www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 60 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Każdy ma swoje Pabianice

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Temat getta w Pabianicach przewija się w wielu publikacjach. Ta część Starego Miasta wywołuje wciąż żywe zainteresowanie wśród dawnych mieszkańców pochodzenia żydowskiego oraz ich rodzin. Stała się poniekąd wizytówką Pabianic w różnych rejonach świata. W rozmaitych wspomnieniach, opracowaniach naukowych, utworach literackich pojawiają się nazwy dobrze nam znanych ulic: Warszawska, Bóźniczna, Kościelna, Kapliczna, Garncarska, Konopna, Konstantynowska, Kapliczna. Miejsca te określane także jako „jewish town” albo sztetł są nasycone szczególnie intensywnymi emocjami.

O Pabianicach wspomina znany historyk Holokaustu Isaiah Trunk (1905-1982), autor głośnej pracy „Judenrat: The Jewish Councils in Eastern Europe under Nazi Occupation”, New York 1972, 1977, Nebraska University 1986, 1996.

Zachowały się dokumenty sądowe dotyczące procesu członków Judenratu (Rada Żydowska) w Pabianicach. Proces miał miejsce w Sądzie Specjalnym (Sondergericht) w Łodzi. Ukazuje on niebezpieczne konsekwencje konfliktów w getcie oraz korupcję w niemieckich agendach zaopatrzeniowych i firmach, za którą odpowiedzialność przypisano Radzie Żydowskiej.

Chociaż nie można wykluczyć, iż niektórzy funkcjonariusze niemieccy uwikłali się w tę sprawę, aby poprawić tragiczny los głodujących mieszkańców getta. Warto przytoczyć parę szczegółowych danych.

Landrat pabianicki otrzymał anonimowe donosy (pierwszy datowany 19 października 1941 r.) podpisane przez „żydowskich robotników”. Niektórzy członkowie Rady zostali posądzeni o niesprawiedliwy rozdział produktów żywnościowych i ich sprzedaż po zawyżonych cenach, ze szkodą dla żydowskich pracowników.

23 października nastąpiły pierwsze aresztowania członków Rady. W następstwie śledztwa doszło do kolejnych zatrzymań. Do więzienia trafiło 12 osób. W niedługim czasie część z nich zwolniono, jednak 5 przedstawicieli Rady wraz z jej przewodniczącym nadal było uwięzionych.

Akt oskarżenia, oparty o kriegswitschaftsverordnung, stwierdzał, iż podczas kontroli magazynów żywności ujawniono nadmierne zapasy oraz ogólny nieporządek. Oskarżeni nie przyznali się do winy, tłumacząc, że owe rezerwy żywnościowe miały rozmaite przyczyny. Na przykład mąka była tak bardzo zarobaczona, że nikt nie chciał jej kupić. Przydział żywności był mocno niewystarczający, czekano więc na następną dostawę, żeby spełnić oczekiwania mieszkańców getta. Przewodniczący Rady wyjaśnił także, ze, za wiedzą szefa policji, podniesione zostały ceny produktów. Dzięki temu powstał fundusz pomocowy. Przewodniczący podkreślał, iż donosy były zemstą niezadowolonych jednostek w getcie.

Według świadków, wśród nich urzędników wydziału zaopatrzenia Landratury, niemiecka firma w Pabianicach dostarczała więcej produktów niż wynosił przydział dla getta. Najpewniej kierownik wydziału zaopatrzenia był osobiście zaangażowany w te transakcje ponieważ byłyby one niemożliwe bez urzędowej pieczęci. O tym, że mogło tak być świadczy fakt, iż ów nazista ustąpił lub został usunięty ze swojego stanowiska jesienią 1941 r. i pełnił potem funkcję komisarza w niewielkiej miejscowości.

Łatwo sobie wyobrazić zamieszanie jakie nastąpiło w getcie po aresztowaniu członków Rady, urzędników i szefa policji. Podjęto działania, żeby ich uratować. W archiwum zachowały się dwie petycje napisane w obronie Żydów. Dokumenty noszą daty – 31 października i 3 listopada 1941 r., pierwszy podpisały 223 osoby spośród 2. 300 rodzin zarejestrowanych w getcie. Sześć żon aresztowanych liderów także przedstawiło swoją prośbę o uwolnienie mężów.

Funkcjonariusze Kripo weszli na teren getta, zachęcając najbiedniejszych Żydów do zeznań przeciwko zatrzymanym członkom Judenratu. Przesłuchano 62 świadków, niektórzy wystąpili z zarzutami. Raport z przesłuchania sporządzony 8 listopada 1941 r. stwierdza m.in.: … rozpytywaliśmy czy Rada Starszych prowadziła sprzedaż produktów żywnościowych po czarnorynkowych cenach. Dochodzenie okazało się bezowocne. Przesłuchiwaliśmy także 62 robotników żydowskich. Niektórzy skarżyli się na niesprawiedliwy i niewystarczający podział żywności. Uważają oni, iż Rada sprzedaje produkty żywnościowe po zawyżonych cenach, odprowadzając pieniądze do własnych kieszeni. Nie byli jednak w stanie podać nawet pojedynczego przykładu nadużyć.

Autor raportu przypuszczał, że oskarżenia wobec szefa policji żydowskiej mogły wynikać z nienawiści jaką okazywali wobec niego mieszkańcy getta ponieważ sumiennie „wykonywał wszelkie rozkazy władz'” W podsumowaniu pisał, iż nie istnieją wystarczające podstawy do wszczęcia procesu sądowego.

Przeprowadzono również rewizję w niemieckiej firmie zaopatrzeniowej i aresztowano jej właściciela. Sporządzono dwa tomy dokumentów, które przekazano prokuratorowi generalnemu Kraju Warty w Poznaniu. Ten z kolei 19 stycznia 1942 r. przesłał je do Sondergericht w Łodzi. Postulował, aby, w świetle Polenstraverordnung, który wbrew swej nazwie miał także zastosowanie wobec Żydów, oskarżeniem objąć następujących Żydów – przewodniczącego Judenratu Yechiela Rubinsteina, kierownika magazynów Schmelke Steinhorna, kupca Markusa Brina, księgowego Davida Tenenbauma oraz członka Rady Lemela Maroko. Oskarżono ich o „przetrzymywanie produktów żywnościowych niezbędnych w getcie, uniemożliwiając tym samym zaspokojenie potrzeb żywieniowych”.

Prokurator generalny sugerował, żeby proces odbył się w łódzkim Sondergericht. Jednak zaszło coś nieoczekiwanego, gdyż w momencie rozpoczęcia procesu w dniu 3 czerwca 1942 r., prokurator wycofał oskarżenie „ponieważ zebrany materiał dowodowy nie daje podstaw do udowodnienia winy i wydania wyroku skazującego”.

W liście z 13 stycznia 1942 r. skierowanym do łódzkiego Regierungprasidenra, prokurator uzasadniał swoje stanowisko:

Były kierownik wydziału zaopatrzenia stwierdził, że nie sugerował przewodniczącemu Judenratu wielkości przydziału żywności dla getta. Wielkość tę określała firma zaopatrzeniowa. Jednakże jej właściciel w międzyczasie zmarł, dlatego też nie można ustalić, czy informował Radę o nierejestrowanych nadwyżkach żywności. Ponieważ dostawy były nieregularne, Judenrat otrzymywał często niektóre produkty w większych ilościach z zastrzeżeniem, iż każda nadwyżka powinna zostać rozdysponowana wówczas, gdy wystąpią braki zaopatrzenia w konkretne artykuły żywnościowe.

Rada zawsze skrupulatnie informowała w miesięcznych sprawozdaniach o ilości posiadanego cukru, klusek i innych produktów. Rada nie ukrywała żadnych produktów przed władzami niemieckimi.

Śledztwo nie potwierdziło, że niektóre produkty przechowywano w celach spekulacyjnych.

List zamyka konkluzja, że proces zakończyłby się „niepożądanym uniewinnieniem”, gdyż po śmierci właściciela firmy zaopatrzeniowej nie wypłynęły żadne nowe dowody przeciwko podsądnym. Z tego powodu prokurator postanowił anulować oskarżenie i przekazać liderów żydowskich z Pabianic w ręce Gestapo.

Jednocześnie poprosił Regierungsprasidenta o opinię w tej sprawie. Regierungprasident wyraził swoją aprobatę, a 28 lipca 1942 r. prokurator informował władze sądowe w Poznaniu, że zatrzymani Żydzi (oprócz Markusa Brina, który zmarł 4 lipca) zostali przekazani do Gestapo. W liście z 14 sierpnia 1942 r. Gestapo donosiło, iż wspomniane osoby umieszczono w centralnym więzieniu łódzkiego getta. Możemy przypuszczać, że aresztanci z Pabianic dołączyli do grupy 21 lub 22 pabianickich Żydów powieszonych publicznie 7 września 1942 r. w Łodzi.

Isaiah Trunk przedstawia także budżet getta pabianickiego we wrześniu 1941 r. Judenrat odnotował wpływy w wysokości 53. 342 marek, natomiast wydatki wyniosły 44. 605 marek, uzyskano nadwyżkę w wysokości 8. 738 marek. Dochody pochodziły z następujących źródeł: 4. 322 – opłaty, czynsze, 554 – podatki, 3. 258 – opłaty za świadczenia zdrowotne i opiekuńcze (450 marek za sprzedaż leków), 23 – opłaty pogrzebowe, 14. 121 – wpływy ze sprzedaży produktów żywnościowych, 28. 181 – za pracę robotników ( w tym 23. 366 marek wypłacane przez niemieckich pracodawców), 3. 379 – potrącenia z płac robotników w 8 warsztatach na terenie getta.

Wydatki we wrześniu 1941 r.: 5. 453 – administracja (w tym 4.008 płace), 8. 595 – świadczenia zdrowotne i opiekuńcze, 80 - cmentarz, 4. 850 – wypłaty dla rodzin osób wysłanych do obozów pracy, 23. 136 – płace robotników. Głównym źródłem dochodów Judenratu były 15 procentowe potrącenia od głodowych płac (3. 379 marek). Tradycyjne dochody przedwojennej społeczności żydowskiej składały się z podatku i opłat cmentarnych. W czasie okupacji dochody te wyniosły zaledwie 577 marek.

Komendant policji żydowskiej w Pabianicach otrzymywał 25 marek na tydzień, pozostali funkcjonariusze zarabiali od 10 do 15 marek. Szef policji w getcie pabianickim był zarazem członkiem Judenratu. Po odsunięciu od władzy kolejnego lidera społeczność żydowska stanowisko prezesa Rady zaproponowała Yitzhakowi Urbachowi. Ten jednak odmówił. Niemcy wówczas postanowili, że przewodniczącym zostanie prawnik Shapiro.

W czerwcu 1940 r. Rada utworzyła zakład krawiecki z 350 pracownikami. W sierpniu powstał drugi zakład krawiecki zatrudniający 350 osób Utworzono również spółdzielnię produkującą czapki (40 członków), a później 4 dalsze pracownie krawieckie. Niemcy sami również tworzyli kolejne warsztaty, np. stolarnię. House of Lords (Izba Panów) – taką nazwę nosiła siedziba Rady w pabianickim getcie.

O getcie w Pabianicach znajdujemy informacje również w pracy: Geoffrey P. Megargee, Christopher Browning, Martin Dean, Encyclopedia of Camps and Ghettos 1933-1945, The United States Holocaust Memorial Museum, 2009.

Pabianice są położone 13 kilometrów (8 mil)na południowy zachód od Łodzi. W przeddzień wybuchu II wojny światowej mieszkało tam około 9 000 Żydów. Jednostki armii niemieckiej rozpoczęły okupację Pabianic 8 września 1939 roku. Zaraz w pierwszym dniu żołnierze niemieccy zastrzelili kilku Żydów i nakazali innym Żydom pogrzebać ciała zabitych. Potem na rozkaz Niemców pabianiczanie zdewastowali wnętrze synagogi.

Jesienią 1939 r. władze niemieckie wprowadziły szereg antyżydowskich rozporządzeń. Skonfiskowano fabryki i firmy należące do Żydów. Pod pretekstem znieważenia flagi niemieckiej zmuszono paru Żydów do wychłostania swoich kolegów.

21 października 1939 r. Landrat Okręgu Łask ustanowił Judenrat w Pabianicach, w skład Rady weszli prominentni przedstawiciele społeczności. Jednakże ich kadencja była krótka. W listopadzie 1939 r. Niemcy usunęli Żydów z bardziej okazałych domów i kamienic, aby przygotować mieszkania dla Niemców. Członkowie Judenratu próbowali interweniować w tej sprawie, ale zostali aresztowani i wysłani do obozów koncentracyjnych, i wszelki słuch po nich zaginął. W niedługim czasie powoływano kolejne Rady.

W grudniu 1939 r. Judenrat otrzymał zadanie przygotowania tysiąca Żydów do wyjazdu z Pabianic. Judenrat zaopatrzył tych ludzi w jedzenie, ubrania i pieniądze na drogę do Kałuszyna w Dystrykcie Warszawskim Generalnej Guberni. Po przyjeździe miejscowi liderzy społeczności żydowskiej pomogli im w znalezieniu kwater. Po paru miesiącach setki Żydów z tej grupy wróciły nielegalnie do Pabianic.

W lutym 1940 r. Niemcy utworzyli, jedno z pierwszych w okupowanej Polsce, getto w Pabianicach. Wydaje się, że powstanie getta należy łączyć z epidemią tyfusu wśród Żydów, którą pokonano dzięki zaszczepieniu 3 500 osób.

Getto obejmowało 109 domów znajdujących się w starej części Pabianic. Żydzi musieli się tam przenieść do 21 lutego i według Lodzer Zeitung mogli zabrać tylko podręczne rzeczy. Getto nie było ogrodzone (otwarte getto), aczkolwiek na jego granicy stał okazały znak przedstawiający żółtą gwiazdę na niebieskim tle. Getto dzieliła na dwie części główna ulica miasta. Żydzi mogli ją przekraczać tylko o wyznaczonych godzinach. Zaopatrzenie getta w niezbędne produkty należało do obowiązku Judenratu.. Występowało przeludnienie, na rodzinę przypadała jedna izba.

1 marca 1940 r. zorganizowano jednostkę policji żydowskiej (Judischer Ordungdienst), która liczyła 34 policjantów. Do zadań policji należało zapewnienie bezpieczeństwa w getcie, a zwłaszcza zatrzymywanie Żydów, którzy nie stawiali się do prac przymusowych. Osoby te miały trafiać do więzienia na terenie getta.

W kwietniu 1940 r. władze niemieckie nakazały utworzyć szpital w getcie, aby izolować chorych na tyfus. W maju 1940 r. nadzór nad gettem przeszedł z urzędu Laandrata (Kreis Lask) do biura policji w Pabianicach. Nadzorcą został Hans Georg Mayer. Po wojnie Amerykanie odesłali go do Polski. Stanął przed sądem w Łodzi i został skazany na karę śmierci za zbrodnie popełnione w Pabianicach. W 1948 r. w wyniku apelacji karę zmniejszono do 5 lat. Główną winą Mayera okazała się przynależność do SS oraz udaremnianie ucieczek z getta w Pabianicach. W lutym 1951 r. został zwolniony i powrócił do RFN.

Po utworzeniu getta własność Żydów znajdująca się poza jego obrębem nie była zarządzana przez Judenrat. Żydzi pracowali w fabrykach i firmach przejętych przez Niemców. Judenrat otrzymał zadanie pełnej aktywizacji gospodarczej społeczności żydowskiej. W listopadzie 1940 r. ponad 900 Żydów otrzymało zatrudnienie w zakładach krawieckich, w tym 600 osób uczyło się dopiero szycia. Głównymi pracodawcami były firmy: Kelle oraz Günther u. Schwarz, produkujące mundury dla Wehrmachtu. Firmy nie zawsze terminowo wypłacały wynagrodzenia. Jednak Żydzi byli zadowoleni, pracując mieli bowiem okazję do wymiany z innymi robotnikami drobnych przedmiotów codziennego użytku na produkty żywnościowe oraz wymiany informacji. Ponadto musieli wykonywać prace przymusowe zlecone przez Judenrat. Musieli na przykład pomagać zimą 1939-1940 niemieckim przesiedleńcom. Początkowo nie otrzymywali wynagrodzenia za tę pracę. Jednak od października Niemcy zaczęli płacić. Dodatkowe sumy na opłacenie pracowników pochodziły od Żydów, którzy byli w stanie zapłacić za uwolnienie się od tego obowiązku.

Judenrat odpowiadał za dystrybucję racji żywnościowych oraz pomoc osobom szczególnie jej potrzebującym. Główne źródło dochodów Judenratu stanowiły dziesięcioprocentowe potrącenia od płac robotników żydowskich. Pod koniec 1940 r. w Judenracie pracowało 130 osób. Judenrat składał się z 10 wydziałów: biuro główne, administracja, finanse, opieka społeczna, zdrowie, kontrakty, gospodarka, praca, sądownictwo, kontrola wewnętrzna.

Większość Żydów, która trafiła do getta w Łodzi mówiła, że wyżywienie w Pabianicach było wystarczające. Jednak Żydzi, którzy uciekli z Pabianic jeszcze przed utworzeniem getta, a później potajemnie wrócili do miasta nie otrzymywali żadnych racji żywnościowych. Pojawiały się także skargi, że część produktów żywnościowych zasila czarny rynek, a pracownicy Judenratu opływają w dostatki.

Dzieci uczyły się w małych grupach. Otwarta została również szkoła w getcie, którą jednak Niemcy szybko zamknęli. Rozwinęło się tajne nauczanie. Żydom w Pabianicach zakazano posługiwania się językiem polskim, w użyciu był niemiecki oraz jidysz.. W grudniu 1940 r. Judenrat raportował, że w mieście przebywa 9 tys. Żydów, w tym 320 przybyszów z innych miejscowości oraz 420 osób, które powróciły do Pabianic po nieudanej ucieczce.

22 maja 1941 r. policja niemiecka wspomagana przez policję żydowską aresztowała 231 młodych ludzi i wysłała ich do getta w Łodzi. Stamtąd trafili do obozów pracy przymusowej wokół Poznania. Spośród nich 40 osób dotrwało do końca wojny. Podobne polowania na robotników przymusowych odbywały się w 1942 r. Do obozów pracy wysyłano zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Zimą 1941/1942 Niemcy zabrali mieszkańcom getta odzież zimową i skonfiskowali zapasy żywności. Ciężkie warunki życia skłoniły niektórych Żydów do złożenia donosu na Judenrat. W rezultacie Gestapo w czerwcu 1941 r. aresztowało członków Judenratu – Rubinstein, Landsman i Goldblum.

Pod koniec 1941 r. Niemcy rozpoczęli przygotowania do likwidacji getta w Pabianicach. Judenrat musiał przekazać listę wszystkich mieszkańców, oddzielny wykaz obejmował osoby chore psychicznie, kalekie oraz dzieci poniżej szóstego roku życia. W lutym 1942 r. Gestapo zarządziło badania lekarskie wszystkich mieszkańców getta. Osoby poniżej 60. roku życia oznaczono literą A, reszta otrzymała kategorię B. W 1942 r. wprowadzono dodatkowe ograniczenia w poruszaniu się Żydów. Przynajmniej dwóch mieszkańców złapanych poza granicami getta zostało powieszonych.

16 maja 1942 r. o godzinie 14 mieszkańcy getta musieli ustawić się przed swoimi domami. Getto zostało otoczone przez policję niemiecką. Żydom nakazano udać się na stadion firmy Krusche i Ender w centrum miasta, gdzie mieli być poddani ponownej rejestracji. Policja niemiecka przeszukiwała dom po domu, ukrywających się Żydów zabijano na miejscu.

Żydzi na stadionie spędzili całą noc. Następnego dnia, podczas ulewnego deszczu, grupa A została oddzielona od grupy B. Wiele rodzin poszło w rozsypkę. Niektóre osoby z grupy B zostały zastrzelone, podobny los spotkał 150 pacjentów szpitala w getcie. Grupę B liczącą około 3 200 osób załadowano do wagonów bydlęcych i wywieziono do obozu zagłady w Chełmnie.

17-18 maja 1942 r. przynajmniej 3 648 Żydów (grupa A) z Pabianic dotarło do getta w Łodzi, bez żadnych rzeczy osobistych. Wkrótce po przybyciu, część z nich wysłano do obozów pracy w pobliskich miastach. Wielu Żydów pabianickich próbowało uciekać, ale niemal wszyscy zostali schwytani przez policję żydowską. Dwóch uciekinierów Josepha Greenboima, 16 lat i Shimona Makowskiego, 45 lat powieszono publicznie w getcie łódzkim.

Niewielka grupa Żydów pozostała przez pewien czas po likwidacji getta w Pabianicach, aby uprzątnąć teren i opróżnić mieszkania. Zaraz po wojnie 148 ocalałych Żydów wróciło do Pabianic. Utworzyli komunalną jadłodajnię i uporządkowali cmentarz żydowski, ale w ciągu najbliższych lat opuścili miasto.

Getto pabianickie prezentuje także „Wirtualny Sztetł”. Po wkroczeniu do miasta wojsk niemieckich 8 września 1939 roku rozpoczął się okres prześladowań społeczności żydowskiej. Podobnie jak w całym województwie łódzkim Żydom nakazano noszenie opasek z gwiazdą Dawida i napisem „Jude”.Wprowadzono również godzinę policyjna, według której Żydzi mogli poruszać się po mieście tylko w godzinach 8.00 – 17.00 bez prawa przeprowadzki czy wyjazdu poza Pabianice. Nie wolno im było poruszać się chodnikiem. Mogli chodzić tylko ulicami. Musieli także każdorazowo kłaniać się napotkanym Niemcom.

W lutym 1940 r. okupant utworzył getto znajdujące się wokół ulic Sobieskiego, Batorego, Bóźnicznej, Kaplicznej, Konopnej, Garncarskiej i Kościelnej. Komendantem getta z ramienia Landrata został Niemiec - Szper. Nadzór policyjny sprawowali funkcjonariusze Gestapo: Hans Mayer i Teodor Kanwiszer. Wewnątrz getta działała Rada Starszych pod przewodnictwem Rubinsteina. W getcie funkcjonowała także policja żydowska.

Ludność polska po utworzeniu dzielnicy zamkniętej nie przerwała kontaktów z Żydami. Kwitł nielegalny handel z gettem. Znany był przypadek sprzedaży do getta całej krowy przez rodzinę Durajskich z przeznaczeniem na ubój.

Hitlerowcy zatrudniali miejscowych Żydów przy różnego rodzaju pracach porządkowych, m. in. burzeniu bunkrów pozostałych po kampanii 1939 r. oraz niwelowaniu terenu na rogu ul. Kaplicznej i Warszawskiej. Zmuszali ich do śpiewania piosenki w trakcie przemarszu do pracy i podczas pracy. Brzmiała ona następująco:

My Żydy koty nie znali roboty

Przyszedł Hitler złoty, nauczył nas roboty.

Pomimo ciężkich warunków bytowych w getcie funkcjonował mały teatrzyk wystawiający przedstawienia i wodewile. W byłej szkole żydowskiej mieścił się szpital obsługujący wyłącznie Żydów.

16 – 18 maja 1942 r. odbyła się likwidacja getta. 16 maja SS -mani i SA-mani obstawili szpalerem ul. Warszawską i Zamkową znajdujące się wewnątrz getta. Przeprowadzono tamtędy ludność żydowską. Po drodze zamordowano słabych i chorych oraz tych, którzy nie chcieli opuścić swoich mieszkań. Pozostałą przy życiu ludność zamknięto na stadionie znajdującym się przy ul. Zamkowej. Jego teren otoczono wysokim parkanem.

Jak wynika z „Raportu Sytuacyjnego Oficera Wywiadu Ogólnego AK Obwodu AK” Piotra Baryki z dnia 15.08.1942 r. wiosną 1942 r. komisja lekarska zbadała wszystkich mieszkańców getta powyżej 10 roku życia, stemplując na piersi znak A lub B. W maju 500 osób wywieziono na roboty do Norwegii. W wigilię Zielonych Świąt getto otoczyła policja i członkowie SA. Wszystkich mieszkańców wyrzucono z mieszkań i po przepędzeniu przez miasto zamknięto na stadionie sportowym należącym do firmy Krusche i Ender. Podczas przemarszu Żydzi na oczach Polaków i Niemców byli bici i poniewierani. Na stadionie Żydzi spędzili 3 noce i 2 dni, cały czas stojąc w ulewnym deszczu bez jedzenia i możliwości odpoczynku. Kilkudziesięciu osłabionych rozebrano do naga, wielu zmuszano do popisów cyrkowych, a resztę do przymusowych oklasków. W mieście mówiono o odebraniu matkom niemowląt i zakopaniu ich zaraz po tym, jak zmarły w specjalnie wykopanym rowie. Cześć Żydów z kategorią A wywieziono tramwajami do getta w Łodzi, resztę koleją w kierunku Kutno-Płock. Około 200 Żydów pozostało w Pabianicach, z czego 150 wywieziono w krótkim czasie do Łodzi. Pozostali zatrudnieni zostali na terenie getta w zakładzie krawieckim, gdzie zostali skoszarowani. Majątek pozostawiony przez Żydów w opuszczonych mieszkaniach został zrabowany przez Niemców i wywieziony do Łodzi. Jak stwierdza autor raportu z tajnych źródeł niemieckich dowiedział się, że ludzie oznaczeni kategorią B zostali przetopieni na mydło w specjalnych zakładach pod Płockiem i Chełmnie pod Kołem.

Fakt mordu w Chełmnie został potwierdzony przez anonimową kartkę, która została odnaleziona w Pabianicach podczas sortowania odzieży pomordowanych. Treść brzmi następująco:

dnia 2/IV 1943 r.

Kartka ta pisana jest przez ludzi tych, którzy mają życia zaledwie kilka godzin. Kto tę kartkę przeczyta trudno mu będzie do wiary! Czy to jest prawda, czy też nie.

Otóż jest to prawda tragiczna, bo w tej miejscowości znajdują się wasi bracia i siostry, którzy także zginęli tą samą śmiercią! Jest to miejscowość, która nazywa się Koło. W odległości 12 km tego danego miasta znajduje się ta „Rzeźnia ludzi”. My zaś pracowaliśmy jako rzemieślnicy. Między nimi byli krawcy, kamasznicy i szewcy. Rzemieślników było 17-tora ludzi. Otóż mogę podać nazwiska tych ludzi:

  1. Pinkus Grun z Włocławka

  2. Jones Lew z Brzezin

  3. Szama Aka z Brzezin

  4. Żemand Szumiraj – Włocławek

  5. Genyp Majer – Kalisz

  6. Wachtel Symcha – Łęczyca

  7. Beniek Jastrzębski -

  8. Wachtel Smylek – Łęczyca

  9. Nusbaum Aron – Skępa

  10. Yser Strasburg – Lutomiersk

  11. Mosiek Płosker – Kutno

  12. Felek Plosker – Kutno

  13. Josef Herszkowicz – Kutno

  14. Chaskel Rorach – Łęczyca

  15. Wolf Gutkiewicz – Łódź

  16. Szyja Szlamowicz – Kalisz

  17. Gecel – Turek.

Inne świadectwo zagłady dają wspomnienia Zygmunta Lubońskiego. Noszą one nazwę „Przez szparę w płocie boiska”.

Przez szparę w plocie boiska sportowego Krusche i Ender od ulicy Zachodniej (Skłodowskiej) widziałem, jak zajechała limuzyna, z której wysiadł major policji Sudau w otoczeniu kilku wyższych osobistości miasta Pabianic. Weszli oni na wał okalający boisko z minami władców i patrzyli z pogardą na zgrupowanych Żydów. Dziwnie uroczystą ciszę przerywały tylko okrzyki mundurowych siepaczy, w ślad za tym wrzask bitych ofiar. Przeprowadzano selekcję. Rozdzielano ojców od rodzin, matki od dzieci, według uprzednio poczynionych kategorii. Utworzone grupy przepuszczali przez wąskie przejście prowadzące na środek boiska. Przy przejściu stało kilku żandarmów, którzy znowu nie wiadomo już który raz wymierzali skrupulatnie każdemu przechodzącemu, nie wyłączając starców i kobiet, porcję kijów przez plecy, głowę, gdzie popadło. Niemowlęta odbierane matkom, jak śmieci rzucano do przydrożnego rowu.

Wieczorem odprowadzono pod eskortą na dworzec dwie grupy Żydów – ok. 200 osób. Okoliczni mieszkańcy opowiadali, że w nocy w miejscu zgrupowania Żydów zapalały się się często reflektory i zaraz potem słychać było przeraźliwe krzyki bitych ludzi.

Sobota, 16 maja 1942 r.

Inne wspomnienie pochodzi od Heleny Morawskiej, która przed wojną skończyła w Pabianicach seminarium nauczycielskie i przez rok pracowała w szkole żydowskiej w Zduńskiej Woli. Okupację spędziła w Pabianicach i z tego okresu pochodzi przedstawiony tu fragment jej wspomnień:

Z gettem pabianickim miałam łączność dość częstą, gdyż leczyłam zęby u pani Świder, siostry lekarza. Pokój jej był któryś z rzędu, a każdy poprzedni zajmowała często bardzo liczna rodzina. Gwar, hałas dzieci był tak straszny, że pani Świder uciszała je lub bezradnie pocierała głowę, mówiąc „kiedy się to skończy”.. Często zamiast zapłaty za usługę dentystyczna, przynosiłam coś w naturze, o ile miałam możność nabycia potrzebnych produktów. W sobotę wieczorem 16 maja 1942 r. któraś z naszych sąsiadek zaalarmowała cały nasz dom. Wyszliśmy wszyscy na podwórko. Deszcz tego wieczoru padał ulewnie. Zapalające się reflektory stwarzały na naszym podwórku taką jasność, że widzieliśmy się wszyscy – jednakowo przerażeni. Wiedzieliśmy, że na boisku Krusche i Ender są Żydzi z getta. Po zgaszeniu światła z tysięcy istot ludzkich wydobył się krzyk, który szarpał serce. I tak jakby dla strasznej bestialskiej zabawy – rytmicznie powtarzało się bez przerwy to samo: światło przemijające i krzyk rozdzierający. Na drugi dzień byłam w kościele na starym mieście. Wywożono na wozach starych Żydów, którzy robili wrażenie półżywych, nie reagowali na otoczenie. Wozy posuwały się w stronę stacji..

Inne relacje również pochodzą od Polaków, harcerzy – mieszkańców Pabianic.

W tym czasie całe miasto zostało wstrząśnięte potwornym wydarzeniem. Przez kilka dni chłopcy z drużyny „Kruka” donosili o podejrzanym ruchu w prezydium policji przy ulicy Gdańskiej. Wieczorem 15 maja przyjechali z Łodzi esesmani. Wzmocniono posterunki wokół getta. I oto wczesnym rankiem 16 maja Niemcy z wielkim wrzaskiem zaczęli wypędzać Żydów z getta. Popychanych, bitych, wystraszonych ludzi ustawiali czwórkami i prowadzili ulicą Warszawską, a dalej Zamkową na boisko sportowe firmy Krusche i Ender. Był to wstrząsający widok. Ponad sześć tysięcy osób wychudzonych i słabych o ziemistych twarzach i zapadniętych oczach pędzono środkiem jezdni. Szły kobiety z maleńkimi dziećmi na rękach, starcy potykający się, wspierani przez synów i córki, dreptali chorzy. Wszyscy w grobowym milczeniu. Nikt z tych nieszczęsnych, przerażonych ludzi nie wydał jęku, nie zapłakał. Nawet małe dzieci nie odważyły się krzyknąć, sparaliżowane strachem. Tylko strażnicy krzyczeli: „Los!”, „Los!”.Niektórzy naziści prowadzili na smyczy psy, które wyrywały się i szczekały na pędzonych ludzi.

„Encyclopedia Judaica”, Jeruzalem 1972:: Wojsko niemieckie wkroczyło do miasta 8 września 1939 r. i natychmiast rozpoczęły się prześladowania społeczności żydowskiej. W Rosh Ha-Shanah (żydowski Nowy Rok) synagoga została zniszczona i zamieniona w stajnię. W Sądny Dzień (święto żydowskie) dokonano uprowadzeń mieszkańców z ulic i sekretnych domów modlitwy. W listopadzie 1939 r. wielu Żydów brutalnie wyrzucono z ich domów i mieszkań, robiąc miejsce dla Niemców. Wtedy też aresztowano prezesa Judenratu oraz trzech członków Rady. Dwóch z nich zamordowano.

W lutym 1940 r. powstało getto na starym mieście, w którym stłoczono 8000 -9000 Żydów. Kontakty z Polakami były możliwe, każdy mógł wejść na teren getta. Rzemieślnicy kontynuowali prace zarobkowe, pozwalające na zakup dodatkowej żywności. W wyniku wewnętrznych tarć wśród Żydów kilku członków Judenratu, na czele z Jehielem Rubinsteinem zostało zadenuncjowanych do władz niemieckich. Na skutek donosu zatrzymane osoby trafiły do aresztu, a następnie poniosły śmierć w obozach koncentracyjnych.

W lutym 1942 r. Niemcy przeprowadzili badania lekarskie wszystkich Żydów, po wyżej 10 roku życia. Zdrowych oznakowano literą „A”, starszych i chorych – literą „B”. Likwidacja getta nastąpiła 16 maja 1942 r. Około 3 500 Żydów z kategorią „A”, w tym grupa dzieci zostało przewiezione do getta w Łodzi. 150 pacjentów szpitala zamordowano na miejscu. 180 krawców zatrzymano w Pabianicach, żeby zakończyli dotychczasowe prace. Osoby z kategorią „B” wysłano do obozu zagłady w Chełmnie. Po likwidacji getta około 250 pabianickich Żydów otrzymało zatrudnienie w olbrzymim magazynie w pobliskiej Dąbrowie, gdzie sortowano i naprawiano odzież jaka pozostała po zamordowanych Żydach z Kraju Warty (Warthegau).

W książce Josepha J. Preila „Holocaust Testimonies, European Survivors and American Liberators in New Jersey, New York, 2001, Nat Glass, pabianiczanin, który obsługiwał krematoria w Auschwitz wspominał, że getto dla 12 tys. (?) Żydów powstało na rozkaz Niemców w ciągu „24 godzin”.Getto istniało od 1939 do czasu likwidacji w 1942 r. Glass pracował w stuosobowej brygadzie, która oczyszczała getto już w sobotę 16 maja. Był zdziwiony, kiedy w każdym mieszkaniu odnajdywano cholent, tradycyjną potrawę szabasową, którą trzymano pod pierzyną, aby zachowała właściwą temperaturę, zgodnie z tradycją religijną. Cholent został przygotowany mimo braków żywnościowych.

O sytuacji w Pabianicach opowiada także Rita Kerner Hilton, przyjaciółka Aliny Szapocznikow, znanej rzeźbiarki: Nie przypominam sobie kiedy nasze rodziny przybyły do Pabianic. Byłyśmy wtedy uczennicami 3 lub 4 klasy szkoły powszechnej. W Pabianicach było kilkanaście szkół powszechnych, z których dwie były żydowskie. W Szkole Powszechnej nr 1 uczyło się też trochę dzieci żydowskich, pochodzących z dobrze sytuowanych rodzin prominenckich mieszkających na Nowym Mieście. Szkoła cieszyła się opinią najlepszej w mieście.

Mój dziadek i matka byli dentystami. Matka Aliny była pediatrą, a jej ojciec dentystą, który zmarł przed wojną. Początkowo nie byłyśmy zbyt blisko ze sobą, ale w miarę jak reszta klasy zaczęła nas izolować, nawiązałyśmy trwalsze relacje. Razem rozpoczęłyśmy naukę w Gimnazjum Królowej Jadwigi. Ona wybrała niemiecki jako język obcy, ja francuski, dlatego też znalazłyśmy się w dwóch różnych klasach, ale widywałyśmy się po lekcjach. Nie jestem pewna, ale byłyśmy razem na obozie letnim w sierpniu 1939 roku.

Po wybuchu wojny moja rodzina została wyrzucona z dotychczasowego mieszkania. W 1940 r. musieliśmy się przeprowadzić do getta. Matka Ali miała niebezpieczny wypadek, potrąciło ją auto ciężarowe. Ala mimo młodego wieku, załatwiła z Niemcami, żeby pozostawili ich poza gettem do chwili, gdy matka będzie się mogła poruszać. Ostateczni oni też trafili do getta. Jej matka znowu podjęła pracę lekarza. Ala i ja zaczęłyśmy pracować jako pielęgniarki. Jednak nasze matki stwierdziły, że musimy się uczyć. Każda z nas pobierała lekcje z przedmiotów gimnazjalnych. W tym czasie odkryłyśmy chłopców, albo to oni zwrócili na nas swoją uwagę. Nie było miejsca na randki, ale spotykałyśmy się z chłopcami. Ala lubiła flirtować, obie zaczęłyśmy od najmłodszych chłopców, aby wkrótce spotykać się z dwudziestolatkami.

Pabianickie getto było „otwarte”, żadnego drutu kolczastego, jedynie policjanci żydowscy pilnujący „granic”. Byłyśmy jednak zbyt znane w mieście, aby zaryzykować próbę wyjścia poza getto. Mieszkańcy zadenuncjowali by nas Niemcom. Getto znajdowało się po obu stronach głównej ulicy. Mogliśmy ją przekraczać trzy razy dziennie, o wyznaczonych godzinach i tylko przez 30 minut. Nie sprzyjało to kontaktom towarzyskim.

W maju 1942 r. nastąpiła likwidacja getta w Pabianicach. Personel medyczny został wezwany do szpitala. Reszta mieszkańców getta, w liczbie ok. 8 tys. osób miała się przygotować do wymarszu. Można było zabrać jedynie podręczne rzeczy. Naturalnie pani Szapocznikow i Ala przyszły do szpitala, podobnie jak ja, moi dziadkowie i matka. Mieliśmy przyprowadzić do szpitala wszystkie osoby chory i niedołężne. Niektórych pacjentów musieliśmy transportować na noszach. Do wieczora zakończyliśmy pracę. Szpital był zapełniony ponad miarę. Nie mieliśmy szans na posiłek lub odpoczynek. Około północy przysiadłyśmy na chwilę z Alą. Wtedy też przypomniałyśmy sobie, że dzisiaj są urodziny Aliny.

Następnego dnia Niemcy przyszli wraz z grupą młodych mężczyzn, naszych kolegów, aby zabrać wszystkich pacjentów. Chłopcy szepnęli nam, ze mieszkańcy getta pójdą na stadion, a starcy, dzieci, niepełnosprawni zostaną zabrani na stację kolejową. Pacjentów wsadzono na wozy, towarzyszyli im chłopcy. Nam nakazano marsz w stronę stadionu. Po drodze widzieliśmy wozy z naszymi pacjentami i kolegami, jadące na stację. Naszych przyjaciół już nigdy nie zobaczyliśmy.

Nasza niewielka grupka przybyła na stadion. Tam spotkaliśmy mężczyzn, którzy przeszli już selekcję. Opowiedzieli nam jak Niemcy rozbijali główki dzieci, uderzając nimi o płot. Nie mieliśmy nic do jedzenia ani picia. W środku nocy przewieziono nas tramwajem do getta łódzkiego.

Rano otrzymaliśmy nowe kwatery. W getcie łódzkim lekarze byli o wiele lepiej traktowani niż dentyści. Rumkowski, szef getta nie znosił dentystów. W rezultacie Alina Szapocznikow i jej matka otrzymały lepsze mieszkanie, lepszą pracę i większe racje żywnościowe. Mieszkałyśmy w dwóch różnych częściach getta, łączył nas drewniany pomost wzniesiony nad ulicą. Utrzymywałam kontakt z Aliną. Po ogłoszeniu ewakuacji osób starszych, a z nami byli moi dziadkowie, Alina i jej matka ukrywały dziadka przez kilka dni.

Sonja H. Hedgepeth i Rochelle G. Saidel w pracy „Sexual Violence against Jewish Women during The Holocaust”, Brandeis University Press, 2010, s.120 przytaczają wypowiedź Rity Hilton, która była molestowana przez prezesa Judenratu w Pabianicach Rubinsteina: Rita Hilton reported that once, when she went to ask for help from Rubinstein, one of the members of the Pabianice ghetto Judenrat, he sexually molested her.

Wideorejestracje wspomnień Rity Kerner Hilton znajdują się w zbiorach bibliotecznych w Waszyngtonie i Yale. R. Hilton opowiada o swoim dzieciństwie w Pabianicach, Polska, szkolnym antysemityzmie, o życiu w getcie w Pabianicach; pracy jej matki – stomatologa, pobycie w getcie łódzkim. Opisuje Chaima Rumkowskiego, uwięzienie w Auschwitz-Birkenau wraz z matką i babcią oraz w obozie koncentracyjnym Bergen-Belsen, gdzie angażowały się w pomoc medyczną dla współwięźniów wespół z Adą Bimko (Hadassah Rosensaft). Wspomina inspekcję Czerwonego Krzyża w Bergen Belsen, wyzwolenie tego obozu przez Brytyjczyków w kwietniu 1945 r. Relacjonuje inicjatywy pomocowe dla byłych więźniów po wojnie, swoją służbę dla rządu szwedzkiego, doświadczenie antysemityzmu w Polsce po drugiej wojnie światowej, emigrację do Ameryki w maju 1946 roku.

Biblioteka Yale University posiada jeszcze sześć innych sfilmowanych wypowiedzi mieszkańców getta w Pabianicach, są to:

  1. Nathan G., urodzony w 1922 r. w Pabianicach, opowiada o wejściu Niemców, ucieczce do Łodzi, powrocie do domu, wywłaszczeniu fabryki rodzinnej, tworzeniu getta, powołaniu ojca do Judenratu, likwidacji getta w Pabianicach....

  2. Ruth R., ur. w 1927 r. w Pabianicach, opisuje starszego brata i siostrę, względny dobrobyt rodziny, wejście Niemców, powstanie getta, łapanki uliczne, podczas których zabrano jej ojca i brata....

  3. Sally K. ur. w 1927 r. w Pabianicach, miała dziesięcioro rodzeństwa, przedstawia tworzenie się getta, antyżydowskie zarządzenia, łapanki, w których straciła rodziców, deportację do getta w Łodzi..

  4. Hecona A. ur. w 1927 r w Pabianicach, najmłodsza z trójki rodzeństwa. Wspomina względną zamożność rodziny, działalność ojca w ruchu syjonistycznym, swoją przynależność do No'ar ha-Tsyoni, wyjazd siostry do Palestyny w 1937 r., wkroczenie Niemców ..

  5. Esther B. ur. w 1927, najmłodsza z pięciorga rodzeństwa. Opowiada o swojej rodzinie chasydzkiej, przykładach dyskryminacji, powołaniu jej brata do służby wojskowej, wejściu Niemców, tworzeniu getta, powrocie brata ….

  6. Rachel O. urodzona w Pabianicach, opisuje aktywność syjonistów w jej miasteczku, okupację niemiecką, ucieczkę do Łodzi i Warszawy, nieudaną próbę przekroczenia strefy sowieckiej, powrót do Pabianic, udawanie Niemki, aby pomóc rodzinie....

Historia getta w Pabianicach zawiera wiele nieznanych szczegółów. Nie wszyscy wiedzą, że powstał tutaj oddział Żydowskiego Zjednoczenia Opieki Społecznej Ziem Wcielonych (Jüdische Wolhfahrstvereinigung) powołany z inicjatywy Mojżesza Merina. Był on przewodniczącym Centrali Żydowskich Rad Starszych na Wschodnim Górnym Śląsku oraz prezesem Judenratu w getcie w Sosnowcu. Wyznawał zasadę, że tylko współpraca z Niemcami pozwala zachować życie. Przekonywał do ścisłego wykonywania wszelkich zarządzeń i poleceń. Jednak postawa Merina spotkała się z całkowitą negacją, gdy nasiliły się wywózki do obozów zagłady. (Był szwagrem Abrahama Gancwajcha, kierownika Urzędu do Walki ze Spekulacją w getcie warszawskim, w otoczeniu którego znalazł się także bokser Kokosoffsky, gwiazda pabianickiego klubu Makabi).

Owa, jak się okazało później, pozorna stabilizacja znacznie wzmocniła pozycję Mojżesza Merina, którego aspiracje przywódcze sięgały poza obszar rejencji katowickiej – pisze Aleksandra Namysłowska w pracy „Rola Centrali Żydowskich Rad Starszych w organizowaniu opieki społecznej, zdrowotnej i aprowizacji wśr& oacute;d ludności żydowskiej...” Jednym z przejawów tego było powołanie w połowie stycznia 1941 r. organizacji pod nazwą Żydowskie Zjednoczenie Opieki Społecznej Ziem Wcielonych (Jüdische Wolhfahrstvereinigung, która miała być platformą współdziałania wydziałów opieki społecznej gmin nie tylko z obszaru Wschodniego Górnego Śląska, ale objąć swym wpływem również jak najwięcej ludności z pozostałych polskich ziem wcielonych do Rzeszy. Organizacja postawiła sobie cele bardzo ogólne: udzielanie pomocy biednym, opieka nad dziećmi i młodzieżą, finansowanie wszelkich instytucji zmierzających do przekwalifikowania zawodowego ludności żydowskiej, opiekę zdrowotną, troskę o przesiedleńców, udzielanie pierwszej pomocy w nagłych wypadkach (sic!), utrzymywanie domów sierot, starców itd.

Źródłem finansowania tych przedsięwzięć miały być dobrowolne składki, ale i pomoc Jointu, TOZu i PCK. Aby pozyskać dla tej idei poparcie poza „swoim” obszarem Merin udał się w połowie stycznia 1941 r. do gminy żydowskiej w Pabianicach. W wyniku rozmów z przełożonym rady starszych Chilem Rubinsteinem oraz kierownikiem biura gminy Leonem Urbaczem i po akceptacji lokalnych władz niemieckich powołano placówkę JWV dla całego okręgu Litzmannstadt, podporządkowaną Centrali w Sosnowcu. Ambicje Merina sięgały jeszcze dalej, bowiem planował on powołać oddział JWV także w rejencjach inowrocławskiej i ciechanowskiej. Rozpoczął nawet starania w tym kierunku, jednak nie udało mu się tego osiągnąć. Po kilku miesiącach (najpóźniej w lipcu 1941) JWV z polecenia władz niemieckich uległ likwidacji.. Merin został zamordowany w Auschwitz w 1943 r.

Gordon J. Horwitz w pracy „Ghettostadt: Łódź and the Making of a Nazi City”, Harvard University Press, 2008 także wspomina Pabianice. Podkreśla znaczenie sortowni dobytku pożydowskiego oraz opisuje przybycie ocalałych z selekcji pabianiczan do getta w Łodzi.

Zarządcy łódzkiego getta postanowili przyspieszyć proces sortowania dobytku jaki pozostał po zamordowanych mieszkańcach. Dlatego też nawiązali bliski kontakt z SS- Sonderkommando w obozie zagłady w Chełmnie. Zachowały się notatki z rozmów telefonicznych prowadzonych przez amstleitera Biebowa z jego zastępcą Friedrichem Ribbe, które pokazują, że administratorzy getta w Łodzi byli bezpośrednio zainteresowani utworzeniem w Pabianicach magazynu wartościowych przedmiotów pozyskanych w wyniku likwidacji Żydów. W jednej z rozmów padło pytanie: Czy sortowaniem rzeczy powinni się zajmować Żydzi czy Polacy? Dodatkową uwagę poświęcono przewozowi zagarniętego dobytku - samochody i paliwo. Sonderkommando nie rozporządzało wolnym autem, ale pozytywnie odniosło się do sugestii, aby wykorzystać wszelkie samochody ciężarowe jadące w kierunku Łodzi. Była nadzieja, ze gauleiter zezwoli administracji getta na zakup dużego samochodu. Podobnie zaopatrzeniem w paliwo miał się zająć odpowiedni urzędnik w Poznaniu, stolicy Kraju Warty.

Horwitz opisuje równocześnie wpływ jaki miały wiadomości o likwidacji getta w Pabianicach na mieszkańców getta łódzkiego.

Przedmiotem poważnej zadumy stali się Żydzi z pobliskich Pabianic, którzy przeżyli sobotnio-niedzielną selekcję. Byli pierwszymi nowymi przybyszami po deportacji Żydów z Europy Środkowej. „Nastrój w getcie zmienił się zupełnie od niedzieli - pisał kronikarz Bernard Ostrowski w dniach 20 i 21 maja - Informacje o wysiedleniach na prowincji miały depresyjny wpływ na społeczność. Nic nie szokowało bardziej, jak wizyta na ulicy Masarskiej pod numerem 22, gdzie stłoczono ponad tysiąc (1082) kobiet z Pabianic. W każdym kącie widziało się matki, siostry, babcie opłakujące najmłodsze dzieci. Wszystkie dzieci do 10. roku życia zostały wysłane w nieznanym kierunku. Niektóre kobiety utraciły troje, czworo, a nawet sześcioro dzieci. Ich cicha rozpacz jest bardzo dotkliwa, jakże inna od głośnych lamentacji, do których przywykliśmy podczas pogrzebów i o wiele prawdziwsza.

Policjant Szlomo Frank zarejestrował poruszającą scenę na Rynku Bałuckim, gdzie zdruzgotana emocjonalnie matka z Pabianic zatrzymywała przechodniów, pytając czy ktoś nie wie, gdzie przebywa pięcioro jej dzieci. Stała pogrążona w niekończącym się monologu – zanosiła prośby zarówno do przechodniów, jak i do Stwórcy, pomóżcie mi odzyskać pięcioro kochanych ptaszyn … nie zniosę tego dłużej - wołała.

Widząc rozpaczające matki z Pabianic, mieszkańcy getta zaczęli przejawiać niepokój o swoich najmłodszych. Nic dziwnego, że każdy, kto miał małe dzieci lub starszych rodziców bał się o ich dalszy los. Ostrowski pisał: Najwięksi optymiści stracili nadzieję. Dotychczas panowało powszechne przekonanie, że dzięki swojej rzetelnej pracy utrzymają getto i ocalą rodziny. Teraz zrozumieli, iż ulegli iluzji.

Obraz sortowni dobytku w Dąbrowie pod Pabianicami powraca również w powieści Steve'a Sem-Sandberga „Biedni ludzie z miasta Łodzi”, Kraków 2010. Autor pokazuje, że informacje z sortowni docierały do Łodzi, budząc paniczny strach.

Inni umieli opowiedzieć więcej:

We wsi Dąbrowa, 3 kilometry od Pabianic, w starej fabryce, która stała pusta od końca ubiegłego wieku, zrobiono magazyn. Do tego składu zwożono całe góry używanych materaców, butów i ubrań. Kilkoro młodych mężczyzn i kobiet, którym przyznano kategorię A, trafiło tu do pracy przy sortowaniu. Ci ludzie opowiadali, że pośród wszystkich palt i płaszczy, butów i bielizny znajdowali także książeczki pracy z żydowskimi nazwiskami, wszystkie opatrzone okrągłą pieczęcią Centralnego Biura Resortów Pracy i stemplem władz, AUSGESIEDELT, w poprzek zdjęcia, i podpisem. Znajdowali także portfele z własną walutą getta, monetami o nominałach pięć i dziesięć marek.

Wystraszone grupki słuchaczy nie były w stanie podważyć tych świadectw. Książeczki pracy nie mogły zostać wystawione gdzie indziej niż w getcie, a ta waluta miała przecież wartość wyłącznie tutaj i nigdzie indziej nie można było wejść w jej posiadanie.

Getto wspomina także Roman Peska, autor niewielkiej książeczki „Skazani na zagładę: Żydzi w Pabianicach 1794-1998”, Pabianice 1999, która trafiła do największych bibliotek świata.

W latach okupacji niemieckiej (1939-1944) jako 7-10 letniego chłopca, Mama posyłała mnie często do miasta. Najczęściej po zakupy papieru listowego, kopert, kart i znaczków pocztowych, ołówków kopiowych, po t, by siostra mogła napisać list do trzech braci (Kazimierza, Karola i Mariana) wywiezionych na roboty przymusowe.

Oczywiście posyłała mnie Mama i w innych sprawach, jak np. zanieść „kanapkę” dla siostry Jasi , pracującej w zakładzie, który mieścił się przy ulicy Kaplicznej. Zawsze przed wyjściem z domu Mama pouczała mnie jak mam się po drodze zachować, co mam załatwić i gdzie mam schować pieniądze- fenigi czy marki, ze po zakupie mam sprawdzić czy właściwą pobrano zapłatę i zwrócono resztę itp. Najmocniej mówiła zawsze jednak o tym, bym się nigdzie po drodze nie zatrzymywał i nie szedł dalej jak tylko do Rynku.

Mówiła również bym, przechodząc ulicą Warszawską na odcinku getta żydowskiego nie rozglądał się, nie gwizdał, nie trzymał rąk w kieszeniach, nie biegł, nie śpiewał, nie uśmiechał się i schodził z drogi Niemcom, a szczególnie żandarmom. Stanowczo mówiła mi bym do Rynku nie szedł ulicą Warszawską, a tylko Piotra Skargi, omijając getto, w którym przebywali Żydzi. Nie zawsze przestrzegałem tych zakazów. Szczególnie jeśli chodzi o omijanie getta. Było dalej, a poza tym ulicą Piotra Skargi nie jeździł tramwaj i nic się tu nie działo. Zawsze ciągnęło nie do ulicy Warszawskiej i tędy chodziłem.

Powodem tej ciągoty było zdarzenie, którego nigdy nie zapomnę. Otóż idąc kiedyś, w godzinach przedpołudniowych ulicą Warszawską, w stronę Rynku, w niedalekiej odległości od sklepu masarskiego Kociołka, była i jest do dzisiaj duża brama wejściowa do budynku z drewnianymi solidnymi wrotami. Zawsze były zamknięte. Mimo woli, właśnie w tym miejscu spojrzałem w stronę bramy, słysząc jakby jakiś głos ludzki. W mgnieniu oka – sekundy spojrzałem w prawo i na dole, w wolnej przestrzeni, o szerokości ok. 1—15 cm ujrzałem ludzką, dziecinną dłoń, bardzo wychudzoną, szarą i małą. Palce zginały się w stronę bramy. Na pewno była to rączka dziecka. Po chwili zniknęła, by znowu się ukazać. Paluszki znów się ruszały, tak jakby ktoś prosił mnie o coś. Stanąłem i nie wiedziałem co począć. Obejrzałem się na wszystkie strony i ujrzałem zbliżających się dwóch żandarmów, tym razem wojskowych z tablicami metalowymi na piersiach, w hełmach wojskowych i z karabinami. Byli w odległości paru kroków, idąc wprost na mnie, w kierunku ul. Kaplicznej.

Zamiast iść do przodu lub na drugą stronę, stanąłem jak wryty, wpatrzony w żandarmów. Podeszli i o dziwo, zaczęli mnie głaskać po mojej jasnej głowie. Nie wiedziałem co robić, chciałem odejść, a nawet zerwać się do biegu. Przetrzymałem to głaskanie, żandarmi poszli dalej. Spoglądałem w dół, czekając na dłoń. Niestety nie pokazała się.

Po powrocie do domu, Mamie nic nie powiedziałem, ale zdarzenie to nie dawało mi spokoju. Chciałem wiedzieć i sprawdzić kto i po co tak tą rączką robił.

Mama nie posyłała mnie codziennie do miasta, a najwyżej raz lub dwa razy w ciągu tygodnia. Sprawa nie dawała mi spokoju. Postanowiłem następnego dnia wyrwać się Mamie bez uprzedzenia. Tak też uczyniłem. Była godzina 11. Bawiłem się z innymi dziećmi w piasku w posesji nr 80 przy ulicy Warszawskiej. Tu zostaliśmy po raz drugi osadzeni po kolejnym wysiedleniu.

Poprosiłem Mamę o pajdę chleba i po chwili trzymałem ją w ręku. Był to ciemny chleb, gliniasty, pomoczony wodą i posypany cienko cukrem. Zjadłem go w ciągu minuty, smakował jak współczesny, luksusowy tort.

Gdy skończyłem „ucztę”, przypomniała mi się ta wyciągnięta dłoń dziecka. Wtedy dopiero skojarzyłem sobie, ze ta dłoń, to dłoń .głodnego dziecka żydowskiego, wzywającego pomocy. Wiele się nie namyślając poprosiłem Mamę, by dała mi jeszcze jeden kawałek chleba, mówiąc, że może być bez cukru. Złapałem go i schowałem pod sweter, kierując się do bramy, w stronę ulicy. Tu spotkałem Mamy sąsiadkę, która codziennie przychodziła na „plotki”. Wiedząc, że plotkowanie potrwa około godziny, ruszyłem „z kopyta” w kierunku getta i tu niespodzianka... Przejście ulicą Warszawską zostało zablokowane przez żydowskich strażników w granatowych czapkach z żółtym otokiem i bodajże opaską na rękawie. Coś było na niej napisane, ale nie zwróciłem na to uwagi. W ręku trzymali długie kije i poganiali nimi Żydów, którzy tłumnie przechodzili z ulicy Konstantynowskiej w Bóźniczną i odwrotnie. Tłum i ścisk niesamowity. Krzyk strażników, bicie kijami, płacz i jęki, deptanie ludzi, wołanie o pomoc kogoś z imienia, wywoływało straszne wrażenie.

Trwało to około godziny. Jak się potem dowiedziałem byłą to doraźna kara nałożona na Żydów, utrudniająca przejście z jednej strony getta na drugą stronę.

Nie czekałem na otwarcie przejścia. Wróciłem do ulicy Peowiaków, Skargi, do ulicy Poprzecznej i tu ponownie znalazłem się na ulicy Warszawskiej w pobliżu znanej mi bramy. Stała tu spora gromada Polaków, którzy czekali na otwarcie przejścia.

Podszedłem do Kociołkowej bramy, stanąłem i czekałem na „znikającą dłoń”, która tym razem się nie pokazała. Ludzie już się rozeszli. Wyjrzałem w lewo i w prawo, sprawdzając czy nie idą żandarmi. Upewniwszy się, że nic mi nie grozi, stojąc i opierając się o bramę zacząłem uderzać o nią stopą. Pukałem tak, z przerwami chyba z 5 minut bez żadnego skutku. Zrezygnowany, wsunąłem pajdę chleba – czarnej gliny w otwarta przestrzeń pod wrotami bramy. Pobiegłem w stronę domu. Tak byłem rozgorączkowany sprawą, że nie zauważyłem żandarma i jego zawołania: Halt! Wpadłem prawie na niego. Łamaną polszczyzną, zapytał mnie skąd biegnę i dokąd. Powiedziałem, że byłem w fabryce u siostry zanieść jej „esen” - jeść. Popatrzył na mnie, pogłaskał i powiedział „du geien nach hause” - bym szedł do domu.

Następnego dnia uczyniłem to samo, tyle, że o godzinę wcześniej. Tym razem trafiłem na scenę bicia kijami chłopca żydowskiego przez strażników – Żydów, który prawdopodobnie chciał przejść na drugą stronę getta i nie zatrzymał się się na ich żądanie. Bili go strasznie, we dwóch, gdzie popadło. Chłopiec wył z bólu, cały posiniaczony i pokrwawiony.

Podszedłem do bramy, patrzę a tu .. mała dłoń! Ta sama, ciemna, wychudzona, dłoń wystająca pod wrotami bramy. Najpierw stanąłem plecami do bramy, rozejrzałem się i pochyliłem się lekko, podając pajdę chleba. Wyciągnięta dłoń jak paszcza zgłodniałego rekina porwała chleb i zniknęła.

Po dwóch, może trzech tygodniach mojego „karmienia” nieznanego mi dziecka dwa, trzy razy w tygodniu, zamiast rączki, dojrzałem zawiniątko szarego papieru. Podniosłem zawiniątko i schowałem do kieszeni. W domu zapomniałem o nim. Następnego dnia, zaskoczyła mnie Mama, gdy na jej dłoni zobaczyłem zawiniątko papieru i usłyszałem pytanie: Skąd to masz? Zamiast mówić, zacząłem płakać. Nie dlatego, że bałem się lania, nie! Po prostu płakałem bo i Mama też płakała.

Rozwinęła zawiniątko i przeczytała dwa słowa: dziękuję … Izaak!

Przy kolacji, Mama pochwaliła moje postępowanie i powiedziała, że teraz będziemy razem chodzić „tam”.Byliśmy trzykrotnie, potem w następnym tygodniu znowu trzykrotnie. Niestety rączka dziecka, małego Izaaka, chuda, czarna, już więcej się nie pokazała.

Na polskich stronach internetowych najczęściej występuje historia ocalałego z Holokaustu pabianiczanina Alexandra Bartala-Bicza, który stał się bohaterem filmu dokumentalnego Zbigniewa Gajzlera „Sarid” (2005), zdjęcia – Andrzej I. Jaroszewicz, Witold Szulc, muzyka – Michał Lorenc. „Sarid” był prezentowany m. in. w Izraelu . Słowo Żydowskie (12-13/2006)

zamieściło impresję sumującą pokaz filmu i spotkanie z reżyserem w Tel Awiwie.

Z Polski do Tel Awiwu przyjechał reżyser Zbigniew Gajzler z filmem o likwidacji getta w Pabianicach. Człowiek choćby najbardziej optymistyczny, z natury pogodny wesołek nigdy nie jest przygotowany na spokojna percepcję takich wrażeń. Nawet gdy już takich filmów obejrzał sporo. Nawet gdy już się tyle nawspominał, napłakał, nażalił, nasmucił, narozpaczał. Nadzieja, jeżeli jest to, to tylko ta, że to złe nigdy się więcej nie powtórzy. Stoję przy oknie i walczę z palmą, która bezczelnie wpycha swoje duże liście aż poza parapet.

Z okna drugiego pietra patrzę na drzewa, które zasłaniają mi jezdnię, wchłaniają w swoje konary kurze i wzmagający się z każdą chwila ruch uliczny. Drzewa są tak piękne, ich niesamowite kolory płoną w słońcu, mienią się wszystkimi odcieniami zieleni, żółci, złota, czerwieni, oddycham głęboko, smakując rześkie, nasycone słonym zapachem morza powietrze śródziemnomorskiego poranka.

Gdzieś kołacze się wiersz Andrzeja Poniedzielskiego: Przechowajmy się, zostawmy się na czasy lepsze, poczekajmy aż się zmienią czas i ludzie i powietrze. Niebo zasnuwają chmury, zaczyna padać, u nas, w maju to ewenement.

Pozwalam myślom błądzić, nie narzucając im określonego kierunku.

- Pomyślałam – powie na pokazie filmu Elżbieta Frister, dyrektor Instytutu Polskiego w Tel Awiwie – pomyślałam, ze gdy obejrzymy go razem, będzie nam lżej.

- Pomyślałem - powie reżyser filmu Zbigniew Gajzler – że sam będąc mieszkańcem Pabianic opowiem dzieje i likwidację tamtejszego getta.

n

- Pomyślałem – powie bohater filmu, ocalony z Pabianic – że pokażę naszej izraelskiej młodzieży moje miasto rodzinne i dam poznać im ludzi, którzy tam żyli.

- Pomyślałam – powie jedna z uczestniczek oglądająca pokaz – że każdy z nas siedzący na tej sali ma swoje Pabianice.

Pomyślałam, że do kolacji sederowej u mnie w tym roku mogłoby zasiąść 56 osób, tyle, ile liczyła przed wojna nasza warszawska rodzina. M.L.

Miejski Ośrodek Kultury w Pabianicach nadał Zbigniewowi Gajzlerowi tytuł Ikony Kultury Pabianickiej.


Po zakończeniu drugiej wojny światowej temat getta gościł bardzo rzadko na łamach Życia Pabianic. Na początku lat 60. pojawił się krótki felieton Aurelii Janke poświęcony tragicznym wydarzeniom na boisku Krusche-Ender. Przełom nastąpił dopiero w latach 80. W 1984 ukazał się artykuł Marka Pawłowskiego „Zagłada pabianickiego getta” a w 1985 artykuł Alicji Dopart „Tragedia pabianickich Żydów”

M. Pawłowski pisał: Wcielanie w życie zamierzeń władze hitlerowskie rozpoczęły od pierwszych miesięcy okupacji. Już w lutym 1940 r. w Pabianicach, na obszarze zamkniętym ulicami: Garncarską, Batorego, Sobieskiego, Piotra Skargi, Bóźniczną, Warszawską, Kapliczną, Młynarską oraz Konopną utworzona została wydzielona, odrębna dzielnica dla Żydów – tzw. getto.

Egzystencja blisko 8-tys. rzeszy ludzi stłoczonych na niewielkiej przestrzeni, żyjących w trudnych i antysanitarnych warunkach, wystawionych na jeden z podstawowych czynników stopniowej eksterminacji – głód, była tragiczna. Przydziały żywności w getcie pabianickim obejmowały tylko podstawowe produkty i realizowane były nieregularnie, co w połączeniu z ciężką pracą fizyczną wpływało na zwiększającą się stopniowo, lecz nieustannie śmiertelność mieszkańców getta.

Większość ich pracowała w założonych przez zarząd gminy z polecenia władz niemieckich warsztatach wytwórczych tzw. wspólnotach gospodarczych (głównie w branży odzieżowej, bieliźniarskiej, szewskiej, meblarskiej itp.), część w firmach „Kelle” oraz „Guenther u. Schwartz”, w warsztatach w Kolumnie pod Łaskiem, niektórzy rzemieślnicy mieli nawet możliwość pracy we własnych mieszkaniach, w oparciu o zlecenia instytucji i osób prywatnych ze strony tzw. aryjskiej, realizowane za pośrednictwem niemieckiego Zarządu Miejskiego. Mimo że wynagrodzenie otrzymywane za ciężką pracę było absolutnie nie wystarczające do utrzymania się (np. pomagaczka otrzymywała 2-3 RM, kierownik grupy 12 RM tygodniowo), że do rąk pracownika trafiała zaledwie znikoma część zarobku (50% odciągał Zarząd Miasta, z reszty 20% zarząd gminy), a w dodatku pracodawcy, jak np. wspomniane firmy niemieckie, potrafili zalegać z wypłatami nawet po trzy miesiące – Żydzi sami szukali zatrudnienia łudząc się, że karta pracy stanowi rękojmię pozostania w getcie, swoisty glejt chroniący przed „wysiedleniem” w transporcie „w nieznane”.

Ponieważ getto pabianickie miało w przeciwieństwie do większości gett charakter „otwarty”, udający się do pracy poza jego obszarem Żydzi mieli możność nawiązywania kontaktów ze światem zewnętrznym i zdobywania w ten sposób żywności dla siebie i swoich rodzin. Zdarzały się też przypadki, że indywidualny zleceniodawca niemiecki, mimo że forma załatwiania sprawy w ten sposób była obwarowana surowymi sankcjami, chętnie wypłacał przypadającą rzemieślnikowi część zarobku w produktach żywnościowych. Toteż w sumie sytuacja aprowizacyjna getta pabianickiego choć ciężka, nie była tak tragiczna jak w gettach zamkniętych i ceny wolnorynkowe żywności były dużo niższe niż np. w getcie łódzkim. W najtrudniejszych warunkach znajdowali się bezrobotni (niektórzy utrzymywali się ze sprzedaży swoich skromnych przydziałów chleba, cukru itp., kupując w to miejsce ziemniaki i brukiew), a także ci, którzy - pragnąc połączyć się ze swoimi rodzinami – przeniknęli nielegalnie do getta z innych terenów i będąc formalnie poza ewidencją byli całkowicie pozbawieni przydziałów. Oczywiście jak w każdym getcie, także i tu występowała pewna grupa uprzywilejowanych w stosunku do swoich pobratymców – członkowie Beiratu (rady żydowskiej), wyżsi pracownicy administracji getta, osoby bardziej zamożne utrzymujące się z wyprzedaży mienia i część rzemieślników. Była to jednak warstwa procentowo niewielka.

Sytuację mieszkańców pogarszały szykany i terror na każdym kroku. Częste były przypadki mobilizowania wyczerpanych ludzi do niespodziewanych, nadprogramowych prac przymusowych, rewizje w mieszkaniach połączone z rabunkiem wartościowego mienia, bicie za każde niedopatrzenie, np. za niepozdrowienie funkcjonariusza niemieckiego, czy użycie polskiego języka (od 1941 r. mieszkańcom wolno się było posługiwać wyłącznie językiem żydowskim – jidysz lub niemieckim). Charakterystyczną ilustracją tego procederu jest np. pismo kierownika przyszłego obozu pracy Seiferta do swojego zwierzchnika Hansa Biebowa, kierownia Gettoverwaltung Litzmannstadt, w którym skarży się on przełożonemu, że jeden z policjantów – konwojentów pobił bez przyczyny Żyda – pracownika, a po zwróceniu mu uwagi ustawił się w drzwiach i bił wszystkich przechodzących, rzekomo za brak okazania należytego szacunku tak, że omyłkowo uderzył nawet jednego z niemieckich urzędników.. Zarazem Seifert zaznaczył, że nie kieruje się bynajmniej uczuciem litości „nie można jednak dopuścić do tego, by każdy według swego widzimisię bił Żydów i przez to naruszał dyscyplinę, porządek i wydajność pracy obozu”.

Najgorszą jednak męczarnią psychiczną dla mieszkańców getta była świadomość kruchości swojej egzystencji i niepewność jutra. Mimo to wierzono, a raczej starano się wierzyć , że wydajną pracą dla Niemców można będzie przedłużyć istnienie getta. Tego zdania był również stojący na czele żydowskiej rady prezes Goldblum.

Jak płonne były to nadzieje wykazała już najbliższa przyszłość.

Od końca 1941 r. do momentu uruchomienia w Chełmnie n. Nerem (Culmhof) obozu zagłady , władze hitlerowskie, dążąc do definitywnego rozwiązania kwestii żydowskiej, zintensyfikowały proces zagłady. W pierwszym rzędzie przystąpiono do likwidacji mniejszych gett na terenie województwa łódzkiego i bezpośredniej eksterminacji ludności nie reprezentującej walorów produkcyjnych, które mogły się jeszcze przydać niemieckiej gospodarce. Wkrótce przyszła kolej na getto w Pabianicach.

W kwietniu 1942 r. (podobnie jak w innych gettach m. in. w łódzkim i brzezińskim) wszyscy mieszkańcy getta pabianickiego bez względu na wiek i płeć, zostali przebadani przez specjalną niemiecką komisję, a następnie ostemplowani bezpośrednio na ciele literą „A” lub „B”. W getcie nastąpił okres wzmożonego niepokoju. Szerzyły się najrozmaitsze pogłoski , od najbardziej pesymistycznych, iż wszystkich czeka zagłada, po względnie optymistyczne, ze getto ulega likwidacji, ale jego mieszkańcy zostaną przesiedleni do getta łódzkiego.

Przeważały jednak nastroje pesymistyczne i – jak się okazało – były one uzasadnione.

W sobotę 16 maja 1942 r., kiedy obawy sporej części Żydów nieco przycichły, około godziny 16 od strony Nowego Miasta nadeszły oddziały SS, SA i policji. Getto zostało otoczone. Mieszkańcom polecono ustawić się grupowo przed domami niczego nie zabierając. Następnie z grup tych sformowano (często przy akompaniamencie bicia) kolumny, które pod silną eskortą skierowano ulicami Warszawską, Zamkową, Skromną i Augusty na ogrodzony plac sportowy firmy Krusche i Ender, rzekomo celem przeprowadzenia spisu ludności. „Długim szeregiem szli… bici i poniewierani… Tragicznie wyglądali w tym orszaku starcy i ciężko chorzy .. jak również matki dźwigające dzieci” – pisał w swoim raporcie szef wywiadu ogólnego pabianickiej AK ppor. Piotr Baryka (raport z 16 VIII1942 r.)

Zastępca komendanta miejscowego hufca Szarych Szeregów informował w swoim meldunku o zaobserwowanym z ukrycia

Dalszym rozwoju sytuacji: „... widziałem jak zajechała limuzyna, z której wysiadł major policji Sudau w otoczeniu kilku wyższych osobistości miasta Pabianic. Weszli on na wał okalający boisko z minami władców i patrzyli z pogardą na zgrupowanych tam Żydów. Dziwnie uroczystą ciszę przerywały tylko okrzyki mundurowych siepaczy, a w ślad za tym wrzaski bitych ofiar. Przeprowadzono segregację, rozdzielano ojców od rodzin, matki od dzieci, według uprzednio poczynionych kategorii. Utworzone grupy przepuszczano przez wysokie przejście prowadzące na środek boiska. Przy przejściu tym stało kilku żandarmów , którzy znów, przechodzącemu, nie wyłączając starców i kobiet, porcję kijów przez plecy, głowę, gdzie popadło. Niemowlęta odebrane matkom jak śmieci rzucano do przydrożnego rowu…” Tych, którzy oznaczeni byli literą „A” (arbeitsfaehig) kierowano na jedną stronę placu. Były to osoby uznane za zdolne do dalszej ciężkiej pracy fizycznej. Na drugą stronę kierowano osoby starsze, chory i wyczerpane oraz dzieci do lat 10, oznaczone litera „B”.”Tu rozgrywały się wstrząsające sceny, bowiem do osób z literą „A” nie dopuszczano dzieci, odrywano matkom niemowlęta, dzieci z płaczem i krzykiem biegały po placu szukając rodziców, rodzice zaś .. błagali straż o zezwolenie na zabranie dzieci. W odpowiedzi odtrącano na trawę…” („Kronika Getta Łódzkiego” – Biuletyn nr 37).

Nad placem unosił się krzyk bitych i płacz rozdzielanych silą rodzin. Wszelkie rozpaczliwe próby oporu pobudzały oprawców do jeszcze większego okrucieństwa. Ludzi bito nie tylko pałkami, ale i kolbami karabinów. Wielu dzieciom roztrzaskano główki. Kilkadziesiąt niemowląt zmarło wrzuconych do specjalnie wykopanego dołu.

Po zakończeniu segregacji blisko 4 tys. osób – małe dzieci oraz osoby starsze i schorowane z grupy „B” załadowano na podwody i do wagonów kolejowych, które udały się w „nieznanym” kierunku. Dziś wiemy z zachowanych dokumentów, że transporty te zostały skierowane bezpośrednio do obozu w Chełmnie n. Nerem , gdzie uśmiercanie odbywało się w specjalnie skonstruowanych samochodach – komorach gazowych.

Pozostali w liczbie około 3,7 tys. osób, zostali na placu, skąd partiami, transportem tramwajowym zostali przewiezieni do getta łódzkiego. Niektóre oczekujące swojej kolejki grupy spędziły na placu łącznie 2 dni i 2 noce, w zwykłych, codziennych ubraniach, tak jak wyszli z domów, stojąc lub siedząc na padającym bez przerwy deszczu, bez jedzenia i picia. Strażnicy urozmaicając sobie monotonię służby znęcali się nad nimi fizycznie i moralnie, bijąc bądź zmuszając wybrane osoby do cyrkowych popisów przy przymusowych oklaskach pozostałych. Nawet w nocy okoliczni mieszkańcy widzieli błyski reflektorów i słyszeli krzyki maltretowanych ofiar.

Pierwszy transport do Łodzi przybył tramwajami na Bałucki Rynek o świcie 17 maja, kolejne w nocy z 17 na 18 i 19 maja, w tym niewielka liczba małych dzieci, które udało się wykupić z rąk oprawców. Przybyłych umieszczono w punktach opuszczonych kilkanaście dni wcześniej przez blisko 11 tys. z Niemiec i Czechosłowacji deportowanych do obozu zagłady w Chełmnie. Sumienny kronikarz zanotował w datowanym 20-21 maja Biuletynie nr 37: „Opowiadania o wysiedleniach z prowincji podziałały przygnębiająco na ogół. W najwyższy sposób wstrząsająca jest wizyta w punkcie przy ul. Masarskiej 22, gdzie ulokowano ponad tysiąc (1082) przybyłych kobiet z Pabianic. W każdym pokoju, w każdym kącie widać matki, siostry, babcie wstrząsane łkaniem, cichutko zawodzące po swych małych dzieciach. Wszystkie do dziesiątego roku życia zostały wysłane w nieznanym kierunku. Niektóre straciły troje, czworo, a nawet sześcioro dzieci. Do głębi przejmuje ta cicha rozpacz… ”Przez pewien czas zrozpaczeni ludzie chciwie wysłuchiwali najfantastyczniejszych pogłosek, iż dzieci żyją, wymieniono nawet rzekomo istniejący w Poznaniu obóz dla dzieci żydowskich, jednak wkrótce nawet najwytrwalsi stracili wszelką nadzieję.

Do opieki nad pabianiczanami, którzy przybyli przecież bez żadnego dobytku, przełożony starszeństwa Żydów w getcie łódzkim Chaim Rumkowski powołał komitet, na czele którego stanął dotychczasowy przełożony rady getta pabianickiego. Większość pabianiczan już wkrótce ruszyła w dalszą drogę, rozesłana transportami po różnych żydowskich obozach pracy oraz do budowy autostrady Poznań- Frankfurt n. Odrą. Pozostali otrzymali przydziały pracy na miejscu, gdzie warunki egzystencji były bez porównania trudniejsze niż w getcie pabianickim.

Na łamach „Kroniki Getta Łódzkiego” pabianiczanie przewijają się jeszcze kilkakrotnie, m. in. odnotowano fakt wywiezienia ponownie do Pabianic kilku jubilerów i zegarmistrzów, aby wydobyć od nich informacje o ukrytych kosztownościach (fakt ten zaobserwowali również pabianiccy harcerze – wywiadowcy). 2 lipca powieszono publicznie 2 pabianiczan, 16 –letniego Joska Grynbauma i 51 – letniego Szymona Makowskiego, zbiegłych z transportu do Poznania. 7 września powieszono 18 pabianiczan zbiegłych z getta jeszcze przed jego likwidacją.

W Pabianicach na miejscu getta funkcjonował przez pewien czas niewielki, liczący około 180-200 osób obóz pracy, podległy Gettoverwaltung Liztzmannstadt, którego kierownikiem był wspomniany już Seifert. Ludzie ci zajmowali się zabezpieczeniem i segregacją pozostałego w getcie mienia, z którego część sprzedano miejscowym Niemcom, część skierowano do centrali w Łodzi, resztę natomiast spożytkowano na miejscu – czynne były tu m. in. warsztaty produkujące kołdry. Obóz istniał kilka miesięcy, po czym, po zakończeniu wymienionych prac 11 sierpnia 1942 r., jego załogę liczącą wówczas 186 osób skierowano do Łodzi.

Ostatnim, jakże wymownym dowodem tragedii tysięcy Żydów z Pabianic i innych mniejszych gett województwa łódzkiego są dwie poniższe informacje. Biuletyn nr 92 getta łódzkiego donosił, że do getta od końca maja do połowy lipca przybyły transporty: 798,6 t używanej odzieży i szmat, 221 t pierza, pierzyn i poduszek, 8,1 t futer i skórek, 69, 3 t używanego obuwia, 0, 05 t pończoch i skarpet używanych, 0,01 t używanych krawatów.

Druga informacja pochodzi z meldunku wywiadowczego jednego z pabianickich harcerzy: „Do firmy Krusche i Ender przywieziono przed świętem Bożego Narodzenia ścinki krawieckie w ilości kilkudziesięciu bel. Po rozpakowaniu okazało się, że w środku znajduje się bielizna damska i męska, ubrania, pościel, w większości pokrwawiona. Jak się okazało była to bielizna żydowska, przywieziona gdzieś z okolic Łodzi. Zaobserwowano również, że nie ma w niej dziur, ani znaków od uderzeń. Zawartość tych bel ma być przez maszyny rozszarpana i przerobiona na przędzę”.

Z blisko 8 tys. mieszkańców Pabianic narodowości żydowskiej (wg danych z marca 1942 r.) jedynie nieliczni dożyli wyzwolenia. W ten sposób dokonała się jedna z wielu zbrodni ludobójstwa popełnionych na terenie naszego województwa przez hitlerowskiego okupanta w tragicznych dla narodu polskiego latach 1939-1945.

Alicja Dopart pisała: Żydzi pabianiccy – kiedy do nas przybyli i jaka jest ich historia? Po II rozbiorze Polski rząd pruski zezwala na osiedlanie się Żydów i już w 1794 r. cztery rodziny żydowskie – 15 osób – przybywają do miasta. Osiedlają się na Starym Mieście, a wyznaniowo należą do kahału (zarząd gminy) w Łasku. W 1836 r. gdy liczą już 50 osób tworzą własną gminę wyznaniową. Kahał buduje synagogę przy ul. Kowalskiej (później Bóźniczna) – niewielki murowany budynek stanął w 1847 r. i służy Żydom do 1880 r. tj. do czasu wybudowania nowej synagogi w stylu klasycznym - perły architektonicznej w skali europejskiej. Od lat osiemdziesiątych XIX w. do II wojny światowej Żydzi posiadają własną szkołę mieszczącą się przy ul. Kaplicznej 8.

Z powstaniem gminy usytuowano też cmentarz w zachodniej części miasta przy ul. Karolewskiej. Cmentarz od 1942 r. jest obiektem zamkniętym. Wśród nazwisk (pisanych w języku hebrajskim i polskim) umieszczonych na grobowcach znajdują się: Rona Lichtensztejn, Eamanuel Kantorowicz – kupiec, tow. Józef Zonenberg – członek SDKPiL, Rozalia z Glaksmanów Baruch. Ta ostatnia to matka Maksymiliana Barucha – pierwszego autora monografii Pabianic. Prawdopodobnie pochowano tu dwoje rodziców, ale nagrobki są trudne do odczytania.

Okres międzywojenny to czas prosperity Żydów pabianickich, zwłaszcza staromiejskich, którzy maja tu w swoich rękach handel. Na Nowym Mieście zaś usytuowali się wzdłuż ul. Zamkowej i Kościuszki. Są właścicielami fabryczek włókienniczych i domów czynszowych – to ci bogaci, średniacy żyją z handlu i rzemiosła.

Wśród 7.900 Żydów są również lekarze, adwokaci, dentyści itp. Oprócz spółdzielni „Społem” handel spożywczy i przemysłowy jest prawie cały w rękach żydowskich, jak i cześć rzemiosła: szewstwo, krawiectwo, czapnictwo oraz liczne fabryczki tzw. kurniki.

W okresie międzywojennym Żydzi nadal posiadają jedną szkołę z państwowym programem nauczania i dowolnymi zajęciami. Szkołę prowadzi gmina żydowska. Mają nadal swoją synagogę. W 1931 r. liczba ich wynosi już 8.177 osób tj. 17,9 proc. ogółu mieszkańców Pabianic, a w chwili wybuchu II wojny Polska jest największym skupiskiem Żydów w Europie.

Inteligencja żydowska Pabianic, w obawie o swoje losy – w 1939 r. opuszcza miasto.

14 listopada 1939 r. wydane zostaje rozporządzenie Prezydenta Regencji w Kaliszu F> Ubelhoera, w myśl którego Żydzi zobowiązani zostali do noszenia na prawym ramieniu opasek z Gwiazdą Dawida, oraz zabroniono im opuszczania mieszkań w czasie od godz. 17 do 8 rano. Kto nie zastosował się do tego zarządzenia podlegał karze śmierci.

Pod koniec stycznia 1940 r., u zbiegu ulic: Garncarska, Batorego, Kościelnej, P. Skargi, Poprzecznej, Szewskiej, Bóźnicznej, Konstantynowskiej, Konopnej I kaplicznej zostaje utworzone getto, w początkowym stadium było ono tzw. otwarte. Przez środek jego przebiegała ul. Warszawska. Specjalnie powołana Milicja Żydowska reguluje godziny przechodzenia z jednej strony getta na drugą, sprawdza przepustki. Mieszkańcy mogą chodzić tylko wyznaczonymi ulicami i tylko środkiem jezdni, każdemu zaś umundurowanemu Niemcowi muszą kłaniać się. Wszyscy mieszkańcy getta noszą gwiazdy na piersiach i plecach z napisem „Jude”.

Stworzono im własny samorząd gminny, do którego wpłacano pieniądze uzyskane za prace publiczne, po odtrąceniu 65 proc. zarobku. Większość Żydów utrzymuje się dzięki zasobom materialnym, inni trudnią się nielegalnym handlem czy rzemiosłem.

Przez cały okres trwania getta, ujawniło się wiele pięknych postaw ludzkich poszanowania wartości życia i godności nacechowanych humanizmem. Żydom pomagano z zewnątrz, podając żywność, ratując uciekających, przechowując dzieci. Za pomoc taką Niemcy karzą śmiercią, ale ludzki obowiązek u niektórych był silniejszy niż obawa przed utratą życia.

Wiosną 1942 r. wszyscy mieszkańcy getta od lat 10 zostają przebadani i podzieleni na kategorie A i B, które to litery noszą na piersiach. W maju około 500 Żydów z kat. A wywieziono do Norwegii.

W dzień 16 maja 1942 r., w wigilię Zielonych Świąt rozpoczął się tragiczny pochód Żydów prowadzonych na zagładę. Getto otoczono policja, wyprowadzono Żydów z mieszkań i ustawiono w szeregach. Szli ulicami – Zamkową na plac sportowy Krusche i Endera (vis a vis kościoła Najświętszej Marii Panny). Starzy, dzieci, matki z niemowlętami na rękach. Na placu bici i kopani stali 2 dni i 3 noce. Na ulewnym deszczu, bez jedzenia i picia, bez chwili odpoczynku. Słabnących rozbierano do naga, by „ochłodzili się”. Przy przymusowych oklaskach, tańcach i śpiewach odbierano płaczące niemowlęta z rąk matek, uderzano głową o ziemię i wrzucano do wykopanych rowów. Podobnie robiono z tymi, którzy już nie mogli ustać i padali. Raport St. Baryki „O likwidacji getta pabianickiego” podaje, że co kilka minut po błysku reflektorów rozlegał się rozdzierający krzyk.

17 maja 1942 r. wywieziono wozami część Żydów do getta w Łodzi, część pociągami do Płocka i Chełmna. Około 200 Żydów pozostawiono w Pabianicach na terenie getta w zakładach krawieckich. 8 sierpnia 1942 r. spośród nich wywieziono 150 osób samochodami do Łodzi.

Po 1945 r. nieliczne grupy żydowskie wróciły do Pabianic. W Jerozolimie na Wzgórzu Pamięci (Har Hazikaron) obok krypty z prochami męczenników hitlerowskich obozów zagłady, zasadzono w maju 1962 r. pierwsze drzewka z tzw. Alei Sprawiedliwych między Narodami Świata. Przy każdym drzewku umieszczono tablice z nazwiskiem człowieka, który pomógł ginącym i nazwę kraju, z którego pochodzi. Na kilkudziesięciu tabliczkach wyryto „Polska”.

„Kto ratuje jedno Zycie – ratuje cały świat” głosi napis na medalu, który izraelski Instytut pamięci Bohaterów i Męczenników – odznacza szczególnie zasłużonych.

Medal taki znajduje się i w naszym mieście.


Dr T. Sosna-Lifszyc zamieściła w „Seyfer Pabianice” (Tel Awiw 1956, Melbourne 2014) wspomnienia z pierwszych miesięcy okupacji hitlerowskiej.

Pabianice doświadczyły wojny już w pierwszym jej dniu. W dzień bomby uszkodziły fabryki i domy mieszkalne. Nocą słyszeliśmy odgłosy ciężkiej artylerii. Sąsiedzi z ulicy Majdany zebrali się na placu Wysockiego. Aby wypełnić czas, omawialiśmy aktualną sytuację. Wszyscy wyrażali opinię, że Niemcy nie posuną się dalej ponieważ za chwilę nadejdzie obiecana pomoc z Anglii i Francji. Wtem wszystko się zatrzęsło od spadających bomb, z okien wypadały szyby. W domu naprzeciwko zaczął się palić dach. Jedna z moich koleżanek, Rywka Levi została zraniona odłamkiem bomby. Jej krwawiąca głowa uzmysłowiła mi powagę sytuacji. Ogarnięci paniką wybiegliśmy na ulicę, nie zdając sobie sprawy, że narażamy się na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Samoloty krążyły nad głowami, ostrzeliwując mieszkańców. Ludzie biegali jak szaleni. Wszystko wokół zaczęło się palić.

Po stłumieniu ognia wróciliśmy na plac Wysockiego. Upłynęło trochę czasu zanim ludzie odzyskali spokój. Kiedy nadszedł wieczór, strach był widoczny na wszystkich twarzach. Siedzieliśmy po ciemku, każdy zajęty swoimi myślami. Działa grzmiały przez całą noc. Rankiem miasto było jak wymarłe. Ulice opustoszały. Ciągle słyszeliśmy odgłosy artylerii. Do miasta wjechały pierwsze czołgi. Niemcy zaczęli strzelać do cywilów. Pierwszym pabianickim męczennikiem został niejaki Fuks, wiele innych osób odniosło rany.

Taki był początek przeklętej okupacji w Pabianicach.

Zmienił się obraz miasta. Pabianiczanie przywykli do pracy, do codziennej aktywności. Nagle teraz nie mieli nic do roboty. Brak pracy oznaczał głód. Coraz częściej widywaliśmy blade, wychudzone, głodne dzieci. Brakowało podstawowych produktów żywnościowych. Pracownicy nie byli w stanie zakupić coraz droższej żywności. Głód zaczął zbierać żniwo. Kolejki po chleb ustawiały się już o godzinie drugiej w nocy, chociaż sprzedaż rozpoczynano dopiero o ósmej rano. W kolejkach chlebowych dochodziło do bójek. Zamożniejsi spośród nas jeszcze nie musieli czekać w kolejkach. Za odpowiednio wysoką opłatą przynoszono im cokolwiek tylko chcieli do domów. Jednak wiele osób nie mogło sobie pozwolić na podobny luksus.

Niemcy nie dali nam na długo spokoju. Zaczęli zabierać ludzi do pracy. Żydzi byli zmuszeni wykonywać najtrudniejsze roboty, podczas których bito ich i znieważano. Wracali do domów zmaltretowani i brudni. Co więcej od kaprysu Niemca – pana życia i śmierci- zależał ich los. Wykonywane zadania były też zupełnie bezproduktywne, obliczone na umęczenie ludzi. Musieli na przykład przez cały dzień w szybkim tempie przenosić kamienie z miejsca na miejsce.

Do Pabianic dotarła wiadomość, że Sowieci przekroczyli granicę Polski i doszli do Bugu. Żydzi masowo zaczęli uciekać na tereny zajęte przez Armię Czerwoną. Niektórzy, przeważnie młodzi ludzie, postanowili opuścić miasto, udając się w kierunku zachodniej Białorusi.

Mijał czas i nadchodziły Sądne Dni (święta żydowskie). Te dni, święte dni były tak smutne, że Żydzi zwracali się ku Bogu, błagając o pomoc.

W pierwszym dniu Rosh Hashana (żydowski Nowy Rok) w naszym domu odbyło się spotkanie Żydów. W tajemnicy i wielkim strachu modlili się i płakali. Kiedy starsi wznosili modły, młodzi stali na straży. Gdy nadchodził żandarm, dawaliśmy umówiony sygnał i Żydzi w tałesach (chustach modlitewnych) chowali się prędko. Było tak kilku razy, aż musieli zakończyć wspólne modlitwy ponieważ Niemcy wyprowadzili z sąsiedniego domu Żydów w tałesach.

Żydzi byli ścigani na ulicach, bici i poniżani. Nie mogłam znieść tego dłużej i zdecydowałam przejść przez granicę sowiecką. Powstrzymywała mnie troska o rodziców. Przekonywałam, że powinniśmy uciekać całą rodziną Jednak ojciec mówił, że chciałby umrzeć w swoim domu. Matka, zazwyczaj energiczna kobieta, opadła z sił i nie była zdolna podjąć trudu długiej podróży.

W tym czasie siostra mojego męża wróciła z terenów zajętych przez Sowietów i przywiozła pozdrowienia od małżonka, który już tam przebywał. Postanowiłyśmy iść razem. Ojciec nie wyrażał zgody, ale matka rozumiała mnie lepiej i przygotowała mnie do drogi bez jego wiedzy Wyruszyłam 31 grudnia 1939 r. razem z Bronką Lifszyc w kierunku Warszawy. 9 stycznia 1940 podczas przekraczania Bugu wpadłyśmy w ręce Niemców. Obdarli nas z ubrań i zabrali wszystkie rzeczy. Nieco później rzucili nam ubrania przez okno. Był mroźny styczniowy dzień…To był mój ostatni kontakt z Niemcami.

Jakob Grynsztein

1 września 1939 r. Piątek. Wszyscy szykowali się do szabatu. Rynek był pełen wieśniaków i gospodyń domowych. Fabryki pracowały w zwykłym trybie, a jednak wszystko się zmieniło. Kopano tunele, które miały zabezpieczyć przed atakami lotniczymi. W powietrzu unosił się zapach wojny. Starsi ludzie pamietający poprzednia wojnę trzęśli się ze strachu. W wielu oczach pojawiły się łzy.

Polacy – zwłaszcza młodzi- byli pełni nadziei, zaczadzeni hasłem „Silni, zwarci, gotowi”. W ostatnich dniach stali się wszak bardzo uprzejmi wobec żydowskich sąsiadów. Nie był to dobry znak. Wróg zagrażał nie tylko nam.

Samoloty niemieckie nadleciały w południe. Zawyły syreny i natychmiast spadła bomba. W mieście wybuchła panika. Opustoszał rynek. Stanęły fabryki. Miasto zamarło. Widziało się tylko harcerzy na rowerach i osoby wojskowe. Żydzi odbyli szabat w wielkim przerażeniu. Bali się bomb i nadchodzącego jutra.

W sobotę miasto zalały tłumy uciekinierów z innych miejscowości. Przynieśli gotową odpowiedź na wszystkie wątpliwości: Żydzi, nie siedźcie cicho. Uciekajcie póki czas. W niedzielę drogi zapełnili uciekinierzy z Pabianic – żydzi, chrześcijanie, policja, urzędnicy, starsi i młodzi. Pozostali jedynie niemieccy mieszkańcy Pabianic.

Wraz z moją siostrą oraz grupką młodych ludzi ruszyliśmy do warszawy. Wędrowaliśmy przez 9 dni pod nieustannym atakiem niemieckich samolotów. W końcu Niemcy zamknęli nas w kościele pod Warszawą, podejrzewając o dywersję. Wróciliśmy do Pabianic głodni, zmęczeni i wyczerpani. W mieście byli już żołnierze niemieccy.

Pabianice miały ponury wygląd. Żydzi nie wychodzili z domów. Łapano ich na ulicach i zabierano do pracy. Najgorzej cierpieli brodaci Żydzi. Z pracy wracali pobici. Najwięcej Żydów mieszkało przy ulicach Bóźniczna i Konstantynowska. Ukryłem mojego ojca i opiekowałem się nim.

Podczas Rosh Hashana hitlerowcy podburzyli męty społeczne i w ciągu paru godzin zdemolowali synagogę. W dodatku we znaki dawał się coraz bardziej głód.

Podczas świąt Rosh Hashana i Yom Kipur Żydzi spotykali się sekretnie na modlitwach. Nawet wtedy Niemcy zabierali ludzi do pracy. Z mojej kamienicy zabrali pana Szyfa. Wyszedłem z ukrycia i ofiarowałem się pójść w miejsce sąsiada. Dostałem za swoje, wróciłem opuchnięty i zakrwawiony. Obcięli mi włosy za pomocą noża.

Informacja o tym, że Armia Czerwona przekroczyła Bug dodała nam skrzydeł. Poprzez znajomego Niemca uzyskaliśmy przepustkę na podróż do Grodna – ja, Lejbusz Rajchbard i Aron Doktorczyk. Byliśmy pierwszymi, którzy opuścili miasto. Po 15 dniach marszu doszliśmy do Białegostoku. Żydzi tańczyli tam na ulicach. My także byliśmy szczęśliwi, ale nasze serca przepełniała troska o najbliższych.

Po paru tygodniach stworzyliśmy grupę pabianicką: Sala Joszkowicz, Mendel Joskowicz, Hersz Janowski, Gerszon Gelbart, Sara – moja siostra. Poszliśmy do miasta Uzda, niedaleko Mińska. Dołączyli do nas Szmul Dawid Grynsztein, Hillel Blumnsztein i Jeszaja Bornsztein. Tam osiedliśmy, pozostając w kontakcie listowym z Pabianicami (….)


Wspomnienia Herszlikowicza, Sieradzkiego, Grusmana i innych

Niemcy weszli do Pabianic 8 września 1939 r. Brat Szmuela Fuksa został zastrzelony przez patrol. Pochowano go razem z polskim żołnierzem pochodzenia żydowskiego. Pierwsze zarządzenie okupanta nakazywało pochówek ciał żołnierzy i cywilnych uciekinierów leżących na drodze prowadzącej do Łodzi.

Cywilna administracja miasta uaktywniła się w połowie października. Wydane zostały zarządzenia antyżydowskie. Powiadomili nas, że mamy zorganizować Judenrat i wybrać jego szefa. Tłumaczyli, że będzie to dobre dla nas rozwiązanie, gdyż nasi przedstawiciele będą się komunikować z niemiecką administracją. Zebranie reprezentantów wszystkich lokalnych ugrupowań żydowskich odbyło się w domu J. Altera. Dyskusja dotyczyła sposobu postępowania w nowej sytuacji. Padały nazwiska kandydatów na starszego rady. W pierwszej kolejności zgłoszono I. Urbacha, ale bezowocnie. Kandydat kategorycznie odmówił. Spotkanie zakończyło się fiaskiem.

W parę dni później Niemcy wybrali adwokata Szapyra na szefa Judenratu (obecnie adwokat Szapyra mieszka w Łodzi pod nazwiskiem Stanisław Wilczyński). Szapyra zajmował to stanowisko przez krótki czas. Następnie zastąpił go Jechil Rubinsztein, a właściwie zagarnął tę funkcję dla siebie.

Pierwszą fabryką, którą przejęli Niemcy była firma Urbach-Sinicki. Z ramienia administracji zajmowali się tym urzędnicy; Tat, Keller, Koszada i inni. Keller odpowiadał za zabezpieczenie własności żydowskiej . Z pistoletem w dłoni kazał Urbachowi natychmiast opuścić fabrykę. Koszada został jej komisarzem.

Następnie przejęto firmy Żarskiego, Fajwla Bera, Wajnsztejna, Lidzbarskiego i innych. Przejmowanie żydowskich firm trwało od dwóch do czterech tygodni. Fabryczki opustoszały. Pół roku później podobne postępowanie zastosowano wobec polskich przedsiębiorstw. Rzemieślnicy otrzymali specjalne zezwolenia na kontynuowanie pracy.

28 października 1939 r. przyszedł rozkaz, aby opróżnić bardziej okazałe domy przy ulicach Bóźniczna i Tuszyńska. Jakub Kubraniecki, adwokat Alter oraz Izrael Jelenowicz poszli do władz niemieckich z interwencją i … nigdy już nie wrócili. Domy zostały brutalnie opróżnione z mieszkańców i przekazane prominentnym Niemcom. Przy ul. Warszawskiej 11 utworzono magazyn, do którego trafiło skonfiskowane mienie.

W pierwszy dzień Rosh Hashana Żydzi musieli zakopywać koński nawóz. Podczas tej pracy byli niemiłosiernie bici. Musieli także obrzucać się nieczystościami. Dla Żydów godzina policyjna rozpoczynała się o godz. 17, dla Polaków – godz. 22, dla Niemców – godz. 24.

Na początku okupacji zorganizowano Biuro Pracy, które sporządzało wykazy robotników według potrzeb administracji niemieckiej. Do pracy wysyłano osoby obu płci, które ukończyły 14 lat. Istniała możliwość wynajęcia osoby, która zastępowała pracownika z listy. Niemcy nie płacili robotnikom. Wynagradzano ich bardzo skromnie z środków wspólnoty żydowskiej.

Getto powstało w połowie lutego 1940 roku. Wtedy utworzono, z środków wspólnotowy, kuchnię dla osób niepracujących. Niemcy wydawali kolejne zarządzenia, takie jak obowiązek noszenia żółtej opaski na rękawie, kłaniania się Niemcom, dokonywania zakupów w ściśle określonych godzinach. Niemcy przejęli sklepy żydowskie, ale Żydom zabroniono kupowania niektórych produktów żywnościowych, np. śledzie czy masło. Karą za nierespektowanie zarządzeń było bicie. Mogliśmy jeździć tylko w ostatnim wagonie tramwaju. W sklepach niemieckich widniały tabliczki z napisem: Żydom i psom wstęp wzbroniony.

Któregoś dnia inżynier Kaz został wyrzucony ze swojego domu i ślad po nim zaginął. Córkę Jelinowicza zabrano do pracy w fabryce Kindlera w dzień jej ślubu. Musiała sprzątać toalety.

Pięciuset Żydów wysłano do Kałuszyna jeszcze przed utworzeniem getta. Judenrat zadecydował, że wyjadą osoby korzystające z darmowej kuchni i pomocy społecznej. Judenrat zaopatrzył ich w odzież, prowiant i pieniądze. To przymusowe wysiedlenie miało miejsce pod koniec grudnia 1939 r. W Kałuszynie wypędzonych umieszczono pod gołym niebem. Niektórzy zbiegli do Pabianic.

Po pierwszym wysiedleniu Niemcy przeprowadzili spis mieszkańców, pobierając odciski palców. Getto zorganizowano w połowie lutego 1940 r., po ograbieniu mieszkańców. Obejmowało ulice: Tuszyńska, Sobieskiego, Kapliczna, Garncarska, Młynarska, Konstantynowska, Batorego. Niemcy nazywali getto „dzielnicą żydowską”. Nie była ona zamknięta. Znak z żółtą gwiazdą na niebieski tle wisiał na końcu każdej ulicy. W getcie znalazło się ponad 8 tysięcy Żydów. Mogliśmy zabrać ze sobą cały dobytek, który nie został jeszcze rozgrabiony.

Budynek przy ul. Konstantynowskiej 11 był określany przez mieszkańców jako „dom panów” ponieważ zajmowała go arystokracja getta. W skład Judenratu wchodzili: Rubinsztein – starszy rady, Leml Maroko – policja, Jechil Glass – finanse, Mordka Bryn – zaopatrzenie, administracja, poczta. Byli to główni decydenci. Pozostali członkowie Judenratu to: Lolek Urbach – sekretariat, Szmelka Sztejnhorn – zaopatrzenie, Jecheski Hejman – zaopatrzenie, Jecheski Kochman – produkty mleczne, Jakob Sinicki – ochrona zdrowia, Goldblum – sądownictwo, Aba Kupperwasser – policja, Izrael Jelinowicz – biuro pracy.

Podczas okupacji dom starców, w przedwojennej lokalizacji, prowadziły panie Goldblum i Maroko.

W 1940 r .po zamknięciu kuchni publicznej, ponieważ wiele osób przestało z niej korzystać w obawie, że zostaną zaliczone do grupy nieproduktywnej, utworzono herbaciarnię. Za niewielką opłatą mogliśmy dostać kromkę chleba i herbatę. Herbaciarnia mieściła się przy ul. Poprzecznej 22. Należała do związku tkaczy kierowanego przez Birnbojma, Dymanta, Lubnickiego, Grojnema, Majera, Federmana, Rypsztejna, Moszkowicza, Gellera, Goldringa. Zaopatrywał ją Judenrat. Została zamknięta w 1941, gdy utworzono warsztat pracy na zlecenie firmy z Berlina.

Właściciel firmy Ginter und Schwartz przybył z Berlina. Przyszedł do Judenratu na Konstantynowskiej wraz z oficerem reprezentującym siły powietrzne oraz wykwalifikowanym krawcem. Zasugerował, aby utworzyć zakład odzieżowy, wykonujący płaszcze, spodnie, koszule dla niemieckich lotników. Oprócz tego zaproponował równoległą produkcję cywilną.

Judenrat wezwał wszystkich krawców i kazał im przygotować maszyny do szycia. Przedsiębiorstwo działało w oparciu o pracownie krawieckie zlokalizowane przy ulicach: Konstantynowska 17 i 31, Garncarska 5, Miodowa 6.

Najpierw prace otrzymało około dwustu ludzi dysponujących 40 maszynami. Dodatkowe warsztaty urządzono dla stolarzy, czapników, wytwórców wyrobów skórzanych, producentów odzieży damskiej. Ci ostatni pracowali przy ul. Poprzecznej 15 i 17 po kierunkiem Zajdmana.

Stolarze pracowali przy ul Tuszyńskiej (Skargi) 45 i 47. Czapnicy – ul. Konstantynowska 29.

Szewcy i introligatorzy przez pewien czas pracowali poza obrębem getta.

Oddział firmy Lehman Werke był zlokalizowany w fabryczce Grossmana przy ul. Poprzecznej 19, gdzie wytwarzano gniazdka elektryczne. Pracowało tam 20 -25 osób, głównie kobiety.

Oddział został nagle zamknięty. Wszystkie pracownice wysłano do Poznania. Córka Izraela Zaksa wróciła dzięki sowitej łapówce. Pozostałe kobiety zginęły.

Maszyny i urządzenia tkackie, zarówno żydowskie i polskie, podzielono na trzy kategorie. Najlepsze wysłano do Niemiec, gorsze zostały w Pabianicach, najgorsze trafiały na złom. Przy tej selekcji pracowali mistrzowie tkaccy Fiszl Mentlich, Lejbl Grossman, Mejer Radziejewski, Chaim Miler. Najlepszy sprzęt był także demontowany i powtórnie składany w fabryczce Joskowicza, przy ul. Tuszyńskiej 45. Niemcy kupowali tam krosna po śmiesznie niskiej cenie. Zyski przekazywano na konto organizacji Treuhandschtele Ost.

Najlepiej rozwijał się biznes odzieżowy. Uważaliśmy, iż dzięki niemu istnieje getto. Kilka razy próbowano zlikwidować getto, ale zawsze interweniowała firma Ginter und Schwarts i niebezpieczeństwo się oddalało. Praktycznym Niemcom chodziło po prosto o dobrą i tanią produkcję.

W getcie działali żydowscy agenci Gestapo, który wyrządzili wiele krzywd. Społeczność doznała wiele zła także ze strony Judenratu. Rada Starszych była przekonana, że przetrwa wojnę, a w międzyczasie dorobi się majątku. Rzeczywiście mieli pieniądze i żyli jak królowie. Jechil Rubinsztein na przykład należał do tych Żydów, którzy chcieli zdobywać pieniądze za każdą cenę i zaspakajać oczekiwania niemieckich szefów kosztem społeczności.

Jakkolwiek tacy członkowie Judenratu jak Rojtkop, Goldblum, Sinicki, Kochman, Hejman stanowili podziwu godny wyjątek.

Natomiast w złych postępkach oprócz Rubinsztejna celowali Maroko, Glass, Bryn, Kupperwasser.

30 proc. zarobków pracowniczych szło do Judenratu, z czego 10 proc. pobierali na swoje osobiste potrzeby członkowie Judenratu, a 70 proc. zabierała administracja niemiecka.

Pola Jelinowicz

Gdy Niemcy zajęli Pabianice, utworzyli administrację miejską. Powiedzieli, że musimy się zorganizować, aby z nimi rozmawiać. Mój mąż znał wielu Niemców dzięki pracy w firmie Krusche-Ender. I oni nakłaniali go do udziału w reprezentacji żydowskiej.

Utworzono Radę Starszych na czele z Jakobem Lubranieckim i adwokatem Izaakiem Alterem. Rada mieściła się przy ul. Majdany 7. Działała przez dwa miesiące i czyniła starania, żeby obejść zarządzenie o wysiedlaniu Żydów z ich domów. Kiedy otoczono pierwszy budynek podczas akcji „oczyszczania”, przyszli do nas trzej gestapowcy po Wolfa Jelinowicza. Powiedziałam, że poszedł do urzędu z interwencją. Byłam niespokojna i wyszłam na ulicę. Podeszłam pod urząd i zobaczyłam trzech Żydów prowadzonych do auta. Jednym z nich był mój mąż. Zdążył tylko powiedzieć, że powinnam iść z prośbą o pomoc do Lehmana, dyrektora firmy Krusche –Ender, który dawał mu poprzednio gwarancję bezpieczeństwa. Poszłam natychmiast, ale nie zostałam przyjęta. Po trzech tygodniach dowiedziałam się, że mąż siedzi w Łodzi przy ulicy Sterlinga. Po aresztowaniu Altera, Lubranieckiego i mojego męża Wolfa Jelinowicza, szefem rady został adwokat Szapyra. Czynił starania, aby uwolnić aresztowanych kolegów.

Nie podzielam opinii, że Szapyra przyczynił się do wspomnianego aresztowania, rzekomo chcąc pozbyć się adwokata Altera. Wiem, że cala sprawa była wynikiem nienawiści folksdeutscha Kiepscha do Lubranieckiego. Kiedy Niemcy weszli do Pabianic, Kiepsch powiedział Lubranieckiemu: Do tej pory ja byłem gotów na twoje każde wezwanie, teraz ty będziesz do moich usług. W rezultacie polski dozorca żydowskiego domu poinformował Gestapo, że trzech Żydów – Lubraniecki, Alter i Jelinowicz - zbiera się potajemnie na zebraniach antyniemieckich.

Zostali aresztowani 11 listopada 1939 r. Na ich rzecz interweniował adwokat Szapyra. My także szukaliśmy pomocy u niemieckiego adwokata. Zapłaciliśmy tysiąc marek i on zapewniał nas ciągle, że wszystko skończy się pomyślnie.

Któregoś dnia powiedział, że ma dla nas dobrą wiadomość. Kazał przyjść po południu na spotkanie z uwolnionymi mężczyznami. Po przyjściu okazało się, sprawę przejęło Gestapo.

Berl Herszlikowicz

W lutym 1940 r. Niemcy nakazali przenieść się wszystkim Żydom do getta. Kilka ulic Starego Miasta stanowiło ich nowe miejsce zamieszkania. Gnieździło się tam ponad 8 tysięcy ludzi. W każdej izbie wegetowało kilka rodzin. Życie było niezwykle trudne. Strach przed przyszłością oznaczał powszechny niepokój. Niemcy mogli z nami robić wszystko co chcieli – ograbianie mieszkań, znęcanie się, morderstwa.

Judenrat miał obowiązek dostarczać Niemcom pracowników do najcięższych robót. Każdego dnia setki robotników wysyłano do pracy poza gettem. Niemcy także osobiście zabierali Żydów z ulicy. Wchodzili do mieszkań w poszukiwaniu wartościowych rzeczy. Bili do krwi i znieważali nas.

W maju 1942 r. Żydzi doświadczyli najgorszego. Najpierw krążyły pogłoski, że getto zostanie zamknięte. Nie wiedzieliśmy co to znaczy. Martwiliśmy się przede wszystkim o nasze dzieci. Rozumieliśmy, że bandyci hitlerowscy chcą nas zamordować. Szliśmy do Judenratu, aby powiedzieli co mamy zrobić z dziećmi. Odpowiedź była prosta: Zachowajcie spokój, nic złego nie stanie się pabianickim Żydom. Judenrat nas odszukał. Oni wiedzieli jaki los nas czeka. Mogliśmy uratować dzieci. Mogliśmy ukryć je po aryjskiej stronie. Mogłem oddać moje dwoje dzieci polskiej rodzinie i one na pewno przeżyłyby wojnę. Wielu rodziców mogło podjąć próbę uratowania swoich dzieci, ale Judenrat nie tylko nam nie pomógł, lecz zwiódł i okłamał, twierdząc, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku.

Nastąpiła wielka tragedia. Na ulicach miasta pojawiły się plakaty informujące, iż wszyscy Żydzi muszą wyjść przed domy w związku z prowadzonym spisem ludności. Wtedy już zrozumieliśmy co nas czeka. Jednak dzień wcześniej Judenrat zapewniał niezmiennie, że nic złego się nie wydarzy. Tymczasem członkowie Judenratu potrafili zaopatrzyć się w dokumenty gwarantujące im i ich rodzinom bezpieczeństwo.

W sobotę 16 maja 1942 r. przyszli po nas hitlerowcy. Ustawili w czwórki i zaprowadzili na plac Krusche-Endera. Oddzielili osoby zdrowe od osób chorych, starych i dzieci. Zdrowi trafili do getta w Łodzi. Chorych, starych i dzieci wysłano na śmierć do Chełmna. Nasi najbliżsi zostali zagazowani i spaleni.

Przy Judenracie działała legalna instytucja samopomocowa „Opieka nad dzieckiem”. Działali w niej: Berek Abramczyk, Mojsza Sinicki, Abram Frejman, Hela Klinowska, Jechiel Lipiński, Mojsza Krakowski, Alina Szapocznik, Bella Gelbart, Ruzka Maroko, Szlamek Rubinsztein, Sala i Genia Cola, Alek Adler i cała młodzież syjonistyczna. Pracę nadzorowała pani Goldblum, córka fabrykanta Hermana Fausta. Kobiety pracowały także w szpitalu, domu starców, kuchni publicznej. „Opieka nad dzieckiem” powstała w odpowiedzi na potrzeby kobiet zatrudnionych w pracowniach krawieckich, które posiadały małe dzieci. Instytucja opieki mieściła się w ogrzanym domu Lidzbarskiego przy ulicy Poprzecznej. Dzieci otrzymywały tzw. drugie śniadanie składające się z chleba i mleka. Uczyły się także czytania i pisania. Nauka przebiegała bez konkretnego programu, ale nastoletni nauczyciele starali się zapewnić odpowiednie materiały dydaktyczne. Wspomagała ich znana pabianicka nauczycielka Hela Birnbojm-Śliwkiewicz.

Straszna śmierć Icza Doktorczyka. Doktorczyk był starszym, około 70-letnim, Żydem. Upadł na jezdnię podczas pamiętnego marszu z getta na stadion Krusche-Endera. Niemcy nie pozwolili go podnieść, czy odsunąć na chodnik. Żydzi musieli iść po nim. Mężczyzna zmarł na miejscu, a ciało pozostawiono na ul. Zamkowej.

Jahojszua Birnbojm

1 września 1939 r. Piękny, słoneczny dzień, odezwały się syreny, a radio przyniosło mrożącą krew w żyłach wiadomość: wybuchła wojna. Szaleństwo, które nadeszło miało nas unicestwić. W piątek na niebie zobaczyliśmy stalowe ptaki destrukcji. Spadły pierwsze bomby. Dygotaliśmy ze strachu. Po ośmiu dniach znaleźliśmy się w rękach hitlerowskiej bestii. Miasto poniosło wiele strat. Pierwsi żołnierze niemieccy po wkroczeniu do Pabianic od razu, z uśmiechem na ustach, zastrzelili spokojnego Żyda Fuksa. Był pierwszą ofiarą spośród tysięcy Żydów zamordowanych przez Niemców.

My, Żydzi zostaliśmy pozbawieni jakiejkolwiek formy ochrony. Elementy z marginesu społecznego rozpoczęły grabież mienia żydowskiego, nie szczędząc wyzwisk i donosów.

Żydom odmówiono prawa do zakupu chleba. Tworzyły się kolejki po chleb. Kiedy hitlerowcy odkryli Żyda stojącego w kolejce bili go brutalnie. Jeśli nie potrafili rozpoznać Żyda, Polacy przychodzili im z pomocą.

Życie stawało się nie do zniesienia. Żydzi zaczęli uciekać w stronę granicy rosyjskiej. Ja także chciałem uciekać do Rosji z rodziną, bo czułem, że zaczyna się wielka tragedia. Jednak moja żona nie chciała rozstać się ze swoją podstarzałą matką. Mówiła, żebym sam uciekał. Ale ja także nie chciałem opuścić moich bliskich. Miałem moralny obowiązek opiekować się rodziną.

Po paru tygodniach do miasta przybyło Gestapo. Nakazano utworzyć Radę Starszych. Nie wiedzieliśmy wówczas czym ma się zajmować Judenrat w Pabianicach. Odbyło się potajemne zebranie Związku Mistrzów Tkackich oraz innych grup. Zaufaniem obdarzyliśmy adwokata Izaaka Altera. Wybrani zostali także Wolf Jelenowicz i Kuba Lubraniecki. Zaczęła się tragedia.

Nasi przedstawiciele chcieli wypełniać swoje obowiązki dla dobra społeczności. Nie mieli zamiaru godzić się z nieludzkimi żądaniami Gestapo. Dlatego też bardzo szybko zostali aresztowani. Nie wiemy w jaki sposób oddali życie. Potwierdzili swoje bezinteresowne oddanie naszej wspólnocie. Na zawsze pozostaną w sercach pabianickich Żydów.

Po ich śmierci powstała druga Rada Starszych. Tym razem składała się z takich zdeprawowanych jednostek jak Jechiel Rubinsztein i jego klika. Zaczęli swoją pracę od rejestracji osób potrzebujących wsparcia socjalnego. Urządzili jadłodajnię, która wydawała chleb i zupę. Taki był początek. Aż pewnej, mroźnej soboty przed świtem zbudziły nas wrzaski. Członkowie Judenratu biegali od domu do domu z listą osób przeznaczonych do wysiedlenia. Na liście znaleźli się ludzie, którzy korzystali z pomocy socjalnej. Wysłano ich do Kałuszyna obok Warszawy. Odbyła się zbiórka odzieży i żywności dla deportowanych.

Wywózka stanowiła zaledwie początek. Judenrat przetransportował deportowanych wozami konnymi do granic miasta, gdzie czekały na nich ciężarówki. Smutkiem napawał widok matek z małymi dzieci odrywanych od swoich rodzin. Była to pierwsza deportacja z Pabianic.

Później Żydzi nie chcieli przyjmować żadnej pomocy, bojąc się wywózki. Woleli raczej głodować.

Z inicjatywy Związku Mistrzów Tkackich utworzono organizację samopomocy i wsparcia, podobną do tej, jaka funkcjonowała podczas pierwszej wojny światowej. Prezesem został towarzysz Michał Wolf Kochman, obecny prezes Stowarzyszenia Pabianiczan w Izraelu. Zbieraliśmy pieniądze dla Żydów ze wszystkich warstw społecznych. Powstała herbaciarnia, która wydawała chleb. Aczkolwiek „dżentelmeni” z Judenratu nie mogli znieść tej inicjatywy. Herbaciarnię zamknięto. W tym czasie towarzysze Moskowicz, Ripsztein i ja otrzymaliśmy wezwanie do Judenratu. Byliśmy zakłopotani. Gdybyśmy nie poszli do Judenratu, to groziła nam deportacja. Odbyliśmy sekretne spotkanie. Doszliśmy do wniosku, że Judenrat chce pozyskać nas do współpracy, a to oznaczało, że będziemy służyć Gestapo. Postanowiliśmy wyjaśnić im, że nasz związek został rozwiązany i teraz szukamy pracy.

W getcie były pracownie krawieckie. Chcieliśmy tam pracować. Szef Judenratu odrzucił naszą prośbę. Wiedzieliśmy, że będą nas deportować. Poszliśmy do kierownictwa pracowni krawieckich i przedstawiliśmy naszą sprawę. Towarzysze Redlich i Malc przyjęli nas do pracy. Zostałem prasowaczem. Wkrótce przyszedł niejaki Lederman z urzędu miasta i zażądał, aby zwolniono mnie z pracy. Lederman zadzwonił do Rubinszteina i sprowadził gestapowców, żeby usunęli mnie siłą. W proteście wszyscy zatrudnieni przerwali pracę. Przybiegł Rubinsztein i wezwał majstrów. Po burzliwej dyskusji między nimi pozostałem na swoim stanowisku.

Przy Judenracie działało Biuro Pracy, które pozostawało w kontakcie z Gestapo. Wysyłali ludzi do pracy, ale oni nigdy nie wracali do Pabianic.

Gdy prości Żydzi umierali z głodu, członkowie Judenratu opływali w dostatki. Pewien Niemiec robił z nimi dobre interesy, zaopatrując getto w żywność. Kiedy członkowie Judenratu nabywali kosztowności, my musieliśmy sprzedawać wszystko co posiadało jakąkolwiek wartość, aby utrzymać się przy zyciu.

Grupa Żydów pracowała także dla administracji niemieckiej miasta. Kiedyś nadzorca niemiecki zapytał ich dlaczego pracują wolno i z wielkim trudem. Jeden z Żydów - Landsman odpowiedział, że nie mają odpowiedniego wyżywienia. Niemcy dowiedzieli się, że szef Judenratu okrada swoją społeczność. Do akcji wkroczyło Gestapo. Hitlerowcy przyszli do Judenratu na Konstantynowskiej i odkryli nielegalny magazyn żywności. Zabrali ją, a Rubinszteina wysłali do więzienia w Łodzi. Nowym szefem został Landsman. Zaraz pozostali członkowie Judenratu zawiązali przeciwko niemu intrygę. Gestapo też nie było zadowolone, bo nie chciał z nimi robić lewych interesów. Nowy szef został poddany torturom. Hitlerowcy ubrali go w tałes i kazali biec ulicą Warszawską. Wtedy strzelili do niego. Padł martwy.

Mojsze Herszman

W piątek rano 22 maja 1941 r. policja żydowska i esesmani biegali po getcie, wyłapując młodych mężczyzn. Mówiono, że szykują transport Żydów do kilkutygodniowej pracy w Niemczech.

Wystąpiło wielkie wzburzenie wśród mieszkańców. Ludzie chowali się po kątach. Gdy nie było syna, brano w zastępstwie ojca. Zazwyczaj młody mężczyzna wychodził z ukrycia. W paru przypadkach młodzi nie opuścili swoich kryjówek.

Żydów zgromadzono na placu przed budynkiem rzeźni. Wieczorem wszystkich zamknięto w fabryce Lipskiego. Rano w sobotę poprowadzili nas pod strażą do fabryki Kindlera. Jeden z nas próbował uciekać, ale został zastrzelony. Na terenie fabryki przeszliśmy badanie lekarskie. Chorych odesłano do getta.

Wieczorem zabrali nas getta w Lodzi. Transport liczył 230 ludzi. Kiedy prowadzili nas ulicą warszawską, kobiety i dzieci z getta stały po obu stronach (mężczyźni pozostali w ukryciu). Nie sposób opisać płaczu rodzin. Był to pierwszy transport, który wyruszył z Pabianic do Łodzi (…).

Rachela Alawieska

Gdy do Warszawy dotarła wiadomość, że Niemcy zamierzają zamknąć getto w Pabianicach z powodu epidemii tyfusu, Bernard Faust, syn pabianickiego fabrykanta, członek Judenratu warszawskiego zebrał pokaźną ilość szczepionek, które wysłał do Pabianic za pośrednictwem Barucha Lichtenszteina. Dzięki temu złagodzono skutki choroby.

Dr Świder i polski chirurg dr Majer szczególnie aktywnie świadczyli pomoc medyczną w pabianickim getcie. Dr Majer wprost heroicznie dbał o zdrowie mieszkańców getta. Nielegalnie przebywał w getcie każdego dnia, gdzie w prymitywnych warunkach dokonywał skomplikowanych operacji. Pomagał też finansowo i rozdawał lekarstwa. Niemcy powiesili dr Majera. Gestapo oskarżyło go o sprzyjanie Żydom.

W 1940 r. do Warszawy trafiła fala uchodźców z wielu polskich miast. Zaistniała konieczność wyżywienia tych ludzi. Nie wiem kto wpadł na pomysł, aby tym problemem zajęli się ziomkowie uciekinierów, pochodzący z tych samych miejscowości.

Kilkuset pabianiczan wsparł syn Hermana Fausta, bliski współpracownik inżyniera Czerniakowa, który przyczynił się do zorganizowania jadłodajni przy ul. Nowolipki 17 lub 27. Pabianiczanie płacili za posiłek 1, 20 zł. Ten sam posiłek w mieście kosztował 6-8 złotych. Każdego dnia wydawano również 15 posiłków darmowych dla biednych. Nie wymieniam żadnego nazwiska, ale większość z nich to dobrze znani w Pabianicach właściciele domów i osoby zamożne.

Jadłodajnią kierował Baruch Lichtenstein, wspomagany przez panią Midler (żona dentysty), Sonię Kahn, Benię Rotberg, Celę Skurkowską.

Inne wspomnienia

Były dni gdy Żydom w Pabianicach nie pozwalano wychodzić z domów. Wówczas niemieckie władze miasta przyjmowały dygnitarzy hitlerowskich, którym pokazywano Pabianice „wolne od Żydów”.

Na terenie getta funkcjonował areszt dla Żydów, którzy nie płacili podatków. Po paru dniach odosobnienia dokonywali odpowiednich wpłat.

Zimą 1941/1942 roku Niemcy przeprowadzili zbiórkę odzieży na tzw. pomoc zimową. Zebrane rzeczy składano w pustym wtedy szpitalu żydowskim przy ul. Konstantynowskiej. Niemki sortowały ubrania, a żydowscy krawcy naprawiali odzież. Żydowska policja pilnowała, żeby nic nie zginęło. Izaakowi Urbachowi zasugerowano, aby interweniował u Niemców w imieniu Rubinszteina w sprawie paru ewidentnych kradzieży. Urbach się wahał, ale wreszcie wyraził zgodę. Niemcy ogłosili, że wszystkie okrycia muszą być oddane w ciągu pół godziny pod karą śmierci. Zebrano jeszcze więcej rzeczy, ale po załatwieniu sprawy, mogliśmy zabrać je do domu.

Wendy Holden, angielska dziennikarka, autorka bestsellerów, opublikowała w 2015 r. książkę „Born Survivors: Three young mothers and their extraordinary story of courage, defiance and survival”, wydanie holenderskie – “De baby’s van Mauthausen i Zij overleefden de Holocaust”, wydanie polskie (Sonia Draga) – “Urodzeni, by żyć”. Autorka przedstawia autentyczną historię trzech kobiet, które urodziły dzieci, będąc więźniarkami obozów zagłady.

Born Survivors follows three women who survived the selection process at Auschwitz, slave labour in a Dresden armaments factory, and a hellish 17-day train transport to Mauthausen concentration camp in Austria, giving birth before, and right at the end of that journey.

Jedną z tych kobiet była pabianiczanka Rachela Abramczyk. Urodziła się w naszym mieście w ostatni dzień 1918 roku. Jej rodzicami byli Fajga i Szaja Abramczyk. Była najstarsza spośród dziewięciorga rodzeństwa. Książka Wendy Holden przynosi także zapis wspomnień Racheli Abramczyk dotyczących getta w Pabianicach.

(…) Rachela dowiedziała się od znajomych, że jej nieszczęsna rodzina w Pabianicach wciąż żyje. Niestety, bezpośredni kontakt z nią mógłby ją zdradzić. Słyszała też, że na wydzielonej części pabianickiego Starego Miasta Niemcy przygotowują getto, a także że niektórzy Żydzi dobrowolnie się tam przenoszą w nadziei, że w większym skupisku nie będzie im grozić ciągłe niebezpieczeństwo. Władze twierdziły, że utworzenie getta jest konieczne, że ma ono chronić Żydów przed atakami Aryjczyków oraz powstrzymać ich „współpracę z wrogami Rzeszy”. Tłumaczono też, że segregacja ludności jest konieczna ze względu na falę chorób przenoszonych rzekomo przez Żydów.

Rodzina Racheli znalazła się pośród tysięcy mieszkańców Pabianic i okolicznych wiosek, których na początku 1940 roku stłoczono w jednym z pierwszych gett w Europie. Każda próba przekroczenia jego mocno strzeżonych granic groziła śmiercią. Całe rodziny dostały zaledwie kilka dni na spakowanie się. Pozwolono im zabrać ze sobą tylko pościel i niewiele przedmiotów osobistych. Choć początkowo getto liczyło zaledwie kilkuset mieszkańców, pod koniec roku było ich już około ośmiu tysięcy. Na niewielkim obszarze z gęstą siatką brukowanych ulic ludzie tłoczyli się w pokojach i mieszkaniach według wytycznych otrzymanych od władz.

Rodzina Abramczyków miała szczęście, ich znajomi posiadali mieszkanie na terenie getta i mogli jej zaoferować spory wspólny pokój. Było tam trochę mebli i maleńka kuchenka. Nie wszyscy zdołali się jakoś urządzić – wiele rodzin zostało rozdzielonych lub musiało gnieździć się z obcymi ludźmi w ciasnych pomieszczeniach w zniszczonych magazynach lub ponurych kamienicach. Prawie nikt nie miał dostępu do elektryczności i bieżącej wody. Za wszelką żywność i opał dostarczane na teren getta trzeba było nazistom płacić towarami i usługami, wszyscy musieli więc pracować.

Zgodnie z przepisami obowiązującymi w „resortach” ustanowionych przez powołaną przez Niemców Żydowską Radę Starszych robotnikom przysługiwała porcja zupy dziennie – jeśli ktoś nie wyrobił dniówki, groziła mu śmierć głodowa. Niektórych zatrudniano w zakładach poza terenem getta, inni wytwarzali różne przedmioty w domu. Siostra Racheli Sala i jej bracia Moniek i Berek pracowali w fabryce produkującej garderobę, mundury i towary luksusowe. Fajga opiekowała się najmłodszymi dziećmi, a Szaja robił co mógł, żeby zdobyć jedzenie i żeby w ich pokoju jakoś dało się mieszkać. Cała rodzina żywiła się cienkimi zupami, duszonymi jarzynami i niewielkimi przydziałami chleba. Żeby zjeść nieco więcej warzyw i czasem, przy odrobinie szczęścia, trochę mięsa czy jajek, musieli żebrać, grzebać w śmietnikach lub wymieniać na pożywienie to, co jeszcze posiadali.

Od godziny siedemnastej do ósmej rano wszyscy mieszkańcy getta musieli pozostawać w swoich zatłoczonych domach. Latem było tam potwornie duszno. Jako że w getcie nie działała kanalizacja, potrzeby fizjologiczne załatwiano do drewnianych kubłów – szybko się przepełniały i trzeba je było codziennie opróżniać, czyli wylewać ich zawartość do cuchnących latryn i specjalnych drewnianych wozów wywożących nieczystości, pchanych przez nieszczęśników pracujących w tak zwanym Scheisskommando.

Rodzina Racheli próbowała jakoś się odnaleźć w nowej sytuacji. Wszyscy mieli nadzieję, ze ta gehenna wkrótce się skończy. Starali się nawzajem jakoś podtrzymywać na duchu, wciąż powtarzając. „Jeszcze tylko tydzień i znów będziemy ludźmi”. Tygodnie jednak przechodziły w mieście i nic się nie zmieniało. Wszyscy byli tylko coraz chudsi, coraz słabsi i coraz bardziej zrezygnowani. „Odebrali nam godność i choć radziliśmy sobie, jak umieliśmy, nie byliśmy już tymi ludźmi co wcześniej” - opowiadała potem Sala. (…)

Rachela wraz z mężem Mońkiem przebywała w getcie warszawskim, ale postanowiła, że uciekną do Pabianic.

(…) Monik czuł się bezradny. Wiedział, że musi wraz ze swoją młodą zona uciekać. Niemal całą resztkę rodzinnych pieniędzy przeznaczył na wynajęcie przemytnika, który zobowiązał się wyprowadzić Rachelę z getta, choć wiązało się to z ogromnym niebezpieczeństwem. Przemytnik (prawdopodobnie goj) przyjechał wozem zaprzęgniętym w konia. Zabrał Rachelę i jeszcze jedną kobietę, po czym spokojnie przejechał przez bramę, a następnie ruszył w studwudziestokilometrową podróż do Pabianic. "Zajęła nam ona trzy dni” - opowiadała Rachela. „Nie ukrywałyśmy się”. Ubrałyśmy się jak chłopki, na głowach zaciągnęłyśmy sobie chustki”. Dwa tygodnie później przemytnik wrócił do getta po Monika. (…)

Rachela od dwóch lat nie widziała się z rodziną, kiedy wiec dotarła do pabianickiego getta, nastąpiło pełne emocji spotkanie. Szaja Abramczyk był człowiekiem po sześćdziesiątce, a jego żona skończyła czterdzieści lat, lecz oboje wyglądali na znacznie starszych. Wymizerowani, o woskowej skórze, mieli zgaszone spojrzenia i nie było w nich już ani śladu tej dawnej radości, którą Rachela pamiętała z dzieciństwa. Z wielkim zainteresowaniem wysłuchali opowieści Racheli i streścili jej swoje doświadczenia. Zaznaczyli nawet z dumą, że na dwudziestą piątą rocznicę ślubu zdołali obdarować się nawzajem prezencikami oraz zjeść nieco lepszy posiłek zamiast codziennej zupy.

Choć Rachela cieszyła się ze spotkania z rodziną, szybko zdała sobie sprawę – podobnie jak jej mąż – że życie w pabianickim getcie jest równie straszne jak w warszawskim. Później rozeszła się wieść, że wszyscy Żydzi z Pabianic mają zostać przewiezieni do getta w Łodzi, gdzie podobno panowały jeszcze gorsze warunki. Racheli ciężko było znów opuszczać rodzinę, jednak wraz z mężem uznała, że nie mają innego wyjścia, jak tylko znów zapłacić za przewiezienie ich z powrotem do warszawskiego getta – tą sama drogą, którą z niego uciekli.

(…) Niedługo potem, w sobotę 16 maja 1942 roku, pabianickie getto zostało otoczone przez wojsko i policję – rozpoczęła się jego „likwidacja”. Mieszkańcom (których wcześniej poinformowano, że będą opuszczać getto i mogą zabrać ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy) kazano stanąć w równych rzędach. Uzbrojonym w karabiny Niemcom towarzyszyły groźnie szczekające wilczury. Rachela i dziesięcioro członków jej rodziny starali się trzymać razem. Zapędzono ich na stadion sportowy, gdzie miała się odbyć „rejestracja”.

Siedzieli tam cały dzień i całą noc, bez jedzenia. Wielu ludzi bito lub upokarzano. W końcu powiedziano im, ze zostaną przewiezieni autobusami i tramwajami do Łodzi. Podczas gdy w długich kolejkach oczekiwali na przejazd, nagle wkroczyli między nich niemieccy żołnierze, którzy mieli zdecydować, kto się nadaje do niewolniczej pracy, a kto nie. „Widzieliśmy, jak zabierają starszych ludzi i dzieci poniżej siedmiu czy ośmiu lat. Nie pozwalali im wsiąść do autobusu” – opowiadała Sala.

„Mieliśmy trochę szczęścia, bo nasze najmłodsze dzieci skończyły już jedenaście lat, mogliśmy więc jechać razem z nimi”. Wybuchła wielka wrzawa – oszalałe z rozpaczy kobiety za nic nie chciały zostawić dzieci. Rodzina Racheli z przerażeniem patrzyła, jak niemiecki żołnierz wyrywa z rąk matki niemowlę i wyrzuca je gdzieś daleko. Nie wiedzieli, gdzie dziecko upadło, byli jednak pewni, że nie przeżyło. „Nigdy tego nie zapomnę” – wspominała Sala. „Po tym zdarzeniu matki zaczęły oddawać dzieci babkom, żeby się nimi zaopiekowały. Nie wiedziały jednak, dokąd je zabiorą ani co się z nimi stanie”.

W ciągu dwóch dni cztery tysiące dzieci, osób starszych i chorych zostało starannie „wyselekcjonowanych”, po czym oddzielonych od reszty o odesłanych w nieznane. Lamenty ich rodzin niosły się daleko poza stadion – podobnie jak odgłosy strzałów z karabinów, którymi zabijano na miejscu wszystkich stawiających opór.

Podczas gdy rodzina Abramczyków oczekiwała w kolejce do transportu, Niemcy ogłosili, że potrzebują silnych młodych ochotników, którzy pojadą z dziećmi i starszymi „do ważnych zadań”. Ku przerażeniu Racheli i całej reszty rodziny, jej osiemnastoletni brat Moniek wystąpił z szeregu i się zgłosił. Tłumaczył, że dzieci nie będą tak bardzo się bały, jeśli będzie im towarzyszył. „Błagaliśmy go, żeby tam nie szedł, żeby z nami został. Ale on powiedział: „Nie, muszę tam iść i pomóc”. Zabrali go razem z dziećmi” – relacjonowała Sala. Ostatni raz widzieli młodego Mońka, gdy odjeżdżał autobusem pełnym dzieci. Próbował je uspokoić, śpiewając im wesołe piosenki.

Spodziewająca się dziecka Rachela Abramczyk trafiła do obozu w Auschwitz. Stanęła przed wymuskanym doktorem Mengele, który popatrzył na nią podejrzliwie i zapytał: - Sind Sie schwanger, fesche Frau?. – Nein – usłyszał. Rachela doświadczyła wielu skrajnie trudnych chwil. W węglarce jadącej do Mauthausen urodziła syna Marka. Kiedy 29 kwietnia 1945 r. matka i dziecko przybyli do obozu zagłady, wówczas przestały już działać komory gazowe. 5 maja więźniów wyzwolił pluton żołnierzy armii amerykańskiej pod dowództwem, pochodzącego z polskiej rodziny, sierżanta Alberta Kosieka. Holokaust przeżyło także czworo jej rodzeństwa. Pierwszy mąż - Monik Friedman stracił życie tuż przed wywózką do Auschwitz.

Po wojnie Rachela wraz z dzieckiem i siostrą Salą zamieszkała w Monachium. Tam też spotkała swojego przyszłego męża Sola Olsky’ego, którego znała jeszcze z czasów dzieciństwa. On także stracił swoją rodzinę. W 1949 r. wyjechali do Izraela, a następnie w 1958 r. do USA. Towarzyszyła im Sala Abramczyk, która ma obecnie 93 lata i mieszka w Nashville.

Rodzice Marka prowadzili sklep jubilerski w Glencoe na przedmieściach Chicago. Marek ukończył medycynę i pracował jako lekarz pogotowia ratunkowego w rodzinnym mieście. Obecnie mieszka w Fitchburgu, Wisconsin.

Nieprawdopodobną historię Marka Olsky’ego i Racheli Abramczyk spopularyzowała Wendy Holden. Jej książka jest tłumaczona obecnie na wiele języków. Olsky: Opowieść o mojej matce jest naprawdę interesująca. Natomiast moja historia nie ma znaczenia. Ot, zwykłe dzieje amerykańskiego chłopca, który wykorzystał swoją szansę i naprawdę nie zasłużył na to, co stało się jego udziałem.

Dziennik Polski (31.08.1945) opublikował na pierwszej stronie następującą wiadomość:

Były komendant ghetta w Pabianicach drży na myśl o sądzie polskim. Londyn, 30 sierpnia, Agencja United Press donosi: Były naczelnik ghetta w Pabianicach Hans Georg Meyer oświadczył władzom amerykańskim, że projekt likwidacji wszystkich Żydów w Europie powstał w roku 1940 na konferencji w Berlinie, w której wzięli udział Hitler, Himmler, Goebbels, Heydrich i Ernst Kaltenbrunner.

Meyer był pierwszym ze znajdujących się na liście hitlerowców, który próbował stawiać opór, gdy go aresztowano. Gdy agenci kontrwywiadu wkroczyli do mieszkania, chwycił za broń, lecz opamiętał się, gdy mu przyłożyli pistolet do głowy. Oświadczył on, że plan wytępienia Żydów był bardzo prosty, wszyscy Żydzi, nie nadający się do ciężkich robót mieli być wytruci gazami. Ci zaś, którzy się nadawali, mieli otrzymać taką pracę, która by ich wykończyła w jak najkrótszym czasie.

Meyer był mianowany komisarzem policji w Pabianicach w Polsce, gdzie urządzono ghetto dla 8 000 Żydów. Żydzi ci znajdowali się w okropnych warunkach, lecz Meyer podkreślił, że zostali oni zlikwidowani w czasie, gdy on był na tymczasowym stanowisku w Norwegii. Słyszał później, że spośród tych Żydów cztery tysiące zostało zagazowanych, dalsze cztery tysiące zniknęło bez wieści.

W czasie badania Meyer zachowywał się arogancko, lecz gdy oświadczono mu, że zostanie prawdopodobnie przekazany do Pabianic i stanie przed sądem polskim, pobladł i zaczął błagać o powtórne rozpatrzenie jego sprawy.

Amerykanie przekazali Meyera władzom polskim. Otrzymał karę śmierci, którą po apelacji zamieniono na 5 lat więzienia. W 1951 r. esesman wrócił do Niemiec. Nie wiedzieli o tym fakcie autorzy Seyfer Pabianice (1956). Byli oni przekonani, że wyrok został wykonany. Pisali, że the murderer of Pabianice Jews sentenced to death. Hans Georg Meyer, the butcher of the Jews of Pabianice, and the builder of the death camp in Chełmno, was sentenced to death by the Lodz District Court. The sentence has been carried out. Opierali się na informacji niejakiego Cincinatusa z Polski, który ogłosił list w tej sprawie w czasopiśmie Daver (28.11.1947).

Po wojnie po raz pierwszy o likwidacji getta pisała Aurelia Janke w Życiu Pabianic nr 52/ 1960 r.

Żadne oznaki szczególne nie oddzielały nas od getta. Te same rynsztoki zakręcały swobodnie w „ich” ulice i te same kocie łby układały się potulnie na jezdniach. Początek wyklętej przestrzeni znaczyły tylko sylwetki milicjantów z gwiazdkami na piersiach i szerokimi żółtymi opaskami na rękawach.

Wstęp do getta był wzbroniony. W ten straszny okręg pariasów mogli wkraczać jedynie urzędowi przedstawiciele hitlerowskiej władzy lub polscy fachowcy opatrzeni specjalnymi przepustkami. Brak granicy trudnej do przebycia sprawiał, że między Żydami, a sprytniejszymi Polakami wytworzyły się kontakty trzymane, rzecz jasna, w tajemnicy. Były one najczęściej natury handlowej, ale zdarzały się wypadki najczystszego humanitaryzmu. Żyje jeszcze w Pabianicach pewna staruszka, borykająca się z niedostatkiem, żywy pomnik miłosierdzia, która nie dbając o drakońskie przepisy, regularnie wchodziła w obręb getta z zapasami mleka i chleba.

Pewnego razu niepokojące wieści przedostały się z getta. Wszyscy Żydzi są badani przez komisję i znaczeni literami alfabetu. Te litery tak dotąd zwykłe w życiu zawarły w sobie nową treść – dzieliły one kastę ludzi wyklętych na podgrupy – świadczyły, że wśród najnieszczęśliwszych można jeszcze przeprowadzić zróżnicowanie, że w otchłani, w którą zepchnięto Żydów, były różne głębokości.

Co będzie dnem tej przepaści?

Odpowiedź przyszła po ukończeniu prac komisji.

- Likwidacja getta! Zagłada dla starców, chorych i dzieci – wywóz na roboty dla innych. Wiadomość wzburzyła Polaków. Przechowywaliśmy już pod powiekami straszne obrazy okrucieństwa. O serca nasze uderzały raz po raz wieści o masowych masakrach, mordach, a przecież nie umieliśmy skamienieć.

Żydzi wychodzą z getta! Chwyciłam maleńką córeczkę w ramiona i poszłam suchymi oczami patrzeć na pochód nieszczęśliwych, którzy każdym krokiem zaświadczali, że słowo „bliźni” staje się niekiedy największym urągowiskiem. Moja dziecina była zbyt maleńka, aby pojąć sens słów, które rzucałam jej w uszy i na uścisk mych ramion odpowiadała szczebiotem czułości.

A tamte matki niosły swe dzieci na śmierć. Nie mogłam udźwignąć rzeczywistości … Zdawało mi się, że śnię, że pochód, na który patrzę, to tylko ilustracja do nieznanej mi sceny wyrwanej z dzieła przez całą odległość Starego Rynku. Szli powoli w zupełnej ciszy. Pod niebo wznosił się jedynie rytmiczny odgłos kroków i straszne poszczekiwanie Niemców, którzy z batogami oblatywali posuwające się szeregi. Świadomie wbijałam sobie w oczy ten obraz. Zdawało mi się, że moim obowiązkiem jest utrwalenie przebiegu tej zagłady, że jest ona czymś tak wyjątkowym, że będę o niej musiała krzyczeć przed całą ludzkością.

Przeszli…

O dalszym losie Żydów dowiedziałam się z relacji Polaków, którzy mieli mocniejsze ode mnie nerwy i do końca uczestniczyli jako widzowie w ponurej tragedii. Żydów wyprowadzono na duży plac ogrodzony płotem (obecnie stoją na nim bloki mieszkalne). Tutaj podzielono ich na grupy według tych liter z komisji. Maleńkie dzieci brano z rąk matek i rzucano na wielki stos drgający niemowlęcym krzykiem. Teraz przedstawiciele herrenvolku zapragnęli zabawy.

Padł rozkaz: śpiewać.

Śpiew – jęk jak ogromne oskarżenie wzbił się do chmur, które odpowiedziały ulewnym deszczem. Smagane potokami deszczu odchodziły grupy Żydów w stronę dworca. Starców i dzieci zabrano na ciężarówki.

Na rozmokłej ziemi leżały tylko trupy Żydów, którym „pękło serce”, Żydówek, które zmarły rodząc. Jedyny doktor getta, Żyd z pochodzenia – doktor Świder – leżał wśród nich. Gdy formowano ostatni transport, zażył truciznę. (Aurelia Janke)

W 1958 roku do redakcji Życia Pabianic wpłynął list dr. H. Landaua z Hajfy.

Szanowny panie Redaktorze. Proszę uprzejmie o wydrukowanie mojego listu w Jego poczytnym piśmie. Pomimo, że dzieli mnie duża przestrzeń od Pabianic, lądy i morza, przecież cząstka duszy mojej tam została, gdzie ostatnie lata mego pobytu w Polsce (od czerwca 1948 do marca 1957) właśnie w tym mieście spędziłem parę lat i pracowałem jako lekarz rejonowy w Ubezpieczalni Społecznej. Wspominam ten okres z wielkim rozrzewnieniem za okazanie mi wiele serdeczności i sympatii ze strony moich kolegów, władz i całego społeczeństwa miasta Pabianic. Do rąk moich dostał się nr 5 Życia Pabianic, który natchnął mnie do napisania niniejszego listu. Proszę uprzejmie przekazać serdeczne pozdrowienia wszystkim moim kolegom, przyjaciołom i znajomym. Tygodnikowi Życie Pabianic życzę powodzenia i szybkiego rozwoju. Z poważaniem, Dr H. Landau, Hajfa-Izrael.

Wątek żydowski pojawił się także w artykule Jana Mara „Rozenberg i S-ka” dotyczącym sprawy Fajna Jakubowicza i Rozenberga pracowników Spółdzielni imienia Leona Pakina. (Życie Pabianic nr4/1957 r.)


https://www.youtube.com/watch?v=Ac_5ot0IUJY


W Głosie Radomszczańskim z 30.09.1947 roku ukazał się artykuł „Kat Pabianic skazany na śmierć: morderca chorych, bezbronnych i dzieci”.

W dniu wczorajszym przed Okręgowym Sądem Karnym odpowiadał jeszcze jeden zbrodniarz wojenny, sprowadzony ze strefy amerykańskiej – Hans Georg Mayer. Po wkroczeniu wojsk alianckich do Bawarii ukrywał się on przez dłuższy czas. Kiedy go aresztowano, przyznał się do szeregu przestępstw a następnie za pośrednictwem Polskiej Misji Wojskowej został przysłany do Polski.

Rozprawie przewodniczył sędzia Walewski, oskarżał prokurator Grębecki, bronił z urzędu adwokat Bogumił Czarnecki.

Akt oskarżenia zarzuca Mayerowi, ze od 1940 do 1942 r. pełnił funkcję szefa policji w stopniu radcy rządu (Regierungsrat) w Pabianicach, że dokonywał zabójstw i wysyłki ludności żydowskiej do obozów straceń w Chełmnie nad Nerem. Poza tym od 1930 r. był członkiem NSDAP i majorem SS. W 1944 r. objął komendę nad obozem karnym dla policji niemieckiej i członków formacji SS w Maczkowie pod Gdańskiem.

Hans Mayer, z zawodu prawnik, nie przyznaje się do wszystkich punktów aktu oskarżenia. Twierdzi wykrętnie, że nie brał udziału w likwidacji ghetta w Pabianicach, bowiem w tym okresie znajdował się jakoby w Norwegii.

Zeznają świadkowie, którzy naświetlają zbrodniczą działalność oskarżonego.

Świadek Sieradzki, stały mieszkaniec Pabianic, opowiada, że wiosną 1941 r. Mayer został przysłany do Pabianic i od tej chwili znacznie pogorszyły się warunki w ghetcie. Wydawał on specjalne rozporządzenia, brał również udział w selekcji ludności żydowskiej. Zgromadzono całą ludność na placu Krusche-Endera w Pabianicach i odbyła defilada nago, przy czym stemplowano literą A zdolnych do pracy, a starców, dzieci i chorych literą B – tych przeznaczono do obozu straceń w Chełmnie. Mayer brał również udział w ostatecznej likwidacji ghetta. Kiedy nielicznej grupie, która została dla uporządkowania ghetta, chciał udzielić pomocy jeden Polak, Mayer kazał go rozstrzelać.

Prokurator: Kto w czasie akcji wysiedleńczej przekazywał ludzi Biebowowi?

Świadek: Dr Mayer jak menażerię zdawał ludzi, a chorych kazał wyrzucać przez okna.

Następnie zeznaje świadek Cecylia Kopias, która pracowała u Kruschego, gdzie mieszkał Mayer. Opowiada, że do Mayera znoszono paczki, w których znajdowały się kosztowności i makaty.

Świadek Walter Filler, Niemiec sprowadzony z więzienia zeznaje w sprawie obozu dla Niemców w Maczkowie. Świadek należał do załogo obozu śmierci w Chełmnie i kiedy odmówił wykonania bestialskich zarządzeń władz obozu śmierci w Chełmnie, zagrożono mu wysyłką do tego obozu. Wie, że działy się tam straszne rzeczy. W związku z tym prokurator wysnuwa wniosek, że jeżeli Mayer był komendantem w Maczkowie, musiał cieszyć się ogromnym zaufaniem władz hitlerowskich.

Następnie świadkowie potwierdzają, że Mayer brał udział w selekcji i w likwidacji. Zeznają między innymi rodzice którym Mayer siłą oderwał dzieci i przeznaczył na zagładę.

Prokurator Grębecki podkreślił rolę kłamstwa w reżimie hitlerowskim i kłamstwa jakim posługuje się Mayer dla uniknięcia kary: wielu hitlerowców na wyższych stanowiskach otrzymało fałszywe dokumenty dla ukrycia swojej właściwej działalności. Wyjątkowość tego procesu – mówi prokurator polega na tym, że na ławie oskarżonych znajduje się doktor praw, który występował w obronie bezprawia, w obronie zbrodni, podniesionej do godności prawa.

Powołując się na zeznania świadków, prokurator domaga się kary śmierci: „Aby raz na zawsze zapobiec przenikaniu takich jednostek do humanitarnych społeczeństw i w imieniu wszystkich pomordowanych, i w imieniu sprawiedliwości”.

Po mowie obrończej adwokata Czarneckiego, Mayer w ostatnim słowie mówi: „Dzień dzisiejszy jest najcięższym doświadczeniem mojego życia. Studiowałem prawo, byłem sam sędzią, a teraz znalazłem się na ławie oskarżonych i niewątpliwie dojdzie do skutku omyłka sprawiedliwości. Proszę o dodatkowe przesłuchanie trzech świadków na okoliczność, ze w okresie likwidacji ghetta znajdowałem się w Norwegii. Proszę o łagodny wymiar kary.”

Sąd po naradzie wydał wyrok, mocą którego uznał oskarżonego winnym wszystkich zarzucanych mu zbrodni i skazał go na łączną karę śmierci, na utratę praw publicznych i honorowych na zawsze i przepadek całego mienia. W motywach wyroku Sąd szczególnie podkreślił, udział Mayera w likwidacji ghetta i bestialstwo zbrodni, która przerasta wszystkie zarzucane mu czyny: - wyrzucanie chorych i bezbronnych przez okna.


W pracy Alain Brossat i Sylvie Kingberg „Revolutionary Yiddishland: A History of Jewish Radicalism” (1983, 2009, 2016, 2017) znajdujemy wspomnienie Yaakova Greensteina z okresu okupacji nazistowskiej w Pabianicach w 1939 roku.

(…) Prawdę mówiąc dezorientacja komunistów, których partię rozwiązał w 1938 roku Stalin, była nie mała. Yaakov Greenstein, doświadczony bojownik z regionu łódzkiego także wybrał drogę na Białystok, a to dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności.

- Szedłem ulicą moich rodzinnych Pabianic, kiedy zauważyłem towarzysza niemieckiego pochodzenia, aktywistę Komunistycznego Związku Młodzieży, ze swastyką na ramieniu. Schowałem się w bramie w obawie, że mnie rozpozna i zadenuncjuje. Jednak dostrzegł mnie, podszedł i powiedział: - Posłuchaj, wszyscy pabianiczanie o korzeniach niemieckich muszą współpracować z nazistami, bo w przeciwnym razie zostaną rozstrzelani. Nie mam wyboru, staram się wykonywać pracę, która pozwala zachować czyste ręce. Pracuję w urzędzie miejskim, ale w środku jestem tym samym człowiekiem, którego pamiętasz. Zobaczę czy jesteś na ich czarnej liście. Ostrzegę cię. Jeśli jednak nie zamkną cię dzisiaj, to zrobią to jutro, lepiej będzie jak znikniesz.

Nie wiedziałem dokąd miałbym się udać. Rozmawialiśmy o tym i na koniec wystąpił z propozycją: - Jestem tłumaczem w urzędzie. Przyjdź jutro rano, a ja spróbuję załatwić ci wyjazd do twojej narzeczonej w Białymstoku w strefie radzieckiej. Pomyślałem przez chwilę, oferta była kusząca. Z drugiej stronu urząd miasta to była naprawdę jaskinia lwa. Postanowiłem zaryzykować. Punktualnie o godzinie dziesiątej mój kolega czekał przed urzędem. – To jest swój chłopak z miasta - wyjaśnił wartownikom. Weszliśmy do środka. - Przyszedł po zezwolenie na połączenie się z żoną, przebywającą po drugiej stronie linii demarkacyjnej. Możesz to załatwić? – zapytał Niemca. – Jeśli go znasz, to sam wystaw mu dokument – usłyszał. Weszliśmy do biura i on wpisał moje nazwisko, i podstemplował przepustkę.

- Słuchaj – powiedziałem- podstempluj kilkanaście pustych blankietów, będę wiedział jak je wykorzystać. Zrobił to bez wahania.

Rozdałem cenne dokumenty zaufanym towarzyszom i wyruszyłem do Białegostoku. W późniejszym czasie ten volksdeutsch – komunista zaopatrywał naszych przyjaciół w wiele różnych dokumentów.



Ucieczka z Pabianic do strefy sowieckiej  nie oznaczała końca problemów. Przekonał się o tym Moshe Bairach, o którym pisze Nechama Tec w książce „Defiance”, 1993.

Moshe Bairach was born in 1918 in the Polish town of Pabianice. He escaped from the Germans and came to the Russian – occupied part of Poland. After many hardships, helped by Jewish strangers, he settled in the town Żołudek in Western Belorussia. During the 1942 liquidation of the Żołudek ghetto, he was among the small group of Jewish men spared. His papers offered protection to a wife. Although single, Moshe pretended to be married to Pesia Levit. The two moved to Lida ghetto and from there, with a guide sent from Bielski otriad, as a part of a large group of ghetto inmates, they reached the forest in the Spring of 1943. In the otriad Moshe went frequently on food expeditions, did guard duty at the airports, and, in general, never declined any job.

Pesia and Moshe Bairach were married and after war moved to Israel. Moshe became the owner of a clothing department store. He is now retired. The couple has two children and three grandchildren.

W pracy Patricka Montague “Chełmno and the Holocaust. The History of Hitler’s First Death Camp”, 2012  znajduje się fragment wspomnień Saszy Lewiatina, który był kierowcą w grupie transportowej Biebowa  i widział akcję wysiedlania Żydów w Pabianicach.

Sasza Lewiatin was one of the truck drivers employed in BIebow’s transport group.

(…) I was also in Zduńska Wola during the resettlement and in Pabianice where at midnight everyone was forced into Church Square, where they began the evacuation. Children were shot. Everyone was ordered to completely undress within five minutes. Some women didn’t want to. I sat in the cab of the truck. When one woman didn’t want to undress, she was beaten with a riding crop and told, “Wir haben schon solchs gesehen” (we’ve seen such things before). Some were sent to Chełmno. The healthy ones were sent from Pabianice to the Łódź ghetto.



W publikacji „The Encyclopedia of the Righteous Among the Nations: Rescuers of Jews During the Holocaust”, 1961 znajdujemy informacje o dwóch Żydówkach z Pabianic ratowanych dzięki pomocy Polaków.

Dracha Wysocka

In October 1943 after weeks of wandering, homeless, through the streets of Warsaw 13- year old Bracha Wysocka, born in Pabianice near Łódź, managed to find work as a maid with Halina and Stanisław Ślebocki, a couple in their twenties, who were active in the Polish underground. A few months later, when they heard Bracha, who told them she was a Polish peasant, muttering in Yiddish in her sleep, the Slebockis realized that she was Jewish. Bracha, who sensed their apprehension, confirmed that she was indeed Jewish, and told Halina, amidst bitter tears, of the suffering she had undergone. The Slebockis, stirred to compassion, decided to let her stay, and treated her like one of the family. About a year later, when the neighbors began suspecting she was Jewish, the Slebockis arranged an alternative hiding place for Bracha with Zdzisława Janicka, Slebocki’s sister, where she stayed until the liberation. A short while after Bracha left the Slebockis, the Slebockis were arrested by the Germans for their underground activities, and were executed. After the war, Bracha Wysocka immigrated to Israel.

On June 28, 1966, Yad Vashem recognized Halina and Stanisław Ślebocki as Righteous Among the Nations.

Sara Rajnherc

In the summer of 1942, Sara Rajnherc fled with her two children during the final liquidation of the ghetto of Pabianice, near Łódź. After much suffering and hardship, the three fugitives arrived in the village of Janow Czestochowski, near Czestochowa, where they found asylum in the home of Józef and Stanisława Mencik, poor farmers who lived in a small cabin with their three adult children. The fugitives were placed in a loft above the cowshed, and the Menciks fed them, sharing the meager food they had with them. One day, Sara Rajnherc left the hiding place to go into town to buy shoes for her daughter. Her identity was discovered and a gang of Polish nationalists murdered her. After the murder, a rumor began spreading that there were other Jews hiding in the village. The Menciks were terrified and claiming that the children were endangering their lives, decided to throw them out. However, their compassion overcame their fear, they changed their minds, and Mordechai and Esther Rajnheherc remained under the protection of the Mencik family until the liberation by the Red Army in January 1945. Despite the constant danger to their lives, the Mencik family extendend their assistance to the three persecuted Jews, motivated by human values and receiving absolutely nothing in return. After the war, the two Rajnherc children immigrated to Israel.

On January 27, 1993, Yad Vashem recognized Stanisława Mencik and her husband Józef Mencik as Righteous Among the Nations.

Louis Falstein w pracy “The Martyrdom of Jewish Physicians in Poland”, 1964 zamieścił informacje o lekarzach żydowskich praktykujących w Pabianicach, którzy zostali zamordowani przez nazistów.

MAGALIF Lucia. Born in 1900. Graduated in 1927. Wife of Dr. Ian Magalif. She practiced in Lutomiersk (district of Lask) and Pabianice, near Lodz. After German invasion, she left for Białystok to join her husband. She worked as a physician in an orphanage until July, 1943, when she was deported to Treblinka with all children from the institution. They all perished in the gas chambers.

SZENKER Szmul. Graduated in 1919 from University of Lvow. He practiced in Pabianice, near Lodz. During the occupation he moved to Warsaw and worked in the ghetto public kitchens and was active in anti-German underground. He voluntarily accompanied his two sons in the way to Auschwitz. He perished in a concentration camp.

W opracowaniu Josepha J. Preila “Holocaust Testimonies: Europa’s Survivors and American Liberators in New Jersey”, 2001 znajduje się prezentacja Arona Rosenbluma, który mówi, że pabianiczanie pomagali Niemcom w rozpoznawaniu Żydów.

Aron Rosenblum was born in Wieluń on 2 June 1915. His family lived in Pabianice when the war started in 1939. His father died when AR was three years old. His immediate family at the beginning of hostilities consisted of his mother and her six sons. Only AR and his youngest brother survived the Holocaust. The Jewish population of Pabianice had been liquidated by 1942. AR testifies that Poles helped Germans to identify Jews for deportation. He went to the Łódź ghetto and signed up for work in Dąbrowa, a small town (?) between Łódź and Pabianice. He describes the thoroughness of the German effort to plunder Jewish valuables and difficulty of life for the Jews on starvation diets. (…)

W książce B. Stuarta i T. Emmetta „Strafvollzugslager Der SS und Polizei. Himmmler’s Wartime Institutions for The Detention of Waffen-SS And Polizei” jest lakoniczny biogram doktora prawa Hansa Georga Mayera zarządcy getta w Pabianicach. Mayer bronił się podkreślając, że najpierw prowadził obóz w Matzkau-Danzig dla esesmanów, którzy weszli w kolizję z prawem, później został wysłany służbowo do Norwegii i nie brał udziału w likwidacji pabianickiego getta. Po apelacji wyrok śmierci zamieniono mu na karę więzienia. Główną winą Mayera była teraz przynależność do SS i przeciwdziałanie ucieczkom z getta w Pabianicach.

Dr jur. Hans-Georg Mayer (b.1909). “As a case worker in the SS courts my duties consisted of examining and judging cases and offences committed by SS and Polizei personnel” – recollected Mayer when asked to explain his wartime duties to his American interrogator in August 1945. He was questioned about his knowledge of the persecution and extermination of Poles and Jews at Pabianice and Łódź and asked to discuss his time with the Reichskomissariat in Norway. Mayer was later extradited to the Polish authorities. Here, he faced trial before the Łódź regional court for crimes committed in Pabianice and Łódź and judged guilty of the offences, the court sentenced him to death on 29 September 1947. On the grounds of his membership of the SS and for preventing escapes from the Pabianice ghetto, this sentence was reduced to a term of five years prison on 14 April 1948. Released from jail, Mayer left Poland for the Federal Republic on 9 February 1951.

https://books.google.pl/



****

Mecenas Andrzej Kardas (członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi) opublikował w 2. numerze Życia Pabianic z 1997 roku tekst „Getto bez murów”.

Pabianickie getto, największe w powiecie łaskim, niemieccy okupanci zorganizowali w lutym 1940 roku. Żaden płot, ani mury nie odgradzały getta od reszty miasta. Jego granice były umowne. Wyznaczały je ulice Garncarska, Konopna, Młynarska, Kapliczna, Bóźniczna, Piotra Skargi, Sobieskiego, Batorego. Na 8  hektarach niemieccy okupanci zgromadzili ponad 8 tysięcy mieszkańców naszego miasta pochodzenia żydowskiego. Wysiedleni z innych części Pabianic żyli w straszliwej ciasnocie, pozbawieni żywności, lekarstw, opału. Oznaczeni  żółtymi gwiazdami Dawida mieli ścisły zakaz opuszczania wyznaczonego terenu pod groźbą rozstrzelania.

Niemcy stworzyli pozory samorządności Żydów na wyznaczonym terenie, powołali Radę Żydowską – Judenrat. Na jego czele stanął Rubinstein, w skład rady wchodzili: adwokat Szapiro, komendant policji żydowskiej Kuperwaser oraz Chmura.

Starszy gminy żydowskiej codziennie meldował niemieckiemu komendantowi 29 rewiru policyjnego, na terenie którego znajdowało się getto, o aresztowaniach i zwolnieniach dokonanych przez policję żydowską. Policja żydowska nadzorowała także wykonanie poleceń okupanta. Komendant policji w Pabianicach Hans Mayer pozwolił Żydom  tylko trzy razy dziennie przekraczać ulicę Warszawską.

Ogromne zagęszczenie mieszkańców, głodowe racje żywnościowe, brak lekarstw, odseparowanie  od reszty społeczeństwa wpływało na szerzenie się chorób, zwłaszcza u dzieci i osób starszych, co w rezultacie powodowało znaczną śmiertelność. Jedynym źródłem pomocy dla zamkniętych w getcie były nielegalne dostawy żywności i leków z zewnątrz – od Polaków. Jednak wobec surowych kar grożących obu stronom za kontaktowanie się, pomoc ta była znikoma w porównaniu z potrzebami.

Na początku 1942 roku Niemcy zaczęli „rozwiązywać kwestię żydowską w Pabianicach”. W marcu przeprowadzili selekcję, podzielili wszystkich Żydów na kategorie: „A” – ludzi młodych i zdrowych, a więc zdolnych do pracy oraz „B” – starych, chorych, dzieci. Zdarzało się, że ludzie zdrowi chcąc uniknąć wywiezienia na roboty podawali, że są chorzy, aby uzyskać stempel kategorii „B”. Nie przewidywali, że w ten sposób przyspieszą chwilę śmierci. Żydzi ze stemplem „A” (5600 osób) zostali przeniesieni do  getta łódzkiego, oznaczonych literą „B” wywieziono do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie zginęli.

Całkowitą likwidację pabianickiego getta przeprowadzono w połowie maja 1942 roku. 16 maja policja hitlerowska otoczyła cały teren. Wyciągniętych siłą z domów ludzi pognano na plac Kruschego i Endera, który znajdował się w centrum miasta (dziś jest tu osiedle 1000-lecia). Na  placu  dzielono ludzi według kategorii, szczególnie brutalnie traktując tych z kategorią „B”. Dzieci pędzono z jednego miejsca na drugie, tak długo aż padały całkowicie wyczerpane. Bito starców, odbierano niemowlęta matkom, rozdzielano rodziny. 18 maja w ciągu pół godziny przeprowadzono likwidację szpitala w getcie. Ciężko chorych i kalekich wyrzucano przez okna z piętrowego budynku na ulicę. W ten sposób zginął m. in. 47-letni Josek Chrystowski. Określenie dokładnej liczby Żydów zamordowanych w pabianickim getcie oraz sprawców tych zbrodni okazało się niemożliwe. Ustalono jedynie pojedyncze przypadki. W sierpniu 1940 roku został wyprowadzony z getta i zastrzelony 68-letni Daniel Marzyński. Za samowolne opuszczenie getta, prawdopodobnie w poszukiwaniu żywności rozstrzelano  w grudniu 1940 roku: Charę Wajteaub i Abrama Józefowicza; w październiku 1941 r. Franię Goldberg (lat 46), a w grudniu tego roku zastrzelono 77-letnią Ryfkę Hofnung.

W czasie marszu ewakuacyjnego zostali zastrzeleni 72-letni Joel Goldsobel oraz 77-letni Szlama Lajb Judkowicz, którzy nie mogli nadążyć za kolumną.

Podczas rozdzielania rodzin Niemcy strzelali widząc najmniejszy odruch samoobrony. W takich okolicznościach na placu Kruschego zamordowani zostali: 17-letni Mojsze Sieradzki, 18-letni Mosiel Janowski, 17-letni Henoch Berliński, 65-letni Mandel Wołek, 35-letnia Łaja Mandel,  86-letni Moszek Lewi, 59-letni Fajwel Hofnung.

Getto nadzorowali i brali udział w jego likwidacji Hans Mayer i Teodor Konwiszer. Po wojnie zostali oni skazani za swą działalność przez Sąd Okręgowy w Łodzi: Mayer na 5 lat, a Konwiszer na 7 lat więzienia. W skutek eksterminacyjnej polityki okupanta niemieckiego wobec ludności polskiej i żydowskiej Pabianice straciły w latach 1939-1945 około 17 000 mieszkańców, ponad 30 proc. stanu ludności sprzed wojny.

Robert Adamek pisał o likwidacji getta w 19. numerze  NŻP na niedzielę  w 2004 roku:  62 lata temu, 16 maja 1942 r., w Pabianicach hitlerowcy zlikwidowali getto żydowskie znajdujące się na terenie Starego Miasta. Przestała istnieć społeczność, która nad Dobrzynką rozwijała się około 150 lat.

Według danych z 1938 r. ludność żydowska przed Holocaustem liczyła w naszym mieście 8.357 osób, co stanowiło 16% populacji. Pabianicka społeczność żydowska w okresie międzywojennym, podobnie jak w całej Polsce, korzystając z wielu przywilejów, organizowała własne życie religijne, oświatowe, społeczno-kulturalne, polityczne i gospodarcze. Gmina żydowska miała charakter skrajnie religijny, gdyż dominującą  siłę wśród Żydów pabianickich stanowili ortodoksyjni chasydzi. Rozwój tej społeczności przerwał wybuch II wojny światowej.

W dniu zajęcia Pabianic, 8 września, władze niemieckie rozpoczęły represje wobec ludności żydowskiej. W święto Rosz Haszana zdewastowali synagogę. W pierwszych tygodniach okupacji część Żydów, zwłaszcza młodych, uciekła z Pabianic z zamiarem przedostania się do Związku Radzieckiego. Już w październiku 1939 r. zaczęto organizować w mieście radę żydowską (tzw. Judenrat). W styczniu 1940 r., aby oddzielić ludność żydowską od społeczności  aryjskiej, władze niemieckie utworzyły getto na Starym Mieście. Granicami dzielnicy żydowskiej były ulice: Batorego-Garncarska- Konopna – Konstantynowska – Młynarska – Kapliczna – Warszawska – Bóźniczna – Skargi – Poprzeczna – Warszawska do Batorego. W getcie skupiono 8000 -9000 Żydów pochodzących z Pabianic i okolicznych miejscowości. Warto zaznaczyć, że wśród nich znajdowała się m. in. Alina Szapocznikow, która przeżyła okres Holocaustu i po wojnie była znaną rzeźbiarką.

Już na początku istnienia getta pabianickiego część jego mieszkańców wysiedlano do innych miejsc. Do maja 1940 r. Niemcy wywieźli stąd około 1000 Żydów do Kałuszyna pod Warszawą. Los ich jest do tej pory nieznany. W maju 1941 r. 1200 kobiet i mężczyzn wysłano do pracy przy budowie drogi w okolicach Poznania. W tym samym czasie okupanci aresztowali rabina Pabianic, Lejba Ajzenberga. Hitlerowcy znęcali się nad nim, wyrywając włosy z brody i trzykrotnie wieszając na szubienicy. Po zapłaceniu przez mieszkańców getta okupu w złocie, rabin został zwolniony, lecz wkrótce ponownie aresztowany. Zginął w nieustalonych okolicznościach.

W kwietniu 1942 r. mieszkańców getta poddano badaniu lekarskiemu. Wszystkich Żydów ostemplowano literami. Znak A otrzymali zdolni do pracy. Literą B oznakowano osoby chore, starców oraz dzieci do 10 lat.

W sobotę 16 maja 1942 r. około godz. 16.00 getto zostało otoczone oddziałami SA i policji niemieckiej. Mieszkańców, którym pozwolono zabrać niewielki podręczny bagaż, zgromadzono przy ul. Konstantynowskiej. Następnie ulicami Warszawską, Zamkową, Skromną (Wyszyńskiego) i Augusty (Broniewskiego) doprowadzono na stadion dawnego Towarzystwa Sportowego „Kruschender”. Zebranych Żydów podzielono na dwie grupy – A i B. Po zakończeniu segregacji około 4000 osób z   literą B wysłano koleją do obozu w Chełmnie nad Nerem. Tam zamordowano ich spalinami w specjalnie skonstruowanym samochodzie. Pozostali ze stemplem A (około 3700 osób) przesłani zostali 17 i 18 maja do getta w Łodzi, gdzie znaczna ich część zginęła później wraz z Żydami łódzkimi.


https://www.youtube.com/watch?v=ZVab_JAHcNY



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij