www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Papiernia

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

W Pabianicach było wiele fabryk o znaczącej pozycji w kraju i za granicą, a wybitni przemysłowcy cieszyli się uznaniem w kręgach biznesowych. Gazeta Handlowa (7 lutego 1930) zamieściła nekrolog Oskara Saengera, prezesa Zarządu Pabjanickiej Fabryki Papieru.


4- b.m.- zmarł prezes Zarządu „Spółki Akc. Robert Saenger”- Pabjanicka Fabryka Papieru, ś.p. Oskar Saenger, którego działalność zawodowa znalazła żywy oddźwięk w kraju i za granicą, zjednując Mu powszechne uznanie za niespożytą energię i wiedzę w dziele rozwoju polskiego przemysłu papierniczego i celulozowego. Ś.p. Oskar Saenger urodził się w Warszawie, w dniu 4 sierpnia 1873 roku. Szkołę średnią ukończył w Rydze, a następnie akademię handlową w Wiedniu. O energii ś.p. Oskara Saengera świadczy fakt, że po doszczętnem spaleniu fabryki papieru ojca w Pabjanicach, wybudował nową fabrykę, która była zaczątkiem obecnie istniejącego wielkiego konsorcjum Spółki Akc. Pabianickiej Fabryki Papieru, jednoczącej w swojem łonie największą w Polsce fabrykę celulozy we Włocławku i dwie fabryki papieru, w których od 1920 r., zainteresowany jest kapitał francuski. Ś.p. Oskar Saenger rozwijał bardzo żywą działalność i w innych dziedzinach przemysłu polskiego, w organizacjach gospodarczych i społecznych.


Nie ma prawie takiej poważniejszej spółki w Polsce, w której by zmarły nie brał żywego udziału. Należał więc do Rady lub Zarządu: Spółki Lillpop, Rau i Loewenstein, Banku Zachodniego, Ostrowieckich Zakładów, Centr. Związku, poza tym był założycielem Banku Prywatnego w Warszawie, przekształconego następnie na istniejący obecnie Bank Szwajcarsko-Polski. Ponadto był twórcą „Polrosu”, zadania którego polegają na zbliżeniu handlowem między Polską, a Rosją Sowiecką. Między innemi również był członkiem Komitetu Dyskontowego Banku Polskiego.


W uznaniu za zasługi położone dla kraju ś.p. Oskar Saenger odznaczony został Orderem Komandorii „Polonia Restituta”.


Ś.p. Oskar Saenger prowadził w Polsce racjonalną eksploatację przemysłu drzewnego, świecąc przykładem i w tej dziedzinie. Przedwczesna śmierć ś.p. Oskara Saengera zabrała jednego z najdzielniejszych ludzi odrodzonej Polski, cieszącego się w sferach przemysłowych i gospodarczych wielką popularnością i uznaniem, i wzbudziła szczery żal w kołach gospodarczych kraju. Redakcja „Gazety Handlowej”ze swej strony przesyła rodzinie i Zarządowi Towarzystwa „Robert Saenger” wyrazy szczerego współczucia z powodu bolesnej straty. Cześć pamięci niestrudzonego pracownika!


Fabrykę papieru, od strony pracowniczej i z pozycji klasowych, w duchu PRL, przedstawia reportaż Feliksa Bąbola „Cztery pokolenia” opublikowany w Spojrzeniach. Ziemia Łódzka z. II (1970). Niezależnie od uwag krytycznych, które pojawiają się w tekście pod adresem kapitalistów, warto podkreślić, że bohater reportażu Czesław Kossek – zwykły pracownik firmy, jak sam mówi, zdołał przed wybuchem wojny zaoszczędzić sumę potrzebną na wybudowanie domu.


Co wycisnęło piętno na przeszłości tego miasta? Jedni mówią, że bawełna, inni – że papier . Pierwsi, że Krusche i Ender, drudzy – że Steinhagen i Saenger. Historia pabianickiego papieru jest chyba jeszcze ciekawsza niż historia bawełny. Zresztą w dziejach tego miasta bawełna splata się z papierem.


Leonard Fessler w 1839 roku zakłada tu fabrykę włókienniczą, by potem – gdy Krusche odkupuje od niego bielnik, apreturę i inne oddziały włókiennicze – wybudować na wolnych placach należących do fabryki pierwszą papiernię pabianicką i jedną z pierwszych w kraju. Jest to właściwie fabryka tektury. Przynależy do niej kuźnia, stolarnia, kilka chałup, pięć szop, suszarnia, kuchnia farb i maszyna parowa. Fessler zatrudniał wtedy dwóch pracowników umysłowych – obermajstra pilnującego produkcji i buchaltera prowadzącego sprawy finansowe. Obermajster reprezentował tu właściciela, Fessler mieszkał bowiem w Łodzi. (…)

W 1865 roku Fessler sprzedaje tektury za 6900 rubli, a cały jego majątek wynosi 5000 rb w nieruchomościach i 7500 rb. w maszynach. Fabrykant nie zagrzewa miejsca długo w swej papierni. Jest to duch niespokojny, pełen coraz to nowych pomysłów. W roku 1870 Fessler oddaje fabrykę w dzierżawę Robertowi Saengerowi, ale zaczyna mu się powodzić coraz gorzej, nie wychodzą mu przeróżne kombinacje finansowo-przemysłowe. Papiernia zostaje wystawiona na licytację w Kaliszu. Pierwszeństwo kupna ma oczywiście Saenger. Kupuje fabrykę, a jej byłego właściciela doprowadza do ruiny. Za przeprowadzone w okresie dzierżawy roboty i ulepszenia przedstawia rachunki i to na tak wysokie sumy, że Fessler nie dostaje z licytacji ani grosza. Ale obrotność i spryt nie na długo posłużą Saengerowi. Umiera mając lat trzydzieści. Fabrykę przejmuje wdowa po nim i jej szwagier Artur Steinhagen. W ten sposób dwa te nazwiska znaczące wiele w historii pabianickiego przemysłu papierniczego, pojawiły się na widowni.


Następca Roberta Saengera, jego syn Oskar, jest jeszcze na studiach w Rydze. Wkrótce już jednak odezwie się w nim żyłka przemysłowca. W 1894 roku przejmuje fabrykę. Odbywa się z tego powodu mała uroczystość, matka Marianna Saenger, przedstawia syna majstrom i robotnikom. Oskar podaje robotnikom rękę i obiecuje dokonać wiele zmian i już następnego dnia zabiera się do kreślenia planów przyszłości, a niebawem zamawia nowe maszyny i urządzenia.


To wszystko dzieje się jesienią, w grudniu natomiast tegoż roku fabryka staje się pastwą płomieni. Młody Saenger podnosi się jednak dość szybko z upadku. Wysokie premie ubezpieczeniowe stawiają go finansowo na nogi. Przy pomocy matki wprowadza w życie ideę, która frapowała go jeszcze w czasie ryskich studiów- myśl o zorganizowaniu towarzystwa akcyjnego. Przyciąga do spółki barona Ike, rozporządzającego znacznym kapitałem. Już w rok po pożarze rusza produkcja, fabryka rozszerza asortyment, zwiększa zatrudnienie. Pracuje tu już 350 ludzi, wkrótce instaluje się nowe maszyny: ścierak z Brunświku, transportery do węgla, aparaty pomiarowe umożliwiające oszczędną gospodarkę paliwem, nowe maszyny parowe z Lugano.


W tym samym czasie rozpoczęto produkcję papieru ustnikowego do papierosów. Znajduje on chłonny rynek w kraju i w całej Rosji. W ciągu roku fabryka zużywa już ponad 1000 ton papierówki i blisko 2000 ton celulozy. Towarzystwo zarabia na czysto ponad 100 000 rubli. (…)


Spotkałem się z ludźmi, którzy stanowią żywe świadectwo przedwojennych dziejów Pabianic. Są to: Adela Zalepa, sortowaczka, Zygmunt Nowak, brakarz, Czesław Kossek, tabelowy, Józef Malinowski, kontroler techniczny, Czesław Tłokiński pierwszy krajacz, a jak tu mówią, suszyciel papieru. Czesław Kossek zaczynał swą karierę u Saengerów, gdy miał 23 lata. Był to rok 1922, o robotę było trudno, zaczepił się więc najpierw „przy wojsku” i jakiś czas pracował w sieradzkiej RKU. Gdy jednak nadarzyła się sposobność, rzucił wojsko i związał swój los z fabryka papieru. Wspomina tamte lata, pamiętając o szczegółach, na które tak niszcząco działa czas.


- Przyjmował mnie dyrektor Drzewiecki. Inżynier-elektryk, już nie żyje. Kierował fabryką aż do fuzji Saengera ze Steinhagenem. Saengera widziałem tylko jeden raz. Pokazywał się rzadko, zwłaszcza, że po utworzeniu kartelu częściej bywał w Warszawie, Włocławku czy Myszkowie niż nawet w Łodzi, gdzie mieszkał stale. Miałem od początku wiele szczęścia, zostałem pomocnikiem kierownika wykończalni, z czym łączył się nadzór nad sklejarkami i bobiniarkami do produkcji papierosowych gilz. Czego żeśmy nie robili! I „Sokół”, i „Herbowo”, i „Morwitan”, sam Monopol Tytoniowy brał tyle gilz, 300 ton miesięcznie.


W 1963 roku Kossek awansował, został kierownikiem wykończalni. Ciepło wspomina ten okres, gdy fabryka rozszerza asortyment wyrobów. - Oprócz ustników papierosowych robiliśmy papier na szpulki dla fabryk włókienniczych, kartony, papier rysunkowy, drukowy, nawet żeberkowy (ze znakiem wodnym), piśmienny, tkaninowy i chamoix do pakowania szlachetniejszych artykułów spożywczych. Robiliśmy też muchołapki. Z ożywieniem mówi Kossek o papierze żeberkowym, na którym pewna firma wydawnicza drukowała serię laureatów Nobla, i o papierze muchołapkowym, bo szło go na rynek do licha i trochę.


Gdy Saenger połączył się ze Steinhagenem, a było to w 1930 r., od razu pogorszyły się stosunki w fabryce. Saenger dawał czasem ludziom zużyte filce z maszyn. Można było z nich zrobić sobie łapcie domowe, chodnik czy nawet kuse palto. Gdy do spółki wszedł Steinhagen, wszystko się ucięło, za filc na łapcie trzeba było płacić. A zarobki zaczęły maleć.


- Pyta pan o strajki? Oczy mieliśmy zwrócone często na ludzi od Kruschego i Endera, gdy oni stawali, to my z nimi. W pamięci starego papiernika na zawsze, jak mówi, pozostanie rok 1933. Nie z powodu awansu, ale dlatego, że w Pabianicach polała się krew robotnicza. Od Kruschego strajk jak płomień przerzucił się do Kindlera, ogarnął wszystkie fabryki w Pabianicach i inne ośrodki łódzkiego okręgu przemysłowego.


- Przyszła do nas delegacja od Kruschego, żebyśmy przyłączyli się do strajku. A na to dyrektor, że daje dziesięć procent podwyżki od zaraz, byle tylko nie strajkować, a potem dołoży jeszcze, tyle, ile w innych fabrykach robotnicy uzyskają. Nie chcieliśmy tego słuchać, rozpoczęliśmy strajk. W naszej fabryce ludzie po strajku nic nie dostali. No, ale strajk i tak był zwycięski. I ta krew, którą przelano na Krótkiej, nie poszła na marne. Krótką po wojnie nazwano ulicą Bohaterów, ale dziś widać, że zwycięstwo nie polegało tylko na zmianie nazwy szlaku, którym pomaszerował w 1933 r. pochód robotniczy.


- Pochód ruszył z Bagateli kierując się do Fabrycznej. Tłum wszedł w Moniuszki, policja nie chciała ludzi tam puszczać. Mój znajomy majster, Stefan Sitkiewicz, zszedł z balkonu domu na rogu Zachodniej i Fabrycznej, by dołączyć do manifestacji. Ledwo stanął w szeregu, padły strzały. Zginęło pięciu robotników: Stefan Żuchowski, Zygmunt Berlak, Józef Sokołowski, Herman Pusch i Sitkiewicz. Ich nazwiska są teraz wyryte na tablicy dekorującej dom przy Krótkiej 17, czyli na dzisiejszej Bohaterów... - Kossek dodał jeszcze: - Czy pan wie, że w pierwszą rocznicę tych strzałów w Zawierciu robotnicy strajkowali przez całą godzinę?


A tymczasem Saenger obrasta w pierze. W roku 1921 wykupuje przy pomocy kapitału francuskiego fabrykę celulozy i małą papiernię we Włocławku, rozwija produkcję, czyni znaczne inwestycje. Gdy przychodzą lata kryzysu, ogląda się za nowymi sojusznikami. Wpada na genialnie prosty pomysł: zamiast żreć się z przeciwnikiem, trzeba się z nim połączyć. Rozmowy w sprawie utworzenia kartelu Steinhagen, Saenger i s-ka rozpoczęły się już w 1928 roku, ale do realizacji projektu doszło dopiero po śmierci Saengera, w 1930 roku.


Okres ten Kossek wspomina doznając sprzecznych uczuć. Zarabiał nieźle, chociaż kartel obcinał zarobki. Oszczędzał, zaciskał pasa, chciał mieć własny dach nad głową na stare lata. I to wszystko przepadło. Domku nie zdążył wybudować, bo był już rok 1939, gdy uzbierał na to pieniędzy.


- Gdy wróciłem w końcu sierpnia z urlopu, majster, którego zgodziłem na budowę, chciał już tylko połowę, tego, co żądał za swoją robotę. Ale bałem się zaczynać, bo chmury zbierały się coraz gęstsze. Czy mi tego żal? Mam dwóch synów i cieszę się nimi. Starszy, Miron, skończył Politechnikę Łódzką i jest szefem produkcji w jeleniogórskiej „Celwiskozie”.Młodszy, Leonard, też po Politechnice, pracuje jako inżynier-elektryk w Kożuchowie. Robi jakieś części do fiata.


Po wojnie Kossek wrócił do fabryki. Zaczął już 22 stycznia, gdy miasto pełne było dymiących ruin, z fabryki papieru na dzisiejszej Żymierskiego (obecnie Piłsudskiego) pozostały same mury. W tej papierni robotnicy dali wyraz swemu patriotyzmowi. Oto ekipy ruszyły „w Polskę” szukać maszyn wywiezionych przez Niemców. Bronisław Kuczewski i Leon Dudek, którzy byli e ekipie, już nie żyją, ale Jan Szeler i Czesław Kossek jeszcze są tu – w tych starych murach saengerowskich.. Są i wspominają, jak to odnajdowali maszyny w Koźlu-Porcie, Myszkowie, Włocławku, po różnych dziurach. Inne ekipy walczyły o zdobycie choćby jednego konia i jednej rolwagi do transportu surowca. Robotnikom pomogli radzieccy żołnierze, sprezentowali starego zdobycznego „Horcha” i radzieckiego ZISA-a. Można było już myśleć o organizacji produkcji.


Tamara Miecińska, która jest teraz głównym ekonomistą, a w 1945 roku zaczynała od posady maszynistki, również twierdzi, że ten pierwszy rok powojenny był najtrudniejszy.


- Zaczynałam od pisania wykazów imiennych do magistratu. Inaczej nie chcieli przydzielać ludziom mięsa i żywności. A w ogóle dostałam się do fabryki przypadkowo. W Pabianicach tuż po wojnie spotkałam pierwszego dyrektora, Feliksa Giżyckiego. Z Giżyckim zetknęły mnie wydarzenia powstania warszawskiego na podwórku przy ul. Chmielnej 82. A zatrzymałam się w drodze z Warszawy w Pabianicach, bo w Łodzi trudno już wtedy było zameldować się ludziom, którzy nie mieszkali w niej przed wojną.


Miecińska pamięta z tych czasów przydziałowo-kartkowych prezydenta Pabianic Michała Piasecznego i wiceprezydenta Jana Krupę-Skibińskiego. Ale na najbardziej utrwaliła się w jej pamięci „karuzela” dyrektorów fabryki.


- Po Giżyckim przyszedł Klimek. Po Klimku Daniszewski, po nim Kwoka, po Kwoce Antosik, a potem kolejno Śmiechowicz, Kaźmierczak, Skórkowski, Rudziński. Ten ostatni jest już dwa lata dyrektorem, więc w stosunku do tych, którym mówiło się „panie dyrektorze” tylko przez pół roku czy dziewięć miesięcy, jest rekordzistą. Wszyscy uczestnicy „karuzeli”pochodzili z naszej branży, wszyscy należeli do klanu drzewiarzy i papierników.. Giżycki na przykład pracował przed wojna u Steinhagena w Warszawie. Klimek był inżynierem-leśnikiem. Daniszewski przyszedł z Jeziornej, Kwoka z Myszkowa, Śmiechowicz z Centralnego Zarządu naszego przemysłu, Kaźmierczak z Myszkowa.


Karuzela karuzelą, ale w owym czterdziestym piątym roiło się od trudności. Po to, żeby fabryka nie stanęła któregoś dnia z braku surowców, a zwłaszcza węgla, utrzymywano szczególnie cenne kontakty z jakąś prywatną właścicielką przedsiębiorstwa handlowego na Śląsku. Pilnowała ona wykorzystując swe rozliczne stosunki i znajomości, aby do Pabianic na czas szły transporty węgla i chemikaliów. I podobno coś dostawała za fatygę.


Władysław Księżko, który jest tu sekretarzem partii, najchętniej mówi o tym, co zrobiono po wojnie, aby nawet w tych starych saengerowskich murach praca była lżejsza. I aby był stały postęp.


- Gdy warunki się jakoś w kraju ułożyły, zerwaliśmy z agentami, którzy pomagali nam przeżyć najcięższy okres. Teraz celuloza leci do nas systematycznie z Kluczy, Świecia, Jeleniej Góry, Kostrzynia, Niedomic i Włocławka. Dużo tego trzeba, bo holendry są bardzo żarłoczne, a i produkcja ilościowa prawie dwa razy większa niż przed wojną.


Mówi Księżko o nowych wyrobach swej fabryki, stwierdzając, że to też jakaś oznaka postępu naszych czasó w. Na przykład fabryka nie robi już papieru na muchołapki. W Polsce czyściej teraz niż przed trzydziestym dziewiątym rokiem. Rozwinęła się produkcja papieru na cewki przędzalnicze, bo przemysł włókienniczy jest w ciągłym rozwoju i choć coś tam przebąkują o przędzarkach bezwrzecionowych, nie wymagających cewek, to przecież kiedy to będzie? Te nasze cewki będą potrzebne jeszcze latami. Robimy dużo papieru na okładki, to również postęp, ludzie mnóstwo książek czytają, nie to co przed wojną. No, i dużo papieru do pisania, bo biurokracja również nie śpi, a dzieci niszczą zeszyty. Nasz przemysł tytoniowy truje palaczy papierosami bezustnikowymi, więc główna produkcja przedwojenna – gilzy „Herbowo” i „Sokół” odpadła, a wieś też nie kręci machorki w bibułce, więc te drobne ilości ustników dla fabryki papierosów w Kościanie, które się tu wyrabia, nie uratowałyby fabryki przed katastrofą, gdyby nie dalekopisy, rozwój fotografii i prasy. Tu, w Pabianicach, produkuje się papier rolkowy dla maszyn liczących i rejestracyjnych, dla dalekopisów, papier światłoczuły do błon fotograficznych, estetyczne papiery opakowaniowe dla przemysłu włókienniczego.


W tych starych murach, ściśniętych między ulicą Żymierskiego, garbarnią, zakładami „Polfa” i ulicą Partyzancką, nie ma jednak nadziei na wyjście na szerokie pole rozbudowy i rozwoju. Ciasnota placów zajętych przez fabrykę udaremniła już rozmach kartelowi Steinhagen, Saenger i S-ka w latach trzydziestych, skierowując inicjatywy zarządu firmy na inwestycje poza Pabianicami. Ta sama ciasnota każe i dziś postępować raczej po drodze specjalizacji i modernizacji produkcji niż rozbudową hal i zwiększania załogi. Pracuje tu, na Żymierskiego, 430 ludzi, i zdaje się, nie ma widoków na zwiększenie zatrudnienia.


- Będziemy robić dużo więcej, i papiery specjalne, więcej jeszcze na nich zarobimy, ale budować nie mamy gdzie. Większość wysiłków szła dotąd w kierunku poprawy warunków pracy. Zbudowano nowe szatnie, jadalnie, łazienki z prysznicami, rozszerzono przejścia między maszynami, aby ludzie mogli się swobodnie poruszać nie narażając się na nieszczęście. Ograniczono też przestrzeń życiową biuralistów – jeden z lokali administracji przerobiono na mieszkania dla najbardziej potrzebujących pracowników. No i świetlicę otwarto rzecz, o której ani Steinhagenom ani Saengerom nawet się nie śniło. Na to wszystko, na wymianę niektórych maszyn, poszło prawie 30 000 000 złotych.


Tyle się o tym mówi, co zrobiono dla ludzi. Bo ludzie z tej fabryki nie są podobni do ludzi z przeciętnego zakładu czy przedsiębiorstwa. Przypominają robotników z tych miejscowości, w których przemysł dopiero rusza, w których nie widziano jeszcze dymów nad wysokimi kominami fabrycznymi. Brzmi to paradoksalnie w mieście, gdzie Krusche i Ender utworzyli dość znaczne dominium włókiennicze. Faktem jest jednak, że w pabianickiej papierni większość ludzi spotkała się z produkcją po raz pierwszy w życiu.


Najczęściej przychodzili ze wsi i od pierwszego dnia trzeba było prowadzić ich za rękę. Bronisław Gutowski przyszedł z Rydzyn, Tadeusz Jędryka z Wygiełzowa, gdzie pomagał ojcu owczarzowi. Od pierwszego dnia zdecydowali się na najcięższą robotę – przy holendrach, które nieustannie trzeba ładować, bo mielą nieprzerwanie celulozę, czekają na nią wielometrowej długości maszyny papiernicze. Obaj wytrzymali to pierwsze zabójcze tempo narzucone im przez holendry,. Nie zapomniano o nich w fabryce. Udzielono pomocy, umożliwiono im naukę na kursach dla robotników wykwalifikowanych, a potem mistrzowskich. Dziś są mistrzami zmianowymi. Teraz sami pomagają innym „nowym”.


Gdy taki „nowy” przyjdzie do fabryki, co krok może spotkać się z przykładem, który każe mu pomyśleć i o własnej przyszłości. Długa jest lista tych, którym fabryka dała po wojnie chleb i szansę zdobycia wyższego szczebla w życiu. Cichosz, Obiezierska, Gaszewska, Kowalska, .Jakubowski, Kościelny, Iwański. Niektórzy z nich – po technikum we Włocławku- są teraz na stanowiskach kierowniczych, wszyscy mają przyszłość przed sobą.


Ta fabryka ma już – jak mówią kroniki- sto dziewięć lat. Cztery pokolenia ludzkie przeszły przez jej mury. Fabryka nie rozrosła się za życia tych pokoleń, bo kartelowi zagrabili ziemię inni fabrykanci. Teraz – jak mówi sekretarz partii - „żeby żyć lepiej, nie musimy się wcale rozpychać. Wystarczy w naszym przemyśle specjalizacja i unowocześnienie”


Czy to jest typowe, czy sekretarz na pewno ma rację? Bliski jest chyba prawdy. Ale przyszłe losy fabryki z ulicy Żymierskiego nie pomniejszają w niczym wielkości historii, która ją otacza. Wyłania się z niej bowiem -po zmiennych kolejach wydarzeń jeszcze od czasu rewolucji 1905 roku – obraz pierwszego po wojnie pokolenia. Losy ludzi, którym w tej fabryce, ściśniętej między ”Polfą”, ulicami Żymierskiego, Partyzancką i garbarnią towarzyszyły dzieje całego naszego ćwierćwiecza. Ćwierćwiecza – po raz pierwszy w historii Pabianic, i nie tylko Pabianic, w pełni wolnego. Nawet tutaj. W trudnych warunkach małej mimo wszystko fabryki papieru, wiele można spotkać dowodów, co ta wolność oznacza. I w życiu jednostek i w życiu fabryki.


Papiernia zakończyła produkcję po 1989 roku.


http://muzeumpapiernictwa.pl


https://polona.pl



O rodzinie Saengerów napomyka Mateusz Napieralski w  książce „Dawna Wólka Węglowa. Wspomnienia mieszkańców”, 2018.

Gdyby Oskar August Saenger żył dziś, zajmowałby wysokie lokaty w rankingach najbogatszych polskich biznesmenów, a jego twarz często pojawiałaby się na okładkach czołowych czasopism ekonomicznych. Był synem Roberta Saengera, przedsiębiorcy niemieckiego pochodzenia, właściciela Pabianickiej Fabryki Papieru Rob. Saenger. W młodości Oskar otrzymał solidna edukację – ukończył studia na politechnice w rydze, potem dokształcał się w akademii handlowej w Wiedniu, odbył też praktyki w czołowych zagranicznych papierniach. Odziedziczył rodzinny biznes, mając zaledwie 22 lata. Żywo interesował się nowinkami technicznymi w branży, przed I wojną światową sprowadził do swojej fabryki najnowocześniejszy sprzęt. W pabianickim zakładzie korzystano z najszerszej w Polsce maszyny papierniczej oraz największej w ówczesnej Europie szlifierki do miazgi drzewnej. Fabryka produkowała między innymi różnego rodzaju opakowania i gilzy papierosowe. Wyroby firmy docierały do Petersburga, Moskwy, Kijowa, Odessy, Władywostoku, a nawet aż do chińskiego miasta Harbin.

Duże zyski przedsiębiorstwa Saenger inwestował w akcje wielu spółek, wzniósł także kilka wystawnych rezydencji, na przykład w Pabianicach (tzw. pałacyk papierników) oraz w Milanówku (przypominającą miniaturkę łazienkowskiego pałacu Na Wyspie). Jako filantrop wspierał finansowo działalność szpitala ewangelickiego w Warszawie. W 1920 roku kupił wytwórnię celulozy we Włocławku, tworząc tym samym samowystarczalny kombinat, dzięki czemu stał się niekoronowanym królem polskiej branży papierniczej. Udziały w spółce akcyjnej Saengera kupowały francuski Banque de Paris et des Pays Bas oraz znane wydawnictwo Hachette. W latach dwudziestych produkcja papieru była już   tak duża, że firma rozpoczęła eksport na rynki Francji, Wielkiej Brytanii i krajów południowoamerykańskich. Za zasługi dla polskiego przemysłu Oskar Saenger otrzymał order Polonia Restituta.

Saenger z pasja oddawał się myślistwu i hodowli rasowych psów. W dobrach opaleńskich urządzał polowania, przykładowo w grudniu 1911 roku w lesie obok Wólki Węglowej goście bogatego przedsiębiorcy zastrzelili aż 85 zajęcy i 194 bażanty. Rok później podczas jednodniowego polowania kule myśliwych dosięgły 251 bażantów. Prawdopodobnie około 1912 roku w Opaleniu wzniesiono istniejący do dziś domek myśliwski, stojący naprzeciw leśniczówki. Na terenie opaleńskiego majątku działała bażanciarnia (zwana też zwierzyńcem), czyli specjalna hodowla bażantów, które trzymano na polowania  oraz na sprzedaż. Trudno określić, kiedy dokładnie wykopano tak zwany Staw Barona – sztuczny zbiornik wodny o łezkowatym kształcie, z podłużną wysepką na środku – jest wyraźnie widoczny na fotoplanie z 1934 roku.

W Opaleniu za czasów Saengera wprowadzono kilka obcych gatunków drzew – na 40 ha  z 137 ha powierzchni leśnej rosły drzewostany sosny Banksa, sosny smołowej i dębu czerwonego. Sadzono także sosny górskie, aby zapobiec osuwaniu się wydm.

Nieopodal Wólki Węglowej rozwijały się wówczas dwie podmiejskie miejscowości z willową zabudową – Izabelin i Placówka. Obrotny Saenger postanowił wykorzystać budowlana koniunkturę i zapewnić osiedlom dogodną komunikację. W 1925 roku założył wraz  z Janem Gessnerem i Józefem Gliszczyńskim spółkę „Towarzystwo Budowy i Eksploatacji Podmiejskiej Linii Tramwajowej Warszawa-Placówka-Izabelin”. Przedsiębiorcy zmodyfikowali projekt innej firmy z 1924 roku, który przewidywał poprowadzenie do Izabelina tramwaju konnego – towarzystwo Saengera planowało uruchomienie linii o trakcji spalinowej. Pierwszy, półtorakilometrowy odcinek łączący cmentarz wojskowy na Powązkach z Piaskami został uroczyście otwarty w listopadzie 1926 roku, jednak ostatecznie linii nie uruchomiono. Budowa dalszych etapów została wstrzymana już na początku następnego roku ze względu na niezgodność projektowanego przebiegu trasy z miejskimi planami zagospodarowania okolicy. Cała inwestycja w końcu spaliła na panewce, a niepilnowane przez nikogo szyny rozkradli  zmyślni złomiarze.

Pięćdziesięćiosiedmioletni, ciężko chory Oskar Saenger zmarł w Berlinie w 1930 roku. W ostatnich miesiącach życia został odznaczony francuskim orderem Legii Honorowej, którego nie zdążył już odebrać. Nekrolog, opublikowany w gazecie Glos Poranny z 7 lutego 1930 roku, żegnał zmarłego słowami: Przez śmierć śp. Oskara Saengera społeczeństwo nasze straciło jednostkę wybitną, brak której dotkliwie odczuje. Spoczął w rodzinnym grobowcu na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.

Przedsiębiorca nie doczekał się potomków. Trzy czwarte majątku opaleńskiego otrzymała w spadku jego rodzona siostra Wanda z Saengerów Ike-Dunikowska, wdowa po baronie Karolu Albercie Ike-Dunikowskim, zaś pozostała część przypadła  żonie Saengera, Marii z Hersów Saengerowej. (…)


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij