www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 62 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Moje ucho

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Ostatnio w sieci pojawiają się wypowiedzi i wspomnienia pabianiczan pochodzenia niemieckiego, które wzbogacają naszą wiedzę o mieście postrzeganym w innej perspektywie.

Erwin Gustaw Scherer był najstarszym dzieckiem Gustawa i Emmy Scherer. Uczęszczał do szkoły niemieckiej w Pabianicach. Niewiele wiadomo o jego losach podczas pierwszej wojny światowej. Wspominał tylko, że w Pabianicach brakowało dotkliwie chleba i ziemniaków, co więcej chleb pieczono z dodatkiem trocin. Rodzina należała do baptystów. Kościoły protestanckie w rejonach Polski gęsto zamieszkałych przez Niemców odgrywały także rolę ośrodków kultury. Podobnie było w przypadku baptystów.

Przed 1900 rokiem jedną trzecią ludności Łodzi stanowili Niemcy. Pozostali mieszkańcy to Żydzi i Polacy. Ludność różniła się nie tylko narodowym dziedzictwem, ale także religią. Większość Niemców stanowili protestanci/luteranie, Polacy, podobnie jak dzisiaj, byli przeważnie katolikami. W okolicach Łodzi prawie we wszystkich miastach znajdowały się kościoły niemieckie i szkoły, Pabianice szczyciły się nawet średnią szkołą niemiecką. Były dwa duże polskie kościoły, jeden obok zamku nad Dobrzynką i drugi, z czerwonej cegły, kilometr dalej. Pomiędzy nimi stał niemiecki kościół luterański, a w pobliżu była niemiecka szkoła podstawowa.

Słabo zaludniony teren pokrywały lasy oraz bagna, nie było zbyt wiele uprawnej ziemi. W wieku XIX polscy administratorzy za zgodą władz carskich postanowili sprowadzić osadników i zapoczątkować działalność przemysłową. Na lichej ziemi można było uprawiać len, toteż zdecydowali się na tkaczy niemieckich. Do kraj& oacute;w niemieckich zostali wysłani „łowcy fachowców”, którzy kusili obietnicą osobistej wolności, swobodą religijną, uwolnieniem od służby wojskowej, pomocą finansową, zachęcali do osiedlania się w okolicach Łodzi.

Osadników kierowano do mniej lub bardziej odległych miejsc zwanych koloniami. Musieli budować prowizoryczne, często gliniane chaty, karczować las i wysiewać nieskonsumowane jeszcze ziarna. W okolicach Łodzi powstało około 30 kolonii. Niektóre nie przetrwały, inne zasiedlano kilkakrotnie. Mieszkańców dziesiątkowały choroby i głód. Pierwsze lata przeznaczali na wyrąb lasów i budowę mieszkań, rozpoczynając od lepianek z przybudówkami i dochodząc do całkiem znośnych warunków życia. Pozyskane drewno służyło rzecz jasna także do konstrukcji warsztatów tkackich.

Podobnie było w przypadku rolników niemieckich zasiedlających dolinę Wołgi. Niektórzy przerażeni nieco trudami podróży po rozległym Cesarstwie Rosyjskim, zostawali w zachodniej części Rosji nad Wisłą. Rolnicy, którzy dotarli nad Wołgę stali się wkrótce zamożnymi gospodarzami, ale w końcu, wysiedleni przez komunistów, trafili na Syberię. Potomkowie wielu z nich wyjechali do Niemiec, Kanady i USA.

Osadnicy, którzy przybyli w okolice Łodzi, głównie ze Śląska, rozwinęli specyficzny język , tzw. lodzer deutsch, którym mówią bohaterowi sztuki „Tkacze” („Die Weber”) Gerharda Hauptmanna. Stopniowo upowszechniło się tkactwo, ale jedynie niewielu Polaków zdołało dołączyć do Niemców, zrzeszonych we wczesnych formach organizacji zawodowej. W połowie XIX wieku tkactwo przestało być tylko rzemiosłem a stało się przemysłem. Do fabryk sprowadzono wtedy wielu mieszkańców polskich wsi. Oprócz tkanin lnianych zaczęto produkować tkaniny bawełniane i wełniane. Okręg łódzki zyskał znakomitą reputację w świecie. Mówiono, że Anglicy, niekwestionowani liderzy w branży wełnianej, kupowali wyroby łódzkich fabryk ze znakiem „made in Great Britain”i … odsprzedawali je jako swoje produkty.

W Pabianicach były dwie wielkie fabryki Krusche-Ender i Kindler. Większość mieszkańców pośrednio lub bezpośrednio utrzymywała się dzięki włókiennictwu. Erwin urodził się w Pabianicach. W podstawówce otrzymał przezwisko „Major”. W owych latach toalety szkolne znajdowały się poza budynkiem szkoły. Któregoś dnia Erwin wraz z kolegami nadpiłował deskę w „podłodze” prowizorycznej ubikacji. W pułapkę wpadł nielubiany przez uczniów nauczyciel. Szybko znaleziono winnych. Wówczas stosowano kapralskie metody wobec nieposłusznych uczniów, toteż Erwin otrzymał solidne lanie, a poszkodowany nauczyciel wytargał go za ucho. Erwin wrzeszczał wniebogłosy: moje ucho, moje ucho! (po niemiecku „Mei Ohr! Mei Ohr!), co brzmiało jak polskie słowo „major”.

Ojciec Erwina, Gustaw miał sklep jubilerski na rogu Narutowicza i Zamkowej, głównej ulicy miasta, po której jeździł tramwaj łączący Pabianice z Łodzią. Gustaw zajmował się też przez pewien czas naprawą i sprzedażą rowerów. Erwina pociągała przede wszystkim technika. W latach 30. odbywał służbę wojskową w wojsku polskim. Podczas wyjazdów z młodzieżą i chórami baptystów poznał Elsę Strey, z majątku Rybitwy niedaleko Warszawy. Po ślubie, w czerwcu 1934 r. małżonkowie zamieszkali w domu przy Narutowicza. Rodzice Erwina wraz z siostrami Hertą i Gertrudą przeprowadzili się do letniego domku przy ulicy Wiejskiej. 30 kwietnia 1935 r. urodził się syn - Norbert Horst.

Dysponując posagiem żony Erwin planował powiększenie sklepu jubilerskiego, a także chciał sprzedawać motocykle. Inwazja niemiecka pokrzyżowała te zamiary, chociaż początkowo wszystko szło pomyślnie. Schererowie we 1940 r. otwarli większy sklep przy Zamkowej 20, nadal w tej samej narożnej kamienicy. Utworzyli warsztat naprawy rowerów i motocykli. Przeprowadzili się do większego mieszkania na drugim piętrze. Hugo, mąż siostry Erwina uruchomił warsztat samochodowy na Dużym Skręcie i zamierzał zaprosić go do współpracy.

W 1942 r. Erwin został powołany do Wehrmachtu. Nie udało się mu uzyskać odroczenia, ze względu na prowadzony warsztat, który zakwalifikowano do kategorii „przemysłu obronnego”, ponieważ nie wstąpił do partii nazistowskiej. Podstawowe szkolenie odbył w Esslingen, obok Stuttgartu. Jesienią 1942 r. Else, która sama prowadziła sklep, odbyła podróż „biznesową”. Zabrała Norberta i pojechała do Breslau, Chemnitz, Drezna, Nürnbergu (centrum produkcji zabawek) oraz do Erwina w Esslingen. Tam Norbert otrzymał od dzieci przydomek „Rundfunksprecher”(spiker radiowy). Rówieśnicy mówili lokalną odmianą niemieckiego (schwabisch), trudną do zrozumienia przez małego pabianiczanina, który przekonywał, że mówi tak jak osoby występujące w radiu. Kiedy wychodził przed dom, dzieci wołały na niego Rundfunksprecher.

Erwin stacjonował w Dreźnie, a następnie w Warszawie. Służył w jednostce aprowizacyjnej. Norbert pamięta, że ojciec przyjeżdżał do Pabianic na przepustki i przywoził mu znaczki pocztowe polskiego podziemia. W sierpniu 1944 r. jednostka Erwina została ewakuowana z Warszawy. 5 sierpnia 1944 r. Erwin zatelefonował do żony z dworca kolejowego w Łodzi. Nie wiedział dokąd udaje się jego pododdział.6 sierpnia Else otrzymała telegram podpisany przez dr. Voigta: maż zmarł w wyniku odniesionych ran, pogrzeb we wtorek o godzinie 15 w Tomaszowie Mazowieckim. Else dostała także drugi telegram, który stwierdzał, że przyczyną zgonu był wyrostek robaczkowy. Else pojechała na pogrzeb. Nie pozwolono jej odkryć trumny, otrzymała obrączkę małżonka i parę drobiazgów osobistych. Dowiedziała się od kolegów męża, iż pociąg zaatakowali partyzanci. Erwin zginął podczas strzelaniny. Latem 1944 r. Norbert wraz z kuzynkami Christą i Astrid oraz babcią Scherer i ciotką Hertą był ewakuowany na wieś niedaleko Glogau. Norbert nie mógł uczestniczyć w pogrzebie swojego ojca.

Po wojnie Norbert Horst Scherer znalazł się w Pabianicach, posługiwał u pana Zagórowskiego. Zachował w pamięci tego mężczyznę, który zachęcał go do picia alkoholu. W styczniu lub lutym były urodziny Zagórowskiego. Tkacze zakupili doniczkę kwiatów. Wręczał ją Norbert. Wzruszony Zagórowski zaprosił wszystkich na wódkę. Wódka była spożywana w polskim stylu, czyli kieliszek i zakąska, i tak bez końca. Norbert wolał zakąski. Nie podobało się to Zagórowskiemu. Norbert, choć dziecko jeszcze, miał najpierw wypić kieliszek wódki i dopiero wtedy sięgnąć po zakąskę. Norbert późno w nocy rozpoczął powrót do domu. Zagórowski mieszkał na starym mieście, a kwatera Norberta była daleko. Po drodze minął zamarznięty staw przeciwpożarowy. Na lodowej tafli wykonał kilka niezbyt udanych figur łyżwiarskich. Ocknął się na chodniku, w ręku trzymał kawałek chleba. Prawdopodobnie jakaś dobra dusza, widząc zagłodzone dziecko zostawiła przy nim chleb. Przez następne kilka dni Norbert chorował, pił tylko przegotowaną wodę. Kiedyś Zagórowski zabrał Norberta na rynek do Łodzi. Kupił bułki i śledzia. Obgryzł rybę i jej resztkę dał dziecku do jedzenia. Norbert poczuł się obrażony. Nie chciał pracować u Zagórowskiego.

Else, matka Norberta przebywała przez kilka miesięcy w obozie pracy przy ulicy Kaplicznej w Pabianicach. Pewnego dnia poszła wieść, że pracownicy przymusowi zostaną przewiezieni do osławionego obozu Łódź-Sikawa. Else nie chciała jechać do obozu w innym mieście. Na szczęście znała dziewczynę pracującą w biurze fabryki-obozu, która powiedziała, że, jeśli Elsa nie znajdzie się na pierwszej lub ostatniej stronie listy osób przeznaczonych do wywiezienia, które to strony są ostemplowane przez władze polskie i radzieckie, to ona przepisze środkową stronę, pomijając oczywiście nazwisko Elsy. Udało się, jej nazwisko było na środkowej stronie listy. Pozostała w obozie fabrycznym w Pabianicach.

Szczęście dopisało jej ponownie, gdy jeden z dyrektorów fabryki pan Kołacz potrzebował gospodyni domowej i wybór padł na Elsę. Żona dyrektora zauważyła, że Elsa potrafi szyć. Nalegała, żeby pracowała u niej na stałe. Po kilkunastu tygodniach zezwolono jej na wieczorne i niekiedy niedzielne wizyty u teściów. Mogła się wtedy zobaczyć z Norbertem. Dozorca w domu zajmowanym przez dyrektora polubił Elsę i poznał także jej syna. Miał dostęp do stołówki fabrycznej, obiecał więc, że wieczorem będzie zostawiał w bramie menażkę z zupą dla Norberta.

Elsa była trochę diabelskim nasieniem. Pani Kołacz otrzymała dwie gęsi. Kazała je intensywnie karmić, myśląc zapewne o smakowitych wątróbkach. Elsa przekarmiła gęsi, które przedwcześnie zakończyły swój żywot. Dyrektorowa chciała je wyrzucić na śmietnik. W rezultacie znalazły się na stole u Schererów.

W Polsce zaraz po wojnie ukazywało się wiele gazet. Każda partia wydawała kilka tytułów. Gazeta była tania, kosztowała mniej niż bułka. Dlatego też pabianiczanie kupowali sporo prasy. Harry Trautmann wraz z bratem, chłopcy w wieku Norberta, prowadzili sprzedaż gazet na rogu ulicy. Norbert przyłączył się do nich. Zaczął sprzedawać pod urzędem. Gdy Trautmannowie wyjechali do Niemiec, Norbert przejął od nich interes. „Budynek Norberta” miał okienka piwniczne. W jednym z nich trzymał gazety. Później dziadek przyniósł dwie skrzynki, które służyły jako siedzisko i lada. Powstał swoisty kiosk. Sprzedaż ruszyła pełną parą. Dziadkowie zastępowali Norberta w „kiosku”, gdy ten sprzedawał gazety przed kościołem i podczas meczów piłkarskich lub w tramwaju. Obowiązywał zakaz sprzedaży w tramwajach. Jednak Norbert zaprzyjaźnił się z konduktorami, mogli przeglądać za darmo gazety, przymykając oko na działalność młodego człowieka. Norbert musiał jedynie uważać na kontrolerów. Gdy ich spostrzegł, wyskakiwał z pędzącego tramwaju.

Norbert Horst Scherer wyjechał do USA. W 1957 r. ożenił się z Christą Anjo-Marią Fuerhoff. W Detroit przyszli na świat jego synowie Peter Michael i Marc Walter. Ożenił się ponownie w 1987 r. z Delores Jean Kowal. Uroczystość odbyła się w Sheraton Oaks Hotel, Novi, Michigan.

Do Pabianic i okolic pierwsi osadnicy niemieccy trafili w latach 1793-1807, o czym pisze Maksymilian Baruch w artykule „Kolonie niemieckie w obrębie dawnej włości pabianickiej” zamieszczonym w książce „Pabjanice, Rzgów i wsie okoliczne: studia i szkice historyczne z dziejów dawnej włości kapituły krakowskiej w sieradzkiem i łęczyckiem”, Pabjanice 1930.

Ostatnią okupację niemiecką poprzedziły inne fale germanizmu zalewające kraje polskie, a w szczególności ziemię sieradzką i łęczycką wraz z położonymi w nich dobrami pabjanickiemi. W pierwszej połowie XVIII w., w czasie wojny domowej stronników Augusta II i Stanisława Leszczyńskiego, wojska saskie plądrowały naszą włość kapitulną, jakby w nieprzyjacielskim znajdowały się kraju. Następnie w 1773 r., podczas konfederacji Barskiej, konsystowało w Pabjanicach wojsko pruskie, którego potrzeby miasto zaspokajać musiało.

Były to poniekąd zwiastuny ostatecznego zaboru. Nadszedł rok 1793 i wojska pruskie zagarnęły obszar Polski aż po Pilicę.

Zajętą przez nie część rozszarpanej Rzeczypospolitej przezwano Prusami Południowymi (Süd – Preussen). Zabór ten trwał aż do utworzenia Księstwa Warszawskiego (1807). Okres 13 –letni aż nadto wystarczał niemieckiemu najeźdźcy do zapuszczania korzeni w zdobytym przemocą kraju, do zorganizowania nowej administracji i do zasiedlania polskiej ziemi przybyszami z Vaterlandu.

Dobra pabianickie, uprzednio włość kapituły krakowskiej, leżały w owych Prusach Południowych i zabrane na rzecz skarbu pruskiego, stanowiły dominium, którego zarząd był w Łaznowie, siedlisku władzy administracyjnej okręgu czyli ówczesnego amt’u.

Pruski system kolonizacyjny pilnie był stosowany. Po upływie jednego dziesięciolecia w mieście Pabjanicach i w 27 wsiach, w promieniu dwu mil od tego miasta, przemieszkiwało 199 rodzin niemieckich, ogółem 1000 dusz. Byli to gospodarze rolni, którym rząd pruski nadał grunta bądź na własność, bądź na prawach wieczysto czynszowych. Niemcy ci osiadali grupami: jedni w lasach, które trzebili i karczowali, drudzy na pustych gospodarstwach chłopskich. Najliczniej osiedli w mieście Pabjanicach i we wsi Pawlikowicach. Istniały także osady niemieckie w Chechle i Rydzynach. Akta 1797 r. wymieniają także kolonie „Pawlikowice Olędry” i „Rydzyny Olędry” (od wyrazu niemieckiego: Hauländer – karczownicy). Pod koniec panowania pruskiego założone zostały kolonie: Ettingshausen i Hochweiler.

Gdy po zawarciu pokoju w Tylży (1807) fala pruska odpłynęła z powrotem, koloniści niemieccy na ogół biorąc, pozostali we włości pabianickiej, a założone kolonie zachowały nie tylko obcą ludność, lecz i nadane im przez rząd pruski nazwy. Tak było aż do roku 1820. Wówczas to nastąpiło odniemczenie nazw, a to na podstawie rozporządzenia Komisji Wojewódzkiej, które przytaczamy tu w całości z Dziennika Urzędowego Województwa Kaliskiego, nr 28 z r. 1820.

„Komissya Woiewództwa Kaliskiego.

Doprowadzając do skutku Reskrypt Komissyi Rządowy Przychodów i Skarbu z dnia 27 Maia r. b Nro 21445/3186 oparty na Postanowieniu Xięcia Namiestnika Królewskiego w dniu 2 Maia r. b. wydanem, mocą którego nazwiska niewłaściwie przez zeszły Rząd Pruski koloniom w Dobrach Skarbowych znayduiącym się, bez względu na dawne Nomenklatury niektórych pomnieyszych realności, uroczysk, zarośli i t. p. nadane, znoszą się, i maią przybrać właściwe nazwiska dawne tych mieysc, na których później założone zostały – w rozwinięciu więc takowego Postanowienia podaie Komissya Woiewódzka do wiadomości publiczney tak Dzierżawcom Dóbr Rządowych, Woytom Gmin, Burmistrzom Miast, iako i każdemu komu o tem wiedzieć należy, iż nadane przez zeszły Rząd Pruski koloniom niewłaściwe nazwiska odtąd zmieniają się podług ich właściwych Nomenklatur, iakie za dawnego Rządu Polskiego nosiły, przywracają się i podług tych nazywane będą, iako to: Koenigsbach – Bukowiec, Ettingshausen – Starowa Góra, Hochweiler – Markówka etc.

Uwiadamiaiąc Komissya Woiewódzka o ninieyszey zmianie nazwisk koloniów, poleca iaknaymocniey Dzierżawcom Dóbr Rządowych, Woytom Gmin i Burmistrzom miast dopilnowania, ażeby odtąd wszelkie kolonie podług teraz nadanego im nazwiska nazywano, by te w ciągłe używanie weszły.

Działo się w Kaliszu dnia 3 m-ca czerwca 1820 r. „

Rząd Królestwa Polskiego, chroniąc wieś przed zbytnim napływem żywiołu niemieckiego, nie żywił jednakże w tym względzie obaw w stosunku do ludności miejskiej. Jakoż w zamiarze zaszczepienia w kraju przemysłu włókienniczego tenże rząd sprowadza z zachodu tkaczy i przędników, nadając im szczególne ulgi i przywileje.

Terytorjum Nowego Miasta w Pabjanicach, utworzonego w r. 1823 z gruntów pofolwarcznych, podzielono na 202 place i 107 ogrodów, które tytułem wieczystej dzierżawy rozdano przybyszom niemieckim z Prus, Czech i Saksonii. Ten plan kolonizacyjny okazał się celowy i od owego czasu datuje rozkwit przemysłu tkackiego w Pabjanicach, podczas gdy rodzimy żywioł polski pod względem narodowym nie uległ wpływowi obcej kultury niemieckiej. W odrodzonej Polsce widzimy raczej pożądany wpływ języka i kultury polskiej na potomków owej ludności napływowej.

Po niemieckich rolnikach przybyli niemieccy tkacze. Pisze o nich Israel Joshua Singer w powieści „Bracia Aszkenazy”(1935).

Po piaszczystych drogach, prowadzących z Saksonii i Śląska do Polski – przez lasy, wsie i miasteczka, zburzone i spalone po wojnach napoleońskich, ciągnęły jeden za drugim wozy pełne mężczyzn, kobiet, dzieci i dobytku.

Polscy chłopi pańszczyźniani zatrzymywali swoje pługi w środku pola i osłaniając dłońmi oczy przed słońcem i kurzem, gapili się rozszerzonymi niebieskimi oczyma na ciągnące wozy i ludzi. Chłopki opierały się rękoma na motykach i zsuwały z głowy czerwone chustki, aby móc lepiej widzieć. Lnianowłose dzieci w samych tylko grubych, zgrzebnych koszulach wybiegały razem z psami z lepianek przed plecione, wiejskie płoty i witały przejeżdżających krzykiem i wrzaskiem. A przed drzwiami wiejskich karczm stały żydowskie bachorki o czarnych, kręconych pejsach, z tałescycesami, zwisającymi na podartych porciętach i wybałuszonymi, czarnymi, zdziwionymi oczyma patrzyły na wozy, które ciągnęły w długim szeregu, powoli i ustawicznie.

- Mama! – wołały do swoich matek, karczmarek – chodź zobaczyć, mama!

Dziwne to były wozy i ludzie, którzy przejeżdżali przez polskie drogi. Wozy nie były ani wielkopańskie, ani wiejsko-drabiniaste o dwóch wąskich i długich drabinach po bokach, ani żydowsko-furmańskie z połatanymi bokami i wiadrami zwisającymi u podwozia, ani pocztowo-dyliżansowe, zaprzężone w czwórkę koni i z trębaczem na koźle. Także konie przy wozach miały inna uprząż, o wielu skórkach, paskach i rzemieniach, czego w Polsce nie widywano. A ludzie, którzy jechali na tych wozach, byli zupełnie inni niż miejscowi.

Wozy były rozmaite. Jedne szerokie, na ciężkich, wysokich kołach, zaprzężone w parę dobrych koni. Inne lekkie, sklecone byle jak, ciągnione przez jedną szkapinę. Inne znów jakby całe domy, ze ścianami i dachem, takie, w jakich jadą wędrowni komedianci i cyrkowcy; inne wreszcie o krytej płótnem budzie, takie, jakich używają Cyganie. Pomiędzy wozami przewijały się również małe wózki, zaprzężone w dwa duże psy, lub ciągnione przez mężczyznę i kobietę, a popychane z tyłu przez dzieci.

Podobni do wozów byli ich właściciele. Na wozach-domach leżeli rozwaleni tłuści i brzuchaci Niemcy, o jasnych brodach, golonych z przodu, a rosnących na szyi, z fajkami w gębach i zegarkami w kieszeniach. Koło nich krzątały się opasłe Niemki, w czepkach na głowach i w drewnianych sabotach na czerwonych, wełnianych pończochach, opinających grube łydki. Ich wozy były pełne dobytku, pościeli, odzieży, sztuk sukna, oleodrukowych portretów niemieckich królów i zwycięskich bitew, a poza tym zawierały jeszcze koniecznie Biblię i po kilka modlitewników. Gęsi, kury i kaczki nie przestawały gdakać i gęgać w kojcach. Króliki i morskie świnki skakały, piszcząc i kwicząc w klatkach wyłożonych sianem. A na zewnątrz, przywiązanych sznurami do tyłu wozów, kroczyło po kilka krów- ciężkich, wielkich i o pełnych wymionach.

Właściciele mniejszych wozów byli tacy chudzi i spracowani jak ich szkapiny, wlokące się po wyboistych drogach z opuszczonymi aż ku ziemi łbami. Jeśli z tyłu postępowała krowa, to była chuda i niedojona. Na wozach siedziały tylko małe dzieci. Rodzice i starsze rodzeństwo szli obok, popychali koła i popędzali konia.

Zabiedzeni, zgłodniali i bosi byli ci najubożsi, którzy sami ciągnęli swoje małe wózki, albo zaprzęgli do nich psy. Prócz dzieci i niepokaźnych zawiniątek wieźli kilka kur i królików. Rzadko który posiadał jeszcze kozę. Kobiety na równi z mężczyznami ciągnęły wózki.

Wszyscy jednak wędrowcy, bogaci czy ubodzy, wieźli jedną rzecz taką samą, a mianowicie drewniany tkacki warsztat, sporządzony z gładkich drewienek i deszczułek, i powiązany sznurkami.

- Niech będzie pochwalony! – witali przejeżdżających chłopi i chłopki. – A dokąd to jedziecie, ludzie?

Wędrowcy nie odpowiadali na pozdrowienia, ani nie mówili dokąd jadą.

- Guten Tag! – burczeli – Grüss Gott!

Chłopi nie rozumieli i spluwali ze złości.

- Tfu! Poganie! – żegnali się krzyżem – nie rozumieją katolickiej mowy.

Natomiast żydowscy karczmarze potrafili się porozumieć z obcymi. Zapraszali ich po żydowsku, aby się zatrzymali i odpoczęli w karczmach. Ale przejezdni odmawiali. Żaden z nich nie wypił ani kwaterki okowity, jak to zwykli czynić polscy chłopi. Wszystko, czego im trzeba było, wieźli ze sobą, nocowali na swoich wozach i nie wydali w podróży ani grosza.

Byli to tkacze z Niemiec, a po części z Moraw, jadący do Polski, aby się tu osiedlić.

Bo w Niemczech było dużo ludzi, a nie było chleba. W Polsce zaś było dużo chleba, a nie było sukna. Chłopi przędli sobie sami zgrzebne płótna z lnu. Ale ludzie z miast, ubierający się w suknie z bawełnianych, wełnianych i jedwabnych tkanin musieli kupować zagraniczne towary. Całe zapotrzebowanie kraju na suknie dla ludności i na umundurowanie dla armii zaspakajali Żydzi, sprowadzając sukna z zagranicy, przeważnie Wisłą z Gdańska. Pieniądz nie pozostawał w kraju. Więc wysłano z Polski do Niemiec agentów, którzy namawiali niemieckich tkaczy, aby przybywali do Polski, gdzie im obiecano darmową ziemię na osiedlenie, gdzie będą mogli dobrze sprzedać sukienne towary, które utkają, i gdzie będą mieli chleba do syta.

A tkacze, będący pół chłopami, zabrali ze sobą do nowego kraju całe swoje mienie i dobytek, wszystko co posiadali: od kury do kota, od rózgi dla karcenia dzieci do kądzieli, od harmonijki dla wygrywania przy święcie do sochy i pługa dla uprawy roli. Na lepszych, dostatniejszych wozach, jechali za nimi z żonami, dziećmi ubrani w długie szaty pastorzy, aby w obcym, katolickim kraju utrzymać w protestanckiej wierze swoje owieczki, i aby wychowywać dzieci i młodzież w wierze i posłuszeństwie wobec Boga i cesarza.

Przybysze ciągnęli do okolic nizinnych, w stronę Warszawy, ku obszarom od Żyrardowa do Kalisza, od Pabianic i Zgierza po Piotrków. (…)

Israel Joszua Singer (1893 Biłgoraj – 1944 Nowy Jork) – pisarz, dramaturg, dziennikarz, brat noblisty Isaaca Bashevisa Singera.

Więcej informacji na temat niemieckich imigrantów w Pabianicach zawiera książka E. Kissa „Pabianitz: Geschichte des Deutschtums …”

http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/doccontent?id=79123



Franciszek Wasilewski w Biuletynie Nauczycielskim nr 13/2003  opublikował „Historię Szkoły Powszechnej nr 9 w Pabianicach”, znanej także jako „szkoła niemiecka”.

W roku 1835, na prośbę ludności wyznania ewangelickiego nowo osiadłej w Pabianicach, Rząd Gubernialny w Kaliszu wydał zezwolenie z dnia 8 czerwca 1839 roku nr DG 26705 na otwarcie szkoły elementarnej wyznania ewangelickiego z niemieckim językiem nauczania. Szkoła Ewangelicka (tak się nazywała w aktach) od początku  swego istnienia mieściła się przy ulicy Zamkowej w domu parafialnym przeznaczonym dla pastora. Pomieszczenia przeznaczone na szkołę były małe i nie mogły pomieścić wszystkich uczniów. Część z nich musiała stać między ławkami i w sieni. Nauczycielem był kantor, któremu wypłacano z kasy miejskiej połowę pensji nauczycielskiej. W latach 1838-42 kantorem i nauczycielem był Ernest Szubert, lat 29, mający 5 lat stażu w zawodzie nauczycielskim. Szkoła przyjmowała dzieci nie tylko z miasta, ale i z okolicznych wsi: Jutrzkowic, Karnyszewic, Piątkowiska, Rypułtowic i Czyżeminka. Dzieci zapisanych do szkoły zawsze było więcej niż do niej uczęszczało, obowiązku szkolnego nie było. Napływ dzieci  do szkoły był duży. W 1862 roku  nauczycielem był Leopold Engel, pełniący jednocześnie funkcję kierownika szkoły niedzielno-rzemieślniczej otwartej w tym budynku. Drugim nauczycielem był Gustaw Kuba. W roku 1885 szkoła przeniosła się do budynku własnego przy ul. Zamkowej 6. W budżecie kasy miejskiej w latach 1866/67 przeznaczono dla szkoły dwa etaty nauczycielskie w wysokości 170 i 150 rubli. W roku 1885, kiedy to wydzielono szkolę żydowską z katolickiej, szkoła Ewangelicka otrzymała nazwę Jednoklasowej Szkoły Początkowej nr 2 w Pabianicach (nr 1 otrzymała szkoła katolicka).

Numerem 2 szkoła posługiwała się aż do 31 grudnia 1904 roku. Z nowym 1905 rokiem została podniesiona do stopnia wyższego i nosiła nazwę Dwuklasowa Szkoła Podstawowa Ogólna  nr 1 w Pabianicach.

Do szkoły początkowej nr 2, chociaż była z niemieckim językiem wykładowym, uczęszczały także dzieci innych narodowości: rosyjskiej i polskiej. W roku 1899 na 344 uczniów 19 było wyznania katolickiego. W latach 1902/03 na 388 uczniów 25 było pochodzenia rosyjskiego i 3 polskiego.

Szkoła po roku 1905, już jako dwuklasowa, realizowała pięcioletni program nauczania w języku niemieckim. W roku szkolnym 1912/13 nauczycielami szkoły byli: Bertold Szulc (jako starszy), J. Potiechin, Połow, Tuld.  Spis dzieci w latach 7-14 dokonany w marcu 1918 roku wykazał, że na terenie miasta Pabianic jest 278 dzieci pochodzenia niemieckiego, w tym czasie uczęszczało 206 dzieci, czyli 74,7%.

W roku 1918 Kurator Okręgu szkolnego w Łodzi dotychczasowej Dwuklasowej Szkole Początkowej Ogólnej nr 1 zmienił nazwę na Publiczną Szkołę Powszechną nr 9 w Pabianicach. Nazwa ta przetrwała do 1 września 1939 roku. Była szkołą 7-klasową. W roku 1937 otrzymała nazwę III stopnia. Była nadal z niemieckim językiem wykładowym.

Warunkiem przyjęcia dziecka do szkoły nr 9 było złożenie na piśmie przez jednego z rodziców następującej deklaracji: „ Podpisana (ny) niżej, zamieszkała (ły)  w….. ul…… oświadcza, że językiem ojczystym niżej wymienionego dziecka … jest język niemiecki i wyrażam życzenie, żeby dziecko otrzymało naukę w publicznej szkole z niemieckim językiem nauczania”.

W latach 1917-1926 w swym budynku Szkoła nr 9 (Zamkowa 6) mieściła Szkołę Powszechną nr 10 również z niemieckim językiem nauczania. Szkoła Powszechna nr 10 w latach 1913-1917 zajmowała całkowicie budynek szkoły polskiej przy ul. Długiej 68 (Pułaskiego 24). Polecenie przyjęcia Szkoły nr 10, noszącej w 1917 roku numer 3, z ul. Długiej z dniem 1 września 1917 wydał magistrat m. Pabianic pismem z dnia 25 sierpnia 1917 roku.

W okresie międzywojennym Szkoła nr 9 wynajmowała również izby lekcyjne od Niemieckiego Stowarzyszenia Gimnazjalnego przy ul Legionów 60 (Partyzancka).

Kierownikami szkoły byli: Ludwik Wołosz, Bertold Szulc, Leopold Gilde, Karol Trojanowski – ppor. Rezerwy powołany do wojska w 1939 roku, internowany w Kozielsku, zamordowany w Katyniu w 1940 roku.

Nauczyciele szkoły w 1938/39 roku: Karol Trojanowski, Elzbieta Bernolt, Edmund Bernolt, Leokadia Kneblewska, Jan Kalis, Joanna Wittych, Oskar Woltersdorf, Bronisław Trojanowski, Eryk Lembke – pastor.  

Wyniki klasyfikacji w szkole

Rok 1937/38

Uczniów zapisanych 383

promowanych 346

niepromowanych 37

W czasie okupacji niemieckiej budynek szkoły  zajmowała administracja niemiecka na biura. Po wyzwoleniu, 15 lutego 1945 roku rozpoczęła działalność jako Szkoła nr 9, ale już z polskim językiem nauczania. W roku 1948 została przeniesiona na ul. Partyzancką 56, gdzie znajduje się do tej pory.



***

W 23. numerze Nowego Życia Pabianic na niedzielę z  2001 roku  ukazał się tekst Józefa Rzepkowskiego  o „Dobrym, odważnym Niemcu”.

Teodor Dresler to jeden z wielu Niemców, którzy przed wojną mieszkali w Pabianicach. Mieszkał we własnymi siłami wybudowanym domu przy ul. Tkackiej, pracował w „giserni”. Na to, aby ukryć przed okupantem sztandar z herbem miasta, nie było stać Polaków. Było takie zebranie ważnych miejskich osobistości z prezydentem, podczas którego zastanawiano się gdzie ukryć sztandar. Nikt nie chciał się tego podjąć ze względu na ogromne ryzyko. Umówiono się, że ten, kto się zdecyduje, wyjmie po prostu sztandar ze specjalnie otwartej gabloty w magistracie. Mijały długie dni, a sztandar tkwił na swoim miejscu.

Z gabloty wyjął go dopiero Niemiec, Teodor Dresler. Starannie ukrył sztandar przed swoimi rodakami. Okupujący Pabianice Niemcy długo go poszukiwali, chodzili za informacjami o osobach, które mogły przechowywać sztandar. Na próżno.

Po wojnie pan Dresler zareagował na apel władz i odniósł sztandar do ratusza. Przyjął podziękowania, a już za kilka tygodni ogromny cios – władza ludowa postanowiła wysiedlić Niemca z jego domu przy Tkackiej. Na mocy odgórnego rozkazu rozprawiano się tak ze wszystkimi Niemcami. Nie robiono wyjątków nawet dla bohaterów, np. dla człowieka, który miał więcej odwagi niż niejeden Polak, który dla Pabianic narażał życie.

Teodor Dresler zmarł w lokatorskim mieszkaniu przy Pięknej. Rozżalony, opuszczony, kompletnie załamany.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij