www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pabianice w literaturze cz. 1

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Feliks Rajczak (1938-1987) – poeta, satyryk, edytor, opublikował w Życiu Pabianic (1981/6) artykuł „Jan Sztaudynger w Pabianicach”, w którym  zaproponował:  Może dobrze byłoby poszperać w rocznikach czasopism i książkach, i pozbierać to wszystko, co o Pabianicach napisali poeci i pisarze. Bo zapewne „i tym podobnych Pabianic”, jak się wyraził Stefan Żeromski, na mapie literackiej kraju nie ma w nadmiarze, dlatego warto ukazać własne oblicze tego miasta, które ukształtowała historia i które modeluje współczesność.

Rzeczywiście,  o Pabianicach napomykają w swoich książkach tacy pisarze, jak  Maria Konopnicka, Bolesław Prus, Stefan Żeromski, Władysław Reymont, Julian Tuwim, Władysław  Broniewski, Stefan Kisielewski, Agnieszka Osiecka, Leopold Tyrmand, Piotr Wojciechowski,  Waldemar Łysiak, Zygmunt Miłoszewski, Janusz L. Wiśniewski i wielu innych autorów. Zacznijmy jednak od Jana Sztaudyngera. W 1973 r. ukazała się książka Anny Kaliszewicz-Sztaudynger „Chwalipięta, czyli rozmowy z Tatą”, w której znajdujemy kilka zdań o Pabianicach. Jan Sztaudynger lubił tutaj gościć, bo był serdecznie przyjmowany. Sława znakomitego satyryka otwierała przed nim wszystkie drzwi.

Jan Sztaudynger mówi: Kilkakrotnie występowałem w Pabianicach i za każdym razem wywoziłem stamtąd kupę wrażeń, kontaktów, przemyśleń. O mało w ogóle nie przeniosłem się do Pabianic, tyle mi tu okazywano serca i zrozumienia. Przewodniczącą Rady Miejskiej była kobieta. Od niej to promieniowało ciepło. Tu, w Pabianicach, napisałem jedno z moich słuchowisk pt. „Przy sobocie po robocie”. Zakochałem się w błękicie fabryki włókienniczej, gdzie kobiety miały twarze radośnie uśmiechnięte. Tu oczarowało mnie maleńkie muzeum nad rzeczką, które nadawało pałacykowi romantyzmu. Zapraszano mnie, jak już wspomniałem, kilkakrotnie. W czasie jednego z wieczorów tutaj, które nigdy nie były odrabianiem pańszczyzny, ale zawsze przyjemną przygodą, od któregoś ze słuchaczy, a  byli tacy, którzy po udanym wieczorze nie pozwalali mi korzystać z tramwaju, ale odwozili mnie autem do Łodzi, usłyszałem ciekawą historię.

Działo się to podczas okupacji. Niemcy szaleli jak zwykle i wszędzie. W Pabianicach nie mniej niż gdzie indziej. Wydzielono pewną część miasta, aby ją zrobić „nur für Deutsche”. W tej zaplanowanej niemieckiej części mieszkał pewien sędziwy tkacz, którego powaliła  na łóżko poważna choroba: paraliż. Otóż do tego tkacza zwrócili się Niemcy z żądaniem, aby przyjął volksilstę. Czcza formułka bez żadnego znaczenia, a wówczas będą mieli podstawę, by zostawić go nie ruszając z miejsca. Sparaliżowany staruszek oświadczył twardo: Nein, ich bin ein Pole. – Nie pomogło „święty Boże”
ani perswazje Niemców, że zadowolą się choćby jego ustnym oświadczeniem o przynależności do herrenvolku (naród panów). W kółko powtarzał swoje: Nein, ich bin ein Pole – po niemiecku, bo nie umiał po polsku. Być może przyznałby się do swojej niemieckiej narodowości, gdyby przyszli jak ludzie, a nie jak ostatnie bydło. A tak dał się wypędzić (synowie wynieśli go na noszach), lecz nie skapitulował. Bóg ongi byłby ocalił Sodomę i Gomorę, gdyby znalazł dziesięciu sprawiedliwych. To był jeden z nich.

Anna Kaliszewicz-Sztaudynger:  Skoro mówimy o lalkach jako recytatorach twych wierszy, to sądzę, że powinnam przypomnieć twoją przygodę w sierocińcu w Pabianicach. Opisałeś ją w „Łatkach na szachownicy”.

Pieszczota w sierocińcu

Czytałem wiersze moje w Pabianicach

(A raczej za mnie robiły to lalki –

Trochę sam Kubuś, trochę jego babcia),

A gdy skończyłem, podszedł mały chłopczyk

I tej babuni na mą rękę wdzianej

Jako że była przykładną pacynką,

Jął przygłaskiwać różową twarzyczkę …

I wstrząsająca była ta pieszczota,

Lalka staruszki i chłopiec sierota.


Jan Sztaudynger: Nad wszystko w świecie kochałem w latach mej młodości matkę mej matki, Anielę z Rampeltów Kokowską, możesz się więc domyślić, jak wzruszył mnie ten umizg chłopczyka do lalki staruszki.

Anna Kaliszewicz-Sztaudynger: Ojciec był zapraszany przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Pabianicach, kierowaną przez uroczą panią Barbarę Lubińską-Zielińską.

Jan Sztaudynger (1904-1970) – fraszkopisarz, poeta, teoretyk lalkarstwa, tłumacz.


W 1899 roku Maria Konopnicka opublikowała książkę „Pod prawem”. Jest to smutna opowieść o ubogiej dziewczynie. Jej „chłopak” kradnie futro i pieniądze z domu, gdzie służy Hanka. Ukochany nie przyznaje się do winy, a ona trafia do więzienia, gdyż nie chce wyznać prawdy. Którejś nocy we śnie wraca do rodzinnej miejscowości.

Sen miała ciężki, męczący. Śniło jej się, że ojciec jej, stary Kacper Blacharz, szewc z Pabianic, trzewiczki jej szyje … takie maluśkie trzewiczki. Szyje, szyje, młotkiem podeszwy klepie, dratwy dociąga na krzyż, szpilki struże, a to wszystko dla niej, bo ona w pobyt idzie… A taka z niej  mała dziewczynka, taka  mała, że jej ledwo z 10 latek… Matka ją w czystą koszulę obłuczy, warkoczyki jej plecie, starsza siostra fartuszek pierze, starszy brat wozem zajeżdża, a to wszystko dla niej w pobyt… Przyszedł ksiądz proboszcz, pieśni z organistą śpiewa, święconą wodą wóz kropi, a tu jak nie hukną dzwony… wstrząsnęła się i otwarła oczy. (pisownia oryginalna)

Maria Konopnicka (1842-1910) – nowelistka i poetka, publicystka, krytyk literacki, tłumaczka, autorka m. in. „Roty”, opowieści „O krasnoludkach i sierotce Marysi”, wiersza „Stefek Burczymucha”. 

Bolesław Prus w „Kronikach Tygodniowych” wspomina w sposób satyryczny pabianickich przemysłowców, którzy utożsamiali się z anonimowymi bohaterami felietonu autora warszawskiej „Niwy”. Felieton traktował o oszukańczych praktykach finansisty „X” wobec przemysłowców „Y”. Kronikarz „Niwy” wymyślił emocjonującą historyjkę, która wywołała ferment wśród autentycznych kapitalistów. Konkretni ludzie interesu przyjmowali wszystkie wypowiedzi prasowe, nawet jeśli nie dotyczyły ich wprost, bardzo osobiście. Prus wydobywa zabawny kontrast między ambicjami literackim dziennikarzy a mocno praktycznym nastawieniem przemysłowców i finansistów. B. Prus publikował swoje „Kroniki Tygodniowe” od 1875 r. w „Kurierze Warszawskim”. Była to forma felietonu poświęcona aktualnym zagadnieniom, zdarzeniom, ciekawostkom i problemom miasta. Luźna struktura tekstu umożliwiała poruszanie wielu tematów.

Kronikarz „Niwy” – który chce zdawać egzamin na nowelistę a la Gaboriau et. Comp., Walery Przyborowski i inni - napisał powiastkę kryminalną.

Był sobie – mówi kronikarz – niejaki pan X-er, finansista, który od wielu lat robił interesa pieniężne z panami Ypsylonerami, przemysłowcami. Trzeba nieszczęścia, że ten p. X-er pokłócił się ze swoim buchalterem, który dla dokuczenia pryncypałowi przeszedł do innego finansisty, pana Zetaua, i – zdradził przed nim tajemnicę niektórych finansowych operacji p. X-era.

Między innymi powiedział ów buchalter, że p. X-er, finansista, w stosunkach z pp. Ypsylonerami, przemysłowcami, popełnia „omyłki” w rachunkach, skutkiem czego pp. Ypsylonerzy, nie wiedząc o tym stracili kilkadziesiąt tysięcy rubli, które p. X-er zyskał.

Tyle napisał kronikarz „Niwy” i był ogromnie kontent, że udało się mu stworzyć tak kryminalną historię.

- A co – mówił chodząc po mieście – zły pomysł? … Gaboriau umarł ze zgryzoty, a Przyborowski – już mi się nie kłania!

I był pewny, że jego powieść jest genialną fantazją.

Już obstalowaliśmy honorowy obiad dla świeżo upieczonego autora – już „Echo” zobowiązało się raz na tydzień robić sprawozdania z jego kryminalnych romansów – już „jedno z pism” miało otworzyć gościnne szpalty na zbesztanie nowego talentu – już Przyborowski zaczął obchodzić lasy, bagna i trupiarnie w celu napisania jeszcze kryminalniejszej powieści, gdy wtem … P. Goldfeder, współczesny finansista warszawski, wystąpił z artykułem, w którym dowodził, że aczkolwiek on jest X-erem, opisanym w „Niwie”, wszelako tak brzydkich interesów, o jakich mówiła „Niwa”, on nie popełniał. To wymysł jego współzawodnika, p. Zetaua!

Po liście p. Goldfedera wystąpili dwaj przemysłowcy z Pabianic, pp. Krusche i Ender, którzy twierdzą, że oni są opisanymi w „Niwie” Ypsylonerami, że – między nimi a p. Goldfederem istniały stosunki pieniężne i niejakie różnice w rachunkach, ale że różnice te są „drobne i wszędzie trafić się mogą”. Dodali w końcu, że kwasu tego narobił pewien młody człowiek, który wystąpił „z interesu” p. A. Goldfedera i zaangażowany został do p. Wilhelma Landau, współzawodnika i nieprzyjaciela p. G.

W trzecim akcie ukazuje się - niejaki p. M. Lubawski, który twierdzi, że on jest buchalterem opisanym w „Niwie”, ale że „drobne różnice” między firmą A. Goldfeder i firmą Krusche i Ender dosięgają cyfry 20 000 rubli srebrnych.

Takim to dziwnym trafem ambicja kronikarza „Niwy” narobiła ciężkiego zmartwienia finansistom, przemysłowcom i buchalterom!


Bolesław Prus interesował się informacjami napływającymi z Pabianic, a zamieszczanymi na łamach prasy piotrkowskiej, łódzkiej i warszawskiej. 1884 rok - do sklepu p. R. w Pabianicach wszedł w tych dniach, jak donosi „Lodzer Zeitung”, około wieczoru jakiś nieznajomy i zażądał pewnej ilości syropu.

Na pytanie, czy przyniósł z sobą naczynie, odpowiedział przecząco i poprosił, aby żądany syrop dano mu do papieru kształtu stożkowego, zdjętego z głowy cukru.

Kupiec uczynił zadość jego żądaniu, a nieznajomy zaimprowizowane to naczynie z syropem z nadzwyczajną szybkością włożył na głowę kupca. Zanim kupiec zdołał ochłonąć z przestrachu i obetrzeć z rozlanej po twarzy i zasłaniającej mu oczy słodyczy, nieznajomy ulotnił się bez śladu, z nim, niestety …. i gotówka z kasy.

Bolesław Prus (1843 -1912) – powieściopisarz, nowelista, publicysta, autor m. in „Lalki”. „Faraona”, „Emancypantek”, współtwórca polskiego realizmu.


Stefan Żeromski już na początku opowiadania „Doktor Piotr” (1895) przedstawia Dominika Cedzynę, który czyta list od syna Piotra. Młody człowiek ukończył wydział chemii politechniki w Zurychu. Dostał propozycję intratnej pracy w jednej z uczelni angielskich. Nie jest jednak zadowolony ponieważ chciał pracować w Polsce i składał oferty w Łodzi, Zgierzu i Pabianicach. Niestety wszędzie spotkał się z odmową.

A więc jadę – myślałem – do ziemi angielczyków ziemnowodnych, jadę nad morze … Nadaremnie tak długo łudziłem się nadzieją, że pojadę w inne strony, że po ośmiu latach inny zobaczę krajobraz. Nadaremnie w ciągu ostatnich trzech lat wysłałem tyle strzeliście rekomendowanych afektów do Łodzi, Zgierza i tym podobnych Pabianic, upraszając o posadę z płacą czterdzieści, trzydzieści – niech tam zresztą wszyscy diabli! – dwadzieścia pięć rubli miesięcznie. Na próżno wynosiłem pod niebiosa moje talenty chemiczne, cytowałem moje patenty, obiecywałem wynaleźć nowe środki drukowania perkalików. Skompromitowałem się tylko w oczach własnych i świętej nauki. Tam żydkowie i niemczykowie wszystko już wynaleźli, zatkali wszystkie miejsca i popychają wielki przemysł.

Stefan Żeromski (1864-1925) – powieściopisarz, dramaturg, publicysta, autor m. in. „Popiołów”, „Ludzi bezdomnych”, „Przedwiośnia”, „Syzyfowych prac”.


Stefan Kisielewski w 1967 roku opublikował w Instytucie Literackim w Paryżu powieść „Widziane z góry”, w której przedstawił losy Borowicza wysokiego rangą działacza PZPR żydowskiego pochodzenia. Książka opowiada o technikach sprawowania władzy. Odnajdujemy tam wzmiankę o Pabianickim Towarzystwie Cyklistów. PTC to jeden z najstarszych czynnie działających klubów sportowych w kraju. Powstało w 1906 roku. Po drugiej wojnie światowej towarzystwo podlegało represjom politycznym.

- Ja siedziałem, bracie, za „Pabianickie Towarzystwo Cyklistów”? Mówi ci to coś?

- Zupełnie nic.

- A widzisz! (Artur zaczął teraz objaśniać powoli, stentorowym głosem, jak na wykładzie dla mało zdolnych uczniów).

- „Pabianickie Towarzystwo Cyklistów”, bracie, jeszcze na sześćdziesiąt lat przed wojną istniało. Za ruskiego zaboru to była, wisz, cała ostoja polskości, bo nie tylko na rowerach jeździć się uczyli, ale i myśleć, i mówić, i czuć po polsku, tak niby pod pokrywką, furę jeszcze innych rzeczy robili – cała bidota z Łodzi tam się, kapujesz, garnęła, bo to było towarzystwo demokratyczne, a jakże. Tradycje wielkie mieli, bracie, i majątek, bo jak co światlejszy facet czy w Łodzi, czy ziemianin kojfnął, to im forsę albo co innego zapisywał; to była, mówię ci, bracie, wielka rzecz. A jakie pamiątki tam były, jakie dokumenty, powiadam ci…

Przerwał na chwilę. Borowicz siedział znudzony. – No i co? – mruknął z grzeczności.

- Ja ci to w skrócie gadam, ale to cała, powiadam ci, epopeja. No i po wojnie, jak te wasze bolszewickie porządki nastały, to ci, bracie, krewa; żadnych burżujskich (kapujesz ty, burżujskich) towarzystw być nie może, bo jak wisz, w przedwojennej Polsce to tylko był brud, smród i nędza (że my sobie wcale dobrze żyli, ta to się nie liczy, to nieprawda: kto widział, kto słyszał?). No to wzięli Towarzystwo pod przymusowy zarząd, uczyli, że Stalin batko to słoneczko ludów, aż się bractwo po kryjomu ze śmiechu na ziemi kładło, aż w końcu zamknęli i zarządzili likwidację. Ja tam miał kumpli, to prosili żebym został komisarzem likwidacyjnym: myśleli, że coś znaczę, że uratuję choć te pamiątkowe rzeczy. Ja wtedy w Łodzi mieszkał, ta zgodziłem się . A tu, bracie , wszystko niszczeje, butwieje, słyszę, że ma być inwentaryzacja i cały dobytek gdzieś do magazynów pójdzie, to znaczy się, na przepadłe, na złom. Ty kapujesz, takie pamiątki, chorągwie, ordery, medale, dyplomy honorowe, żetony, odznaki, różne nagrody, puchary, fotografie z dedykacjami, ta bracie, skarby, cala historia łódzkiego sportu – i nie tylko łódzkiego. Ta ja sobie myślę, nie ma głupich: wziąłem co ważniejsze rzeczy i rozdzieliłem między ludzi, sobie zatrzymałem fotografie, bo przyjemnie coś takiego czasem przejrzeć. No i bracie, dalej wisz: prokurator, śledztwo, cały kram, no i dziesięć lat zafasowałem.

- Dziesięć lat – zainteresowany historią wbrew sobie samemu Borowicz aż wzdrygnął się lekko – dlaczego aż dziesięć lat?

- Bo to był trybunał wojskowy, o kontrrewolucję chodziło, kapujesz – u nich mniej niż dziesięć lat nie dawali. A po mordzie też brałem, mścili się za to, że choć Żyd, nie chciałem do nich przystać.

Stefan Kisielewski (1911-1991) - felietonista, powieściopisarz, publicysta, kompozytor, krytyk muzyczny, autor m. in. powieści „Sprzysiężenie”, „Śledztwo”, „Cienie w pieczarze” oraz Dzienników.


W 1998 roku Stanisław Barańczak ogłosił drukiem „Geografioły”. Jest to zbiór satyrycznych wierszy opisujących osobliwości państw świata. W opisie Yemenu pojawił się również tajemniczy dygnitarz z Pabianic.

Yemen

Też, mimo że pustynny, ma jakiś swój Niemen,

A na miejscu miejscową Elizę Orzeszkową,

Która , duszy wzburzeniem miotana tajemnem,

Siedzi i pisze yemeńskie „Nad Niemnem”.

Jak raz pięknie ujął pewien dygnitarz z Pabianic:

„Ludzka mentalność nie zna granic”.


Stanisław Barańczak (1946-2014) – poeta, krytyk literacki, tłumacz, wykładowca na uniwersytetach amerykańskich.

W 1990 r. ukazał się „Lepszy” Waldemara Łysiaka. Są to refleksje autora o jego karierze pisarskiej i naukowej, oraz o zmaganiach z cenzurą. Pisarz zamieścił w książce „list” Szymona Nussbauma, który podczas wojny ukrywał się w Pabianicach.

Szanowny Panie Łysiak.

Nazywam się Szymon Nussbaum i jestem starym Żydem z miasta Łodzi. Byłem kiedyś bogatym człowiekiem, przed wojną każde żydowskie dziecko wiedziało, kto to jest Nussbaum, a to był mój dziadek i mój ojciec i to byłem ja – to były sklepy kolonialne, myśmy mieli taki wielki grosshanadel, że gdyby to dzisiaj Polacy zobaczyli, to by dostali pomieszania wszystkich zmysłów.

Najpierw Hitler pozbawił mnie rodziny i majątku. Ja sam się uratowałem, bo przesiedziałem pięć lat w komórce w Pabianicach pod Łodzią i kosztowało mnie to pięć kilo złota (jeden kilogram za rok), co je wzięli ode mnie za schowanie w kurniku chciwi polscy chłopi. Potem komuniści pozbawili mnie złudzeń co do urody i sprawiedliwości tego świata. (…)

Na dalszych stronach książki autor prezentuje również inne korespondencyjne dowcipy, których miał paść ofiarą.

Waldemar Łysiak (1944 - ) - pisarz, publicysta, architekt, napoleonista, autor m. in. „Malarstwa białego człowieka”, „Dobrego”, „Konkwisty”, „Szuańskiej ballady”, „Stulecia kłamców”.

W 12. numerze PAB-ARTU z 1998 roku Sylwester Marynowicz – prozaik i poeta - opublikował esej „Moje Pabianice” , w którym poddał analizie swoje relacje z Pabianicami.

Wywody filozoficzne zilustrował „rajskimi” wspomnieniami z dzieciństwa. Spędził je na peryferyjnej uliczce wśród drewnianych („kantówki”) i ceglanych („murowańce”) domków otoczonych wspaniałymi ogrodami („ogrojce”).


Moje Pabianice

W tytule zawarty zaimek dzierżawczy najtrafniej oddaje to, co mnie z Pabianicami łączy. Dzierżawię to miasto tak długo w sobie, jak długo będę miał kondycję sposobną do myślenia.

Nie cechuje mnie jednakże nawet w połowie, w stosunku do znaczenia tego zjawiska, jakaś wielka ksobność, co najwyżej mały egoizm, dlatego mając na uwadze względność charakteru posiadania, zawierającego się w tym co moje (choć dane mi dożywotnio) niekiedy dzielę się posiadaną dzierżawą z tymi, którzy zechcą ją użytkować. Gdybym kiedykolwiek pozbył się tej własności, przestałbym istnieć. Co zaś do cząstki egoizmu, to bardziej ma on kategorię intelektualną niż emocjonalną, o której pisał Boy-Żeleński charakteryzując postać Michela de Montaigne’a – „zawsze się udzielać, a nie dawać”. A zatem „zawsze udzielić siebie”, to tyle co użyczyć, dostarczyć czegoś z tych dóbr, które samemu się posiadło. Najczęściej są to owoce, nigdy zaś drzewa.

Moje Pabianice są zatem owocem moich przeżyć, doświadczeń i przemyśleń. A owoce Pabianic, jak wiadomo, można sprzedawać, choćby w Paryżu, Nowym Jorku, można je porównywać z innymi płodami, czy są równie dorodne jak te znad Sekwany czy Atlantyku. Bywa, że są znacznie lepsze.

Szczególnie w realizacjach związanych z pisarstwem, Pabianice to moja mała ojczyzna, w której czuję się najbezpieczniej. Poruszam się po niej z zamkniętymi oczyma, znam ją tak doskonale na pamięć, to znaczy do tego stopnia, że nawet to, czego już nie ma za przyczyną mojej woli powstaje niczym mały, średni lub większy feniks. O tym bezwzględnie tożsamościowym istnieniu, w sposób najbardziej esencjonalny, napisał twórca współczesnej antropologii filozoficznej, H. Plessner: „Człowiek jest zadomowiony w kulturowo nacechowanych ramach egzystencji. Strefy bezpieczeństwa i swojskości, strefy tego, co jest samo przez się zrozumiałe, oczywiste i naturalne, sytuują się w specyficznie duchowej płaszczyźnie: rodzimy krajobraz, ojczysty język, rodzina, obyczaje, tradycje, porządek społeczny, wzory, własne miasto, ulica, dom, pokój, przedmioty użytku i święte znaki – wszystko co należy do życia. Ale czym byłyby te ochronne ramy i utarte szlaki naszej egzystencji bez obcego świata, przed którym nas chronią, który jest przed nami ukryty i może pozostanie na wasze niezgłębiony? Tylko na tle świata, z którym nie łączą nas życiowe odniesienia, który stawia nas w nieprzewidzianych sytuacjach, z którymi ciągle musimy wchodzić w nowe i nietrwałe kompromisy, człowiek utrzymuje się w owej chwiejnej równowadze kultury zawsze zagrożonej i wymagającej obrony.”

Bezpieczeństwo i swojskość uzyskuje się latami. Najpewniej jednakże zapada ono w nas z wysokości metra i metra trzydzieści naszego wzrostu, czyli mniej więcej w wieku 5 do 10 lat. Natomiast to, co staje się zrozumiałe, oczywiste i naturalne, znacznie, znacznie poniżej metra naszej wzrastającej wysokości. W moim przypadku każdą z tajemnych miar osiągałem i pokonywałem w Pabianicach. Dlatego to a nie inne miasto stało się moją ochroną egzystencjalną przy niebezpiecznej próbie poznania świata w ogóle. Nie kuszę się w tym przypadku o wartościowanie tego zjawiska, ale jedynie przywołują jednoznacznie brzmiący fakt.

W odniesieniu do stwierdzeń Plessnera, przychodzi mi na myśl klasyczny (i co najważniejsze naturalny) eksperyment psychologiczny, który dotyczy aktywności poznawczej dziecka, naturalnie, tej najpełniejszej, czyli w pełni bezpiecznej. Nie raz i nie dwa każdy z nas widział taką oto sytuację, jak do poczekalni lekarskiej (a bywa, że i do naszego domu) przychodzi matka z małym chłopcem (lub dziewczynką). Dziecko nie odstępuje rodzicielki na krok, trzyma się kurczowo jej spódnicy. Jednakże im dłużej oboje siedzą w nieznanym im otoczeniu, tym dziecko coraz żywiej rozgląda się i powoli, stopniowo, krok po kroku, oddala się od matki, by podejść do tych przedmiotów i ludzi, którzy go najbardziej zaciekawiają. Niemniej wystarczy jakikolwiek niespodziewany, a mogący zwiastować zagrożenie sygnał, a malec już przy nogach matki i znów po jakimś czasie sytuacja się powtarza.

Ten rodzaj rytuału poznawczego pozostaje nam na całe życia. Najmocniej najpewniej z pełnym odczuciem bezpieczeństwa. Dlatego miasto rodzinne tak głęboko zapada w nasze poznanie, wyznaczając nasze oceny i porównania, które na skali emocjonalnej, w analogii do skali Beauforta , plasują się przy liczbie dwanaście, czyli w ciszy oka cyklonu, albowiem tak niebywale przebiegają wówczas nasze poznawcze przeżycia.

W języku polskim powstał nawet swoisty paradoks związany z pojęciem – ojczyzna. Jest to ojcowizna, ale rodzaju żeńskiego, czyli wymarzona jednia obojga rodziców.

Spośród wymienionych przez Plessnera elementów sfery duchowej chciałbym jedynie przez chwile zatrzymać się na znakach świętych, bo tak rozumiem tworzenie się imponderabiliów, czyli rzeczy nieuchwytnych, nie należących do sfery zjawisk fizycznych, nie dających się dokładnie zmierzyć, obliczyć, a jednocześnie przecież tworzących następstwa fizyczne, mające ogromne znaczenie w naszym życiu i mogące wywierać silny wpływ na wszelkie nasze sprawy i działania. Zawsze one tworzą się w określonym otoczeniu jakim są rodzimy krajobraz, ojczysty język, rodzina, obyczaje, tradycje, porządek społeczny, wzory, własne miasto, ulica, dom, pokój, przedmioty użytku codziennego..

Gdybym miał dokonać opisu tego zjawiska, którym mógłby być początek mojej kolejnej opowieści, zacząłbym w taki oto sposób.

Mieszkaliśmy przy ulicy Ogrodowej. Nazwa uliczki idealnie pasowała do znajdujących się tam prywatnych siedzib, mam tu na uwadze w pierwszym rzędzie domy drewniane: wszystkie posiadały ogrojce, choć nie wszystkie piękne i co najważniejsze tak ogromne, jak ten nasz spod numeru dwunastego. W średniej alejce biliśmy rekordy w biegach na sto metrów.

Ogrodową tworzyło dziesięć drewnianych jednopiętrowych i dziesięć „murowanych” (czasami mówiono również „ceglaki”) o różnej skali wysokości. Od parterowca do dwupiętrowca. W tym określeniu „murowańce” – tak bowiem, my dzieci z „drewniaków” nazywaliśmy budynki z cegły – zawiera się autentyczna wzgarda nie tylko nie tylko do murowanych domów, ale także do ich mieszkańców. Wszyscy moi koledzy z ulicy Ogrodowej mieszkali w „drewniakach” (trzy z nich nazywano również „kantówkami”).

Siedem „ceglaków” znajdowało się po tej nieco gorszej stronie Ogrodowej z numeracją nieparzystą. Staje się zatem rzeczą oczywistą jaka była lokalizacja pozostałych domów. Być może jest to tylko mój punkt widzenia, ale o charakterze Ogrodowej decydowały "drewniaki”, w nich się toczyło autentyczne pełnokrwiste życie. W „murowańcach” mieszkali jedynie ludzie znani nam z widzenia. Natomiast w naszym kupidowym życiu dzieci z „ceglaków”, nie odegrały żadnej roli ważącej na naszej przyszłości. Nie utrwaliły się też w naszej świadomości czymś szczególnym. Po prostu jakby w ogóle ich w „murowańcach” nie było . Gdyby nie wyjątkowy zbieg okoliczności, którego inicjatorem stał się trzynastoletni Władek K. spod „szóstki”, przywódca grupy podrostków znanych powszechnie jako „uliczne knoty” lub „ogrodowe chmyzy”. Kto wie czy mówiłbym dzisiaj, że „ceglaki” w ogóle istniały, i że przebywały w nich istoty, którym coś z dziecięctwa pozostało, ale że przede wszystkim ich dorosła odmienność zaważyła na moim sposobie myślenia.

Przez całe swe durne i chmurne życie na Ogrodowej byłem tylko raz w „murowańcu” znajdującym się po stronie z numeracją parzystą, a należącym do rodziców Ani Apudziak zwanej także Króliczkiem. Poszedłem tam wbrew wszelkim przestrogom mojego serdecznego kolegi Jurka Karuda, bo zachęta ze strony Ani posiadała wszelkie cechy przyzwolenia na wstąpienie do raju. I taka też była, choć to nie Króliczek stanowił dla mnie przynętę, ale piętnastoletnia, długonoga Marta, koleżanka od serca Władka K. i jej szesnastoletnia powiernica Karolina (dopiero znacznie, znacznie później dowiedziałem się, że Martusia mieszka „piątym”, czyli w największym „ceglaku” na Ogrodowej). Poszedłem do Króliczka także dlatego, bo zmyliło mnie jej podwójne zamieszkanie: przecież stale przebywała w drewnianej siedzibie swojego dziadka, pana Szwarca, choć tak naprawdę (o czym dowiedziałem się podczas wizyty) mieszkała w „murowańcu” rodziców sąsiadującym ze szwarcowym domem przez wspólne podwórko.

To jedno, jedyne spotkanie, choć przecież już niejako dokończone u Władka w jego „drewniaku”, nabrało dla mnie cech wydarzenia tyleż cudownego, co wielce dotkliwego: stało się początkiem moich obsesji.

My „ogrodowe kupidy” z drewnianych domów, znajdujących się po stronie uliczki z numeracją parzystą, trzymaliśmy się razem między innymi dlatego, że „uliczne knoty” identyfikowali nas z podupadłą świetnością siedzib, którą ongiś stworzyli nasi pradziadkowie. Polegało to na tym, że na podwórka i do ogrojców siedmiu „drewniaków” i tyleż „murowańców” każde z dzieci zamieszkałe przy Ogrodowej mogło wchodzić kiedy chciało i jak chciało. Jedynie w trzech „kantówkach” pod „dziesiątym”, „dwunastym” i „czternastym” właściciele stworzyli w ich obrębie własne prawa.

Sprowadzało się to tego, że dzieci i dorosłych obowiązywał absolutny zakaz wszelkich odwiedzin i zgromadzeń w całej zarządzanej przez gospodarza posesji, naturalnie bez jego uprzedniej zgody. Ów przepis na całkowite zachowanie prywatności spowodował, że trzy, jak o nich mówiono „parszywe drewniaki” od razu nabrały szczególnego charakteru: wzbudzały ciekawość i niechęć. Dlatego na nas, smyków zamieszkałych w owych „kantówkach”. I to niezależnie od tego czy byliśmy krewnymi właścicieli czy tylko lokatorami , wołano „junkry”, „obszarniki”, „burżuje” lub bardziej niewybrednie „zamordyki”, „chamy”, a w końcu „kupidy”. (Gwoli wyjaśnienia podaję, że w podworcu trzech „ceglaków” również z zakazem wstępu znajdowały się trzy malutkie zakłady tkackie pilnowane przez stróży, co z wiadomych względów czyniło je niedostępnymi.)

Trzymaliśmy się również i z tego względu razem, że nasi rodzice nie uznawali liberalnych praw dotyczących wychowania dzieci przez ulicę. Trzeba było stosować wiele zmyślnych wybiegów, by zaspokoić swoją dziecięcą ciekawość i włączyć się czasami do psót i figli ”ogrojcowych chmyzów”.

Terenami zabaw były nasze ogrojce i podwórka odgrodzone od ulicy płotami i bramami. W nich odnajdywaliśmy siebie, poznawaliśmy wszelkie tajemnice życia, wiedzy i miłości. Będąc w ogrojcach czuliśmy się bezpieczni i pewni, że bez lęku możemy się oddać każdej zabawie wymyślonej przez siebie, zaś naszym rodzicom ufnym w idealne odgrodzenie swoich pociech od ulicznych zagrożeń i pewnych, że maja nas na oku, nie przychodziło do głowy, iż może nam się przytrafić coś złego. Ten rodzaj zachowań najwyraźniej wykluczał naturalnie z myślenia naszych rodzicieli, takie oto negatywne zjawisko, ze my, ich dzieci, moglibyśmy stworzyć fizyczne, moralne i wychowawcze zagrożenie dla samych siebie.

W mniemaniu naszych rodzicieli byliśmy urobieni na obraz i podobieństwo swoich pierwowzorów, staliśmy się ich niemal idealnymi kopiami, czyli bez nadmiernej inwencji twórczej, odkrywczej i poznawczej: tacy mali starzy swoich starcy. A nawet gdyby strzeliło nam coś nieprzewidzianego do głowy, to od czegóż była intuicyjna wiedza o tym, że fąfle nie potrafią zatrzymać li tylko na własny użytek nadmiernie silnych przeżyć a dziejących się niezgodnie z uprzednio wpojoną normą społeczną. Dzieci, w przeświadczeniu naszych rodziców, nie potrafiły zachować czegokolwiek w tajemnicy, te małe paple wcześniej czy później wszystko wygadają, a poza tym, cóż takiego mogłyby zrobić, przed czym nie można by je ustrzec?

Czy byliśmy poza kontrolą? Po dwakroć nie, ale mimo to udało nam się stworzyć dość rzadki fenomen, od którego zaczęto nazywać nas „ogrodowymi kupidami”.

Jeśli nawet nie mówiliśmy o naszych drewnianych domostwach zbyt często, a już na pewno nie oficjalnie, że je kochamy, że są najpiękniejsze na świecie, to wyrażaliśmy swoje uczucia całym swoim zachowaniem: kiedy przyszło stanąć w obronie ich „honoru i czci”, walczyliśmy nie bacząc na otrzymywane razy. Nasze domy, a szczególnie ich ogrody, były tego warte. Wszystko najlepsze, co zaistniało w naszym młodym życiu, zawdzięczamy „Kantówkom” i ogrojcom”.

Naprawdę miłowaliśmy te drewniane twierdze o spadzistych dachach i ciosanych wielkich palach sosnowych, mimo iż wiedzieliśmy (w głębi ducha), że nie należą do najpiękniejszych. Byliśmy z nich dumni, bo nam ich zazdroszczono. Kochaliśmy je przede wszystkim za to, że one nam pozwalały się kochać. Trzy „kantówki” z zielonymi okiennicami zamykanymi na noc, by skrzętnie broniły naszych tajemnic, najdostojniejsze z siedzib po stronie ulicy z numeracją parzystą. Ich frontony przystawały do chodnika ulicy, oddzielone korytarzami wyznaczonymi przez drewniane płoty zwieńczone bądź to bramami stojącymi w równej linii ze swoimi siedzibami, bądź to parkanami zatrzymującymi ogrody na krawędzi trotuaru.


Płoty, parkany stawiano tam, gdzie to było konieczne rozdzielając podwórka wraz z korytarzami bramowymi. Nie istniała natomiast bariera pomiędzy dwoma sąsiadującymi ogrodami. Przynajmniej tak było w przypadku graniczących ze sobą posiadłościami pana Szwarca, mojej babki i pani Poli. Rozdzielenie dwóch posesji w ich części ogrodowej było bardziej naturalne, ot, mocno zwarte ze sobą dwa równoległe szeregi krzewów czerwonej porzeczki oraz agrestu rozdzielone szpalerem białego bzu. Po naszej stronie zielonego parkanu ku środkowi, w pasie szerokim na dwadzieścia metrów biegły trzy długie zagony z przeznaczeniem na tak zwane większe uprawy, do których zaliczano sałatę, kapustę lub ziemniaki. Mniejsze grządki z przeznaczeniem na warzywa i kwiaty sytuowano tuż przed oknami gospodyni, by wprost z okna mogła ocenić – jaką ze smakowitych, a już dojrzałych jarzyn wybrać na śniadanie, obiad lub kolację, czy też który z goździków, lewkonii, czy lwich paszczy, najstosowniej zdobiłby w tym letnim dniu stolik w salonie, a stół w jadalnym.

Jak w każdym dobrze zagospodarowanym ogrodzie znajdowało się miejsce przeznaczone na wypoczynek, coś w rodzaju małej polanki, gdzie można było rozłożyć koc, postawić stolik, kilka krzeseł lub leżak, czasami wieszano hamak między dwoma sąsiadującymi drzewami wiśni. Dosyć często – choć nie stanowiło to reguły – sytuowano tego rodzaju polankę w środkowym pasie ogrodu, ale zdecydowanie bliżej naturalnego ogrodzenia z bzu, jaśminu, porzeczek i agrestu.

Jednakże z daleka od tego żywopłotu, który po stronie sąsiada przechodził w grunta przeznaczone na tak zwane większe uprawy, a w bliskości żywopłotu po przeciwnej stronie, o ile nasz drugi sąsiad rozplanował swoją posesję podobnie do naszej. W tym schemacie ogrodowego szyku był zachowany głębszy sens: nie przeszkadzać sobie w odpoczynku po trudach całotygodniowej pracy, wymieniać zaś doświadczenia o uprawach przy okazji spotkań co bardziej oficjalnych, będących przyczynkiem do chwalby o umiejętności gospodarzenia.

Zapobiegliwi właściciele budowali niewielkie altany otwierające się na owe polanki. Wybór miejsca na odpoczynek był bardzo przemyślany: jak najdalej od domu za to w otoczeniu drzewostanu i krzewostanu na tyle ciekawego w swoich konfiguracjach i połączeniach, iżby miało się wrażenie, że przebywa się w jakimś rajskim, całkowicie nam przychylnym świecie, ale jednocześnie zdecydowanie oderwanym od tego, który zaczynał się w naszych domach.

Staje się rzeczą bez szczególnych znaczeń, z punktu widzenia realizacji literackich – czy tego rodzaju miejsce naprawdę w Pabianicach istnieje. Ma jednakże to o tyle znaczenie, czyli nośną wartość, jeśli stanie się częścią świadomości kulturowej choćby Krakowa, gdzie mieszkam czy Polski, w której żyję, że tego rodzaju Pabianice są rzeczywistością do oglądu, przemyśleń i konkretnych działań. Dla mnie są one moimi i jeśli staną się one również miejscowością ważną dla innych, to radość już tylko moja, że warto było dołożyć tylu starań, aby zaproponować je światu, jako owoc najbardziej wysublimowanych przeżyć. We mnie tkwią jako znak święty.

Moje Pabianice

Gdy przychodzi mi o tobie mówić

Miasto moje

To znajduję w myślach swoich

Cegieł brzydką czerwień

Gdy przychodzi mi o tobie pisać

Choćby o straconych latach

To znajduję w słowach moich

Lat zielonych zapach


Abra kabra pur

Winde bunde bur

Jakichż rzeczy pomieszanie

Myśli mowa wiersze słowa

I zapachów pełna głowa

Jest tam rynek i ulica

Szkoła park i kamienica

Miłość pierwsza dwa daktyle

I dziecinnych gier zawilec

Są obrazki fotografie

Tu ktoś goni

Tam ktoś łapie

Olebundus akabundus

Desiderus barbaderus

Gur


Rytm się gubi rytm ucieka

Jesteś ty jestem ja

Kogo nie ma

Kto znów gra

Ja nie-ja

Między płotem a ogrodem

Na ulicy Sienkiewicza

Konopnickiej i Staszica

Postawili nowy mur

Abra kabra pur

Olebundus akabundus

Desiderus barbaderus

Gur

Kogo nie ma

Ktoś się schował

Czy ktoś jeszcze gra


Moje miasto Stare-Nowe

Całe miasto na Zamkowej

Jest

W mojej kuli kryształowej

Patrz

Teraz wróżę z ciebie

Abra kabra pur

I sprzedaję

Winde bunde bur

Każdy dzień twój

Olebundus akabundus

Twe sekretne lata

Desiderus barbaderus

Na jarmarkach świata

Gur

Widzisz

Ilu chętnych do kupienia

Ilu chętnych do wróżenia

Abra kabra pur

W 1998 roku ukazało się opowiadanie Sylwestra Marynowicza „Boży Gaj pani Heleny”, którego akcja została umieszczona w Pabianicach lat 70. ubiegłego wieku. Na język niemiecki – „Frau Helenas Gottesacker” – przełożył je Klaus Staemmler.

Boży Gaj pani Heleny

Pani Helena nie lubi Krakowa, bo za stary. Lubi natomiast Pabianice, gdzie mieszka, bo według niej są nowe. Ja lubię Kraków, gdzie mieszkam, bo jest ładny. Nie lubię Pabianic, bo miasto jest brzydkie. Ale to właściwie rzecz gustu. Pani Helena w ogóle jest za modernizacją. Wychodzi na to, że ja jestem konserwatystą, bo lubię starocie. Mieszkanie pani Heleny urządzone jest bardzo nowocześnie. Moje zaś stylizowane na antyk. Pani Helena jest za każdym postępem, ja natomiast jestem sentymentalny. Ale widać takie są prawa wieku. Pani Helena ma prawie trzy razy tyle lat, co ja. Nie wykluczone jednak, że właśnie ta rozbieżność poglądów i postaw zetknęła nas ze sobą. Zacznę może jednak od początku.

Podróżuję wiele. Wybieram miejscowości i trasy zgodnie ze swoimi upodobaniami. Dlatego dużo, bardzo dużo sprzyjających okoliczności musiałoby złożyć się na to, bym trafił do Pabianic. Nigdy nie potrafię odnaleźć się w kombinacie fabrycznym otoczonym domami ustawionymi w jedną ulicę, szarą i bezbarwną. A takie właśnie są Pabianice. Bronię się przed oglądaniem takich miast, jak tylko umiem najlepiej. A jednak do Pabianic jeżdżą dosyć często z tej prostej przyczyny, że mieszka w nich moja rodzina. Od kilku lat jeżdżę tym chętniej, że poznałem tam panią Helenę i do prawdziwej przyjemności zaliczam spotkania z nią. Może zabrzmi to trochę niesamowicie, ale to szczera prawda: najczęściej spotykamy się na cmentarzu. Jest to zresztą jedyny cmentarz ze znanych mi, które lubię. Widziałem cmentarze ogromne, pompatyczne, strojne, i te niewielkie, skromne, zapuszczone. Widziałem odbywające się na nich ceremonie, począwszy od tych barwnych, ze śpiewem, tańcami, a skończywszy na milczących, ubogich i smutnych. Ale pabianicki cmentarz nie da się porównać z żadnym z tych, które oglądałem.

Kiedy wysiada się na stacji w Pabianicach akurat w miejscu, gdzie miasto się kończy, albo jak kto woli – zaczyna – trzeba przejść na przystanek tramwajowy oddalony o kilka kroków od brzydkiego budynku dworcowego, aby dojechać tramwajem jedynej linii w tym mieście. O zabłądzeniu nie ma mowy. Wysiadamy tuż przy ulicy Kilińskiego i przemierzywszy ją pieszo do końca, dojedziemy jednocześnie do cmentarza i stadionu sportowego. Pani Helena powiedziała mi, że w tym zestawieniu tkwi głęboka myśl naszych czasów: kultura fizyczna jako symbol życia powinna iść w parze z kulturą śmierci. Przyznałem jej w tym względzie całkowitą rację. Kiedy wejdzie się przez bramę na ów cmentarz przy ulicy Kilińskiego, od razu zrozumie się, na czym polega jego inność, odrębność, a w czym jest podobny do wszystkich cmentarzy, jakie znajdują się na ziemi. Może z tym natychmiastowym zrozumieniem trochę przesadziłem, bo aby tak naprawdę tę inność uchwycić, trzeba to miejsce najpierw pokochać. Tak, tak – pokochać miłością pani Heleny.

- Proszę pana, z kimś nieznanym nigdy bym się tym nie podzieliła. – powiedziała do mnie, kiedy już dobrze się poznaliśmy – czy pan zauważył , co łączy nasz Boży Gaj, a co różni od innych cmentarzy? Pomijam tę rzecz najistotniejszą: pamięć o bliskich, którzy odeszli. Proszę pana jest to coś, co towarzyszy człowiekowi, odkąd tylko zszedł z drzewa. Tym tajemniczym „czymś”, proszę pana, jest moda. Właśnie moda. Proszę zauważyć – nasz cmentarz jest biały. Groby są pokryte białymi płytami. Efekt ten uzyskuje się dzięki białym kamykom spojonym cementem i oszlifowanym do gładkich nieskazitelnie płaszczyzn. Tak zapewne myślą tutejsi kamieniarze o naszych zmarłych. Tak myślimy o nich my, pabianiczanie. Tego sposobu widzenia nikt nam nie narzucił. On tkwi w nas. Nieobecni są nieskazitelnie biali. Ta obowiązująca i powszechna wspólnota upodobań to właśnie – moda. Moda w naszym Bożym Gaju jest lokalna, może trochę za mało urozmaicona, ale nam to nie przeszkadza, wręcz odwrotnie – daje poczucie przynależności. Najważniejsze jednak, że nie jest to moda wymyślna i kosztowna. Jest prosta i na miarę naszych kieszeni. Nie wiem, jak pan to przyjmie, ale mnie zawsze kojarzy się z ludźmi ubranymi w płaszcze z tego samego materiału. Proszę nie wybrzydzać. Pan z przekąsem może powiedzieć, że nawet tutaj, w to miejsce powagi i skupienia, trafił uniformizm. Ale to przecież jest sprawa ludzi żyjących. Oni decydują. Dla mnie moda stanowi przejaw prawdziwej równości. Pozwala na dosyć szybkie rozpoznanie odszczepieńców. Toż to, proszę pana, cała istota życia.

- I w tym względzie przyznałem pani Helenie całkowitą rację.

W Pabianicach moi krewni mieszkają na ulicy Pięknej. Ulica ta posiada wszystko, co ludziom potrzebne i niepotrzebne do życia prócz jednego – tożsamości ze swą nazwą. Co prawda nie pytałem pani Heleny, co sadzi o tym zestawieniu – ale jestem głęboko przekonany, ze i na ten temat miałaby coś ważnego do powiedzenia. (Jeżeli nie zapomnę, spytam przy najbliższej okazji.) Faktem natomiast jest, że moi krewni marzą o ulicy Wyspiańskiego, na której stoją nowoczesne wieżowce. Co oczywiście nie znaczy, że ulica ta może pretendować do miana – Pięknej. Pani Helena o ulicy Wyspiańskiego nie marzy, bo po prosto tam mieszka.

- Zarówno z Pięknej, jak i z Wyspiańskiego nie jest zbyt daleko na cmentarz – powiedziała któregoś dnia pani Helena do mnie, uśmiechając się figlarnie.

Boży Gaj pani Heleny to jej drugi dom. Poprawia w nim to i owo, aby – jak mówi – było jej wygodniej, kiedy zamieszka w nim na stałe. Kto wie, czy wtedy moi krewni nie przeniosą się do jej pierwszego domu, o którym tak bardzo marzą. Na razie odwiedzają cmentarz przy ulicy Kilińskiego, którego nie śmieliby nazywać swoim drugim domem. Co nie przeszkadza im, jak to określiła pani Helena, zabiegać o modny wystrój grobów. Robią to jednak sporadycznie i okazjonalnie, jak na szanującą się rodzinę przystało, czyli bez przesady; niemniej jeżeli wymaga tego okoliczność – na przykład zakup ciężkich kamiennych wazonów – spieszy każdy kto żyw, by mu nie zarzucono braku szacunku dla przodków. Nie mogłem więc nie spotkać w tym odwiecznym miejscu kultu tak ważnej osoby, jaką jest pani Helena.

Ciotuchna wyuczyła mnie drogo do grobów krewnych poprzez stałe wbijanie mi do głowy, jakimi znakami rozpoznawczymi się kierować. Nawet jeśli idę razem z nią powtarza zawsze to samo:

- Kiedy miniesz główną bramę, nie zatrzymuj się. Idź prosto, aż dojdziesz do kapliczki. Przy kapliczce zatrzymaj się i skręć pod kątem prostym w lewo. Potem maszeruj tak długo, aż zobaczysz mur. Wchodząc na alejkę pod murem zatrzymaj się ponownie i skręć pod kątem prostym w prawo. Nie spiesz się, idź powoli i patrz uważnie na nagrobki. Po dwudziestu krokach będziesz na miejscu.

Zawsze słucham tej instrukcji w skupieniu, z miną bardzo poważną, bo ciotka nie znosi żartownisiów. Od czasu do czasu każe sobie powtarzać tę instrukcję ze trzy razy, ale tylko dlatego, ze tego typu wyjaśnienia sprawiają jej ogromną przyjemność. Miałbym jednak za swoje, gdyby moja dobroduszna ciotka dowiedziała się, że z reguły mijam kapliczkę i kluczę to w lewo, to w prawo, nim dotrę na właściwe miejsce. Raz właśnie tak klucząc zobaczyłem postać kobiety o siwych włosach, ubraną raczej skromnie, ale bez fantazji w zwyczajny jasny kostium i granatową bluzkę z misternymi żabotami.

Kobieta ta krzątała się nad wyraz ruchliwie wokół jednego z grobów. Myła nieskazitelnie białą płytę. Co jakiś czas odchylała się do tyłu i krytycznie oceniała to, co już zrobiła. Zwolniłem i też zacząłem się przyglądać efektom jej pracy. Moim zdaniem robota była wykonana pierwszorzędnie. Zwolniłem jeszcze bardziej. Zaciekawiło mnie: z czego ta kobieta może być niezadowolona? Ona tymczasem zaczęła bardzo starannie wycierać nagrobek, płytę i schodki. (Tak, schodki! Pomyślałem wtedy coś o wyrafinowanym maniactwie.) Odczekawszy chwilę energiczna pani zabrała się do równie starannego pastowania czy też raczej pomadowania nieskazitelnej bieli, i daleka była od zwracania uwagi na kogokolwiek. Mijając ją i grób, którym tak troskliwie się zajmowała, pojąłem jej krytyczne spojrzenia. Grób poza niezrozumiałym dla mnie przeznaczeniem schodków nie różnił się niczym od tych po lewej i prawej stronie, ale kiedy zaczęła polerować go jakąś miękką tkaniną, każdy jej ruch odsłaniał na płycie całą gamę refleksów świetlnych. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Wyglądało to tak, jakby grób żył, tętnił, pulsował, unosił się i zmieniał kształty.

Spojrzałem na jej twarz. (Niespodziewanie gładka mimo zaawansowanego wieku, zaróżowiona od pracy, rysy harmonijne.) Ta twarz miała coś ze skruchy i zażenowania. Zdumiewające. Wyglądało mi to na kokieterię przed samą sobą, bo pomijając moją osobę, wokół nie było nikogo. Ale wtedy i ona mnie dostrzegła, że stoję i wpatruję się w nią i jej dzieło. Znieruchomiała w oczekiwaniu. Chcąc jakoś złagodzić swoja obecność intruza, ukłoniłem się. Skinęła mi głową z taką powagą, że czym prędzej oddaliłem się. Z niemałym trudem odnalazłem ciotuchnę. Wysłuchałem kilku napomnień tyczących się mojej niepunktualności, a następnie długich pouczeń – jak mam iść, aby nie marudząc zbytnio odnaleźć pracownię kamieniarską i odebrać zamówiony wazon ważący bagatela, tylko piętnaście kilogramów.

Ruszyłem w drogę szybko, by to, co nieuniknione mieć poza sobą, ale im bardziej oddalałem się od grobu wuja, tym coraz silniejszy rósł we mnie opór. Zwalniając pomyślałem sobie, że warto zobaczyć w pełnym blasku ów lśniący grób. Nie musiałem zbytnio kluczyć: znany mi odblask był widoczny co najmniej na kilometr. Jednakże nie tylko ja zostałem zwabiony tym niecodziennym zjawiskiem. Kto żyw spieszył oglądać. Przystanąłem w pobliżu lśniącego grobu i momentalnie do moich uszu dotarły pytania: „Gdzie pani kupiła ten płyn? Jak on się nazywa? Wichta, czy to nie jest śliczne?” Gromadzący się wokół grobu ludzie byli mniej więcej w wieku energicznej pani i tak jak ona ruchliwi i gestykulujący. Właścicielka patentu promieniała i tłumaczyła wszystkim i każdemu z osobna, jak weszła w posiadanie swojej tajemnicy. Ludzie wyjmowali kartki, gazety, pomięte papiery, ołówki, długopisy, pióra i notowali, co rusz dopytując o jakiś szczegół lub prosząc o jakieś dokładniejsze wyjaśnienia. Stałem i z rosnącym zdumieniem patrzyłem na to zbiegowisko. Stałem jednak o jedną chwilę za długo, bo sympatyczny wykładowca zdążył dostrzec nieproszonego gościa, jakim od razu się poczułem. Energiczna pani zamilkła , a oczy wszystkich zebranych zwróciły się w grobowej ciszy na mnie. Ukłoniłem się świadom niezdarności i śmieszności tego gestu i oddaliłem się pospiesznie. Ta moja nadmierna ciekawość mimo wszystko wyszła mi na dobre. Poczułem nagle taki nadmiar energii, ze biegiem puściłem się do zakładu kamieniarskiego przy ulicy Orlej. A wręczony mi wazon chwyciłem pod pachę tak lekko i z takim zapasem sił, że pan Zygmunt – pomocnik mistrza, chłop o rękach jak bochny chleba – spojrzał na mnie z niekłamanym podziwem. Aby wzmocnić efekt związany z moją „nieprzeciętną” siłą, przebiegłem niczym sprinter cale podwórko. Trochę jednak przeceniłem swoje możliwości. W połowie drogi do murów cmentarza osłabłem. Zmieniłem pachę, ale niewiele to się zdało – ręce stanowczo się zbuntowały. Całe szczęście, ze pan Zygmunt tego nie widział: kiedy dobrnąłem do grobu wuja, drżałem niczym osika, spocony jak mysz. Na szczęście moja dobroduszna ciotka sama zajęła się ustawieniem wazonu.

Przyglądałem się jej wysiłkom z rosnącym niepokojem i rozterką: wazon był trudny do ustawienia. Nie mogłem zdobyć się na zaofiarowanie pomocy, rozumiejąc jak bardzo jej działania sa intymne i osobiste, a jednocześnie moje bezczynne tkwienie na ławce stawało się zbędne i wręcz denerwujące dla ciotki. Kamień spadł mi z serca, kiedy usłyszałem rozkaz:

-Proszę natychmiast pójść do domu!

Wykonałem go bezzwłocznie. Tracąc ciotuchnę z oczu od razu poczułem się lepiej i dlatego chyba pomyślałem, że warto zobaczyć, czy owa energiczna pani także dokonała zakupu wazonu. (Człowiek sam nie wie, kiedy najdzie go przekora.) Oczywiście wolałbym, aby jej nie było na wiadomym miejscu. Niestety – była. Niemniej to, co zobaczyłem, trochę mnie zaskoczyło). Otóż owa starsza pani siedziała na wygodnym rozkładanym krześle i jadła. Na kolanach miała rozłożoną sporych rozmiarów serwetę, na serwecie znajdowała się taca, na tacy zaś cztery różnej wielkości miski. A łyżka, którą trzymała w ręce, wędrowała od jednego z naczyń do jej ust. Poczułem się skrępowany, bo – jak amen w pacierzu – wychodziło na to, ze jestem jakimś bezczelnym podglądaczem. Zacząłem się wycofywać, ale robiłem to tak niezdarnie i wolno, ze i tym razem energiczna pani zauważyła mnie. Kłaniać się po raz trzeci byłoby błazeństwem. Przełamałem więc szybko opór i podszedłem do niej.

-Pani wybaczy – powiedziałem – może robię wrażenie jakiegoś podglądacza, ale proszę mi wierzyć, ze nie mam złych zamiarów.

Po czym przedstawiłem się, to znaczy wybełkotałem swoje nazwisko i imię. Następnie zacząłem tłumaczyć się z krążenia wokół grobu, którym ona się zajmuje. Mówiłem nieskładnie i zdawałem sobie sprawę, że moje wyjaśnienia nie budzą zaufania. Kiedy skończyłem, starsza pani wstała z krzesła i chowając naczynia do dużej torby powiedziała spokojnie choć z nieukrywana ironią w glosie:

- Jest pan po prostu bardzo ciekawski, a tacy chcąc nie chcąc zawsze w czymś przeszkodzą. Ugryzłem się w język: aluzja była aż nazbyt czytelna – przeszkodziłem w jedzeniu.

- Bardzo panią przepraszam, że … - zacząłem, ale przerwała mi.

- Nic nie szkodzi. Najważniejsze, że pierwszy głód już zaspokoiłam. Pana zapewne dziwi, że jem w takim miejscu. Dla mnie ono takie, jak każde inne. Spędzam tu tyle czasu. Kiedyś jadłam tu ukradkiem, ale niby dlaczego, pomyślałam sobie. Skoro i tak wszyscy tu się znamy, to czemu ludzie mają mieć fałszywy pogląd na to, co robię. Nie przychodzę tutaj się umartwiać. Odwiedzam to, co mi bliskie i tylko dopóki żyję, mogę się troszczyć o ten grób. Nie mam w tym mieście żadnych krewnych. Mąż odszedł pierwszy, jestem wiec jedyną osobą, która zachowała o nim pamięć. – Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. – Skoro pan się przedstawił , nie pozostaje mi nic innego, tylko zrobić to samo. – Zawahała się przez chwilę. – Tutaj wszyscy znajomi zwracają się do mnie: „pani Heleno”; przywykłam do tego.

Spojrzałam ukradkiem na nagrobek, aby dowiedzieć się, jakie nazwisko nosi pani Helena i oniemiałem z wrażenia. Napis głosił, że w tym miejscu spoczywa zmarły w 1964 roku Antoni Marynowicz. Nosiliśmy więc to samo nazwisko! Co za zdumiewający zbieg okoliczności! Tylko że ona o tym nie wiedziała, a wszystko przez to bełkotliwe przedstawienie się . Podszedłem do tej nie znajomej kobiety, chwyciłem jej dłoń i ucałowałem. Nie zaprotestowała. Była jednak trochę zmieszana, trochę zaskoczona.

- Proszę mi wybaczyć – powiedziałem – ale przed chwilą odkryłem coś nieoczekiwanego. Noszę to samo nazwisko, co pani maż. To jakby pokrewieństwo. – Jej spojrzenie początkowo było karcące, ale szybko rozpogodziła się.

- Istotnie, to zaskakujący zbieg okoliczności. Może rzeczywiście łączy nas jakieś pokrewieństwo? Może ono właśnie przyciągnęło pana tutaj?

- Niezbadane są wyroki niebios – odpowiedziałem z powagą.

No cóż, pokrewieństwo w trakcie ustaleń okazało się wątpliwe, co nie znaczy, że niemożliwe. Lecz nie było to znów takie ważne. O wiele ważniejsza natomiast była wrażliwość pani Heleny dla mnie i jej niepodważalny urok. A że od tego momentu zaczęła faktycznie traktować mnie jak dalekiego krewnego, to fakt. Miało to duży wpływ na niepowtarzalną atmosferę naszych rozmów i cieszyłem się z tego. Po raz pierwszy cmentarz – nazywany przez panią Helenę „Bożym Gajem” – stał się dla mnie czymś swojskim, ot, miejsce jak każde inne, a kto wie, czy nie ciekawsze.

- Pyta pan o męża: jaki był? – powiedziała. – Należałoby to pytanie sformułować nieco inaczej. Nie wiem, jaki był w swoim postępowaniu. Przeżyliśmy ze sobą sporo lat. Na pewno ma znaczenie jego nieobecność, trudno bowiem oszukać samotność, ale nie tylko z tego powodu tutaj przychodzę. On co miał powiedzieć, to już powiedział; co miał zrobić, zrobił. Dało mi to jednak możliwość odczucia nowych doznań, czegoś, czego bym nigdy nie poznała, gdyby żył. Przepraszam, że tak niezręcznie wyrażam swoje myśli. Chodzi mi po prostu o to, ze dzięki jego nieobecności odkrywam w sobie wiele zdumiewających myśli i nie znanych mi dotąd pobudek działania. Lepszego spadku nie mógł mi zostawić. Moje życie jest naprawdę przez to ciekawsze.

Godzina płynęła za godziną, a my rozmawialiśmy. Pani Helena mówiła, ze śmierć jest dla niej czymś, co się ogląda, a potem wyobraża w tysiącach różnych fizycznych doznań i przygotowań. W jej ustach nie brzmiało to strasznie, raczej bajkowo. Na przykład ona dokładnie wiedziała, jak będzie się zachowywać po śmierci, jak będą się zachowywać inni – żyjący, i jakie stąd mogą wyniknąć zabawne i przykre sytuacje.

Stwierdziła, że natłok tych wszystkich rozwiązań przychodzi z wiekiem, ale że nie są one niemiłe, wręcz odwrotnie – nawet ciekawe, a poza tym wyznaczają inny, nowy styl bycia. O zmroku pani Helena zapaliła znicz i wtedy dopiero zauważyłem, że na grobie jej męża nie ma żadnego wazonu. Wytłumaczyła mi, ze znicz jest odpowiedniejszy dla Antoniego i dla niej, ma bowiem uosabiać wszystkie życiowe cechy, jakie on posiadał.

W tym dniu naszego poznania odprowadziłem panią Helenę do domu na ulicę Wyspiańskiego. Ona zaś w rewanżu zaprosiła mnie do siebie na herbatę. Jej mieszkanie jest nowoczesne, ale gościnność za to bardzo tradycyjna. Po wypiciu herbaty i zjedzeniu tuzina najprzeróżniejszych ciasteczek, pożegnałem tę uroczą panią. Nie wyznaczyliśmy sobie następnego spotkania, jako że oboje wiedzieliśmy, gdzie się ponownie zobaczymy.

- Proszę pana – powiedziała któregoś dnia pani Helena – ludzi z naszego Bożego Gaju łączy to, co każdą grupę posiadającą zbliżone kłopoty i zainteresowania. Nikt nas do niczego nie zmusza. Nikt też – jeżeli te sprawy są mu obce – nie musi z nami przestawać. To, co robimy, wynika z potrzeby przebywania i aktualizowania obrazu bliskich osób. Weźmy dla przykładu chociażby grób mojego męża. Staram się, aby ten grób był niejako wizerunkiem jego życiowych cech. Pana zdumiały te schodki. Można by pomyśleć, że jest to wymysł chorej wyobraźni. Nic podobnego. Męża cechowała duża fantazja. Przygody, proszę pana, trzymały się go wręcz same. Nie było dnia, aby coś się wokół niego nie działo. W ogóle miał bardzo niespokojną naturę. Wygłaszał też często najprzeróżniejsze sentencje życiowe. Dwie z nich tak bardzo utkwiły mi w pamięci, że postanowiłam jakoś je zaznaczyć przy jego grobie. Mawiał: „Mieć i nie mieć, to jakby odrodzić się na nowo”, czy też: „Życie jak schody, im wyżej wejdziesz, tym później ciekawszy lot”. No i, jak pan widzi, ma te swoje schody. Ilekroć na nie wchodzę, zawsze odnoszę wrażenie, jakbym była bliżej męża. Rozumie pan, chodzi o ten lot.

- Rzeczywiście – wtrąciłem – każdy drobiazg tutaj ma dla pani jakieś symboliczne znaczenie. Ale biorąc pod uwagę pani wyczulony zmysł estetyczny, nie rozumiem, dlaczego ta płyta położona na grobie męża jest tak potwornie ciężka. W zestawieniu z resztą psuje to całą kompozycję.

- Ma pan rację – powiedziała pani Helena, unosząc w górę brwi. – W niej zawarta jest cała sprzeczność między moim usposobieniem a usposobieniem Antoniego. Jest to zresztą jedyny wyłom, jaki zrobiłam na swoją korzyść. Otóż niespokojne natury mają jakieś swoje namiętności. Mąż lubił podróżować. Ciągle gdzieś wyjeżdżał. W zasadzie nie miałam o to do niego pretensji, albo inaczej – nie miałabym, gdyby częściej zabierał mnie ze sobą. Moja mała zemsta, zresztą nieszkodliwa, to właśnie ta płyta. - Uśmiechnęła się mrużąc oczy. – Spod tej płyty trudno mu będzie uciec, a mnie łatwiej czekać. Kiedy zejdę do niego – ustaliłam to już w testamencie – moi spadkobiercy położą płytę jak piórko.

- Przywodzi to na myśli zwyczaje pogańskie – powiedziałem.

- To bardzo brzydkie sformułowanie – odpowiedziała pani Helena, na chwilę przybierając poważny wyraz twarzy.

- Dla mnie są one bardziej ludzkie niż te nasze obecne i o wiele lepiej mieszczą się w mojej wyobraźni. A czy pan wie, że niedaleko stąd znajdował się o niebo wspanialszy Boży Gaj naszych słowiańskich przodków? Swego czasu zjechali się do Pabianic archeolodzy. Poszłam zobaczyć te ich wykopaliska. Proszę pana, czego w tych grobach nie było! Dosłownie wszystko, co jest człowiekowi niezbędne do życia. To co innego, kiedy można coś takiego zobaczyć na własne oczy. Przyznam się panu, że męża również wyposażyłam we wszystko, co uważałam za niezbędne do życia. Robię też wszystko, aby miejsce spoczynku Antoniego odzwierciedlało jego osobiste cechy, jak już panu wspomniałam.

Był on mężczyzną postawnym, uchodzącym za pięknego, ubierał się starannie, miał duzy zmysł estetyczny, nie znosił brudu, a jego polot intelektualny i towarzyski był znany powszechnie. Niewielu znalazłoby się ludzi, którzy nie ulegliby jego osobistemu urokowi. Każdą z tych właściwych jemu cech starałam się zawrzeć w tym grobie. Czy to miejsce nie przyciąga wzroku innych ludzi?

Pani Helena była zbyt mądrą kobietą, by nie wiedzieć, że to, co robi, zwraca także wzrok innych ludzi na nią samą. Dzieliła w ten sposób z mężem wszystko po połowie. Jedno z naszych kolejnych spotkań potwierdziło to w całej pełni Nie widzieliśmy się przez dłuższy czas, dlatego postanowiłem zrobić niespodziankę. (Znając jej przyzwyczajenia poszedłem do Bożego Gaju po obiedzie.) Zacząłem kluczyć po cmentarzu, chcąc by mnie zobaczyła w ostatniej chwili. Po minięciu kapliczki zamierzałem wejść między groby i wtedy zobaczyłem coś, czego najmniej się spodziewałem. Pani Helena nie była sama. Obok niej na ławeczce siedział mężczyzna. Postanowiłem więc odczekać tak długo, aż ów jegomość oddali się.

Wycofałem się na alejkę i spocząłem na pierwszej ławce, jaką napotkałem. Co jakiś czas wchodziłem między groby i sprawdzałem, czy droga jest wolna, ale mężczyzna nie kwapił się do odejścia. Po godzinie takich manewrów zmieniłem decyzje. Moje podchody wobec tego, co zobaczyłem, okazały się wprost śmieszne. Wróciłem do kapliczki i tak, jak to robiłem zazwyczaj , ruszyłem utartą trasą. Pani Helena była tak dalece pochłonięta rozmową, ze oprócz swojego rozmówcy, który trzymał ją za rękę, nie dostrzegała zapewne nic. Kiedy stanąłem przed nią, musiało to tak wyglądać, jakbym wyrósł spod ziemi. Pani Helena poderwała się na mój widok gwałtownie i wykrzyknęła:

- A to ci dopiero niespodzianka! Zjawia się pan niczym jaki duch! Wystraszył mnie pan.

Ucałowałem jej dłoń. Spojrzałem na owego mężczyznę: mimo siwizny i dostojnego wieku trzymał się nad wyraz prosto, a jego ruchach pozostało wiele zwinności. Twarz miał co prawda pooraną zmarszczkami, ale za to jakby nazbyt czerstwą, aby nie powiedzieć zanadto czerwoną.

- Pozwoli pan, że mu przedstawię mojego bliskiego znajomego – powiedziała pani Helena lekko się zaczerwieniwszy. – Pan Stanisław Raczkowski . – I pan Raczkowski skłonił energicznie głowę przede mną.

- A to – pani Helena wskazała na mnie – mój daleki krewny. – Tym razem ja skłoniłem głowę w ukłonie. Podaliśmy sobie ręce. Prezentacja została dokonana, ale po niej jakoś nikt nie kwapił się do zabrania głosu. W końcu pan Raczkowski odezwał się pierwszy:

- Pani Helenko, na mnie już czas. Muszę załatwić jeszcze to i owo. Pani pozwoli ucałować sobie rączkę. Uczyniwszy to zwrócił się do mnie z wyciągniętą prawicą: - Do widzenia panu.

Uścisnąłem jego dłoń. Kiedy się oddalił, pani Helena powiedziała:

- To bardzo kulturalny pan. Emerytowany nauczyciel. – I już z uśmiechem. – Ale pan go wystraszyłeś. Czy da pan wiarę, że to mój nowy adorator? Przychodzi tu od dawna. Niedaleko leży jego żona. Może dlatego zabiega o moją rękę?

- Spojrzała na mnie. – Robi to jednak w sposób fatalny. Proszę sobie wyobrazić: nie ma w tym względzie żadnego doświadczenia. Dla kurażu pije czerwone wino. On myśli, że tego nie dostrzegam. Niepokoi mnie jednak jego twarz. Czy nie sądzi pan, że z sercem pana Stanisława nie jest najlepiej? – Pani Helena usiadła na ławeczce. Poszedłem w jej ślady. – Zaprosiłam go dziś na herbatę. Ma się rozumieć – tutaj. Jaki on jest zabawny przez tę swoją archaiczność obyczajów. Proszę sobie wyobrazić, że codziennie przynosi mi bukiet kwiatów i czekoladki. Czekoladki zjadamy, a kwiaty składam u stóp męża. Dzisiaj przyniósł te czerwone goździki. Mam nadzieję, że mój maż przewidział taką sytuację.

Proszę mi wierzyć, że nie ma dnia, żebyśmy o Antonim nie mówili. Okazuje się, że pan Raczkowski poznał mojego męża w Przemyślu. Mąż tam pełnił służbę wojskową. Nie miałam jednak okazji poznać wówczas pana Stanisława, choć on twierdzi, że już wówczas był moim wielbicielem. Naturalnie kłamie – ale w moim wieku można niejedno wybaczyć. Mimo wszystko, szkoda. Już nigdy potem tyle nie tańczyłam. – Westchnęła. – Przeszło, minęło. No cóż, wybaczam mu. Dziś liczą się choćby tylko dobre chęci. Jak pan widzi, przy grobie męża nigdy się nie nudzę. Niemniej wszystko, no prawie wszystko, co robię , odbywa się zawsze w obecności Antoniego.

I pani Helena przymrużyła porozumiewawczo oczy. Usłyszałem jeszcze kilka interesujących anegdot o aktualnym życiu towarzyskim pani Heleny> niestety tylko jedno mogę zdradzić, ze herbata z rumem, którą zostałem poczęstowany, była znakomita.

Są jednak i takie dni, kiedy pani Helena traci właściwą sobie żywotność i energię. Siedzi wtedy na swoim rozkładanym krześle posmutniała i zamyślona. Czując potrzebę usprawiedliwienia swojego stanu przede mną, mówi, że porządkuje swoje myśli. Jest to dla mnie znak, że któryś z jej bliskich znajomych nie przyjdzie już nigdy z bukietem kwiatów i czekoladkami.

- On w dalszym ciągu tu jest – mówi cicho pani Helena, ale co z tego, skoro milczy. Wie pan, nie mam odwagi odszukać go. Przecież nie zdążyliśmy się dobrze poznać, tyle tylko że uścisnęliśmy sobie ręce. To za mało i za dużo. Czy pan teraz rozumie, dlaczego nie opuszczam grobu męża?

- Może powinna pani gdzieś wyjechać? – odpowiadam pytaniem na pytanie.

- Po co? – wzrusza ramionami. – Przecież tu mam wszystko. Wyobraża mnie pan sobie w jakimś innym miejscu? – Rzeczywiście nie bardzo mogę sobie to wyobrazić. A ona odczytując moje myśli, dodaje z nikłym uśmiechem: - A widzi pan. Tak bardzo wrosłam w to miejsce, że trudno wyobrazić mnie sobie gdzie indziej. Dla wielu jestem tu czymś stałym. Zawsze mnie tu można spotkać. To chyba ważne? – Nie zaprzeczam. Chcę również wierzyć, że tak będzie zawsze.

- Mógłby pan zapytać: co mnie tu ciągnie, co trzyma? – mówi pani Helena po dłuższej przerwie. – Powiem panu. Niezmienność i trwałość tego miejsca. Nie chodzi o detale, ale o coś więcej. Może znów trochę niezręcznie filozofuję, ale proszę mi wskazać takie miejsce, w którym byłoby tyle odwiecznego majestatu. Tu jest prawdziwa świątynia, tylko tu. Nie znam zresztą wspanialszych miejsc, które by tyle powiedziały o naszym życiu. Wie pan – pani Helena spuściła oczy, na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu – postanowiłam przygotować się. Z całą rozwagą gromadzę rzeczy, które chciałabym ze sobą zabrać. Jeżeli moja wola zostanie spełniona, to mój skromny kopczyk stanie się o wiele bardziej interesujący, niż te wszystkie grobowce, gdzie pochowano tutejsze sławy. – Pani Helena milknie, by po krótkiej pauzie powiedzieć:

- Jak pan zauważył nasz Boży Gaj nie jest obiektem klasy zerowej, nie ma tu zabytków. Pod tym względem można by pozazdrościć niejednemu cmentarzowi wiejskiemu. Nasz wyróżnia się tylko nieskazitelną bielą płyt i nagrobków. Ot, taki sobie – prowincjonalny cmentarz. – I pani Helena robi kolejną pauzę, po czym znów snuje swoje refleksje.

- Nie spoczywa tu nikt wybitny czy choćby tylko ważny. Mamy tu oczywiście kilka lokalnych legend. Dawni właściciele fabryk, lekarze sławni w okolicy, sędziowie, adwokaci i zbiry. Leżą spokojnie, cicho, jeden obok drugiego. Wie pan, kiedy wchodzę między groby, odczuwam satysfakcję z własnych myśli. Czasami przystaję to przy jednym, to przy drugim i przypominam sobie ich postacie. – Wielu znałam osobiście. Niekiedy wzruszam się faktem, ze tyle zostawili po sobie w mojej pamięci i jestem zadowolona, że oni tu będą już zawsze, że nigdzie nie uciekną. Są tak dostojnie obojętni. Wszyscy. A ja z nimi, bo to jest także mój Boży Gaj… Wie pan, szkoda tylko, że tak niewiele legend pozostaje wśród żywych. Może powinnam je spisać?

Nie zaprzeczam. Siedzimy zapatrzeni w olbrzymie rozkołysane wiatrem drzewa i zachodzące słońce. A kiedy robi się szaro, pani Helena zapala znicz. Nic tu już po mnie. Wiem, że jeszcze przez chwilę chce tu zostać sama. Odchodzę więc.

Próbowałem bywać na cmentarzach w Krakowie i kilku innych miastach, ale nic z tego nie wyszło. Nie spotkałem tam nigdy takiej kobiety, jaką jest pani Helena. I tak do tej pory nie udało mi się polubić żadnego z cmentarzy oprócz tego jedynego w Pabianicach. Właśnie wybieram się tam jutro.

Frau Helenas Gottesacker

Frau Helena mag Krakau nicht, weil es zu alt ist. Sie mag dagegen Pabianice, wo sie wohne, weil es hübsch ist. Pabianice mag ich nicht, weil die Stadt häßlich ist.Aber eigentlich ist das eine Geschmacksfrage. Frau Helena liebt generell das Moderne. So kommt es darauf hinaus, daß ich konservativ bin, weil ich das Alte liebe. Frau Helen Wohung ist sehr modern eingerichtet, meine dagegen auf antik stilisiert. Frau helen ist fortschrttlich, ich dagegen bin sentimental. Anscheinend sind das die Gesetze der Altersstufen. Frau Helen ist fast dreimal so alt wie ich. Möglicherweise hat uns gerade diese Diskrepanz der Meinungen und Standpunkte miteinander in Kontakt gebracht. Aber vielleicht sollte ich doch von vorn anfangen. (…)

“Pabianickie” opowiadanie “ Boży Gaj pani Heleny” znalazło się w antologii prozy polskiej pt. „Die Federen des wisen Adlers”.

Sylwester Marynowicz (1947 - ) – prozaik, poeta, popularyzator nauki, psycholog, dziennikarz, asystent w Akademii Medycznej w Krakowie oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim w Katedrze Psychologii Klinicznej, redaktor naczelny pisma artystycznego „Zderzenia” i dwumiesięcznika pedagogicznego „Hejnał Oświatowy”, autor powieści , m. in. „Każdy jest inny”, „Kiedyś przyjdzie twój dzień”.

Władysław Reymont w powieści „Ziemia Obiecana” (1899) ukazuje scenę w salonie pani Endelman, która przedstawia jednego z bohaterów książki – Karola Borowieckiego pewnej łódzkiej piękności. Borowiecki przypomina w rozmowie, że organizując czas wolny jej mężowi umożliwił zarazem jej nieskrępowaną i tajemniczą wycieczkę do Pabianic.

- Zabieram pana, bo ktoś chce pana poznać, tylko uprzedzam, że ten ktoś bardzo piękny i bardzo niebezpieczny.

- Tym gorzej dla mnie – szepnął tak skromnie, że Endelmanowa roześmiała się i uderzając go wachlarzem po ręku, szepnęła słodko:

- Z pana jest człowiek niebezpieczny.

- Dla samego siebie najbardziej – odpowiedział zupełnie serio i wszedł za nią do maleńkiego, po chińsku urządzonego buduaru. Przedstawiła go słynnej piękności łódzkiej, siedzącej niedbale na żółtej chińskiej sofie, z filiżanką herbaty w ręku.

- Musi mi pan wybaczyć śmiałość chociażby dla odwagi przyznania się, że dawno pragnęłam poznać pana.

- Doprawdy, ale nie godzien jestem tego zaszczytu – mówił znużony i znudzony, oglądając się na salon, czy nie nadchodzi jaki wybawca.

- Mam jednak do pana pewien żal!

- Czy nie do zapomnienia? – zapytał z uśmiechem, śledząc jej żywe ruchy.

- Z pewnością zapomnę, jeśli pan okaże skruchę odpowiednią.

- Chociaż nie wiem za co, żałuję jednak szczerze.

- Żal mój pochodzi stąd, że mi pan męża oczarował.

- Czy narzekał, że bawił się wtedy źle z nami?

- Przeciwnie, dowodził bowiem, że pierwszy raz w życiu bawił się tak dobrze.

- Więc zamiast żalu powinna pani zapłacić mi wdzięcznością i to podwójną.

- Dlaczego podwójną?

- Że się bawił dobrze i swoją obecnością nie popsuł pani przejażdżki do Pabianic – dodał z naciskiem i bystro patrzył w jej oczy i brwi napięte niepokojem.

Władysław Reymont (1867-1925) – laureat literackiej Nagrody Nobla, autor m. in. „Chłopów”, „Roku 1794”, „Buntu”, „Komediantki”, pod koniec XIX wieku występował w Pabianicach wraz z wędrowną grupą teatralną.


Andrzej Piwowarczyk w opowiadaniu „Królewna”  zamieszczonym w książce „Kapitan Gleb opowiada” (1956)  aż 19 razy wspomina Pabianice. Kapitan Gleb, funkcjonariusz Milicji Obywatelskiej, wraca ze Stalinogrodu do Warszawy, ale myśli o Pabianicach, a dokładniej o pewnym księgowym znad Dobrzynki, który jest członkiem gangu „Królewny”. Ponadto kapitan Gleb ma nielichą zagwozdkę, gdyż tytułowa  „Królewna”  to … mężczyzna. Cykl powieściowy pt. „Kapitan Gleb  opowiada” osiągnął nakład 200 tys. egzemplarzy, poszczególne tytuły zostały przełożone na język rosyjski, niemiecki i czeski.

Spostrzegłszy, że Ryba wysilił się bardzo pierwszą częścią zeznań – podsunąłem mu szklankę wody. Zadzwonił o nią zębami; wypił chciwie i po chwili ciągnął:

- Kiedy już wsiedliśmy do pociągu jadącego na Śląsk, spytałem ich, gdzie jest … Królewna. Spojrzeli na mnie piorunującym wzrokiem. „Milcz! O Królewnie nie wolno w ogóle wspominać. Królewna będzie czekała na miejscu. Nigdy o niej nie słyszałeś. I nic o niej w ogóle nie wiesz. Są dwie rzeczy: forsa albo …” – drugi, ten pochodzący, jak się później zorientowałem, z Pabianic, przeciągnął ręką po szyi…

Postanowiłem milczeć. Tak dojechaliśmy, gadając ze sobą o obojętnych sprawach, do Stalinogrodu. Stąd przesiedliśmy się na pociąg, który odchodził w stronę Bielska. Znalazłszy się pod wieczór w Bielsku – pojechaliśmy do jakiejś restauracji w śródmieściu. „Ja pójdę zawiadomić ją o przyjeździe, a wy tu czekajcie” – powiedział Kicki … Ten z Pabianic porozumiał się zaraz z bufetową. Mieliśmy otrzymać zawiadomienie telefoniczne. Przyszło w ciągu pół godziny. Kicki telefonował, że wszystko jest w porządku i że przyjeżdża po nas ciężarówką.

Zapytałem tego z Pabianic, skąd Kicki weźmie ciężarówkę. Odpowiedział: „Niech cię już o to głowa nie boli, to zorganizowała Królewna”.

 Po paru minutach ciężarówka przystanęła w bocznej ulicy, a Kicki dał nam znać, abyśmy zapłacili rachunek. Nikt nie zauważył naszego wyjścia z restauracji. Po drodze Kicki powiedział, ze musimy się spieszyć, bo Królewna czeka i na pewno się niecierpliwi.

Przystanęliśmy niebawem w jakiejś ciemnej uliczce skąd było już niedaleko do magazynu. Kicki wyskoczył na trotuar i odezwał się do tego z Pabianic:  „Objaśnij mu o co chodzi. Ja pójdę zawiadomić Królewnę i przyniosę kanister z benzyną. Królewna tu zaraz do was przyjdzie. Tymczasem nie ruszajcie się z szoferki…”

Było mi trochę niewyraźnie, ale ten z Pabianic zapewnił, że to dla niego nie pierwszyzna i że Królewnie możemy w pełni zaufać. Spostrzegłem, że był bardzo podekscytowany. „Zobaczysz ją. To jest poemat, a nie kobieta. Drugiej takiej nie znajdzie się w Polsce ze świecą w ręku…”

Nagle usłyszeliśmy ciche kroki zza najbliższego zakrętu. Były to kroki  kobiety idącej na wysokich obcasach. Wstrzymałem oddech. Najpierw zarysował się cień, a potem stąpając lekko, pochylona do przodu, zbliżyła się  do szoferki.

„Serwus, chłopcy – powiedziała jakimś niezwykle ciepłym, ujmującym, a równocześnie stanowczym  głosem …-Władek – to  było imię Kickiego – wróci za chwilę. Ale wy nie musicie na niego czekać. Z chwilą kiedy z portierni, z tamtej strony – wskazała ręką – wybłyśnie na jezdnię światło bateryjki, przystąpicie do akcji… Ja wam z początku pomogę, a później… no. Władek zna już dokładnie wszystkie instrukcje… Uwaga na światło.”

Nie zdążyliśmy jeszcze obydwaj z tym z Pabianic ochłonąć z przerażenia, kiedy znalazła się już przed portiernią magazynu. Niosła ze sobą w ręce jakieś zawiniątko … Było słychać stukanie do drzwi portierni, potem jakąś rozmowę i prawie w tym samym momencie, kiedy wyszliśmy z szoferki na jezdnię – wybłysło światło. „Teraz! – szepnął z przejęciem  ten z Pabianic. – Chodź szybko…”

Drzwi portierni były lekko przymknięte. Pchnąłem je. Otwarły się do zewnątrz. Na podłodze leżał z omotaną głową portier. Nie dawał znaku życia, Królewna stała obok, w cieniu, bacząc pilnie, czy się przypadkiem nie poruszy. Rzuciła nam kłąb sznurów polecając: „Zwiążcie go … Czy Władek już wrócił z benzyną?” – zaniepokoiła się nagle. „Jeszcze nie wrócił” – odpowiedział ten z Pabianic. „To niedobrze … - Trzeba uważać przy wiązaniu” – przyświeciła bliżej trzymaną w dłoni latarką. Spostrzegłem, że miała piękne, smukłe dłonie i niezwykle kształtne nogi. Nie widziałem jej twarzy. Czułem tylko oddech i lekkie falowanie piersi ponad naszymi głowami. Czułem zapach perfum … „Dość!” – zadecydowała w pewnym momencie. Wstaliśmy z klęczek.

„Weź teraz klucze i otwórz bramę, a następnie przejdźcie do magazynu. Przyślę wam zaraz Władka. Spakujcie towar i tak, jak było powiedziane. Zobaczymy się w Łodzi. Jadę przodem. Możecie jechać zupełnie spokojnie. Droga będzie utorowana… Serwus!” – skinęła nam dłonią i skierowała się do wyjścia.

Ten z Pabianic wziął z jej ręki latarkę. Przeszedł drzwiami prowadzącymi z portierni na podwórze i po chwili słyszałam jak odryglowywał bramę…

Z ulicy dochodziły już dwa przyciszone głosy. Władek zostawił kanister w ciężarówce i szedł już w stronę portierni, kiedy spotkał Królewnę. Udzielała mu właśnie ostatnich instrukcji. Słyszałem jej słowa: „…Lech – to był ten z Pabianic – zna dokładnie rozkład magazynu.. A więc tak jak było umówione. Ja pojadę naprzód.. Masz znakomite papiery…”

„Niech się pani niczego nie obawia. Co trzech to nie jeden, Królewno …” – odpowiedział przyciszonym głosem  Władek.

Zastukały w głębi ulicy kobiece pantofle na wysokich obcasach. Odchodziła. Niebawem szum motoru zagłuszył odgłos jej kroków. Władek wjeżdżał przez otwartą bramę na podwórze, a Lech, to znaczy ten z Pabianic, powiedział mi, żebym zamknął portiernię i pomógł mu przenieść portiera w głąb podwórza… (…)

Złodzieje skradzione w Bielsku  bele materiału umieścili w zarekwirowanej willi. A wyglądało to tak: Tego samego popołudnia pojawił się w willi tamten z Pabianic, Lech. Był w mundurze kapitana, przyjechał  wozem w towarzystwie Kickiego, który był również w mundurze. Oznajmili obydwaj lokatorom, że mieszkanie  zostało zajęte przez UB i wszyscy maja trzymać język za zębami. Na dowód zajęcia przylepiono na drzwiach kartkę z fałszywą pieczątką. (…)

Dalszy ciąg zeznań Ryby: Tylko raz, gdzieś na początku stycznia, kiedy wracałem do domu znów rozległy się za mną kroki – i znowu spotkałem się niespodziewanie z Królewną. Jak przedtem, tak i teraz nie widziałem jej twarzy. Czułem tylko, że jest … wspaniale piękna.

„Nie widziałam cię dawno – szepnęła, kiedy przystanęliśmy z boku ścieżki – zapomniałam już nieomal, jak wyglądasz. Porosłeś w piórka. Dobrze ci się powodzi … ja zawsze przynoszę chłopcom szczęście. Pamiętaj o tym i nie staraj się dowiedzieć, kim jestem. Bądź ostrożny. Zwróć na to uwagę koledze z Pabianic. Zgłosi  się do ciebie  w ciągu najbliższych dni…”

Milczałem, zaskoczony spotkaniem … i tylko, kiedy odchodziła, uchyliłem kapelusza.

Tamten z Pabianic – Lech – przyszedł po upływie dwu dni. Zaprosiwszy go na kolację powiedziałem bez ogródek, że Królewna ma do niego pretensje. Kiedy jednak zaczął dopytywać się, gdzie się z nią spotykam i kim ona właściwie jest -  kazałem  mu milczeć. (…)

- Nie będziemy pana już dzisiaj dłużej męczyli, jest pan zdenerwowany i należy się panu odpoczynek. Proszę nam tylko powiedzieć, co pan wie o losach Lecha z Pabianic, losach tego swojego przyjaciela, któremu użyczał pan lokalu?

Ryba zatrząsł się:

- Wiem – wymamrotał przymykając oczy. – Wiem, że zginął w Radogoszczy. W parę dni potem Królewna przysłała mi kartkę w kopercie. Były na niej słowa: „To samo czeka tych, którzy by chcieli powiedzieć więcej niż wolno…”  Poniżej widniała mała koronka…. (…)

Okazało się, iż moje podejrzenie, że Królewna pójdzie po śmierci buchaltera z Pabianic po jego ścieżkach życiowych, chcąc zatrzeć ewentualne ślady, które mogłyby ją zdekonspirować – było niesłuszne. Nikt absolutnie nikt, nie pojawił się u przyjaciółek nieżyjącego, nikt nie próbował „wyciągnąć” od nich rzeczy, jakie księgowy pozostawił. I tak samo nikt nie upominał się o sprzęty domowe, ubrania i inne przedmioty osobiste pozostawione w Pabianicach, gdzie mieszkał. Te rzeczy  nie istniały już. Zostały przekazane do jakiegoś domu starców. 

Andrzej Piwowarczyk (1919-1994) – autor powieści i opowiadań kryminalnych, twórca fikcyjnej postaci kapitana Gleba.  

Andrzej Sznajder w „Ziemi Łódzkiej”(2015, nr 11) przypomina, że w 1936  roku wycieczkę do Pabianic odbyła znana powieściopisarka Maria Dąbrowska.  Napisała później, że Pabianice są o wiele przyjemniejsze od Łodzi.

(…) Wypada też przypomnieć wizyty Marii Dąbrowskiej  w Łodzi. Pierwszy raz była w marcu 1936 roku: „Wyjeżdżam z Dipplem do Łodzi torpedą, leci jak strzała i w półtorej godziny jesteśmy w Łodzi. Z dworca autem do Ustronia za Zgierzem na spółdzielczą kolonię letnią”. Na drugi dzień odbyło się zwiedzanie fabryki Poznańskich i wizyta w kilku spółdzielczych sklepach.

Potem wycieczka do Pabianic: „Miasto ładne, przestronne, o wiele przyjemniejsze od Łodzi”.

Niewykluczone, że Maria Dąbrowska  spotkała się również z pabianickimi spółdzielcami. W 1938 roku opublikowała książkę „Ręce w uścisku. Rzecz  o spółdzielczości”, w której znajdujemy wzmianki o kooperatywie „Społem” w Pabianicach.

(…) Najsilniejsze spółdzielnie wielosklepowe posiadają Łódź, Pabianice, Białystok, Lida, Żyrardów, Borysław, Częstochowa, Sandomierz i Poznań, oraz okręgi przemysłowo-górnicze śląski i sosnowiecki. Każdy z tych przodujących ośrodków ruchu spółdzielczego posiada szczególne, sobie właściwe cechy, którymi wybijają się, stanowiąc w danej dziedzinie wzór dla innych.

(…) To samo da się powiedzieć o kooperatywie „Społem” w Pabianicach liczącej około 4 tysięcy członków, prowadzącej 23 sklepy i dokonującej z górą półtora miliona złotych obrotu rocznie. Jak wszystkie silniejsze spółdzielnie, również i pabianickie „Społem” nie poprzestaje na prowadzeniu tylko sklepów kolonialno-spożywczych, lecz stara się otwierać nowe działy zaopatrywania. Posiada więc sklepy: włókienniczy, naczyń emaliowanych, szkła i fajansów, materiałów piśmienniczych itp. Również i wędliniarnia tej spółdzielni mieści się w osobnym lokalu, bardzo pięknym i higienicznie urządzonym. Biura, piekarnia, masarnia i tabor przewozowy znajdują się we własnych nadzwyczaj schludnie utrzymanych budynkach, tak że pod tym względem pabianickie „Społem” ustępuje może jedynie Katowicom. Ale też tak urządzoną choćby stajnię, jak stajnia Konsumu Śląskiego nie wiem czy łatwo byłoby drugą w ogóle w Polsce znaleźć. Pabianice szczycą się za to skromną innowacją w tej dziedzinie, mianowicie własnego pomysłu wozem do chleba, jakoby szczególnie dogodnym i celowym.

(…) Jeszcze ciekawsza i bardziej zgodna z ideałami spółdzielczymi jest próba innego rodzaju. Jak mianowicie wiadomo, jednym z trudniejszych i bardziej ryzykownych działów produkcji przemysłowej jest włókiennictwo. I w tej dziedzinie jednak „Społem” postawiło już pierwsze kroki, z przezorną ostrożnością, jaka cechuje wszelkie poczynania tej organizacji. Nie otwierając na razie własnych zakładów, które opłacałyby się tylko podjęte na wielką skalę, niewspółmierną jeszcze do potrzeb naszego rynku spółdzielczego, „Społem” weszło  w porozumienie z małą kooperatywą wytwórczą grona robotników, którzy zdołali wspólnie nabyć i uruchomić w Pabianicach 16 mechanicznych warsztatów tkackich. Spółdzielnia ta wytwarza teraz szereg tkanin bawełnianych i wełnianych wyłącznie dla „Społem”, które w ten sposób zapewnia istnienie tej formie spółdzielczości, jaka w dawnych czasach, nie mając zapewnionego rynku, okazywała się zawsze skazana na bankructwo.


Maria Dąbrowska podejmuje wątek pabianicki także w swoim dzienniku – „Dzienniki powojenne 1945-1965”.

3 II 1948. Wtorek

Spotykam Przybosia i przegadaliśmy godzinę w cukierni Pomianowskiego. Lubię rozmawiać z Przybosiem, gdyż jest naprawdę poetą i ma dużo smaku. Rzadko się zdarza, by w wysoką kulturę przenieść  bez szwanku dobry smak cywilizacji chłopskiej. Kiedy  opowiadał o Szwajcarii, wyraził się: „Domki tam takie czyste, jakby je co dzień myto szczoteczką do zębów i podkręcano im wąsa” – co jest humorystyką trochę surrealistyczną, trochę w stylu „Alicji w krainie czarów”. Chwyta mnie oczywiście za serce i tym, że cytuje przy lada okazji zdania i zwroty moich utworów, co świadczy, jak doskonały z niego czytelnik.

Opowiadał o kilku potentatach finansowych, rządzących w gruncie rzeczy Szwajcarią. M. in. o twórcy i właścicielu wielkiej fabryki „Ciba”, która miała u nas licencję na wyrób tych lekarstw w Pabianicach. Rząd upaństwowił fabrykę i teraz toczą się pertraktacje o uzyskanie z powrotem licencji, z czym Szwajcaria się droży. Aby obłaskawić owego właściciela (nazwiska zapomniałam) dają mu nawet teraz order polski, rzekomo za propolskie i antyhitlerowskie stanowisko podczas wojny. Przyboś jest posłem w Bernie.

Maria Dąbrowska (1889-1965)  - powieściopisarka, publicystka, dramatopisarka, promotorka ruchu spółdzielczego, autorka m. in. „Nocy i Dni”, „Ludzi stamtąd”, „ Dzienników 1914- 1965”.  

M. Dąbrowska powątpiewała w odpór jaki mieli dać Szwajcarzy nazistom w Pabianicach, którzy chcieli przejąć ich fabrykę chemiczną. Innego zdania jest Josiah E. DuBois, autor książki „The Devil’s Chemists”, Boston 1952.

(...) Meantime, in Poland, von Schnitzler suffered another setback. One of the coveted companies, Pabianice, was wholly owned by a concern in neutral Switzerland. Anticipating his meeting in Berlin von Schnitzler wired the Swiss owners that he would be happy to contact the Germans authorities about “safeguarding your Polish dyestuff factories”. The Swiss parent company saw through the subterfuge. They wired back:

We beg you to take notice yourselves and also for information of your Government that Pabianice is… a Swiss undertaking.  Expect therefor that compulsory measures of any kind will not be taken against our enterprise. Have approached our Federal Government.

Switzerland value as clearing house of foreign exchange for Germany was too important to be endangered. Von Schnitzler let plans for that company drop.  

Von Schnitzler, przedstawiciel niemieckiego koncernu  chemicznego I. G. Farben przegrał pojedynek z firmą CIBA.

Josiah E. DuBois (1913-1983) -  amerykański prawnik, pracownik Departamenty Skarbu, członek delegacji USA na konferencję pokojową w Poczdamie, uczestnik prac Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze – zajmował się zbrodniami wojennymi w odniesieniu do koncernu I. G. Farben.


Andrzej Strug w książce „Ze wspomnień starego sympatyka” („Ludzi podziemnych seria II”) opisuje historię syna pabianickiego fabrykanta, który – na przekór ojcu – przystał do nielegalnej organizacji socjalistycznej i .. popadł w tarapaty. Leo, dzięki wstawiennictwu swojego papy, wychodzi z więzienia i przebywa  w pałacu w Pabianicach pod nadzorem służby. Jednak doskwiera mu brak aktywności wywrotowej. Ucieka do Warszawy, gdzie, pod nieobecność lidera partii – Konrada, zaczyna „po swojemu” rozkręcać działalność partyjną.

Listopad 1892 r.

Przed tygodniem otrzymałem list od tego wariata Leonka. List był bardzo nieostrożny, ale ucieszył mnie niezmiernie, jak gdyby był zwiastunem lepszych czasów.

- Drogi towarzyszu!  Jestem w łapach u starego. Choć byłem bardzo zasypany, stary ruszył kasą i wykupił mnie przez jakichś tam faktorów. Mówi, że żandarmi, choć o nich źle gadają (uważacie!), są lepsi od partii, bo rozumieją ból ojcowskiego serca. No i co tu robić z takim? On nic a nic nie rozumie! Żal mi go, bo chory i stary. Kocha mnie niby okropnie, ale trzyma mnie jak w więzieniu. Toć ja na jego żądanie ciupasem zostałem odstawiony do Pabianic i jeszcze oddany „pod rozpiskę”, jak pies czy krowa, a teraz nie puszcza mnie na krok. Jest tu lokaj, stary niewolnik i eunuch, który ode mnie na krok nie odchodzi i sypia w moim pokoju (okiennice zamyka się na noc na kłódkę). To się nazywa wolność pod dachem burżuazyjnego ojca! W dziesiątym pawilonie było mi jak w raju. Człowiek czuł, że coś znaczy. Siedziałem koło Bolka, a nade mną (w nr  57) Klara. Łkaliśmy do siebie codziennie. Wsypał nas wszystkich nędznik prowok (prowokator), nazwiskiem Sidorek. On u Was nie bywał, i dlatego Wam się upiekło. Bardzo szukają Konrada. Helenie się ode mnie pięknie kłaniajcie. Jak idzie robota?

Jak mnie tylko stary zacznie wypuszczać – to zależy od mojego sprawowania – muszę zajrzeć do naszych robociarzy; zobaczę ja, czy stary nie łże, opowiadając, że żadnej krzywdy w jego fabryce nie ma. Zrobię mu taki strajk, że pozna, że ze mną nie ma żartów. Grozi, że mnie wydziedziczy, ale ja sobie kpię z tego, gdyż nie uznaję żadnego spadkobrania. Nie wiedząc już, co ze mną robić, papa udał ciężką chorobę i leży w łóżku. Jest trochę tylko niezdrów, ale ponieważ mi go żal, nie daję stąd nura. Jak wstanie i nie zgodzi się na moje warunki co do poprawy bytu tkaczom, to zaraz na piechotę sypię do Łodzi, a stamtąd do Warszawy. Nie odpisujcie, bo stary list przyłapie. Chyba niedługo się  zobaczymy.

Wasz Leo

To było przed tygodniem. A dzisiaj wieczorem zjawił się Leonek we własnej osobie. Przyszedł jakby nigdy nic i pyta się, czy  kanapa na dziś zajęta, bo on dopiero przyjechał i nie może sobie na razie nic znaleźć. Strasznie się zmartwił, dowiedziawszy się, że robota stanęła, ale zaraz się pocieszył i z całą pewnością siebie oznajmił, że on tu wszystko poruszy. Uciekł z domu tak, jak stał. Nie ma ani bielizny, ani żadnych rzeczy, ani złamanego grosza. „Mogłem – powiada – staremu zabrać floty na parę tysięcy, ale on by tego nigdy nie zrozumiał i myślałby, że ukradłem, więc mię taka złość wzięła, że nie ruszyłem ani grdynia, nawet na drogę i przyjechałem na gapę.”

Wariat czysty. Zamieszkał u mnie na dobre i postanawia „ruszyć robotę warszawską”. Uważam, że więzienie bardzo go wbiło w dumę. Krytykuje „starych”, taktykę, brak konspiracyjności, domaga się jakiegoś „współczesnego” i „realnego” programu. No, no. Kto go tego wszystkiego nauczył? Chłopak jest dzielny, ale należy się spodziewać, że on narobi tu jakichś głupstw. Nikogo starszego nie ma. Chyba jest moim obowiązkiem pokierować nim? Spróbuję. Powinienem zrobić wszystko, co tylko można.

Styczeń 1893 r.

Jest to wszystko co najmniej dziwne. Jest nawet zupełnie śmieszne. Ale robota idzie, ale partia stanęła na nogach, i sztandar jej znowu buja ponad trony. To jest prawda. Prawdą jest i to, że prócz mnie i Leonka nie ma w Warszawie nikogo do rządzenia, a masy składają się z kilku luźnych kółek robotniczych, które w ciągu paru tygodni Leonek odszukał swoim węchem i zorganizował na nowo. Mnie wydawało się sprawą najpilniejszą nauczyć tych ludzi tego, czego jeszcze nie umieją , czyli odbywać z nimi regularne zebrania. Ale Leonek uważał, że najpilniejszą potrzebą jest wydanie odezwy w imieniu samego Centralnego Komitetu partii. Uląkłem się tego samozwaństwa.

Tedy on na własną rękę zabrał się do rzeczy, ułożył ognistą proklamację, podpisał ją w imieniu naszej najwyższej władzy  i  odbił do  spółki z jakimś  swoim tajemniczym sojusznikiem, o którym nie chce ze mną gadać. Fakt się stał. Nie wiem, co na to powie Konrad. Jest to wielka lekkomyślność. Co prawda odezwa nie przeczy programowi, jest banalna, trochę bardziej groźna i pompatyczna, niż zazwyczaj.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że Leonek wierzy niezbicie w istnienie Centralnego Komitetu i w jego stąd płynące prawa. „Masy” według niego muszą widzieć nad sobą jakaś władzę. „Masy” trzeba utrzymywać w przekonaniu, że nawet najrozleglejsze wsypy nie mogą  dotknąć najwyższych władz partii. Na mocy tej psychologii mas Leonek wybrał się sam do Komitetu Centralnego i był o tyle lojalnym w tym swoim „samodierżawju”, że uważa się za zastępcę. Dzieje państw i dynastii uczą, że  rejentem bywa pełnoletni zastępca małoletniego władcy. Tutaj jest na odwrót.  Oby Konrad już nareszcie powrócił. Małemu przewraca się w głowie. Przygotowuje on bardzo niebezpieczną enuncjację w imieniu partii na trzydziestą rocznicę powstania styczniowego. Między innymi ma tam być i takie zdanie, o ile pamiętam: „Kościuszko, który dla pożytku  szlachty przelewał  krew proletariuszy pańszczyźnianych, jest dla nas tylko zwyczajnym Skobelewem itd.”. Powiada, że on dopiero pokaże, jak się powinno chlastać narodowców. Niestety, nie mam żadnego wpływu moralnego na tego urwisa.

Najwyższy czas, żeby go kto opamiętał. Ale ani jednego adresu mi nie zostawili. Żebym się powiesił, to nic nie poradzę. Mogą być chryje. Jedno kółko (a może nie jedno) z dzielnicy wolskiej zbiera się co tydzień i jest uzbrojone w noże. Tak rozkazał  Leonek w imieniu partii. Za nic nie chce mi powiedzieć, co mają znaczyć te uzbrojenia. Zapewne sam nie wie. Robotnikom się to bardzo podoba. Podobno odbiera jakąś przysięgę przy świecach. I to się podoba. Nie byłoby to nic złego (jeżeli nie ma innej rady), gdyby się ten łobuz wsypał.

Jest nieostrożny. Zaprzyjaźnił się z Ogorowiczem, który go się boi i słucha we wszystkim. Stary poczciwy osioł i małoletni wariat mają jakieś wspólne tajemnice. Kto wie, może i kolega Ogorowicz należy do Komitetu. Wyrabia takie miny, że wszystkiego się można spodziewać. Świat się przewraca do góry nogami. Mąci mi się w głowie. Gdybym był cynikiem, tobym się z tego śmiał do rozpuku. Gdybym był człowiekiem zdecydowanym, to napisałbym przynajmniej do Pabianic do papy, żeby go stąd zabrał przemocą i uwięził w  swoim pałacu. Teraz i na to za późno, bo mały nie nocuje u mnie i wpada tylko na chwilę, żeby się z czym nowym pochwalić. A jedno jest lepsze od drugiego, „robota” jego rozwija się, rozpędza się i zmierza ku jakiemuś niesłychanemu i groźnemu głupstwu.


Styczeń 1893 r.

Konrad zjawia się w samą porę. Skarżyłem mu się i opowiedziałem o wszystkim. Spodziewałem się, że będzie mi czynił wyrzuty (choć co ja mogłem poradzić?), ale on wysłuchał wszystkiego bez widocznego  zdziwienia, po swojemu. Nie rozgniewał  się, nie zaklął. Oznajmił mi, że wkrótce zacznie się duża robota, że są nowi ludzie, pytał, czy moje mieszkanie czyste. Nie zmienił się nic a nic, wygląda dobrze, jest spokojny. No, to dobrze. Spytałem nieśmiało o Helenę i dla upozorowania szybko i natarczywie pytałem o Martę. Okazuje się, że obie są już w Warszawie. Starałem się wyrozumieć, czy są już po ślubie, ale po Konradzie nikt nigdy nic nie pozna. Zapewne że już. Zapowiedział mi „randkę” w tygodniu. Dnia tego zjawił się i zaczął coś pisać, a po jakiej godzinie przyszedł Leonek.

Dyktator miał minę tak wystraszoną, że mi się go żal  zrobiło, i przebaczyłem mu od razu wszystkie głupstwa. Zaczęła się męka indagacji, wymyślania, poniżeń. – Coś ty tu narobił, ośle jeden? Kto ci pozwolił? Kto cię upoważnił? … - Było mi go bardzo żal, i żeby chłopcu oszczędzić wstydu, wyniosłem się  cichaczem. Taka łaźnia zrobi mu dobrze. Będzie jeszcze z niego dzielny i poważny działacz.

Na noclegi na tydzień przysłano mi małego czarnego towarzysza, osobę mi zupełnie nie znaną. Za każdym razem  przynosił pod pachą paczkę, a za pazuchami, na piersiach i w spodniach całe kupy bibuły. Zebrała się tego pod koniec spora ilość, którą napakowałem pełną szufladę komody. Codziennie gość oznajmiał mi tajemniczym szeptem: - przyniosłem tu jeszcze troszeczkę… - w ogóle głośno nie mówił, raczej mruczał.

Andrzej Strug (1871 – 1937) -  pisarz, publicysta, scenarzysta, mason, socjalista, autor m.in. „Ludzi podziemnych”, „Żółtego krzyża”, „Dziejów jednego pocisku”, uhonorowany  Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury.  

Jan Brzechwa w wierszu „Sójka” opowiada o tytułowym ptaszku, który wybiera się za morze, ale najpierw odwiedza wiele polskich miast. Nie omija też Pabianic: „Poleciała do Pabianic/ Dała dziesięć groszy za nic/ A że już nie miała więcej/Więc siedziała pięć miesięcy”. Było jej tutaj nie najgorzej, bo zastanawiała się nawet, czy kontynuować podróż i lecieć w daleki świat. Wiersz pochodzi z tomu „Kaczka dziwaczka” (1939 r.). Po drugiej wojnie światowej tekst został ocenzurowany, np. Wilno zastąpił Szczecin, a Lwów - Rogów. Na szczęście Pabianice pozostały bez zmian.

Wybiera się sójka za morze,

Ale wybrać się nie może.

Trudno jest się rozstać z krajem,

A ja właśnie się rozstaję.

Poleciała więc na kresy

Pozałatwiać interesy.

Odwiedziła naprzód Wilno,

Bo tam miała sprawę pilną.

Potem jeszcze chwilę krótką,

Zabawiła w Nowogródku,

Jedną noc spędziła w Grodnie,

Żeby wyspać się wygodnie.

Wpadła także do Pułtuska,

Żeby w Narwi się popluskać,

A z Pułtuska do Torunia,

Gdzie mieszkała jej ciotunia.

Po ciotuni jeszcze sójka

Odwiedziła w Gnieźnie wujka,

Potem matkę, ojca, syna

I kuzyna z Krotoszyna.

Pożegnała się z rodziną,

A tymczasem rok upłynął.

 Znów wybiera się za morze,

Ale wybrać się nie może.

Myśli sobie: „Nie zaszkodzi

Po zakupy wpaść do Łodzi”.

Kupowała w Łodzi jaja,

Targowała się do maja,

Poleciała do Pabianic,

Dała dziesięć groszy za nic,

A że już nie miała więcej,

Więc siedziała pięć miesięcy.

„Teraz – rzekła – czas za morze!”

Ale wybrać się nie może.

Posiedziała w Częstochowie.

W Jędrzejowie i w Miechowie.

Odwiedziła Katowice

Cieszyn, Trzyniec, Wadowice.

Potem jeszcze z lotu ptaka

Obejrzała miasto Kraka:

Wawel, Kopiec, Sukiennice.

Piękne place i ulice.

„Jeszcze muszę wpaść do Lwowa,

Wtedy będę już gotowa”.

Przesiedziała tam do września,

Bo ją prosił o to chrześniak.

Odwiedziła w Stryju stryja,

A tu trzeci rok już mija.

Znów wybiera się za morze,

Ale wybrać się nie może.

„Trzeba lecieć do Warszawy,

Pozałatwiać wszystkie sprawy,

Paszport, wizy i dewizy,

Kupić kufry i walizy”.

Poleciała, lecz pod Grójcem

Znów się żal zrobiło sójce.

„Nic nie stracę, gdy w Warszawie

Dłużej dzień czy dwa zabawię”.

Zabawiła tydzień cały,

Miesiąc, kwartał, trzy kwartały.

Gdy już rok przebyła w mieście,

Pomyślała sobie wreszcie:

„Kto chce zwiedzać obce kraje,

Niechaj zwiedza, ja – zostaję”.


Jan Brzechwa (1898-1966) – poeta i satyryk, tłumacz, autor popularnych wierszy dla dzieci. 


Stanisław Helsztyński w książce „Sekretarz królowej Zofii” (Kraków 1977) powraca do przymierza polsko-czeskiego zawartego przez króla Władysława Jagiełłę w Pabianicach. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem, zarówno w stolicy Królestwa Polskiego, jak i w ówczesnej Europie.

Jeszcze nigdy połączenie sił polskich i czeskich w walce z Niemcami nie było tak bliskie. Zamilknąć musiał biskup Oleśnicki i jego stronnicy potępiający  husyckich Czechów, nie dozwalający królowi przyjąć od nich ofiarowanej mu korony.

Do głosu doszli nagle stronnicy sojuszu królestwa polskiego i czeskiego, którym przewodzili od dawna Szafrańcowie z Pieskowej Skały: Piotr, podkomorzy krakowski, i Jan, kanclerz i biskup włocławski, którego diecezję Krzyżacy tak okrutnie spustoszyli. Oni i ich przyjaciele potępiali  przyjazne układy Oleśnickiego z dwulicowym i zdradzieckim Zygmuntem Luksemburczykiem, arcywrogiem królestwa, i pragnęli nawiązać życzliwe z Czechami, bynajmniej nie lękając się ich walki prowadzonej o naprawę Kościoła.

Mądrzy, trzeźwi, w przyszłość patrzący Szafrańcowie, śląc tajnych gońców do pobratymców Czechów, doprowadzili  do tego, że Roku Pańskiego 1432 zjawiło się w Pabianicach ich poselstwo, przyrzekając udział wojsk husyckich w wyprawie odwetowej na Krzyżaków na rok 1433.

Dziedzic zamku w Melsztynie wysłał mnie do Pabianic, abym na miejscu dowiadywał się o postępie rokowań i przez gońców donosił mu najnowsze wiadomości ze zjazdu.

Informowany w ten sposób na bieżąco, przyszedł do przeświadczenia, że trzymanie strony króla Zygmunta i odtrącenie przymierza z husytami należy do przeszłości. Z zadowoleniem przekazywał bawiącym na zamku Czechom, jak wspaniale i gorąco podejmowano posłów czeskich w Pabianicach.

Wyliczał jednym tchem nazwiska tych, których tu widziałem i przez gońców wymieniałem: króla, prymasa Wojciecha Jastrzębca, Jana i Piotra Szafrańców, biskupa Stanisława Ciołka z Poznania, Jana, biskupa chełmskiego, wielu senatorów, kasztelanów i szlachty.

Odprawiano w obecności posłów nabożeństwa w kościołach katolickich i dopuszczano ich do uczestnictwa w służbie bożej i ofiarach. Powoływano się na to, że sobór bazylejski prowadzi z husytami rozmowy w celu pojednania i niewykluczania ich ze społeczności wiernych.

Miło królowi Władysławowi i radzie koronnej było to poselstwo. Piętnowali oni napad Krzyżaków na Polskę, oświadczając, że krzywdę tę za swoją własną uważają, obiecując, że z całą potęgą swoją przyjdą królowi na pomoc, gdyby kiedykolwiek zechciał podjąć  wyprawę przeciw Zakonowi. Wszyscy cieszyli się, że Korona uzyska potrzebne posiłki, które bardzo przydatnymi być miały. Rozgłos ich w świecie sąsiednie kraje i nieprzyjaciół strachem przeraził.

Zwycięstwo wojsk husyckich pod Domażlicami rokowało podobny sukces i w Polsce.

Kiedy obdarzeni suto upominkami jechali posłowie do Krakowa, zostałem tam parę dni, bo przyjazd ich wywołał gwałtowny spór króla z Oleśnickim.

Biskup krakowski wierny swym zasadom zwalczania herezji Czechów, ostentacyjnie nie przybył na zjazd do Pabianic, był zgorszony postępowaniem innych biskupów i prymasa, że przestawali z kacerzami, wyklętymi przez papieża.

Kiedy poselstwo pojawiło się w Krakowie, śpiesznie opuścił miasto i rzucił na nie interdykt na czas pobytu w nim Czechów.

Oburzyło to króla tak, że spotkawszy go wkrótce potem w Wiślicy, wejrzał na niego z gniewną twarzą, odmówił mu  podania ręki i odezwał się groźnie:

- Jakiż cię to szał uniósł, że wbrew nie tylko naszym, ale i twego arcybiskupa i innych biskupów nakazom, posłów czeskich nie bez sromoty znieważyłeś? Zdaje ci się podobno, że wszyscy błądzą, a ty jeden uczeńszym i rozumniejszym jesteś od innych. Trzeba, abyśmy twoją pychę i zuchwałość, która tak śmiele nam i królestwu urąga, ukrucili i usunęli cię ze stolicy biskupiej, jak z niej usunęliśmy niegdyś poprzednika twego, Piotra Wysza, który powinien był stać się dla ciebie pouczającym przykładem.

- Zaczyna blednąć gwiazda biskupia i wszystkich wrogów królestwa czeskiego – oznajmił pan mój, Spytko, powtarzając to gościom czeskim na zamku, kiedy zdałem mu sprawę z wydarzeń w Krakowie i Wiślicy.

Uroczystsze tego dnia odprawiono modły w kaplicy i dłużej w noc ciągnęła się biesiada i rozmowa z pobratymcami.

Stanisław Helsztyński (1891-1986) – pisarz, tłumacz, edytor literatury angielskiej, amerykańskiej i polskiej, popularyzator historii.

Agnieszka Osiecka w tomie wspomnień „Szpetni czterdziestoletni” (1985) pisze o „schludnych domkach i rzewnych ogródkach Pabianic”.

(…) Pamiętam trzy oblicza miasta Łodzi, a właściwie trzy Łodzie: Łódź jako Manchester, Łódź jako Chicago i Łódź jako Hollywood. Ta pierwsza „robotnicza Łódź”, poraziła mnie przede wszystkim obrazem miasta starego. To bardzo ważne, bo jako warszawianka przyzwyczaiłam się, że wszystko w moim mieście było nowiutkie jak z igły, nawet zabytki. Widziałam otwarcie Trasy WZ i MDM-u, śledziłam szamotaninę z metrem. Ba, jeździłam, jak mnóstwo warszawskich dzieci, „powozić się” ruchomymi schodami i śpiewałam piosenki o Mariensztacie. Łódź, jak gigantyczny skansen, pokazała mi straszliwą twarz dziewiętnastowiecznego miasta pracy. Hale fabryczne jak z „Ziemi obiecanej”, krwistoczerwone bramy „zakładów pracy”, ziemiste twarze włókniarek wsiadających do zatłoczonych tramwajów, to był obraz miasta, o jakim nie miałam pojęcia.

W Łodzi wszędzie jeździło się tramwajem – do dalekiego Widzewa, na Bałuty i do akademika na Bystrzycką.

I było w tych tramwajach coś czułego, opiekuńczego. Chybotał się człowiek pół godziny, godzinę, ale wiedział, że w końcu wydobędzie się z upiornego centrum i ujrzy schludne domki i rzewne ogródki Pabianic. Ulga.

Łódzkie „Chicago” siedziało w robotniczej Łodzi jak baba w babie. Gęsty świat przestępczy, świat wielkich interesów i półświatek łódzki nie doczekały się swojego Nowakowskiego. Brycht pisał o mieście bez miłości, a autorzy piosenek po pierwszym szlagierze  wyjeżdżali do Warszawy. Już po Tuwimie nikt Łodzi pięknie nie kochał. (…)

Agnieszka Osiecka (1936-1997) – poetka, autorka tekstów piosenek, dziennikarka, reżyser teatralny i telewizyjny.

Andrzej Brycht  opowiadanie „Blit” („Opadanie ziemi” 1962) rozpoczyna od … Pabianic. Pojawia się także motyw tramwaju.

Potrzebował Zbyszek jechać do Pabianic, żeby się spotkać z Heńkiem Kozubem. Przedtem w „Górniaku” kazał sobie dać bigos i dwie wódki, to był zadowolony. Kiedy tramwaj ciągnął koło szosy, Zbyszek palił i przyglądał się światu. Niedługo przed Pabianicami dziewczyna pasła koło lasu dwie krowy. Zbyszek poczekał, aż tramwaj zwolni, i wyskoczył. Wrócił na pole i pokazał dziewczynie setkę. Chcesz? Obejrzała go dobrze. Zbyszek był duży i jak się należy. Ale za co? Za co, to wiesz. Nie musisz mnie znać. Dał jej setkę i lżejszy zdążył jeszcze na drugi tramwaj. W Pabianicach spotkał się z Heńkiem Kozubem. Wypili i Heniek powiedział, ze potrzebuje, bo dawno nie miał. Wsiedli w tramwaj i wrócili na tamto miejsce. Dziewczyna z krowami była. Kiedy wracali do szosy, Heniek powiedział: Za dużo jej dałem. Cofnęli się i Heniek kazał jej oddać pięć dych. Ona się przestraszyła. Przecież żeście obiecali po setce. Chcesz, żebym głodny chodził, mówi Heniek, dawaj, bo wszystko zabierzemy. Wszystko to nie, ona mówi, tamtą setkę już do domu zaniosłam. Dała forsę Heńkowi, wydał jej pięć dych i pojechali do Łodzi.

Zbyszkowi nie spodobało się, co  mu Heniek w Pabianicach pokazywał. Technikum fotograficzne, przez okno można było wejść, gdzie aparaty. Łatwy skok, ale Zbyszek wolał zaczekać. Można się oszukać.

Na Limanowskiego u Zośki Zbyszek miał swoje rzeczy z ostatniego skoku. Sprzedali dwa zegarki i pili do wieczora. Potem wyszli na miasto i gliny Zbyszka związali. Policzyli mu wszystkie włamania, same komisy. Wyszło milion z groszami. Dostał trzy lata, ale siedział tylko do sprawy. W grudniu wysłali go do Kochanówki. (…)  

Andrzej Brycht (1935-1998) – poeta, prozaik, reportażysta, autor m.in. „Dancingu w kwaterze Hitlera”, „Raportu z Monachium”, „Azylu politycznego”.

Julian Tuwim w „Kwiatach polskich”  również przywołuje Pabianice.

(…) „My, z bożej łaski Król Warszawski,

Margraf Bałucki, Książę Łódzki,

Aleksandrowski, Lutomierski,

Brzeziński, Radogoski, Zgierski,

Hrabia na Chojnach, Pabianicach,

Rogowie, Rudzie, Żakowicach,

Wiśniowej Górze i Kraszewie,

Strykowie, Głownie i Widzewie

I innych łódzkich okolicach,

Dokąd pamięcią Swą sięgamy –

CHŁOPACKIE PRAWA ogłaszamy:

I)Podwórze wolne. Stróż ni rządca

Nie będzie się do zabaw wtrącał.

II)Chłopcom dajemy we władanie

Swobodne ulic polewanie

Z gumowych wężów. III) Do wychodka,

Kto chce, ma wolny wstęp do środka,

choćby z innego był podwórza”. (…)

Julian Tuwim (1894-1953) – poeta, pisarz, tłumacz, współzałożyciel grupy poetyckiej „Skamander”, autor m.in. „Czyhania na Boga”, „Balu w operze”, „Lokomotywy”.


Jacek Indelak w „Szczurach ze złego miasta”(1990) przedstawia konferencję prasową, podczas której łódzka policja informuje o zatrzymaniu słynnego Szpicbródki, sprawcy włamania między innymi do banku w Pabianicach.

(…) Ulica Kilińskiego 152.

Komenda Wojewódzka Policji Państwowej.

Pomieszczenia Urzędu Śledczego. Drzwi do gabinetu naczelnika urzędu, inspektora Zygmunta Noska, otwarte, gabinet jednak pusty, co sprawdzają jeden po drugim stłoczeni na korytarzu mężczyźni, w których łatwo się domyślić dziennikarzy: rozpięte płaszcze, kapelusze na głowach, notatniki i ołówki w rękach, a u dwóch czy trzech aparaty fotograficzne na piersiach.

- Panowie, bardzo proszę, pan inspektor Nosek nie ma wam więcej do powiedzenia niż ja sam – znudzonym głosem usiłuje ich przekonać młody mężczyzna w wyświeconym ubraniu, który wygląda ku nim z sąsiedniego pokoju. – Panie sekretarzu, dużoś nam pan powiedział – odzywa się jeden z reporterów. – O tym, panie Żurawski, że Szpicbródka znalazł się pod kluczem, wie już pół Łodzi, bo i skąd byśmy się tu wzięli? Kto, gdzie, kiedy? Kochany, my też musimy z czegoś żyć, no nie? – Jasne, dawać inspektora! – rozlegają się krewkie głosy. – A niech was wszyscy! – burczy do siebie sam inspektor Nosek, wyłaniając się spoza pleców sekretarza. – Nawet kolacji w spokoju zjeść nie dadzą, kto ich tu w ogóle wpuścił? – Ociera wierzchem dłoni usta, poprawia też kurtkę mundurową, która podjechała mu w górę na wydatnym brzuchu, uśmiecha się wreszcie i rozpoczyna orację: - Cóż, nic nie poradzę, siła was na jednego, panowie, a ze słabość mam do prasy, sami dobrze wiecie… Notujcie więc… Tak jest! Słynny Szpicbródka, pogromca kas, postrach banków, siedzi pod kluczem. Po ucieczce w przebraniu fryzjera z więzienia w Częstochowie, gdzie aresztowano go za przygotowanie włamania do skarbca Banku Polskiego, Szpicbródka, recte Stanisław Cichocki, ukrywał się przez czas dłuższy. Istniało przypuszczenie, że zbiegł za granicę. Nie zbiegł jednak, pozostał w kraju, a ostatnio dał znać o sobie włamaniem do Spółdzielczego Banku Kredytowego w podłódzkich Pabianicach, o czym panowie dziennikarze obszernie informowali we właściwym czasie. Mistrzostwa włamania, a i specjalny jego styl, pozwoliły ustalić policji, że dokonał je Szpicbródka. Skąd był już tylko krok do finału sprawy, po nitce do kłębka … To tyle, panowie. Żegnam! Dobrej nocy! – Panie inspektorze, moment – zatrzymuje go Roztocki, a i jego koledzy tłoczą się wkoło, odcinając inspektorowi odwrót – czy Szpicbródka – Cichocki przyznał się do pabianickiego włamania?

- Nie musiał! – odpowiada z satysfakcją Nosek – w mieszkaniu bowiem, w którym się ukrywał, znaleziono dowody rzeczowe, świadczące niezbicie o jego udziale we włamaniu! (…)

Jacek Indelak (1949 - ) – powieściopisarz, dziennikarz, scenarzysta.

Echo w dniu 17 maja 1931 roku donosiła na pierwszej stronie: Król kasiarzy Cichocki-Szpicbródka okradł Spółdzielczy Bank Kredytowy w Pabianicach. Osławiony włamywacz wpadł w ręce policji.

Szpicbródka w więzieniu! Tak jest – słynny Szpicbródka, pogromca kas, postrach banków, siedzi pod kluczem. Po ucieczce w przebraniu fryzjera z więzienia w Częstochowie, gdzie go aresztowano za włamanie do jednego z tamtejszych banków – Szpicbródka, recte Stanisław Cichocki ukrywał się przez czas dłuższy.

Istniało przypuszczenie, że zbiegł za granicę, wobec czego rozesłano do zagranicznych urzędów śledczych podobizny kasiarza, lecz to nie dało wyniku. Tymczasem Szpicbródka ukrywał się w kraju i ostatnio dokonał włamania do Banku Kredytowego w Pabianicach. Jak się dowiadujemy władze policyjne od dłuższego czasu prowadziły energiczne śledztwo w związku z włamaniem do Spółdzielczego Banku Kredytowego w Pabianicach, dokonanym niedawno – o czym w swoim czasie donosiliśmy.

Obecnie dowiadujemy się, iż po długich i żmudnych dochodzeniach udało się policji ustalić nazwisko włamywacza, którym okazał się głośny włamywacz, król w swoim zawodzie Cichocki Stanisław, w kołach złodziejskich popularnie zwany „Szpicbródką” z Warszawy. Włamanie wykonane było po mistrzowsku i posiadało swój specjalny „styl”, co przyczyniło się w głównej mierze do wykrycia sprawcy, który znany jest policji ze swej precyzyjnej roboty.

Jak się w ostatniej chwili dowiadujemy, „Szpicbródka” został aresztowany, przy czym w mieszkaniu jego znaleziono dobrze ukryte dowody rzeczowe, świadczące niezbicie o jego udziale we włamaniu.


Roman Pawlak w książce „Polska: zabytkowe ratusze”, 2003 uwzględnił także  pabianicki dwór kapituły krakowskiej.

Pabianice

Dawny zamek regensów kapituły krakowskiej wzniesiony w 2. poł. XVI w. położony jest przy głównym trakcie miejskim nad rzeczką Dobrzynką. Poprzednio w tym miejscu istniał dwór drewniany, który został zniszczony przez pożar w 1532 r.

Nowy zamek powstał w latach 1566-71, a prace budowlane prowadził  mistrz Wawrzyniec Lorek z Dąbrowy, który w uznaniu zasług przy budowie zamku oprócz wynagrodzenia otrzymał plac i ogród poza miastem. Zamek miał stałą  załogę wojskową, a na dziedzińcu urządzony był ogród.

W posiadaniu administracji kościelnej pozostawał do 1795r., po czym przeszedł na własność rządu pruskiego. Do 1833 r. budowla była siedzibą różnych instytucji.

W latach 1833-1939 pełnił funkcje ratusza, w którym przez ponad sto lat urzędowały władze miasta. Zbudowany został w stylu późnego renesansu, dla którego wzorem stały się prawdopodobnie istniejące już budowle małopolskie. Pomimo wielokrotnych remontów nie zatracił cech stylowych. Jest budynkiem murowanym, w późniejszych latach otynkowany, dwukondygnacyjny, założony  na planie zbliżonym do kwadratu o wymiarach 18x20 m. Całość nakryta jest dachem pogrążonym skrytym za piękną, zróżnicowaną, renesansową attyką. Naroża pn.-wsch. i pd.-zach. objęte są prostokątnymi basztami. Podczas jednego z remontów dobudowano  od pn. strony okrągłą wieżyczkę, w której znajduje się wewnętrzna klatka schodowa.

W częściowo zmienionym układzie wnętrz niektóre sale są sklepione kolebkowo. Okna piętra ujęte są renesansowymi obramieniami; baszty narożne zachowały otwory strzelnicze.

W 1947 r. budowla została przekazana Muzeum Miasta Pabianic, które posiada bogate zbiory z zakresu archeologii, etnografii, historii i sztuki regionu Pabianic oraz sztuki Afryki Środkowej. Wśród zbiorów znajduje się jedyny w Polsce hełm wschodnioceltycki z kompletnym wyposażeniem. W dziale przyrodniczym wyróżnia się bogata kolekcja owadów egzotycznych, jaj ptasich i ptaków wodnych, a w dziale sztuki Afryki Środkowej znajduje się m.in. kompletny strój czarownika oraz ozdoby, broń, instrumenty muzyczne i maski.



W Pabianicach bywał Jan Łaski i tutaj też zaczął prowadzić swoje zapiski zwane „Testamentem  Łaskiego”.  Raptularz zawiera wiele cennych informacji o jego działalności zwłaszcza w szeroko pojętych kwestiach finansowych związanych z dochodami, wydatkami na różne cele, liczne fundacje, czy promowaniem własnej rodziny i budową podstaw jej potęgi w zmieniających się realiach politycznych i społecznych.

Jan Łaski (1456-1531) – kanclerz koronny i prymas Polski. Jako prawdziwy polski książę Kościoła żył Łaski  na wielkiej stopie, otoczony wspaniałym blaskiem zewnętrznym. Posiadał nie tylko w Gnieźnie, ale i w Krakowie dwór, urządzony na wzór dworu królewskiego, któremu olbrzymie dochody arcybiskupie dodawały wpływu i świetności. Umiał skupiać wokół siebie wszystkich, którzy jakiekolwiek wybitne zajmowali stanowisko, przyciągał bowiem znakomitymi zdolnościami, znajomością zagadnień państwowych. W jego domu spotykano senatorów i posłów zagranicznych, do niego zjeżdżali się biskupi, u niego odbywały się narady w sprawach najważniejszych. Pisano, że był to mąż niepospolitej dzielności charakteru, obdarzony rzadką bystrością umysłu i szczególną predylekcją do spraw politycznych. Należał do najwybitniejszych postaci historycznych wieku XVI.

„Testament” zaczął spisywać 15 października 1495 roku w Pabianicach.

O „Testamencie” pisał Heinrich Zeissberg   – „Johannes Łaski  Erzbischof von Gnesnen I1510-1531) und sein Testament”, Wien 1874.

Łaski began writing his last will and testament on Thursday, 15 October 1495 in Pabianice. Ever since that moment he had it close at hand and constantly added new entries.

http://kanclerz.cba.pl/node/30


Stanisław Kośmiński w „Słowniku lekarzów polskich”, 1888 wymienia również pabianiczan. Najsławniejszym medykiem, a jednocześnie filozofem i samorządowcem   był  Franciszek Roliński.

Roliński Franciszek, herbu Róża, rodem z Pabianic, stopień doktora filozofii otrzymał w Krakowie r. 1622; nauk lekarskich słuchał w Padwie, gdzie r. 1628 obrany był asesorem nacji polskiej. Do wydziału lekarskiego Akademii Jagiellońskiej został wcielony 17 października 1642. Był lekarzem Stanisława Lubomirskiego, wojewody krakowskiego, a nadto rajcą miejskim i wielokrotnie dostojeństwo rektora  akademii piastował (1657 pierwszy raz). Proskrybowany  r. 1661 z powodu przypadkowego zabicia trzech uczniów przez straż, która za rozkazem F. Rolińskiego jako burmistrza dała ognia do motłochu. W r. 1666 znowu obrany rektorem. Um. 14 lipca r. 1674.

Dyxon Stanisław wydał na cześć Rolińskiego panegiryk; Echo virtutum. Cracoviae, druk. Bertulowicza. Syn Rolińskiego Jan ogłosił na wesele ojca wiersz: Currus nuptialis, 1652, a Rafał Arteński napisał na śmierć jego wiersz: Vindex elegus piissimis manibus, 1674.

Roliński Paweł, doktor medycyny, brat poprzedzającego, stopień bakałarza nauk wyzwolonych otrzymał w Akademii Jagiellońskiej r. 1616.

Libuda Hipolit Karol August, ur. 1809 r. w Pabianicach, nauki gimnazjalne ukończył w r. 1828 w Poznaniu, do medycyny przykładał się w Berlinie, Halli i Wrocławiu. Umarł 1834 r.

De arteriae asperae inflammatione. Vratislaviae, typ. Kuppferi, 1832, w 8-ce, str. 24. Diss. Inaug.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij