www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 60 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Ramisz

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Leszek Ramisz był krajoznawcą i miłośnikiem  historii Pabianic, kronikarzem miejskiej codzienności, autorem wielu publikacji prasowych i broszur, a także programów telewizyjnych.

Nota o bohaterze tekstu

Leszek Ramisz (23 września 1925 r. – 2 sierpnia 2003 r.), przewodnik turystyczny, taternik, żeglarz, pilot, skoczek, kronikarz.

Ojciec Emil był urzędnikiem magistratu, matka Julianna z domu Zybert zajmowała się domem. Ukończył Szkołę Powszechną nr 12 i Gimnazjum im. J. Śniadeckiego w Pabianicach. Podczas okupacji pracował w aptece (stanowisko laboranta chemicznego) i w tkalni mechanicznej Leonarda Rönscha w Pabianicach (najpierw w straży pożarnej, potem jako robotnik, a następnie kolejno jako snowacz i tkacz).

W związku z niemieckimi naciskami w celu podpisania przez ojca niemieckiej listy narodowej (volkslisty) opuszcza wraz z rodzicami Pabianice i przenosi się do Piotrkowa Trybunalskiego (ówczesna Generalna Gubernia). W Piotrkowie skończył Gimnazjum Handlowe dla Polaków i rozpoczął pracę, jako pracownik umysłowy w Zarządzie Miejskim.

W 1943 roku wstąpił do Armii Krajowej, przyjął pseudonim „Zadzierus”. Maturę zdał w Liceum Handlowym w Łodzi (z wynikiem bardzo dobrym), podjął studia na wydziale prawa Uniwersytetu Łódzkiego. Zaliczył pierwszy rok studiów, jednocześnie pracując (do 1950 roku) w Pabianickich Zakładach Przemysłu Bawełnianego. W 1950 został aresztowany przez UB. Jako więzień polityczny za kratami spędził 5 lat, w 1955 r. wyszedł na skutek amnestii. Rozpoczął pracę w Pabianicach, gdzie w ”Żarówce” przepracował 31 lat, aż do emerytury. W „Żarówce” był współzałożycielem jednego z pierwszych w Pabianicach kół PTTK. W latach 1962-66 pełnił funkcję wiceprezesa  Oddziału PTTK w Pabianicach.

W latach 1967-68 był członkiem zarządu oddziału. Zyskuje dyplom ukończenia Państwowej Szkoły Technicznej wydział zaoczny w Warszawie uprawniający do używania tytułu technik-technolog w zakresie elektroniki. Ramisz posiadał licencję pilota i skoczka spadochronowego.

Za działalność konspiracyjną w czasie II wojny światowej otrzymał wiele odznaczeń, m. in. przyznany w Londynie „Medal Wojska Polskiego” (dwukrotnie), Krzyż Armii Krajowej. Uhonorowany został także licznymi odznakami PTTK, Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Posiadał odznakę branżową : Zasłużony dla Przemysłu Oświetleniowego. Otrzymał nagrodę prezydenta Pabianic za rozpowszechnianie wiedzy o Pabianicach.

Autor broszur: „Opactwo cystersów w Sulejowie”, „75 lat Pabianickiego Towarzystwa  Cyklistów 1906-1981”, „Pabianicka Fabryka Żarówek – 60 lat 1923-1983”. Wspólnie z Eugeniuszem Gaszewskim opracował „Pabianice –Przewodnik – Informator”, publikację  wydaną przez PTTK Pabianic. Eksponował swoje prace fotograficzne na wystawie „40-lecie Pabianic w fotografii”, zorganizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Pabianic. Opracował szczegółowy wykaz pabianickich ulic, zawierający historię zmian ich nazw na przestrzeni dziejów.

Trzykrotnie żonaty. Jego jedyna córka z pierwszego małżeństwa mieszka w Warszawie ( NŻP, nr  44/2012 r.)

***

Przedstawiamy rozmowę z Leszkiem Ramiszem, historykiem amatorem, kronikarzem dziejów miasta, kolekcjonerem pabianicianów. Przykład pana Ramisza pokazuje, że niezależna i hobbystyczna działalność może zaowocować bardzo ciekawymi rezultatami, które znakomicie uzupełniają pracę instytucji statutowo zobowiązanych do utrwalania i popularyzacji dziedzictwa kulturowego. Widać tu szczególne połączenie zainteresowań przeszłością i zarazem dniem obecnym. Dla Leszka Ramisza ważny jest zwłaszcza obyczajowy, powszedni wymiar życia w mieście, który czasem umyka profesjonalnym historykom pochłoniętych opisem przełomowych wydarzeń politycznych i gospodarczych. Ramisz rozumie jak istotna rolę odgrywa żmudne dokumentowanie pozornie drobnych faktów, detali, zachowań. Być może znajdą się autorzy, którzy pokuszą się kiedyś o napisanie, tak modnej obecnie, historii codziennej egzystencji w … Pabianicach.

- Kiedy zaczął się pan interesować miastem i jego historią?

- W latach 70. zająłem się fotografią, ale już wtedy miałem jakieś zbiory dotyczące Pabianic. Dokładnie nie pamiętam. Coś już miałem, wymieniałem, kupowałem. Gromadziłem je w najrozmaitszy sposób. Nie kradłem, czasem może od kogoś to i owo wyłudziłem. Zaczęło przybywać wydawnictw. Jest tego cała półka. Najtrudniej było zdobyć monografię Barucha z 1903 roku. W końcu znajoma dała mi do zrozumienia, iż jest ktoś ciężko chory, liczący się ze swoją śmiercią, kto chciałby zadysponować tę książkę. Kupiłem ją za dość duże pieniądze.

- Jakie tematy podjął pan w swoich fotografiach?

- Interesowało mnie właściwie wszystko: architektura, wygląd ulic, oświata, służba zdrowia, komunikacja, cmentarze. Wiele uwagi poświęciłem detalom architektonicznym na przykład kratom balkonowym. Zachowały się jeszcze gdzieniegdzie, m. in.  na pierwszym piętrze banku stojącego na rogu Zamkowej i Berlinga. Są ręcznie kute i ozdobne. Detale jednak giną. Gdziekolwiek  przeprowadzają remonty, to zazwyczaj likwidują stare rzeczy. W budynku banku przy Pułaskiego kraty zostały zastąpione zwykłymi prętami. Zajmowałem się również fotografią etnograficzną, która dotyczyła reliktów z przełomu wieków i okresu międzywojennego. Dokumentowałem przedmioty codziennego użytku, narzędzia, meble. Powstały serie fotografii ilustrujące m. in. „heblowanie kapusty”, „pranie”, „ogrzewanie”, zdjęcia przedstawiające wnętrza kuchen, sypialnie, pokoje gościnne, żyrandole, ramy okienne, poręcze, schody, korytarze, podwórka. Tego dziś już nie ma, albo powoli odchodzi w niepamięć, ginie, zmienia się  nie do poznania. Tutaj gdzie jest obecnie Urząd Skarbowy, zwany potocznie pałacem Kindlera, w podwórku był budynek gospodarczy z wieżyczką zakończoną wysokim stożkowatym hełmem. Podczas remontu ta oryginalna wieżyczka uległa zniszczeniu.

- Nieobce jest panu także spojrzenie satyryka …

- Mam trochę humorystyczny album, który pokazuje stan sanitarny miasta. Są w nim zdjęcia szaletów, typowych przedwojennych sławojek, niekiedy zachowanych po dziś dzień. Sfotografowałem też szalet przy dworcu kolejowym. Tam spotkała mnie przygoda, która dobrze oddaje klimat owego czasu. Otóż zatrzymał mnie milicjant. Stwierdził, że co prawda fotografuję szalet, ale chwilę wcześniej mogłem fotografować dworzec. Prowadził mnie już na komendę, ale przypadkowo natknęliśmy się na ówczesnego prezydenta miasta Fronczaka, którego dobrze znałem.

- Co ty tu robisz? – pyta Fronczak. – No, widzisz, zamykają mnie – odpowiadam.

- A za co? – szalet fotografowałem – mówię. Popatrzył na milicjanta i powiedział: czyście zwariowali, plutonowy. Wracajcie do swoich zadań. Byliby na pewno wyjęli film i zniszczyli. Posiadam ponad tysiąc fotografii, które wykonałem wespół z moim przyjacielem Stanisławem Miśkiem, juniorem. Mam obfotografowane  znaczne fragmenty ulic z dawną architekturą.

- Swoje zainteresowania miastem spożytkował pan w rozmaitych publikacjach.

- W 1977 roku ukazał się pierwszy po wojnie przewodnik po Pabianicach, którego jestem współautorem. Wydawnictwo to jest wszakże pozbawione planu miasta gdyż sprzeciwiły się temu czynniki wojskowe. Plan Pabianic, który jako pierwszy posiada skalę ujrzał światło dzienne dopiero na początku lat 90. Jestem autorem tekstów dopełniających ten plan. Z okazji jubileuszu „Żarówki” napisałem okolicznościową monografię zakładu. Było to w latach 80. Miałem wtedy dość zabawną przygodę z cenzurą. Pisząc o produkcji wymieniłem również żarówki wykorzystywane do oświetlania przyrządów samolotowych. Któregoś dnia otrzymałem wezwanie do Urzędu Cenzury w Łodzi. – Żarówki do samolotów, a pan o tym pisze – mówią. Odpowiedziałem, że nie ma samolotów z oświetleniem naftowym. Facet spojrzał na mnie i puścił ten tekst. Pani Grażyna Sałacińska namówiła mnie też do opublikowania materiałów prasowych. Pisałem najpierw do Życia Pabianic, a później do Gazety Pabianickiej. Ukazał się cykl 13 artykułów. W 1995 roku, dzięki Bogusiowi Magrowiczowi i Agnieszce Szafran zacząłem współpracę z Telewizją Top. Dotychczas powstały programy o cmentarzu ewangelickim, kościele św. Mateusza, Zamku, pokazałem także serię przeźroczy z widokami miasta. W przygotowaniu są programy o cmentarzach katolickim i komunalnym. Prowadzę tez kronikę dziejów Pabianic, która obejmuje okres od XI wieku aż po dzień dzisiejszy. Pisząc kronikę korzystam z dostępnych materiałów, książek, prasy lokalnej oraz własnych obserwacji. Zdobywanie wiedzy o mieście nie jest zbyt łatwe. Zaciekawiło mnie na przykład dlaczego ze ścian domów zniknęły skrzynki pocztowe, które zastąpiono skrzynkami na trójnogach. Dotarłem z tym pytaniem na pocztę, ale od razu wzbudziłem pewną podejrzliwość - ” a po co mu to jest tak naprawdę potrzebne”. Później od znajomego dowiedziałem się, że właściciele domów zażądali od poczty opłat za korzystanie z ich ścian. Obserwacja zmian zachodzących w mieście wymaga ciągłych wędrówek. Jednak teraz, po interwencji chirurgicznej, mniej chodzę po ulicach.

- Najciekawsze odkrycia…

- Odkryłem błąd w monografii Barucha. Baruch podaje, że w 1797 roku w mieście wybuchł pożar. Tymczasem pożar ten miał miejsce w 1791 roku. Dowodem jest fotokopia zapisu, którą wykonałem z księgi parafialnej kościoła św. Mateusza. Autor monografii źle odczytał ostatnią cyfrę, a korzystał podobnie jak ja z tych samych materiałów, cytując je nawet w sposób dosłowny. Swego rodzaju odkryciem było dla mnie muzeum poświęcone Pabianicom w Mönchengladbach. Zorganizowali je Niemcy urodzeni w Pabianicach. Są tam druki, dokumenty, fotografie, książki dotyczące naszego miasta. Za parę fenigów wykonałem kserokopię książki pt. „Pabianice – Leben, Leistung Und Schicksal Deutscher Einwanderer In Einer Textilstadt Mittelpolens”. Publikacja ta podkreśla bardzo dobrą współegzystencję wszystkich narodowości przerwaną w sposób gwałtowny dopiero tuż przed wybuchem wojny. Pamiętam, że w dzieciństwie – w wielokulturowych Pabianicach – miałem kolegów z różnych nacji. Mówiłem nawet w języku jidysz, a niemiecki znam do tej pory. ( Pab-Art, nr 9/ 1997 r.)

***

Alicja Dopart: Leszek Ramisz, pabianiczanin, urodził się 23 września 1925 roku w rodzinie urzędniczej. Jedynak. Ojciec Emil, matka Julianna z Zybertów. Ukończył szkołę nr 12 a następnie Gimnazjum im. J. Śniadeckiego. Wybuchła wojna. Broniąc się przed podpisaniem volkslisty uciekł do Piotrkowa Trybunalskiego.

Po powrocie w 1945 roku Leszek Ramisz wstąpił do AK (?), 28 p. ( kapral, podchorąży), potem do Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Maturę zdał w Łodzi na Księżym Młynie. W ltach 1945-50 pracował w PZPB, potem ukrywał się w Dłutowie, gdzie UB aresztowało go za ujawnienie fałszerstwa w wyborach 3xTAK 30 czerwca 1946 roku (widział i zgłosił zamianę urn). Aresztowany w październiku 1950 roku cztery i pół roku spędził w więzieniu łódzkim a później w kopalni miedzi we Wrocławiu i w Płocku. Tu objęła go amnestia i wrócił do Pabianic.

Do emerytury 31 lat przepracował w zakładach ”Polam”. Był skoczkiem spadochronowym, miał licencję pilota i instruktora sportowego. Jako przewodnik PTTK fotografował miasto. Jego historii poświęcał każdą wolną chwilę, by uchronić od zapomnienia rzeczy ważne.

Jako kolekcjoner zebrał w domu wiele eksponatów, którymi do ostatnich chwil życia chwalił się. Miałam to szczęście przeprowadzić z nim wywiad na parę dni przed odejściem. Oprócz historii miasta kochał córkę, jedynaczkę Magdalenę, zamieszkałą w Warszawie.

Leży obok Pauliny Ramische. Swoje zbiory przekazał Stanisławowi Miśkowi.

Przez wiele lat wprowadzał autorkę książki w arkany historii miasta, która dla niego była bez końca… Zarażał pasją i wiedzą.( Alicja Dopart „Stary cmentarz katolicki w Pabianicach 1824-2004)


Magdalena Chodak: 5 lat w więzieniu, inwigilacja przez SB. Szeregowi pabianiczanie niewiele wiedzą o człowieku, który nasze miasto znał od podszewki.

Ci, którzy spotkali Leszka Ramisza, mówili o nim: „chodząca encyklopedia”. Był to człowiek wyjątkowo łasy na wiedzę, o rozległych zainteresowaniach krajoznawczych, historycznych, architektonicznych.

- Znał szczegóły różnych stylów i tym mi imponował. Odkąd poznałem go w latach sześćdziesiątych podczas rajdu PTTK, zacząłem się interesować architekturą – wspomina Tadeusz Piekarek, działacz PTTK, emerytowany wieloletni nauczyciel geografii w I Liceum Ogólnokształcącym w Pabianicach.

Plany kolejnych wypraw za miasto snuli z Piekarkiem wieczorami, sącząc jałowcówkę własnej roboty. Zawsze długo też gawędzili o Pabianicach. Ramisz historię swojego miasta znał na wyrywki, skrzętnie zapisywał bieżące wydarzenia, fotografował miasto. Miał szczególną słabość do robienia zdjęć miejscom pamięci, tablicom pamiątkowym w szkołach, biurach, na cmentarzach.

- Z Leszkiem Ramiszem poznał mnie w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych nasz wspólny kolega, śp. Romek Morawski, z którym dzieliłem jedną z moich pasji – fotografię – wspomina Henryk Marczak. – Gdy Romek dowiedział się, że poza bibliofilstwem i fotografią interesuję się także dziejami Pabianic, powiedział – poznam cię z ciekawym człowiekiem. Od pierwszych chwil Leszek zafascynował mnie erudycją i zapałem, z jakim prezentował swoje zbiory. Znalazłem pokrewną duszę. Mieliśmy o czym rozmawiać. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie niektóre „perełki” z jego zbiorów. Posiadał między innymi „pierwszego Barucha” z 1903 roku, a także rocznik Gazety Pabianickiej z 1926 roku.

Bogusława Możyszek (ze starszym o 30 lat Ramiszem spędziła 7 lat życia) z trudem odnajduje fotografie męża.

- Fotografował wszystko, ale ze zdjęciami [przedstawiającymi jego samego jest krucho. Nie lubił specjalnie pozować – zaznacza.

U Ramisza nieprzeciętna ciekawość świata łączyła się z zamiłowaniem do szczegółu.

- Informacje geomorfologiczne czy inne fachowe  skrzętnie zapisywał w notesie w trakcie naszych wspólnych wędrówek po województwie. Nie chciał, aby coś umknęło pamięci. Cieszyło go rozpoznawanie różnych typów czy odmian borów: wilgotnych, suchych, bagiennych, chrobotkowych, wrzosowiskowych, brusznicowych. Powtarzał : „Chcę mieć porządek w głowie, coś konkretnego wiedzieć o krajobrazie”. A jak zauważył unikalną roślinę to musiał ją opisać i sfotografować – dodaje Tadeusz Piekarek.

Z robieniem zdjęć za czasów PTL-u był duży kłopot. Dziś, w czasach powszechnego fotografowania wszystkiego przez każdego, trudno wyobrazić sobie, że człowiek przechadzający się po mieście z aparatem może budzić podejrzenia.

- Najgorzej było na Starym Mieście. Tam zwykli obywatele odznaczali się największą nieufnością i nadgorliwością – wspomina Stanisław Misiek, przyjaciel Ramisza (odziedziczył po nim pamiątki, kolekcje, notatki, zdjęcia).

- Pewnego razu na przykład – kontynuuje – podeszła do niego kobieta i zapytała czy ma zezwolenie. Leszek w środku rozbawiony  tą sytuacją i z wielkim zaciekawieniem zapytał: A gdzie takie zezwolenie można dostać?  Gdzie się po nie zgłosić? Pani odpowiedziała, że dokładnie nie wie, ale pewnie w magistracie albo na milicji.

Milicja Obywatelska

Do Milicji Obywatelskiej Leszek Ramisz wstąpił jako ochotnik 28 kwietnia 1945 roku. W podaniu o przyjęcie w poczet funkcjonariuszy napisał, że przed trzema miesiącami wrócił z matką z byłej Generalnej Guberni i znaleźli się w ciężkiej sytuacji materialnej. Miał wówczas zaliczone 2 klasy gimnazjum ogólnokształcącego  oraz gimnazjum kupieckie.

Należy odnotować, iż Szkolę Kupiecką Ramisz ukończył w Piotrkowie Trybunalskim, dokąd wraz z rodzicami uciekł przed prześladowaniami spowodowanymi odmową podpisania volkslisty. W wyniku przeżyć wojennych w Piotrkowie zmarł ojciec rodziny Emil  Ramisz. „Znam dobrze korespondencję, księgowość i grafikę napisał we wniosku o przyjęcie w szeregi MO. Mógł się wtedy pochwalić doświadczeniem zawodowym, jakie nabył jako pracownik umysłowy w administracji głównej (referat personalny, dział przepustek) Zarządu Miejskiego w Piotrkowie Trybunalskim.

- W czterdziestym trzecim Ramisz wstąpił do Armii Krajowej, przyjął pseudonim „Zadzierus”. Brał udział w kolportażu prasy podziemnej, w akcjach zbrojnych na terenie Piotrkowa i okolic. Wojnę skończył w stopniu kaprala podchorążego – opowiada Stanisław Misiek.

Milicyjną legitymację służbową wystawiono Ramiszowi 10 września 1945. Pracował początkowo jako współpracownik referenta gospodarczego, potem pełnił obowiązki szefa kancelarii MO. Kariera milicyjna trwała niespełna dwa lata. 5 maja 1947 Leszek Ramisz w raporcie do Komendanta Wojewódzkiego Milicji Obywatelskiej w Łodzi poprosił o zwolnienie z MO.

„Od 1 września 1946 r. wstąpiłem do Liceum Handlowego w Łodzi, za zezwoleniem komendy. Nauka moja trwa od godz. 15 do 20. Docieram do Pabianic o godz. 22. Nauka trwa w godz. 2-3 w nocy. Intensywna praca odbija się na moim zdrowiu. Mam płuca zaatakowane. Obecnie mam 22 lata. Uważam, że mając w tej chwili wykształcenie średnie mogę demokratycznemu państwu polskiemu przynieść większą korzyść dokształcając się w kierunku handlowo- spółdzielczym”.

Zwolnienie z milicji umożliwiło mu ukończenie Liceum Handlowego w Łodzi. W 1949 roku otrzymał świadectwo dojrzałości z wynikiem bardzo dobrym i rozpoczął studia na wydziale prawa Uniwersytetu Łódzkiego. W tym czasie pracował w Pabianickich Zakładach Przemysłu Bawełnianego.

Więzień polityczny

Prawa nie ukończył. Tuż po rozpoczęciu nowego roku akademickiego (10 października 1950 r.) został zatrzymany przez UB (24.11.1950 r. Wojskowy Prokurator Rejonu Łódzkiego wydał postanowienie o jego aresztowaniu). Sąd Wojskowy Rejonowy w Łodzi 16 stycznia 1951 r. wymierzył mu karę 8 lat więzienia i 3 lat utraty praw publicznych. Ramisz  przebywał w więzieniach w : Łodzi, Sieradzu, Jelczu, Wrocławiu, Wilkowie, Płocku.

Jakie przestępstwa popełnił Leszek Ramisz, że PRL-owski wymiar sprawiedliwości tak surowo go potraktował? Pabianiczanin został oskarżony o to, że „w okresie od listopada 1945 do stycznia 1947 r. brał udział w nielegalnej organizacji KWP, mającej na celu zmianę przemocą ustroju państwa polskiego”.

Konspiracyjne Wojsko Polskie to zbrojna organizacja niepodległościowa, do której należało wielu członków  zdelegalizowanej Armii Krajowej.

„Dnia bliżej nieustalonego w pierwszej połowie miesiąca listopada 1945 r. oskarżony Leszek Ramisz nawiązał bliższą znajomość z ob. Nowickim Kazimierzem, zam. w Pabianicach, ul. Łąkowa 32, członkiem nielegalnej organizacji Konspiracyjnego Wojska Polskiego na m. Pabianice występując pod PS. „Korczak”, który wcześniej był mu znany tylko z widzenia. Nowicki zwierzył się Ramiszowi, że należy do nielegalnej organizacji Armii Krajowej, gdyż nie godzi się z wytycznymi rządu polskiego. Oskarżony Ramisz, mimo iż w tym czasie był funkcjonariuszem MO, wypowiedzi Nowickiego wysłuchał biernie, dając tym Nowickiemu do zrozumienia, że godzi się na jego antypaństwową politykę”.

Ramisz natknął się na Nowickiego (jak się później okazało dowódcę lokalnych struktur KWP)  w pabianickim hufcu ZHP, a ponieważ mieszkali na tej samej ulicy (Łąkowa) coraz częściej zaczęli na siebie wpadać. Spotykali się także w mieszkaniu Jadwigi H., dobrej znajomej Nowickiego, zamieszkałej przy ul. św. Rocha i w swoich mieszkaniach.

Prokurator wytknął Ramiszowi również, że w pierwszych dniach lipca 1946 roku na polecenie Nowickiego zebrał dane liczbowe z kilku obwodów głosowania ludowego referendum, a potem je na piśmie przekazał Nowickiemu.

- Faktycznie chodziło o to, że podczas referendum „3 x tak”, które miało być sprawdzianem popularności rządzących krajem komunistów, widział w jednym z lokali zamianę urn i opowiedział o tym kilku osobom – precyzuje Stanisław Misiek.

Co jeszcze wzbudziło podejrzenia władzy ludowej? W końcu grudnia 1946 lub na początku stycznia 1947 r. oskarżony Ramisz poinformował o aresztowaniu Nowickiego ówczesnego funkcjonariusza komisariatu MO w Pabianicach Mariana F., który także był z Nowickim w tzw. kontakcie. Sprawa kontaktów Nowickiego z funkcjonariuszami jest intrygująca. Wiele wskazuje na to, że stworzył wśród nich siatkę wywiadowczą, do której należał milicjant Leszek Ramisz.

- Wynikało to w dużej mierze z łatwością, z jaką członkowie tejże podejmowali pracę w organach nowo tworzonego aparatu państwowego – zauważa Przemysław Stępień, przewodniczący Klubu Historycznego im. Stefana Roweckiego-Grota w Pabianicach.

Więzień Ramisz nie miał lekkiego życia. Do dyskomfortu spowodowanego samym odosobnieniem doszła ciężka praca w kopalni miedzi. Chciał pracować w więziennym biurze, ale powstał „plan agenturalnego rozpracowania więźnia karnego Ramisza Leszka”. Więźniowie – tajni współpracownicy bezpieki – namiętnie donosili, że Ramisz negatywnie wypowiada się o obecnej rzeczywistości, planuje wyjechać z Polski. Pabianiczanin ponadto podpadł tym, że nie chciał zrzec się paczek ze Szwecji, jakie otrzymywał od przyjaciółki.

O uwolnienie syna z więzienia błagała matka. Jako schorowana wdowa, znalazła się w trudnej sytuacji. Do Rady Państwa napisała, że „swojego syna kocha nad życie”.

„Zwracam się do Rady Państwa z gorącą prośbą. Jedyne moje dziecko Leszek Ramisz już czwarty rok odbywa karę (…) Błagam więc Radę Państwa, by umiała wniknąć w moje ciężkie warunki i proszę Ją usilnie o ułaskawienie  syna – darowanie mu reszty kary „ – napisała Julia Ramisz.

Z więziennej karty informacyjnej wynika, że Leszek wyszedł na wolność 15 lutego 1955 r. Skazany na 8 lat więzienia mógł 3 lata wcześniej wyjść zza krat, korzystając z amnestii.

Sprawa Operacyjnego Sprawdzenia

Sprawa Operacyjnego Sprawdzenia kryptonim „Kapral” została wszczęta przez wojewódzkie służby bezpieczeństwa w Łodzi 26 lutego 1982. Akcja trwała do 13 września 1983 r. Zainicjował ją donos. W SOS „Kapral” chodziło zatem o ustalenie, czy Ramisz prowadzi działalność antypaństwową. To czas stanu wojennego. Władza była na doniesienia wyjątkowo czuła. Ramisz podejrzany być mógł, bo utrzymywał kontakty z małżeństwem Keplerów, a ci „posiadają bliskie powiązania z „Solidarnością”, podkreślił donosiciel. „Podobno na terenie muzeum przechowywane są materiały „Solidarności” – podpowiadał.

Do kontaktowania się Ramisza z cudzoziemcami dochodzić z kolei miała na terenie cmentarza.

„Analiza posiadanych danych wskazuje, że Leszek Ramisz podjął ponownie bliżej nieokreśloną działalność skierowaną przeciwko podstawowym interesom PRL” – napisał funkcjonariusz SB.

Ramisz sprawdzany był przez: Kontakt Osobowy „Czesław”, TW: „Znajomą” i „Jurka”. Rozpracowujący korzystali z własnych źródeł oraz informacji pozyskanych za pośrednictwem swoich bliskich.

- Pracowałam wtedy w Zjednoczeniu Przemysłu Odzieżowego w Łodzi. Byłam w różny sposób podpytywana o męża. Nie dałam się wciągnąć w żadne dyskusje – przypomina sobie Bogusława Możyszek. Podejrzenia nie potwierdziły się.

„Dziwny sposób bycia i tajemnicze zachowanie powodują, że jest on oceniany jako szpieg”– napisali esbecy w części kwestionariusza pt. Wynik rozpoznania.

W ciszy, bez poklasku

Leszek Ramisz nie dzielił się ze znajomymi czy nawet  najbliższymi osobami opowieściami o okupacyjnych czy peerelowskich przejściach. Jak zaznacza Tadeusz Piekarek, nie wynikało to z podejrzliwości względem przyjaciół, ale  z poczucia odpowiedzialności za nich.

- Kiedyś zacząłem pytać, a on tylko powiedział, że lepiej nie gadać, bo jeszcze za mną zaczną chodzić – uśmiecha się Tadeusz Piekarek.

Dotknięty cierpieniem nie roztkliwiał się nad sobą. Henryk Marczak wspomina, że po kilku nieudanych próbach, ze względu na jego coraz gorszy stan zdrowia, z czego nie zdawał sobie do końca sprawy, umówił się telefonicznie. Spotkali się 9 lipca. Spostrzegł, że Leszek, który w owym czasie nie wychodził już z domu, był bardzo wzruszony spotkaniem. Podarował mu książki Zygmunta Lubońskiego i Romana Peski, których nie posiadał w swoich zbiorach. Długo rozmawiali. Wspominali dawne czasy.

- Na pożegnanie sprezentował mi ów rocznik Gazety Pabianickiej z 1926 roku. Dwukrotnie zapytał, czy go jeszcze odwiedzę. Żegnając się, nie wiedziałem, że przyjdę do niego dopiero po dwóch latach na pogrzeb, który odbył się 14 sierpnia 2003 na cmentarzu katolickim. Przyszło niewielu ludzi. Odszedł od nas tak, jak żył. W ciszy, bez poklasku … ( Magdalena Hodak „Kapral niezłomny”, Nowe Życie Pabianic, nr 44/2012 r.)

***

Leszek Ramisz o działalności krajoznawczej: Kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki na przewodnickich szlakach, nie było jeszcze w Pabianicach ani jednego prawdziwego przewodnika z „blachą”. Była za to grupa zapalonych amatorów-dyletantów, która uczyła się Polski, odkrywała i przecierała nowe drogi, i ukazywała zdumionym oczom turystów nieznane dotąd piękno naszego kraju. To był rok 1958. Nieznana była wtedy przewodnicka rutyna. Poznawanie zabytków czy przejazd malowniczym odcinkiem szosy był niejednokrotnie większą niespodzianką i większym przeżyciem dla samego pilota niż dla wycieczki … Oni się przecież tego spodziewali, oni mieli ze sobą PRZEWODNIKA!  A nieszczęsny ten człowiek zupełnie przypadkowo odkrył na trasie jakiś zabytek, o którym niewiele lub zgoła nic nie wiedział, albo też na skutek zwykłego pobłądzenia trafił na tak piękny odcinek drogi, że wszystkie następne nasze wycieczki świadomie z jego pomyłki skorzystały.

Zebranie naszych przewodników – a właściwie pilotów – były niczym innym, jak tylko giełdą wiadomości i doświadczeń… pamiętaj i przy wyjeździe ze Stolna nie skręcaj główną drogą w lewo, tylko jedź prosto, bo cię zaniesie do Chełmna… Pamiętam, dobrze pamiętam, bo mnie właśnie w tymże Stolnie dwa razy do Chełmna zamiast Grudziądza „zaniosło”. I to w nocy!

Uczyliśmy się wszyscy solidnie. Obkuwaliśmy trasę wycieczki starając się sięgać i w bok  trasy – ot, tak na wszelki wypadek, żeby choć wiedzieć, co tam się kryje, bo przecież nie znasz dnia ani godziny, kiedy cię ktoś z wycieczki o coś zapyta! Z obkuwanych materiałów robiło się konspekty – tak się to oficjalnie nazywało. A mądre to słowo oznaczało po prostu zwykłą sztubacką ściągaczkę, na której pilot zapisywał sobie w skrócie nazwiska, daty, fakty … i w czasie objaśniania ukradkiem na nią spoglądał. Istnieją poszlaki, że pożyteczny ten zwyczaj przetrwał do dziś.

Pamięć ludzka ma to do siebie, że trwalej rejestruje i łatwiej odtwarza fakty przyjemne i radosne. Zapewne jest to przyczyną, że z każdego retrospektywnego przeglądu zdarzeń tak trudno wyłowić „obiektywną prawdę”. Dlatego dziś, patrząc z perspektywy ponad piętnastu lat na pierwsze kroki naszych pilotów, a potem już przewodników, i na pierwsze organizowane przez nasz Oddział wycieczki, trudno oprzeć się wrażeniu, że były one przyjemniejsze i weselsze, że atmosfera na nich była milsza, że całą imprezę wspominało się przyjemniej niż dziś, pomimo że wycieczki ostatnich kilku lat są organizacyjnie o wiele lepiej opracowane niż dawniej. Ale też i różnica w organizowaniu wycieczek tych dawnych i dzisiejszych jest ogromna. Jestem przekonany, że dzisiejszy młody narybek przewodnicki kierujący wycieczką z pierwszego miejsca w autokarze nawet sobie nie wyobraża, jak prowadziło się wycieczkę przed kilkunastu laty, kiedy to autokaru jeszcze nie było … Oto przykład trasy na Mazury: z Pabianic PKP do Warszawy, przesiadka na specjalny autobus PKS do Olsztyna, znów PKS do Wilkas, pieszo do Giżycka, statkiem do Kamienia n. Bełdanami, pieszo do Rucianego, PKS-em przez Augustów do Hajnówki i znowu pieszo do Białowieży .. W mojej subiektywnej ocenie impreza taka zasługuje na nazwę prawdziwej wycieczki.

Rok 1959, kiedy  pabianicki Oddział PTTK jako jeden z pierwszych w Polsce kupił autokar, był przełomem w organizacji wycieczek krajoznawczych. Oczywiście dysponowanie własnym i w dodatku najbardziej elastycznym środkiem transportu dało większe możliwości organizatorom i uczestnikom, znacznie ułatwiło pracę pilotom, ale i – co tu ukrywać – rozleniwiło uczestników. Dlatego wspominając te dawne czasy pozwolę sobie na stwierdzenie, że dzisiejsze wycieczki nie mają już tego smaku przygody, jak to ongiś bywało. A szkoda …

Przyszedł potem rok 1962, kiedy to nasz Oddział PTTK wzbogacił się o pierwszych w swojej historii weryfikowanych przewodników. Było ich dwóch: kol. Roman Jarzyna i autor niniejszych wspomnień. Zdobycie tych uprawnień nie ułatwiało pracy. Wręcz przeciwnie – nakładało większe obowiązki, większą odpowiedzialność, zmuszało do ciągłego poszerzania wiadomości z całego szeregu dziedzin wiedzy o ojczystym kraju. Przewodnik z „blachą” i  to II klasy nie może się mylić, a poziom jego usług – objaśnień musi mieć co najmniej „znak jakości”! To oczywiście teoria, która mimo wszystko, pomimo obkucia trasy i przygotowania „konspektu” nie wyklucza pomyłek i komicznych nieraz przypadków.

Pamiętam wycieczkę do Malborka. Nocna, męcząca jazda. Wycieczka spi. O świcie przejeżdżamy przez Grudziądz, mijamy po lewej wjazd na most i olbrzymi żółty drogowskaz: Gdańsk. Jedziemy prosto, do Kwidzynia … Ktoś z wycieczki obudził się i już po chwili słyszę z tyłu stłumione szepty: - pomylili drogę .. dokąd my zajedziemy? – Nie mogłem sobie jakoś skojarzyć przyczyny tych wątpliwości, tym bardziej że szepty ustały i nikt już o nic nie pytał. Po przeszło godzinnej jeździe zaparkowaliśmy wóz przed zamkiem w Malborku. Poprosiłem o opuszczeniu wozu z zamiarem zaprowadzenia ludzi na śniadanie. I wtedy podszedł do mnie kierownik grupy:

Proszę pana, kiedy będziemy w Malborku?

- Jak to?! – nie zrozumiałem prostego pytania.

- No tak … Sam widziałem tablicę z napisem, kiedy przed godziną wjeżdżaliśmy do Gdańska …

Przekonały go – jak i pozostałych uczestników wycieczki – dopiero bilety wstępu na zamek.

W Sopocie zginęła mi pewnego razu jedna ze starszych uczestniczek wycieczki. Zaprowadziłem całą grupę na obiad i klnąc w duchu wyglądam co kilka minut na ulicę w nadziei, że może… Kiedy wszyscy skończyli już obiad, w drzwiach ukazał się jeden z dobrze znanych aktorów filmu i telewizji prowadzący moją zgubę. Oniemiałem. – Oddaję panu zagubioną owieczkę – powiedział ze śmiechem. Przedstawiłem się, podziękowałem i poprosiłem o wyjaśnienie szczegółów. – O, to drobiazg. Naprawiałem właśnie mały defekt w wozie, kiedy nadeszła ta pani i powiada: „Ja pana znam. Pan jest też z Pabianic i musi mi pan teraz pomóc odszukać moją wycieczkę, bo już chyba są na obiedzie. Byłem tak zdumiony – opowiadał ów aktor – że zapomniałem przysłowiowego języka w gębie. Ponieważ nie pomogły żadne wyjaśnienia, zapytałem ją w końcu, w której restauracji znajduje się jej wycieczka. – A, tego to ja już nie wiem, ale pan ma samochód, to łatwo ją znajdziemy.

No i co miałem robić? Pomogłem „rodaczce” i jak pan widzi znalazłem was. Miałem nawet szczęście, bo to jest dopiero trzeci lokal, do którego zajechaliśmy.

I na zakończenie jeszcze jedna historyjka z czasów najnowszych. Autokar zatrzymał się na jednej z ulic w centrum Drezna. Zgodnie z ustalonym planem wycieczka ma czas wolny – oczywiście na zrobienie zakupów. Pilot wiedząc, że jest to najbardziej atrakcyjny moment dla uczestników,  uprzedza: Proszę państwa, zbieramy się w tym miejscu dokładnie za 2 godziny. Proszę się nie spóźnić i nie zbłądzić. Najlepiej będzie, jeśli każdy zanotuje sobie nazwę ulicy .

W oznaczonej godzinie zbierają się wszyscy przy autokarze, brak tylko jednej osoby. Wycieczka czeka, pilot zaczyna się już niecierpliwić. Po przeszło godzinie nerwowego oczekiwania ktoś krzyknął : Idzie! Milicja go prowadzi. Oj, niedobrze …

Delikwent wraca eskortowany przez milicjanta, który pyta o kierownika wycieczki. Zgłasza się znający język pilot i z niewyraźną miną pyta, co zaszło. – A nic – odpowiada uprzejmie milicjant. – Ten pan zabłądził a ja miałem trochę trudności z odnalezień waszego autokaru. – Przecież wszyscy zapisali nazwę ulicy – wyjaśnia pilot. – Możliwe, ale proszę mi powiedzieć, jak ja miałem wskazać ulicę, którą ten pan zapisał? – odpowiada „władza” i pokazuje zdumionemu pilotowi kartkę owego wycieczkowicza, na której ów wydrukował:  EINBAHNSTRASSE -  co w przekładzie na język kierowców znaczy : ulica jednokierunkowa!

Takie są cienie i blaski przewodnickiej kariery. A nie zawsze bywało tak wesoło. Jak już wspomniałem, z pamięci wygrzebuje się najłatwiej i najchętniej fakty miłe, radosne, humorystyczne. A bywają również wycieczki-demony, wycieczki-potwory, które mogą zniechęcić najbardziej  opanowanego przewodnika. Defekt wozu na trasie, spóźnione świadczenia, brak noclegów – to są ciernie niegdyś obficie rozsiane na przewodnickich szlakach, dziś na szczęście – należące do rzadkości. Dziś jest pod każdym względem – i technicznym, i organizacyjnym – wiele lepiej niż dawniej. Miejmy więc nadzieję, że w ślad za tym postępem wzrośnie również i poziom kultury grup wycieczkowych. Tempora mutantur et nos mutamur in illis. Oby tak było!  (Leszek Ramisz  „Dawne dzieje”, Biuletyn PTTK Łódź, nr1/1979 r.)

***

Kol. Leszek Ramisz wstąpił do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (Oddział w Łodzi) w 1948 roku. W roku 1956 przeszedł do Oddziału PTTK w Pabianicach. Aktywny działacz Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, w PTTK był współzałożycielem, członkiem zarządu, a następnie przewodniczącym Koła PTTK przy PFŻ „Polam”. W późniejszych latach pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Rewizyjnej Koła, przewodniczącego Oddziałowej Komisji przewodnickiej, członka Zarządu i wiceprezesa Oddziału PTTK w Pabianicach. Niezależnie od tego był kierownikiem i wykładowcą kursu dla przewodników organizowanego p[rzez nasz Oddział.

Kol. Leszek Ramisz posiada uprawnienia Przewodnika II kl., Przewodnika Turystyki Pieszej II st. oraz organizatora turystyki. Posiada duże zbiory krajoznawcze, a szczególnie bogata jest część dotycząca Pabianic.

W 1977 roku Oddział nasz wydał Przewodnik-Informator „Pabianice” w naklazdie 5 tys. egz., a jego współautorem jest kol. L. Ramisz. Aktywną jego działalność w naszym Towarzystwie cechuje sumienność, dokładność i pełne rozeznanie zagadnień. Za wybitne osiągnięcia w dziedzinie turystyki i krajoznawstwa kol. L. Ramisz odznaczony został Złotą Odznaką Zasłużonego Działacza Turystyki, Złotą Odznaką PTTK, Honorową Odznaką Województwa Łódzkiego, Odznaką 100-lecia Turystyki Polskiej, Jubileuszową Odznaką X-lecia Okręgu PTTK w Łodzi oraz Złotą Odznaką Oddziału PTTK w Pabianicach. (Biuletyn PTTK Łódź, nr 1/1979 r.)

http://promok.pl/player/?id=160



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij