www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 60 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Ralf

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Przed ponad stu laty na łamach miejscowej prasy zadebiutował błyskotliwy felietonista, ukrywający się pod pseudonimem „Ralf”. Miał wielu czytelników, którzy bezskutecznie  próbowali ustalić jego nazwisko. Zagadkę rozwiązało Życie Pabianic w 1986 r.

Ukazując na łamach naszej gazety dzieje tego miasta – zarówno najnowsze jak i odległej historii – prezentowaliśmy także czytelnikom początki powstawania własnego czasopisma. Przypomnijmy, iż zaczęło się ono ukazywać w 1912 roku pod nazwą Życie Pabjanickie. Wkrótce potem zmieniło nie tylko swojego szefa, lecz i nazwę: od stycznia 1913 roku była to już Gazeta Pabjanicka.

Śledząc rozwój tego periodyku dostrzegliśmy m. in. często pojawiającą się na jego łamach postać „tajemniczego” (autorzy najczęściej ukrywali się za pseudonimami) Ralfa. Jego autorstwa były liczne komentarze polityczne oraz zjadliwe (choć bardzo dowcipne) felietony. Nie tylko jednak ów szeroki zasięg tematyczny zwrócił naszą uwagę. Niemały podziw mogła budzić duża operatywność autora i jego pracowitość, który „upisywał sobie ręce po łokcie” nieomal w każdym numerze (a gazeta wychodziła 2-krotnie w ciągu tygodnia). Mimo jednak dość dokładnej penetracji archiwaliów, nie udało nam się ustalić kim był „Ralf”…

Odpowiedź przyszła niespodziewanie… z Warszawy. Opóźnienie wynikało stąd, że mieszkanka stolicy, a nasza korespondentka otrzymywała egzemplarze gazety z pewnym opóźnieniem. Napisała zaś do nas pani Jadwiga Stępieniowa, w Pabianicach znana przede wszystkim jako autorka popularnej książki „My, z Szarych Szeregów”. I właśnie ona – jak się  okazało – ma najwięcej do powiedzenia o „Ralfie” bowiem jest … jego córką. Dlatego właśnie zwróciliśmy się do niej z prośbą o przybliżenie pabianiczanom tej niecodziennej postaci nauczyciela, społecznika i dziennikarza.

- Zacznę od tego, że kiedy w 1907 roku władze carskie zawiesiły działalność Polskiej Macierzy Szkolnej – relacjonuje p. Stępieniowa – grupa pabianickiej inteligencji przejęła w fikcyjną dzierżawę Dom Ludowy, bibliotekę i muzeum, co pozwoliło na powołanie do życia Towarzystwa Naukowego. W krótkim czasie rozpoczęło one niezwykle żywą działalność. I właśnie w Pabianickim Towarzystwie Naukowym zdobywał ostrogi społecznika młody nauczyciel z Górki Pabianickiej – Rudolf Stanisław Szefer. Już w 1913 roku wszedł do zarządu PTN i objął mandat wiceprzewodniczącego Sekcji Dziatwy. Pracował też w bibliotece. W tym czasie został również członkiem zespołu redakcyjnego Gazety Pabjanickiej. Tak narodził się felietonista „Ralf” (pseudonim od imienia Rudolf).

- Jakie były jego dalsze drogi życiowe?

- Mówiąc najkrócej, były dość burzliwe. Np. w 1914 roku otrzymał nominację na nauczyciela szkoły powszechnej nr 1, zanim jednak przystąpił do pracy – powołano go do wojska, oczywiście do armii rosyjskiej. Po roku został zwolniony, ale zamieszkał w Warszawie, gdzie m. in. redagował konspiracyjne pisemko „Przyjaciel bezdomny”, wychodzące pod patronatem Władysława Reymonta. W sierpniu 1915 roku wrócił do Pabianic, ale już w 2 miesiące później został aresztowany przez niemieckie władze okupacyjne i osadzony w obozie jenieckim w Szczypiornie. Pełnił tam funkcję tłumacza dzięki znajomości języka rosyjskiego, niemieckiego i francuskiego. Niebawem zwolniono go, ale już do końca wojny pozostawał pod nadzorem policyjnym.

- W wolnej Polsce jego publikacje natychmiast zaczęły pojawiać się na łamach lokalnej prasy.

- Przede wszystkim jednak był on pedagogiem. Już 1 września 1918 roku został kierownikiem szkoły powszechnej nr 6 przy ul. Mariańskiej (funkcję tę pełnił aż do przejścia na emeryturę). Jestem przekonana, że praca właśnie w tej placówce dawała ojcu wiele satysfakcji. Do „szóstki” bowiem uczęszczały dzieci z najuboższych rodzin. Zimą – najczęściej – nie przychodziły wcale, bo nie miały ciepłej odzieży i butów. To właśnie szkoła otaczała je troskliwą opieką. Wielu absolwentów ”szóstki” kształciło się dalej.

Nie mniej bogata była działalność mojego ojca na rzecz miasta. W skład nowo powstałej rady Robotniczej Miasta Pabianic weszło dwóch  nauczycieli: Teofil Wojeński oraz Rudolf Stanisław Szefer – przewodniczący pabianickiego ogniska ówczesnego związku zawodowego nauczycieli. Związek był wówczas jedną z najbardziej postępowych, a nawet radykalnych organizacji. W pierwszych latach powojennych pomagał w tworzeniu się nowej państwowości polskiej.

- Nazwisko ojca pani można odnaleźć także na liście radnych Rady Miejskiej.

- Wszedł do rady z listy Narodowego Związku Robotniczego jako reprezentant nauczycielstwa. Wtedy właśnie zabiegał o utworzenie takiej ilości oddziałów szkolnych, aby każde dziecko mogło się uczyć. Wniosek został zrealizowany i dzięki temu już od roku szkolnego 1922/23 Pabianice mogły wprowadzić powszechny obowiązek nauki.

- Czy mogłaby nam pani zdradzić jakieś tajemnice warsztatu pracy „Ralfa”?

- Są to „tajemnice”, które należałoby jak najszerzej upowszechnić. Przede wszystkim miał w domu podręczną bibliotekę, w skład której wchodziły słowniki, encyklopedie, monografie, pełne wydania lub wybory dzieł najwybitniejszych twórców polskich i obcych. Posługiwał się piękną, czystą polszczyzną, szczególnie ostro tępił germanizmy i rusycyzmy. Uchodził za jednego z najlepszych w mieście mówców i dlatego zapraszano go chętnie na wszelkie obchody rocznicowe i uroczystości patriotyczne. Właśnie w tym czasie – wspólnie z doktorem Eichlerem – reagował tygodnik Życie. Później wszedł także do nowego zespołu Gazety Pabjanickiej i pod stałym pseudonimem nadal pisywał cotygodniowe felietony.

Tematy czerpał przede wszystkim z codziennego życia miasta, ale nie stronił od zagadnień społecznych i aktualności ogólnokrajowych. A na własny użytek – pisywał wiersze.. Spod jego pióra wyszła także komedia satyryczna „Mamuty” wystawiona przez amatorski teatr przy pabianickim ognisku ZNP.

- Nie zaniechał też działalności w Radzie Miejskiej.

- W 1927 roku przyjął mandat członka rady przy prezydencie, formalnie był też naczelnikiem biur magistratu, a praktycznie – zastępcą prezydenta. Przy tym wszystkim nie przerywał zajęć szkolnych. Tak intensywna praca odbiła się jednak ujemnie na jego zdrowiu i ojciec ciężko zaniemógł na serce. Z wielu funkcji zrezygnował, ale nadal pozostał w szkole i wśród aktywistów pabianickiego Oddziału ZNP. Pozostał też współredaktorem Gazety Pabjanickiej.

Na 4 lata przed II wojną musiał zrezygnować z intensywnej pracy. Odpoczywał aż do okupacji. Niemieckie brzmienie nazwiska nie dawało hitlerowcom spokoju. Nie zapomniano mu także społeczno-patriotycznej działalności. Wraz z grupą nauczycieli został aresztowany 15 listopada 1939 roku i przewieziony  do obozu Radogoszczy. W następnym roku – wraz ze sporą grupą ludzi chorych i starych – został zwolniony. Przetrzymał ciężkie lata okupacji. Zmarł 28 marca 1949 roku. Pochowaliśmy go na cmentarzu ewangelickim w Pabianicach.

- Dziękujemy za cenne informacje i przekazujemy je pabianiczanom z nadzieją, że utrwalą we własnej pamięci postać, której miasto zawdzięcza tak wiele. (Jadwiga Rybicka-Dziwoki „Kim był tajemniczy Ralf?” , Życie Pabianic, nr 5/1986 r.)

***

Takie  oto CV (siwi) zaprezentował czytelnikom Gazety Pabjanickiej – RALF.

„Przede wszystkim muszę się przedstawić. Schylam  więc w myślach przed Wami, piękne czytelniczki i szanowni czytelnicy, moją „wonną fryzurę” (włosy ostrzyżone przy samej czaszce) i mówię powoli: jestem Ralf. I słyszę, zda się, wokoło szepty: któż to jest ten przystojny, zgrabny, elegancki (na życzenie jeszcze kilka przymiotników w rezerwie) młodzieniec, ale niestety, nie ma takich, którzy by mogli coś więcej o mnie powiedzieć. Urocze czytelniczki, zaspokoję w tej chwili Waszą ciekawość.

Oto moje „curriculum vitae”. Podaję je, ponieważ jestem prowizorycznie zaangażowany przez Sz. Redakcję na poważne stanowisko niepoważnego felietonisty i jako taki będę Wam co tydzień opowiadał koszałki-opałki. Musicie więc wiedzieć, kto będzie do Was przemawiał przez szpalty felietonów ”Gazety”. Zanim jednak przystąpię do opisu swego życia – kilka słów.

Proszę mianowicie mnie nie posądzać o to, że chcę się chwalić i przez to będę mówił tylko dobrze  o sobie. Nie. Ja pragnę tylko stwierdzić fakty – a za to, że się nie minę z prawdą ręczę słowem honoru. Gdyby zaś ktokolwiek z czytelników zarzucił mi kłamstwo to wyzwę go na pojedynek (bezwarunkowo) amerykański. Ten na przykład, który wyciągnie czarną gałkę musi przejść się kilka Ray bez latarki w ciemny wieczór obok poczekalni tramwajowej; lub też w godzinę po lekkim majowym deszczyku w zwykłych kaloszach pójść na tzw. Górkę i spacerować przez 20 minut po ulicy Zielonej. Albo też zresztą mniejsza z tym. Odbiegam od tematu a to (jak mówił pewien egipski uczony) jest wadą wszystkich felietonistów. Więc wracam do rzeczy.

Urodziłem się 8 maja roku Pańskiego 18… o godzinie, zdaje się, 6 wieczorem (dokładnie nie pamiętam) w Berdyczowie. Urodzony jestem wysoko (rodzice mieszkali na 3 piętrze), a pierwsze wykształcenie otrzymałem od niańki swej, która przez szereg dobrze prowadzonych pogadanek poznała mnie z sielankopisarstwem i nauczyła na pamięć 6 prowincjonalizmów nadających się do druku i 600 nie używanych ze względów etycznych w literaturze.

Gdy skończyłem 7 lat wstąpiłem „samodzielnie” w progi miejscowej szkoły dwuklasowej, którą też chlubnie ukończyłem, zostawszy po 3 miesiącach nauki wydalonym za złe sprawowanie i  wybitne zdolności w obrywaniu guzików u palt i bluz swoich szkolnych kolegów. Mając zatem już podłożony fundament naukowy  zostałem wysłany, pomimo oporu z mej strony, do jednego z większych miast Królestwa do szkoły realnej, w której już po 7 latach doszedłem do 3 klasy. Intrygi jednak kolegów i zła wola nauczycieli doprowadziły do tego, że mi zaproponowano wystąpienie ze szkoły. Uczyniłem to będąc od urodzenia grzecznym i posłusznym. W owym okresie mojego życia spory zapas energii i gdyby już wtedy były tramwaje, to bym na pewno w nich głośniej śpiewał i krzyczał niż to czynią niektórzy z uczniów miejscowej Szkoły Handlowej, wracając po lekcjach z Pabianic do Łodzi. Ukończywszy 21 lat zamierzałem wstąpić jako wolny słuchacz na uniwersytet w Oksfordzie, w ostatniej jednak chwili zmieniłem zamiar i wstąpiłem do wojska, gdzie ze względu na cenzus naukowy przebyłem tylko 5 lat.

Po powrocie do kochanych Pabianic zająłem się wyszukiwaniem odpowiedniego zajęcia na czym ubiegło mi 6 lat. W międzyczasie zaś prztykałem sobie w bilardzik u „Piątka” albo też obliczałem (lubię wyższą matematykę) ile kroków, stóp, cali długości mają, tak zwane przez grzeczność alejki. W ciągu tego czasu napisałem 111 aforyzmów o treści głęboko filozoficznej,  a traktujących przeważnie o pracy, wykorzystaniu młodych sił fizycznych i duchowych dla ogólnego dobra. Wszystkim zaś młodym świeciłem stale przykładem w artystycznym  wiązaniu krawatów. Aż oto poczułem w sobie iskrę Bożą (czytaj felietonową) i zacząłem pisać w nadziei, że ta iskierka roznieci maleńki płomyk i da cokolwiek światła tam gdzie obecnie panuje mrok, gnuśność, próżność i innych podobnych a tak ponętnych „ości”.

Oto moje ”curriculum vitae”, jest prawie identyczne z niejednym życiorysem niejednego młodzieńca powinno Was zatem zainteresować, szanowni czytelnicy. Gdyby zaś ktokolwiek z Was chciał w kwestii tego co wyżej napisałem ze mną pomówić, to może się ze mną zobaczyć na brzegu naszej rzeki Dobrzynki, w parku miejskim. Jestem tam codziennie od godziny 4 do 7 po południu. Lubię bowiem w znużone płuca wchłaniać ożywcze powietrze płynącej wody, lubię barwny koloryt tej rzeki, albowiem przypomina mi tęczę w jej najcudniejszych odcieniach. Lecz gdyby ktokolwiek zastał mnie tam zemdlonego to niechaj nie myśli, że stało się to z nadmiaru świeżego powietrza. Nie. To chyba ze zbytniej wrażliwości na działania ożywczej wiosny. Przecież to maj! Maj miesiąc miłości i pienia słowików, miesiąc odradzania się wszystkiego w przyrodzie.

Mój Boże, rzewne jakieś dalekie wspomnienie wiruje po głowie, mimo woli wyrywa się jakiś głos duszy; gdzie jesteście piękne chwile młodzieńczych snów? Gdzie jest ten czas kiedy człowiek marzył, że mając 5 ruble można by kupić u ”Piątka”(cukiernia Piątkowskiego)  tort, tort w całym tego słowa znaczeniu dla swej niebogi lub parę czarnych nierymowanych (…)”. (Gazeta Pabjanicka, 31 V 1913 r.)

Gazeta Pabjanicka 21 czerwca 1913 rok

Gazeta Pabjanicka 21 maja 1913 rok

Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij