www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pamiętnikarze

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W „Pamiętnikach lekarzy”, red. K. Bidakowski i T. Wójcik, 1968  znajduje się praca Wacława Stefańskiego, który wspomina m. in. swój pobyt w Pabianicach na początku XX wieku.  Autor wspomnień urodził się w 1878 roku w Warszawie. Ojciec  Stefańskiego  uciekł z pruskiego Pomorza do Kongresówki, perypetie ojca odbiły się poważnie na późniejszym życiu syna. Według obowiązujących przepisów prawnych  zmuszony był  przez długie lata pozostać niemieckim poddanym.  Stefański w 1905 r. ukończył Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego. Obietnice uzyskania poddaństwa rosyjskiego otrzymał dopiero w 1911 r. w Pabianicach, gdzie  wręczono mu „wodworitienoje swiditielstwo”, czyli dokument upoważniający do otrzymania po upływie pięciu lat rosyjskiego paszportu. Brak stosownego dokumentu utrudniał Stefańskiemu poruszanie się po Europie i był przyczyną wielu dramatycznych sytuacji.

(…) Na moją decyzję opuszczenia Nasielska wpłynęły głównie uciążliwe warunki komunikacyjne wokoło miasteczka, co się odbiło na moim zdrowiu, oraz chęć pracy w większym środowisku, gdzie byłaby możliwość praktyki opartej o szpital. Poza tym chodziło o bardziej kulturalne warunki bytowania. Z tych względów – po sześcioletnim pobycie w Nasielsku – za namową żony zgłosiłem swą kandydaturę na lekarza kobiet i dzieci przy fabryce Kindlera w Pabianicach.

Po zawarciu umowy z dyrekcją fabryki i wynajęciu odpowiedniego lokalu w styczniu 1911 roku przenieśliśmy się wraz z matką żony, z którą nie rozstawaliśmy się, i z czteroletnim synkiem Januszem do Pabianic, gdzie z dużym zapałem przystąpiłem do zawodowej pracy w warunkach, które mi pod każdym względem odpowiadały.

Pabianice były wówczas miastem liczącym czterdzieści pięć tysięcy mieszkańców, w którym znajdowały się trzy dobrze urządzone szpitale. Wygodne tramwajowe połączenie z Łodzią znakomicie ułatwiało życie kulturalne i towarzyskie (w Łodzi miałem sporo przyjaciół jeszcze z czasów gimnazjalnych).

W tych czasach Pabianice były wyjątkowym w Kongresówce miastem, gdzie rozwijały się i kwitły najrozmaitsze społeczne instytucje. Znajdował się tam duży gmach Domu Ludowego z salą teatralną, w którym mieściły się: Towarzystwo Naukowe i Muzeum Przyrodnicze. Rozwinięta była także, jak na owe czasy, spółdzielczość – miasto posiadało bowiem osiemnaście filii „Społem” oraz robotniczą kooperatywę galanteryjno-tekstylną „Światowid”. Artystyczną działalność rozwijały trzy polskie chóry śpiewacze. Towarzystwo sportowe, późniejszy oddział „Sokoła”, troszczyło się o fizyczny rozwój młodzieży, a jej potrzeby oświatowe zaspokajały szkoły powszechne i Koedukacyjna Średnia Szkoła Handlowa z polskim językiem wykładowym. Opiekę nad młodszymi dziećmi sprawowały przedszkola i ochronki. Pabianice posiadały również wiele organizacji i instytucji kulturalno-oświatowych niemieckich, specjalnie faworyzowanych przez władze. Wszystko top dawało upust dla pragnących pracować społecznie.

Amatorskie przedstawienia sekcji dramatyczno-muzycznej Domu Ludowego stały na wysokim poziomie. Wystawiano oprócz dramatów i komedii nawet i jednoaktowe opery. Co drugi poniedziałek odbywały się gościnne występy łódzkiego teatru. W zimie organizowano liczne koncerty – na dobrym poziomie – oraz wartościowe odczyty, a w lecie popularne zabawy ogrodowe.

W szeregu prac społecznych dużo czasu poświęcałem sferom robotniczym, wśród których miałem duży kredyt zaufania. Dla młodych robotników zgrupowanych w chórze „Lira” prowadziłem wraz z żoną przez parę lat – po lekcjach śpiewu – wieczorowe kursy dokształcające. Pragnęliśmy zapoznać ich z naszą historią, geografią i piśmiennictwem. Zorganizowałem również dla nich dwie ciekawe wycieczki – pierwsza do Warszawy w celu zwiedzenia jej pamiątek przeszłości oraz obejrzenia wspaniale wystawionych „Krakowiaków i górali” w Teatrze Polskim; druga też do Krakowa, też w celu zapoznania się z pamiątkami narodowej przeszłości. Ta druga wycieczka wypadła w okresie Zielonych Świąt 1914 roku, kiedy to stosunki między Austrią i Rosją uległy zaostrzeniu. Żeby dotrzeć do Krakowa, musieliśmy się najpierw przedostać na teren zaboru pruskiego w charakterze robotników jadących na tzw. „sachsy”. Dopiero z Ostrowia Wielkopolskiego przez Mysłowice pojechaliśmy do Krakowa. W te pamiętne dni jako jedyni przedstawiciele Polaków z zaboru rosyjskiego byliśmy uczestnikami sypania kopca Kościuszki w Niepołomicach pod Krakowem. Złączyliśmy się tam z liczną pielgrzymką z Raciborza, udającą się następnie do Kalwarii Zebrzydowskiej, jako również jedyni przedstawiciele zaboru pruskiego. Małopolskę reprezentowały Drużyny Bartoszowe i Strzeleckie. Przybyla również z Ameryki grupka przedstawicieli Polonii amerykańskiej, która przywiozła małą trumienkę z ziemią z grobów powstańców polskich zmarłych w Stanach Zjednoczonych. Zakopano ją na szczycie kurhanu. To spotkanie rodaków ze wszystkich trzech zaborów oraz zza granicy, w połączeniu z patriotycznymi przemówieniami, wywarło na uczestnikach silne wrażenie.  Uroczystość uświetniło przedstawienie „ Kościuszko pod Racławicami” w Teatrze im. Słowackiego oraz akademia w Teatrze Starym. Zwiedziliśmy wtedy oczywiście historyczne pamiątki miasta, Muzeum Narodowe i Wieliczkę. Łatwo można sobie wyobrazić, jak silne uczucia patriotyczne wywołały wśród moich „lirników” dni krakowskie. Pozyskałem wówczas ich wdzięczność i uznanie.

Moja praca lekarska w Pabianicach rozwijała się na ogół pomyślnie. Pomimo materialnego powodzenia tęskniłem jednak zawsze do Warszawy, gdzie widziałem dla siebie większe możliwości pogłębienia wiedzy lekarskiej. Ale los na razie trzymał mnie poza Warszawą.

Żona moja z małym jedynakiem wyjeżdżała corocznie nad morze, gdzie spędzała parę letnich miesięcy. Ja sam miewałem krótsze urlopy, odwiedzając ich stale za półpaskami na rozmaite obce nazwiska, gdyż legalnego dokumentu przejazdowego w moich warunkach nie mogłem wciąż jeszcze uzyskać. Żona zaś, dzięki znajomym w Mławie, korzystała z półpaska zawsze na właściwe swoje nazwisko, który prolongowano jej w razie potrzeby [półpasek – przepustka uprawniająca  mieszkańców terenów  granicznych do przekraczania granicy pruskiej].

(…) W końcu czerwca 1914 roku moja żona jak zwykle wyjechała z synkiem nad morze, tym razem do Gdyni. Zgodnie z uprzednio ułożonym planem 24 lipca wyruszyłem z Pabianic na spotkanie z żoną we Wrocławiu, skąd mieliśmy się razem udać do Włoch.  Było to w cztery tygodnie po zabójstwie arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Początkowo zamach ten nie zapowiadał groźnych konsekwencji. Żona moja pozostawiła nad morzem jedynaka pod troskliwą opieką naszych przyjaciółek Stattlerówien, z którymi razem tego lata spędzała wakacje.

Wczesnym rankiem w dniu mego wyjazdu z Pabianic ulubiony nasz wyżeł Dżems siedział wpatrzony we mnie podczas śniadania i żałośliwie wył, a nawet widziałem w jego wiernych oczach łzy. Miał widocznie przeczucie, że się już nigdy więcej nie zobaczymy.

Tu muszę zaznaczyć, iż jedna z moich pabianickich pacjentek, Niemka, znając moją sytuację polityczną, zaproponowała mi, abym skorzystał z jej familijnego paszportu. Tłumaczyła, iż wygodniej znaleźć się za granicą za wspólnym małżeńskim paszportem (wówczas bez fotografii) niż posługiwać się dokumentami o dwóch nazwiskach. Skwapliwie i z wdzięcznością skorzystałem z jej oferty.

(Stefańscy udali się na krótko  do Włoch, zwiedzili Wenecję, a następnie wyjechali do Austrii)

(…) Nie tracąc czasu, udaliśmy się na dworzec kolejowy, by zaopatrzyć się w bilety do Wiednia. I tu przy kasie jakby mnie piorun poraził. Kasjer kolejowy bowiem oznajmił, że linia Triest-Wiedeń od dziś obsługuje tylko wojskowych i rezerwistów z rodzinami. Zażądał okazania paszportu. Przeglądając go, oświadczył ku memu zdziwieniu i przerażeniu: - No, naturalnie, pan jako oficer niemieckiej artylerii ma prawo i obowiązek spieszyć do Rzeszy.

Przyznaję, iż ani w Pabianicach, ani też w drodze nie przyszło mi na myśl wczytywać się w szczegóły paszportu, wystarczyło mi zaznajomienie się z nazwiskiem usłużnego męża mej pacjentki. Przy sobie miałem w woreczku tylko złotą rosyjską walutę. Po nieprzespanej nocy, przybywszy do Wiednia, musiałem przede wszystkim zaopatrzyć się w walutę austriacką i niemiecką. Niestety, w mobilizacyjnym chaosie żaden solidny bank niemiecki nie chciał dokonać wymiany – przypuszczam, że z niechęci do wszystkiego, co rosyjskie. Udało mi się dopiero po dłuższym bieganiu załatwić tę sprawę w małym żydowskim kantorze wymiany, naturalnie ze stratą. Zdecydowaliśmy się jechać przez Poznań do Gdyni, aby zabrać stamtąd naszego Januszka. Kupując bilety do Gdańska, znowu musiałem okazywać paszport. (…)

Na drugiej stacji za Boguminem, już na Śląsku, o wpół do ósmej wieczorem kupiłem nadzwyczajny dodatek, w którym przeczytałem, że cesarz Wilhelm wypowiedział wojnę Rosji. Znaleźliśmy się w paszczy lwa. Byłem wciąż przecież niemieckim poddanym w dodatku jadącym za cudzym paszportem oficera artylerii. Czułem się jakby po wyroku śmierci. Zacząłem zastanawiać się, jak wybrnąć z sytuacji. W końcu zaproponowałem żonie, aby sama udała się do Gdyni po dziecko, ja zaś zdecydowałem się przedostać z Wrocławia do Pabianic przez Kalisz.

(Powrót do Pabianic był niemożliwy. W Gdańsku dr Stefański dostał w rosyjskim konsulacie zaświadczenie, że jest rosyjskim poddanym. Został wraz  z rodziną przewieziony do Finlandii i następnie trafił do Petersburga. Otrzymał stanowisko ordynatora szpitala wojskowego w Warszawie.)

W naszym przedwojennym mieszkaniu w Pabianicach została oddana nam zacna Marysia, która go sumiennie pilnowała, jak też opiekowała się wyżłem Dżemsem. Żonie mojej udało się raz dotrzeć do Pabianic. Zabrała wówczas nieco ciepłych rzeczy, trochę bielizny oraz instrumenty lekarskie.

W połowie lipca 1915 roku zmuszony byłem ewakuować się z żoną i synkiem na wschód wobec możliwości zajęcia Warszawy przez wojska niemieckie. Teściowa moja została w Warszawie.

(Stefański znalazł się w Moskwie mianowany naczelnym lekarzem Polskiego Komitetu Sanitarnego na Rosję europejską, organizował  kursy felczersko-pielęgniarskie, prowadził lecznicę ginekologiczno-położniczą, był naczelnym lekarzem pociągów sanitarnych Związku Miast Rosyjskich. W 1918 roku Stefański powrócił do Polski okupowanej jeszcze przez Niemców).

Do Pabianic wracać nie mogliśmy, otrzymaliśmy bowiem stamtąd kartę pocztową od dra Szwarcwassera (Szwarcwasser – patrz. Wyłowione z sieci –„Miasto tkaczy”), który zajął nasze mieszkanie, przestrzegając przed powrotem. Doktor Szwarcwasser uważał, że Niemcy mogliby mnie aresztować. (…)


W trzecim tomie „Młodego pokolenia chłopów”  Józefa Chałasińskiego z 1938 roku  znajdujemy pamiętnik urodzonego w Pabianicach syna chłoporobotnika. Autor sporo miejsca poświęca  opisowi  edukacji w  szkołach  powszechnych nr nr 1 i 19 w latach 20. XX wieku oraz dość zgubnej pasji czytania i kinomanii.

(…) Urodziłem się 1909 roku, w dn. 24 lipca, w mieście Pabianicach, pow. Łaskiego, wojew. Łódzkiego. Na świat przyszedłem, jako jedno z pięciu dzieci rodziców moich, Kacpra i Rozalii z domu Kr., Polaków, wyznania rzymskokatolickiego, małżonków Gr. Na chrzcie nadano mi imię Czesław, no i wobec tego nazywam się Czesław Gr. Ojciec mój rodem ze wsi D., gminy tejże, pow. Łaskiego, z pochodzenia chłop, a dziadek z rodziny chłopskiej, służący jeszcze za fornala czy dworaka, pamiętał lata pańszczyźniane. Ojciec mój z braku utrzymania w domu, z powodu licznej rodziny, jaką się cieszył mój dziad, musiał po ukończeniu 16 lat życia, udać się do miasta, by tu szukać, jak mówią „profesji”. Tak też było z ojcem: najpierw był piekarzem, później blacharzem, wreszcie wyterminował za tkacza ręcznego, inaczej „webra” i tutaj pozostał jakiś czas. Wreszcie i to mu się sprzykrzyło i wraca do piekarstwa, idzie w termin i zostaje wyzwolony na czeladnika w mieście Łasku. Tu zapoznaje się z panną Rozalią, Kr. z domu, ze wsi Krz., gm. B., pow. Łask, która to musiała przyjść do miasta, również z powodu braku utrzymania w domu i służyć u panów, by mogła się przyodziać i utrzymać.

I pod tym względem, a było to przed wojną nic się na wsi nie zmieniło. Dzisiaj prawie każda dziewczyna wiejska, zanim wyjdzie za mąż przechodzi przez służbę w mieście „u państwa”, jak mówi, zarabiając na przyszłą wyprawę ślubną. A ileż ginie z tych dziewczyn wiejskich wśród zdemoralizowanego w większej części, z powodu nędzy, mieszczaństwa, to jest robotników. Ile później opuszczonych stoi pod murami na rogach miast i wyciąga rękę, sprzedając swe ciało. I to kwiat polskich dziewczyn, polskiego chłopa. A powód – nędza wygnała z domu na tułaczkę i poniewierkę do miast.

To samo było i z matką moją. Tylko, że nie wpadła w błoto jak inne, lecz znalazła, takiego jak sama wyrzutka ze wsi, spotkała się z nim i zrozumiały się chłopskie serca. Zabiły do siebie miłością i zeszli się w swej drodze losowej. Po zawarciu małżeństwa, wynajmują mieszkanie, ojciec pracuje w charakterze czeladnika piekarskiego, matka służy, chcąc zarobić na wyprawę ślubną dla siebie. Tutaj przychodzi na świat pierwsze dziecko, lecz po roku czasu umiera, z powodu nienależytej opieki i zaziębienia. Ojciec po dwu latach pożycia, zabrany zostaje do wojska rosyjskiego i wyjeżdża zabrany na daleki wschód Rosji na Kaukaz. Matka pozostaje na służbie i w dalszym ciągu służy. Ojciec tymczasem bierze udział w wojnie rosyjsko-japońskiej, gdzie jednak szczęśliwie wychodzi z niej i po przebyciu 4 lat w służbie czynnej wraca do miasta Łasku. Tutaj dostaje się do piekarni za czeladnika i przebywa w Łasku do roku 1908.


Uciuławszy trochę pieniędzy, rodzice przeprowadzają się do miasta Pabianic, gdzie w roku 1909 przychodzę na świat. Po mnie jeszcze urodziło się 3 chłopaków, z których dwu umarło a jeden został przy życiu. Ojciec dostaje się do fabryki włókienniczej za tkacza, ale już pracującego na warsztatach parowych. Matka dostaje się do fabryki, tak zwanej „papierni” i w tym  czasie nieźle im się powodzi. W domu przebywają mało gdyż pracują po 12 godzin na dobę, wobec czego oddają mnie i brata pod opiekę i wychowanie zgodzonej babki, starej, jednak dobrej kobiety. Dobre to były czasy. Pamiętam, mając lat 5, ojciec przychodził z pracy wesoły, z kieszeniami nigdy nie próżnymi i bez smakołyków. Wszystko mieliśmy pod dostatkiem, mleka, masła, cukru, chleba, bułek. Był i wyrób często i zawsze dwa razy lub trzy mięso na obiad. Byłem ubrany porządnie, jak również ojciec, matka. Zawsze jeszcze na czarną godzinę było parę rubli schowane.

Lecz może to były najlepsze lata w mym życiu, które trwały krótko. Nadchodziły lata nowej zawieruchy wojennej, która przyniosła światu na długi czas ruinę moralna i materialną. (…) Rok 1915 i późniejsze zaczynają być nową tragedią świata i tragedią pojedynczych ludzi, miasta zaczynają pustoszeć. Fabryki zamknięto, szeregi robotników pozostają na bruku. W kraju zaborcy  rozpoczynają mobilizację. Lecz komu służyć? Polacy nie chcą iść służyć zaborcy. Chronią się przed zaciągiem do wojska, gdzie kto może. Lecz żandarmi niemieccy, przezwani przez ludność „pałkarzami” chodzą i przymusowo łapią ludzi na ulicach, wyciągają z łóżek w nocy, nieczuli na łzy żon i dzieci.

Ojciec, nie chcąc nas opuścić, ucieka na wieś do ojca swojego osiadłego w tym czasie na wsi S., gm. tejże. Matka zabiera nas ze sobą i wyjeżdża na wieś do brata swego, który po ojcu mojej matki, został gospodarzem we wsi Krz., gm. B. I tam przebywamy przez czas jakiś. Wojna trwa dalej. Ojca przyłapują żandarmi i zabierają do wojska. Matka zostaje u brata. (…)

Matka moja tymczasem nie mogąc utrzymać się dłużej u brata, przychodzi do ojca męża, mojego dziadka i ten nas przyjmuje do siebie. W roku 1917 ojciec ranny wraca do domu i już nie idzie do wojska. Na razie pozostaje u ojca swego i w zamian za pracę jaką mu wykonywał, otrzymuje 2 morgi ziemi, lecz nie na własność, mieszkanie przerabia z komory i z tego musimy się utrzymać.

W wolnych chwilach od pracy, przeważnie zimą, zaczyna prowadzić handel między wsią a miastem, który w tym czasie był jedynym wyjściem tysięcy ludzi w Polsce. W miastach brak było maki, kartofli, mięsa itd. Większe zapasy rekwirowano. Na wsi trzeba się było kryć z mąką białą, gdyż nie wolno jej było trzymać (czasy wojenne). Dlatego też rozwija się przemytnictwo, na które się biedni ludzie rzucają. Lecz trudny to handel, który pociągał nie jedną istotę ludzką za sobą. Po drogach żandarmi. Trzeba było iść w czasie nocy, bocznymi drogami, przechodzić rzeki w czasie jesieni i zimy, przez bagna, lasy, pola. Lecz czego nie robi człowiek głodny? Ludzie ratowali przeważnie przed śmiercią nie siebie, lecz swoje dzieci. Ojciec rzucił się na ten handel. Kupił wózek i zaczął wozić do miasta mąkę, kartofle, mięso. Lecz w jaki sposób. Na dno wózka kładł mąkę lub mięso, na to słomę, przykrywał to płachtą, zabierał nas z sobą, okrywał pierzyną i wiózł razem z matka 30 km i więcej. Gdy żandarm zobaczył nas na wózku, myślał, ze jesteśmy chorzy, nie podejrzewając nic złego puszczał ojca dalej. Parę razy się sztuka udała. Lecz raz zrewidowano i zabrano worek mąki. Trzeba było inaczej kombinować, szukać nowego sposobu.  (…)

Tymczasem nadszedł rok 1919, który zastaje mnie w mieście i rodziców moich. W roku 1918 przychodzi z niewoli młodszy brat ojca mojego, który obejmuje gospodarkę. Ojciec musi się wyprowadzić do miasta, szukając znów utrzymania dla siebie i nas. Wyprowadzamy się  wczesną wiosną 1919 roku do miasta Pabianic, gdzie zamieszkujemy w mieszkaniu wilgotnym, bez światła słonecznego, przerobionego ze składów w których przed wojną, znajdowała się sól. Ojciec otrzymuje pracę w fabryce włókienniczej, za tkacza i rozpoczynamy nowy tryb życia. Matka chcąc dopomóc ojcu, chodzi po bogatych domach panów rejentów, adwokatów, różnych kupców i myje podłogi lub pierze bieliznę, za co otrzymuje niewielkie wynagrodzenie. Nas z bratem zostawia samych w domu, pod opieką Bożą.

W miesiącu kwietniu przeziębnięty w czasie przeprowadzki ze wsi do miasta zachorowałem na zapalenie nerek, brat mój młodszy za dwa tygodnie po mnie również zachorował na zapalenie płuc. Chorujemy przez przeciąg pół roku. Co pociąga za sobą wydatki pieniężne. Matka nie może pracować, gdyż musi pozostać przy nas. Ojciec zarabia niedużo. Wkrada się bieda, lecz ojciec stara się jak może, by nas ratować od śmierci. Wreszcie następuje przesilenie, ja wychodzę zwycięsko z choroby, lecz brat mój umiera mając lat sześć. W rodziców uderza nowy grom, który ich na długo załamuje. Lecz człowiek twardy i przetrzymać musi, tym bardziej szarpiący się z przeciwnościami losu człowiek pracy.

W czasie tym nie wiele zmieniło się na lepsze. Polska powstała wolna i niepodległa. Był rząd polski, wojsko polskie, lecz kraj spustoszony i zniszczony przez wojnę i zaborców. Potrzeba było wielkiego wysiłku ze strony społeczeństwa a – społeczeństwo zbiedzone i głodne czekające na pomoc państwa. Fabryki w małej części uruchomione. Bezrobocie. Nędza mas, co powoduje wybuchy strajków. Ojciec, z trudem zaspakaja potrzeby życiowe. Powstaje ograniczenie środków żywnościowych, chleb wydawany jest za pomocą kartek, jak również cukier, mąka, wódka i inne. Pamiętam długie ogonki przed sklepami, gdzie wydawano chleb.(…)

Lecz wracam do spraw osobistego swego życia, w tym czasie. W roku 1919 idę do zapisu szkolnego, gdzie zostaję zapisany na ucznia szkoły powszechnej Nr 1 im. K. Promyka, w Pabianicach mając lat 10. Do tej szkoły chodziłem przez lat 6, gdzie skończyłem sześć oddziałów, następnie w 1925 roku zostaję przeniesiony do nowo wybudowanej szkoły powszechnej Nr 19 im. E. Estkowskiego, gdzie w roku 1926 kończę 7 oddział mając lat 17. Z chwilą  pójścia do szkoły rozpoczynam nowy okres życia. W pierwszym oddziale uczyłem się dobrze i chęć do nauki miałem wielką. Toteż postępy w nauce robiłem prędkie i w roku 1920 przy egzaminie zdałem do II oddziału.

Ojciec w tym czasie pracował w fabryce. Życie płynęło teraz jednostajnie i bez zmian większych, poważniejszych. Myślą byłem zajęty w szkole i w domu teraz mi się nudno zdawało. Wstawałem o siódmej, brałem dwa kawałki chleba suchego i szedłem do szkoły. Tutaj czas schodził mi prędko z kolegami z którymi się zapoznałem na różnych rozrywkach w czasie wolnym od nauki. Przychodząc do szkoły, czas popołudniowy przepędzałem zazwyczaj na różnych zabawach, jakie w tym czasie istnieją między dziećmi na podwórzu, nieraz płatając różne złośliwe figle i psoty. Ojciec zajęty pracą, mało przebywał w domu. Należał do związku robotniczego Polskiej Partii Socjalistycznej i wolne chwile od pracy przepędzał przeważnie w związku. Po wakacjach wróciłem do szkoły i nauki, rozpoczynając rok drugi. W roku tym nie było ważniejszych zmian w mym życiu i domu. Jedynie to, że przy końcu roku, umiałem już czytać i brałem z biblioteki szkolnej książeczki powiastkowe dla dzieci, które czytając sprawiały mi wielką radość, jak również i rodzicom. Przy egzaminie zostałem promowany do oddziału trzeciego, czym sprawiłem wielka radość rodzicom. Radość moja była tym większa, gdyż ojciec przyrzekł mi, że o ile zdam egzamin, to na wakacje pojadę na wieś do dziadka, czego też najwięcej pragnąłem. I rzeczywiście po tygodniu, wyjechałem na wieś, gdzie przepędziłem wakacje. Tutaj dopiero rozpocząłem życie. Latanie z chłopakami po lesie, pasanie z nimi krów i zabawy, przy tym rzeka, łąka, czyste powietrze, to wszystko było dla mnie prawie, że rajem na ziemi. Nieraz myślałem o swoich kolegach, którzy zostali w mieście, wśród skwaru i dymu fabryk, kurzu miejskiego i zanieczyszczonego powietrza. Nieraz koledzy rozmawiali ze mną o wsi i chęci wyrażanej przez nich, że chcieliby choć raz w czasie wakacji być na wsi i ucieszyć się życiem wsi i poznać ja bliżej i prawdziwie. Czas szybko mi minął. Z żalem  wracałem do miasta. I znów rozpocząłem długi rok nauki. Pokrzepiony na siłach, wziąłem się do pracy z chęcią by z pożytkiem przejść przez tenże rok.

Znów upłynął rok nauki. Przeszedłem do czwartego oddziału, a później po roku do piątego. W domu w tym czasie nic się nie zmieniło, wszystko było po staremu. W życiu politycznym odbyły się w roku 1922 wybory do Sejmu i Senatu, które nie przyczyniły się do większych zmian. Los robotników pozostawał bez zmian. (…)

Będąc w oddziale piątym zaczęły zachodzić we mnie pewne zmiany, zacząłem dużo czytać książek, co wpłynęło nawet na zaniedbanie w pewnym stopniu nauki. Wpadłem po prostu w manię czytania. Czytałem jedną książkę za drugą, jednak korzyści z tego nie odnosiłem żadnej, gdyż nie rozważałem zawartej w nich treści. Książki brałem z trzech bibliotek. Mianowicie: z biblioteki szkolnej, z organizacji młodzieżowej „Polska Macierz Szkolna” i prywatnej biblioteki księgarskiej. Tygodniowo miałem sześć książek do przeczytania. Dlatego też po wyjściu ze szkoły o godz. 1 popołudniu, cały czas popołudniowy spędzałem przy książce. Prawda, że wiedziałem dużo rzeczy z tych książek i później wiadomości te przydawały mi się w nauce, przede wszystkim o treści historycznej, geograficznej, przyrodniczej. Nieraz czytałem do godz. 11 wieczór, co jednak wpływa bardzo szkodliwie na oczy, dlatego też radziłbym, by wieczorami książek nie czytać, tym bardziej na wsi, gdzie światło jest bardzo słabe od lampki.

Czytanie książek tych bez umiarkowania wpływało i na zaniedbanie się w nauce. Lekcje nieodrobione, spisywałem w szkole rano od drugich kolegów, naprędce, nie rozumiejąc nawet zadanego opracowania. Robiło się byle było, co jednak w nauce oszukać się nie da, gdyż później wyjdzie to na wierzch, przy egzaminie z danego przedmiotu. Lecz książka w tym wieku tak mocno wpływa na człowieka, że się nią upaja jak narkotykiem, tytoniem czy wódką. Szczególniej książki o treści sensacyjno-kryminalnej lub romansowej. Pierwsze książki czytałem powiastkowe dla dzieci o różnej treści, później lubowałem się w historycznych powieściach, później przeszedłem do sensacyjno-kryminalnych i te najwięcej zaczęły mnie interesować.

W książkach tych zauważyłem jedno. Że wszędzie głównymi bohaterami tych książek, przeważnie historycznych byli książęta, hrabiowie, szlachta, synowie bogatych, siedzących na dworach królewskich ludzi a bardzo mało spotykałem by bohaterem książek byli synowie ludu. Później dowiedziałem się, że nie ma w Polsce szczerych poetów, powieściopisarzy chłopskich, dlatego też kto miał te książki napisać. Uczeni zdarzający się bardzo rzadko synowie chłopscy, zaprzedawali się i służyli panom, przedstawiając chłopka pokornego, cierpliwego, bez żadnej godności ludzkiej, religijnego aż do fanatyzmu, ciemnego i zdolnego tylko do służby u panów. To mnie bolało. I nieraz z głównych bohaterów książęcych czy innych, przekreślając tytuły, wstawiałem imiona i nazwiska chłopów, w ten sposób choć mszcząc się na nich. Książek przedstawiających rzeczywistość wsi i życie chłopów, znajdowało się bardzo mało i niedostępne dla mnie.

Ostatnio dużo się zmieniło pod tym względem na wsi. Jest wydana książka A. Świętochowskiego mówiąca  o Historii Chłopów w Polsce, cenny dorobek dla wsi polskiej. Poza tym mamy już dziś cały szereg innych książek pisanych przez szczerych już synów chłopskich, którzy na bruku miast nie zatracili swej duszy i godności chłopskiej i świecą jak gwiazdy na ciemnym niebie chłopskim. Są nimi: Wojciech Skuza, Marian Czuchnowski, Kruczkowski, W. Wasilewska, i cały szereg innych. I ci dzisiaj wnoszą do literatury chłopskiej nowe światło i stawiają chłopa w blasku całej jego potęgi, z którego odrodzić się musi państwo polskie. Wstyd dziś ogarnia odwiecznych ciemiężycieli chłopskich, szlachtę, dlatego też wszystkimi środkami zwalczają dziś nową literaturę chłopską. Ale już za późno panowie szlachta.

W szkole powszechnej ucząc się historii polskiej, nauczyłem się poznać wszystkich królów polskich, wybitniejszych przodków szlachty polskiej, wreszcie o zaprzedaniu Polski, przez szlachtę polska państwom zaborczym dla obrony swych klasowych interesów. Ale nie mówiono co robiono w tym czasie z warstwą chłopską, jak oni żyli, jak ich traktowano, o ich nędzy i upośledzeniu, co doprowadziło do buntu. Bojąc się reform i uszczuplenia swych praw szlacheckich, szlachta wolała się sprzedać, a z sobą i Polskę. Wielką hańbą okryli się oni, na wieczną pamiątkę w historii polskiej i chłopów. Dlatego też w dzisiejszej szkole polskiej powinna być wprowadzona do nauki „Historia Chłopów” A. Świętochowskiego, by w szkole uczyć prawdziwej rzeczywistości i prawdziwej historii polskiej. Przyjdzie czas, że chłopi dopomną się o rehabilitację od szlachty, za swą zdeptana godność i cierpienia przez wieki całe. 

Będąc w oddziale szóstym, przechodzę do czytania książek sensacyjno-kryminalnych. I to mnie pociąga do siebie. Książki te zapoznają mnie z życiem przestępstwa i zbrodni, zapoznają mnie ze światem gorszącej demoralizacji. Zachwycałem się na przykład wodzem bandytów Rinaldo-Rinaldino, Jerzym Hartmanem, Hrabiną-Żebraczką itd. Interesowało mnie w tych książkach najbardziej to, kiedy napotykałem opisy, jak herszt bandy, bez miłosierdzia mordował baronów, hrabiów i szlachtę za znęcanie się i krzywdę bezbronnego, poddanego ludu chłopskiego. To mnie zachwycało. Gdyż wtenczas widziałem go jako mściciela, który zapłacą za mordy, hańbienie córek chłopskich, ucisk i krzywdę biednych i bezbronnych ludzi. Nieraz pragnąłem iść śladem tych hersztów i wywrzeć w ten sposób swój gniew i pomstę za pradziadów naszych, będących przez 8 wieków w niewoli szlachty. Książki te jeszcze wywarły na mnie wpływ pewien, który w pewnym stopniu utrwalił mój charakter w przyszłości. Powiedziałem sobie, że w życiu będę się kierował zawsze tam gdzie będę widział wolność, równość i sprawiedliwość społeczna. Zaczynałem wybierać tych w życiu, których widziałem pokrzywdzonych, w niewoli innych, wyzyskiwanych i pozostających w ciemności i bezbronności. Zacząłem natomiast nienawidzić cały świat wyzyskiwaczy i postanowiłem kiedyś wstąpić do organizacji, która by odpowiadała moim poglądom w życiu.

Pod wpływem książek sensacyjnych zacząłem uczęszczać do kina, których było w m. Pabianice dwa. I w kinie jednak nie interesowały mnie piękne bogdanki, grające rolę główną, interesowało mnie życie biednych, którzy zawsze występują w rolach, jak i w książce. I nieraz widząc nędzę tych ludzi wychodziłem z bólem w sercu, stając się jednak bezsilny, jak i oni sami. Sam byłem biedny. Chcąc być co tydzień w kinie, musiałem starać się jakoś, żeby mieć na wstęp do niego. Kraść rodzicom nie chciałem, mówić również. Dlatego też postanowiłem jakoś sam sobie radzić. I znalazłem sposób i niezły zarobek. Matka raz mając dużo flaszek od różnych lekarstw w domu, posłała mnie raz do apteki by je sprzedać. Otrzymałem wtenczas za nie dość dobrą cenę. I to mnie pchnęło do tego, ze razem z kolegą poszliśmy z naszymi torbami szkolnymi, szukać po śmietnikach flaszek. Po wymyciu w gorącej wodzie i sodzie, zanosiliśmy do apteki, zarabiając na kino. Zarobek był niezły. Starczyło nie tylko na pójście do jednego kina, ale i do drugiego, a nieraz żeśmy sobie kupowali czy to jakiego wyrobu, czy różnych smakołyków.

Tak nam szło przez poł roku. Jednak później nie chciano kupować już flaszek. Zaczęliśmy zbierać odpadki żelaza i szmaty, co sprzedawaliśmy Żydowi, który możliwie nam za to płacił. Lecz nieszczęśliwy wypadek położył kres temu. Raz chcąc mieć prędszy zarobek wpadliśmy na sposób nowy. W mieście są ploty z ogrodzeniem żelaznym. Można  z płotów tych odłamywać niektóre części różnych ozdobnych wykrętasów. I nałamaliśmy tego. Zanieśliśmy do Żyda i już miał nas wypłacić, gdy wchodzi tajny policjant i zatrzymuje nas. Struchleliśmy. Żyd zaczął się tłumaczyć, że on jest kupcem, więc kupuje wszystko. Zacząłem myśleć o ucieczce, co mi się i udało. W czasie pisania protokołu, czmychnąłem korzystając z nieuwagi piszącego. Ale to mnie raz na zawsze oduczyło od podobnych zarobków.

Wymyśliliśmy później nowy sposób zarobku. Sprzedawaliśmy wyjęte z okien opuszczonych fabryk i domów szyby, lecz i to długo nie szło, gdyż i  tutaj o mało nie dostałbym się do rąk policji, która jak opowiadali, takich jak ja gdy dostała, to biła, że wszystko żeś bracie wyśpiewał.

W latach tych będąc łobuzowałem, jak i inni, którzy w mieście nic nie mają do roboty. Co innego na wsi. Szukaliśmy sposobów oberwania jabłek, gruszek w cudzych ogrodach.

Urządzaliśmy i inne psoty. Nieraz łapaliśmy małych, pejsatych Żydków zwanych husytami i smarowaliśmy im głowę smalcem, albo kładąc przemocą do ust kiełbasę lub słoninę. Co to było rwetesu, odgrażywań i klątw. Łobuzerskie występy. Dzisiaj czytając o burdach na uniwersytetach w Warszawie, Wilnie z Żydami, wykonywanych przez awanturników spod znaku endecji, przypominają mi się te czasy, na które większość opinii społecznej reaguje potępiając je, jako wybryki dzikiej a niekulturalnej młodzieży. O wyczynach tych jednak, nic nie wiedzieli rodzice, gdyż wszystko to przed nimi ukrywałem. W ten mniej więcej sposób, przechodzi szósty rok nauki i przy egzaminie zdaję do oddziału siódmego. Wakacje przepędzam na wsi.

Po ukończeniu wakacji rozpoczynam siódmy rok nauki. Zaczynam poważnieć nieco, zaniechając łobuzerskich występków. Zaczynam teraz czytać sensacje romansowe. Lecz czytaniu memu kładzie kres nasz wychowawca szkolny p. J., który widząc moje dziwne zachowanie się pod niektórymi względami oraz zaniedbanie w nauce, bacznie mnie obserwuje, szukając powodów tego. I znalazł. Wpadłem w tak wielką manię czytania, że przynosiłem książki do szkoły i w czasie lekcji szczególniej w czasie polskiego, mając książkę na ławce przed sobą, udawałem, że pilnie uważam. Tymczasem miałem ukrytą książkę drugą pod ławką i tą czytałem. Raz się tak wczytałem, że nie zauważyłem jak nauczyciel opuścił katedrę i z tyłu podszedł do mnie łapiąc mnie na gorącym uczynku. Książkę zabrał mi i w oczach podarł, następnie wrzucił do pieca,  paląc. Zostałem za to odpowiednio ukarany i pozostałem pod pilną obserwacją. W połowie roku otrzymałem dwa stopnie niedostateczne, co mi groziło nieotrzymaniem świadectwa przy końcu roku, z ukończenia szkoły powszechnej.

W drugim półroczu przechodzimy do nowo wybudowanej szkoły Nr 19 im. E. Estkowskiego, gdzie ukończyłem szkołę powszechną. W szkole tej postawionej o nowoczesnej technice, mamy osobny budynek, w którym mieści się sala gimnastyczna, są zaprowadzone w szkole warsztaty stolarskie, z których korzystamy i zapoznajemy się z robotą stolarską, zaprowadzona jest pierwsza orkiestra dęta, pierwsza w szkole powszechnej, do której należałem, biorąc udział na różnych szkolnych imprezach. Jednak nie chcąc siedzieć drugi rok w oddziale siódmym, wziąłem się szczerze do nauki i zaniechawszy książek przez ten czas, egzamin zdałem dobrze.

Stosunek mój do nauczycieli był zawsze przychylny, odnosiłem się do nich z szacunkiem, jako do swych wychowawców. Nie znosiłem natomiast donosicielstwa, lizuństwa, skarg na drugich kolegów, jak to nieraz robili niektórzy z nas. Byłem z nimi solidarny i nie wydawałem ich w sprawach niemiłych dla nich. Nie lubiłem i nie znosiłem krzywdy wyrządzanej nieraz niektórym kolegom upośledzonym przez życie.

Pamiętam jak w siódmym oddziale, był między nami, dość nawet zdolny uczeń, który jednak powszechnie był wyśmiewany przez drugich i przezywany „ofermą”. Nieraz zbytki były tak dokuczliwe, że nie mogąc tego znieść, stawałem w jego obronie. Przyjąłem go do swojej ławki, za co wszyscy na mnie uderzyli i przez jakiś czas byłem wraz z nim ośmieszany.  Nie patrzyłem na to. Zdobyłem sobie jednak później u mego „ofermy” taką miłość, że na każdym kroku starał mi się za to odwdzięczyć. W ogóle stawałem zawsze za takimi. Taka już była moja natura. Nie lubiłem natomiast tych kolegów, którzy się wywyższali ponad drugich, chcąc być przewodnikami czy przywódcami innych.

Z czasów szkolnych miałem jednego kolegę, z którym mnie łączyły więcej poglądy duchowe, któreśmy sobie nieraz zwierzali. Pragnieniem naszym było ukończyć szkołę powszechną, później  uczyć się dalej zdobywając wyższe wyksztalcenie, osiąść na wsi i pracować razem ze wsią i jej mieszkańcami. Prawda, że przedstawialiśmy sobie wieś w innych kolorach, nie znając jej rzeczywistości. Mówiliśmy jak to na wsi dobrze, wszystkiego pod dostatkiem, czego by dusza zapragnęła.

O wsi w tym czasie różnie koledzy mówili i różny był do niej stosunek. Niektórzy przedstawiali chłopów jako swoich wrogów, z którymi trzeba toczyć walkę z powodu tego, ze chłopi są zdzierusami, lichwiarzami, chcieliby za swoje produkty rolne czy hodowlane ściągnąć ostatnią skórę  z robotników. Dlatego ich nazywano „chamami” i w inny sposób. W ogóle stosunek do wsi był wrogi, gdyż poglądy rzucane między kolegami  były wyznawane w domu przez ich rodziców, co przejmowały ich dzieci. Będąc później na wsi spotykałem podobne zarzuty w stosunku do miasta ze strony chłopów. Chłopi mówili, że robotnik chciałby się za darmo nażreć produktów wiejskich, mówiąc że nie ma pieniędzy, ale na kiełbasę i wódkę to zawsze znajdzie. Wynikało to z tego, że tak miastowi ludzie,  jak i ze wsi nie znają wzajemnie siebie, swoich warunków bytu i stąd nieporozumienie. Broniłem wtenczas jak mogłem chłopów, ale nie byłem w możności przeciwstawić tak silnych argumentów w tym czasie jak bym to zrobił dziś. Prawda, że dużo rzeczy jest sprzecznych między miastem a wsią, wymaga to wielkiej pracy w tym kierunku i uzgodnienia, ale gdy idzie o walkę z wyzyskiem kapitalistycznym świata i zmianę dochodu społecznego, to dużo mamy wspólnego między sobą i tutaj winniśmy występować razem w obronie świata pracującego.

Dobiegał siódmy rok nauki i w dniu 28 czerwca 1926 roku w sali Rady  Miejskiej m. Pabianic wychowankowie szkół powszechnych, otrzymali wszyscy na drogę życia podarunek, bo spis praw demokratycznych zawarty w konstytucji, która dla nas miała się stać naszymi ideami w życiu społecznym i politycznym. (…)

Po ukończeniu szkoły powszechnej, zamiarem moim było kształcić się dalej. Przygotowywałem się do egzaminu do Seminarium Nauczycielskiego w Pabianicach. Lecz nowe zmiany zaszły w życiu rodzinnym i zamiary moje zostały pokrzyżowane z wielką jednak krzywdą dla mnie.

Ojciec otrzymał wiadomość ze wsi, że dziadek mój umarł i gospodarkę powierzył ojcu mojemu.(…) Ojciec bez chwili wahania rzuca pracę w fabryce i wyprowadzamy się na wieś. Tutaj przechodzę nowe koleje losu i rozpoczynam nowe życie.(…)

Życie moje jest również nie wesołe. Cały rok kartofle z barszczem. Mając dwoje dzieci, ostatnie grosze zapracowane, oddaję na suchy kawałek chleba dla nich. Na Boże Narodzenie i Święta Wielkiej Nocy kupuję kilo mięsa, by sobie o smaku przypomnieć jego. Nafty pół litra musi starczyć na dwa tygodnie,  kilo soli ciemnej na trzy tygodnie. Cukru czasem się kupi dla dzieci do przymieszki do sacharyny. Co dwa tygodnie przychodzi kobieta z miasta, bezrobotna, od której żona kupuje za 20 gr sacharynę. Toteż dzieci moje, wiem z góry, nie będą zdatne do służenia w wojsku z powodu złego odżywiania ich. (…)

W 1935 roku ukazały się „Pamiętniki chłopów”, które były pokłosiem konkursu ogłoszonego przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie. Wywarły duże wrażenie na czytelnikach w kraju i na świecie. Bez obsłonek prezentowały życie wsi okresu międzywojennego. Jednym z pamiętnikarzy był mieszkaniec Dąbrowy obok Pabianic, który w dniach strajku marcowego w 1933 znalazł się w naszym mieście.

(…) Przyszedłem do Pabianic. Był tu strajk. Tramwaje nie chodziły. Kupy ludzi pchało się we wszystkie strony. Wszędzie kotłowało się jak w mrowisku. Zmieszałem się razem ze wszystkimi. Pchali się naprzód. Czułem w sobie złość taką jak wszyscy dokoła. Przy fabryce  Endera policja rozpychała ludzi. Cofnęli się wszyscy i wypchnęli mnie naprzód.

Zanim zdążyłem odejść, policjant lunął mnie gumową pałką przez plecy, aż mi w oczach spopielało. Nie ruszyłem się z miejsca i mówię: idę na wieś do domu. A on powiada: Idźcie innymi ulicami, bo tu gazy bydom puszczać. Ludzie nie chcą już trzy dni wyjść z fabryki. Cofnąłem się nazad i bocznymi ulicami obszedłem miasto. Potem ścieżką wyszedłem do cmentarza. Dookoła płotu było pełno ludzi. Raz się kupili to znów rozlatywali, jak te spłoszone kury, gdy je jastrząb z góry naleci.

Policja przywiozła na cmentarz trumnę jakiegoś robotnika i nikomu nie dala wejść na cmentarz. Dopiero kiedy już policja skończyła pogrzeb i wyszła, ludzie się gruchnęli hurmem na cmentarz, a i ja wlazłem z ciekawości..

Nad grobem śpiewali ludzie komunistyczne piosenki. Przy mnie stała jakaś gruba baba. Spytałem się jej co się tu stało, a ona mi powiada: z piecaście to spadli, czy wilkowi spod ogona wylecieli, nie widzicie to jak ludzi mordują. Potem aż przysiadła za nagrobkiem i krzyczała na całe gardło: Krew! Krew! Krew! Kiedy skończyła zwróciła się do mnie i mówi: tyle ino umiem z czerwunygo (pieśń „Czerwony Sztandar”), ale się muszę całygo nauczyć, bo się przyda i znów krzyczała za wszystkimi: niech żyje Kitler, a drugi raz zdążyła tylko powiedzieć – „niech żyje Ki!”. Bo ją policjant ściągnął przez plecy.

Myślę sobie, jak wy wszyscy tacy mądrzy, że jeszcze nie wiecie czy się nazywa Hitler, czy Kitler, a już krzyczycie niech żyje, to niewiele z was pociechy.

Kontekst dla wypowiedzi pamiętnikarza tworzą informacje o wydarzeniach pabianickich zamieszczane w ówczesnej prasie.

5 robotników zastrzelonych przez policję. Do starosty w Pabianicach zgłosiła się delegacja robotników włókienniczych z prośbą o zezwolenie na urządzenie wiecu w związku z wiadomością z Warszawy o zerwaniu rokowań między robotnikami a przemysłowcami. Starosta odmówił, oświadczając, iż może udzielić zezwolenia na wiec dopiero w niedziele. Delegaci opuścili starostwo. Tymczasem tłum złożony z kilkuset osób zorganizował pochód. Wobec tego jednak, że główna ulica w Pabianicach otoczona została policją – tłum skierował się w uliczki boczne, gdzie natknął się na oddział policji, który wezwał demonstrantów do rozejścia się. Po pewnym czasie doszło do ostrej wymiany słów między policją a robotnikami. Policja zażądała w ostrej formie rozejścia się. W pewnej chwili ze strony tłumu posypały się kamienie. W odpowiedzi policja dała salwę ostrzegawczą w powietrze, a w chwilę potem drugą salwę do tłumu. 5 osób zostało zabitych, 15 zaś radnych. Tłum położył na szynach kolejki elektrycznej zwłoki jednego z zabitych, uniemożliwiając w ten sposób przejazd tramwajów. Do Pabianic przybyły posiłki policyjne z Łodzi. Prasa socjalistyczna tak „Robotnik”, jak „Naprzód” zostały za podanie szczegółów tej strzelaniny do bezrobotnych skonfiskowane (Gazeta Robotnicza, 21.03.1933)

Pogrzeb pięciu ofiar wypadków piątkowych w Pabianicach miał się odbyć we wtorek dnia  21 marca. Ponieważ jednak miejscowe władze otrzymały wiadomość, że elementy wywrotowe zamierzają wykorzystać pogrzeb do niepoczytalnych wystąpień, zmuszone więc były  do przyspieszonego pogrzebu. O tym niezwłocznie  powiadomiony został komitet organizacyjny pogrzebu w Pabianicach. Komitet po dłuższej naradzie oświadczył, ze nie jest w możności zorganizować pogrzebu ze względów technicznych. Wobec takiego stanu rzeczy pogrzebem musiały się zająć władze administracyjne, które zaprosiły do udziału duchowieństwo katolickie i ewangelickie. Pogrzeb odbył się we wzorowym porządku przy udziale rodzin zmarłych. Wzdłuż całej trasy tłum ludności towarzyszył z powagą konduktowi. (Goniec Częstochowski, 22.03.1933)

W „Pamiętnikach młodzieży robotniczej: oblicza młodości”, red. Jerzy Łukaszewicz, 1974  zamieszczone zostały wspomnienia robotnicy z Pabianic.

Urodziłam się 13 maja 1934 r. w Pabianicach w rodzinie robotniczej. Przedwojenne czasy bardzo mało pamiętam. Z opowiadań mojej matki wiem, że ojciec mój pracował u Endera jako tkacz i zarabiał marne grosze, które nie zawsze wystarczały na nasze wyżywienie. Warto dodać, że właściciel fabryki nieraz nie wypłacał ojcu poborów. Matka chodziła do sklepikarzy prać bieliznę i pościel, za co otrzymywała „ochłapy” lub odpady od wędlin. Kiedy wybuchł wielki i głośny strajk w Pabianicach, ojciec wziął w nim udział, za co został zwolniony z pracy. Matka coraz rzadziej chodziła prać bieliznę, ponieważ od częstego moczenia rąk w zimnej wodzie nabawiła się reumatyzmu i dokuczały jej silne bóle. Od tej chwili do naszego domu wkradła się wielka nędza. Chodziliśmy głodni, brudni, obdarci. Okres kapitalistyczny przeżyłam w nędzy i głodzie.

W 1939 r. po wybuchu wojny i wkroczeniu do Polski oddziałów hitlerowskich zaczęło się prawdziwe piekło. Pamiętam, że uciekałyśmy z matką przed Niemcami, ale zawrócono nas z drogi i ponownie znalazłyśmy się w Pabianicach. Ojciec i mój starszy brat poszli do partyzantki. Ja, matka i starsza siostra zostałyśmy w domu. Pamiętam taki jeden dzień, kiedy bomba rozbiła sklep z cukierkami. Nie zważając na nic, pobiegłam po cukierki. Kule świstały mi koło uszu, a ja mimo strzelaniny biegłam dalej, chyba ze dwa cukierki wygrzebałam z piachu i natychmiast ktoś złapał mnie za rękę i wciągnął do bramy.

Kiedy Niemcy osiedlili się w Polsce niby na stale, nastały dni grozy. Moją siostrę wywieźli na roboty do Niemiec. Matka całe dni pracowała teraz u Niemców. Ja byłam sama  w domu nieraz cały dzień głodna.  Widziałam, jak Niemcy traktowali Polaków, gorzej niż bydło. Ciągle żyłam w strachu i leku, ale i nienawiści do hitlerowców. Chodziłam brudna i obdarta, a do tego głodna. Musiałam sama coś kombinować, chociaż byłam  dzieckiem, po prostu kradłam małym Niemcom, kiedy wychodzili na podwórko z czymkolwiek do jedzenia. Parę razy udało mi się, ale raz nie zauważyłam Niemki, która chyba na mnie czekała. Kiedy takiemu małemu chłopczykowi wyrwałam pomarańczę, Niemka złapała mnie za rękę i cos tam po niemiecku mówiła, ale ja nic nie zrozumiałam. Zaprowadziła mnie do swojego domu, dała mi jeść i trochę jakichś rzeczy. Od tego dnia nie chodziłam głodna, bo Niemka i jej synek stali się  moimi przyjaciółmi. Kiedy dawała mi jeść, wyczuwałam, że się czegoś boi. Jak się potem dowiedziałam jej mąż był gestapowcem. Pewnego dnia pobiegłam na podwórko do Hermanka, tak nazywał się synek tej Niemki i zobaczyłam, że mój przyjaciel bawi się ze swoim tatą. Mały Herman zobaczył mnie, zaczął machać rękami i biec w moją stronę. Stanęłam jak wrośnięta, nie mogłam zrobić kroku ani do przodu, ani do tylu. Gestapowiec kroczył w moją stronę po swojego syna. Cos tam poszwargotał, a kiedy na mnie spojrzał, zaczęłam uciekać i od tej pory więcej już nie poszłam na podwórze.

Byłam już dosyć duża dziewczynką, ponieważ miałam 11 lat, i dobrze pamiętam dzień wyzwolenia. Wojska radzieckie wkroczyły do mojego rodzinnego miasta Pabianic. Pierwsze lata po wyzwoleniu też były trudne, ale nie żyliśmy już w atmosferze strachu i lęku. (…)

Zgłosiłam się do działu personalnego w Pabianickich Zakładach Bawełnianych i zostałam przyjęta. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam halę fabryczną nie wiedziałam co mam robić, uciekać czy przyglądać się ludziom, którzy uwijają się jak mrówki. Pierwszego dnia oglądaliśmy wszystkie oddziały, począwszy od przygotowania, a skończywszy na farbiarni.

Ten pierwszy dzień minął dosyć pomyślnie. Ale kiedy zostałam na drugi dzień przydzielona do majstra, a on mi pokazał, jaka pracę będę wykonywała, to cała zaczęłam po prostu dygotać. Na pierwszy rzut oka sadziłam, ze w żadnym wypadku nie sprostam zadaniu. Majster poprosił starsza kobietę, w wieku około 30 lat, która miała uczyć mnie zawodu „obciagaczki”. Z początku cewki wylatywały mi z rąk, nie umiałam ich wyjmować, nici rwały się i miałam bardzo dużo roboty z nawijaniem. Nieraz chciałam rzucić te pracę i uciekać do domu. Jednak moja opiekunka podtrzymywała mnie na duchu i mówiła, że nauczę się zawodu. Gdyby nie wyrozumiałość i życzliwość ludzi, na pewno zrezygnowałabym z tej pracy.

Po trzech tygodniach praktyki majster oznajmił mi, że nauka zawodu skończyła się i sama od jutra będę pracować jako „obciągaczka”. Kiedy nadeszła ta chwila i samodzielnie zdejmowałam pełne cewki z nićmi, za każdym razem serce bilo mi coraz mocniej. Ten dzień był dla mnie wielkim wydarzeniem. W ten sposób zostałam „obciągaczką” i pracowałam na przędzalni w Pabianicach.

Kiedy otrzymałam pierwsze zarobione pieniądze, to przez całą drogę do domu biegłam z radości. Potem skończyłam szkołę zawodową i miałam świadectwo przędzalnika. Około pięciu miesięcy pracowałam jako „obciagaczka”, potem otrzymałam własne maszyny i zaczęłam pracować jako prządka. Byłam szczęśliwa i dumna z wykonywania swego zawodu. Tu też wstąpiłam do ZMP, byłam przewodniczącą zarządu koła na oddziale. Na wieczorkach tanecznych, jakie organizował ZMP,  poznałam dużo młodzieży z całych zakładów bawełnianych w Pabianicach. Starałam się zżyć z tą młodzieżą, co mi się udało. Pokochałam organizację ZMP.  Brałam czynny udział w organizowaniu kół ZMP na wsiach. Często wyjeżdżałam na wieś w powiat wieluński, do wiosek najbardziej oddalonych od miasta. Z tego powodu zostałam skierowana do szkoły propagandzistów w Łodzi, którą ukończyłam. Po szkole uczyłam młodzież, jak maja kochać swoja ojczyznę – Polskę Ludową, żeby z dnia na dzień było nam lepiej, i żeby Polska była coraz piękniejsza. Wiedziałam, że my, młode pokolenie, musimy dać z siebie wszystko. Chciałam świecić przykładem na oddziale, bo tego wymagała moja ojczyzna. Z wielkim trudem i wysiłkiem stawałam się przodownicą pracy. Ale były również prządki, już starsze kobiety, które nie mogły tak biegać, jak ja chciałam. Czasami, wbrew ich woli, produkowały wybrakowana przędzę. Chwilami sądziłam, że nigdy nie uda mi się uzyskać miana przodownicy pracy. Ale kiedy zauważyłam na tablicy, ze już zaczynam prowadzić, wówczas ze zdwojoną energią starałam się wykonywać plany produkcyjne. Po jakimś czasie zostałam przodownica pracy. Większego szczęścia już nie pragnęłam, zdobyłam zaufanie starszych i młodzieży. Byłam pracownica ceniona przez całą załogę. Otrzymywałam premie i dyplomy. Osiągnęłam prawie wszystko, czego pragnęłam: zdobyłam zawód, miłą i dobrą rodzinę, modne i ładne ubranie, chłopca, którego kochałam.

Mieszkałam w mieście, z którym byłam zżyta, ponieważ tu spędziłam dzieciństwo. A mimo to wyrzekłam się tego wszystkiego. Na apel Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – a było to w 1954 r. – jako pierwsza zgłosiłam się do zaciągu pionierskiego do pracy w PGR-ach na ziemiach zachodnich województw.

Byłam pierwszą pionierką z miasta Pabianic. W ten sposób znalazłam się w PGR. Praca w polu wydawała mi się bardzo ciężka,  ponieważ nie wiedziałam, jak ją wykonywać. Nie miałam w tej dziedzinie żadnego doświadczenia. Ludzie patrzyli na nas spode  oka. Jedni żałowali, a drudzy wyśmiewali się, że panie z miasta chcą pracować w polu. Każda praca była dla mnie zmorą. Od pracy widłami i łopatą dostawałam krwawych odcisków, które pękały. Musiałam dłonie owijać szmatami. Tak uczyłam się pracy w polu. Dużo młodzieży z zaciągu pionierskiego z powrotem wróciło do miasta, ponieważ załamali się. Ja uparłam się i postanowiłam walczyć. (…)


Czesław Grądzki we „Wspomnieniach działacza ludowego 1909-1945”, 1970 opisuje także swoje dzieciństwo, które spędził w Pabianicach. Autor był aktywistą ruchu ludowego w powiecie łaskim. Jego rodzice pochodzili z rodziny robotników folwarku w Sędziejowicach. W poszukiwaniu pracy przenieśli się do Pabianic. Tutaj 24 lipca 1909 r. urodził się Czesław Grądzki.

(…) Urodziłem się dnia 24 lipca 1909 roku w Pabianicach. Rodzice moi byli pochodzenia chłopskiego i początkowo mieszkali na wsi, jednakże z powodu licznego rodzeństwa nie mogli utrzymać się z pracy na roli i musieli przenieść się do miasta w poszukiwaniu pracy i chleba . Zamieszkali w Pabianicach. (…) W 1914 roku, po wybuchu I wojny światowej, rodzice moi zostali pozbawieni pracy w mieście i przenieśli się na wieś do dziadka, który dał im dwie morgi ziemi pod uprawę. W zamian za to musieli obrabiać dziadkowi pozostałe osiem mórg ziemi. Sam dziadek był już stary i nie mógł pracować. Zamieszkaliśmy więc u dziadka w Sędziejowicach. (Wskutek działań wojennych i rabunkowej gospodarki okupanta niemieckiego, rekwirującego surowce, maszyny i urządzenia fabryczne, unieruchomiona została produkcja zakładów przemysłowych Pabianic, gwałtownie zmniejszyło się zatrudnienie, większość robotników pozbawiona została pracy).

W lutym 1919 r. nastąpiły zmiany w gospodarce dziadka. Przyszedł z wojska najmłodszy syn dziadka., osiadł na gospodarstwie i ojciec zmuszony był szukać pracy w mieście, bo na gospodarstwie nie mogliśmy się utrzymać. Była jeszcze zima, gdy ojciec wynajął mieszkanie w Pabianicach i załadował nas w pierzyny na wozie i ze skromnym urządzeniem, jakie posiadaliśmy, przeprowadziliśmy się do miasta. W mieście panowało jeszcze bezrobocie i głód jak po każdej wojnie, ale po staraniach ojciec został przyjęty do fabryki, w której najpierw uczył się zawodu tkacza, następnie zaczął pracować już jako samodzielny robotnik. Matka nie mogła dostać się do pracy w fabryce, gdyż nie miała żadnego zawodu i aby pomóc ojcu chodziła jako praczka do lepszych domów i zarabiała na nasze utrzymanie.

Było nas dwoje dzieci, ja miałem wówczas 10 a młodszy brat 8 lat. Trzydziestokilometrowa podróż zimą na wozie podczas przeprowadzki do miasta dała nam się odczuć. Ja zachorowałem na zapalenie nerek, a brat na zapalenie płuc. Brat pozbawiony należytej opieki lekarskiej zmarł po półrocznej chorobie, a ja cały zapuchnięty byłem w ciężkim stanie, bliski śmierci. Zrozpaczeni rodzice wezwali lekarzy. Przyszedł jeden lekarz i drugi, ale nic nie pomogli. Wreszcie przyszła moja chrzestna, starsza już kobieta i powiedziała ojcu, że nie ma innego wyjścia, tylko niech jej posłucha i uczyni to, co mu powie. Poradziła ojcu napompować zimnej wody ze studni do balii, zanurzyć płachtę lnianą w tej wodzie, wykręcić ją, owinąć mnie całego, a potem okryć pierzyna i położyć na 20 minut. Ojciec bał się początkowo tej kuracji, ale widząc mój stan zdecydował się i postąpił według wskazówek chrzestnej.

Po zawinięciu mnie w płachtę doznałem uczucia, że za chwilę umrę. Stało się jednak inaczej. Po 20 minutach odkryto mnie z pierzyny i odłożono płachtę, która cała parowała potem. Wykręcono płachtę i jeszcze raz mnie nią owinięto. Po piętnastu minutach odjęto ją znowu i zawinięto mnie w suchą płachtę. Ulżyło mi to i zacząłem zasypiać. Chrzestna obserwując mnie powiedziała ojcu, że będę żył. Niebezpieczeństwo minęło. Nie pozwoliła mi tylko usnąć. Po dalszych piętnastu minutach odjęto kolejną płachtę, całą mokrą od wydzielonego potu. I o dziwo, spuchlizna zaczęła opadać, poczułem się głodny. Od dwóch dni nic przecież nie chciałem jeść. Ojciec ucieszony dał mi na co tylko miałem ochotę, ale po troszeczku, gdyż byłem wygłodzony. Na tym skończyła się kuracja. Usnąłem, lecz ojciec co chwilę mnie budził w obawie, bym nie usnął na zawsze. Na drugi dzień przyszedł lekarz. Zobaczył mnie w zupełnie innym stanie niż się spodziewał. Zdziwiony spytał ojca, co się stało. Ojciec odpowiedział mu, co uczynił. Lekarz wprawdzie zbeształ ojca za dokonanie takiej końskiej kuracji, ale był mocno zainteresowany zarówno jej systemem, jak i wynikiem. Potem mnie zbadał, przepisał lekarstwa i poszedł. Ojciec już go więcej nie wzywał. Byłem silnie osłabiony chorobą, ale poprawa następowała szybko. Ojciec przynosił mi do jedzenia co tylko mógł, ażebym jak najprędzej powrócił do sił i zdrowia. Dziękował swej kumie, że mu uratowała syna.

Nadszedł wrzesień a z nim nowy rok szkolny. Ojciec zaprowadził mnie do szkoły powszechnej, do której zostałem przyjęty i rozpocząłem naukę. Miałem wówczas 10 lat. W tym czasie warunki życia były jeszcze ciężkie. Zarobki były małe, odczuwało się brak żywności, odzieży, obuwia. Jako jedno z biedniejszych dzieci w szkole otrzymałem ubranie przysłane przez Polski Czerwony Krzyż, pochodzące z darowizny od Polaków z zagranicy. Było to ubranie bardzo sztywne, o którym mówili, że jest zrobione z konopi i części papieru. Ale już nie miało dziur jak dawniejsze. Dostałem również kamaszki z podeszwą drewnianą, które mi się bardzo przydały; chodziłem w nich przez całą zimę.

Ojciec pracując w fabryce zapoznał się z robotnikami i za ich namową wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej. Poznał wówczas życie robotników, ich warunki bytowe, środowisko społeczne, warunki kulturalno-oświatowe i ich walkę polityczną. W fabryce brał czynny udział w pracach w Związku Zawodowym Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego, organizacji kierowanej przez Polską Partię Socjalistyczną (pełna nazwa: Związek Zawodowy Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego w Polsce. Organizacja zawodowa włókniarzy powstała w 1913 r. W Pabianicach działał odział Związku, skupiający socjalistów i komunistów. Według stanu na dzień 24 XI 1919 oddział liczył 3400 członków na 1 I 1921 – 5736 członków). Uczestniczył w każdej zorganizowanej akcji robotników w obronie swoich interesów przeciwko kapitalistom. W uznaniu za tę działalność robotnicy wybrali go delegatem fabrycznym, aby w obronie ich praw występował przed właścicielem fabryki. Ściągnął tym na siebie niezadowolenie fabrykanta, który wypowiedział mu pracę. Robotnicy stanęli w obronie ojca i podjęli uchwałę, że nie dopuszczą do zwolnienia go, a w razie potrzeby rozpoczną strajk. Zdecydowana postawa robotników odniosła skutek i decyzja zwolnienia ojca została cofnięta. (…)

W całym kraju uroczyście obchodzono dzień 1 Maja 1923 roku. W Pabianicach odbyła się wówczas wielka manifestacja robotników. Ojciec zabronił mi w tym dniu pójść do szkoły. Przypiął mi czerwoną kokardkę do marynarki i powiedział; „Dziś pójdziesz ze mną na obchód 1 Maja – święto robotników zorganizowane przez PPS”. Poszedłem z nim. Przed lokalem PPS przy ulicy Zamkowej zgromadziły się tłumy robotników i robotnic, następnie uformował się długi pochód i ruszył na plac zbiorki, gdzie miały nastąpić przemówienia. Na wietrze łopotały czerwone sztandary i transparenty z hasłami żądań walczących robotników. Ojciec, znany już w Pabianicach działacz robotniczy, szedł na czele pochodu. Robotnicy śpiewali pieśń „Czerwony sztandar”. Pochód szedł główną ulica miasta majestatycznie i powoli. Biła od niego siła walki i wola oporu przeciwko krzywdzie robotników, przeciwko wyzyskowi ich siły i pracy. Pochód zbliżał się w kierunku magistratu, gdzie miały nastąpić przemówienia przywódców robotniczych PPS. W tym momencie z bocznych ulic wyjechali policjanci na koniach z wyciągniętymi szablami i napadli na manifestujących robotników. Tłum stanął w bezruchu, ale po chwili zafalował, zerwała się potężna pieśń „Krew naszą długo leją kaci” i tłum znowu ruszył naprzód. Policja natarła na boki pochodu i jadąc truchtem pałaszowała szablami manifestujących. Ojciec znikł mi w tłumie, który pod naciskiem policji rozstąpił się. Niejeden z uczestników pochodu padł na bruku ugodzony szablą, ale jeżeli mógł podnieść się – szybko uciekał; z pochodu obrzucono policję kamieniami. Słychać było krzyki i przekleństwa bitych robotników.

Po chwili bezsilnej walki z policją robotnicy rozproszyli się, ukryli w budynkach i bocznych ulicach. Wraz z innymi wpadłem i ja do bramy zapchanej ludźmi, którzy w tłoku zaczynali mnie dusić. Ujrzałem jak młoda kobieta stanęła naprzeciw policjanta siedzącego na koniu, który z wyciągniętą szablą nacierał i płazował stłoczonych w bramie ludzi. Z nastawioną piersią i rozłożonymi rękoma powiedziała: „Watażko, bij we mnie, ale nie puszczę ani kroku dalej ciebie”. Watażka zamierzył się szablą, ale jej nie opuścił na bezbronna kobietę, ściągnął konia lejcami i odjechał. Coś się w nim obudziło i odezwało, serce matki, czy sumienie, tego nie wiem. Odwaga kobiety zasłaniającej bezbronnych obezwładniła policjanta – sługusa reżimu. Po jego odjeździe ludzie stłoczeni w bramie zaczęli się powoli rozchodzić, rozluźniło się i wydostałem się z tłoku. Manifestacja rozproszona przez policję nie doszła do końca.

Na drugi dzień poszedłem do szkoły. Nauczyciel zapytał, dlaczego nie byłem w szkole w dniu wczorajszym. Odpowiedziałem, że ojciec zabrał mnie na manifestację, w której brałem udział. Zdziwił się i nic nie powiedział. Jak się później okazało, on również należał do PPS i znał ojca. Był nim nauczyciel J. Śliski.

Na długo utkwiła mi w pamięci ta manifestacja i jej pogrom przez rozwydrzonych konnych policjantów, mocno podpitych, by mieli większą odwagę atakować spokojnie maszerujących ludzi. Zobaczyłem również jak ciężka jest walka robotników o chleb, o prawo do życia, o sprawiedliwość społeczną, walka przeciwko krzywdzie i deptaniu godności człowieka. Toteż w późniejszej pracy politycznej na wsi widziałem w robotnikach sojuszników chłopów, których walka łączyła się przeciwko wspólnemu wrogowi obszarniczo-kapitalistycznemu. (…)

W roku 1926 ukończyłem szkolę powszechną i otrzymałem świadectwo, a wraz z nim książkę pt. „Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej”.

Po ukończeniu szkoły powszechnej chciałem się uczyć dalej. Miałem wówczas 17 lat. Po rozmowie z ojcem postanowiliśmy, że będę kontynuował naukę.

W Pabianicach była szkoła zwana Państwowym Gimnazjum Ogólnokształcącym typu średniego. Czekałem aż się rozpoczną zapisy do niej. W dniu zapisów poszedłem wraz z matką do kancelarii szkoły, by zapisać się do egzaminów. Weszliśmy do kancelarii, zostaliśmy przyjęci przez urzędującego profesora, który zapytał, po co przyszliśmy. Odpowiedziałem, ze chcę uczyć się w tej szkole i proszę o przyjęcie. Profesor zapytał czy posiadam świadectwo ukończenia szkoły powszechnej. Przedstawiłem je. Następnie zapytał jaki jest zawód ojca i matki. Odpowiedziałem, że tkacz i robotnica domowa. Zapytał jeszcze o pochodzenie – odpowiedziałem, że chłopsko-robotnicze. Popatrzył na mnie i matkę, po czym oświadczył, że nie mogę być przyjęty do szkoły, gdyż stan moich rodziców, ich pochodzenie nie klasyfikują mnie do przyjęcia. Stanęły mi łzy w oczach. Matka zaczęła prosić profesora, ale to nie pomogło. Musiałem odejść. Poczułem wielką niesprawiedliwość społeczną, ale nie mogłem na to nic poradzić. Byłem bezbronny jak ci robotnicy w tłumie szantażowani przez policję. Zacząłem czynić starania o przyjęcie do Liceum Pedagogicznego (?), ale i tu nie zostałem przyjęty. W tym czasie nastąpił zwrot w moim życiu i znowu wróciłem na wieś.

Zmarł dziadek, ojciec objął po nim czterohektarowe, mocno podupadłe gospodarstwo. Zamieszkaliśmy ponownie w Sędziejowicach. Chciałem pozostać w Pabianicach, by tutaj uczyć się dalej, ale ojciec zabrał mnie ze sobą, bym razem z nim pracował w gospodarstwie, które było zaniedbane i wymagało dużego wkładu pracy. Musiałem wypełnić wolę ojca i wrócić na wieś. (…)

W roku 1928 nastąpiła zmiana w moim życiu osobistym. Poznałem dziewczynę, z którą się zaprzyjaźniłem i pokochałem ją. Zwierzyłem się z tym rodzicom. Zapytali, kto to jest. Odpowiedziałem, że córka dziesięciomorgowego chłopa posiadającego rodzinę składająca się z ośmiorga dzieci. Zapytali co za nią dostanę. Odpowiedziałem, że o tym jeszcze nie rozmawiałem. Podobała mi się dziewczyna, a czy ma posag lub nie, to i tak ożenię się z nią. Ojciec zaczął mi tłumaczyć, że po nim otrzymam 10 mórg ziemi i całą gospodarkę. Gdybym znalazł dziewczynę, która by miała posag w postaci ziemi, otrzymałaby dobrą wyprawę w tym krowę, to by mi lżej było gospodarować. Jako zamożniejszy gospodarz byłbym lepiej uważany przez innych chłopów. Odpowiedziałem, że nie żenię się z krową, czy morgami, żenię się z dziewczyną, którą poznałem i która będzie dla mnie żoną i przyjacielem w życiu. Dodałem, że będę miał przecież gospodarstwo po ojcu, na którym trzeba robotnej dziewczyny, więc nie potrzebuję większego majątku. Ojciec a szczególnie matka sprzeciwili się temu.

Do ojca zaczęli przychodzić gospodarze z innych wsi, wiedząc że ma jednego syna i proponowali mu różne posagi, które by otrzymały ich córki, gdyby wyszły za mnie. Jeden dawał dwie morgi ziemi, krowę i wyprawę mieszkaniową. Drugi obiecywał pieniądze na budowę domu. Poza mną szły targi, stawiano propozycje, o których ojciec mnie informował. Odrzucałem je wszystkie. Miłość najsilniejsza była nade wszystko. Oświadczyłem rodzicom, że jeśli się nie zgodzą na tę, którą wybrałem, opuszczę ich. Zamierzałem przenieść się do miasta i zarobić pieniądze i wtedy ożenić się z nią niezależnie od woli rodziców.

Poszedłem wówczas do wuja w Pabianicach, który mnie przyjął na mieszkanie, a narzeczona zgodziła się na służbę u pewnych państwa w Łodzi. Za zarobione pieniądze mieliśmy się pobrać i pracować dalej na wynajęcie mieszkania, by założyć swe gniazdo rodzinne. Po upływie tygodnia ojciec przyjechał do wuja i oświadczył, żebym wrócił z narzeczoną. Zgodził się na nasze wesele i nie stawiał przeszkód, mówiąc jak sobie pościelę tak się wyśpię. On za to nie będzie brał odpowiedzialności. Ucieszony tą zmianą ojca pojechałem do narzeczonej, zabrałem ją ze służby i przyjechaliśmy, by przygotować się do wesela, które w niedługim czasie się odbyło. (..)


W kwietniu na posiedzeniu zarządu koła w Kolonii Sędziejowice, w którym uczestniczyłem, została podjęta uchwała o ufundowaniu sztandaru Stronnictwa Ludowego ( Stronnictwo Ludowe powstało w 1931 roku w wyniku połączenia PSL Piast, PSL Wyzwolenie i Stronnictwa Chłopskiego) dla gminy Sędziejowice. Zarząd Gminny Stronnictwa Ludowego uchwałę tę zaaprobował i wydał odpowiednie zalecenie. W tym celu postanowiono dokonać zbiórki pieniędzy wśród członków stronnictwa. Wysokość składek ustalono na 1-2 zł od osoby. Składka była dobrowolna, zarządy kół nie wywierały nacisku w tej sprawie. W niedługim czasie zebrano 70 zł i przekazano je do zarządu gminnego, który upoważnił mnie do zamówienia i kupna sztandaru. Pojechałem do Pabianic do zakładu hafciarek, który był prowadzony przez Siostry Miłosierdzia (?) przy Kościele M. Boskiej w Pabianicach, gdyż innego zakładu nie było, i tam chciałem zamówić sztandar. Podałem wzór sztandaru do wykonania. Miał on być zrobiony z jedwabiu. Jedna strona miała być koloru zielonego z koniczynką czterolistną, druga czerwona z godłem państwa. Siostry odmówiły mi wykonania takiego sztandaru. Pojechałem do Łodzi, ale i tutaj nie chciano takiego sztandaru wykonać; zakłady wykonujące sztandary były pod opieką kleru. Wróciłem bez niczego. Zwołałem posiedzenie zarządu, by ustalić inny wzór sztandaru. Postanowiliśmy zachować dotychczasowe kolory, z tym żeby na zielonej stronie obok znaku czterolistnej koniczyny umieścić napis: „Przez walkę do zwycięstwa”, a na czerwonej stronie wizerunek Świętego Izydora – patrona oraczy. Pojechałem ponownie do Łodzi i podałem nowy wzór. Przyjęto teraz do wykonania, ponieważ był wizerunek Św. Izydora. Koszt wykonania był wysoki, ostatecznie zgodziłem się na cenę 170 zł zadatku, resztę miałem wpłacić przy odbiorze. Czasu na wykonanie sztandaru było niewiele. Odsłonięcie miało nastąpić 12 czerwca 1934 r. w Kozubach podczas obchodu Święta Ludowego. Równocześnie trzeba było czynić w całym powiecie przygotowania do obchodów, rozesłać zawiadomienia do wszystkich kół stronnictwa.

W maju powiadomiono mnie, że sztandar jest już zrobiony i wyznaczono termin odbioru. Tymczasem brakowało nam pieniędzy na zapłacenie należności. Zebraliśmy dalsze 50 zł, ale do pełnej kwoty brakowało jeszcze 50 zł. Pojechałem po odbiór nie mając należnej sumy. Prosiłem wykonawców o wydanie mi sztandaru oferując na brakującą sumę weksel z podpisami żyrantów, ale nie chcieli o tym słyszeć. Nie wiedziałem co począć, po namyśle udałem się do znanego posła A. Szczerkowskiego (mowa tutaj o Szczerkowskim Antonim, 1881-1960 – działaczu ruchu robotniczego i zawodowego w Pabianicach, członku Polskiej Partii Socjalistycznej. Szczerkowski wchodził w skład władz naczelnych PPS, pełnił też funkcję przewodniczącego Związku Zawodowego Robotników i Robotnic Przemysłu Włókienniczego w Polsce. 1919-1935 poseł na sejm), który był w Pabianicach. Przedstawiłem mu sprawę, prosząc o pomoc. Udzielił mi jej, pożyczając 50 zł z funduszy partyjnych do zwrotu w okresie 2 miesięcy. Byłem tym bardzo ucieszony, kupiłem sztandar i przywiozłem do domu. (…)

Emanuela Cunge, wnuczka pabianickiego fabrykanta Hermana Fausta, we wspomnieniach „Uciec przed Holocaustem”, 1997 opisuje między innymi swoją sytuację rodzinną.

Wielkanoc wypadła tego roku wyjątkowo wcześnie, a wraz z nią wtargnęła do dymiącej setkami fabrycznych kominów Łodzi rozsłoneczniona wiosna. Bezchmurne niebo nad miastem nie kojarzyło się ani z łoskotem dział na granicy rosyjsko-japońskiej, ani z nasilającymi się ruchami rewolucyjnymi, które objęły europejska cześć Rosji, docierając również do Łodzi. Przyszłość rysowała się mgliście, nic jednak nie wróżyło, że tylko nieliczna garstka tych, którzy, podobnie jak ja, ujrzeli światło dzienne 15 marca 1904 roku, przetrwa osiemdziesiąt lat nadeszłego stulecia.

Przyszłam na świat jako pierwsze dziecko zawartego z miłości małżeństwa najstarszego syna znanego przemysłowca i jedynej córki artysty introligatora. Związek ten był od początku źródłem poważnych konfliktów między obu rodzinami. Sceną, na której rozegrał się romans dwojga młodych, niespełna dwudziestoletnich bohaterów, było małe, ale bardzo uprzemysłowione miasto Pabianice, o tradycjach kulturalnych sięgających średniowiecza.

Wszystko składało się na zasadnicze różnice, dzielące rody Faustów i Kantorowiczów. Herman Faust wywodził się z rodziny tkaczy, ale dzięki wybitnym zdolnościom i fantazji twórczej bardzo szybko przekształcił swój prymitywny ręczny warsztat w małą, stale rozrastającą się fabryczkę. Ogromna pracowitość i umiejętność stosowania się do gustów odbiorców, których krąg nieustannie się powiększał w związku z rozbudową sieci kolejowej w azjatyckiej części Rosji owocowały obficie i wkrótce czterech z jego pięciu synów pracowało w pabianickiej fabryce, składającej się z kilkudziesięciu tkaczy i kilku wykwalifikowanych majstrów. Najstarszy syn, cieszący się bezwzględnym zaufaniem, dźwigał lwią część obowiązków produkcji na swoich barkach. Jednocześnie był uosobieniem władzy pedagogicznej wobec młodszych czterech braci i czterech sióstr. Głowa rodziny, Herman Faust, hołdował religijnym tradycjom, respektowanym przez jego przodków, mimo iż był mniej surowy w ich przestrzeganiu aniżeli żona, trzymająca w ryzach cały dom i korzystająca z upodobaniem z porad miejscowego rabina.

Zupełnie odmienne oblicze prezentowała rodzina Kantorowiczów, z której pochodziła moja matka. Tam wyrocznią była żona, pani Karolina, powszechnie zwana „piękną Karolcią”, należąca do wychrzczonej jeszcze u progu XIX wieku warszawskiej rodziny Fajansów. Jej ideałem było korzystanie z uciech życiowych, co często kolidowało z obowiązkami żony i matki. Opowiadano, że nawet strata syna, który po kilku awanturniczych latach spędzonych z jakimś wędrownym cyrkiem został w tajemniczy sposób zastrzelony przez rosyjskich żandarmów podczas łódzkich rozruchów, a potem męża Emanuela, zmarłego na rok przed moim urodzeniem, nie przeszkodziła pięknej Karolci w tradycyjnej wyprawie za granicę do wód, a następnie w znalezieniu stosunkowo szybko pociechy w nowym związku małżeńskim ze starym kawalerem, ziemianinem, Norbertem Kołtońskim. Opinia postępowej kobiety nie opuszczała jej do śmierci. Zasiadała po pierwszej wojnie światowej w radzie miejskiej, w licznych procesach sądowych, kiedy wadziła się o byle głupstwo ze swymi lokatorami, obchodziła się bez adwokata, broniąc skutecznie i z dużym krasomówstwem swoich praw. Córkę wysłała do szkół w Sieradzu, a następnie do Wrocławia na studia muzyczne i gospodarskie, co pozwalało jej samej nieograniczenie korzystać z uroków życia.

Nic dziwnego, że ten niezwykły w owych czasach tryb życia, a przy tym całkowita asymilacja językowa i obyczajowa rodziny Kantorowiczów były kamieniem obrazy dla Hermana Fausta i jego małżonki, świadomie zamkniętych w niedostępnym i zatwardziałym tradycjonalizmie religijnym i sentymentalnym, narzucanym także potomstwu, zresztą bez większego powodzenia. Mezalians pierworodnego syna, niejako uprzywilejowanego następcy państewka, które tworzyła rozrastająca się nieustannie fabryka i wszystko, co się z nią wiązało, był dla moich dziadków prawdziwym dramatem życiowym. Powziąwszy raz na zawsze niechęć do tej dziwacznej synowej, spędzającej dnie całe przy fortepianie, na wyszywaniu gobelinów i – koniec świata! – na wycieczkach rowerem, składającej niemal całość obowiązków domowych na personel domowy: guwernantkę, kucharkę, pokojówkę i praczkę, urządzającej choinkę na Bożę Narodzenie i wykonującej pisanki na Wielkanoc, nie przekroczyli nigdy progu mieszkania moich rodziców. Ojciec, chcąc uniknąć zerwania z rodziną, do której był mimo wszystko ogromnie przywiązany, ustanowił zwyczaj odwiedzania z żoną i dziećmi dziadków w Pabianicach przy okazji licznych świąt, urodzin i rocznic, obchodzonych uroczyście w wielkiej siedzibie, świadczącej o zamożności starych Faustów. W tych dość częstych spotkaniach brali udział wszyscy, toteż i ja, i rodzeństwo mieliśmy bardzo rozwinięte uczucia rodzinne mimo napiętych czasem stosunków, co umiejętnie przed nami, dziećmi, kamuflowano.(…)

(Autorka ukazuje rasistowskie paradoksy na przykładzie rodziny Faustów)

Wydarzenia w sąsiadujących z Polską Niemczech wtargnęły dość oryginalnym echem do naszego życia rodzinnego. Otóż pewnej soboty, podczas obiadu u rodziców, na którym był obecny oprócz mnie i Stacha również stryj Ludwik, ojciec wyciągnął z kieszeni opasłą, podłużną kopertę i dając ją swemu najmłodszemu bratu, powiedział krótko: - Przeczytaj i powiedz, co o tym myślisz.

List pochodził z Berlina od jakiegoś prawnika o tym samym co nasze nazwisku. Zwracał się do nie znanych mu ludzi, których nazwisko wyczytał w książce telefonicznej, z błagalną prośbą o pomoc, polegającą na znalezieniu w częstochowskich archiwach ewidencji ludności danych stwierdzających, że jego i nasz protoplasta rodu był z pochodzenia prawdziwym Niemcem z Nadrenii. Autor listu pisał, że wymienione przez niego dane musi dostarczyć do Rassenforschungs Institut Ost (Instytut Badań Rasowych na Wschodzie), który go wezwał do udokumentowania jego pochodzenia budzącego podejrzenia o żydostwo. Nasz korespondent, podając różne szczegóły swej sytuacji zawodowej i rodzinnej, popartej kopią metryki chrztu, błagał o wspomniane papiery, twierdząc, że jeśli ich nie otrzyma, pozostaje mu tylko samobójstwo. Dalej pisał, że grozi mu odebranie kancelarii adwokackiej, w której pracuje wraz z dwoma synami, prawnikami, żonatymi z czystej krwi Niemkami, i że ani jego żona, również Niemka z krwi i kości, pochodząca z czcigodnej ewangelickiej rodziny, ani on sam, weteran wojny 1914-1918 roku, nie zastanawiali się nigdy nad podejrzanym pochodzeniem jego przodków itd. W oddzielnym dopisku cytował obszernie opinię owego Instytutu Badań Rasowych, sugerującego, że pod koniec XVII wieku wywędrował z Nadrenii na Węgry w poszukiwaniu pracy rzemieślnik niemiecki Wolfgang Joachim Faust, który został napadnięty, ograbiony i pobity do nieprzytomności przez rozbójników. Na wpół żywego znalazła na drodze córka miejscowego oberżysty, Żyda, która zabrała go do domu, pielęgnowała, odratowała i zakochała się w nim na zabój. Darzona wzajemnością oświadczyła ojcu, że ten albo żaden. Ubóstwiający jedynaczkę oberżysta udał się po wskazówki do rabina i gminy żydowskiej. Rada w radę postanowiono, że dziewczyna będzie mogła poślubić Niemca, jeśli ów podda się obrządkom rytualnym towarzyszącym przejściu na judaizm. Zakochany młodzieniec zgodził się na wszystko i wkrótce poślubił córkę oberżysty. Mieli dzieci i wnuki, które jednak nie czuły się szczęśliwe, ponieważ cała wioska dokuczała im z powodu ich pochodzenia, i to zarówno chrześcijanie, jak i Żydzi. Za zgodą rodziców większa część potomstwa wyemigrowała do Polski, w której różne reformy otwierały dla Żydów możliwości osiedlenia się i wykonywania wielu zawodów. Kilku braci z dziećmi i rodzinami zamieszkało w Gnaszynie pod Częstochową i trudniło się rzemiosłem lub drobnym handlem. Po pewnym czasie jeden z nich postanowił szukać szczęścia w Brandenburgii i to właśnie on miał stać się pradziadem naszego niefortunnego adwokata. Chodziło o stwierdzenie, że wywodził się w prostej linii od Wolfganga Joachima, co pozwalało przyznać berlińskiemu Faustowi ileś tam procent aryjskości.

Spoglądaliśmy po sobie, po zapoznaniu się z treścią tej epistoły, ze zdumieniem i przerażeniem. Mieliśmy przed sobą namacalny dowód, jak można zwykłe ludzkie sprawy doprowadzić do absurdu, jeżeli krajem rządzi ktoś taki jak Hitler i jego banda. Zetknęliśmy się bezpośrednio z perfidną podłością konsekwentnej do nonsensu segregacji rasowej.

Ludwik schował list i oświadczył krótko: - Jadę w poniedziałek do Częstochowy.

Kiedy powrócił, archiwa częstochowskie były uboższe o zakurzone, datujące się sprzed wieku akta, które mój stryj po prostu, za pomocą sutego napiwku wykradł, berliński mecenas zaś otrzymał swoje wymarzone dokumenty, za które zresztą nigdy nie podziękował. Nie dowiedzieliśmy się również, czy mógł zrobić z nich użytek, co wydawało się nam dość wątpliwe.

Incydent ten zakłócił na jakiś czas spokój w naszym domu, miał też zresztą pewne zabawne echo. Otóż najpierw Ludwik po wykonaniu częstochowskiej misji zaproponował ojcu, by sporządzić ze zdobytych dokumentów poświadczone notarialnie kopie. Dodał przy tym najpoważniej w świecie: - Kto wie, a nuż i nam się kiedyś przydadzą…

Ojciec wyśmiał go, nie przeczuwając, że jemu i jego najbliższym Niemcy nie dadzą czasu na udowadnianie procentu aryjskiej krwi. Wkrótce po tym zajściu byliśmy wszyscy przy okazji jakiegoś święta na obiedzie u dziadków w Pabianicach. Dziadek jak zwykle milczał, babka jako wierna służebna starała się odczytać z jego twarzy kulinarne życzenie, natomiast stryjowie, ciotki i wujkowie zajmujący godnie swe miejsca wedle starszeństwa, prowadzili ożywioną dyskusję na temat wysiedlania przez Niemców Żydów pochodzących z Polski na polsko-niemiecki punkt graniczny. Była to sprawa niezwykle drażliwa, ponieważ wysiedleńcy domagali się od swych polskich współwyznawców pomocy, do której ci wcale się nie palili. Niektóre próby organizowania komitetów pomocy w gminach religijnych spaliły na panewce, głównie z powodu niechęci, jaką budzili nieproszeni goście wskutek swego zarozumialstwa i niezrozumiałego wywyższania się. Dziadek przysłuchiwał się dyskusji milcząc, dopiero gdy Ludwik opowiedział z ironią berlińsko-częstochowską awanturę, zakończywszy ją uwagą, że nikt nie może być pewien swego żydowskiego pochodzenia, dziadek rąbnął pięścią w stół i oświadczył, że ktokolwiek z rodziny ośmieli się wygłaszać tego rodzaju wątpliwości, nie ma czego szukać w rodzicielskim domu. Z dziadkiem nie było żartów, toteż nigdy więcej nie poruszano w Pabianicach tego tematu.

(Najmłodsi Faustowie cieszyli się sympatią Juliana Tuwima)

(…) zeszliśmy do sali jadalnej, gdzie w komplecie czekali już na obiad pensjonariusze. Nastąpiły prezentacje i przyjemne niespodzianki, powiedzmy, personalne. Bo oto pierwszy szedł nam na spotkanie Julian Tuwim, który niewiele się zmienił od lata 1913 roku, kiedy wodził rej w Inowłodzu. Nie rozpoznał we mnie dziewięcioletniej wówczas dziewczynki, której kazano się bawić z dziećmi, podczas kiedy rodzice podejmowali gości podwieczorkiem na obszernej werandzie. Wystarczyło mu jednak uważne, bystre spojrzenie, by uchwycić rodzinne podobieństwo rysów z najmłodszą siostrą mego ojca, Ernestyną, wtedy jeszcze podlotkiem, z którą zawzięcie flirtował.

- Czy pani panieńskie nazwisko jest przypadkowo Faustówna – zapytał niemal jednocześnie z podaniem ręki. Dowiedziawszy się, że jestem bratanicą Ernestyny, rozkrochmalił się, a nawet wyraźnie wzruszył i natychmiast zostaliśmy zaadoptowani (…) przez całe towarzystwo. Tuwim był, jak zawsze, duszą tego przypadkowego zbiorowiska ludzi, wśród których znalazł się słynny konferansjer Qui pro Quo – Jarossy i dramaturg Winawer. (…)

(Wkroczenie Niemców)

Moi rodzice nie uniknęli powszechnego losu. Najpierw zjawił się umundurowany przedstawiciel władzy z nakazem rekwizycji mieszkania, sporządzenia w jego obecności spisu wszystkich nieruchomości i zapowiedzią zawiadomienia o terminie wysiedlenia. Kąsek był widocznie już z pobieżnego rzutu oka dostatecznie tłusty, wziąwszy pod uwagę kryształy, serwisy, srebro, bieliznę, dywany, meble i suto zaopatrzoną spiżarnię, bo zaraz następnego dnia zjawiło się kilku oficerów, aby ocenić przydatność mieszkania pod swoim kątem widzenia. Kręcili głowami na widok wzorowo prowadzonego przez moją matkę gospodarstwa, ba dali nawet wyraz zdziwieniu, skąd u tych stworzeń niższego rzędu wziął się iście niemiecki ład. Wypróbowali fortepian, zerwali ze ściany oszklone litografie z drzewem genealogicznym Fajansów, Bersonów i Braumanów, odziedziczone przez matkę po prababce, zrzucili je na podłogę, podeptali i zapowiedzieli, że za dwa dni się wprowadzają i że mieszkanie do tego czasu ma być wolne.

Niedługo po ich wizycie, w godzinach wieczornych, zjawił się Herr Stumpf z żoną, mieszkający w sąsiedztwie. Stumpf był Niemcem z dziada pradziada. Przywędrował z ojcem do Łodzi jako wyuczony tkacz i zaczął pracować w fabryce mego dziadka w Pabianicach. Później awansował na majstra i doczekał się zasłużonej emerytury. Ojca znał od dziesiątków lat. I dowiedziawszy się z rozmów współplemieńców przy piwie o przewidzianej rekwizycji lepszych domów na alei Kościuszki, zjawił się, by zaproponować pomoc. (…)

Wkrótce po wyjeździe rodziców i ja postanowiłam opuścić Łódź zabierając oczywiście Jasia i Antosię. Wcześniej czekała mnie wizyta w Pabianicach, ponieważ przyrzekłam ojcu, że pożegnam w jego imieniu babkę, złożoną chorobą. Były to niełatwe chwile, bo choć nie łączyło mnie z nią żadne głębsze uczucie, to przecież widok tej osiemdziesięciokilkuletniej kobiety, zdanej na opiekę domowego totumfackiego, wiernego Walentego i jego żony, starego pabianickiego lekarza domowego rodziny i wreszcie aptekarza Bolechowskiego, zajmującego od niepamiętnych czasów parter nieruchomości dziadków, był trudny do zniesienia, a jeszcze trudniejsze było przekazanie jej pożegnania od ukochanego pierworodnego syna. Czułam, że jej obraz będzie mi długo towarzyszył jak jakiś niemy wyrzut, ale wiedziałam też, że nijak nie mogę ulżyć jej doli, więc usiłowałam go wyeliminować z pamięci. (…)

Z trzydziestopięcioosobowej rodziny, jaka zasiadała przed wojną z okazji różnych świąt przy stole dziadków w Pabianicach na ulicy Warszawskiej, zostało nas troje w kraju i kilkoro we Francji, mianowicie brat stryjeczny z rodziną, ciotka Jula Merot z mężem, oficerem francuskim, córką i synem. I to wszystko.


Ludwik Śledziński – pepesowiec, bojowiec, zesłaniec, poseł na Sejm II RP jest autorem ”Wspomnień z Pabianic. Rok 1900”.

Było to latem 1900 roku. Od tow. Filipa (Sachsa) dowiedziałem się, że przy zabraniu drukarni „Robotnika” w Łodzi zostały zniszczone wszystkie adresy, a między innymi i adres do organizacji naszej w Pabianicach.

Ponieważ mówiliśmy o tym, że trzeba znaleźć drogę do pabianickiej organizacji, więc wziąłem to na siebie zrobić. Pojechałem w najbliższą niedzielę do Zduńskiej Woli, gdzie, jako w rodzinnym mieście miałem dużo znajomych i gdzie zorganizowałem duże koło partyjne. Otóż wiedziałem, że do tego kola należy kilku towarzyszy, którzy przedtem pracowali w organizacji pabianickiej, więc przez nich spodziewałem się odnaleźć drogę do Pabianic.

Od tow. Czerkaskiego otrzymałem adres do tow. Olejnika, urzędnika stacji pocztowej w Pabianicach, który miał mnie zaprowadzić do organizacji. Gdy przyszedłem na stację pocztową tak coś około 4-ej po południu, to tow. Olejnika nie zastałem. Jakaś niewiasta, przyglądająca mi się badawczo, powiedziała, że pan Olejnik niedługo przyjdzie, więc postanowiłem na niego zaczekać. Ponieważ nie znałem tow. Olejnika, więc po pewnym czasie znów zapytałem się, czy już jest pan Olejnik. Okazało się, że tow. Olejnik już przyszedł , a obejrzawszy mnie dokładnie, jak mi to potem opowiedział, przypuszczał, że jestem agentem żandarmskim.

Poprosiłem pana Olejnika o poufną rozmowę i gdyśmy się znaleźli sami w pokoju, oświadczyłem mu, że wolałbym byśmy przeszli do innego miejsca, więcej spokojnego. Tow. Olejnik, przyglądając mi się uporczywie, zgodził się na zmianę miejsca i poprosił do altany, w ogrodzie. Gdy już znaleźliśmy się w ogrodowej altanie, to od razu przystąpiłem do sprawy i tak oto zapytałem tow. Olejnika: Szanowny towarzyszu, otrzymałem wasz adres od jednego z towarzyszy w Zduńskiej Woli, dokąd specjalnie jeździłem, by przez tamtejszych towarzyszy nawiązać na nowo z pabianicką organizacją stosunki partyjne, które uległy przerwie przez zniszczenie adresów przy zabraniu drukarni „Robotnika”. Tutaj obszernie opowiedziałem tow. Olejnikowi, jak żandarmi zabrali drukarnię „Robotnika”, która się mieściła przy rogu ulic Średniej i Północnej w Łodzi.

Tow. Olejnik formalnie wlepił we mnie swoje oczy i zamiast mi odpowiadać na moje pytania, zaczął głośno jakby do siebie tylko opisywać mnie jak wyglądam, w końcu stwierdził, że jest członkiem partii, i że już od pięciu miesięcy przeszło stosunki z partią są przerwane, ale mi nie wierzy, że ja jestem członkiem partii, bo w taki niezwykły sposób tu przyszedłem i dlatego uroczyście zagroził mi, że jeśliby się okazało, że ja jestem szpiclem, to choćby jego aresztowali, będę zabity „jak wściekły pies”.

- Dobrze towarzyszu, zgadzam się na wasze ultimatum, ale powiedzcie mi, co wam potrzeba dla waszej miejscowej organizacji, jakich broszur i wiele ich potrzebujecie?

- Broszur potrzeba nam sporo, bo organizacja wciąż się rozszerza, a najwięcej przywieźcie nam ”Robotnika”. Tylko przyjedźcie jeszcze z kimkolwiek z łódzkich kierowników partyjnych.

Spisałem sobie ilość i jakie broszury mamy przywieźć towarzyszom do Pabianic. Pamiętam tylko z tej całej litanii, że tow. Olejnik zażądał, by „Robotnika” każdego nowego numeru przysyłano im najmniej 75 egzemplarzy, co na one czasy było bardzo dużą cyfrą. Umówiliśmy się, że przyjadę z tow. Zygmuntem w przyszłą niedzielę po południu i zatrzymamy się w pierwszorzędnej restauracji, gdzieś naprzeciwko kościoła ewangelickiego. Tow. Olejnik jeszcze raz mnie zapewnił, że nic mnie nie uchroni od śmierci, jeśli by się okazało, że to wszystko jest przeze mnie odegrana komedia. Wyraziłem swoją zgodę i uścisnęliśmy sobie ręce, ze słowami – do widzenia – do widzenia z bibułą!

Wyjeżdżając bryczką z Pabianic do Łodzi, byłem bardzo zadowolony i wesoło mi było na duszy, że choć z trudnością, ale jednak udało się nawiązać stosunki z naszą pabianicką organizacją partyjną.

Umówiłem się z tow. Filipem i Zygmuntem (Bujno), że we wtorek miał jeden z nich być u mnie i dowiedzieć się o rezultacie mych zabiegów. Tymczasem nikt we wtorek do mnie nie przyszedł, więc byłem tym stroskany bo adresu nie miałem ani do Zygmunta, ani też do Filipa, a w Pabianicach obiecałem, że w niedzielę przyjedziemy i przywieziemy bibułę. Dopiero w czwartek przyszedł do mnie Zygmunt i gdy mu opowiedziałem o nawiązaniu stosunków z Pabianicami i przyrzeczeniu, że taką to litanię broszur im mamy przywieść w niedzielę, to Zygmunt odpowiedział, że to będzie niemożliwe, bo w Łodzi nie posiadamy takiej ilości „Robotnika” i broszur. Na usilne moje nalegania Zygmunt się zgodził pojechać do Warszawy po bibułę i dał mi słowo, że w niedzielę o pierwszej popołudniu przyjedzie prosto z dworca z bibułą do mnie.

Mieszkałem wtedy u towarzysza Kozłowskiego na ul. Średniej, który był duszą z nami, ale bał się rozwijać naszą robotę pepesowską ogromnie, tym bardziej, że na niego bardzo pod tym względem wpływała zona, by nie zajmował się sprawami partyjnymi, „bo mogą cię aresztować i ja zostanę z dziećmi bez żadnych środków do życia”, mawiała często do niego.

W niedzielę czekałem cierpliwie na Zygmunta od samego rana, skracając sobie czas czytaniem naszej literatury. Tow. Kozłowski też nie przychodził na obiad, a tu już dawno minęła nie tylko pierwsza, ale i druga, a Zygmunta jak nie widać tak nie widać. Byłem strasznie podniecony, bo różne myśli wirowały po mej mózgownicy z powodu nieprzyjechania Zygmunta. To zdawało się, że jakaś może katastrofa kolejowa się zdarzyła, może Zygmunta aresztowali, albo że nie dostał w Warszawie bibuły, a bez niej nie chciał wracać do Łodzi.

Mieszkanie nasze składało się z jednego dużego pokoju na pierwszym piętrze z dwoma oknami szczytowymi. W środku mniej więcej pokój był przedzielony firanką, co miało oznaczać, że jest pokój z kuchnią. Moje łóżko było po tej stronie, co oznaczała kuchnię zaraz blisko drzwi, a za firanką na prawo były drugie drzwi do komórki – poddasza, gdzie mój gospodarz trzymał kilka par gołębi. Pod nami była piekarnia, a z drugiej strony na parterze mieszkał właściciel piekarni i zdaje się jednocześnie właściciel domu, na piętrze vis a vis nas mieszkał też jakiś robotnik i miał sublokatora.

Jakoś dobrze po pół do trzeciej przyjechał nareszcie Zygmunt z dużą i ciężką walizą. Ponieważ nie mieliśmy dużo czasu do stracenia, więc zaraz otworzyłem walizę i zacząłem przygotowywać broszury do Pabianic. Zygmunt tymczasem odpoczywając poprosił o herbatę i nie pamiętam, czy gospodyni dała mu herbaty, czy też dostał talerz rosołu. Zygmunt zajadał, ja układałem broszury, a gospodyni stała obok swego łóżka i z trwogą patrzyła na moją robotę, a tu w tym momencie ktoś zapukał do drzwi, więc ja prędko broszury nazad do walizki i dochodząc do drzwi głośno powiedziałem „proszę”. Drzwi się otwierają i wchodzi trzech jakichś drabów, pytając się, czy tu mieszka pan Kozłowski? Odpowiadam, że tutaj.

- Co panowie sobie życzą, bo akurat pana Kozłowskiego nie ma w domu i nie wiem kiedy przyjdzie.

- A my mamy b. ważny interes do pana Kozłowskiego.

- Czy można zapytać jaki?

- Owszem, proszę pana, pan Kozłowski trzyma gołębie – prawda?

- Tak jest, ma parę par gołębi.

- Proszę pana, czy nie mógłby nam pan pokazać tych gołębi, bo proszę pana, nam „zginęli” dwie pary z bardzo dobrych i rzadkich gatunków…

Cały czas rozmawiałem z tymi drabami w „przedpokoju” i przyjrzałem im się dobrze i choć w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to na pewno szpicle przyjechali za Zygmuntem, to po chwileczce zmieniłem zdanie, ale jednak wydawało mi się to wszystko strasznie podejrzane i w pierwszej chwili nie wiedziałem co mam robić, bo jeśli ich nie puszczę, to na pewno, jeśli są szpicle, pomyślą sobie i utrwalą w sobie przekonanie, że czegoś się boimy, a jeśli wejdą za firankę do komórki, to znów zobaczą Zygmunta, więc zdecydowałem się ich puścić, ale spróbowałem ich jeszcze od tego odciągnąć, tłumacząc się tym, że pana Kozłowskiego nie ma w domu.

- Jeśli już tak panowie koniecznie pragniecie zobaczyć gołębie pana Kozłowskiego, to proszę.

Weszliśmy do komórki i panowie ci obejrzeli wszystkie gołębie, znajdujące się w dużej klatce.

- Nie, psiakrew, nie ma tutaj mych gołębi.

- Ale panie, czy nie można byłoby kupić tę oto parkę?

- Niech panowie przyjdą albo dziś wieczorem, albo dopiero jutro, gdy będzie w domu pan Kozłowski, to wam powie, czy sprzeda, czy też nie.

- No to ja dziś jeszcze przyjdę wieczorem.

Poszli, a ja drzwi zamknąłem na haczyk, by znów nie przyszedł ktoś i nie przeszkadzał nam…

Zygmunt był zajęty jedzeniem, a pani Kozłowska z przerażenia zemdlała, gdy ci panowie weszli do mieszkania i tak przez cały czas ich obecności leżała na łóżku zemdlona, dopiero jak wyszli zaczęliśmy ją ratować i niewiasta oprzytomniała.

Szybko posegregowaliśmy przywiezioną bibułę i częścią przeznaczoną dla Pabianic podzieliliśmy się prawie równomiernie. Pozostałą bibułę schowałem do walizy i wsunąłem pod moje łóżko, ale tutaj pani Kozłowska jak zaczęła prosić i płakać, i błagać, by tą walizę zabrać ze sobą, bo tylko patrzeć jak ci szpicle, co tu byli przyjdą z żandarmami i „zabiorą mi męża, bo panów nie będzie”.

Nowa stanęła przeszkoda, a naprawdę byliśmy bez wyjścia, bo nie było do kogo przy niedzieli i o tej godzinie bibułę zawieźć. Żadne perswazje nie pomagały, więc wyszedłem na podwórko, żeby coś wymyślić lub znaleźć jakie lokum na bibułę bez walizki. Szczęście nam sprzyjało, bo spotkałem czeladnika piekarskiego, który zabierał się do roboty. Znałem go tylko z widzenia i trochę z nim rozmawiałem, sondując jego światopogląd, byłem pewny, że do niczego nie należy i żadnego politycznego creda nie posiada.

- Proszę pana, mam prośbę do pana, oto przyjechał do mnie mój brat i zaraz muszę z nim wyjechać do rodziny, a ponieważ nie zastałem swej gospodyni w domu nie mamy gdzie zostawić walizy, którą, gdy powrócę, zaraz bym zabrał, czy by nie można ją u pana na parę godzin zostawić?

- Bardzo proszę, z wielką przyjemnością, niech pan walizę przyniesie.

Spadł mi ciężar z serca. Zaraz walizę przyniosłem i oddałem ją temu zacnemu robotnikowi, a my z Zygmuntem, obładowani broszurami wokoło siebie, ruszyliśmy do przystanku tramwajowego, skąd tramwajem dojechaliśmy do Górnego Rynku, a stąd już bryczką do Pabianic.

Wsiedliśmy do bryczki, w której już siedziało paru pasażerów, jeszcze pozostało jedno miejsce, który zajął jakiś opasły jegomość z „nachalnym” wyrazem twarzy i jakby śmiejącymi się małymi a bardzo ruchliwymi oczkami. Bryczka ruszyła i zaczęła się pogawędka wśród pasażerów. Jechała z nami jakaś młoda para nowożeńców, którzy przyjechali w niedzielę do Łodzi po różne sprawunki i rozmawiając z sobą bardzo żałowali, że zapomnieli czegoś kupić. Nasz grubasek zaczął sobie pokpiwać trochę z tego małżeństwa, a jednocześnie zarzucał nas pytaniami. Towarzysz Zygmunt trącając mnie w bok, szeptał mi do ucha: - Jak Boga kocham szpicle, ostrożnie - byśmy nie wpadli.

Bardzo wesoła była nasza jazda do Pabianic, chociaż jednocześnie ta ciągła obawa przed tym niby szpiclem trochę nas z początku krępowała, ale w końcu przeszliśmy do ofensywy na tego podejrzanego grubaska i co raz zasypywaliśmy go pytaniami. Jednak wyrobiony okazał się ten pan i okropnie cwany.

Zygmunt chciał byśmy wysiedli zaraz przy wjeździe do Pabianic, ale ja się oparłem temu i przekonałem towarzysza, że jedziemy aż do stacji. Nie dojeżdżając do stacji, wysiadł nasz kpiarz i tym jakby zdjął z siebie podejrzenie, że jest szpiclem.

Szczęśliwie znaleźliśmy się w restauracji i zaraz po małej przekąsce poszedłem po towarzysza Olejnika. Czekał na nas z wielką niecierpliwością i gdy mu powiedziałem, że jest ze mną Zygmunt, bardzo się ucieszył i zaraz poszliśmy do restauracji, gdzie tymczasem Zygmunt obstalował dla siebie i mnie kolację. Wypiliśmy po kieliszeczku na prośbę tow. Olejnika i zaraz po kolacji wyszliśmy prosto do domków robotniczych fabryki Krusze i Endera. Niestety, nie pamiętam nazwisk tych towarzyszy u których wtedy odbyło się zebranie i którzy byli na tym zebraniu. Byli to wszystko towarzysze i towarzyszki poważni i bardzo oddani partii, sami robotnicy. Bardzo serdecznie nas przyjęli gdy tylko złożyliśmy bibułę, to zaraz ją zabrał jeden z towarzyszy i wyniósł do składu partyjnego, gdzie już była całkowicie zabezpieczona i skąd ją kolporterzy otrzymać mają już podzieloną do różnych dzielnic i miejscowości. Było to zebranie miejscowych kierowników i organizatorów PPS. Towarzyszka, u której zebranie się odbywało, przygotowała kolację dla wszystkich w postaci herbaty i kanapek z wędliną, była również i ta nieodłączna trucizna, w butelce, która zatruwają się szerokie masy ludu roboczego. Nastrój szybko wytworzył się bardzo podniosły i nadzwyczaj serdeczny. Po załatwieniu i omówieniu wszystkich spraw organizacyjnych tow. Zygmunt zmuszony był na liczne zapytania towarzyszy, wygłosić coś w rodzaju wykładu z dziedziny fizyki i chemii i w ogóle z dziedziny nauk przyrodniczych. Przypominam sobie, z jakim to zaciekawieniem przyglądali się i słuchali objaśnień dlaczego to woda wypełnia szklankę, z której uprzednio kawałkiem płonącego papieru wypchnięte zostało powietrze, i szybko tę szklankę stawia się na talerz, w którym jest trochę wody i woda ta wchodzi do tej szklanki…

Już było późno w nocy, gdyśmy pożegnali naszych towarzyszy, którzy czuli się w ten dzień, jakby na nowo powołani do życia. Naprawdę, tyle wtedy było widać wiary i radości na twarzach naszych towarzyszy, z tego tylko, że znów została nawiązana nić, która chwilowo została przez żandarmów przerwana.

Organizacja nasza w Pabianicach w tych czasach stała moralnie bardzo wysoko, ale i pod względem organizacyjnym była w specjalny sposób prowadzona. Z wielkim żalem piszę o tym, że nie mogę tutaj wymienić nazwisk towarzyszy, którzy wtedy byli kierownikami miejscowej i okolicznej organizacji PPS w Pabianicach. Byłem wtedy zachwycony stanem organizacyjnym i wysoką świadomością i bezgraniczną ideowością naszych towarzyszy w Pabianicach. Komitetu wtedy nie było w dzisiejszym pojmowaniu, a najbardziej czynni, świadomi i ofiarni towarzysze byli tym ciałem kierowniczym partii. Jeżeli się zjawił towarzysz, który stawał do roboty, to towarzysze najpierw wszechstronnie go wypróbowali, a gdy przeszedł wszystkie próby zadowalająco, to go wtedy przyjmowano do naszych szeregów i powierzano mu odpowiednią pracę w pewnej dzielnicy miasta.

Zawarta wtedy została umowa, że raz na dwa tygodnie będzie ktoś z Łodzi przyjeżdżał do Pabianic w sprawach organizacyjnych.

Na tym kończę ten mały obrazek z życia naszej organizacji i mam nadzieję, że towarzysze pabianiccy ujawnią całą pracę PPS szczegółowo, w specjalnej monografii Pabianic.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Ludwik_Śledzińsk

https://sztetl.org.pl/pl/biogramy/5106-cunge-emanuela



W publikacji „Gdzie są Niemcy z tamtych lat? – wspomnienia łódzkich Niemców”, red. Krystyna Radziszewska znajdują się również wspomnienia dawnych pabianiczan.

Georg Walter „Mojego ojca nazywano białym Żydem”

Urodziłem się 27 czerwca 1924 roku w Pabianicach. Członkowie mojej rodziny, zarówno ze strony matki, jak i ojca byli Niemcami i pochodzili z terenu Niemiec. Większość przybyła z Czech, Moraw i z Saksonii – to byli rzemieślnicy, którzy przywieźli ze sobą nie tylko tak zwane know-how, czyli umiejętności fachowe, ale także pieniądze, potrzebne do budowy zakładów. Z czasem zaczęli ich wspierać tamtejsi właściciele i polska szlachta. Wybudowali tu swoje fabryki i rozpoczęli nowe życie.

Moja mama pochodzi z rodziny Fröhlich. Kuzyn mojego dziadka był założycielem chemicznej fabryki w Pabianicach. Doktor Emanuel Fröhlich zajmował się chemią, a jego partner – Louis Schweikert – był kupcem. Urodziłem się w centrum  przy ul. Zamkowej. Dom, w którym przyszedłem na świat już nie istnieje, a na jego miejscu wybudowano pawilon handlowy. Na podstawie starych zdjęć ustaliłem, że łóżko, w którym się urodziłem, stało obok kwietnika.

Byliśmy w całkiem dobrej sytuacji finansowej. Mój ojciec nieźle zarabiał, co w przypadku Niemców zdarzało się raczej rzadko. Mieszkanie, w którym się urodziłem, było wynajmowane, nie należało do nas. Później mieszkaliśmy przez krótki czas przy ul. Zachodniej – tak nazywała się w tamtych czasach, dzisiaj jest to ul. Curie – Skłodowskiej. Jednak najdłużej mieszkaliśmy przy ul. Warszawskiej, naprzeciwko kaplicy. Ten nowoczesny dom zbudował jakiś polski przedsiębiorca w latach 1932-33.

Przed pierwszą wojną światową, mój ojciec pracował w agenturze. Agentury zajmowały się pożyczaniem pieniędzy drobnym rzemieślnikom. Mali przedsiębiorcy kupowali za nie przędzę i krosna tkackie, a z zarobionych pieniędzy spłacali agencjom pożyczkę. Po pierwszej wojnie światowej, kiedy powstała Rzeczpospolita Polska, rząd zabronił działalności takich agencji, ponieważ w większości były one w rękach Żydów, którzy umieli robić takie interesy. Chciano wówczas związać ręce Żydom, więc zakazano działalności, którą prowadzili. Teraz zakłady musiały same sobie radzić, a do tego potrzebowały specjalistów. Ojciec był jednym z nich, był inkasentem. Ludzie jego profesji mieli wtedy prawie nieograniczoną władzę i swobodę działania w największych zakładach. Mojego ojca nazywano „białym Żydem”, ponieważ nigdy nie pozwolił oszukać się czarnym Żydom. Dowiedziałem się dopiero później, dlaczego był taki mądry – miał wśród Żydów swoich zaufanych ludzi, którym dawał odpowiednie stanowiska. Przychodzili do niego w nocy i mówili: „Niech pan uważa panie Walter, X będzie teraz plajtował”. Mój ojciec wiedział, że nie będzie mu mógł oddać towaru, dopóki tamten nie ureguluje starych i nowych rachunków. Kiedy mama złożyła wniosek o przyznanie renty, policzyliśmy jego zarobki – zarabiał na tym wszystkim bardzo dobrze. Od Żydów z Izraela otrzymaliśmy zaświadczenie o wysokości zarobków mojego ojca, w Polsce nie było żadnych dokumentów. Z rodzeństwem przeliczyliśmy to, co zarabiał na dzisiejsze marki. Znaliśmy ówczesne ceny masła, jajek, chleba, wiedzieliśmy, ile trzeba było zapłacić za czynsz i za szkolę. Ustaliliśmy, że w dzisiejszych warunkach ta suma wynosiłaby 32 tysiące marek miesięcznie.

Od pierwszej do trzeciej klasy chodziłem do niemieckiej państwowej szkoły powszechnej, od czwartej do szóstej – uczęszczałem do prywatnej szkoły w Pabianicach, a potem zdałem egzamin do Niemieckiego Gimnazjum Prywatnego. Gdy wybuchła wojna, skończyłem trzecią klasę gimnazjum i przerwałem naukę w tej szkole. Na wszystkich egzaminach obecna była polska rada szkoły i pytania zadawano po polsku. Musieliśmy więc mówić dobrze nie tylko po niemiecku, ale i po polsku. Miałem kiedyś kolegę, który był obywatelem Szwajcarii, chociaż urodził się w Pabianicach. Jego wujek i ojciec pracowali w fabryce chemicznej, która została założona przez kuzyna mojego dziadka. Szwajcarzy przejęli tę fabrykę – jego ojciec został dyrektorem, a później akcjonariuszem. Ten Szwajcar mówił wyłącznie po niemiecku. Polski był dla niego językiem obcym. Z tego powodu w czasie lekcji języka polskiego często i dużo ode mnie ściągał. Dzięki swojej rodzinie prawie najlepiej z całej naszej klasy mówiłem po polsku. W szkole mieliśmy np. historię Polski lub język polski 4 czy 5 razy w tygodniu. W szkole podstawowej (wówczas nazywano ją szkolę powszechną), jak również w prywatnej szkole niemieckiej było tygodniowo o godzinę więcej zajęć z języka polskiego niż z niemieckiego. Po polsku prowadzono również geografię Polski. W gimnazjum było podobnie  - dochodziła tylko historia starożytna po polsku.

W szkole uczyli się przeważnie Niemcy wyznania protestanckiego, ale byli także Polacy i Żydzi. Można było trafić na nauczyciela o nacjonalistycznym nastawieniu, ale takich nauczycieli spotykało się także w polskich szkołach państwowych. Wykorzystywali oni każdą okazję, aby utrzeć nosa komuś, kto wydawał im się Niemcem. Ja wyrosłem w rodzinie liberalnej, gdzie miałem kontakt z różnymi religiami, dlatego właśnie nie znałem uczucia nienawiści do innych narodowości. Miałem przyjaciół, którzy mieszkali w Polsce, ale byli zagorzałymi niemieckimi nacjonalistami. Nie wiem, skąd brało się u nich takie nastawienie. Ja żyłem zawsze ze wszystkimi w zgodzie. Jestem Niemcem, wychowałem się w kręgu niemieckiej kultury, lecz moją ojczyzną jest Polska. Miałem przyjaciół różnych narodowości. Najlepszym z nich był Herbert Dickfoss.

Moi sąsiedzi byli Szwajcarami, Niemcami, Żydami i Polakami. Wzajemne stosunki układały się bardzo dobrze, byliśmy tolerancyjni. Szwajcarzy, którzy mieszkali w pobliżu, byli najczęściej pracownikami należącej do Szwajcara fabryki chemicznej. Polscy sąsiedzi byli kierownikami działów, dyrektorami urzędów – mieszkał tam między innymi kierownik urzędu finansowego w Pabianicach, kierownik kasy chorych – dr Tymieniecki – czy dyrektor dużej fabryki „Krusche und Ender”. Wszyscy się znali i pozdrawiali na ulicy, ale nie byli bliskimi przyjaciółmi. Mimo wszystko Niemcy odgraniczali się od Polaków, Polacy od Szwajcarów, a Szwajcarzy od Niemców. Akceptowali się nawzajem, żyli w przyjaźni, ale nie w braterstwie.

Często chodziłem do kina, gdzie grano austriackie, niemieckie, polskie i amerykańskie filmy. Amerykanie robili westerny lub doskonałe rewie – od początku do końca śpiew i taniec. Ambitniejszych filmów nie sprowadzano. Filmy nakręcone w Polsce były często o wiele lepsze niż amerykańskie. Wszystkie filmy były dubbingowane po polsku, a jeśli nie, np. tanie westerny, to miały napisy.

W niedzielę w kościele  Św. Marii Panny odbywała się główna msza święta dla katolickiej mniejszości niemieckiej.  Siostry mojego ojca, moje ciotki, należały do Katolickiego Stowarzyszenia Śpiewaczego „Cecilia” i zawsze sprawdzały, czy jesteśmy w kościele. Lekcje religii mieliśmy z księdzem z Ksawerowa. Razem z moimi przyjaciółmi chodziłem do kościołów ewangelickich. Odbywały się tam msze dla dzieci, które nazywaliśmy szkółką niedzielną. Pastorowie Julius Horn i Erich Lembke mieli świeckie poglądy i bardzo lubili dzieci. Przebywanie w ich  towarzystwie, słuchanie ich, sprawiało nam po prostu przyjemność. To był powód moich częstych wizyt w kościele ewangelickim. Dopiero po mszy mogliśmy iść na boisko grać w piłkę lub wziąć udział w jakiejś imprezie. Należeliśmy także do harcerstwa. Istniały różne grupy harcerskie – niektóre działały przy Niemieckim Gimnazjum, inne przy Niemieckiej szkole Podstawowej. Ja należałem do katolickiej niemieckiej grupy harcerskiej.


Protestanci mieli swoje własne związki, w których obchodzili święta. Wielkanoc i Boże Narodzenie urządzały protestanckie kościoły. W przypadku Niemców katolików było zupełnie inaczej – mieli swoje zwyczajne msze i obchodzili święta kościelne razem z Polakami. Boże Ciało było wspaniałym katolickim świętem. Niemieccy ewangelicy urządzali tego dnia majówkę. Był to ustawowo dzień wolny od pracy. Katolicy niemieccy uczestniczyli razem z Polakami w procesji, a w całym mieście budowano ołtarze. Bogaci rzemieślnicy i fabrykanci współzawodniczyli ze sobą – walczyli o to, czyj ołtarz będzie najpiękniejszy. Było też wiele świąt niekościelnych. Niemiecki Związek Gimnastyczny organizował np. bal maskowy dla dorosłych i dla dzieci oraz, przynajmniej dwa razy do roku, imprezy sportowe. Istniały wtedy kółka śpiewacze  - osobiście znalem w Pabianicach trzy ewangelickie i dwa katolickie. One także urządzały przynajmniej dwa razy w roku swoje imprezy. Ewangelickie Stowarzyszenie Kobiet też organizowało przedstawienia. Jedno z nich  nazywało się „Bazar” – kupowano i losowano fanty, a zysk przeznaczano na cele społeczne. Wszystkie związki były finansowane przez bogatych rzemieślników i fabrykantów. Moimi ulubionymi świętami były bal maskowy dla dzieci, święto sportu w związku gimnastycznym i organizowana przez związek strzelecki majówka (tylko dla naprawdę bogatych fabrykantów). Było pięknie, dużo strzelano i wybierano króla strzelców. Te święta podobały mi się najbardziej. Organizowano je zaraz po południu, między 14.00 a 16.00, tak że wolno było przyjść dzieciom, które musiały wcześniej wrócić do domu. Rodzice świętowali, a dzieci nie mogły przyglądać się wszystkiemu, co się tam działo.

Byliśmy zorganizowani, ale nie pod względem politycznym. Mieliśmy stowarzyszenie gimnastyczne, Niemiecki Klub Piłkarski i niemieckie kółka śpiewacze. Byliśmy bardzo tolerancyjni. Po pierwszej wojnie światowej, gdy Polska odzyskała niepodległość i wolność, na forum międzynarodowym wydano rozporządzenia, które nakazywały przestrzeganie praw mniejszości narodowych (Niemców, Rosjan, Czechów i Ukraińców mieszkających na terytorium Polski). Polscy ustawodawcy podporządkowali się tym zasadom.

Nikt nigdy tak nie obchodził świąt, nie urządzał takich balów maskowych, nikt nie śpiewał niemieckich piosenek tak, jak niemieckie kółka śpiewacze. Dawniej wszystkim się podobały takie uroczystości, wszyscy się znali i lubili, ale 1933 roku zrobiono z tego kwestię polityczną. NSDAP … Hitler doszedł do władzy – to miało duży wpływ na młodszych Niemców w Polsce. Wcześniej istniała partia – Niemiecki Związek Ludowy, do której należeli sami konserwatyści o niemieckim pochodzeniu, czujący się jednak lojalnymi obywatelami Polski. Nie podejmowali żadnych działań politycznych skierowanych przeciwko ówczesnemu rządowi.  

Gdy Hitler doszedł do władzy, nic się jeszcze nie działo, ponieważ dzięki Bogu byliśmy w Polsce tak bardzo wyizolowani, ze początkowo zmiana władzy w Niemczech nie miała żadnych konsekwencji. Powstała wprawdzie partia Jungdeutsche Partei, która próbowała doprowadzić do konfrontacji, ale poza tym nic się nie działo. Później Polacy utworzyli tak zwany Związek Zachodni. Podburzali przeciwko ludności niemieckiej, byli polskimi nacjonalistami. Czasami  osiągali swój cel, ale ogólnie kontakty między Polakami I Niemcami były tak złe lub tak dobre, że nie dochodziło do konfrontacji. Dopiero w roku 1939 dochodziło do ekscesów podczas demonstracji organizowanych przez Związek Zachodni. Niektórzy spośród polskich nacjonalistów wykorzystali ten moment, aby wyłożyć karty na stół... Później, kiedy sytuacja osiągnęła punkt krytyczny, wyglądało na to, że zacznie się wojna. Związek Zachodni zachowywał się coraz bardziej agresywnie. Kilka tygodni przed wybuchem wojny, latem 1939 roku, w trakcie jednej z demonstracji zdemolowano kilka lokali należących do niemieckich związków i szkół.  Wielu chłopców z rodzin niemieckich musiało opuścić domy i wyjechać do Niemiec. Polscy uczniowie zaczęli występować przeciwko uczniom ze szkół niemieckich. Ja miałem szczęście w nieszczęściu. Mieliśmy znajomych, którzy zostali wychowani w polskiej tradycji. Kiedy wracałem do domu musiałem iść zawsze przez żydowską dzielnicę, która znajdowała się między kościołem Św. Mateusza a kaplicą. Nie było to jeszcze getto – tak nazywano tę dzielnicę dopiero w czasie okupacji. Tam mieszkali Żydzi i tam stała synagoga. Polskie dzieciaki zawsze walczyły z żydowskimi i odwrotnie. Wobec Niemców byli jednak zawsze zgodni, przy czym należy dodać, że Żydzi trzymali bardziej z Niemcami niż z Polakami. To nie były rozgrywki polityczne,  lecz  rywalizacja pomiędzy młodzieżą.


W pabianickiej radzie gminnej był Polak o nazwisku Abdaszewski, który zawsze był przyjaźnie nastawiony do Niemców. W radzie gminnej wiele zrobił dla szkół i związków, zawsze tak się angażował w to, co robił, że dopinał swego. Byłem zaprzyjaźniony z jego synem – Bogdanem – razem byliśmy ministrantami w kaplicy. Później pana Abdaszewskiego aresztowano i wysłano do Dachau. Wszyscy Niemcy, którzy go znali, zebrali się wtedy i przygotowali pisemną prośbę z setkami podpisów o ponowne rozpatrzenie tej sprawy, ponieważ ten człowiek siedział niesprawiedliwie w obozie pracy. Przez długo czas nie było  żadnych wiadomości. Pewnego dnia do domu w Pabianicach przyszedł ktoś z instytucji państwowej i przyniósł urnę z prochami. Powiedzieli, że Abdaszewski był bardzo chory i umarł. Jedyną rzeczą, którą można było jeszcze zrobić to przekazać urnę z jego prochami rodzinie. Od rodziców słyszałem jednak inną opinię. Prawdopodobnie nie chciano go zwolnić do domu, więc zabito go i spalono. Zdaniem mojego ojca miał szansę na przeżycie, gdybyśmy my, Niemcy, nic nie zrobili. 


Mój tata miał wielu przyjaciół wśród Żydów. Pomógł wielu Żydom z gett w Pabianicach i w Łodzi. Nikomu nic złego nie zrobiliśmy, a kiedy po roku 1945 znów nadszedł przewrót, zastanawialiśmy się, czy możemy zostać tu, gdzie dotąd mieszkaliśmy. Powiedziałem wtedy do ojca: „Pakuj manatki” i wynieśliśmy się. Jego polscy przyjaciele także mówili mu: „Lepiej stąd uciekaj, tutaj już nikt nie może cię ochronić”. Było zupełnie tak samo jak za nazistów, ale teraz nadchodził komunizm. Mój ojciec został aresztowany  i znalazł się w obozie, w którym był bity, a ostatecznie z niego wyrzucony. Poszedł wtedy do mojej ciotki. Za cały swój majątek ciocia kupiła odpowiednie produkty i według starej receptury rodzinnej spreparowała maść, dzięki której mój ojciec doszedł do zdrowia. Kiedy poczuł się lepiej  i mógł już sam chodzić, aresztowali go Rosjanie, zabrali do Rosji i tam zmarł.

Zostałem powołany w 1941 roku – najpierw do pracy przymusowej dla państwa, a później do Wehrmachtu. Pewien czas  spędziłem w Związku Radzieckim – służyłem w piechocie. Krótko przed wkroczeniem Rosjan do Pabianic, kiedy byłem na froncie pod Radomiem, odwiedziłem rodzinę. Chciałem przekonać ojca, aby tu dłużej nie zostawał. Powiedziałem mu, że po tym, co zrobili nasi rodacy z Rzeszy (Niemców z Niemiec nazywaliśmy „Reichsdeutsche”, my byliśmy Volksdeutschami) nie może oczekiwać od Rosjan niczego dobrego. Ostrzegano mnie przed pozostaniem w Pabianicach, ponieważ wszyscy byli świadomi tego, co się wydarzy i nikt nie będzie mi w stanie pomoc. Dojechałem do Poznania, ale to miasto obwołano twierdzą i zostaliśmy tam zamknięci. SS otrzymało rozkaz wydostania się z miasta. Jechałem na czołgu, który został trafiony. Co się stało z tymi, którzy byli wewnątrz –  nie wiem.  Czułem tylko, że zostałem odrzucony przez ciśnienie. Straciłem przytomność, a kiedy ją odzyskałem, stało nade mną trzech Rosjan z wycelowanymi we mnie karabinami. Wzięto mnie do niewoli i zesłano na Syberię. Byłem dokładnie na granicy Europy z Azją w zakładach azbestowych w dzisiejszym Jekaterinburgu. Wróciłem latem 1949 roku.


Kiedy wróciłem do Stuttgartu, pracowałem początkowo u mojego wujka w zakładzie, ale nie chciałem pracować w przemyśle tekstylnym. Po krótkim czasie pożegnałem się i postanowiłem zacząć realizować własne plany. Interesowały mnie komputery, które nazywano wtedy „holerytami”. Te urządzenia poznałem już w roku 1943 w warszawskiej dyrekcji kolei państwowych, w czasie służby wojskowej. Stowarzyszenie „Holerit”, które wcześniej miało swoją siedzibę w Berlinie, przeniosło się do Stuttgartu i pojawiła się możliwość współpracy z nimi. Po maturze nie zdawałem już żadnych egzaminów, nie uczyłem się dalej zawodu. Kiedy inni byli na urlopach, w latach pięćdziesiątych, ja chodziłem na kursy.

Po raz pierwszy po wojnie byłem w Polsce w roku 1956, w Opolu, gdzie mieszkała kiedyś moja żona. Tam dorastała, chodziła do szkoły i aż do wypędzenia pracowała w dyrekcji kolei w Opolu. Z Opola pojechałem do Łodzi i Poznania. Pabianice zmieniły się, są teraz ładniejsze. Nie ma tam już jednak naszych znajomych. Kiedy idzie się przez miasto, wszystko wydaje się obce. Dawne Pabianice były nasza ojczyzną, ale dzisiejsze – już nią nie są. Jesteśmy tutaj obcy.

Herbert Dickfoss „Kompromitacja w mauzoleum”

O ile pamiętam, wydarzyło się to w 1936 roku. Miałem  dwanaście lat i żeby sobie dorobić pomagałem przy pogrzebach. Zwykle śpiewałem albo niosłem krzyż. Praca była poważna i budząca szacunek, no i przynosiła niezłe zyski – siedemdziesiąt groszy od pogrzebu, można powiedzieć od truposza. Dla takiego szczeniaka jak ja było to wówczas sporo pieniędzy – starczało prawie na pięć biletów do kina. Największy ruch w interesie panował wiosną i jesienią. Dziennie odbywały się wtedy trzy, cztery pogrzeby, co dawało dwa złote osiemdziesiąt  groszy..

Była jesień. Pogoda – marna. Wiele osób umierało. Pogrzeby odbywały się w pośpiechu. Pewnego razu było tyle pracy, ze musieliśmy się podzielić. We trzech – pastor Horn, Artur i ja – mieliśmy wystąpić w mauzoleum w Pabianicach. Nie byliśmy do tego przyzwyczajeni – zwykle śpiewaliśmy w szóstkę, na trzy glosy. Szacowny nieboszczyk leżał na marach, w mauzoleum stali płaczący żałobnicy i pastor Horn. Obrazu dopełniały kolorowe witraże w oknach i potężne sklepienie. Wszystko miało się odbyć  zgodnie z tradycją. Artur dał mi znak i zaczęliśmy śpiewać. Śpiewaliśmy tak jak zawsze, pewnie, wysokimi, chłopięcymi głosami: „So nimm meine Hӓnde und fϋhre mich” (Weź mnie za ręce i poprowadź). Wcześniej nie miałem pojęcia, że Artur, który zawsze gdy byliśmy w komplecie śpiewał pierwszy głos, sam nie był w stanie utrzymać swojego dur. Z drugiej strony mój słuch  i ambicja nakazywały mi przy śpiewaniu tej prostej piosenki od razu zaintonować drugi głos. To z kolei powodowało, że Artur zaczynał zmieniać ton. Po kilku bohaterskich próbach utrzymania swej tonacji, dostosowywał się w końcu do mnie. Poziom naszego wystąpienia  zaczynał szwankować. Śpiewać jednogłosowo, w mauzoleum, przed dwoma setkami ludzi leżało poniżej naszej godności. A więc dobrze, jeśli Artur śpiewa pierwszy głos, to ja będę śpiewał drugi. Ale z Arturem okazało się to niemożliwe.  Znów po pewnym czasie zaczynał śpiewać to, co ja. W końcu wystąpił mi na czoło zimny pot, ludzie dokoła byli najwyraźniej zaniepokojeni i przestali szlochać. Tylko zmarły pozostał niewzruszony.

W tej nerwowej atmosferze przezwałem śpiewanie i głośno, wyraźnie zapytałem swego kolegę: „Artur, co ty właściwie śpiewasz, pierwszy czy drugi głos?”. Wściekłem się, gdy usłyszałem te niesprawiedliwe oskarżenia. W żadnym razie nie chciałem wyjść na niemuzykalnego przed tak licznym audytorium.

W pabianickim mauzoleum wybuchła bójka pomiędzy dwoma pomocnikami pastora.

W końcu z tej nieszczęsnej sytuacji wybawił nas sam pastor  Horn. Swym pięknie brzmiącym tenorem zaczął śpiewać drugą zwrotkę, a cale towarzystwo żałobne wtórowało mu nieśmiało. Tylko my dwaj staliśmy tam czerwoni po uszy, koszmarnie skompromitowani.

Naturalnie całe zdarzenie miało ciąg dalszy po pogrzebie. Pastor Horn nie tylko kazał nam się modlić, ale również obciął naszą wypłatę.

„Śnimy o swojej bajkowej krainie”

(…) Widzę wtedy Pabianice,

Biegnę pędem przez ulice.

Lecę gdzieś przez Żeromskiego,

Taki to urwis, kolego,

Bije się z chłopakami,

Okłada wszystkich pięściami.

W końcu przez te atrakcje

Spóźnia się znów na kolację,

Na pewno dostanie burę,

Tata złoi mu skórę.

Mama go potem pocieszy,

Raz jeszcze go chyba rozgrzeszy…

Czasem życie w mieście było trudne,

Chodzenie deptakami robiło się nudne.

Mama mnie wtedy prowadziła,

Do krainy, która mi się będzie śniła.

Najpierw idziemy Zamkową,

Za miastem drzewa szumią nad głową,

Ptaki nam pięknie śpiewają,

O! Już się Karniszewice wyłaniają!

Droga daleka, pole po prawej,

Stąd na bosaka biegnę po trawie.

Psy gdzieś szczekają, skowronek śpiewa,

Pole ogromne, a za nim drzewa.

Lasek sosnowy został gdzieś w tyle,

Droga skręcała, jak się nie mylę,

Wioska Wymysłów, pagórek, bzy

To właśnie moje wyśnione sny. (…)


„Tacy właśnie są Żydzi”

Tę smutną i prawdziwą historię opowiedziała mi moja matka parę lat przed śmiercią. Tytułem wstępu: Wszyscy wiemy, że w Polsce było kiedyś wielu Żydów, którzy zajmowali się krawiectwem. W latach 30. były tylko nieliczne sklepy z odzieżą, gdzie dostępne były gotowe ubrania. Płaszcze czy garnitury szyto zwykle na miarę. Najczęściej  u Żydów, ponieważ ci znali się na rzemiośle, no i można się było z nimi targować. Moi rodzice mieli swoich krawców – Irmbergów i Sternów. Wszyscy wiemy również, że wkrótce po zajęciu Polski Żydzi zostali umieszczeni w getcie.

Tak było także w Pabianicach. Żydzi zostali stłoczeni na starym mieście, a teren, gdzie mieszkali otoczono płotem. W zasadzie zabronione było wchodzenie na teren getta, ale my, Niemcy, mieliśmy swoje sposoby, aby się tam dostać.

Był rok 1942. Należałem  wtedy jeszcze do marynarki w Gdańsku. Moja młodsza siostra – Ruth -  miała  być konfirmowana. Trzeba było uszyć dla niej sukienkę. Mieliśmy zachomikowane wiele materiałów – w końcu w Pabianicach rozwijał się przemysł tekstylny. Matka zapakowała materiał, trochę maki, kilka jajek, chleb i poszła do getta, do Żyda Irmberga – naszego przedwojennego krawca. Irmbergowie nie mieli własnych dzieci, ale przygarnęli chłopaka, który blady i cichy siedział w kacie i przyszywał guziki do mundurów. Irmbergowie pracowali dla władz, dzięki czemu mogli przeżyć, ale i tak było im niezwykle ciężko. Irmbergowie i mama ubili interes: sukienka dla Ruth , a przy okazji jeszcze płaszcz zimowy z futrzanym kołnierzem. Była to oczywiście robota na czarno, bardzo niebezpieczna, ale … Dwa razy mama była z Ruth u miary. Irmergowie płakali, bo mama im zawsze coś przynosiła, a mama płakała, bo Żydom się tak źle powodziło.

Pewnej nocy na wiosnę wszyscy Żydzi zostali zapędzeni przez SS na Krusche-Ender-Platz. Ze starówki szli główną ulica miasta. Mieszkańcy jeszcze spali. Tego pochodu nędzy nikt nie powinien był widzieć. Tylko naprzeciw kościoła św. Mateusza paliło się światło w jednym z okien. Tam znajdowała się piekarnia. Niestety nie pamiętam dziś już nazwiska piekarza. Nagle z kolumny wybiegła kobieta, przeskoczyła chodnik i dopadła drzwi piekarni. Otworzyła gwałtownie drzwi i zawołała do zdumionego piekarza: „Zna pan panią Dickfoss z Zielonej Górki? Tak? To proszę przekazać jej tę paczkę”. Zaraz pojawił się w drzwiach strażnik i grożąc kobiecie bronią zabrał ją z powrotem do kolumny. Epizod, który nie trwał nawet minuty, a jaki dramat!”

W nadchodzącą niedzielę, po drodze do kościoła, piekarz powiedział do mojej mamy: „Proszę przyjść jutro do mojego sklepu, mam dla pani paczkę”. Mama przyjęła zaproszenie  z radością – pewnie przygotował chleb … Ale było inaczej. W byle jak zawiniętym pakunku było futro i płaszcz. W nocy, kiedy opróżniano getto, Irmbergowie myśleli jeszcze o tym, aby oddać mojej mamie znajdujące u nich rzeczy. Pani Irmberg narażała się na śmierć z powodu paru resztek materiału, które do niej należały.

Piekarz ze starówki powiedział jeszcze: „Widzi pani, tacy właśnie są Żydzi”.

O Irmbergach nigdy już nic nie usłyszeliśmy.


Historia Hansa Joachima Wenske

„Nasze liceum”

Powszechnie wiadomo, że znikanie pryszczy z chłopięcych twarzy oznacza nie tylko koniec okresu dojrzewania, ale także początek zainteresowania odmienną płcią, krótko mówiąc – mężczyzna staje się mężczyzną. To samo dotyczyło uczniów naszego liceum. Co prawda chodziliśmy z dziewczętami do tej samej klasy, a więc nie były one dla nas żadną nowością, ale ponieważ było ich niewiele, wybór był dosyć ograniczony. A poza tym dziewczyny z naszej klasy interesowały się najczęściej chłopcami ze starszych roczników.

Liczne niezwykle czarujące przedstawicielki słabszej płci z pabianickiego Liceum im. Królowej Jadwigi zwracały na nas uwagę, ponieważ wyróżnialiśmy się spośród masy polskich gimnazjalistów. Młodzi Polacy musieli nosić mundurki – my nosiliśmy przeważnie szyte na miarę garnitury. Jednym słowem prezentowaliśmy się znacznie lepiej.

Nawiązanie pierwszych znajomości nie stanowiło żadnego problemu. Można to było zrobić podczas przechadzki deptakiem, czyli reprezentacyjnym odcinkiem ul. Zamkowej, rozciągającym się pomiędzy cukiernią Piątkowskiego, a mniejsza, odwiedzaną licznie przez uczniów cukierenką-kawiarnią „Jaworski”, gdzie było nieco przyćmione światło i czerwone obicia z pluszu.

Codziennie od 17.00 do 19.00, a w niedzielę pomiędzy 11.00 a 13.00 (po zakończeniu mszy) ruch był niezwykle duży – chodziliśmy tam i z powrotem, grupami, dwójkami czy trójkami.

Jeśli  odkryliśmy jakiś godny zainteresowania obiekt i otrzymaliśmy obiecujący znak – gdy dziewczyna na przykład puszczała oczko – zaczynaliśmy iść za nią, by w odpowiednim momencie nawiązać rozmowę i oczarować ją. Jeśli mieliśmy szczęście, mogliśmy odprowadzić młodą damę aż do drzwi jej domu. Oczywiście zdarzały się starcia z konkurencją z polskiego gimnazjum dla chłopców, ale najczęściej wszystko dobrze się kończyło.

Największe szanse mieli oczywiście nasi championi, jak Arthur Schubert czy Kurt Hauschild biorący udział we wspólnych zawodach sportowych. Ale właściwie wszyscy – jako okazy poniekąd egzotyczne – budziliśmy znaczne zainteresowanie. Mannel cieszył się względami pięknej panny o przezwisku „Bajbus” (od Barbary), która na każdy temat pisała dowcipne i świadczące o niemałej inteligencji wierszyki. Ja zabiegałem o Danutę, której uroda idealnie nadawałaby się do reklam proszków do prania. Dla mnie była to wtedy największa piękność na świecie, no może w Polsce, albo przynajmniej w Pabianicach. Jej starsza siostra przyjaźniła się z jednym z uczniów naszego gimnazjum, a ponieważ jej rodzina mieszkała za Górką, zawsze odprowadzałem ją wieczorami, aby nic złego jej się nie przydarzyło. Przeze mnie wielu dostało kosza od Danuty.

Jeśli bywało się w domu polskiej rodziny, wszyscy mówili: „On chodzi tam, żeby się ożenić”, jeśli natomiast odprowadzało się dziewczynę tylko do drzwi, mówiono: „On z nią chodzi”.

Takie były nasze  zupełnie niewinne pierwsze miłości.

Specjalną atrakcją były zawsze bale dla uczniów liceum. Polscy gimnazjaliści byli zapraszani całymi klasami. Ci z nas, którzy przyjaźnili się z polskimi uczennicami, otrzymywali od pani dyrektor na ich prośbę imienne zaproszenie na piśmie. Nasi wspaniali sportowcy oraz Mannel, Teo i ja byliśmy stałymi gośćmi tych balów. Wiele wówczas tańczono, szczególnie modne było tango „z figurami”.

Naszym nauczycielom, przede wszystkim panu Deugscherzowi (znak firmowy – uczniowski kołnierz i sandały), nie podobały się te znajomości i często dawał nam to do  zrozumienia. Ale na szczęście interesował się raczej harcerzami czy problemami narodowymi.

Uroczystości w naszym gimnazjum odbywały się najczęściej bez udziału polskich uczennic. Tańce miały miejsce bardzo rzadko, zwykle oglądaliśmy wtedy kabaret uczniowski i dobrze się przy tym bawiliśmy.

Dniem, który przerywał monotonię codziennych spacerów deptakiem, był drugi dzień Wielkanocy – lany poniedziałek, czyli dyngus (nazwa wywodzi się prawdopodobnie od wody święconej). Uzbrojeni w  buteleczki tanich perfum – dla swojej ukochanej miałem zawsze trochę maminej wody toaletowej – wałęsaliśmy się po deptaku w poszukiwaniu atrakcyjnych ofiar, które następnie skrapialiśmy perfumami.

Nic dziwnego, że deptak, mimo że nie rosły na nim kwiaty, pachniał potem „Chwilką” lub „Dzwoneczkiem majowym”.

Zapraszanie polskich przyjaciółek do domu nie było dobrym pomysłem, ponieważ ani pani Thommen, ani moja mama nie mówiły po polsku, a rozmowa „na migi” byłaby zbyt męcząca.

I tak nasze kontakty ograniczały się do „chodzenia ze sobą” – wiosną, latem, jesienią i zimą. Tylko w czasie mrozów było nieco inaczej. Na placu Straży Pożarnej organizowano lodowisko, gdzie ślizgaliśmy się parami – była to jedyna okazja, aby w publicznym miejscu objąć swoją dziewczynę.

Ten cudowny czas dobiegł końca wraz ze zbliżaniem się matury. Sto dni przed egzaminem dojrzałości odbył się bal pożegnalny, w którym brali udział także nauczyciele- studniówka. Odtąd nosiliśmy uczniowskie czapki z wyszytą po środku srebrną cyfra 100 i czuliśmy się już w połowie jak studenci.

Dziś, po pięćdziesięciu latach, wydaje mi się, że ten okres mojego życia był niczym innym jak tylko cudownym snem, z którego wyrwały mnie zdarzenia następnych, gorzkich lat. Po tym jak wraz z innymi uczniami pabianickiego gimnazjum odwiedziłem miasto mej młodości, wróciły wspomnienia. Nawet jeśli te wspomnienia to tylko osobiste wrażenia, wiem, że podobne odczucia nie były wyłącznie moim udziałem – podobnie czuli wszyscy moi rówieśnicy.



Inżynier Mieczysław Klimek wspomina uruchomienie Państwowych Zakładów Włókienniczych „Krusche i Ender” w Pabianicach w okresie od 22 stycznia do 1 września 1945 roku:

W przeciwieństwie do miasta Łodzi, Pabianice skutkiem działań wojennych doznały ogromnych zniszczeń, szczególnie w przemyśle włókienniczym. Największa firma „Krusche i Ender” zatrudniająca w samych Pabianicach przed wojną około 1000 osób została zniszczone w około 60%. Firma „Krusche i Ender” miała zniszczone kompletnie warsztaty mechaniczne, obróbki żelaza z tzw. szkołą dla uczniów przemysłu włókienniczego, starą przędzalnię odpadków, magazyny artykułów technicznych, warsztaty mechaniczne obróbki drzewa, jak: stolarnię i ciesielnię, kompletnie spalone biuro techniczne, częściowo farbiarnia, a całkowicie laboratoria chemiczne.

Skład towarów przy farbiarni, postrzygalnię, a częściowo uszkodzono nową przędzalnię odpadków, następnie tkalnię liczącą 1 500 krosien wraz z oddziałami przygotowawczymi i pomocniczymi w stanie kompletnego zniszczenia i zdewastowania, co nie da się opisać, a co zostało utrwalone na zdjęciach fotograficznych przez nas dokonanych. Oprócz uszkodzeń z wyżej wymienionych z siłowni „Krusche i Ender” wywieźli okupanci części jednej z turbin. Skutkiem niespuszczenia wody, sieć wodna na całej przędzalni tzw. Łąki uległa częściowemu zniszczeniu, w tym samym stanie znajdował się bielnik. Jeżeli wyobrazimy sobie nadto i to, że cała sieć elektryczna, siłowa jak i świetlna, telefoniczna, sygnalizacyjna, tryskaczowa, zostały zniszczone w pewnych obiektach całkowicie, wraz z podstacjami siłowych urządzeń elektrycznych, to jest rzeczą jasną, że nie można mieć nadziei uruchomienia tych zakładów w ogóle, ponieważ samo odbudowanie sieci elektrycznej, celem doprowadzenia energii i uruchomienia tylko częściowo zniszczonych oddziałów, wymagało przynajmniej istnienia niezniszczonych warsztatów mechanicznych. Stan więc był taki, że obok nie zniszczonej Łodzi, miasto Pabianice było samo zniszczone i posiadało zniszczony przemysł, wskutek czego do dnia 22 stycznia 1945 r. było w ogóle nieoświetlone.

W dniu 22 stycznia 1945 r., ja w związku ze sprawą oświetlenia miasta po raz pierwszy wszedłem na teren fabryki „Krusche i Ender”, celem ewentualnego wykorzystania niezniszczonej turbiny, dla przywrócenia oświetlenia. Wobec tego jednak, że turbina ta mogła być uruchomiona jedynie wtedy, gdyby istniało źródło energii elektrycznej, mogące zasilić jej pompy kondensacyjne, sprawa uruchomienia turbiny okazała się tylko wtedy możliwa, gdyby takie źródło można było stworzyć w Pabianicach. Poza tym uruchomienie mogło nastąpić tylko przy podjęciu pełnej odpowiedzialności za to, ponieważ skutkiem postoju i działań wojennych, tylko dokładna obserwacja jej pracy, pozwoliłaby na ewentualne uniknięcie mogących powstać w niej zaburzeń i uszkodzeń. W pierwszym więc rzędzie należało stworzyć prymitywną elektrownię, z niej zasilać siłownię fabryki „Krusche i Ender”, a następnie wykorzystać energię wytworzona i rozprowadzić ją na obszar Pabianic.

Odszukano więc, choć nieodpowiedni, ale dający się wykorzystać, generator prądu zmiennego i wykorzystując znajdująca się w sąsiedniej farbiarni „Dobrzynce” maszynę parową, doprowadzono wytworzoną energię do siłowni fabryki „Krusche i Ender”, mimo olbrzymich trudności technicznych związanych z jednoczesnym uruchomieniem rusztów i pompy zasilającej w kotłowni oraz pompy kondensacyjnej w turbinie, do czego generator nie był przystosowany.

Pomijamy tutaj cały szereg trudności natury technicznej, dla nietechnika, zupełnie obcych i niezrozumiałych. Inicjatywę i pełną odpowiedzialność ponosiłem ja. Świadkami tej całej sprawy byli współpracujący monterzy, a mianowicie: Loga Józef, Skowroński Józef, Gmachowski Jan, Mikuta Józef, Bloch Jan i wielu innych, jak również ogół pracowników fabryki „Krusche i Ender” i całe społeczeństwo m. Pabianice, znajdujące się wówczas na jego terenie.

Szczęśliwy moment uruchomienia turbiny w fabryce „Krusche i Ender”, oświetlenia miasta stał się jednocześnie sygnałem rozpoczęcia prac zabezpieczania wszelkiego mienia państwowego na terenie zakładów, tak w postaci urządzeń technicznych zagrożonych działaniem warunków atmosferycznych, pozostałymi minami zagrażającymi życiu ludzkiemu i urządzeniom nie zniszczonym, jak i zabezpieczania bogatych składów gotowych tkanin, mogących ulec grabieży przez niewyrobione obywatelsko jednostki.

Uruchomienie fabryki „Krusche i Ender” nastąpiło dnia 24 stycznia 1945 r. i siłownia fabryki „Krusche i Ender” przez przeciąg 6 tygodni zasilała w energię elektryczną m. Pabianice i Łódzkie Elektrownie Kolei Dojazdowych, podczas  gdy niezniszczona łódzka elektrownia nie zdołała rozprowadzić swojej sieci do podstacji Pabianice.

Bezpośrednio po uruchomieniu siłowni przystąpiłem do stworzenia warsztatów mechanicznych. W przeciągu 2 miesięcy skompletowano i zmontowano z pogorzeliska wyciągnięte niezbędne obrabiarki, a mianowicie: tokarnię, frezerkę, szlifierki, wiertarki, bardzo dużą ilość narzędzi, zorganizowałem na nowo biuro techniczne, urządzono nowocześnie nową stolarnię mechaniczną i ciesielnię, korzystając częściowo z poparcia Wydziału Przemysłu Tymczasowego Zarządu m. Pabianice.

Wyciąganie spalonych maszyn i doprowadzenie ich do stanu używalności oraz organizacja według nowego planu biur technicznych nie była rzeczą łatwą. Wspominam tu tylko, dla braku miejsca, to wszystko, co musi być szczególnie podkreślone, pomijając już wcześniej wymienione urządzenia, które, samo przez się zrozumiałe, musiały być odbudowane w pierwszym rzędzie i uruchomione. Przez przeciąg 5 miesięcy przystąpiliśmy do systematycznej odbudowy oddziałów produkcyjnych.

Po dokonaniu uprzątania gruzów i zabezpieczeniu walących się murów, odbudowano całkowicie szarpalnię odpadków o kubaturze 2496 m3 i dokonano remontu wewnętrznych urządzeń mechanicznych. Zmontowano w nowej przędzalni odpadków pędnię i silnik asynchroniczny, zniszczone skutkiem działań wojennych, co pozwoliło na jej uruchomienie, a przez to możliwość zarobkowania dla 85 ludzi.

Odbudowano i uruchomiono w 50% farbiarnię, a mianowicie: skład nowy surowych tkanin o kubaturze 2600 m3 oraz sam oddział produkcyjny farbiarni o kubaturze 328 m3. Farbiarnia przez zainstalowanie na miejsce spalonej nowych silników zatrudnia obecnie 52 robotników i wykańcza 14 000 m dziennie.

Stworzono prowizoryczną na miejsce spalonej postrzygalnię, również z postrzygarkami zmontowanymi przez nowy warsztat mechaniczny. Postrzygalnia zatrudnia dziś 24 ludzi. Zabezpieczono dachem i przygotowano do produkcji jedną z najpiękniejszych drukarni tkanin w przemyśle włókienniczym. Położono 600 m2 dachu, wyremontowano 2 spalone maszyny drukarskie, odbudowano wartownię strażacką o kubaturze 200 m3 wraz z wewnętrznym urządzeniem mieszkalnym. Rzeczą najważniejszą, która dopomogła nam do osiągnięcia w miesiącu czerwcu 24,1%  wykonania planu produkcji, była praca nad uruchomieniem tkalni. Przystąpiliśmy do prac przygotowawczych nad odbudową tkalni liczącej około 1500 krosien i jej oddziałów przygotowawczych, a niezależnie od tego uruchomiliśmy około 300 krosien w wolnych od zniszczenia budynkach. Wyremontowano zniszczone 2 krochmalniki. Należy przy tym dla lepszego zorientowania się zauważyć, że spalone motory i wszelkie inne urządzenia montujemy całkowicie w naszych warsztatach.

W związku z zamówieniami na wykończenie białych tkanin wyremontowaliśmy na nowo zdewastowaną i przekształcona na fabrykę kabli telefonicznych „Siemens” apreturę, w przeciągu niemal 2 tygodni. Obecnie jest to jeden z najlepiej urządzonych oddziałów tego typu w ogóle w przemyśle bawełnianym.

W miesiącu czerwcu przędzalnie nasze nastawiliśmy na nowo na produkcję przędzy dla artykułów technicznych, a mianowicie: kordów dla fabryki opon samochodowych „Stomil”, sieci rybackich „Iwis” itp.. co stanowi wyłączną  specjalność naszych zakładów. W miesiącu wrześniu ukończymy odbudowę nowoczesnych warsztatów mechanicznych i nowocześnie urządzimy warsztaty elektryczne, a przed zimą prawdopodobnie zdołamy pokryć dachem i zabezpieczyć tkalnię o 1000 krosnach wraz z oddziałem przygotowawczym, odbudować rozdzielnię elektryczną dla niej i tym samym uratować państwu bezcenny majątek. W miesiącu listopadzie rozpoczęto prace nad przebudową naszej gazowni.  Pałace dawnych właścicieli zamieniono na świetlicę robotniczą, przedszkole dla dzieci i żłobek dla matek-robotnic. Jesteśmy obecnie w fazie szybko rozwijającej się odbudowy i wzmożenia produkcji. (Tekst pochodzi ze zbioru dokumentów źródłowych „Kształtowanie władzy ludowej w Łodzi i województwie łódzkim w 1945 r.”, 1985)

https://pl.wikipedia.org/



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij