www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 58 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Saba Gershon

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Alisson Shapira jest koordynatorką programu stypendialnego Wexner Israel Fellowship Program w Harvard Kennedy School w Cambridge, Massachchusetts, USA oraz konsultantką w zakresie PR. Dziadek jej męża to urodzony w Pabianicach Saba Gershon Ben-Yehuda (Gershon Pelta), obywatel Izraela. Przed wojną Gershon mieszkał w kamienicy przy Warszawskiej i Poprzecznej. W roku ubiegłym Shapira była wraz z Sabą i jego rodziną w Pabianicach. W sieci znajduje się bogato ilustrowana relacja z tej wizyty, a także relacja z uroczystości urodzinowej pabianiczanina.

Pięć minut przed ósmą, ciemny poranek w Rehovot, Izrael. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pięć srebrnych samochodów zatrzymuje się cichutko przed małym domem obrośniętym bluszczem. Ludzie wychodzą z aut niczym klauni, stąpają na czubkach palców, wymieniają bezgłośnie uściski i porozumiewawcze spojrzenia. Mają od 3 do 55 lat, noszą identyczne, białe koszulki. Wchodzą na teren posesji i ustawiają się przed wejściem głównym.

Dokładnie o ósmej drzwi się otwierają, wychodzi Saba Gershon Ben-Yehuda, a my śpiewamy „Happy Birthday'. Jest zaskoczony, ma przed sobą 20 osób. Powoli przygląda się każdemu z nas, trójce swoich dzieci i ich rodzinom. Otwiera szeroko oczy z niedowierzania, widząc mojego męża i mnie – niespodzianka z Ameryki. Ze łzami w oczach opada na kolana: Ma zeh? (Co to jest?) - pyta. Stopniowo odzyskuje równowagę. - Idziemy na śniadanie? - mówi. - Nie, Saba – wyjaśniamy – Jedziemy na wycieczkę. - Zdążymy na popołudniową drzemkę? - pyta. - Nie, Saba, nie damy rady.

W ten sposób zaczynamy 36 godzinne spotkanie rodzinne dla uczczenia 80. rocznicy urodzin Saby (Dziadka) Gershona, które nazwaliśmy Shmonim al Galgalim (osiemdziesiątka na kółkach). Pięć aut ruszyło na północ. Burzowe chmury, które przepuściły promień słońca podczas naszej operacji teraz uwolniły rzęsisty deszcz.

Saba Gershon Ben-Yehuda, urodził się jako Gershon Pelta w Pabianicach, Polska w 1929 roku. Stracił całą rodzinę w Holokauście. Przenoszony z obozu do obozu, został w końcu oswobodzony w Gunskirchen, Austria przez amerykańską 71. Dywizję Piechoty 4 maja 1945 r. Spędził rok w ośrodku rehabilitacji Villa Bencista we Włoszech, a następnie przypłynął statkiem wraz z 150 nielegalnymi emigrantami do Palestyny. Miał 17 lat.

Najpierw zatrzymaliśmy się w Atlit, podczas wojny był tu angielski obóz, w którym internowano żołnierzy włoskich. Brytyjczycy przetrzymywali w nim również nielegalnych żydowskich przybyszy. Szczęśliwi byli ci internowani, których nie odesłano do Europy. Spacerowaliśmy po terenie dawnego obozu w deszczu, zastanawiając się na ile jest on podobny do obozu koncentracyjnego – grube druty kolczaste, wąskie baraki, prysznic do dezynfekcji w centrum obozu. Wyobrażam sobie wygłodniałe i przerażone osoby ocalałe z Holokaustu, które mają iść pod wspólny prysznic. Był to jednak prawdziwy prysznic, a internowani otrzymali odpowiednie pożywienie i opiekę .

Zjedliśmy lancz w prowizorycznym pawilonie dla gości, który składał się z pity, mięsa i jachnum, piliśmy napój z mięty. Po posiłku zobaczyliśmy prezentację zdjęć uchodźców internowanych w Atlit. Nagle wśród starych fotografii dojrzeliśmy znajomą twarz. Skupiliśmy się wokół ekranu, a Saba wskazywał swoich przyjaciół, wymieniał ich nazwiska. Oglądaliśmy zdjęcie po zdjęciu. Saba był na wszystkich. Kiedy opuszczaliśmy Atlit chmury się rozstąpiły i zaświeciło słońce. Na krótko powrócił deszcz, który nie odstępował nas na autostradzie.

Następny przystanek mieliśmy w Kibbut Alonim, Galilea. Staliśmy na małym wzgórzu i słuchaliśmy jak Saba opowiadał, że został przywieziony do kibucu w otwartej ciężarówce. Pojechaliśmy też do Kiryat Amal, gdzie Saba pracował na polu u miejscowych gospodarzy.

Wieczorem uczciliśmy naszą podróż obfitym obiadem w Arbeli, niedaleko Kineret. Czuliśmy się jak w marokańskim namiocie za sprawą płonących świec, które odbijały się w połyskliwych mobilach pod sufitem. Odmówiliśmy kiddush i zasiedliśmy do uczty. Wszystkie potrawy były dziełem Yaffy i Rona Kobi, łącznie z olejem z oliwek. Wieczór zakończyła prezentacja w Power Point opowieści o Sabie. Zdjęcia ukazywały miejsca z nim związane, poczynając od Pabianic i Kałuszyna po Chełmno, gdzie ponieśli śmierć ojciec i siedmioletnia siostra. W Chełmnie nie było komór gazowych, toteż naziści prowizoryczne komory podłączali do rur wydechowych, zabijając tlenkiem węgla. W 1944 r. Saba trafił do Auschwitz, gdzie zamordowano pozostałych członków jego rodziny, siostry i brata. W 1945 r. został wysłany do Gunskirchen.

Zdjęcie za zdjęciem towarzyszyliśmy Sabie w jego perypetiach życiowych. Zobaczyliśmy pierwszą narzeczoną Shoshanę Shuster i obejrzeliśmy jej wypowiedź nagraną dla uczczenia jubilata. Widzieliśmy zdjęcia małżeńskie, ze ślubu z (Saftą) Matildą Nachman, rudowłosą mieszkanką Jerozolimy, któ rej rodzina uciekła z Hiszpanii. Zdjęcia dzieci, wnucząt i prawnucząt Saby uświadamiały nam, że jedno młode życie dało początek 20. bezcennym istotom. Nasz obiad był niekończącą się celebracją życia i wolności, rodziny i przyjaźni.

Nazajutrz powtórzyliśmy ucztę, spożywając izraelskie śniadanie złożone z serów, ziół, chleba, omletu, dżemów. Nocna burza ustąpiła znów promieniom słońca. Kontynuowaliśmy wycieczkę do Kibbutz Kinaret, gdzie Saba i Safta spędzili miesiąc miodowy. Znowu zaczęło padać. Skupiliśmy się pod blaszanym daszkiem, żeby wysłuchać wspomnień Saby. Pojechaliśmy do Naharayim, na granicy z Jordanią. Przemierzyliśmy dolinę Jordanu otoczoną zielonymi wzgórzami, ciemnymi chmurami i drutem kolczastym, oddzielającym flagi izraelskie i jordańskie.

Stanęliśmy w Tel Or, Naharayim. Hagana wysłała tu Sabę, żeby strzegł elektrowni wodnej wybudowanej w latach 30. we współpracy między Brytyjczykami, Jordańczykami i Żydem rosyjskim o nazwisku Pinchas Rutenberg. Saba przez sześć miesięcy pilnował obiektu (posiadał nawet paszport jordański) aż do wybuchu wojny o niepodległość, w wyniku której Jordańczycy i Irakijczycy zniszczyli elektrownię.

Po zwiedzeniu Tel Or, w ulewnym deszczu pojechaliśmy na południe, żeby zakończyć eskapadę w ulubionej przez rodzinę restauracji w Rehovot. Saba opowiadał o służbie wojskowej i swoim udziale w wojnie o niepodległość Izraela; o spotkaniu z przyszłą żoną, Saftą, matką rodziny. Mieli troje dzieci, kiedy najstarsze wstąpiło w związek małżeński, Saba wykorzystał umiejętności budowlane zdobyte w Auschwitz, aby wznieść domek dla młodej rodziny. W tym domu wychował się mój mąż i tam mieszkają jego rodzice.

Saba Gershon Pelta Ben-Yehuda dzięki niezwykłej sile ducha i instynktowi samozachowawczemu sprowadził na świat cztery pokolenia Izraelczyków. W ciągu 36 godzin ożywiliśmy jego historię i uczciliśmy wolę przetrwania. Po opuszczeniu restauracji pięć samochodów odjechało w różnych kierunkach.

Wżeniłam się w Holokaust. Chociaż mam polskie korzenie, rodzina przybyła do Ameryki zanim naziści zaczęli deportować Żydów do obozów koncentracyjnych. Holokaust żywo mnie interesuje ponieważ dotyczył mojego narodu, jednak nie mnie osobiście. Przeciwnie jest w rodzinie mojego męża. Każdego roku podczas Dnia Pamięci Holokaustu dziadek Saba wspomina przeżycia obozowe. Co parę lat zabiera członków rodziny z Izraela do Polski, żeby pokazać im miejsce, gdzie się wychował oraz odwiedzić, któryś z sześciu obozów koncentracyjnych w Polsce i Europie.

W tym roku Saba poprosił, żebym pojechała do Polski wraz z nim, jego córką, jej mężem i ich synem, który w październiku rozpoczyna służbę wojskową. Potraktowałam tę podróż tak jak Żydzi traktują Paschę (pamiątka wyjścia z Egiptu), a więc nie z historycznej perspektywy, ale w sposób osobisty: „To mi się przydarzyło, gdy byłem niewolnikiem w Egipcie”. Podczas podróży Saba był moim dziadkiem, a nie tylko dziadkiem mojego męża. Przygotowania do podróży były pełne kontrastów i oczekiwania. Jechałam do nieznanego kraju, o innym języku, innej kulturze, innych pieniądzach. Kupiłam książkę „Colloquial Polish” (Potoczny polski) i spędziłam nad nią wiele godzin, łamiąc sobie język. Z drugiej strony biorąc, nie jechałam na wakacje. Miałam podążać czyimiś śladami, które zamierzałam opisać, sfotografować i sfilmować. Mogła być to równie dobrze moja historia, gdybym była żydowską dziewczyną w Polsce, a nie w Ameryce.

40 lat po przyjeździe do Izraela Saba opisał przeżycia, których doświadczył w zwykłym notesie. Opowiadał o swoim dzieciństwie w Pabianicach i w getcie łódzkim, latach spędzonych w Auschwitz, Birkenau, w obozach w Niemczech i Austrii. Któregoś dnia jedna z córek Saby znalazła notes w szufladzie i z okazji 60. urodzin ojca opublikowała wspomnienia na użytek rodziny. Przeczytałam zatem obok & bdquo;Colloquial Polish”również „Saba's Story” (…) Namówiłam Sabę, żeby zabrał trochę ziemi z przydomowego ogródka. W Polsce przy każdym miejscu upamiętniającym zmarłych rozsypywaliśmy tę izraelską ziemię. Nie mogliśmy urządzić rodzinie Saby należytego pochówku w Erez Yisrael, ale przywieźliśmy nieco świętego piasku, żeby pobłogosławić ziemię przeklętą.

Na stronie Wexner Foundation możemy zobaczyć zdjęcia z tej podróży. Na jednym z nich Saba wraz z rodziną stoi u wjazdu do miasta pod tablicą z napisem: Pabianice. Nieco dalej widać mniejszą tablicę: Miasto Pabianice. Inne zdjęcie pokazuje okazały budynek na rogu Warszawskiej i Barucha, w którym, na parterze, mieści się obecnie apteka. Poniżej (zdjęcie w zdjęciu) dostrzegamy starą, nieistniejącą już kamienicę, w której Saba mieszkał z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa. Goście interesowali się starym miastem. Próbowali rozszyfrować znaczenie sześcioramiennych gwiazd wpisywanych w nazwy klubów piłkarskich na murach domów. Dokonali także zakupów w pobliskim sklepie spożywczym.

Ostatni wieczór w Polsce spędziliśmy w łódzkiej restauracji Anatewka, nazwa pochodzi z filmu „Skrzypek na dachu”. Wszystkie ściany zapełniały żydowskie zdjęcia i obrazy. W środku umieszczono niewielki dach, na który co pół godziny wspinała się młoda skrzypaczka. Saba poprosił, żebym zaśpiewała. Kiedy ucichły dźwięki skrzypiec, wstałam i zaśpiewałam „Rodzynki i migdały” w jidisz. Saba uśmiechnął się szeroko i śpiewał ze mną. Sala słuchała.


http://www.wexnerfoundation.org/blog/turning-80-and-revisiting-history


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij