www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 62 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pabianice' 39

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Historia Pabianic, a zwłaszcza wrzesień 1939 wzbudza zainteresowanie także wśród polskich internautów, najczęściej młodych ludzi. Jeszcze w latach 2006 - 2009 na jednym z portali historycznych odbywała się ożywiona wymiana informacji. Internauci byli zdumieni rozmiarem, toczonych w Pabianicach i okolicy, działań wojennych z udziałem samolotów, czołgów i wozów opancerzonych.

Zimek
Szukam czegokolwiek o moim rodzinnym mieście – Pabianicach i okolicy podczas działań wojennych we wrześniu 1939 roku. Szukałem stosunkowo długo i niestety poza paroma marginalnymi wzmiankami nie znalazłem nic istotnego, np. w książce Szubańskiego „Polska broń pancerna w 1939 r.” przedstawione były krótkie epizody działań pociągów pancernych lub wzmianki o wyładowaniu 1 (301) Batalionu Czołgów Lekkich 7 TP i jednej z kompani czołgów rozpoznawczych przydzielonej bodaj do Kresowej Brygady Kawalerii. Poza tymi opisami znalazłem jeszcze stosunkowo obszerny materiał zawarty w książce Porwitta mówiący o walkach 28. Dywizji Piechoty o samo miasto. W związku z tym proszę Szanownych Forumowiczów o podzielenie się jakimikolwiek informacjami na ten temat. Jestem tutaj nowy, to mój pierwszy post, więc proszę mi wybaczyć moje ewentualne laickie zachowanie.

Leuthen
Trzy strony o Pabianicach podczas II wojny światowej znajdziesz w książce B. Dolaty i T. Jurgi „Walki zbrojne na ziemiach polskich 1939-1945”. Następnie sięgnij po „Przewodnik po upamiętnionych miejscach walk i męczeństwa. Lata wojny 1939-1945”, gdzie są wymienione miejsca pamięci w Pabianicach. W okolicach Pabianic we wrześniu 1939 r. pojawiły się Łosie z Brygady Bombowej (4.09. klucz Łosi z 12. Eskadry zaatakowały koło Pabianic Bf 109. Efekt: 2 Łosie zestrzelone, jeden zapalony). Pozdrawiam i życzę wielu odkryć niezwykłych wydarzeń z historii „małej ojczyzny”.

Tołdi
Trochę na ten temat możesz znaleźć w „Grupie Operacyjnej Piotrków” - Mieczysław Bielski, Bellona 1991. Zapomniałem o jeszcze jednej, obowiązkowej do tego tematu pozycji Jan Wróblewski „Armia Łódź 1939”, Warszawa 1975.

Leuthen
Tołdi, ja monografię Armii „Łódź” mam na półce. Mój znajomy kupił ją za „astronomiczną” wprost sumę … 2 zł 20 gr polskich. A ja w jakiś sposób ją od niego uzyskałem (nie pamiętam już jak, pewnie w drodze wymiany). Nakład tej pozycji to 4 tys. egzemplarzy, a więc wcale nie tak mało, jeśli się porówna z dzisiejszymi nakładami książek. Problem w tym, że to mają u siebie zainteresowane osoby i instytucje, które się jej nie pozbywają, stąd trudność w jej zdobyciu. Teraz zastanawiam się, jak mogłem zapomnieć o książce Bielskiego – stoi na półce obok Wróblewskiego.

Tołdi
Wiesz, na Allegro „Łódź” chodzi po 100 i 200 złotych. Ja „swoją” mam z biblioteki. Nikt się o nią nie pyta. Tam pani jest taka miła, że pozwala mi ją trzymać siedem miesięcy.

Zimek
Wielkie dzięki Leuthen za szybki odzew, na pewno poszukam tych książek. Jeśli chodzi o monografię Armii „Łódź”, to wiele się jej naszukałem, niestety bez wielkich efektów. Muszę się zgodzić z Tołdim, że za wiele jej w „handlu” już nie zostało. A te egzemplarze, które od czasu do czasu wypłyną są dostępne za spore niestety sumy. Pytałem w miejskiej bibliotece, lecz niestety pani nie potrafiła mi odpowiedzieć czy mają ją na stanie. Eh, ale jeszcze się nie poddałem., więc może się uda.. Och, byłbym zapomniał, jest jeszcze coś: we wrześniu 1939 r. na polowym lotnisku w Widzewie (jedno z osiedli Ksawerowa- miejscowość pod Pabianicami) stacjonował III Dywizjon Myśliwski 6. Pułku Lotniczego ze Lwowa pod dowództwem mjr. pil. Mieczysława Mumlera. Znajdował się tam bodaj do 4 lub 5 września i mimo że posiadał nędzne uzbrojenie (jedna z eskadr posiadała słabe myśliwce PZL P7) radził sobie całkiem znośnie. Co prawda samotnie nie był w stanie całkowicie obronić Łodzi, ale na pewno miał on wielkie zasługi przy jej obronie. Zresztą patronem tamtejszej szkoły jest mjr pil. Mieczysław Szczęśniewski – dowódca jednej z eskadr tej jednostki (161 na PZL P11) w tamtym okresie. Do dnia dzisiejszego znajduje się przy szkole pomnik, pod którym składane są wieńce oraz stoi w szkolnym parku odrzutowy samolot myśliwski powojennej produkcji radzieckiej (niestety, nie wiem jeszcze jaki).

Leuthen
Zimek, nie ma sprawy. Jakbyś nie mógł już nigdzie Armii Łódź” znaleźć, to poproszę mojego znajomego, żeby zrobił skany odpowiednich stron i Ci wyślę (Bielskiego też mogę), ale najpierw jeszcze doooobrze poszukaj. Tołdi, cena książek na Allegro niekoniecznie odzwierciedla niski nakład/wartość merytoryczną danej pozycji, ale często desperację poszukujących jej osób. To, że wystawiający często zdzierają już w momencie podania ceny wywoławczej, to już inna para kaloszy... A panie w bibliotekach za sojuszników warto mieć. Bardzo wiele interesujących książek mam właśnie z bibliotek, gdzie jest specjalny regał z tanią książką.

Zimek
Spoko, Leuthen, jeszcze poszukam, może się uda, może znajdę coś nowego. A jeśli już nie dam rady, to poproszę Cię o skany. Jeśli chodzi o panią bibliotekarkę, to była bardzo miłą lecz trochę niezbyt kompetentna. Co do kupowania książek przecenionych, to jestem jak najbardziej za, ale zwykle na regałach leżą zniszczone romanse.

Fallweiss
Przez Pabianice szły transporty DPLeg do Łasku. III/6 walczył niezwykle ofiarnie i poniósł wysokie straty sprzętowe. Bodajże w dniu odlotu tylko 6--5 maszyn było sprawnych. Pomnik Lotników Ziemi Łódzkiej jest na Lublinku.

Strzelec
Mam przynajmniej kilkanaście relacji i opracowań uczestników wydarzeń z bitwy w okolicach Pabianic. Ukazała się książka Romana Peski ''Bitwa pabianicka”, jest dostępna w bibliotece miejskiej w Pabianicach. Do sposobu pisania pana Romana Peski podchodzę z dozą ostrożności, ale znajdziesz tu sporo informacji, które trzeba po części sobie poukładać, a wielkiej części zweryfikować.

Zimek
Dzięki Strzelcu, jutro pędzę do biblioteki. A jeśli chodzi o relacje świadków, to też wiele się interesowałem tym zagadnieniem, pytałem, zbierałem informacje, co zaowocowało kilkoma ciekawymi opowieściami, np. o działalności dywersji niemieckiej w czasie odwrotu 7-8.IX. (jest nawet pamiątkowa tablica w miejscu potyczki), czy o epizodach bojowych, lecz niektóre były wręcz nieprawdopodobne, np. udział czołgów w natarciu od strony Łasku) – wzdłuż ulicy Łaskiej, czy udział oddziału miotaczy ognia w zdobywaniu domów w rejonie stacji kolejowej. Z tego co wiem, to może czołgi były pomylone z samochodami pancernymi pułku SS Leibstandarte AH, który ponosił główny ciężar walk o Pabianice. Natomiast udziału miotaczy nie mogę sensownie wytłumaczyć, gdyż nawet pod Warszawę i Modlin były specjalnie sprowadzane, ale i tak się spóźniły. Mam jeszcze kolejne pytanko. Mój dziadek wielokrotnie wspominał, że jego ojciec (mój pradziadek), posiadający stopień kapitana sztabu generalnego w stanie spoczynku – weteran wojny polsko-bolszewickiej i kawaler Virtuti z 1920 miał rzekomo za zadanie zorganizować w Pabianicach oddział żandarmeryjno-wartowniczy w oparciu o miejscową ludność i ochotników. Miał on podobno ochraniać rejon stacji kolejowej oraz pilnować porządku w samym mieście. Czy wiecie może coś więcej na ten temat? Jakie jednostki były mobilizowane i organizowane w najbliższej okolicy?

Yogibabo
Kiedyś pisałem pracę magisterską w temacie jak wyżej i zbadałem temat dość dokładnie. Opierałem się na materiałach źródłowych, którymi m.in. były wspomnienia świadków – uczestników tamtych wydarzeń, mieszkańców Pabianic, jak i bardzo wartościowym dla dziejów miasta w tym okresie, maszynopisie Lucjana Zielińskiego (d-cy III kompanii ckm 36. pp), który bardzo szczegółowo opisuje przebieg walk w dniu 7 września 1939 r. We wszystkich tych źródłach, a w ślad za nimi i w literaturze przedmiotu (m.in. Gnat-Wieteska Z., 15 pułk piechoty „Wilków”, Pruszków 1996; Bielski M., GO Piotrków 1939, Warszawa 1991) powielany jest fakt użycia przez Niemców czołgów. Przypomnę, że do 8 A, przydzielono samodzielny I Abteilung 23 Panzer-Regiment ( 1 września liczył 73 czołgi), który dowództwo XIII KA 7 września przydzieliło 17 DP wraz ze zmotoryzowanym pułkiem SS. O ataku czołgów na miasto pisze nawet Kurt Meyer w swoich wspomnieniach (Meyer K., Panzermeyer. Grenadiere, Munchen 1970, s. 10), o czym informuje przypis 257. w książce M. Bielskiego.

Daniel-Martola
Witaj, jeżeli możesz podać więcej informacji, to będziemy wdzięczni. Daniel Lachman, Warszawa

Yogibabo
Z punktu widzenia kampanii wrześniowej moja mała ojczyzna nie odegrała żadnej roli. Dlatego też, aby napisać 140 stron maszynopisu trzeba było dłubać w wielu publikacjach, żeby wyciągnąć z nich choć jedno zdanie. Trochę materiałów znalazłem w archiwum miejskim, w tym spisy ludności dokonane przez Niemców w 1939, czy dokumenty Komisji Budowlanej Zarządu Miejskiego, która oceniała szkody wywołane bombardowaniem miasta w dniu 2 i 4 września. (władze miasta wraz z rzeszą urzędników uciekły nad ranem 6 września). Na podstawie tych materiałów można było ocenić jakimi siłami Niemcy dokonali tychże nalotów. Okazało się, że nie uczestniczyło w nich więcej samolotów jak klucz.. Bardzo szczegółowo walki wokół miasta opisuje w swoim, prawdopodobnie nigdzie niepublikowanym w całości, maszynopisie Lucjan Zieliński pt. „Bój pod Pabianicami 28. DP w dniu 7 września 1939 roku. Cała literatura w zasadzie opiera się na tym materiale, cytując jego fragmenty. Są także maszynopisy innych byłych żołnierzy 28 DP – A. Bociana (ppor.), A Zięby (por.) czy Żyłki-Żebrackiego (ppor.). Jest, a może był, bo nie wiem, czy jeszcze żyje rodzimy badacz, we wrześniu harcerz, który był na polu bitwy pod Chechłem i policzył wszystkich zabitych żołnierzy I i III batalionu 72. pp, a było ich 187. I wreszcie na koniec ciekawostka: we wspomnieniach gen. Stachiewicza (Stachiewicz W, Wierności dochować żołnierskiej. Przygotowania wojenne w Polsce 1935-1939 oraz kampania 1939 w relacjach i rozważaniach szefa sztabu Głównego i szefa Sztabu Naczelnego Wodza, warszawa 1998, s. 526-527) wyczytałem, ze gen. Rómmel kilkakrotnie otrzymał od NW rozkaz, aby przeniósł swe stanowisko dowodzenia z Julianowa do Pabianic. Tutaj bowiem przygotowano wysunięte stanowisko dowodzenia dla sztabu Armii Łódź. Niestety nie udało się ustalić dokładnej lokalizacji. Dowódca Armii Łódź zlekceważył te zalecenia i 6 września po zbombardowaniu jego sztabu opuścił swe wojska i udał się do Warszawy.

Darth
Skoro to był rozkaz, to już nie „zalecenie”. W takim przypadku sprawa powinna być prosta. Po przyjeździe rzeczonego Rómmla do Warszawy czeka na niego stosowny oddział Żandarmerii Wojskowej, po południu rozprawa z jednym zarzutem, nie do odparcia i … o świcie czarna opaska na oczy. Nie byłoby potem problemów z Rómmlem w Warszawie.

Zimek
Bardzo mnie cieszy zainteresowanie moją rodzinną miejscowością i regionem w okresie II wojny światowej. Yagibabo, mam do ciebie pytanko: w kilku relacjach poza udziałem czołgów spotkałem się także ze wzmiankami o miotaczach ognia oraz nalotach sztukasów na stację kolejową. Druga sprawa to odwrót po bitwie z Pabianic. Relacje mówiły za każdym razem, iż polski odwrót z miasta osłaniał bądź pojedynczy żołnierz, bądź mała grupka żołnierzy wyposażona w granaty i karabin maszynowy. Punkt oporu usytuowany został w rejonie stacji kolejowej, tak iż blokował całą ulicę Łaską aż pod dzisiejszą strzelnicę – park Wolności. Miał on zostać zdobyty dopiero po częściowym zburzeniu budynku, w którym się mieścił, wypaleniu i oskrzydleniu od strony Karniszewic, przy czym w całej akcji brały udział pojedyncze sztukasy, miotacze i czołgi.

Yagibabo
Kupiłem właśnie trzeci tom książki M. Emmerlinga. Rzeczywiście, M.E. potwierdza, że 4 września 25 JU 87 z I/StG 77 pomiędzy godz. 13.38 a 15.05 bombardowało dworzec w Pabianicach (Luftwaffe nad Polską, t.III, s.65, Gdynia 2006). Trochę to koliduje z dokumentami zachowanymi w Archiwum Miejskim, według których komisja budowlana Zarządu Miejskiego oceniła straty po nalocie. Co dziwne oceniono zniszczenia tylko na starym mieście, które od dworca dzieli klika kilometrów. Czy rzeczywiście tylko ta część miasta była bombardowana? Na podstawie raportu komisji (zniszczono cztery budynki) oceniłem, że w nalocie uczestniczył nie więcej jak klucz samolotów wroga. Raport komisji zgodny jest tylko co do czasu przeprowadzenia nalotu, wymienia się godz. 14.00. Niestety, ani w trzecim tomie (stukaflieger) ani w drugim (kampfflieger) nie znalazłem wzmianki o nalocie z 2 września (zachował się raport komisji nt. zniszczeń) oraz o nalocie z 6 września na tabory 28. DP, o którym wspominają relacje pabianiczan, a który jak ulał pasuje do typowego ataku stukasów.

Zimek
W polskich opracowaniach pokutuje mit, ze w Ksawerowie zginęło 300 ludzi. Podobnym mitem jest zasadzka V kolumny w Ksawerowie. Dzisiaj już wiemy, że były tam dwie niemieckie kompanie z IR 55. Może i jacyś miejscowi robili za przewodników, ale raczej nie za głównych organizatorów zasadzki.

Yagibabo
A więc od początku- na cmentarzu w Pabianicach mamy 319 mogił, z czego 187 poległych to żołnierze I i III/72 pp zabici podczas walki na polu pod Karolewem (mam relację świadka, który 9 września był na polu bitwy i policzył wszystkich poległych -187 Polaków, a także znalazł zwłoki 1 Niemca). Zostają nam 132 miejsca (w Dobroniu jest również kilka mogił, ale to nie żołnierze 28. DP. W Chechle są 33 mogiły, ale tam walczył II/72 pp więc to zapewne polegli z tego batalionu. (…) Podsumowując, 7 września zginęło 30 żołnierzy 15. pp plus jeden od kuli dywersanta,czyli zostaje nam 101 miejsc. Przyjmując, że w okolicach Parku Wolności zginęło choćby 5 żołnierzy i doliczając 5 zmarłych po 8 września ( w okresie wrzesień – grudzień w Pabianicach był przejściowy obóz jeniecki w którym zanotowano kilka śmiertelnych przypadków), to starty 15. pp w Ksawerowie nie mogły być większe jak 80 ludzi. Taką zresztą hipotezę przedstawiłem w swojej pracy, szacując zabitych na 60-80 ludzi. Reszta brakujących to jeńcy lub rozproszeni, którzy nie wrócili już do oddziałów.


Życie Pabianic w 1959 r. zamieściło wspomnienia związkowca i polityka, Antoniego Szczerkowskiego „Cień swastyki nad Pabianicami” dotyczące pierwszych dni okupacji hitlerowskiej.

Wypadki biegły szybko. Dnia 5 września w godzinach popołudniowych Zarząd Miejski Miasta Pabianic otrzymał poufne zarządzenie od władz wojewódzkich o ewakuacji urzędów państwowych, samorządowych, policji i straży pożarnej. W godzinach wieczornych stosownie do zarządzenia prezydenta miasta Pabianic, skarbnik wypłacił 3-miesięczne uposażenia pracownikom umysłowym, robotnikom miejskim i pobierającym zasiłki – bezrobotnym. A dla tych, którzy nie zdążyli pobrać zapłaty, skarbnik przekazał odpowiednią sumę pieniędzy mgr. Julianowi Kasperskiemu, który następnego dnia prowadził dalej wypłaty.

We wtorek 5 września w późnych godzinach wieczorowych władze miejskie opuściły miasto.

W piątek dnia 8 września w godzinach rannych od strony Rzgowa przyjechała do Pabianic czołówka hitlerowska w ilości 2 żołnierzy niemieckich na motocyklach, uzbrojonych w karabiny maszynowe. Zatrzymali się na rynku Starego Miasta, a po chwili oddali kilka wystrzałów na postrach, aby wywołać rozgłos, że oni już tu są. W tym czasie przechodził przez rynek młody Żyd Fuks. Jeden z hitlerowców strzelił z karabinu i zabił go na miejscu. Potem żołnierze przejechali na Nowe Miasto i odjechali.

Tego samego dnia weszło do Pabianic wojsko niemieckie. Z wojskiem tym przyjechał autem oficer niemiecki mówiący po polsku. Zajechał do siedziby Zarządu Miejskiego i zastał tam woźnych z opaskami na rękach – Tomasza Oberlego i B. Kowala.

Oficer niemiecki zapytał ich w języku polskim:

- Czy tu jest władza miejska i co wy tu za funkcję pełnicie?

Oberle odpowiedział:

- Dyżurujemy tu jako woźni, ponieważ władza miejska wyjechała.

Następnie oficer zapytał:

- Czy można zwołać kilkunastu obywateli?

Oberle odpowiedział:

- Można zwołać do sali konferencyjnej na Zamku w siedzibie władz miejskich.

Wśród zwołanych osób znaleźli się m. in.: Hieronim Wlazłowicz, inż. Al. Orłowski, pastor Horn, A. Pawełczyk, Galus i inni. Gdy Polacy zgromadzili się przed Zamkiem, oficer w języku polskim zapytał:

- Czy tu wśród was są ci co Niemców krzywdzili?

Pastor Horn odpowiedział:

- Ci wyjechali i ich tu nie ma.

Oficer podał rękę wszystkim i zaprosił ich do sali konferencyjnej. Dalej oficer zapytał:

- Jaka tu jest większość narodowa?

Odpowiedziano:

- Polska.

Oficer był zdziwiony i oświadczył:

- Powiedziano mi, że tu ma być większość niemiecka.

Galus wyjaśnił i przytoczył dane statystyczne z ostatniego spisu ludności.

Po pewnych wyjaśnieniach pastora Horna, Orłowskiego i Wlazłowicza, oficer oświadczył:

- Powinien być powołany burmistrz miasta i milicja z opaskami ze swastyką. Na stanowisko burmistrza miasta proponuję inż. Orłowskiego.

Inż. Orłowski stanowisko to bez sprzeciwu przyjął.

Co się tyczy powołania milicji początkowo oficer był skłonny, aby milicja była powołana z Polaków i Niemców.

Niektórzy z zebranych wyjaśnili, że taka sytuacja może wywołać antagonizm narodowościowy, ze lepiej będzie jak w mieście będą sami Niemcy, na co oficer wreszcie się zgodził.

Milicja obywatelska, którą zorganizowano zaraz po opuszczeniu miasta przez władze polskie, została rozwiązana z chwilą powstania policji niemieckiej na której czele początkowo stał hitlerowiec.

Burmistrz inż. Orłowski po objęciu stanowiska wymówił pracę urzędnikom miejskim i zapowiedział, że uposażenie urzędników miejskich i robotników zostanie obniżone o 50 %, co wywołało niezadowolenie wśród pracowników. Związek Pracowników Komunalnych i Instytucji Użyteczności Publicznej zwrócił się z pismem do urzędującego wówczas Landrata w Pabianicach z żądaniem zmiany zapowiedzianej obniżki uposażenia pracowników. (Należy zaznaczyć, że inż. Orłowski w okresie pierwszej wojny światowej przez pewien okres był również burmistrzem mianowanym przez okupantów niemieckich).

Na początku okupacji hitlerowskiej inż. Orłowski stanowisko to zajmował mniej więcej około miesiąca. Po nim burmistrzem został hitlerowiec Simon, który stosownie do zarządzenia Landrata obniżył płace pracowników miejskich o 25 % i przeprowadził redukcję niektórych urzędników – Polaków.

W tym czasie na skutek oskarżenia hitlerowców rozstrzelano w Karniszewicach trzech Polaków: St. Rybińskiego, Łaskiego i Włodarczyka pod zarzutem, ze posiadają łobuzerską opinię. Ciała ich zostały zakopane we wsi Karniszewice w majątku gospodarza Blocha.

Na skutek zwrócenia się ob. Jana Jankowskiego do władz niemieckich w sprawie uprzątnięcia zwłok żołnierzy polskich, które już około dwóch tygodni leżały na polach koło Pabianic, władze niemieckie wyraziły zgodę na ich pogrzebanie. Zebrano wówczas pewną ilość ochotników na czele z Jankowskim i ciała żołnierzy, którzy padli w boju dnia 6 i7 września pod Pabianicami pochowano we wspólnej mogile w parku Wolności. Po pewnym czasie ciała te zostały przewiezione na cmentarz katolicki w Pabianicach.

Życie Pabianic (1959) przyniosło także informacje o kobietach, które pomagały podczas pochówku polskich żołnierzy.

Józefa Rogowska, Maria Rembowa i Bronisława Szymanowska, to dobre sąsiadki i przyjaciółki. Takimi też były, gdy wybuchła wojna. Pomagały sobie wzajemnie w kłopotach, wspólnie pokonywały trudności. Kiedy hitlerowskie wojska wtargnęły do Pabianic, trzy przyjaciółki umówiły się i poszły na cmentarz. Słyszały bowiem, że z okolicznych pól bitewnych zwożą żołnierzy poległych w walce.

Było to w niedzielę 6 września 1939 roku. Po cmentarzu kręciło się kilka osób. W kaplicy cmentarnej leżały zwłoki 45 polskich żołnierzy. Kilku innych leżało na cmentarzu. Gdzieś dalej jakiś mężczyzna kopał groby. Robotę tę wykonywał powoli, a tymczasem poległych trzeba było pochować jak najszybciej.

Maria Rembowa nie namyślała się długo. Wraz ze swoimi koleżankami Rogowską i Szymanowska zdecydowały:

- Trzeba mu pomóc przy kopaniu mogił.

Szybko postarały się o łopaty i przystąpiły również do kopania. Później za ich przykładem poszło jeszcze kilka osób. Pracowano przez całą niedzielę.

W poniedziałek chowano poległych. Trumien nie starczyło jednak dla wszystkich. Pochowano w nich zaledwie 13 żołnierzy. Pozostałych składano do grobów w mundurach lub w płaszczach wojskowych. Twarze przykrywano im liśćmi.

Pierwszym żołnierzem pochowanym w Pabianicach był podporucznik Jan Pakuła. Maria Rembowa mówiła o tym ze łzami w oczach, jakby wspominała najbliższą sobie osobę.

- Twarz podporucznika Pakuły mam do dziś jeszcze przed oczyma, tak jakby to było zaledwie wczoraj – mówi p. Rembowa. – Został raniony w Pabianicach. Mimo to zdołał jeszcze o własnych siłach pójść do szpitala miejskiego i tam u progu zmarł. Pogrzebem jego zajęli się harcerze. Pochowali go wśród innych żołnierzy poległych w boju. Podczas tego smutnego, skromnego obrzędu płakaliśmy wszyscy.

- W listopadzie 1939 roku paliliśmy świeczki na grobach poległych żołnierzy – opowiada Józefa Rogowska. – Świeczki te uzyskaliśmy dzięki p. Józefowi Jachole, który pracował w drogerii. Odtąd we wczesnych godzinach porannych i wieczornych przychodziłyśmy na cmentarz, pielęgnowałyśmy groby i składałyśmy na nich kwiatki. Robiłyśmy to wszystko ukradkiem, gdyż Niemcy nie pozwalali w ogóle na jakakolwiek opiekę nad grobami polskich żołnierzy.

Kobiety ze łzami w oczach opowiadają o poległych żołnierzach.

- Niektórzy z nich – mówiły nasze informatorki – mieli w kieszeniach mundurów ostatnie listy pisane do swoich żon i matek. Niestety, nie zdążyli już ich wysłać. Porucznik Mikulski np. posiadał zdjęcie swojej córeczki. Wzruszające to były chwile.

W sali kina „Zachęta” (Dom Ludowy przy ulicy Kościuszki 14, obecnie Miejski Ośrodek Kultury) hitlerowcy urządzili obóz dla prominentnych przedstawicieli lokalnej społeczności. W latach 50. o poczynaniach okupanta pisało szeroko Życie Pabianic.

Martyrologia Polaków w Pabianicach zaczęła się od wzięcia kilkudziesięciu osób spośród inteligencji polskiej w charakterze zakładników. Wkrótce po tym, wysłano do obozów koncentracyjnych w Niemczech w trybie postępowania administracyjnego: Władysława Raszplę – sekretarza związku klasowego i Halinę Salską – profesora gimnazjum żeńskiego. Fakty te potwierdziło przybycie do Pabianic gestapo, które ulokowało się w pałacyku pożydowskim przy ul. Mariańskiej.

Sądy kapturowe volksdeutschów w oparciu o gestapo i SS wcieliły w czyn zapowiedzianą noc Św. Bartłomieja. Pierwszą ich ofiarą był piekarz Stanisław Jasiński, zamordowany w bestialski sposób w tajemniczych okolicznościach. Dr Manitiusa, cenionego lekarza ubezpieczalni społecznej, wezwanego podstępnie niby do ciężko chorego pacjenta, wyprowadzono na bezludne ulice Starego Miasta, gdzie go zmasakrowano do nieprzytomności za to, że wzbraniał się przyjąć volkslistę. Prawie co noc, na cmentarzu katolickim, grzebano potajemnie trupy zamordowanych Polaków w bezimiennych mogiłach. Pewnej nocy przywieziono samochodem zwłoki młodej, pięknej kobiety, bogato i elegancko ubranej.

Terror i bezprawie przybierały na sile. Faszyzm hitlerowski obudził u volksdeutschów najniższe instynkty. Ustanowiono dla ludności polskiej: osobne sklepy i wagony tramwajowe. Prawa strona ul. Zamkowej: „Nur für Deutsche”, lewa – dla Polaków. Cały handel polski: prywatny i uspołeczniony przejęli volksdeutsche, bez żadnego odszkodowania; również, co lepsze mieszkania z meblami rodzin polskich przeszły w ich ręce. W porównaniu z volksdeutschami, Polacy otrzymywali rażąco małe przydziały żywnościowe i tekstylne.

Getto dla Żydów obejmowało kilka ulic Starego Miasta. Brutalne rewizje w poszukiwaniu ukrytych pieniędzy, kosztowności i cennych towarów były na porządku dziennym.

W pierwszych dniach listopada, selbstschutz (paramilitarna formacja niemiecka) przystąpił z nakazu gestapo, do ewakuacji ludności polskiej z domów, przylegających do Zachęty. Nikomu nie przyszła wtedy do głowy myśl, że Niemcy przygotowują się do masowej likwidacji Polaków. Dokładnie, w nocy z 8 na 9 listopada, rozpoczęła się branka polskiej inteligencji: nauczycieli, lekarzy, inżynierów, adwokatów, sędziów, dziennikarzy, księży, urzędników, działaczy społeczno-politycznych i właścicieli majątków ziemskich. Specjalnie polowano na członków Związku Zachodniego, których dekonspiracja nastąpiła na podstawie grzbietów kwitariuszy składkowych, pozostawionych, nieopatrznie, przez skarbnika w lokalu związku.

Aresztowań dokonywali selbstschutze w asyście agenta gestapo, korzystając z uprzednio sporządzonych list. Na liście, między innymi, figurowali: dr Eichler – leader miejscowej sanacji i dyrektor Broniatowski z synem, a także kilka osób z porachunków osobistych volksdeutschów, jak: rodzony brat Rudolfa Budzińskiego, spokrewnionego z Herbertem Hegenbartem, murarz Ciechański – szwagier selbstschutza Leuena i inni. Każdy z aresztowanych przechodził wstępne badanie, prowadzone osobiście przez komendanta Zachęty – podoficera SS, do którego z czasem przylgnęła nazwa krwawego kata. Podczas badania był stale czynny bykowiec i pistolet typu „/Mauser”. Ten ostatni służył krwawemu esesmanowi do masakry głowy i łamania żeber u delikwentów. Krzyki oszalałych z bólu ludzi, przenikały na zewnątrz Zachęty, budząc grozę nawet wśród volksdeutschów.

Przez cały czas pobytu w Zachęcie więźniowie musieli siedzieć nieruchomo, na twardych, niewygodnych krzesłach, pod czujnym okiem selbstschutzów, ulokowanych na galerii. Z paczek żywnościowych, dostarczonych przez rodziny, więźniowie otrzymywali tylko dwa razy dziennie po kubku herbaty z dodatkiem chleba. Spanie w ogóle było surowo zakazane. Niepewność losu, głód, brak snu – stały się dla więźniów okropną męczarnią. U niejednego z tych nieszczęśliwych nerwy nie wytrzymywały, czego wyrazem był wypadek usiłowania samobójstwa. Niedoszły samobójca, jeszcze tej samej nocy, został zamordowany, a jego zwłoki zagrzebane naprędce w parku Wolności.

Restauracja Zacheja, przy ul. Św. Jana była ulubionym miejscem spotkań volksdeutschów z gestapo i SS. Częstym jej gościem był również kat Zachęty, bynajmniej nie stroniący od kieliszka. Te jego „kieliszkowe” kontakty z volksdeutschami kończyły się z reguły nocnymi „inspekcjami” w Zachęcie.

Do księży katolickich, hitlerowski oprawca czuł szczególną nienawiść, którą wyładowywał na nich podczas „inspekcji”. Urządzał z nimi szydercze egzaminy z teologii lub Biblii, wyniki których nie zawsze przypadały do gustu, wtedy to rozlegał się na sali świst nahaja i jęki katowanych ofiar. Ks. prefekt gimnazjum żeńskiego, podczas takiego egzaminu został tak nieludzko zbity i skopany, ze nie mógł się o własnych siłach podnieść z podłogi. Dla odmiany z posłem Szczerkowskim ucinał sobie „pogawędki” polityczne, przeplatane gęsto – batem.

Wstrząsająca scena wzajemnego bicia się ojca z synem, na rozkaz krwawego kata, wycisnęła całej sali łzy z oczu. Dr Broniatowski, dyrektor fabryki chemicznej, nie chciał ujawnić tajemnicy wynalazku farb anilinowych i stąd te swoiste metody znęcania się nad nim i jego synem. Przeszli oni obaj wiele upokorzeń i cierpień w Zachęcie i Radogoszczu, zanim zostali rozstrzelani w lasach lućmierskich koło Zgierza w połowie grudnia 1939 r.

Pewnej nocy, po powrocie z knajpy Zacheja, kat Zachęty obwieścił więźniom za pośrednictwem tłumacza, że los ich został ostatecznie przypieczętowany, a mianowicie: czeka wszystkich śmierć przez rozstrzelanie. Ale on im jednak chce dać ostatnią szanse uratowania życia. Tak. O ile znajdzie się wśród nich ktoś, tylko jeden, kto poświęci się dobrowolnie na śmierć za wszystkich w myśl zasady hitlerowskiej: jeden za wszystkich – wszyscy za jednego. Wdzięczne pole do działania maja tutaj - księża. A poza tym czeka na decyzję 3 minuty.

Głucha cisza zaległa salę. Lęk śmierci przeniknął więźniów do szpiku kości. A może to tylko okrutny żart podpitego sadysty?! Kto go tam zresztą wie. Przecież jest on wszechwładnym panem życia i śmierci Zachęty! Nie. Raczej należy brać poważnie tę niesamowitą sytuację… - takie myśli kłębiły się w mózgach omdlałych z przerażenia ludzi.

Kat Zachęty liczył minuty na zegarku. Nagle, ktoś podniósł się z krzesła i twardym zdecydowanym głosem odezwał się głośno:

- Ja.

Serca zabiły żywiej. Setki oczu wpiły się chciwie w zdumieniu i podziwie w wyniosłą postać bohatera.

- Wie heissen Sie?

- Nazywam się Świątek – odpowiedział młody, sympatyczny człowiek – śmiało patrząc katu w oczy.

- Chcecie się poświęcić za wszystkich, ofiarować na śmierć? – zaszwargotał po niemiecku esman.

- Tak.

- Na, Gut. Kommen Sie hier!

Przyjrzał się Światkowi uważnie, nie ukrywając podziwu, poklepał go po plecach i napuszonym głosem przemówił do sali:

- My, Niemcy, szanujemy nawet u swych wrogów poświęcenie i odwagę i dlatego też, ten młody człowiek pójdzie jeszcze dzisiaj, w tej chwili, na wolność – do domu. Oczekiwałem tego od waszych księży i zawiodłem się! Also, gehenn Sie nach Hause – Herr Świątek ! Loss, loss – schnellen!

Już następnego dnia w domu Świątka zjawili się selbstschutze, by go ponownie aresztować. Na szczęście , zwąchał on pismo nosem i zawczasu ulotnił się z Pabianic. Zamiast syna wzięto ojca, sekretarza gimnazjum męskiego, który przesiedział w „śledztwie” w więzieniu w Łodzi - 10 miesięcy.

Czesław Molenda (1959 r.) : Na budynku Domu Kultury przy ul. Kościuszki 14 staraniem Zarządu ZBoWiD odsłonięto niedawno tablicę ku pamięci poległych tu w czasie okupacji hitlerowskiej patriotów polskich. W budynku obecnego Domu Kultury w okresie międzywojennym mieściła się biblioteka publiczna, nauczycielska i młodzieżowa, organizacje kulturalno-naukowe, muzeum przyrodnicze, redakcja Gazety Pabianickiej oraz kino oświatowe Zachęta.

W 1939 roku salę kina Zachęta uczyniono miejscem internowania. Tutaj hitlerowcy koncentrowali Polaków. „Śledztwo” sprowadzało się do zebrania danych, a następnie do podpisania przygotowanego protokołu, o nieznanej treści. W wypadku usiłowania odczytania choćby fragmentu protokołu bito i katowano.

Do bicia stosowano skrócone kije bilardowe, bykowce, trzciny, kolby pistoletów i karabinów. Szczególnym sadyzmem w znęcaniu, biciu i katowaniu więzionych Polaków odznaczali się dwaj miejscowi Niemcy: Georg Schors oraz Adolf Vogel.

Sala kina mieściła około 260 osób siedzących w krzesłach, ramię przy ramieniu w oświetleniu 19 –tu silnych lamp płonących bez przerwy. Wartownicy umieszczeni na balkonie zmieniali się co godzinę. Strzegli nas przy pomocy ustawionego karabinu maszynowego. Spanie więźniów było zabronione. Natomiast korzystanie z ubikacji dozwolone raz na dobę. Mycie nie było przewidziane. Jedzenie dostarczały rodziny, lecz było niedostateczne ze względu na dużą ilość osób spoza Pabianic. Internowani otrzymywali tylko chleb, inne artykuły były rekwirowane. Płyny zlewane były do jednego kotła tworząc w ten sposób nieokreśloną w smaku lurę.

Wszystkich siedzących bito do nieprzytomności po twarzach i głowach prętami trzciny.

Pierwszymi ofiarami po dziesięciu dniach pobytu w pomieszczeniu tego domu byli: Józef Perugiewicz, który bity i katowany popełnił samobójstwo, wbijając sobie szkło w brzuch. Skopany i zdeptany został następnie wywleczony za nogi z sali. W parę godzin później majster Jędrzejowski zmyliwszy czujność wartownika powiesił się na pasku od spodni w ubikacji. Trupy wyżej wymienionych zostały znalezione w parku Wolności. Ślady na całym ciele świadczyły o bestialskim znęcaniu się nad ofiarami. Józef Perugiewicz miał brzuch wypełniony szmatami i zaklejony plastrem. Czaszkę rozbitą i przestrzeloną dolną szczękę jamy ustnej, ręce i dłonie połamane, a na całym ciele widniały sine plamy i rany. Majster Jędrzejowski miał także połamane ręce pokłuty był bagnetem.

Zwłoki po zidentyfikowaniu wydano rodzinie. Trzecim, który po bestialskim biciu znęcaniu zmarł po przewiezieniu do Radogoszcza był kierownik szkoły z Bychlewa Józef Bandel.

Po stworzeniu obozu w zabudowaniach fabryki w Radogoszczu (notabene należącej przed wojną do urodzonego w Pabianicach przemysłowca Samuela Abbe), przewieziono więźniów z Zachęty do nowego obozu, a stamtąd co kilka dni odchodził transport w nieznane.

Poszczególne grupy rozstrzeliwano w lasach lućmierskich lub włączono do transportów kierowanych do obozów koncentracyjnych.

W okresie od połowy listopada 1939 roku do połowy lutego 1940 roku zostało rozstrzelanych kilkaset osób z terenu miasta Pabianic i pow. łaskiego, tych którzy pierwszy etap udręk i katuszy przeszli w obecnym budynku Domu Kultury przy ul. Kościuszki 14, dawnej Zachęcie.

Obozowi w Zachęcie tekst „Łzy bezsilności” poświęciła Aurelia Janke (ŻP 1959).

Z okien pabianickiego Domu Kultury widać niewielki placyk przecięty alejkami. W środku placyku usadowiło się drzewo o wiotkich gałązkach opadających niby kobiece włosy. Spokojne życie miasta obejmuje swym oddechem i ten zakątek. Tutaj bawią się dzieci, odpoczywają dorośli.

Cofnijmy się jednak myślą dwadzieścia lat wstecz i pozwólmy działać wyobraźni. Oto listopadowy dzień 1939 roku – jeden z pierwszych dni działalności gestapo w Pabianicach. Obecny Dom Kultury był wtedy domem tortur. Jako widomy znak niemieckiej władzy sterczał przy wejściu karabin maszynowy.

Naprzeciw ponurego siedliska oprawców rozciągał się ten sam placyk, który był wtedy bez alejek i drzewa, a pełen gruzów. Na tym placyku grupa Polek zaciągnęła bolesną warte. Matki, żony, siostry i córki stróżowały uparcie od świtu do nocy. Oczy śledziły każdy ruch prześladowców, a serca zamierały z trwogi o aresztowanych. Przechodziły ulicami dzieci volksdeutschów i liczyły smutne wartowniczki. Porachowawszy, zaglądały ciekawie w twarze i odchodziły zawiedzione, bo nie widziały łez.

Kiedy po aresztowaniu brata i ja stanęłam wśród grupy Polek, uderzyło mnie przede wszystkim milczenie wśród nich panujące. Szeptem wymieniane uwagi ginęły zaraz nie podchwytywane jako temat do ogólnej rozmowy. Ważne były przecież tylko wieści dotyczące „tamtych”, a tych wieści było tak niewiele….

I wtedy zwróciła się do mnie z prośbą o rozmowę pewna starsza kobieta opatulona troskliwie w przeróżne chustki i szaliki. Wysunęłyśmy się z grupy i stanęłyśmy opodal. Kobieta patrzyła mi przenikliwie w oczy przez kilka chwil.

- Tam kto? – zapytała wreszcie wskazując gestem ponury gmach.

- Brat.

- A pani kim jest?

- Nauczycielką.

Moja przygodna towarzyszka wydała pomruk zadowolenia.

- Teraz to ja już pani opowiem, com sobie wymyśliła przez te wszystkie godziny stania. Namiętny ton głosu wzbudził moją ciekawość i uciszył nieufność. Przysunęłam się bliżej.

Przedziwna to była opowieść. Moja towarzyszka przedstawiła mi … plan akcji mającej na celu oswobodzenie uwięzionych.

- Pani zgada tych draniów przy karabinie, a my wtedy do nich. Już sobie podzieliłam kobiety, te mocniejsze będą dusić, a drugie otworzą drzwi. Jak nasi wyskoczą , to nas zluzują.

Zaniemówiłam z wrażenia. Kontrast między powierzchownością starej, pełnej dobroduszności kobieciny, a zuchwałością jej pomysłu był zaskakujący.

- Boi się pani? – szeptała z gniewem. – A co po tym życiu? Ja się do takiego stania nie nadaję. Wolę, żeby mnie zastrzelili. Raz kozie śmierć.

Szarpnęła mnie za rękaw raz i drugi. Musiałam odpowiedzieć. Musiałam wykazać, ze realizacja jej planu byłaby szaleństwem nieobliczalnym w skutkach dla całego miasta. Robiłam to z wielkim żalem. Ach! Jak mi było ciężko wyszukiwać „rozsądne” słowa i patrzeć, jak pod ich wpływem mętnieje blask oczu mojej towarzyszki.

Pod gradem argumentów chyliła coraz niżej głowę i coraz ściślej otulała się chustką.

- Szkoda – szepnęła wreszcie i oddaliła się szybko.

- Szkoda – powtórzyłam, mocując się z łzami najstraszniejszymi jakie znają ludzkie oczy – łzami bezsilności.

Wspomnienia z obozu w pabianickiej Zachęcie są ciągle żywe . Na stronie poświęconej rodzinie Broniatowskich (The Broniatowski Family Legacy) znajdujemy informacje o Henryku Broniatowskim, dyrektorze w fabryce chemicznej CIBA w Pabianicach, który był więźniem Zachęty

Henryk Broniatowski was a renowned chemist from Częstochowa, Poland. He held several patents in the UK, USA and Switzerland. His last position was as deputy manager of the Swiss CIBA chemical factory in Pabianice Łódź (Pabianicer Aktiengesellschaft der chmischen Industrie Pabianice, PCI). He was a renowned specialist, with a title of Doctor (more than PhD). He was well respected and rich. Henryk, together with his son, Henryk, Jr., and another senior manager of PCI, Roman Ruszewski, was arrested in September 1939 by Gestapo and interned in Pabianice ciemna Zachęta. Ruszewski was moved in November to the Łódź Radogoszcz prison from where He was rescued by his family for a bribe. According to the account of Zofia Serednicka, the fiancee of Henryk, Jr., she failed to get funds for a bribe for the Broniatowski because a safe in the elder Henryk’s office, for which she was secretely given a key, had been opened and plundered. A person which had the only other key to the safe was Herman Thommen, a Swiss manager of PCI. According to the family story, the father and son were brutalny killed on the stage of ciemna Zachęta but according to a Polish book called „100 years of CIBA in Poland”, they were taken to the Łódź Gestapo headquarters and executed there in November.

Wrzesień 1939 roku to także działalność Pogotowia Wojennego Związku Harcerstwa Polskiego w Pabianicach. Marek Pawłowski opublikował w Życiu Pabianic (nr 51/1975) artykuł o pabianickich harcerzach.

Związek Harcerstwa Polskiego był jedną z organizacji, które wobec zagrożenia kraju ze strony hitlerowskiej III Rzeszy, czynnie włączyły się do przygotowań obronnych. Dla wykonania tego obowiązku związek wprowadził specjalną formę działania, tzw. Pogotowie Harcerek i Harcerzy, mające przysposobić członków organizacji do szerokiego wachlarza służb pomocniczych na wypadek wojny. Wśród hufców Łódzkiej Chorągwi ZHP aktywnie realizujących nałożone zadania znalazł się hufiec pabianicki. Na jego obszarze, ze względu na znaczne nasycenie miasta i okolicy elementem niemieckim, akcja miała odegrać poważną rolę. Do kierowania pogotowiem, którego sieć tworzono równolegle do istniejącej struktury związku, powołane zostały najlepsze siły.

Komendę nad dziewczętami powierzono druż. Helenie Malinowskiej. W środowisku męskim funkcję tę początkowo pełnił phm. Stefan Czerwiński. Po objęciu zastępcy hufcowego przez „cichą mobilizację”, hufcowy RP Zygmunt Kłys przekazał piecze nad Pogotowiem Harcerzy jego żonie phm. Eugenii Pluskowskiej-Czerwińskiej (byłej komendantce hufca żeńskiego oraz aktywnej działaczce Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej), zaś jego zastępcą wyznaczył przybocznego drużyny starszoharcerskiej Zygmunta Lubońskiego (Honorowy Obywatel Miasta Pabianic).

Wiosną 1939 r. nastąpiło ponowne zaostrzenie sytuacji międzynarodowej. Fakt ten spowodował aktywizację miejscowej mniejszości niemieckiej, której znaczny procent zaczął zdradzać jawne tendencje prohitlerowskie. Wykorzystując tolerancję władz, Niemcy rozsiewali defetystyczne pogłoski, uprawiali szpiegostwo i urządzali prowokacje pod adresem ludności polskiej.

W tych warunkach szeregi pabianickiego harcerstwa objęte pogotowiem zostały postawione w stan czujności. W swojej siedzibie przy ulicy Narutowicza 33 (pomieszczenia biurowe tkalni), kierownictwo przystąpiło do pełnienia dyżurów, mając do dyspozycji dobierane z poszczególnych drużyn zespoły łączników. Jednocześnie, w myśl wytycznych władz zwierzchnich, dla członków ZHP otwarto liczne kursy, na których młodzież zdobywała wiedzę z zakresu udzielania pierwszej pomocy, opieki nad rannymi i chorymi, obrony przeciwlotniczej – zwłaszcza zmniejszania i usuwania skutków nalotów, organizacji akcji ratowniczej, terenoznawstwa – ze szczególnym uwzględnieniem najbliższej okolicy, prowadzenia spraw gospodarczych, sprawowania opieki nad małymi dziećmi itp. Niezależnie od szkolenia prowadzonego w zakresie własnym, wiele osób uzupełniało swoje wiadomości na kursach organizowanych przez Polski Czerwony Krzyż oraz Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Niektóre elementy nabytej wiedzy utrwalane były podczas licznych zbiórek, ćwiczeń i zajęć w trenie podmiejskim.

Obok zdobywania wiadomości część kadry pogotowia przystąpiła do realizacji prac zleconych przez władze miasta. Harcerze roznosili imienne wezwania powołanym do wojska w ramach „cichej mobilizacji”. Młodych chłopców jako nie budzących podejrzeń, wykorzystywano również do obserwacji poczynań miejscowych Niemców, znanych ze swoich prohitlerowskich przekonań. Wywiadowcy obowiązani byli meldować w Komendzie Policji o rodzaju i zakresie wrogiej działalności, wzajemnych kontaktach osób podejrzanych, a także o innych ważnych spostrzeżeniach poczynionych podczas wykonywania zadania. W międzyczasie harcerki kompletowały wyposażenie apteczek pierwszej pomocy i toreb sanitarnych oraz gromadziły kotły i duże naczynia.

Latem tego roku działalność pabianickiego pogotowia została przeniesiona na dalsze tereny. Biorąc aktywny udział w akcji tzw. obozów służby na pograniczu polsko-niemieckim harcerki z hufca żeńskiego przeprowadziły 2 takie zgrupowania na obszarze Wielkopolski: w Czarnkowie, pod komendą phm. Eugenii Leszewskiej i w Wieleniu, gdzie obozem kierowała bezpośrednio druż. Helena Malinowska. Na obozach, których celem było wywarcie uspokajającego wpływu na ludność tych rejonów i pogłębienie poprzez praktyczną działalność umiejętności dziewcząt, harcerki prowadziły pracę propagandową, organizując patriotyczne uroczystości, wystawy, akademie i ogniska, dzieliły się z ludnością posiadanymi wiadomościami z samoobrony, wykonywały różnego rodzaju prace społeczne, Duzy nacisk położony był też na zdobycie kwalifikacji w sprawowaniu opieki nad dziećmi.

W drugiej połowie sierpnia nastąpiło rozszerzenie zakresu działalności pabianickiego harcerstwa. Napięcie w mieście rosło. Mnożyły się prowokacje ze strony miejscowych Niemców. Podczas rewizji dokonywanych w niektórych domach, coraz częściej znajdowano broń, materiały propagandowe i przygotowane flagi hitlerowskie. Z polecenia władz, część harcerzy rozpoczęła pełnienie pomocniczych wart przed obiektami narażonymi na dywersję wroga m. in. przy mostach na rzekach Dobrzynce i Pabiance, a także wart wewnętrznych oraz służby gończej i łącznikowej w instytucjach państwowych – w Komendzie Miasta i Rejonowej Komendzie Uzupełnień mieszczących się przy ulicy Zamkowej oraz w Komendzie Policji i siedzibie Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej przy ulicy Garncarskiej. Ponadto wobec faktu, że przez miejscową stację kolejową przewijały się liczne transporty z wojskiem i ewakuowaną z pogranicza ludnością cywilną, kierownictwo pogotowia uznało za wskazane uruchomienie na dworcu punktu, w którym pasażerowie tych pociągów mogli otrzymać gorącą strawę, napoje i zaopatrzyć się w drobne towary. Fundusze na ten cel harcerstwo uzyskało z dobrowolnych składek pracowników zakładów pabianickich. Początkowo gotowanie odbywało się w pobliskim mieszkaniu prywatnym, później kolejarze w czynie społecznym murowaną kuchnię przy samym dworcu. Grupą żeńską obsługującą punkt dożywiania kierowała druż. Helena Malinowska, męską druż. Jerzy Lewandowski.

Po wybuchu wojny, w pierwszych dniach września, harcerki i harcerze w jeszcze większym stopniu zintensyfikowali swoje wysiłki. Wszyscy zmobilizowani zostali do objęcia służby na wyznaczonych stanowiskach. Oprócz dyżurów, działalności wywiadowczej, rozpoznawczej, gończej, łącznikowej, porządkowo-ochronnej i obsługi punktu dożywiania – w kluczowych punktach miasta, jak stacja kolejowa, skrzyżowania dróg itp. Wystawione były posterunki, udzielające informacji wojsku oraz ewakuującej się ludności cywilnej. Ważniejsze obiekty, narażone na ataki z powietrza, zostały obsadzone zespołami harcerskimi, przeszkolonymi w zakresie biernej obrony przeciwlotniczej. Harcerki obsługiwały punkt Czerwonego Krzyża przy ul. Pułaskiego. Patrole harcerzy obchodziły miasto służąc doraźną pomocą w nagłych wypadkach, kontrolowały stan zaciemnienia budynków, tropiły członków ”V Kolumny” – dzięki ich spostrzegawczości niektórzy z nich zostali aresztowani, a dywersyjne punkty w mieście oraz podpabianickich wsiach uległy likwidacji. W ciągu tych kilku dni członkowie ZHP niejednokrotnie wykazywali się pełną odwagi i poświęcenia postawą.

Szczególnie ujawniło się to podczas bombardowania miasta (o jego intensywności świadczy fakt śmierci 41 osób), kiedy obsada harcerska nie opuściła swoich stanowisk, a następnie wzięła aktywny udział w akcji ratowniczej, gasząc pożar dworca, rampy i pobliskich magazynów fabrycznych, udzielając pierwszej pomocy rannym, transportując ich do szpitali oraz usuwając zabitych.

Tymczasem front nieustannie zbliżał się do Pabianic. Na skutek zdecydowanej przewagi nieprzyjaciela, broniące obszaru województwa jednostki armii „Łódź” , 5 września przystąpiły do wykonywania odskoku za Wisłę całością sił, opuszczając główną rubież obronną na rzekach Warcie i Widawce. W nocy z 5 na 6 września, wobec groźby zajęcia miasta, nastąpiła ewakuacja władz i personelu różnych instytucji. W ślad za nimi wyjechało wiele pabianickich rodzin. Przez miasto przeciągały coraz liczniejsze grupy uciekinierów. W tych ciężkich chwilach Pogotowie Harcerskie trwało na posterunku. Młodzież samorzutnie objęła dyżury przy opuszczonych telefonach i środkach sygnalizacji przeciwlotniczej, nadal pełniła służbę wartowniczą, informacyjną i patrolową, paliła dokumenty, które nie powinny wpaść w ręce wroga. Harcerki natychmiast przystąpiły do obsadzenia szpitali, w miejsce ewakuowanego personelu. Pracami tymi kierowała Helena Salska, werbując do współpracy kobiety i dziewczęta o specjalności samarytańskiej- w szpitalu przy ul. Żeromskiego aktywnością wyróżniała się Krystyna Alterberger, a w gmachu przy ul. Szpitalnej druż. Irena Trzeszczak.

Tymczasem w odpowiedzi na apel płk. Umiastowskiego, opuściła miasto część męskiej młodzieży harcerskiej. W dniu 6 września około 40-osobowa grupa starszych harcerzy, częściowo zaopatrzywszy się w rowery, pobrała starą broń i sprzęt pozostawiony w Komendzie Policji i po dozbrojeniu się w Komendzie Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego przyłączyła się do wyruszającego również hufca Przysposobienia Wojskowego z Gimnazjum im. J. Śniadeckiego, dowodzonego przez jego komendanta por. Henryka Czekaya. Trasa marszu wiodła przez Łódź na szosę brzezińską. Lotnictwo niemieckie rozproszyło w okolicach Rogowa tę grupę, jednak część harcerzy (m. in. Maria Pisańczuk, Zygmunt Luboński oraz Marian Lesiński) dotarła do stolicy i wzięła udział w jej obronie.

Tego samego dnia, kiedy harcerze opuszczali miasto, w rejon Pabianic zaczęły napływać pododdziały 15, 36 i 72 pp z 28 DP, gdyż tędy prowadził jej szlak odwrotu. Następnego dnia jednostki polskie, broniły pabianickiego węzła dróg; dopiero po odparciu nieprzyjaciela oddziały rozpoczęły w nocy kolejny etap odskoku. Przed południem 8 września Niemcy zajęli Pabianice. Wkraczające patrole schwytały ubranego w mundur harcerski uczestnika Pogotowia, kilkunastoletniego Jana Piechotę, który został wyprowadzony za miasto w rejon wsi Chechło i tam wraz z 6 innymi Polakami rozstrzelany.

W następnych dniach harcerstwo wraz z mieszkańcami Pabianic brało udział w akcji znoszenia i chowania we wspólnych mogiłach zwłok około 250 poległych w okolicach miasta żołnierzy polskich. Groby te zostały następnie objęte dyskretną opieką.

Ostatnim akordem pabianickiego Pogotowia Harcerskiego stała się pomoc udzielona rannym i chorym żołnierzom polskim, którzy czasowo znaleźli się w mieście. Harcerki zgłaszały się do szpitali i wykonywały przy rannych różne posługi, utrzymywały czystość, organizowały zbiórki żywności, lekarstw, środków opatrunkowych, bielizny i pościeli. Nawiązany również został kontakt z tymczasowymi obozami jenieckimi, zlokalizowanymi na terenie zakładów Kindlera i w Szkole Powszechnej nr 5, gdzie na skutek głodu i antysanitarnych warunków miały miejsce przypadki śmierci przebywających w nich żołnierzy. Harcerki przemycały do obozów żywność i papierosy, w oparciu o otrzymane adresy zawiadamiały rodziny o losie jeńców, dostarczały też trochę ubrań cywilnych, dzięki którym kilku jeńcom udało się zbiec. Po likwidacji obozów w grudniu 1939 roku Pogotowie Harcerskie w swojej dotychczasowej formie, jako niedostosowane organizacyjnie do warunków okupacji, wygasło samoistnie.

O harcerzu Janku Piechocie pisano także w 36. numerze Życia Pabianic z 1976 roku. Był to pierwszy mieszkaniec Pabianiczanin, który zginął w egzekucji dokonanej w pobliskim Chechle.

Janek Piechota działał w Harcerskim Pogotowiu Wojennym, które objęło drużyny harcerskie na terenie Pabianic. Komendantką „Pogotowia” była harcmistrz Eugenia Czerwińska.

Druhny pomagały w szpitalach, druhowie – a wśród nich Janek – doręczali wezwania mobilizacyjne, obsługiwali syrenę zapowiadającą alarmy lotnicze, byli łącznikami-informatorami dla wojska, udzielali pomocy wyjeżdżającym na front, świeżo zmobilizowanym żołnierzom.

Wróg napierał, front był coraz bliżej. Władze miejskie, ważniejsze urzędy i instytucje otrzymały nakazy ewakuacyjne, apele radiowe wzywały mężczyzn zdolnych do służby wojskowej do wycofywania się z wojskiem. Część młodych mężczyzn uzbrojono.

Wycofywali się w kierunku Warszawy, spodziewając się, że tam rozegra się decydująca bitwa, która złamie napór niemiecki. Ktoś jednak musiał zostać w mieście: zapowiadać i odwoływać alarmy lotnicze, informować wojsko, kierować rannych do szpitali. Janek został.

Niemcy wkroczyli do centrum Pabianic 8 września. W piątek, w dniu zajęcia miasta przez wojska niemieckie, Janek Piechota wyszedł z domu w mundurze harcerskim. Jak powiedzieli później jego rodzice – miał do wykonania ważne zadanie w ramach Harcerskiego Pogotowia Wojennego. Munduru nie chciał zdjąć, mimo ostrzeżeń. Czuł się żołnierzem polskim, a żołnierz nie zdejmuje munduru, nawet idąc do niewoli.

Szedł centralnymi ulicami miasta z Narutowicza 10, gdzie mieszkał, ulicą Nowotki (obecnie św. Jana), Partyzancką i został zatrzymany przy ulicy Żeromskiego. Patrol wojskowy wylegitymował go, a znalezione przy nim legitymacje szkolną i harcerską niemiecki żołnierz podarł i rzucił na ziemię.

Patrol poprowadził Janka do dowództwa wojsk niemieckich, które zatrzymało się w Chechle, w zabudowaniach rolnika Adamskiego (czwarty dom za parkiem Wolności, przy drodze Pabianice-Łask). Razem z Jankiem do dowództwa doprowadzono jeszcze kilku zatrzymanych Polaków.

Przez kilka godzin nikt nie zwracał specjalnej uwagi na grupkę zatrzymanych, dopiero po południu któryś z oficerów przywołał do siebie żołnierza pilnującego Polaków i wydał mu jakiś rozkaz.

Żołnierz wrócił i zaczął pojedynczo odprowadzać młodych ludzi do rosnących w pobliżu olszyn, około 200 metrów od zabudowań.

Pierwszy zastrzelony został 20-letni rolnik Grzanka ze wsi Klimkowizna. Wroga kula ugodziła Jana Piechotę w plecy. Strzał był śmiertelny. Po nim zastrzelono jeszcze 4 Polaków, a w sąsiednim zabudowaniu rolnika Muszyńskiego – trzech. Egzekucje odbyły się bez jakiegokolwiek sądu.

Był to jeden z pierwszych mordów zbiorowych dokonanych na ludności cywilnej z naszego terenu, a Janek Piechota był pierwszym pabianiczaninem poległym w taki sposób.

Ojciec Janka odnalazł zamordowanego syna na miejscu dokonania egzekucji następnego dnia, po wielogodzinnych poszukiwaniach.

Trzecią osobą, oprócz Świątka i Piechoty, która zapisała się mocno w pamięci pabianiczan był Józef Salwa. Walczyło tutaj wielu wojskowych, którzy otrzymali odznaczenia za męstwo i odwagę okazane w bitwie pabianickiej. Jednak mieszkańcy Pabianic zapamiętali w sposób szczególny żołnierza z Kielc. Reporterzy sprzed kilkudziesięciu lat poszukiwali świadków wydarzeń, które rozegrały się w naszym mieście we wrześniu 1939 roku.

Stanisław Czekalski pisał w Życiu Pabianic: Wśród mieszkańców Pabianic żyje wciąż pamięć o bohaterskim czynie samotnego żołnierza polskiego, który przez wiele godzin w dniu 7 września 1939 roku, bronił dostępu wrogowi do naszego miasta. Reporter wielokrotnie spotkał się z glosami, które przemawiały za ujawnieniem bliższych szczegółów dotyczących tego niezwykłego czynu. Idąc tym śladem, w Zarządzie Oddziału Związku Bojowników o Wolność i Demokrację natrafiliśmy na pewne materiały, które w pewnym stopniu naświetlają wydarzenia tamtych dni.

Bohaterskim żołnierzem okazał się – Józef Salwa pochodzący z Kielc. Ustalone to zostało na podstawie znalezionych przy nim dokumentów.

Mamy przed sobą protokoły zeznań świadków tamtych dni. W jednym z tych dokumentów spisanych na podstawie wspomnień Józefa Majewskiego, zam. Przy ul. Torowej – dowiadujemy się, że w dniu 7 września 1939 roku dwóch żołnierzy polskich zajęło stanowisko bojowe z działkiem przeciwpancernym pod murem domu jego brata – W. Majewskiego, właściciela piekarni przy ul. Łaskiej 47. Po krótkiej wymianie strzałów z Niemcami, jeden z nich wycofał się. Pozostały na stanowisku żołnierz, celnymi strzałami dezorganizował natarcie hitlerowskich czołgów.

W kolumnach niemieckich powstało duże zamieszanie. Nie wiedzieli na jakie siły obrońców trafili. Dopiero ich zwiad ujawnił stan faktyczny. Wtedy to, Niemcy podciągnęli działo i strzelili od ul. Wiejskiej pociskiem zapalającym, który trafił w budynek. Odłamki pocisku zabiły J. Salwę. Wszystko wokoło zaczęło płonąć. W płomieniach znalazł się również bohaterski obrońca. Świadkowie tamtych dni twierdzą, że nawet oficerowie hitlerowscy, mijając poległego żołnierza, oddawali mu honory wojskowe.

Józef Salwa pochowany został w podwórku przy ul. Łaskiej 15. W późniejszym czasie zwłoki bohaterskiego żołnierza polskiego przeniesiono na cmentarz komunalny. Tam spoczęły w kwaterze żołnierzy polskich. Zeznania świadków nie są z sobą w pełni zgodne. Niektóre podają zupełnie odmienne wersje ówczesnych wydarzeń. W większości z nich jednak powtarzają się fakty przytoczone przez nas wyżej.

Prawdopodobnie całkiem wiernego opisu tych wydarzeń nie da się już uzyskać. Tak, czy inaczej Józef Salwa zasłużył sobie, aby uczcić pamięć jego czynu. Uczynimy to wszyscy, wspominając Bohaterów Września.

Ponadto, staraniem władz miasta, zarówno Józef Salwa, jak i cały 15 pułk „Wilków”, broniący Pabianic w dni wrześniowe – otrzymają w niedalekiej przyszłości pamiątkowy kamień.

W 1998 r. Roman Peska wydał książkę „Bitwa pabianicka”, w której wspomina o Józefie Salwie. Autor pracy przed wojną mieszkał przy ulicy Reymonta. 7 września 1939 roku znalazł się na Łaskiej i zobaczył poległego żołnierza: W okolicach obecnej stacji CPN na ulicy Łaskiej zauważyliśmy spalone domy. Mieściła się tu podobno piekarnia. Tu przed budynkiem leżał w kałuży krwi zabity polski żołnierz, którego mundur był częściowo nadpalony. Obok niego stało małe działko przechylone na bok, z pękniętym kołem. Gdy nadeszliśmy stało akurat dużo ludzi, otaczając to miejsce. Jedna z kobiet głośno modliła się, klęcząc przy zwłokach żołnierza. Pozostali cicho powtarzali słowa modlitwy: wieczny odpoczynek racz mu dać Panie… W pewnym momencie nadjechało wojskowe auto niemieckie i wyskoczyła z niego gromada młodzieńców w żółtych mundurach i ze swastykami na rękawach bluz. Krzycząc i bijąc kolbami karabinów rozpędzili zgromadzonych ludzi. Po pewnym czasie, mój starszy brat Marian, przyniósł wiadomość, że ów żołnierz nazywał się Salwa i sam w pojedynkę ostrzeliwał prące na miasto czołgi, niszcząc kilka z nich.

Andrzej Gramsz w „Dziejach Pabianic: kalendarium okresu okupacji 1939-1945” podaje, że 7 września 1939 roku przy dziale przeciwpancernym ukrytym za domem W. Majewskiego przy ulicy Łaskiej 47 Józef Salwa z Kielc samotnie ostrzeliwał atakującą od strony Chechła kolumnę niemieckich czołgów. Broniąc dostępu do miasta, bohaterski żołnierz zginął w płomieniach od pocisku zapalającego, wystrzelonego z niemieckiego działka ustawionego na osi ulicy Wiejskiej. Inna wersja śmierci bohaterskiego żołnierza mówi, że J. Salwa zginął zaatakowany granatem przez miejscowego Niemca Brodla zamieszkałego przy ulicy Kunickiego 5 z dywersyjnej V Kolumny.

Obraz września 1939 roku byłby niepełny bez opowieści o pojedynkach powietrznych nad Pabianicami. W numerze 35. Życia Pabianic z 1984 r. Wiesław Galus opublikował relację z tamtych wydarzeń.

Jedną z bohaterskich jednostek Armii „Łódź” był Lwowski Dywizjon Myśliwski, który wchodził w skład lotnictwa armijnego. Dywizjon składający się z dwóch eskadr (161 i 162) po 10 maszyn każda, przyleciał na polowe lotnisko w Widzewie koło Pabianic w ostatnich dniach sierpnia.

1 września. Na lotnisku polowym w Widzewie gotowych do walki było 20 maszyn myśliwskich typu PZL-11c i PZL-7a. Były to maszyny przestarzałe o słabych silnikach i uzbrojeniu (szybkość maksymalna 390 km/godz., najwyższa osiągalna wysokość 5500 m, uzbrojenie – PZL-11c: 4 k-my. PZL-7a – 2 k-my). Jedyną zaletą tych samolotów była dobra zwrotność oraz mała szybkość startu i lądowania (mogły praktycznie startować z każdego terenu, nie wymagały utwardzonych pasów startowych).

Jako pierwszy lądował łącznikowy dwupłatowiec PWS-26. Wkrótce za nim lecące ze Skniłowa myśliwce, ostatnie maszyny pierwszego rzutu, lądowały już przy zapadających ciemnościach. Z powodu niedostatków „lotniska” dochodzi do kapotażu samolotu ppor. Kazimierza Rębalskiego. Następnego dnia przybywają pozostałe maszyny oraz rzut kołowy z personelem technicznym, paliwem i sprzętem pomocniczym. Dowództwo dywizjonu lokuje się w pałacu właściciela folwarku widzewskiego – Niemca Herse. Personel techniczny i obsługa lotniska przygotowują maszyny i teren lądowania do działań.

2 września. Ranek tego dnia był pogodny, ale bardzo mglisty. Już o o godzinie 7 nad Widzewem pojawił się niemiecki samolot zwiadowczy typu Henschel Hs-126, ale wkrótce uwikłał się w walkę z polskim PZL-em z Widzewa i musiał ratować się ucieczką. Słychać było terkot broni pokładowej i na chwile obie maszyny były dobrze widoczne, by rozpłynąć się nagle we mgle.

Większość samolotów z widzewskiego lotniska wydzielona została do działań z zasadzek tj. z zaimprowizowanych lądowisk ( Męcka Wola, Łask, Zduńska Wola). Toteż, gdy w południe posterunki dozorowania zameldowały o grupie bombowców kierujących się w stronę Łodzi, na lotnisku w Widzewie były tylko 2 klucze 162 eskadry (6 maszyn P-7a).

O godzinie 12 radio nadało dla nikogo nie zrozumiały komunikat: - „Halo, halo. Florian prosi Szarego, żeby wrócił…” oraz następny: - „Uwaga, uwaga, przeszedł! LA-PU 31, CUK-MA 18, TU-KAN 33”… Około godziny 13 syreny w Pabianicach obwieściły alarm lotniczy, ale nie wszyscy mieszkańcy miasta wierzyli, że to wojna. Po upływie około 15 minut od południowej strony miasta dał się słyszeć daleki głęboki „jęk” przeciążonych silników lotniczych. Jednocześnie z Widzewa dobiegł grzmot silników startujących maszyn polskich. W chwilę później 6 samolotów PZL-7a było w powietrzu. Zatoczyły krąg nad miastem i poleciały w kierunku zachodnim, ciągle nabierając wysokości. Na horyzoncie ukazały się już powiększające się z każdą chwilą punkty, które w miarę zbliżania się, przybierały kształty dwusilnikowych samolotów. Była to grupa niemieckich bombowców typu Heinkel He-111 i Dornier Do-17, w asyście dwusilnikowych myśliwców typu Messerschmitt Me-110, razem 24 maszyny.

Samoloty niemieckie już osiągały południową granicę miasta, gdy z wyższego pułapu zaatakowali Polacy. Chociaż maszyn polskich było tylko 6, impet uderzenia był jednak duży. Niemieckie samoloty natychmiast złamały szyk i Messerschmitty zwarły się w walce z polskimi myśliwcami.

Tymczasem z lotniska w Widzewie wystartował do walki na PZL-11c ppor. Jan Dzwonek z 161 eskadry. Wchodził on w skład klucza, który z zasadzki pod Zduńską Wolą zestrzelił rankiem Junkersa Ju -86. Przed południem ten sam lotnik wystartował ponownie wraz z ppor. Edwardem Kramarskim, ścigając przelatujący zespół bombowców. Obaj piloci tak byli zabsorbowani pościgiem za bombowcami, ze nie zauważyli nadlatujących z boku Me-110, które oddały do Polaków kilka serii z działek i karabinów maszynowych. Kramarski ginie na miejscu, ale Dzwonek choć dwukrotnie ranny, ciągnie w kierunku Widzewa. Jego koledzy ze 162 eskadry już związali się walką z Niemcami. Pilot mimo osłabienia z powodu odniesionych ran, startuje natychmiast, by pomóc kolegom walczącym na słabszych PZL-7a. Leci nisko nad dachami domów, na kadłubie jego maszyny widnieje biały numer taktyczny „5”. Właśnie rozległy się pierwsze serie broni pokładowej, gdy „piątka” porucznika wdarła się w wir walki.

Potworzyły się grupy i zespoły walczące, czterech Niemców przeciwko jednemu Polakowi, gdzie indziej znów dwóch Polaków przeciwko jednej maszynie niemieckiej. Polacy walczący na słabszych samolotach, szukali szansy w ataku z wyższego pułapu od strony słońca.

Wkrótce niebo pokryło się siatką białych „nitek”. Walka przenosiła się nad miasto. Niemieckim myśliwcom pomagali ogniem strzelcy pokładowi z bombowców, tak więc siła ognia była nieporównywalna, prowadzono go jednocześnie do każdej polskiej maszyny z wielu kierunków. Bez przerwy obserwowałem „piątkę” ppor. Dzwonka. Uwijała się między wrogimi maszynami, gdy nagle – odeszła od walki i zniżyła lot. W ogonie samolotu błysnął płomień ognia i po chwili zgasł. Nagle płomienie jednocześnie ogarnęły całą maszynę, która runęła w dół, płonąc jak pochodnia. Pilot wyskoczył z maszyny, ale w chwilę potem zaatakowany został przez Messerschmitta. Polskiego pilota uratowała natychmiast pomoc kolegów. Kapral Jan Malinowski nagłym zwrotem przez plecy dochodzi Niemca z boku i otwiera długą, skuteczną serię w kabinę niemieckiej maszyny. Uratowany pilot szczęśliwie osiągnął ziemię, lądując pod lasem miejskim w Potaźni. Hitlerowski Me-110 runął na pola wsi Ślądkowice, a zespół wysłany samochodem z Widzewa stwierdził, że pocisk ugodził Niemca w lewą łopatkę wychodząc prawym płucem.

Koledzy ppor. Dzwonka zestrzelili jeszcze dalsze 2 maszyny niemieckie. Ranny i poparzony ppor. Dzwonek został przewieziony do szpitala w Pabianicach, a po czterech dniach do Warszawy.

Moją uwagę pochłonął widok obniżającego lot bombowca He-111, który ścigany przez polskiego myśliwca, spadł na ziemię w rejonie Tuszyna. Widzę, jak inny PZL „siedzi” na tłustym Heinklu i „dusi” go do ziemi. Coraz częściej spadają na ziemię pociski. Zostaję sprzed domu wciągnięty do korytarza, gdzie przez uchylone drzwi od strony podwórka widzę jak ścigany Me-110 z potwornym rykiem silników, kładzie się w prawy ciasny skręt, a zaraz potem coś uderzyło w mur nie opodal drzwi od korytarza. Gdy walka przeniosła się nad Widzew i Łódź, z lotniska na Lublinku odezwała się polska artyleria, włączyły się również inne klucze, ściągnięte z zasadzek. Porucznicy Główczyński i Koc zestrzeliwują dalszego Me-110, ale ginie ppor. Ruszel, trafiony prawdopodobnie przez artylerię przeciwlotniczą (silnik znaleziono w odległości 800 m od reszty samolotu). Artyleria trafia Dorniera, ale niemiecka maszyna pozostaje w powietrzu. Jeden bombowiec niemiecki odłącza się od grupy i ucieka w kierunku południowym. Ściga go PZL, ale odległość między maszynami zamiast maleć – rośnie.

Było już chyba po zachodzie słońca, a walka wciąż trwała, przenosząc się dalej i dalej nad Łódź. Dywizjon zniszczył tego dnia 5 samolotów wroga, tracąc 4 maszyny własne, ponadto 3 dalsze nie nadawały się już do naprawy doraźnej. Zestrzelenie 3 myśliwców niemieckich Me-110, potwierdzone przez stronę niemiecka, było niezaprzeczalnym sukcesem pilotów 162 eskadry Lwowskiego Dywizjonu Myśliwskiego.


Pojedynek lotniczy nad miastem zapamiętał także Edward Sławiński, redaktor przedwojennej Prawdy Pabianickiej: Na rozległych polach niedalekiego Widzewa, rozlokowała się osamotniona eskadra polskich samolotów myśliwskich, patrolujących niebo Pabianic i okolicy. Jeden z tych bohaterskich myśliwców stoczył zaciętą, zwycięską walkę powietrzną z lekkim bombowcem nieprzyjacielskim, na oczach całego miasta. Zwinny, przestarzałego typu, polski myśliwiec dokazywał cudów odwagi w ataku na samolot hitlerowski. Gęste serie karabinów maszynowych przeszywały powietrze. Walka Dawida z Goliatem! W pewnej chwili, bombowiec zapalił się ciągnąc za sobą chmurę czarnego dymu. Z kabiny trafionego bombowca wyskoczył na spadochronie pilot i wolno opadał na pola staromiejskie. Policja zawiozła poparzonego lotnika niemieckiego do szpitala miejskiego, gdzie otrzymał pierwszą pomoc lekarska i należytą opiekę, następnego dnia, przewieziono jeńca do szpitala wojskowego w Łodzi.

Owym dzielnym Dawidem okazał się Jan Dzwonek. Lotnika przypomina obelisk w Bychlewie, który został między innymi poświęcony Janowi Błochowi, Stanisławowi Muszczakowi I Bonifacemu Perkowskiemu. Mężczyźni ci jako pierwsi pospieszyli z pomocą, ciężko rannemu, porucznikowi Dzwonkowi.

Pilot nie przestaje budzić zainteresowania miłośników historii. Dariusz Tyminski opracował artykuł „ Jan Dzwonek – Within an Ace of Death”

The 161st Fighter Escadrille (consisting of III/6 Squadron), commanded by Cpt. Władysław Szczesniewski, was assigned after the mobilization order to the „Lodz” Army. On 1 September 1939, despite being victored many times against enemy planes, the pilots of the unit were unable to contact or engage the Luftwaffe. The next Day, Squadron leader Mjr. Stanislaw Morawski assigned four pilots (Sec. Lt. Szubert, Sec. Lt. Dzwonek, Cadet Kremarski, Sgt. Pretkiewicz) to fly a sunrise mission to ambush the enemy. During darkness, the four-plane formation was moved to a secondary airfield in Wola Wężykowa near Zduńska Wola. Dzwonek, together with Kremarski, downed a Herschel 126 on a reconnaissance mission About 16:00 hours the same pair took off again to intercept Heinkel 111’s. But the Polish pilots were surprised by Bf 109’s. Cadet Kremarski, was hit in the head and killed, his plane crashing in the forest near Sędziejowice, and Sec. Let. Dzwonek was wounded in his left arm and leg.

Dzwonek describes what happened next: „In a bleak mood I returned to the airfield of our squadron. The plane had o lot of bullet holes. The cockpit instrument panel was almost all destroyed by Bf 109 shells. The only instrument untouched was the compass, and it showed me right way. Over Łask, our AA, defending a rail station, „welcomed” me with gunfire. Luckily, they missed.

Suddenly, I noticed an unusual show. A few Bf 110’s battled with our aircraft. The Germans had a great advantage. I had to decise wheather to help my colleagues or safely land on the airfield. Without hesitating, I pulled full throttle. I moved my injured leg to avoid disturbing my steering. My left hand, sticky with blood, I laid on my thigh. I wedged my health leg into the rudder pedals for sure steering. Then, I flew away from the dogfighting planes to climb. Under me was Lodz city. Soon I reached a 500 meter altitude advantage over the swarm of clashing aircraft; I then trimmed the aircraft to a „nosy-heavy” position to keep the P. 11 better stabilized when diving.

I chose as a target the nearest Bf 110 and droped my machine towards him. From the nearest distance I opened fire, the stream of bullets hitting the fuselage. High speed didn’t permit me to open fire again. Black crosses passe nearby as I pulled up to avoid crashing with the Bf 110. I was again higher and turned to a second attack. After the second pass, the German slipped from my gunsight in a sharp turn. I wasn’t able to follow him, because in diving the speed could reach 700 km/h. I flew down near the German and to drop him from my backside, I pulled the stick sharply. The inertial energy squeezed me into the seat. At the same time I blacked-out. Completing the pull-out, I was flying directly into the center of the dogfight. In my gunsight I caught one Bf 110, but the pass was too short. He banked right and escaped. I tried to follow him by banking inside his turn, but then I discovered another German sliding onto my tail. In some kind of unusual half turn I slipped under his gunfire, yet still received a few hits in my left wingtip. Again I encountered another Bf 110, and after a short pass, had to dodge again…

All the time I tried to join my battling colleagues, without success. I attacked the next fighter. After a good targeting pass, the Bf 110 disengaged. He was damaged. Following the attack I noticed another Bf 110’s. One of them escorted the damaged plane and they left combat. I turned back to main arena and noticed a Bf 110 under fire by two P. 11’s. I shot a short burst at him. After our pair of „Pezetel” fighters followed another Bf 110, I caught him in my crosshairs. German pilot discovered me and left our pair, who just burned first one BF 110.

With the engine of my plane still at full throttle, I climbed up over the battling machines to begin my next attack. A German in a left turn tried to dip under my stream of bullets. Then we flew head to head, the Bf 110 growing to fill my gunsight. I pressed the trigger, sending a long burs tinto the BF 110 and immediately pulled the stick back to avoid a crash. My fire was well targeted and effective, but my P.11was being attacked from behind by another Bf 110 and in second my machine was on fire. Flames reached the cockpit and burned my face. I had to bail out.

I began to fry in the cockpit. My struggle with the seat belt and shoulder harness was so long, that I was almost resigned to my fate. Covering my face and eyes against the fire with my left hand, I opened the belts and with a great heavy, bailed out the port side. We had had instructions to only open our parachute near the ground (after incidents of air men being strafed in their chutes on 1st September, Polish HQ ordered pilots to open their parachute as low as possible). I looked at my hands – they were white, simple fried, and I thought that 2000 meters lower they might be totalny useless. I pulled the handle, and the pain was like holding molten metal. A moment later I felt the jerk – the parachute was open.

I was hanging in the chute at about 2000 meters altitude when I noticed tracers passing near to me. They missed, but this pirate of the Third Reich not give up and attacked me again. This second time the wave of bullets also spared me. Shells passed to the left and right of my body. The German didn’t get a third chance to kill me because my friend Jan Malinowski from 162nd Escadrille (flew on P. 7a) successfully attacked the German. On the first attack He set the right engine of the Bf 110 on fire, and on the second pass killed the pilot. THe aircraft fell, crashing in pieces.

During my landing I damaged my backbone. I was transported to the hospital in Pabianice, where I heard someone say I had no chance to see next sunrise. I did go into coma for 20 hours. When I awakened , the doctor told me, that in the same hospital was a Bf 110 pilot – the one I downed.

The adversaries of eight PZL fighters of Polish Squadron III/6 were a formation of 23 Messerchmitt Bf 110’s of I./ZG76. German pilots that day reported 2 victories (Leutnant Helmuth Lent and Oberleutnant Nagel), at the loss of three aircraft. Polish pilots claimed 2 kills: one shared by Sec. Lt. Koc and Sec. Lt. Glowczynski (the Bf 110 fell on a field in the village of Ślądkowice, near Pabianice). The second victory was by Corp. Jan Malinowski of 162. Eskadrille. The third victory should probably be added to score of brave Sec. Lt. Dzwonek. Because he wasn’t able to report his Bf 110 kill, his official victory score was only ½ of a Hs 126.

Besides the death of Sec. Lt. Edward Kremarski in further combat and the shooting down of dzwonek, Squadron losses included one P. 11 c, piloted by Wiesław Choms. He crashed while landing after combat. With Polish victories matching the number of Polish aircraft lost in this battle, you can appreciate the great effort of the Polish pilots, outnumbered 3-1 by enemy aircraft of far more modern design as was the Bf 110 C-1.

As he recovered from his burns, Jan Dzwonek changed hospitals several times to avoid German arrest. In December of 1939 he changed his name to Jan Jasiński (He used this name also in post-war period). After the war he flew as glider pilot in the Polish Aeroclub. Jan Dzwonek-Jasiński died in Warsaw on 13 May 1982.

Jan Dzwonek urodził się w 1913 r. w Kielcach. Ukończył Szkołę Podchorążych Lotnictwa. Po promocji i awansie na podporucznika został skierowany do 161. eskadry myśliwskiej 6. Pułku lotniczego we Lwowie. W 1947 r. za udział w kampanii wrześniowej odznaczony został Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari. Po wojnie studiował w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W latach 1945-1951 prowadził szkolenie szybowcowe, a na swojej uczelni zajęcia teoretyczne. W latach 1947-1951 był asystentem w Katedrze Lotniczej AGH w Krakowie i na Wydziale Lotniczym Politechniki Wrocławskiej. Był członkiem szybowcowej kadry narodowej. Represjonowany w czasach stalinowskich za przynależność do AK - został skreślony z listy pilotów. W latach 50. Pracował w Krakowskich Zakładach Budownictwa Przemysłowego, w Spółdzielni Metalowców, Technikum Mechanicznym, Krakowskich Zakładach Betoniarskich. Od 1956 r. pracował w Zespole Kierownictwa Sanitarnego w Łodzi a następnie w Centralnym Zespole Lotnictwa Sanitarnego w Warszawie.


Walkę Jana Dzwonka nad Pabianicami upamiętnił także Robert Jackson w książce „Baling Out: Amazing Dramas of Military Flying”, Pen&Sword Books, UK 2006. Polski pilot był jedną z pierwszych ofiar nazistowskiej bezwzględności i braku humanitaryzmu już w pierwszych dniach drugiej wojny światowej. Second Lieutenant Dzwonek of the 161st Fighter Squadron shot down and fired at by enemy fighter as he descended under his parachute.

Jan Dzwonek został przypomniany również w Polskim Roczniku Prawa Międzynarodowego, t.5/1974 s. 253.



***

Roman Peska opublikował  wspomnienia z września 1939 roku w Nowym Życiu Pabianic nr 35-36/1991 r.

Grosza dla naszej armii nie szczędził nikt. Tutaj, przy ulicy Reymonta 20 była to sprawa honoru. Przyrzekaliśmy sobie, że wróg nie dostanie nas łatwo.

Parter budowanej właśnie kamienicy zamieniliśmy w schron przeciwlotniczy i przeciwczołgowy. Uszczelniliśmy drzwi i okna, stropy, przewody kominowe i wentylacyjne. Pracowali wszyscy, nawet dzieci. Pod kierownictwem majstra Targowskiego robota była gotowa w parę godzin.

Szyby okleiliśmy paskami z papieru. Przygotowaliśmy zasłony na okna, pojemniki z wodą i piaskiem oraz sprzęt przeciwpożarowy. Mężczyźni przechodzili szkolenie w obronie przeciwgazowej i przeciwpożarowej. Kobiety uczyły się jak udzielać pierwszej pomocy. Na dachu zbudowaliśmy stanowisko obserwacyjne, w którym dyżury pełnili młodzi mężczyźni. Meldunki za pośrednictwem łącznika były przekazywane do sąsiedniego telefonu, a stąd do sztabu obrony. Gromadzono zapasy żywności. Wzajemnie pomagaliśmy sobie. Twarze kobiet spoważniały, a w ich oczach pojawiła się troska. Nikt jednak nie tracił ducha. Komunikaty radiowe odbierane przez jedyny w posesji radioodbiornik kryształkowy, wysłuchiwane były gromadnie. Wszyscy też żywo nad nimi dyskutowaliśmy, tak jak i nad czytanymi gazetami. Wielkim przeżyciem o proroczym znaczeniu było pojawienie się któregoś sierpniowego wieczoru „czerwonego nieba” w zachodnio-północnej części horyzontu. Starsi mówili o niedobrym znaku zapowiadającym nadejście strasznych czasów. Młodzi najpierw żartowali z tych proroctw, ale później zmienili zdanie.  

Wybuchła wojna. Przyjęliśmy to z powagą i spokojem. Nie było widać najmniejszych śladów paniki. Młodzi chłopcy szykowali się do „wojaczki”, by za kilka dni wyruszyć na odsiecz Warszawie i bronić świętej sprawy Ojczyzny. Wśród nich był mój starszy brat Kazimierz. Wrócił po kilku dniach spod Sochaczewa . Kilka dni wcześniej wyruszyli do wojska zmobilizowani rezerwiści żegnani kwiatami i łzami przez całą ulicę. Z naszego podwórka poszedł na wojnę Zygmuś Siwek.

Syn Neugebauerów – Adam, porucznik rezerwy Wojska Polskiego został zamordowany w Katyniu. Eugeniusz Ebenryter – oficer lotnictwa, zasłużony pilot w stopniu pułkownika, po powrocie do Ojczyzny, już „ludowej”, prześladowany i odsunięty od ukochanych samolotów emigruje do Australii, gdzie umiera  i jest pochowany.

Pierwszymi zwiastunami wojny były niemieckie samoloty. Najpierw zwiadowcze, a później bombardujące miasto. Jedna z bomb spadła na ulicy Reymonta zabijając kobietę. W czasie tych nalotów kryliśmy się po ogrodach i w sieniach większych, murowanych budynków. Czwartego czy piątego dnia wojny, nagle na naszym podwórku pojawił się żołnierz polski na koniu w pełnym rynsztunku, w hełmie i z karabinem. Wpadł jak szalony z zakurzoną i umęczoną twarzą. Początkowo nikt go nie rozpoznał. Dopiero gdy zsiadł z konia i zdjął hełm, wszystkim zebranym wyrwał się zgodny okrzyk – Zygmuś! Rzeczywiście był to Zygmunt Siwek, który wycofując się razem z oddziałem „przy okazji” wpadł do domu zobaczyć mamę. Pocieszał ludzi jak mógł, ale gdy powiedział, że front jest już w okolicach Widawy wszyscy spochmurnieli. Po kilku minutach podciął konia i ruszył z kopyta Reymontowskim brukiem w kierunku ulicy Legionów (dziś Partyzancka).

Na naszych oczach rozegrał się dramat polskiego pilota, dzielnie walczącego na swoim RWD z kilkoma niemieckimi myśliwcami. Trafiony zaczął spadać, ciągnąc za sobą smugę dymu. Kobiety i dzieci płakały, a mężczyźni zaciskali pięści.

Potem ruszyli wielką ławą uciekinierzy spod wieluńskiej granicy. Ciągnęli wozami i pieszo, dzień i w nocy na wschód, do warszawy. Fala uciekinierów rozlewała się po całym mieście, wpłynęła również na ulicę Reymonta. Mieszkańcy wychodzili z domów, przyglądali się ludziom. Dzielono się czym kto miał z uciekającymi. Zapraszano ich do domów na posiłki i odpoczynek.

Naloty bombowe były coraz częstsze. Któregoś dnia schroniliśmy się przed bombardowaniem w rosnącej obok torów kolejowych kukurydzy. Spotkaliśmy tam grupę rozgorączkowanych i zaskoczonych wojskowych w polskich mundurach obsługujących radiostację polową. Przegonili nas grożąc bronią. Po powrocie do domu zameldowaliśmy o tym spotkaniu, stacjonującej w pobliżu grupie wojskowych. Udali się na wskazane miejsce, ale nikogo już nie zastali. Mówiono, że byli to dywersanci z „V kolumny”.

Po kilku dniach zamieszkali w naszej „werkszteli” uciekinierzy. Była to rodzina z Klimkowizny, gdzie toczyły się ciężkie boje. Dochodziły stamtąd odgłosy wybuchów i strzałów. Opowiadali straszne rzeczy. Spalone i zniszczone Chechło, Klimkowizna, Karolew. Wielu zabitych i rannych żołnierzy.  Cudem uniknęli śmierci.

Zaczęło brakować żywności. Rodzina uciekinierów nie miała ze sobą nic. Jedynym codziennym pokarmem dla wszystkich stała się zupa ugotowana z rozpuszczonej w wodzie mąki. Gotowała ją mama z ciocią i w wielkim żeliwnym garnku na kanonce opalanej kawałkami drewna i szmat. Wszystkim co dawało się spalić. Zupa była gęsta i zawierała „kluchy” nie rozpuszczonej mąki. Smakowała wtedy tak, jak jeszcze nic w życiu. Nie zapomnę tych chwil, gdy wygłodzeni nie odstępowaliśmy kanonki, czekając na swoją porcję. Następnego dnia, już po wkroczeniu wojsk niemieckich, ciocia z Klimkowizny postanowiła wrócić do swojego domu. Poszli całą rodziną a wraz z nimi i ja i moja siostra Janina. Szliśmy ulica Legionową, a następnie Łaską. Wszędzie pełno było pojazdów i niemieckich żołnierzy. Widzieliśmy rozbite furmanki, porzucony sprzęt i pojedyncze trupy polskich żołnierzy.

Za dworcem w pobliżu miejsca, gdzie dziś znajduje się stacja CPN dopalały się domy. Przed jednym z nich w kałuży krwi leżał zabity polski żołnierz. Jego mundur częściowo był nadpalony. Obok stało działko z pękniętym kołem, przechylone na bok. Podeszliśmy do grupy osób, która otaczała to miejsce. Jedna z kobiet głośno modliła się klęcząc przy zwłokach żołnierza. Pozostali powtarzali : „wieczny odpoczynek racz mu dać Panie…”. W pewnym momencie nadjechało wojskowe auto niemieckie i wyskoczyła z niego gromada młodzieńców  w żółtych mundurach ze swastykami na rękawach. Krzycząc i  bijąc kolbami karabinów rozpędzili modlących się ludzi. Później, od mojego brata Mariana, dowiedziałem się, że zabity żołnierz nazywał się Salwa i sam w pojedynkę ostrzeliwał prące na miasto czołgi elitarnego pułku zmotoryzowanego SS „Adolf Hitler”, niszcząc kilka z nich.

Szliśmy w stronę „Strzelnicy”. To co ujrzeliśmy było przerażające. Jedna wielka masakra ludzi, koni i przeróżnego sprzętu. Trudno było przejść. Pościnane do połowy drzewa, drzewa wyrwane z korzeniami leżące na podziurawionej bombowymi lejami ziemi, porzucone wozy, martwe konie z rozprutymi brzuchami i żołnierskie ciała. Krajobraz po bitwie. Przy głównym wejściu do parku, w oknie płonącego budynku zwisało ciało zabitego żołnierza polskiego. Nie mogliśmy przejść dalej, a może po prostu baliśmy się iść dalej tą drogą śmierci.

Torami kolejowymi, chyłkiem przemykając przez otwarty teren, dotarliśmy w końcu do Klimkowizny. Ujrzeliśmy jedno wielkie pogorzelisko. Część domów dopalała się. Ludzie jak zjawy błąkali się wśród ruin. Ratowali co się dało. Ciocia z rodziną poszła dalej, a ja z siostrą przez karniszewickie pola wróciliśmy do domu. Po tej wyprawie przez kilka dni nigdzie nie wychodziliśmy.

I właśnie wtedy pojawił się na naszej ulicy Niemiec Lejman w towarzystwie żandarmów. Wskazywał im domy i nazwiska Polaków, których zabierali prowadząc pod bronią. Zniknęli wtedy bez śladu również synowie Potapskiego i Krzymuckiego. Po kilkunastu dniach wszystkich mieszkańców „20” wysiedlono, a budynki rozebrano. Pozostawiono tylko niedokończony budynek, który zresztą w krótkim czasie został wykończony i zasiedlony przez dwie rodziny funkcjonariuszy niemieckich.

W jakiś czas potem dwóch moich starszych braci, z których młodszy miał 16 lat, wywieziono na roboty do Niemiec. Ulicę Reymonta przemianowano na ulicę Goethego. Miałem wtedy 7 lat, a gdy skończyłem 10 pracowałem już wraz z innymi polskimi dziećmi przy porządkowaniu parku zamkowego. Posyłano nas również do pracy w ogrodach, w Woli Zaradzyńskiej.

W 1945 r. miałem 12 lat i wtedy również wybrałem się z siostrą na wędrówkę przez miasto. Tym razem armia niemiecka podążała w pośpiechu w zupełnie innym kierunku. Patrzyłem na to z uczuciem radości i dumy.



Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij