materialną ze Stanów Zjednoczonych Ameryki w postaci żywności i odzieży. Szczególną opieka objęte były wtedy szkoły, gdzie młodzież była dożywiana, otrzymując specjalne porcje śniadaniowe z kubkiem gorącego kakao, oraz po lekcjach pożywne obiady. Poza tym otrzymywaliśmy także oddzielne porcje składające się z pszennych sucharów, herbatników i czekolady.

Pamiętam też, że otrzymałem piękny kolorowy portret naszego bohatera narodowego i jednocześnie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Tadeusza Kościuszki; z portretu byłem bardzo dumny. Inni uczniowie otrzymali portrety drugiego wielkiego Polaka – Kazimierza Pułaskiego lub ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych – Wilsona. Dożywianie dzieci stanowiło niemałą pomoc materialna dla rodzin w tych pierwszych, bardzo trudnych latach po odzyskaniu niepodległości Polski. Oprócz puszek z konserwami mięsnymi ludność polska otrzymywała również puszki ze smalcem, który żartobliwie nazywano „małpim smalcem”. W przerwach lekcyjnych popularnie nazywanych pauzami, podczas zabaw czy gonitw różnych, chłopcy przebiegali przez otwarte przejście na strychu na stronę dziewcząt powodując czasem małe zamieszanie oraz piskliwe protesty dziewcząt.  Podwórze szkolne było niewielkie w zasadzie wspólne. W czasie przerw lekcyjnych oddzielnie zabawiali się chłopcy i oddzielnie dziewczęta. Oprócz gry w popularna piłkę nożną, pamiętam jeszcze jedną z gier chłopców, w której sam również brałem czynny udział. Były to pewnego rodzaju zapasy sportowe między dwiema parami chłopców. Na ramionach bardziej rozwiniętego fizycznie, silniejszego kolegi siadał drugi, oczywiście zawsze lżejszy. Walczyły po dwie pary. Gra polegała na tym, że siedzący na górze (na ramionach) usiłował odpowiednim chwytem ściągnąć przeciwnika drugiej pary na ziemię, oczywiście przy znaczącej współpracy swego partnera. Ja miałem zwykle tego samego partnera, na którego ramionach siadywałem. Był on nieco starszy ode mnie, był dość silny i szybki. Przeważnie w tych zapasach wychodziliśmy zwycięsko. Nawet zapamiętałem jego nazwisko – Dychto, nie często spotykane i może dlatego je przypomniałem. W późniejszych latach  widywałem go czasem na ulicy. W małym mieście przecież nie trudno o przypadkowe spotkania. 

Z grona nauczycielskiego utkwiły w mej pamięci postacie kilku nauczycieli, przede wszystkim pani Hawel. Mimo młodego jeszcze wieku była dobrym pedagogiem, wymagającym i sprawiedliwym, wychowującym młodzież szkolną na przyszłych patriotów. Sympatyczna i zarazem poważna, zdobyła sobie powszechny szacunek wśród społeczeństwa Pabianic.

Nauczyciel Bald, jak mnie pamięć nie myli, matematyk wymierzał czasem uczniom za jakieś przewinienia kary cielesne liniałem klasowym w dłoń, mówiło się w „łapę”. Innego rodzaju kary cielesnej w szkole nie stosowano. Nazwisko Bald było w mieście także bardziej znane, do czego przyczyniły się w pewnym stopniu jego dzieci. Z młodszym synem nauczyciela Balda Józefem i najmłodszą córką Tedzią, nota bene bardzo ładną i przystojną panienką, w okresie młodzieńczych lat byłem w pewnym stopniu także zaprzyjaźniony. Józef wraz ze swoim starszym bratem byli dobrymi gimnastykami, obaj byli czynnymi członkami Pabianickiego Stowarzyszenia Gimnastycznego „Sokół”. Starszy z nich jak pamiętam podczas ćwiczeń gimnastycznych na boisku uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Trafiony w głowę dyskiem przez kolegę, podczas jego nieudanego rzutu, zmarł wkrótce. Najstarsza córka nauczyciela Balda zdaje się też nauczycielka, została zoną prezesa „Sokoła”, pana Giełzaka, powszechnie szanowanego.

 Karol Dąbrowski opisuje także swoich nauczycieli, z którymi zetknął się podczas nauki w 8-klasowym Państwowym Gimnazjum im. Jędrzeja Śniadeckiego w Pabianicach.

(…) Na osobowość młodzieży duży wpływ ma szkoła, grono najbliższych kolegów, a przede wszystkim kadry nauczycielskie z dyrektorem na czele, który szczególnie, jakby z góry nadaje specyficzny charakter i wprowadza taka czy inna atmosferę, opartą na dobrze przemyślanym szkolnym regulaminie porządkowym. Jak wiadomo, w ogólnej opinii uczniów, nie wszyscy profesorowie zasługują na sprawiedliwą ocenę pozytywną. Uczniowie, patrząc również krytycznym okiem na swoich wychowawców i nauczycieli, potrafią docenić stopień ich zaangażowania w czasie lekcji przez umiejętne zainteresowanie przedmiotem.  

Stefan Piątkowski

Z uwagi na powagę stanowiska w pierwszej kolejności wymienić należy pierwszego i wieloletniego dyrektora gimnazjum Stefana Piątkowskiego, który w dwóch klasach ostatnich, siódma i ósma, uczył biologii,  kończąc zakres ogólnej nauki przyrody prowadzonej do klasy szóstej włącznie przez prof. J. Pawłowskiego. Dyrektor cieszył się pełnym szacunkiem całego grona nauczycielskiego. Dla uczniów był zawsze surowy, wzbudzając mimo woli w pewnym stopniu jakby strach. Z wyglądu był poważny, trochę władczy.

Zofia Sawicka

W niższych klasach największą sympatią cieszyła się  polonistka, pani prof. Zofia Sawicka. Wkładała ona w swoją pracę lekcyjna duży wysiłek, aby nas jak najwięcej i najlepiej nauczyć. Zachęcała do lektury, nie tylko w zakresie obowiązkowym, ale także do lektury pozaszkolnej również obcej. Była bardzo wymagająca i sprawiedliwa w ocenie. Wiele wierszy uczyliśmy się na pamięć, wiele tez pamiętaliśmy przez długie lata, nawet jeszcze w ostatnim okresie naszego życia.

S. Piotrowski

Nie mniejszą popularnością i sympatią cieszył się prof. matematyki S. Piotrowski. Również świetny pedagog, wymagający i sprawiedliwy w ocenie. Potrafił zainteresować uczniów i i ich wiele nauczyć, nawet ucznia o mniejszych zdolnościach do nauk ścisłych. Dzięki prof. Piotrowskiemu  polubiłem matematykę oraz nabyłem takiej wprawy, ze rozwiązywałem różnego typu zadania bez trudności.

Był doprawdy świetnym pedagogiem do tego stopnia, że po przerobieniu programu nauczania matematyki do piątej klasy włącznie, uczeń w wyższych klasach nie miał z matematyką już większych trudności. Zaangażowanie  prof. Piotrowskiego w nauczaniu matematyki szczególnie dawało się zauważyć i zyskało uznanie wśród uczniów w przeciwieństwie do prof. R. Bromirskiego, uczącego matematyki w wyższych klasach.

R. Bromirski

Prof. Bromirski nie pozostawił po sobie trwalszych wspomnień. Robił bowiem wrażenie jakby  nie zależało mu, czy uczniowie zrozumieją i naucza się, najważniejsze jednak by lekcja minęła bez jakichkolwiek przeszkód. Ja osobiście zapamiętałem jedynie obraz profesora w chwili jak na sygnał dzwonka składał dziennik, wsuwał pod pachę i  z uśmiechem na twarzy opuszczał kolasę. W takiej sytuacji w klasie potworzyły się grupki uczniów, przy kilku lepszych matematykach i sami we własnym zakresie powtarzali materiał lekcyjny, korzystając jednocześnie z dodatkowych podręczników, samouczków i zbiorów zadań, jak np. Rybkina. Ja osobiście w klasie siódmej i ósmej w jednej grupce przerabialiśmy zadania z matematyki z kolegami Włodkiem Kneblewskim i Marianem Richterem. U prof. Piotrowskiego miałem  z matematyki zawsze najlepszą opinię i ocenę dobrą i nawet bardzo dobrą, natomiast u prof. Bromirskiego miałem ocenę tylko dostateczną. Byłem rzadko egzaminowany, specjalnie tez nie wyrywałem się do odpowiedzi. Z natury byłem nieśmiały i może za mało ambitny, brak mi było pewności i nie zawsze ufałem własnym umiejętnościom, oddając się całkowicie losowi. Ta trójka z matematyki od prof. Bromirskiego na świadectwie maturalnym przez całe moje życie przypominała mi się jako niesprawiedliwe zrządzenie losu. W opinii kolegów zawsze uchodziłem za dobrego matematyka i chętnie niektórym kolegom także pomagałem, jak np. M. R. Pragnę też nadmienić, jak pamiętam, w naszej klasie na maturze prof. Bromirski ocenę dobrą  wystawił może tylko trzem kolegom, których uważałem za najlepszych matematyków. Na egzaminie konkursowym na Wydziale Elektrycznym Politechniki Warszawskiej na 6 zadań dobrze rozwiązałem 5. Jedynie prosty, oddzielny przykład szósty z obliczenia liczby z pierwiastka kwadratowego został nierozwiązany. Trochę wstyd przyznać, prosta sprawa, zlekceważona. Wypada wspomnieć, że z matematyki na Politechnice warszawskiej u prof. W. Pogorzelskiego zdawałem zawsze w pierwszym terminie po zakończeniu wykładów z ocena dobrą i dość dobrą. Nadmieniam, że prof. Pogorzelski był w ocenianiu wyjątkowo surowy.

Jan Fegler

Pierwszym wychowawcą klasowym w klasie pierwszej był artysta malarz Jan Fegler. Oprócz nauki rysunków uczył także jak pięknie pisać – kaligrafii, z której z niezadowoleniem stawiał mi stopień dobry, w przeciwieństwie do rysunków, z których, jak sam mówił, z przyjemnością stawiał stopień bardzo dobry. Rysowaliśmy z model oraz z natury. Ja posiadałem już od młodości dwa uzdolnienia  wrodzone- do rysunków i skrzypiec. Lekcje rysunków lubiłem i starałem się rysować jak najstaranniej i realistycznie. Prof. Fegler moje rysunki chwalił i pewnego razu w czasie lekcji nazwał mnie Fałatem. Miał zwyczaj siadać na ławce obok ucznia i objaśniać zasady rysowania, cieniowania. Pewnego razu w czasie sprawdzania akurat mego rysunku nagle zachowanie klasy zrobiło się tak głośne, ze prof. Fegler się zdenerwował i bezwiednie zgniótł w ręku swoje okulary. Był wymagający i oceniał uczniów sprawiedliwie, pozostawił po sobie pamięć jak najlepszą,  mimo, że uczył nas krótko, tylko dwa lata. Wyjechał do Łodzi.

Helena Mazurowa z domu Śliwa

W pabianickim gimnazjum od drugiej klasy był język obcy do wyboru: niemiecki albo francuski. Starszy brat Zygmunt uczył się już francuskiego, ja wybrałem język niemiecki. Profesorka niemieckiego była Helena Mazurowa z domu Śliwówna, Polka, której mąż uczył geografii. Pamięć po sobie pozostawiła trwałą. Była nauczycielka kontrowersyjną. Uczyła właściwie bardzo dobrze, była wymagająca, zaangażowana w swej pracy. Zależało jej, żeby nauczyć jak najszybciej i jak najlepiej. Zadawała krótkie bajeczki niemieckie do przeczytania do domu i następnie wymagała streszczenia, oczywiście także po niemiecku. Z drugiej strony była tak ostra w stosunku do uczniów w swoich wymaganiach, że stawała się wręcz, za przeproszeniem, ordynarna. Wymyślała nie przygotowanym do lekcji, słabszym uczniom w słowach niewybrednych, począwszy od „osła” oraz rzucała zeszytem w twarz. Takie postępowanie oczywiście nie mogło się podobać choć miało tę dobra stronę, że zmuszało uczniów do „wkuwania”, aby pani profesor nie doprowadzić do podobnych wybuchów oraz samemu nie ośmieszać się w oczach kolegów, aby nie stwarzać na lekcji widowiska, na jakie zawsze czeka część uczniów.

Ja z niemieckiego byłem pilnym i dobrym uczniem i nigdy nie byłem narażony na podobną, nieprzyjemną sytuację. Były tez  czasem momenty nawet trochę  dla mnie śmieszne i zwłaszcza dla kolegi Bronka Dzięcielskiego, z którym siedzieliśmy w jednej ławce. Bronek należał do  grona czołowych uczniów, ale z niemieckiego asem nie był i nieraz  korzystał z mojej pomocy. Nie chcąc się chwalić, że byłem dobry z niemieckiego, podam przykład mej pomocy dla kolegów. W tej samej klasie  był Feliks Preiss, syn przemysłowca  pabianickiego. Była to rodzina niemiecka, ale dzieci były wychowane po polsku także w domu, oraz uczęszczały do szkół polskich. Stosunki towarzyskie utrzymywali głównie z młodzieżą polską, córka nawet wyszła za mąż za kapitana Wojska Polskiego. Otóż kolega Feliks po wypracowania domowe z niemieckiego przychodził do mnie do domu.

Lekcje niemieckiego zawsze stwarzały atmosferę w klasie napiętą i wymagały od uczniów jak największej uwagi i skupienia. Dopiero zbawienny dzwonek, sygnalizujący koniec lekcji momentalnie rozładowywał napięcie  nerwowe  czy strach u niektórych kolegów i znów choć na krótki czas pauzy zapominało się, co przedtem się działo. Gdyby nie świetna nauka i wymagania prof. Mazurowej, która przygotowywała uczniów do tego stopnia, że niewiele odbiegając od prawdy, wiedza zdobyta w młodszych klasach, stanowiła podstawę dla klas wyższych.   

Bergfeld

Tak się akurat złożyło w naszym gimnazjum, że nauczycielem niemieckiego w starszych klasach był prof. Bergfeld – Niemiec. Do nauczania w klasie odnosił się jakby z pewnym lekceważeniem. Wyczuwało się, ze nie zależało  mu, czy uczniowie robią jakiekolwiek postępy w nauce języka niemieckiego.  Przykładem były zadania klasowe, tzw. klasówki, które pozwalał dokończyć w domu. Nigdy nie było więc stopni niedostatecznych z niemieckiego.

W sumie moja znajomość języka niemieckiego, zdobyta w gimnazjum to zasługa pani prof. Mazurowej, która  usilnie starała się wpoić w  uczniów nie łatwą przecież gramatykę języka niemieckiego. W moich latach późniejszych znajomość niemieckiego stanowiła duża pomoc w czasie wojny i  okupacji niemieckiej, w okresie mej pracy przymusowej w Niemczech. Po wojnie, w latach osiemdziesiątych przy staraniu się o odszkodowanie za pracę przymusową załatwiałem korespondencję w języku niemieckim sam, bez pomocy. I w tym przypadku pragnę podkreślić, że tylko dzięki wielkiemu zaangażowaniu pani profesor  mogłem sobie poradzić.

Uzupełniając przyjacielską znajomość z kolegą Feliksem Preisem pragnę przypomnieć, że był on sympatycznym kolegą. Bywałem tez u niego w domu  - pałacyku przy ul. Konopnickiej róg Moniuszki. Stoi do dziś w całości użytkowany obecnie przez instytucję charytatywną. Budynek fabryczny tkalni bawełnianej Preissów usytuowany był  przy ul. Konopnickiej.  Dom architektonicznie ładny z niewielkim parkiem. Wnętrze pałacyku ładne z niewielkim holem. Pamiętam także, że ulubieńcem właścicieli, był duży czarny doberman, który z łatwością przeskakiwał dużej wysokości przeszkody. W starszych klasach bliższe kontakty zmalały, ponieważ w  jednej z klas on zimował i znaleźliśmy się w klasach różnych.

Rylski

W niższych klasach religii uczył ksiądz Rylski, który był wielkim przyjacielem młodzieży szkolnej. Ksiądz Rylski zawiązał w naszej szkole koło sodalicji mariańskiej. Przez parę lat po dwóch asystowaliśmy księdzu jako ministranci podczas rannej mszy świętej przed nauką w szkole już o 7 rano w kościele św. Mateusza na Starym Mieście. Całą ministranturę poznaliśmy na pamięć po łacinie i niektóre fragmenty utkwiły jeszcze w pamięci do późnych lat.

Jednocześnie pragnę podkreślić, że w szkołach przed II wojną światową zadawano sporo zadań pamięciowych, co rozwijało pamięć i w późniejszych latach bardzo procentowało, w przeciwieństwie do nauczania w szkołach powojennych, i to w każdym przedmiocie nauki. Jest to opinia zgodna ludzi starszych, którzy kończyli nauki w Polsce przedwojennej.

Pawłowski

W młodszych klasach do VI włącznie profesorem nauk przyrodniczych był Pawłowski, przez wiele lat wychowawca klasowy od czwartej do szóstej, której uczniem był mój brat Zygmunt, o dwa lata starszy. Prof. Pawłowski zapisał się jako pedagog  dobry oraz przyjaciel młodzieży. Był usposobienia pogodnego i był zawsze opanowany. Lekcje  przyrody odbywały się w atmosferze spokoju i zainteresowania. Charakterystyczną cechą lekcji były tak zwane "zielniki", w które wklejaliśmy wszelkie dostępne rodzaje liści i kwiatów, jakie zbieraliśmy w parkach miejskich na specjalnych lekcjach. W ten sposób poznawaliśmy lepiej gatunki drzew, roślin i kwiaty. Poza tym ciekawe były też lekcje o ptakach, które łatwo później rozróżnialiśmy  w naturze. O motylach i zwierzętach również nas w szkole wiele nauczono. Wiedza ogólna z przyrody nie tylko krajowej i europejskiej, ale także światowej utrwaliła się w naszych umysłach na długie lata.

Mazur

Ciekawą osobowością odznaczał się także prof. Mazur, były legionista. Jak pamiętam, miał on jedną ręką nieco sztywną po ranie postrzałowej w jednej z bitew z bolszewikami. Uczył geografii i historii. Miał swój sposób egzaminowania ucznia. Wezwanemu uczniowi do tablicy podawał tylko temat na który trzeba było opowiadać wszystko, co się aktualnie wiedziało. Gdy uczeń swoje opowiadanie zakończył, profesor powiedział „dziękuję, proszę na miejsce”. Następny uczeń wezwany do odpowiedzi miał za zadanie - może już nieco trudniejsze, uzupełnić poruszony temat. Tego rodzaju sprawdzanie nauczonej lekcji, wydaje się, że nie było pozbawione racji do naśladowania.

E. Gołaczewski

Ciekawym typem, rzadziej spotykanym, nauczyciela był też prof. E. Gołaczewski, który przez jeden rok w klasie IV uczył fizyki. Był to człowiek nerwowy. Najlepszy stopień u niego był dostateczny. Mawiał, że na piątkę z fizyki wie tylko Pan Bóg, nauczyciel na czwórkę, a uczeń na dostateczny. Wiele tez stopni stawiał dostatecznie z minusem i nawet dwa z plusem, które miały znaczenie jeszcze dodatnie z prawem do zaliczenia. Uczniowie mieli go za dużego dziwaka, obawiali się też ocen niedostatecznych z fizyki, aby przypadkiem taki stopień nie wpływał na promocję do klasy V. Pewnego razu prof. Gołaczewski, zwykle roztargniony, po zakończeniu lekcji zapomniał zabrać z sobą dziennik klasowy ze swoim osobistym notatnikiem stopni z klasówek i wypowiedzi ustnych uczniów.  Pozostawiony dziennik grupka uczniów schowała pod katedrą. W pokoju nauczycielskim prof. Gołaczewski spostrzegł, że brak mu dziennika i wrócił do klasy, stwierdził następnie też brak dziennika na katedrze, zwrócił się więc do uczniów pozostałych w czasie pauzy, czy nie widzieli dziennika. Oczywiście chórem odpowiedzieli, że profesor zabrał go ze sobą. Powstała wielka chryja. Sprawa zaginięcia dziennika oparła się o dyrektora. Zagrożono surowymi konsekwencjami klasie. Strach obleciał uczniów. Na drugi dzień wydobyto dziennik spod katedry oraz    podrzucono do pokoju nauczycielskiego i cała sprawa ucichła.

H. Czekay

Ciekawym i pozytywnym przykładem nauczyciela w młodszych klasach był prof. H. czekaj, który prowadził prace ręczne. Między innymi nauczał z zakresu stolarki wykonywanie prostych rzeczy do użytku domowego, jak np. wieszaków, półek, piłowania i szlifowania oraz introligatorstwa. Do dziś na pamiątkę zachowany został mały wieszak drewniany, wykonany przez brata Zygmunta oraz kilka książek odpowiednio przeszytych i oprawionych w sztywne okładki, oklejone specjalnymi papierami błyszczącymi, wzorzystymi tzw. marmurkowymi, jak je wtedy nazywano.

H. Miłek

Pozytywnie w dziejach gimnazjum pabianickiego zapisał się również prof. H. Miłek, który uczył  śpiewu i muzyki oraz prowadził szkolną orkiestrę. Syn profesora Stanisław był naszym rówieśnikiem i był kolegą klasowym najpierw mego brata Zygmunta i następnie w klasach starszych moim. Oprócz historii muzyki od czasów starożytnej Grecji poprzez muzykę u chrześcijan w Polsce oraz powszechną aż po romantyzm, poznawaliśmy także ogólne podstawy teorii muzyki od czasów starożytnej Grecji, jej dalszy rozwój aż do przełomu wieków XIX i XX. Były też klasówki z teorii muzyki. Był też  chór oraz szkolna orkiestra, w której grał brat Zygmunt na skrzypcach. W naszym gimnazjum do klasy szóstej włącznie obowiązujące były oba przedmioty: rysunki i śpiew. W klasach siódmej  i ósmej obowiązywał tylko jeden z nich do wyboru. Ponieważ w domu mieliśmy tylko jedne skrzypce postanowiliśmy, że przy przedmiocie śpiewu pozostanie Zygmunt, a ja wybiorę rysunki.(…)

W orkiestrze szkolnej grali uczniowie z różnych klas. Kilku było już nieźle technicznie zaawansowanych na swoich instrumentach, część uczyła się gry w miejscowej szkole muzyczne, kierowanej przez panią Bromirską, żonę naszego profesora matematyki. Profesor Milek był także kompozytorem. Jedną z głównych jego kompozycji była opera „Żabi Król”, o tematyce baśniowej. Orkiestra szkolna brała udział  w różnych uroczystościach szkolnych i obchodach świąt państwowych oraz miała tez swoje występy w gimnazjach miast sąsiednich. Szczytem powodzenia profesora Miłka było wystawienie „Żabiego Króla” na scenie miejskiego kina oraz także w Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Pabianicach. W gronie wykonawców, także solistek, wystąpiło też kilka uczennic tegoż gimnazjum. Czołową rolę zagrała, wyjątkowo udanie uczennica Zofia Polówna. Piękna to była dziewczyna i zgrabna jak baletnica, o ładnym głosie, czystym i miłym. Była też scena baletowa. Grała orkiestra Gimnazjum Śniadeckiego, były melodyjne arie sopranowe, altowe, tenorowe, nawet basowe. Przygotowania do wystawienia przedstawienia bywały długie. Często odbywały się próby orkiestry, solistek i solistów, aż ostatecznie do próby generalnej. Niektóre próby osobiście widziałem. Młodzieży szkolnej podobała się również  fabuła baśniowa.

Publiczność pabianicka była przedstawieniem zachwycona oraz z wielkim podziwem odnosiła się do wszystkich młodocianych wykonawców. „Żabi Król” był wystawiony także w gimnazjach miast sąsiednich (Łódź, Łask). Po premierze „Żabi Król” przez wiele tygodni był tematem rozmów i dyskusji wśród młodzieży oraz również wielką popularnością wśród dorosłych.

Mieczysław Gajewicz

Na życzliwe i mile wspomnienie zasługuje również prof. Gajewicz Mieczysław, uczący w starszych klasach chemii, jednocześnie mój wychowawca w klasie siódmej i ósmej. Wspólne zdjęcie fotograficzne całej klasy ósmej z prof. Gajewiczem z roku 1927 posiadam do dziś zachowane w albumie. Zdaniem uczniów był on dobrym nauczycielem i jednocześnie jako wychowawca był również przyjacielem. W ramach lekcji odbywały się tez prace laboratorium chemicznym, gdzie wykonywane były różne prostsze doświadczenia chemiczne. Lekcje w laboratorium bardzo uczniom odpowiadały, były bardziej może pouczające i na dłużej utrwalały się w naszej pamięci. Zapamiętałem, że kiedyś po lekcji w laboratorium, które znajdowało się w oddzielnym pomieszczeniu w lewej oficynie, cześć uczniów, wśród których ja się znalazłem, pozostała nieco dłużej na miejscu. Jeden z nich, nie pamiętam kto, dostał się do szafy z próbkami pierwiastków i związków chemicznych, oraz nieopatrznie wyjął ze słoika z naftą kilka cząsteczek fosforu. I nikt by się o tym nie dowiedział, gdyby fosfor nie zapalił się mu w kieszeni. Szczęśliwie czym prędzej powrócił on do laboratorium i resztę fosforu wrzucił z powrotem do słoika z naftą. W laboratorium pozostał dym, co oczywiście nas zaniepokoiło. Fakt ten pozostał tajemnica i prof. Gajewicz o tym wydarzeniu się nie dowiedział. Prof. Gajewicz na miejscu w Pabianicach miał skromny pokoik. Właściwe mieszkanie miał w Łodzi w domu swego ojca, który był dyrektorem Banku Handlowego. W chwilach samotności podczas swego spaceru w mieście, spotkawszy kogoś ze swoich uczniów zatrzymywał go i kończył spacer na swobodnej przyjacielskiej rozmowie. Był  on trochę tez dziwakiem. Żona  z córka mieszkały w Zakopanem, gdzie była profesorką w gimnazjum.

Roman Konecki

Z grona nauczycielskiego gimnazjum męskiego na szczególne wspomnienie zasługuje także ksiądz dr Roman Konecki, profesor języka polskiego w klasach starszych. Otaczał się duża tajemniczością. Zawsze ubrany na czarno, najczęściej w sutannie. Ruchy jego sprężyste i bystre spojrzenie cechowały człowieka energicznego o silnej osobowości. Był krótkowidzem i nosił okulary. Wśród młodzieży szkolnej krążyło wiele różnych opowieści o jego przeszłości.

Jak dało się zauważyć, w okresie nauczania w naszym gimnazjum, ksiądz Konecki nie brał udziału w celebrowaniu obrzędów kościelnych, robiło to wrażenie jakby był odsunięty od wykonywania praktyk kościelnych. Był też wykładowcą na Wolnej Wszechnicy (prywatna wyższa szkoła) w Łodzi  od jej powołania w roku 1927, którą w roku 1945 przekształcono na Uniwersytet Łódzki. Mieszkał naprzeciwko gimnazjum przy ulicy Pułaskiego na drugim piętrze, gdzie posiadał duża bibliotekę, do której zapraszał uczniów celem korzystania z  księgozbioru. W ocenach był wymagający, ale nie zawsze w pełni sprawiedliwy. Stopień dobry stawiał wyjątkowo rzadko. Brat Zygmunt, uchodzący w gimnazjum za dobrego polonistę, na świadectwie maturalnym, jako jeden z niewielu maturzystów od ks. Koneckiego otrzymał stopień dobry. Ksiądz Konecki zorganizował tez dla maturzystów w gimnazjum specjalny kurs języka łacińskiego, mających kontynuować dalszą naukę na wydziałach medycznych i prawniczych. Ks. Konecki zwiedził sporą część Europy i świata. Jak nam opowiadał, według niego najbardziej uroczym miastem w Europie jest Innsbruck w Austrii, położonym w Alpach Tyrolskich w dolinie rzeki Inn. 

Jak zauważyliśmy, ks. Konecki, który zwykle chodził w sutannie, na wieczorne spacery przebierał się często też w ubranie cywilne. Spotkani uczniowie po godz. 20 na ulicy, czy w innym miejscu, na najbliższej lekcji musieli się tłumaczyć oraz byli wzywani do tablicy, do odpowiedzi z zadanych lekcji.

Einhornowa

Profesorką  języka francuskiego była pani Einhornowa, bardzo sympatyczna i zaangażowana w swej pracy, tym bardziej, że posiadała nieco mniej uczniów niż Mazurowa od języka niemieckiego. Jednym  z uczniów prof. Einhorn był mój brat Zygmunt, który od klasy II do VIII był najlepszym Francuzem ze stopniem bardzo dobrym. Pragnę nadmienić, że Zygmunt, uzdolniony humanista, już w gimnazjum opanował język francuski w takim stopniu, że z łatwością czytał i rozumiał lubiany język oraz dalej interesował się literaturą francuską, kupując  powieści pisarzy francuskich. Kilka książek we francuskim po bracie pozostało w rodzinie.

Kobyłecki

Ciekawą postacią w gronie nauczycielskim był też nasz gimnastyk Kobyłecki, góral z pochodzenia. Był już w wieku około 60 lat, ale jego sprężysta sylwetka i sprawne ruchy były doprawdy godne pozazdroszczenia i naśladownictwa. Bardzo poważnie traktował wszelkie ćwiczenia gimnastyczne, które przecież mają zawsze swoje znaczenie w  rozwoju fizycznym młodzieży szkolnej. On też wprowadził boks do naszej szkoły. Część uczniów starszych osiągnęła nawet nie najgorszy poziom i brała udział nie tylko w zawodach międzyszkolnych. Największą popularnością w gimnazjum cieszyła się jednak piłka nożna. Grały w nią wszystkie klasy. Odbywały się zawody międzyklasowe, także mecze zespołów reprezentacyjnych gimnazjów z Łodzi i Łasku. W zespole reprezentacyjnym często grywał tez brat Zygmunt, który był dobrym graczem i bramkostrzelnym, grał zawsze Zygmunt (…).

Po skończeniu IV klasy Szkoły Powszechnej przy ul. Mariańskiej w 1920 wstąpiłem do I klasy ośmioklasowego Gimnazjum Państwowego im. Jędrzeja Śniadeckiego, typu matematyczno- przyrodniczego w Pabianicach przy ul. Pułaskiego 14, w budynku po byłej siedmioklasowej Szkole Handlowej. Sam budynek stoi jeszcze do dziś. (Wspomnienia  spisuję w 1993 roku, mieszkając w Toruniu). Murowany budynek szkolny trójkondygnacyjny, w frontowej części obejmował pokoje administracyjne oraz klasy lekcyjne, od strony ulicy robi wrażenie zwykłej kamienicy czynszowej. Uwagę przechodnia zwracała jedynie podłużna tablica z nazwą gimnazjum na tle czerwonym, nad wąskimi drzwiami wejściowymi do budynku. Po obu bokach od strony podwórza były dwie oficyny przylegające do budynku głównego: oficyna lewa, zawierająca wówczas pomieszczenia laboratoryjne fizyko-chemiczne, przyrodnicze, zbiory map geograficznych, gabinet dentystyczny oraz inne magazynowe; oficyna prawa na parterze z pomieszczeniami gospodarczymi i sanitarnymi (prymitywna ubikacja dla uczniów) oraz nad nimi na całej długości, wysoka na dwie kondygnacje sala gimnastyczna z pełnym wyposażeniem. Wejście do sali gimnastycznej było z budynku głównego z poziomu pierwszego pietra oraz także z podwórza na drugim końcu sali. Niewielkie podłużne podwórze oraz większy plac z prawej strony zabudowy szkoły, odgrodzony parkanem drewnianym od ulicy Pułaskiego. Plac ten o wymiarach może ok. 50 na 50 metrów służył jako boisko szkolne do rozgrywania zawodów w piłkę nożna, ręczną,  ćwiczeń gimnastycznych i lekkoatletycznych oraz do wszelkiego rodzaju masowych zbiórek uczniów z okazji szkolnych, rocznicowych, miejskich i świąt państwowych.

Przed wojną duże znaczenie wychowawcze dla utrzymania właściwej dyscypliny wśród młodzieży  miało wprowadzenie obowiązku noszenia typowych mundurków szkolnych w gimnazjach państwowych ogólnokształcących już od następnego roku po odzyskaniu niepodległości Polski. W gimnazjum Śniadeckiego obowiązywały mundurki ciemnoszare. Marynarki posiadały kołnierze stojące znad których wystawały białe wypustki. Z przodu kołnierza z obu stron naszyte specjalne naszywki, obszyte tasiemką srebrną dla klas I do IV, a złotą  - od klasy V do VIII. Podobnie uczennice Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Królowej Jadwigi w Pabianicach posiadały swoje mundurki, lecz w kolorze granatowym, składające się oczywiście ze spódniczki i bluzki z dużym kołnierzem w kombinacji z kolorem białym. W naszym gimnazjum męskim zwracano także uwagę na staranne uczesanie krótko strzyżonych włosów, a w ogólności na czystość uczniów i higienę. Bardziej rygorystyczna dyscyplina była w gimnazjum żeńskim. Obowiązywała dziewczęca fryzura, jak również w pewnych granicach zakaz noszenia biżuterii. Nie była więc widoczna różnica pochodzenia socjalnego wśród uczennic oraz uczniów. Uczennice nosiły obowiązkowo berety granatowe z obszyciem srebrnym lub złotym, uczniowie czapki granatowe. Poza szkołą, na ulicy, młodzież gimnazjalna pamiętając o tym, że noszą mundur reprezentacyjnych szkół pabianickiego grodu, zachowywała się godnie z pewną dumą. Dawała dobry przykład  pozostałej młodzieży szkół powszechnych oraz innych szkół średnich, gdzie nie obowiązywały typowe mundurki. Niektórzy uczniowie, zwłaszcza klas starszych, bardziej wyrośnięci, nie chcąc być zauważeni i skrępowani, naszywki na kołnierzykach posiadali niestałe, a do zdejmowania. Naszywki na kołnierzach były tylko na agrafki zaczepiane przed wejściem do szkoły, a z chwila opuszczenia gmachu szkolnego, uczniowie  odczepiali naszywki z kołnierzy.

Jak wiadomo część młodzieży szkolnej po zajęciach szkolnych zabierała się po przyjściu do domu do odrabiania  zadań domowych i następnie wolny czas w miarę możliwości wykorzystywała na pogłębianie rozwoju umysłowego przez odpowiednia lekturę czy też tylko korzystała dla pokrzepienia ducha i zdrowia z rozrywki na świeżym powietrzu w parku, lasku lub zwyczajnie na łące i wśród łanów zbożowych.

W starszych klasach  w miesiącach cieplejszych bywało, że po kilku kolegów umawiało się na spotkania w parku miejskim przy zamku, na których prowadzono rozmowy nie tylko na tematy szkolne, ale dyskutowano również o sprawach społecznych i politycznych, i nie tylko krajowych, ale też ogólnoświatowych.

Bywało, że szczególnie w gorące dni letnie, niektórzy uczniowie urządzali indywidualne, nieraz wspólne wagary na łonie natury z różnych pobudek, jak np. dla uniknięcia zapowiedzianej klasówki, czy też nieodrobienia zadań domowych lub też po prostu dla zabawy. Kilka też podobnych dni wagarowych -  ja, jak również i brat Zygmunt, mieliśmy obaj na sumieniu, ale bynajmniej nie z powodu nieprzygotowania się do lekcji, ale po prostu dla wypoczynku, i to zawsze za zgodą i wiedzą rodziców, którzy do nas mieli zawsze pełne zaufanie.

Wspomnieć też warto, że wielu wśród kolegów szkolnych, przede wszystkim z gimnazjum Śniadeckiego należało do Związku Harcerstwa Polskiego. Niektórzy zajmowali także wyższe funkcje członkowskie, jak np. koledzy Stępień Adam, Janke Zygmunt czy Kneblewski Włodzimierz.

W ostatnich klasach gimnazjum, wśród kolegów starszych i więcej dojrzałych umysłowo, dało się zauważyć, że ich rozwijające  się światopoglądy zaczynały się stopniowo krystalizować w sensie aprobaty idei i haseł, programów jednych czy drugich partii politycznych. W młodych umysłach dominuje przede wszystkim naturalne poczucie ludzkiej sprawiedliwości bez jeszcze wpływu obowiązujących już praw w zorganizowanym życiu społecznym i politycznym. Młodszy umysł zawsze spogląda na świat i najbliższe otoczenie bardziej idealistycznie.

Niektórzy gimnazjaliści zainteresowani już sprawami politycznymi chodzili na wiece i zgromadzenia, zwłaszcza w okresie przedwyborczym i wysłuchiwali przemówień jednostronnych społeczników i polityków, jak np. Antoniego Szczerkowskiego, posła PPS.

W moim pamiętniku, sięgającym przecież jeszcze pierwszych trzydziestu  kilku lat XX wieku, warto tez wspomnieć, ze w okresach zimowych w Pabianicach było w zwyczaju urządzanie specjalnego lodowiska miejskiego przy Komendzie Straży Pożarnej. Obecnie w tym miejscu przechodzi krótka uliczka Strażacka.

Z tego lodowiska stale korzystało wielu mieszkańców Pabianic, szczególnie młodzież szkolna. Z przyjemności jazdy na łyżwach na tym lodowisku i ja korzystałem w starszych klasach gimnazjalnych na starych, dość sfatygowanych, zużytych łyżwach, które przykręcało się do zwykłych, codziennie używanych butów. Łyżwy te otrzymałem od jednego z kolegów za cos, nie pamiętam jednak za co.

Stosunkowo szybko nabrałem pewnej wprawy także w wykonywaniu prostszych figur. Czasem zdarzały mi się tez upadki, ale to się przytrafia przecież nawet obecnie najlepszym mistrzom jazdy figurowej na różnych zawodach. W godzinach wieczorowych lodowisko było oświetlone, co dawało też miły efekt. W dniach wolniejszych od nauki oraz w niedziele i święta przyjemnie można było pojeździć dłużej i do domu wracać nawet dość zmęczonym.

Dużą rozrywkę poza sportem stanowiły trzy miejscowe kina, które nadawały filmy jeszcze nieme i tylko czarno-białe. Na seanse popołudniowe chodziło się bez kłopotu. Z filmów wieczornych oraz innych imprez kulturalnych, jak gościnne przedstawienia teatralne  korzystano rzadziej ze względu na rygory, wprowadzone przez dyrekcje gimnazjów, ograniczające przebywanie w miejscach publicznych po godzinie 20. Niejednokrotnie te przepisy oczywiście nie były ściśle przestrzegane przez młodzież szczególnie w dniach wyświetlania filmów popularnych, seryjnych w owych już czasach. Dla przypomnienia podaje filmy z aktorami Harry Pielem, Marią Walcamp oraz film „Jeździec bez głowy”. Z ciekawszych występów teatralnych artystów były występy Marii Malickiej i Aleksandra Węgierki w sztuce „Ponad śnieg bielszym się stanę” Żeromskiego i „Świt, dzień, noc”, które cieszyły się dużym powodzeniem także wśród młodzieży szkolnej.  Były też występy innych aktorów polskich. Przedstawienia te dawane były zwykle w godzinach wieczornych.  

Podobnie jak w innych miastach, także i w Pabianicach były miejsca uczęszczane częściej dla celów spacerowych i relaksu. Był i jest dotąd w Pabianicach park miejski nad Dobrzynką przy zamku oraz park Wolności i ulica Zamkowa, nazwana niechlubnie przez komunistów ulicą Armii Czerwonej. Fragment tej ulicy szczególnie między ulicami Piłsudskiego i Pułaskiego  był poszerzonym odcinkiem z podwójnym szeregiem drzew oraz stałymi ławkami, nadawał się do spotkań ze znajomymi. Ten pas Zamkowej był popularnie zwany „alejkami”.

Przez cały okres szkolny w gimnazjum lekcje odrabialiśmy przy świetle od lamp naftowych. Miasto nie posiadało jeszcze elektryczności dla celów domowych i ogólnego publicznego oświetlenia elektrycznego. Toteż w godzinach wieczornych i nocnych miasto było pogrążone w kompletnych ciemnościach. Jedynie część ulic sąsiadujących z większymi fabrykami firm Krusche i Ender oraz R. Kindler posiadało oświetlenie od lamp gazowych lub częściowo od lamp elektryczno – łukowych. Hale fabryczne posiadały oświetlenie gazowe. Gaz dla celów oświetleniowych w mieście dostarczała gazownia fabryki Krusche i Ender przy ulicy Zamkowej 4. Z tego gazu korzystały oddziały fabryczne, administracja i domy firmy oraz także kilka innych fabryk, szpitale i niektóre obiekty samorządowe.

Część ulicy Bocznej (Żeromskiego) z terenem szpitala i placem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” była oświetlona lampami łukowymi za pomocą prądu stałego z fabryki Kindlera; pamiętam, że jedna lampa na słupie drewnianym była usytuowana w odległości około 10 metrów od naszego domu oraz rzucała światło na ścianę domu i podwórze. Byliśmy więc pod tym względem częściowo uprzywilejowani. Dopiero jak poprowadzono linie wysokiego napięcia 30 kV prądu zmiennego z Łodzi do Pabianic w roku 1922, następowała stopniowa rozbudowa sieci miejskiej i z nią elektryfikacja najpierw fabryk i obiektów samorządowych, różnych  obiektów państwowych, szkół, instytucji handlowych, kulturalnych. Rozpoczął się okres dobrej koniunktury gospodarczej. Stopniowo malała liczba bezrobotnych i zwiększało się zatrudnienie. Miasto otrzymywało stopniowo oświetlenie uliczne oraz etapami budynki mieszkalne. W naszym domu światło elektryczne zaświeciło najpierw w klatce schodowej już w kwietniu 1930 roku, a w naszym mieszkaniu dopiero na początku 1932 roku. „Co to za wygoda”? – tak napisała siostra Wanda do mnie. Jak już wspomniałem, przez cały okres naszej nauki szkolnej, do matury włącznie, przeżyliśmy przy lampach naftowych, przy oświetleniu do nauki rzeczywiście niedostatecznym, co też spowodowało już w pierwszych klasach pogorszenie wzroku u naszego starszego brata Zygmunta. (…)

W czasie trwania wojny polsko-radzieckiej lub bolszewickiej, jak popularnie ją nazywano, ćwiczenia wojskowe rekrutów odbywały się na terenie placu Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, którego sale gimnastyczną i przyległe pomieszczenia wykorzystano na koszary. Często przychodziłem tam i przyglądałem się ćwiczeniom przyszłych żołnierzy. Jak pamiętam z opowiadań starszych, okresy rekruckie były bardzo skrócone. Już po paru tygodniach ćwiczeń wysyłano nowo sformowane oddziały na front. Jednym z oficerów w randze porucznika pewnego kontyngentu, skierowanego na front kijowski był pabianiczanin Jankowski, którego zwłoki przywieziono już po tygodniu wymarszu z Pabianic. Osierocił żonę  i małą córeczkę. Kilku innych pabianiczan zostało rannych i  kilku z nich pozostało kalekami. Powracających z frontu miasto witało jak bohaterów. Wieściami o tak ciężkich walkach i dużych stratach oraz ofiarach, społeczeństwo pabianickie było bardzo poruszone.

Do dziś jeszcze mam w pamięci sklep z wyrobami tytoniowymi przy ulicy Bocznej 8 (od 1925 roku Żeromskiego), w sąsiedztwie naszego domu, będący własnością pani Jankowskiej, która otrzymała go w darze od władz miejskich. Do tego sklepu posyłany byłem przez ojca po zakup najczęściej tytoniu macedońskiego i gilz (tutek) krakowskiej firmy „Morwitan”. Czasami też wyrabiałem papierosy dla ojca osobiście, ale nigdy nie próbowałem zapalić.

W jednym z ostatnich lat zamieszkania rodziców przed rokiem 1935, jeszcze przy ulicy Żeromskiego 16, mogło to być lato 1933 roku, jak utrwalone zostało w mej pamięci, głośno było w całych Pabianicach, a szczególnie na ulicy Żeromskiego. Powodem zwiększonego ruchu pieszych i częściowo także zmotoryzowanych było świętowanie światowego Zlotu „Sokołów”, jak podawała prasa o zjeździe Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, którego siedziba, z dyrekcją i boiskiem, jak już wcześniej wspomniałem znajdowała się  na końcu zamkniętej wówczas ulicy Żeromskiego w odległości ok. 100 m od naszego domu. W owym czasie wśród członków „Sokola” mieliśmy z bratem Zygmuntem kilku  znajomych. Od najmłodszych lat bywaliśmy  świadkami ćwiczeń na boisku i na sali gimnastycznej oraz również podczas pokazów z okazji różnych  uroczystości. Z wielkim  podziwem obserwowaliśmy zręczność i odwagę przy wykonywaniu bardzo trudnych pokazów na różnych przyrządach gimnastycznych. Dla mieszkańców  niewielkiego miasta, jak ówczesne Pabianice, było to duże święto. W związku ze zlotem oraz przyjazdem  reprezentacyjnych gości zagranicznych z Czech, Niemiec, podobno również z Ameryki, chętnych oglądania pokazów gimnastycznych najlepszych sportowców „Sokoła” było wielu, nie tylko wśród samych pabianiczan, ale także łodzian. (…)

Karol Dąbrowski opisuje też jak pokonywał granicę między Krajem Warty a Generalną Gubernia  na początku drugiej wojny światowej.

(…) Ponieważ granica między Rzeszą Niemiecką a Generalną Gubernią przebiegała w niedalekiej odległości od Pabianic, ściślej od Rzgowa, dokąd była komunikacja tramwajowa z Pabianic, i dalej granica przecinała szosę w kierunku Tuszyna (prowadząca następnie w kierunku Piotrkowa), postanowiłem z kuzynem przebadać możliwość przejścia przez punkt graniczny. Pewnego dnia pojechaliśmy więc tramwajem do Rzgowa, na miejsce, skąd najczęściej odjeżdżają wozy konne w kierunku Tuszyna, z którymi ewentualnie można by się zabrać. Na samej granicy przy głównej szosie stał posterunek żandarmerii, gdzie przeprowadzano kontrole dokumentów. Poinformowano też, że posterunek przepuszcza przez granice do Generalnej Guberni tylko na podstawie dowodów stwierdzających miejsce stałego zamieszkania. Uzyskawszy tego rodzaju zachęcającą informację, ustaliliśmy z kuzynem termin wyjazdu z Pabianic. Inna próba ominięcia posterunku granicznego byłaby ryzykowna nawet w godzinach nocnych. Proponowano nam też przeprowadzenie, i to za niemałą opłatą, na co się nie zgodziliśmy.

Na opuszczenie przeze mnie Pabianic, rodzice oczywiście wyrazili akceptację, szczególnie brat Zygmunt i siostra Wanda, chcąc  abym dla własnego bezpieczeństwa uczynił to jak najszybciej. W umówionym dniu wszyscy wstaliśmy dość wcześnie. Brat Zygmunt po pożegnaniu się ze mną wyjechał do pracy w Urzędzie Skarbowym w Łodzi. Ja nieco później pożegnałem się z rodzicami. Rozstanie było smutne. Nie wiadomo było, czy i kiedy, i w jakich okolicznościach wszyscy się zobaczymy. Wojna światowa dopiero się rozpoczęła. Getto dla Żydów stworzono od samego początku, wobec ludności polskiej również zastosowano rygor i różne represje, do aresztowań włącznie i masowych wysiedleni do Generalnej Guberni.

Spod zamku w Pabianicach razem z kuzynem Izydorem Fornalskim odjechaliśmy łódzkim tramwajem podmiejskim nr 41 do Chocianowic  (dzielnica Łodzi), skąd tramwajem nr 42 dostaliśmy się do Rzgowa, wsi nad Nerem, na szlaku w kierunku Tuszyna i Piotrkowa. W Rzgowie zaraz po przyjeździe zasięgnęliśmy bliższych informacji na temat kontroli na punkcie granicznym oraz umówiliśmy się z przygodnym właścicielem furmanki konnej jadącej w kierunku Tuszyna główną drogą na wprost punktu kontrolnego żandarmerii. Razem z nami zabrała się jeszcze jedna Polka. Na punkcie granicznym stała budka wartownicza oraz opuszczony szlaban przez droge. Gdy nasz wóz zbliżył się do szlabanu żandarm nakazał się zatrzymać i wysiąść wszystkim z wozu. Najpierw wylegitymował właściciela wozu, któremu pozwolił na przejazd> Moje dokumenty oraz kuzyna po dokładnym ich sprawdzeniu oraz dodatkowych ustnych  naszych wyjaśnieniach, uznał za wystarczająco ważne i uprawniające do przekroczenia granicy i powrotu do Warszawy. Przygodną towarzyszkę naszej podróży także wylegitymował, lecz jej przez granice nie przepuścił. Byłem świadkiem, jak zatrzymana była  grupka piechurów, którzy byli zmuszeni do zawrócenia. Po przejściu poza szlaban wsiedliśmy na furmankę i przyjechaliśmy szczęśliwie do samego Tuszyna. Niedaleko Tuszyna właściciel zboczył jednak z głównej szosy, zostawiając nas na drodze. Jak się okazało, do miasta rzeczywiście było bardzo blisko i po niecałej godzinie znaleźliśmy się na rynku Tuszyna. Tu wyczuliśmy już atmosferę swobodniejszą. We dwójkę było nam raźniej. Udało się nam znów znaleźć wóz jadący do Piotrkowa, dokąd dotarliśmy jeszcze przed południem. Z Piotrkowa, już pociągiem, jeszcze tego samego dnia wczesnym wieczorem przyjechaliśmy do Warszawy. (…)


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij