www.um.pabianice.pl

Handel

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Dobra pabianickie położone były na uboczu najważniejszych dróg handlowych i wodnych. Tym niemniej, w początkowym okresie ważne dla rozwoju Pabianic były drogi wiodące do Tuszyna i Lutomierska, skąd istniały dobre połączenia z ważnym traktem biegnącym z Krakowa do Łęczycy oraz ze wszystkimi szlakami ogólonokrajowymi. Najbliższe  połączenia  drożne wychodzące z Pabianic miały znaczenie lokalne, toteż ruch handlowy nie był na tyle rozwinięty, aby wiązał Pabianice z jakimś większym ośrodkiem miejskim. Siłą rzeczy najbardziej intensywna wymiana o charakterze handlowym i usługowym łączyła Pabianice z sąsiednimi miastami i miasteczkami. Wymienić można: Brzeziny, Lutomiersk, Łask, Piotrków, Szadek, Tuszyn i Wolbórz.

Przypuszczalnie w pierwotnym przywileju lokacyjnym Pabianice uzyskały uprawnienia targowe i jarmarczne. Początkowo odbywały się dwa jarmarki w roku, w dniach św. Mateusza (21 IX) i św. Wawrzyńca (10 VIII) oraz cotygodniowy targ. W 1463 r. król Kazimierz Jagiellończyk nadał prawo odbywania w mieście dwóch targów tygodniowo, w każdy wtorek i piątek. O możliwości organizowania jarmarku w dniu św. św. Filipa i Jakuba (1 V) zabiegali mieszczanie już w 1535 r. We wspomnianym dniu trzeci jarmark pabianicki ustanowiony został w 1549 r. przez Zygmunta Augusta. Jak się wydaje, z czasem terminy niektórych jarmarków uległy zmianie.

W mieście odbywał się wolny targ na mięso. Na prośby mieszkańców miasta, skarżących się na rzeźników o zawyżanie cen mięsa, wizytatorzy w 1513 r. postanowili, aby od św. Bartłomieja funkcjonował w sobotę wolny, czyli powszechny targ na sprzedaż mięsa. Także wizytatorzy w 1550 r. ogłosili, że sprzedaż mięsa (czy wolnica) będzie dozwolona wszystkim mieszkańcom wsi wchodzących w skład dóbr pabianickich w soboty, w okresie od św. Bartłomieja aż do św. Trzech Króli.

Z dwóch jarmarków większym powodzeniem cieszył się odbywany w dzień św. Mateusza. Świadczą o tym opłaty jarmarczne pobierane przez dwór. W 1556 r. wyniosły one 3 floreny 20 groszy i 15 denarów z jarmarku na św. Mateusza i tylko 18 groszy z jarmarku na św. Wawrzyńca. Pośrednio potwierdza to inna wzmianka, informująca, że na jarmark w dzień św. Mateusza w 1532 r. przyjechało wielu ludzi.

Jeszcze w latach 50. XVI w. pobierano w Pabianicach opłatę targowego. Pragnąc ożywić wymianę handlową, kapituła krakowska postanowiła zlikwidować to świadczenie.

Dużą rolę gospodarczą kupcy i rzemieślnicy z Pabianic  i Rzgowa odgrywali w obrębie dóbr kapitulnych. Artykuły pochodzące z dworu pabianickiego, głównie pszenicę, jęczmień, słody, bydło, skory i wełnę, kupowali miejscowi kupcy, przekupnie i rzemieślnicy. Na targi i jarmarki przybywali kupcy z bliższych i dalszych okolic. W tym gronie odnajdujemy kupca z Poznania czy woźnicę z Radoszyc, dostarczającego wyroby ze szkła. Na targach i jarmarkach można było nabyć poważniejsze ilości rozmaitego mięsa, naczynia i sprzęty gospodarskie, a także wszelkie zamorskie przyprawy.

Handel zbożem na większą skalę prowadzony był przez administrację dóbr pabianickich na własną rękę. Mieszczanie nie brali w nim udziału, ponieważ według lustracji z 1542 r. nie wolno im było wywozić zboża poza granice dóbr kapitulnych ani sprzedawać go na miejscu obcym kupcom. Zakaz dotyczył także nabywania zboża na obszarach niewchodzących w skład majętności pabianickiej kapituły krakowskiej.

Sprzedawców  soli, czyli prasołów, wymienia J. Długosz w opisie miasta z ok. 1470- r. Z każdego kramu sprzedawcy soli winni płacić po groszu czynszu na rzecz kapituły krakowskiej. Do przełomu XV i XVI w. uciążliwa konieczność uzyskania  prawa miejskiego w Lutomiersku dla prasołów pabianickich utrudniała handel tym towarem przez miejscowych kupców. Dopiero przywilej króla Aleksandra Jagiellończyka z 1503 r. zezwalał mieszczanom pabianickim na swobodny przywóz i handel solą z żup krakowskich oraz na warzenie soli na miejscu. W 1519 r. pabianiczanie zapłacili na komorze krakowskiej 144,5 groszy cła starego za przewożoną sól. Prasołowie mieli monopol na sprzedaż soli na terenie dóbr pabianickich, ponieważ wizytatorzy kapitulni w 1550 r. zakazali tego procederu kmieciom.

Sprzedażą soli zajmowało się w 1556 r. 11 osób, w 1563 r. -13, w 1566  i 1568 r. – 11, w 1569 r. -9, a w 1577 r. -10. W 1556 r. w gronie prasołów znajdowali się miedzy innymi Maciej Beata, Jan Beatka i Wojciech Mróz. Mieszczanie pabianiccy często łączyli handel solą z innymi zajęciami. Prasoł Stanisław Okroj w 1577 r. wnosił odpowiednie płatności od domu w rynku, pól starych, ogrodów starych, ogrodów otaksowanych w 1554 r. Pięć lat później w jego rękach znajdowała się także jatka mięsna. Kolejny z prasołów, Wojciech Doliwa, opłacał kotłowe i był właścicielem domu na rynku.

W  1582 r. działało w mieście 7 prasołów. W 1606 r. było ich już tylko sześciu, a w następnych latach ich liczba systematycznie spadała. Z zapiski z 1615 r. wiadomo, że pras ołowie posiadali wspólny cech z piwowarami.

Istniała także w Pabianicach grupa woźniców, trudniących się zawodowo działalnością transportową. Często otrzymywali określone zlecenia ze strony dworu pabianickiego, który przydzielał im także odpowiednie ilości owsa dla koni. Woźnice pabianiccy byli również nabywcami owsa dworskiego. W latach 70. XVI w. często pojawiał się w księgach miejskich woźnica Walenty. Mieszczanin o nazwisku Furman posiadał w 1606 r. dom na rynku Nowego Miasta. Zapewne identyfikować go można z Wojciechem Furmanem, wzmiankowanym w 1610 r. w księgach miejskich. W 1643 r. woźnica Maciej z miasta poślubił niejaką Urszulę.

Niekiedy w gronie mieszczan pojawiały się osoby określane mianem zawodowym „kupiec” lub „kramarz”. W latach 20. XVI w. funkcję ławnika pełnił kupiec Mikołaj. Występowała również w Pabianicach w 2 poł. XVI i początkach XVII w. rodzina o nazwisku Kramarz (Łukarz Kramarz, Wojciech Kramarz). W 1606 r. Wojciech Kramarz był właścicielem dwóch domów (na rynku Starego Miasta i ulicy Piotrkowskiej), a niebawem wszedł w posiadanie kolejnego,  po jego śmierci przeprowadzono bowiem w 1610 r. szacunek jego trzech posesji.

Kapitał potrzebny do przeprowadzenia transakcji handlowych pozyskiwali mieszczanie poprzez pożyczki. Bartłomiej Chabienia pożyczył „na handel .. to jest na żelazo” 72 zł od proboszcza św. Krzyża. Ponadto wraz z matką wziął 100 zł na wyderkauf.

Kupcy pabianiccy odbywali zapewne dłuższe podróże handlowe. W rejestrach komór celnych małopolskich z początków XVI w. odnotowany został Zapała, kupiec z Pabianic. Z zapiski z 1627 r. wiadomo o pobycie w Przedborzu Józefa Wałęski, być może zatrzymał się tam w czasie podróży handlowej.

8 sierpnia 1699 r. August II zatwierdził dotychczasowe jarmarki (na św. Agnieszkę, św. Józefa i św. Mateusza) i nadał miastu cztery nowe. Miały się odbywać w sobotę przed Niedzielą Palmową , na św. Aleksego w lipcu, na św. Wawrzyńca w sierpniu i w drugą niedzielę listopada na uroczystość poświęcenia kościoła parafialnego. Powyższy przywilej zatwierdzili 19 października 1754 r. August III, a 11 lipca 1789 r. Stanisław August. Informacje o 7 jarmarkach, ale mało znaczących, znajdujemy w opisie miasta z 1793-1794 r.

Jarmark odbywający się w Pabianicach w dzień św. Wawrzyńca 1705 r. wzmiankowany był z zapisce zawartej w księdze miejskiej. W drugiej połowie XVII i w XVIII w. już tylko nieliczni mieszczanie pabianiccy zajmowali się handlem na drobną skalę. Utrzymywali kontakty handlowe z najbliższymi miasteczkami, takimi jak Lutomiersk, Łask, Tuszyn czy Łódź. Na przykład w początkach XVIII w. popularnością wśród mieszczan pabianickich cieszył się jarmark w Lutomiersku ”z dawna nazwany Kwietnim”. Z jarmarku tuszyńskiego, odbywającego się w niedzielę na św. Andrzeja 1704 r., Wojciech Toruńczyk powracał „z tak wielu samsiadami”, spośród których imiennie zostali wymienieni Wojciech Kozłowic i Aleksy Łukowski.

W początkach XVIII w. działalnością handlową w mieście zajmowali się małżonkowie Jan Dobrosielski (kupiec) i Anna Godlewska (kramarka), wzmiankowani także w 1706 r. w księgach parafialnych. W tym samym czasie oraz w 1716 wymieniony został kramarz Jan Paprocki. W latach 1709-1712 działał także Łukasz Sulima, kupiec (kramarz) i mieszczanin pabianicki. W 1711 r. osiedlił się w Pabianicach kramarz (kupiec) Wojciech Nowicki (noszący także nazwisko Nawrocki), który początkowo ”w izdebce ratuszowej”. W 1715 r. wspomniany został  kupiec, którego żoną była Elżbieta, zaś z 1719 r. pochodzi wiadomość o Elżbiecie Kramarce. Kramarzem niedawno osiadłym w Pabianicach był Sebastian Dowicki, który w 1745 r., w drodze powrotnej z jarmarku w Łasku, zamordował kramarkę ze Rzgowa, za co został skazany na karę śmierci.

Z czasem handel solą przejął dwór pabianicki. Lustracja z 1737 r. zaznacza, że kmiecie z klucza pabianickiego płacili na rzecz dworu 35 zł za beczkę soli. Mieszczanie skarżyli się: „Narzuca dwór soli beczek 4 y za nie zł 84 wymusza, w roku teraznieyszym narzucono beczek 8”.  W odpowiedzi administrator dóbr stwierdził, iż „rok w rok miasto Pabianice powinni brać soli beczek cztery, w dwóch leciech przedostatnich wydał im pisarz prewentowy beczek ośm niechayze powiedzą jezeli więcey dano”.  Dalej uzasadniał cenę sprzedaży, która w okresie jego zarządu wynosiła 80 zł za beczkę przy cenie zakupu w żupie 56 zł 6 gr. Jednak w ostatnim roku sprowadzono beczkę soli po 60 zł 6 gr, toteż mieszczanie zapłacili za nią 84 zł. Mieszczanie mieli także obowiązek kupowania od dworu jednej beczki śledzi, przy czym uskarżali się, że „choćby naypodlejsza  brać muszą”.

U schyłku XVIII w. osiedliły się w Pabianicach pierwsze  rodziny żydowskie. Opis miasta z 1794 r. zawiera informację, że 2 Żydów miało zezwolenie administratora dóbr  pabianickich na prowadzenie handlu. (Robert Adamek i Tadeusz Nowak „650 lat Pabianic”, 2005 r.)

***

Wybrałem się wczoraj przed południem na wędrówkę wzdłuż ulicy Zamkowej z miną jakbym chciał zakupić co najmniej 2000 kwart masła, 100 kur, 1000 serków.

Niedaleko zbiegu ulic Zamkowej i Fabrycznej zwróciła na siebie uwagę moją, przysadzista baba siedząca w otoczeniu kilku koszyków. Niezwykła tusza jej zdawała się mówić, że kmiotkom naszym dzieje się nie najgorzej, a czerwona twarz i błyszczące oczy jakby głosiły chwałę temu kto wynalazł zbawienne anodyny (środki uspokajające).

Podszedłem. Wskazałem laską na stojący przede mną zamknięty koszyk i zapytałem, co w nim jest.

- Hę? – odpowiada na to baba, a po chwili dopiero: - a dyć masło, cóż mo być?

Poprosiłem ją o pokazanie takowego. Baba niechętnie otworzyła koszyk z zawartością kilkunastu „osełek” masła, a po chwili trzymałem w swej ręce jedną z nich owiniętą w jakąś  nie pierwszej czystości szmatę.

Idąc za zwyczajem naszych pań i służących zagłębiłem paznokieć wskazującego palca w masło i zeskrobałem zeń sporą "dawkę”, którą w tej chwili umieściłem w ustach delektując się wspaniałym smakiem masełka. Czysta szmatka, która, jak się później okazało, była sobie najzwyczajniejszą chustką do nosa, bardzo przyczyniła się do tego że dostałem po powrocie do domu czegoś w rodzaju morskiej choroby na samo wspomnienie tej próby.

Ale wracam do rzeczy. Otóż spróbowawszy masła (systemem nie wiem czy higienicznym, ale wiem, że mającym szerokie zastosowanie) orzekłem, że jest cokolwiek cierpkie i za słone, chcąc bądź co bądź wycofać się z gry.

- Jak komu słone, to niech sobie kupi smalcu – zakonkludowała oburzona baba.

Postanowiłem powiedzieć jej prawdę.

- Widzicie gosposiu, przyznam się wam, że masło może jest i nie najgorsze i chętnie bym kupił kilka kwaterek, ale te szmatki, w które je owijacie są nie bardzo czyste.

- Bogać ta nie czyste – ona mi na to – żeby panowa chustka była taka czysta.

- To wy masło owijacie w chustki od nosa, bójcie się Boga kobieto, jakżesz  można?

- Dzis – go (widzisz go), mądrala, a może je mom w koszule obwijać, co?

Zdębiałem. Chcąc jednak odwrócić rozmowę od drażliwego tematu, zapytałem co się mieści w maleńkiej miseczce stojącej obok koszyka. Baba zdjęła szmatę przykrywającą naczynie i oczom moim przedstawiła się jakaś szara masa w rodzaju gliny czy czegoś podobnego. Zapytałem co to jest i usłyszałem odpowiedź, że – twaróg.

Nie czekając aż mi baba tę brudną imitację twarogu da do spróbowania, oddaliłem się szybko a za mną pobiegł z usta rozwścieczonej baby okrzyk: - omentra, zło krew!

Po chwili stałem nad talerzem napełnionym grzybami i pytałem o cenę.

- Dwa złote, groszy dwadzieścia – usłyszałem odpowiedź.

Przeliczyłem grzyby, było ich 20.

- Więc sprzedajecie po 4 grosze sztukę – zwracam się do nowej kupcowej.

- Co, na śtuki (sztuki)! Już obliczył, dzis-go, co mi za konwisorz!

Poszedłem dalej, a po pewnym czasie stałem przed babą, kurzynę i aby przecież coś powiedzieć, zapytałem czy ”nieśna”.

- Bogać- ta nie – słyszę odpowiedź. – Kiej no ją pon pomaco to się zaro przekuno, że je kura Rychtyn nieśno jak się patrzy!

Wolałem jednak nie przekonywać się. Powiedziałem babie, że kury chude, a kości nie mam  zamiaru kupować.

Baba rozłościła się.

- Cóż to pon będziesz głowę zawracoł, idź –skond-eś psysedł bo jak nie to … stary, pluj – no w garście – zwróciła się do stojącego obok chłopa.

Drapnąłem.  Ralf. (Gazeta Pabjanicka, 20 IX 1913 r.)

***

Od 1789 r. Pabianice cieszyły się przywilejem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego zezwalającym na odbywanie siedmiu jarmarków. W 1837 r. tutejsi fabrykanci przedstawili prośbę o zwiększenie tej liczby do 12, ponieważ „przez tak małą liczbę onych, dowóz żywności i różnych produktów dla mieszkańców jest trudnym”. Rada Administracyjna przychyliła się w 1842 r. do tej prośby. Oprócz tego odbywały się w Pabianicach cotygodniowe targi, przypadające według dawnej tradycji w niedziele. Umiejętnie godzono potrzeby handlujących i wiernych spieszących do kościoła. O godzinie 10.00 wywieszano na rynku chorągiewkę na znak, że targ ma być przerwany a kramy zamknięte aż do godziny 12.00, tj. do zakończenia nabożeństwa. Nie próbowano zmieniać dnia targu, bowiem – według opinii naczelnika powiatu sieradzkiego – „nazwyczajenie okolicznych włościan i przekupniów do przybywania na targi w dni niedzielne trudno byłoby pokonać”.

Szybko rosnąca liczba mieszkańców Pabianic, głównie Nowego Miasta, sprawiła, że u schyłku lat czterdziestych targ przeniósł się na Nowy Rynek. Stało się to przyczyną zadrażnienia z parafią ewangelicko-augsburską. W 1852 r. jej kolegium kościelne, w osobach szanowanych obywateli: Beniamina Krusche, Alfreda Krusche i A. Biedermanna, prosiło magistrat o interwencję ponieważ: „z powodu niedostatecznego przestrzegania należytego porządku (…) nie tylko ulica przed kościołem lecz nawet tretoary, któremi ludzie do tegoż iść mają, zajęte: już to furami, już stołami, przed któremi i na których Żydzi rozkładają w workach kaszę i różne wiktuały i dla ochrony od deszczu łachmanami na drągach rozportartemi przykrywają, a nadto podczas samego nabożeństwa policjant obwieszcza donośnym, czyli raczej krzykliwym głosem kiedy jarmark się odbywać ma (…) nabożeństwo i dobry porządek w temże cierpieć musi…”. Magistrat zwlekał z decyzją, czym spowodował powtórne zażalenie. Wtedy zdecydowanie przeniósł targi na ich dawne miejsce, czyli rynek Starego Miasta. (Krzysztof Woźniak „Jak ongiś w Pabianicach handlowano”, Gazeta Pabianicka, nr 28/1992 r.)

Tu nasze babcie zakupy robiły (część druga)

Tu nasze babcie zakupy robiły (część pierwsza)

***

40 lat temu whisky, papierosy Marlboro, dżinsy Wrangler, gumę do żucia Donald i hiszpańskie kafelki można było kupić tylko w Peweksie. Wyłącznie za dolary i marki.

15 września 1972 roku na rogu ulic Armii Czerwonej i Narutowicza otwarto pierwszy w Pabianicach Pewex. Sklep miał aż 100 metrów kw. podłogi. Pachniało w nim inaczej niż w polskich sklepach. Nie kiszoną kapustą, nie solonymi śledziami z beczki, nie kaszanką. W Peweksie pachniało Zachodem – brazylijską kawą, włoskimi dezodorantami, paryskimi perfumami, lawendowym mydełkiem, mandarynkami, markowym tytoniem.

- Na otwarcie sklepu przyszło tylu ludzi, że tłum przesunął nam ladę – wspomina pani Grażyna, wtedy jedna z ekspedientek.

Kierownikiem Peweksu przy ul. Armii Czerwonej 18 (dzisiejsza Zamkowa) był Leszek Grala. W latach 60. Grala zasłynął jako pierwszy w naszym mieście menedżer samoobsługowego sklepu spożywczego.  Ale większy prestiż przyniosło mu szefowanie sklepem handlującym za dewizy. Kierownik zatrudnił w nim córkę Violettę. Pracowały tam też panie Grażyna i Hania.

- Szefa nazywaliśmy ”naszym złotkiem”. To był dusza człowiek – wspomina pani Grażyna.

W kasie rządziła Sabina – pracownica banku. Ją i dwie bankowe kasjerki oddelegowano do Peweksu. Dlaczego? Bo znały się na dolarach i niemieckich markach. Potrafiły odróżnić prawdziwe od sfałszowanych. Znały się też na bonach PeKaO (”polskich dolarach”, substytutach walut), w których kasjerki wydawały resztę. Bony dolarowe każdy mógł posiadać w odróżnieniu od prawdziwej obcej waluty. Ceny na towary w sklepie były podane w dolarach amerykańskich. Kasjerki miały ich przeliczniki na marki niemieckie czy angielskie funty.

- Nigdy nie miałyśmy wpadki, choć zdarzały się fałszywe banknoty – opowiada pani Sabina. – W Banku PKO SA przeszłyśmy odpowiednie szkolenie.

Tylko kasjerki miały kontakt z obcymi pieniędzmi. – Sprzedawczynie nie – opowiada pani Grażyna. – Wypisywałyśmy tylko rachunki. A klient szedł z nimi do kasy w rogu sklepu.

Po dezodoranty, bluzeczki, papierosy i alkohol pracownicy pabianickiego sklepu jeździli najpierw do Warszawy. Tam była centrala Peweksu.

- Mieli wynajęte całe piętro na biura w hotelu Marriott – wspomina sprzedawczyni. – Biuro robiło wrażenie. Było eleganckie, na podłogach leżały piękne dywany.

W łódzkich magazynach Peweksu nie było już tak luksusowo, choć na półkach leżały wyłącznie towary luksusowe.

- Wrażenie robiły kartony dżinsowych spodni we wszelkich rozmiarach i kolorach – opowiada pani Grażyna. – Marzenie Polaków!

Peweks sprzedawał amerykańskie spodnie i bluzki, angielskie tkaniny, francuskie firanki, włóczki (słynne mohery), szwajcarskie czekolady i batoniki, kawę, coca colę, szynkę w puszkach, alkohol, papierosy, kosmetyki, zabawki (klocki Lego i samochody Matchbox), narty i piłki, niemieckie radia, telewizory, magnetofony , mikrokomputery. Nawet samochody, oleje silnikowe i opony, a także materiały budowlane, wiertarki.

- Zaopatrywali się u nas nawet krawcy z Brzezin, hurtowo kupujący tkaniny – wspomina sprzedawczyni. – Pabianiczanie przychodzili głównie po ceramiczne kafelki, dywany, wykładziny, papierosy i alkohol. Ludzie przeliczali dolary na złotówki. Wychodziło, że płacili taniej.

- Największe utargi miałyśmy przed świętami i gdy do sklepu przychodził nowy towar, na przykład kremplina, teksas, wełna moherowa – dodaje pani Sabina. – Szły wtedy słodycze, zabawki i kosmetyki.

Pani Grażyna do dziś ma w szafie sweterek kupiony w Peweksie, a w kuchni i łazience – kafelki z „tamtych czasów”.

- Sweterek jest nie do zdarcia, tak dobrej jakości. Kafelki już są niemodne, ale szkoda je zdjąć – dodaje.

Skąd pabianiczanie brali dolary i marki?

Niektórzy dostawali je w listach od rodzin mieszkających w zachodniej Europie, USA i Kanadzie. Reszta musiała nielegalnie kupować walutę od ulicznych handlarzy (cinkciarzy). Na ulicy Armii Czerwonej, między Kościuszki, Pułaskiego i Narutowicza, stało kilku cinkciarzy. Pokątni handlarze wysiadywali też w kawiarni Mocca (dzisiejszy Urząd Skarbowy) i restauracji Stylowa – przy Peweksie.

Sklep Peweksu istniał aż do września 1995 roku. (Grażyna Grabowska „Pewex – raj w PRL-u”, Życie Pabianic, nr 6/2014 r.)

***

W 2014 roku na stronie internetowej Związku Syndykalistów Polski pojawiła się informacja o pikiecie przed supermarketem Dino przy ulicy 20 Stycznia:

On February 22, another picket was held at the Dino Supermarket in Pabianice. We decided to return to this market  because when we were there last time, we saw how health an safety  regulations were being disregarded.

One of the demands of unionists at Dino was that the workers be trained to use electric fork lifts, which the company has, instead of being forced to manully drag heavy stacks of cartons or bottles. The law clearly state show much women are allowed to drag on smooth surface and for heavier loads, they need equipment  to help.

workers who are forced to move heavy weights sooner or later have seroius back injuries. In one very famous incident in another supermarket, a pregnant woman miscarried from dragging heavy boxes.

During the picket, we explained about workers’ rights in the supermarket and discussed with customers and people in the neighbourhood . We also put posters up informing workers about the health and safety regulations which apply.  When we put up a poster on their door, one of the managers got crazy and said she would call the police. Later  we met the police, but they just took a leaflet and left.



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij