www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Eskapada pabianicka - czas zamętu

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Początek XX wieku przyniósł wiele dramatycznych wydarzeń, które wracają we wspomnieniach świadków historii. Eugeniusz Pieńkowski jako nastolatek współpracował z bojowcami PPS – Frakcja Rewolucyjna, roznosił ulotki, wskazywał drogi ucieczki przed żandarmami, dezinformował, był przewodnikiem po zaułkach wielkiego miasta. Teren jego działania stanowiła Łódź. Jednak niekiedy otrzymywał również zadania do wykonania w Pabianicach. „Wspomnienia dziecka ulicy z lat 1905-1907” autorstwa E. Pieńkowskiego ukazały się w piśmie „Niepodległość – czasopismo poświęcone dziejom polskich walk wyzwoleńczych w dobie popowstaniowej”, tom VI zeszyt 2, 1932 rok.

W Pabianicach szykowano się do wystąpienia na dzień 1 maja. Wieczorem przybył do nas towarzysz Wojna z Humbertem Rossi, przynosząc z sobą kupę odezw, które rano miałem zawieźć do fabryk w Pabianicach celem oddania towarzyszowi Sznejderowi lub Maciejewskiemu, których znałem osobiście; adresów ich nie znałem, gdyż oczekiwać mieli przed wjazdem do Pabianic, na szosie od strony Łodzi. Do Pabianic udałem się jedną z furmanek, które przewoziły towary z Łodzi przez Pabianice do Kalisza. Furami tymi było lepiej, tj. bezpieczniej jechać, niż koleją czy tramwajem, ponieważ w tych karawanach eksportowych mieliśmy ludzi zaufanych, którzy znów z Kalisza przewozili broń pochodzącą z Niemiec. Przybyłem do Pabianic na wskazane mi przez towarzysza Wojnę miejsce, lecz po półgodzinnym czekaniu nikogo nie spotkałem. Wobec tego ruszyłem w kierunku miasta.

Odezw, bitych na hektografie, miałem około 300 sztuk – część w tornistrze szkolnym, część zawiniętą w papier. Nie widząc towarzyszy Sznejdera i Maciejewskiego, którzy bibułę mieli odebrać, postanowiłem rozrzucić ją pomiędzy robotników w czasie wyjścia ich z fabryk na obiad. Nie miałem takiego polecenia, ale rozdawanie proklamacji pomiędzy robotnikami, a nawet żołnierzami, nie przedstawiało się tak tragicznie, jak to sobie niektórzy przedstawiają. Gorzej było przenosić i być przyłapanym na gorącym uczynku, bo wtedy groziła ciupa murowana. Ale zmieszać się z kupą robotników i rozrzucić pomiędzy nimi odezwy było dla mnie fraszką.

Kiedy przybyłem na rynek, uderzył mnie niezwykły ruch ludzi, sklepy gdzieniegdzie były pozamykane, przy moście stał oddział dragonów, na rynku, a także przed więzieniem (obecnie Magistrat) były skonsygnowane oddziałki policji i dragonów. Poza tym na głównej ulicy widziałem tłum robotników, od którego dolatywała wrzawa i pieśń „Czerwony Sztandar”. Chciałem dostać się do tłumu robotników, aby między nimi rozdać bibułę i wrócić do domu. Przez most w kierunku tego tłumu iść nie mogłem, gdyż można było narazić się na wsypę, wobec czego okrążyłem rynek i most na śmierdzącej strudze wody, tak zwanej rzece Dobrzynce, zanieczyszczonej przez fabryki. Bocznymi ulicami dostałem się pomiędzy tłum robotników, rozdając na lewo i na prawo proklamacje, tak że w ciągu kilku minut nic mi nie pozostało z przywiezionego zapasu.

W czasie rozdawania odezw przez tłum przeciska się do mnie towarzysz Maciejewski i powiada: - „chłopcze, od dwóch godzin czekamy na ciebie, a ciebie nie ma, skąd się tu wziąłeś?” Zaledwie zdołałem mu wytłumaczyć nasze rozminięcie się w drodze, kiedy policja z wojskiem przypuściła szarżę na tłum, który znów ze swej strony odpowiedział gradem kamieni i strzałami rewolwerowymi. Ratując się ucieczką przed szarżą dragonów, tuż koło mnie upadła dziewczyna-Żydówka, której kula przeszyła szyję. Upadając, rozbiła dzbanek z mlekiem, które pomieszało się z wypływającą z szyi krwią.

Towarzysz Maciejewski, uciekając razem ze mną, prędzej się zmęczył aniżeli ja, wobec czego zaprowadził mnie do swojej matki, która dała mi jeść, za co byłem jej bardzo wdzięczny, gdyż naprawdę byłem bardzo głodny, ponieważ od rana do popołudnia nie miałem absolutnie nic w ustach. Około godziny czwartej popołudniu odesłano mnie furą powracającą do Łodzi, gdzie matka moja oczekiwała mnie z niepokojem. Tak się zakończyła moja eskapada pabianicka (…)

Po aresztowaniu mego kuzyna, bojowca Stefana Rossi, partia dała mej matce osiemdziesiąt rubli, aby wyprowadziła się z Łodzi, co też uczyniła. Chodziło o to, że jeden z bojowców wygadał się po pijanemu, jakoby u nas można było nocować w razie deptania przez policję po piętach. Początkowo mieliśmy zamiar wprowadzić się do Częstochowy lub Skierniewic, lecz matka moja zdecydowała się na Pabianice, mnie zaś wysłała do mego wujka do Skierniewic, u którego byłem przez dłuższy czas, dopóki represje w Łodzi nie zmniejszyły się do pewnego stopnia.


Lata 1905 – 1907 to czas zamętu, z jednej strony walki o niepodległość, z drugiej starań o poprawę warunków pracy i demokratyzację stosunków społecznych. Strajkom i manifestacjom towarzyszyły jednak akty terroru, przemocy i bandytyzmu. Błyskały szable dragonów, świstały nahajki Kozaków, raz po raz rozlegały się strzały pistoletowe. Znakomitym źródłem mało znanych informacji o tamtych wydarzeniach pozostaje wydawany w Łodzi dziennik Rozwój.

Jeszcze jesienią 1905 r. mieszkańcy Pabianic mieli nadzieję, że nie dojdzie do walk bratobójczych. Obawiano się jedynie konfliktów narodowościowych.

Z Pabianic (Rozwój 14 listopada 1905 r.). Utworzony tu komitet obywatelski znakomicie działa na uspokojenie umysłów. W poniedziałek przystępuje on do utworzenia milicji miejscowej, w skład której wejdzie około stu osób.

Większość robotników należy tu do stronnictwa demokratyczno-narodowego, które w przemówieniach swoich nawoływało do spokoju. Na wiecu też zebranym kilkanaście dni temu inżynier Wojewódzki, zaprzeczył, aby ktośkolwiek posunął się do bratobójczej walki. Pogrom Żydów i Niemców w Pabianicach zupełnie wykluczony.

Księgarz Keil zaznaczył w swej mowie, że Niemcy ufają zupełnie Polakom, którzy gościnnością swoją swą zawsze dowiedli wysokiej kultury. Jeżeli Niemcy odnoszą się do Polaków z zupełnem zaufaniem, to za to Żydzi są nadzwyczaj podrażnieni, strasząc bajkami, na które tu albo nie zwracają uwagi, albo wprost z kwestią tą udają się do komitetu obywatelskiego, który wykazuje najczęściej przesadzoną drażliwość Żydów. W ogóle stosunki zaczynają się układać, namiętności przycichać.

W październiku 1905 r. car Mikołaj II wydał manifest, który zapowiadał swobody obywatelskie, prawo wyborcze dla wszystkich mieszkańców imperium i powołanie Dumy jako władzy ustawodawczej. Wydarzenie to wzbudziło optymizm także w społecznościach lokalnych. Pobożni i patriotycznie nastawieni wieśniacy z okolicznych miejscowości wraz z pabianiczanami postanowili dać wyraz swojej radości, organizując manifestację narodową. Spotkało ich wielkie rozczarowanie.

Krwawy pochód (Rozwój, 12 grudnia 1905)

Dragoni rosyjscy pod komendą, a raczej w usługach broniących zajadle swych stanowisk biurokracyi, odnieśli walne zwycięstwo nad bezbronnym ludem, który z krzyżem na czele i modlitwą na ustach wyszedł na ulice Pabianic, prowadzony przez kapłanów, aby w godny swej tradycji sposób uczcić zorzę wolności, wschodzącej nad ciężko doświadczona krainą, jeżeli ufać mamy słowom Manifestu z dnia 30 października.

Zwycięstwo było zupełne, nie obyło się nawet bez łupów wojennych w postaci zdobytych sztandarów.

A jakież to były sztandary?

Chorągiew z Matką Bożą Częstochowską, Orędowniczką Polski, czczoną na całym obszarze ziem polskich, z tą Matką Bożą, której kult nie obcym jest przecież i zwycięskiemu wojsku, co tak niedawno sromotne odnosiło porażki w walce z rzeczywistym wrogiem, a dziś sławę swego oręża uratować pragnie w dzikiej napaści na bezbronny modlący się lud.

Sztandar z Orłem Białym, który od wieków był niczem więcej, jeno godłem Polski, przyjętem od zarania jej istnienia i istniejącem do dnia dzisiejszego, jako herb Królestwa, któremu Manifest konstytucyjny przywraca podeptane przez przemoc prawa.

Walkę wytoczono zaś bezbronnemu ludowi, dzięki tylko temu, że rozradowany z obietnicy przywrócenia mu praw narodowych, wystąpił pod najświętszemi swemi znakami prastaremi: Matką Bożą Częstochowską i Orłem Białym.

Boć nic innego, tylko takie mają znaczenie owe pochody narodowe, przeciw którym biurokracja występuje z taką zaciekłością; boć są one niczem więcej, jeno znakiem silnie rozbudzonej świadomości narodowej, protestującej wymownie przeciw uprawianej z taka gorliwością przez biurokrację polityce wynarodowienia, której ostateczne bankructwo jest tak widocznem i tak zupełnem.

Oto źródło tej zaciekłości, z jaką panowie Iwanowy i inni prześladują wszelkie oznaki świadomości narodowej ludu polskiego, nie przebierając w środkach, nie cofając się nawet przed podstępem i perfidią.

Tak było w Pabianicach

Pan Iwanow, naczelnik powiatu łaskiego, tak bardzo lubiący występować w obronie ludu i chełpiący się tem publicznie, już w środę zawiadomiony był przez organizatorów pochodu narodowego w Pabianicach o zamierzonej manifestacji, pomimo to do ostatniej chwili nie raczył nikogo zawiadomić, ze jest temu przeciwny i nikogo nie uprzedził, że w razie dojścia do skutku pochodu, dla jego rozpędzenia użytą zostanie siłą zbrojna, ani też nie przeszkodził wyruszeniu pochodu z kościoła.

Ale pójdźmy za biegiem wypadków.

Zorganizowany przez włościan okolicznych i mieszkańców Pabianic wspaniały pochód narodowy w niedzielę ubiegłą o godzinie 11 min. 45 wyruszył z chorągwiami narodowemi i kościelnemi z kościoła na Starem Mieście, prowadzony przez duchowieństwo z krzyżem na czele.

Na rynku przemówili do uczestników pochodu dr Eichler, a następnie ks. Załuska ze Rzgowa, poczem śpiewając pieśni narodowe, pochód ruszył ulicami: Szkolną, Tuszyńską, Bóźniczną i Warszawską. Przy wylocie ulicy warszawskiej przeciął drogę pochodowi pluton dragonów z oficerem na czele, który zażądał stanowczo, aby lud się rozszedł. Było to niepodobieństwem, gdyż tak znaczna ilość ludu, natłoczonego w wąskich ulicach, zawrócić nie mogła, wskutek tego ks. Ościk, prefekt szkół miejscowych, zwrócił się do komenderującego oficera, aby pozwolił iść dalej, a pomimo, ze zamierzano przez ulice Zamkową dojść do Nowego Miasta, pochód wszelako bocznemi ulicami powróci bezzwłocznie do kościoła, z którego wyszedł.

Na rozkaz oficera dragoni schowali obnażone szable do pochew i otworzyli drogę pochodowi, który swobodnie w zupełnym porządku powrócił do kościoła.

W tymże samym czasie od strony Górki pabianickiej zbliżał się ku miastu drugi pochód z konną malowniczą banderyą (banderia to orszak konny asystujący uroczystym pochodom) na czele, złożoną z włościan parafii Górki i mieszczan pabianickich, ze sztandarami z Matką Boską i Białym Orłem. Pochód ten podążał dla połączenia się z głównym pochodem.

Kiedy pochód ten zbliżał się do pierwszego mostu, obok pałacu Kruschego zastąpiła mu drogę piechota i nabiwszy broń uszykowała się do dania salwy. Zawarczały bębny raz i drugi. Wówczas ks. Winiarski, idący na czele pochodu zwrócił się do policmajstra Pabianic p. Swiaskina , aby zaniechał strzelania, gdyż jeźdźcy sami dobrowolnie zawrócą, nikt bowiem z uczestników nie ma zamiaru staczanie walki z wojskiem. I chociaż p. Swiaskin żadnej nie dał odpowiedzi banderya zawróciła z powrotem.

Piechocie nie kazano wprawdzie strzelać, ale oddział nie zmienił pozycyi bojowej, co wywołało popłoch między ludem. Naraz wezwany sygnałem na trąbce, nadjechał w pełnym galopie pluton dragonów i z obnażonymi szablami rzucił się na odjeżdżającą już banderyę bezbronnych włościan, którzy uciekać poczęli, unosząc z sobą „sztandary”. Dragoni, dosiadając bardziej rączych koni, dopędzali biegnących w rozsypce włościan, tnąc i płazując ich pałaszami bez miłosierdzia. Wyrwali oni z rąk włościan sztandar z Matką Boską. Lecz sztandaru z Białym Orłem wyrwać się im nie udało w całości, gdyż uchodzący chorąży zerwał sztandar, a drzewce porzucił.. Że dragoni nie płazowali, ale cięli naprawdę, dowodem następujący epizod. Jeden z jeźdźców, widząc nadjeżdżającego dragona z szabla wzniesioną do ciosu, rozmyślnie spadł z konia. Biedne zwierze ma przecięty kark na głębokość trzech cali.

Po rozpędzeniu banderyi, dragoni ze śpiewem powrócili do miasta i tu dali folgę swym dzikim instynktom, katując batami, kogo tylko napotkali ze spokojnych przechodniów., a między innymi poranili nahajkami w sposób nieludzki niejakiego Kalinowskiego, który stał sobie spokojnie obok fabryki Kindlera, przypatrując się dzikiej hecy. Na widok takiego bezprawia robotnicy obrzucili dragonów gradem kamieni.

Dragoni, spostrzegłszy, że mogą oberwać guza, uciekli, oficer jednak dał strzał z rewolweru, który trafił w bramę fabryki Kindlera.

Z banderii włościańskiej ośmiu ludzi otrzymało ciężkie rany w głowę, dwaj lżejsze. Opatrzono ich wszystkich w szpitalu fabrycznym Kindlera przy pomocy felczerów.

W dniu zaś wczorajszym dr Eichler zajął się rannymi i dokonał operacji 8 rannym. Żadnemu z nich na szczęście nie grozi utrata życia. Wielu rannych udało się do domów o własnych siłach, ilości więc ich ustalić nie sposób.

Takiemi krwawemi zgłoskami zapisał się dzień 10 grudnia 1905 roku w Pabianicach, dorzucając jeden więcej rys charakterystyczny do dziejów obiecanej nam Konstytucji. A jednak lud nasz wykazał wiele męstwa i dojrzałości, gdy po uderzeniu w dzwony kościelne na alarm, miotany rozpacza, siły nie przeciwstawił sile, lecz pokrzywdzony tak ciężko rozszedł się spokojnie do domów, pozostawiając wawrzyny zwycięstwa dla tych, którzy tylko nad bezbronnym ludem zwycięstwa odnosić umieją.

Z Pabianic. Lista osób ranionych podczas pochodu narodowego w Pabianicach 10 grudnia 1905 r. przez dragonów:

  1. Klimek Marcin 50 lat z Piątkowiska, rana cięta głowy.

  2. Urbaniak Józef 38 lat z Piątkowiska, rana cięta głowy.

  3. Górny Wojciech 42 lata z Piątkowiska, rana cięta głowy z uszkodzeniem kości i rany palców u rąk.

  4. Zajda Michał 18 lat z Majówki, rana cięta Glowy, z uszkodzeniem kości, ranny już goniony był przez dragonów 1 i pół wiorsty i bity po spadnięciu z konia.

  5. Łoboda Marcin z Piątkowiska, rana cięta pleców i Glowy.

  6. Madej Szczepan z Kudrowic, robotnik fabryczny, rana cięta głowy z uszkodzeniem kości.

  7. Szer z Majówki, rana cięta pleców.

  8. Ogiński Józef z Porszewic, rana cięta głowy, bity przez dragona po spadnięciu z konia z nogą uczepiona w strzemieniu i kopany przez cywilnego człowieka.

  9. Ciechanowski Stanisław 18 lat, z Porszewic , nos obcięty.

  10. Stusio Józef, 19 lat, z Petrykoz, rana cięta za uchem.

  11. Maciejaszek Maciej z Gorzewa, rana cięta nad czołem, z uszkodzeniem kości.

  12. Kupski Marcin 28 lat, ze Świątnik, rana cięta za uchem.

  13. Andrzejczak Józef, 23 lata z Gorzewa, dwie rany cięte w łopatki.

  14. Grabarczyk Paweł z Pabianic, robotnik fabryczny, kontuzja pleców i ramienia.

  15. Kędzierski Andrzej z Pabianic, robotnik fabryczny, kontuzja pleców.

Z Pabianic (Rozwój, 30 lipca 1906 r.). W sobotę około godziny 10-tej wieczorem do mieszkania robotnika fabryki Fausta, Mieczysława Tomczaka, weszło 3-ch młodych ludzi, którzy zwrócili się do obecnego tam Tomczaka z zapytaniem:

- Czy pan jesteś Mieczysławem Tomczak? - otrzymawszy odpowiedź twierdzącą dali do niego 15 strzałów rewolwerowych, poczem zbiegli. Trzy kule utkwiły Tomczakowi w brzuchu. Stan jego zdrowia, według orzeczenia lekarzy, jest beznadziejny. Umieszczono go w szpitalu fabrycznym Kindlera. Przyczyny targnięcia się na życie Tomczaka dotąd nie wyjaśniono.

- W nocy z soboty na niedziele zebrał się tłum przed fabryką Krusche i Ender, gdzie pracowali robotnicy i zaczął strzelać w okna, wywołując panikę. Raniony został w nogi 18- letni Oskar Rudiger.

- Wczoraj wieczorem na ulicy napadło kilku ludzi na 18-letniego robotnika Schulca, do którego dali 4 wystrzały z rewolweru, raniąc go ciężko.

- Wczoraj o godz. 11 w nocy, do mieszkania 18-letniego Depczyka, który ukończył szkołę handlową, wtargnęło 4 –ch ludzi, którzy czterema strzałami ranili go śmiertelnie. Depczyk zmarł po kilku godzinach.

- Wczoraj o godzinie 10 i pół wieczorem nieznani ludzie napadli na robotnika Mikołajczyka i ranili go śmiertelnie wystrzałem.

Bratobójcze walki (Rozwój, 2 sierpnia 1906 r.) W naszej okolicy o palmę pierwszeństwa w tych ohydnych bójkach od dłuższego już czasu walczą Pabianice. A nie rzucamy oskarżenia na oślep. Wypadki dni ostatnich wymownym sa tego dowodem. Z kainowej ręki współrodaka padł przed kilkoma dniami w Pabianicach Tomczak, członek partyi narodowo-demokratycznej; wczoraj zaś aż trzy ofiary w tenże sam sposób straciły życie, czwarta zaś walczy ze śmiercią.

I za co?

Za to jedynie, że partie nasze nie dorosły widocznie do zapasów w imię ideałów ogólnoludzkich, o które walczą. Walczyły z sobą partie narodowa i socjalistyczna. Obie potępiamy w jednakiej mierze, w sposób jak najbardziej stanowczy i to w imię tych właśnie ideałów, pod których hasłami działają, bo zamiast krzewić je – zohydzają.

Bo przecież ani dla idei narodowej, ani dla celów idei wszechludzkiej nie była potrzebna krew 20-letniego robotnika z fabryki Krusze i Endera, którego wczoraj pomiędzy godzinami 2 a 3 po południu, przy rogu ulic Ogrodowej i Zamkowej w Pabianicach, 8 nieznanych ludzi powitało salwą z rewolwerów w ilości około 20-tu strzałów.

Dudek, trafiony kilkoma kulami w głowę, piersi i brzuch, padł trupem na miejscu a jednocześnie runął z nim razem na ziemię śmiertelnie ranny, Bogu ducha winien, przechodzień Andrzej Zaruba, stróż domu Stencla na Nowem Mieście. Biedak w ciężkich męczarniach zmarł w pół godziny po umieszczeniu go w szpitalu fabrycznym Krusze i Endera.

Zaalarmowani strzałami robotnicy fabryki Kindlera wybiegli na ulicę i, widząc ofiary, w słusznem oburzeniu pobiegli za uciekającymi złoczyńcami, którzy widząc pogoń rozpierzchli się natychmiast. Dopędzono tylko jednego z nich, uciekającego ulicą Lutomierską w stronę wsi Karnyszewice.

Dopędzono go już we wsi, gdzie wdrapał się na dach domu Musiała; zobaczywszy wszelako, iż ścigający otaczają dom zwartem półkolem, zeskoczył z dachu i zamknął się w izbie.

Wyważono drzwi, wyciągnięto go opanowanego śmiertelnym strachem spod łóżka a poznawszy w nim zabójcę Dudka rozstrzelano z rewolwerów. Był to 18-letni robotnik fabryczny Stefan Kucharski.

Po wykonaniu samosądu, a raczej bezprawia, tłum robotników powrócił do miasta, gdzie w podwórzu fabryki Fausta rozgrywała się równie bratobójcza scena.

Padło tam mnóstwo strzałów, które na szczęście raniły jednego tylko robotnika 19-letniego Józefa Wilczka. Kule przeszyły mu płuca i walczy on obecnie ze śmiercią w szpitalu fabrycznym Krusze i Endera. Podczas tejże samej bójki pokłuto nożami lekko robotnika Jagodę.

Z Pabianic (Rozwój, 10 maja 1906 r.). Dziś napadano na pociągi kolei elektrycznej na linii podjazdowej Łódź-Pabianice. Strzelano i rozbijano szyby w wagonach, Terroryści grozili konduktorom i maszynistom rewolwerami, jeżeli tramwaje nie powrócą do remizy. Nikt z ludzi szwanku nie poniósł. Pociągi kolei podjazdowej kursują.

Z Pabianic (Rozwój, 3 sierpnia 1906 r.) .Walka partyjna trwa w dalszym ciągu, ludność miejscowa tak się roznamiętniła, iż nie umie zapanować nad sobą. Kiedy w środę wieczorem padły trupem trzy osoby, sądzono, że na tem się skończy. Namiętność jednakże wzięła górę i około godziny 11-ej, gdy robotnik, 24-letni Jan Staszczyk, przechodził ulicą Lutomierską, czterech ludzi dało do niego strzały. Staszczyk, spostrzegłszy niebezpieczeństwo, przesadził parkan i począł uciekać, pogonili jednak za nim napastnicy, którzy dali za uciekającym parę strzałów, kładąc Staszczyka trupem.

Ta nowa napaść zaostrzyła stosunki do tego stopnia, iż jest obawa poważniejszego starcia pomiędzy robotnikami. W ciągu ośmiu dni było 9 krwawych starć, podczas których zabito 5, raniono zaś 9 osób.

Rewizya w Pabianicach (Rozwój, 14 stycznia 1907 r.) W ubiegłą sobotę policya wraz z wojskiem dokonywała rewizyi w mieszkaniu niektórych robotników fabrycznych. U jednego z nich Jana Skibickiego znaleziono rewolwer i 24 naboje. Skibickiego aresztowano i osadzono w więzieniu łódzkim.

Krwawe starcie na wyborach (Rozwój, 29 lipca 1907 r.)

W dniu 8-go kwietnia r. b. w Pabianicach w gmachu „Domu Ludowego” (obecnie Miejski Ośrodek Kultury) odbywało się próbne głosowanie na wyborców do Dumy państwowej.

Około godziny 2 i pół, gdy zebranie już dawno otwarto, do gmachu „Domu Ludowego” począł się zbliżać tłum, złożony z kilkudziesięciu osób z klasy robotniczej i uzbrojony w rewolwery. Groźny pomruk nadciągającego tłumu doszedł do uszu przestrzegających porządku robotników. Wyszli więc naprzeciwko i zastąpili drogę napastnikom.

Tłum na jedno mgnienie oka wstrzymał się, lecz wkrótce na komendę „Towarzysze do szeregu!” rzucił się ku domowi, bijąc kamieniami i kijami na zewnątrz znajdujących się wyborców. Ponieważ jednak w ten sposób trudno było przedostać się do wnętrza gmachu przez zwarte szeregi wyborców, napastnicy puścili w ruch brauningi. Strzałami temi zabito dwóch wyborców: Jana Mejnerta i Wincentego Łuczaka. Na wszczęty alarm przybyło wojsko i rozpędziło napastników.

O udział w powyższym krwawym napadzie mającym na celu przeszkodzenie próbnym wyborom do Dumy państwowej, oskarżono następujące osoby: 30-letniego Pawła Łaskiego, 25-letniego Józefa Sobótkowskiego, 19-letniego Karola Kraja, 24-letniego Franciszka Gryzla, 22- letniego Narcyza Gryzla, 23-letniego Antoniego Wojciechowskiego, 32-letniego Jana Krygiera, 38-letniego Józefa Hansla, 36-letniego Wincentego Lauera, 21-letniego Józefa Wesołowskiego, 46-letniego Jana Karczewskiego, 19-letniego Michała Rzętkowskiego, 24-letniego Władysława Ungra i 18-letniego Leona Mazurowskiego.

Współoskarżeni w napadzie: Stefan Kucharski i Leopold Nowakowski, zostali zamordowani podczas walk partyjnych w Łodzi, zaś Andrzej Borkowski i Jan Muger zbiegli.

Przed sądem wojennym stanęła w sobotę część oskarżonych w osobach: Wesołowskiego, Karczewskiego, Gryzla, Hansla i Kraja.

W sprawie tej sąd zmienił kwalifikację czynu i zamiast 279 art. Ust. Woj. (grożącej śmiercią) zastosował 123 art. nowego kodeksu kryminalnego.

Wesołowski i Gryzel (zginął w listopadzie 1907 r. z rąk policmajstra Jonina) zostali uniewinnieni . Sobótkowskiego skazano na 8 lat robót ciężkich, Hansla, Łaskiego i Karczewskiego na 4 lata , pozostałych na 2 lata i 8 miesięcy.

Zabójstwo naczelnika powiatu

Korespondent z Pabianic do „Pracy Polskiej” tak pisze: Dziś po godz. 4-tej po południu zabity został naczelnik powiatu łaskiego, Włodzimierz Iwanow, przy następujących okolicznościach:

Po posiedzeniu komitetu budowy szpitala w Pabianicach, na którem prezydował, naczelnik powiatu, pojechał dorożką na stację kolei kaliskiej w zamiarze udania się do Łodzi. O 300 kroków od dworca nagle ukazało się na drodze 5 ludzi i dało do dorożki kilka strzałów z rewolwerów, które trafiły w Iwanowa i dorożkarza. Pierwszy zeskoczył z dorożki i usiłował, mimo odniesionych ran, uciec w kierunku dworca. Napastnicy dopędzili go, i gdy upadł, dali do leżącego jeszcze kilka strzałów. Razem dano 18 strzałów, z tych dwie kule ugodziły w dorożkarza, Grubczyka. Gdy napadający ujrzeli, że Iwanow nie daje znaków życia oddalili się.

Wtedy dorożkarz, jakkolwiek ranny, własnemi siłami odniósł Iwanowa do dorożki i odwiózł go do stacji, skąd przewieziono go do szpitala fabrycznego Krusche i Endera w Pabianicach, gdzie skonstatowano śmierć, poczem zwłoki złożono w czasowem mieszkaniu Iwanowa w Pabianicach.

Rannego dorożkarza umieszczono w szpitalu, stan jego nie jest ciężki. Zmarły w wieku lat 45 Iwanow, był naczelnikiem rezerwy policji w Łodzi, skąd przeniesiony został przed trzema laty na stanowisko naczelnika powiatu w Łasku. Pozostawił żonę i dwie córki.

Wiadomość o wypadku rozeszła się błyskawicznie po Łodzi i sprawiła silne wrażenie.

Z Pabianic (Rozwój, 17 listopada 1906 r.). Piszą do nas, że w stogu siana znaleziono trupa kobiety z postrzeloną głową. Jak się okazało, były to zwłoki zamordowanej złodziejki Stanisławy Kamińskiej. Zwłoki zabezpieczono do czasu zejścia (przybycia) władz sądowych.

Napad w Pabianicach (Rozwój, 20 czerwca 1906 r.) Onegdaj o godz. 11-ej w nocy do piekarni Wilhelma Hildta w Pabianicach wtargnęło 10 ludzi, uzbrojonych w rewolwery. Znajdując tam właściciela, dali do niego 5 strzałów, ranili go śmiertelnie. Hildta odwieziono natychmiast do szpitala fabrycznego Kruschego i Endera, gdzie zmarł wczoraj rano. Wilhelm Hildt miał lat 52, pozostawił liczną rodzinę.

Krwawe zajście w Pabianicach (Rozwój,15 lipca 1907 r.)

W sobotę po południu całe Pabianice poruszone zostały morderstwem ś. p. Rocha Śniadego, tkacza, kierownika oddziału pabianickiego związku robotniczego „Jedność” trzydziestoletniego człowieka, cieszącego się powszechnym szacunkiem i niezwykłą sympatią w sferach robotniczych i w ogóle wśród mieszkańców Pabianic.

Zabójcą Śniadego był Franciszek Studziński, również tkacz z fabryki Krusze i Endera, bibliotekarz czytelni fabrycznej, b. członek związku „Jedność”. Obaj oni, ofiara i morderca byli narodowcami, lecz Studzińskiego usunięto z partii za jego niemoralne postępowanie, lekkomyślność i czyny niezgodne z etyka.

W ogóle Studziński był to człowiek złej opinii, próżny, zarozumiały, lubiący używać życia za wszelką cenę. Miał on lat około 27 był żonaty, ale z zoną od paru lat nie żył.

W sobotę po południu Studziński jadł obiad ze swoją ofiarą w piwiarni Muszyńskiego, gdzie Śniady się stołował z powodu wyjazdu zony na letnie mieszkanie. Rozeszli się spokojnie. Śniady udał się do fabryki Kindlera, gdzie miał interes do załatwienia, skąd wyszedł około godziny 4-ej po południu do biura oddziału „Jedności” mieszczącej się w pobliżu domu przy ulicy Długiej.

Prawdopodobnie Studziński czekał już na niego, skoro bowiem Śniady zaszedł do biura i usiadł do pracy przy biurku pod oknem, wszedł Studziński i dał do niego strzał z brauninga; kula utkwiła w wierzchołku czaszki, a wyszła pod szczęką. Śmierć nastąpiła momentalnie.

Po zabójstwie Studziński począł uciekać ścigany przez robotników, którzy zbiegli się na odgłos strzału. W jednej prawie chwili tłum ścigających zaczął się powiększać i urósł wkrótce do 3 000 osób przeszło, gdyż na wieść o zamordowaniu Śniadego wszystkie fabryki natychmiast stanęły, a robotnicy wybiegli na ulicę.

Była godzina 4 i pół po południu. Studziński, uciekając, gęsto ostrzeliwał się z brauninga, zmieniając naboje w magazynie, nikogo jednak nie ranił.

Za miastem usiłował wsiąść do tramwaju, dążącego do Lodzi, a następnie schował się w życie. Skąd wypłoszony, schronił się do domu przy ul. Warszawskiej nr 618. Jest to dom parterowy z mieszkaniami szczytowymi i w jednym z takich właśnie mieszkań ukrył się zabójca, zabarykadowawszy drzwi.

Ścigający go tłum otoczył dom zwartym pierścieniem, do jego wnętrza wszelako dostać się nie mógł, pomimo przystawiania drabin do okna. Studziński bowiem zaopatrzony w amunicję, strzelał bezustannie. Kilku ludzi przez drzwi frontowe wtargnęło na poddasze, chcąc wyważyć drzwi, wówczas oblężony dał kilka strzałów, które przebiły drzwi i raniły kulami robotników, między innymi tkacza Haka z fabryki Krusche i Endera (Hak zmarł dziś rano), ciężko zaś Józefa Turgera, tkacza z fabryki Kindlera, i Stanisława Rodziejskiego lżej.

Około godziny 8-ej wieczorem nadeszło wojsko i rozpoczęło ostrzeliwać dom , otoczywszy go szczelnie, salwami przez dach i okna. Przed rozpoczęciem salw mieszkańcy opuścili lokale, wyskakując przez okna i schodząc po przystawionych drabinach. Podobno wojsko dało przeszło 300 strzałów, które jednak nie raniły nikogo.

Po salwach kilku ludzi wdarło się po drabinie przez okno do mieszkania zajętego przez Studzińskiego; usłyszano pięć strzałów rewolwerowych, po których jeden z robotników wychylił się przez okno i zawiadomił, że oblężony poddaje się dobrowolnie. Jakoż niebawem wyszedł Studziński okryty peleryną; skoro jednak ujęło go dwóch ludzi wyrwał się im pozostawiwszy w ich rękach pelerynę. Dopędzono go jednak przy współudziale wojska i ujęto o godz. 9 i pół.

Studziński był ranny. Kula przebiła mu bok, oprócz tego na całym ciele pokłuty był tępymi narzędziami i miał ranę tłuczoną na czole. Stan zdrowia jego poważny , lecz nie budzi obaw; leczy się w szpitalu miejskim.

Śniady, człowiek bardzo pożyteczny, oczytany, spokojny i trzeźwy osierocił zonę i czworo dzieci. Miał on lat 30.

Z Pabianic (Rozwój, 16 lipca 1907 r.). Z ogromną okazałością odbył się wczoraj pogrzeb śp. Rocha Śniadego. O godzinie 6 i pół po południu wyruszył kondukt z trupiarni szpitala miejskiego, tam bowiem były złożone zwłoki i udał się na cmentarz, oddalony o dwie wiorsty. Za zwłokami szły tłumy, co najmniej dziesięciotysięczne. Niesiono dwadzieścia wieńców. Powszechną uwagę zwracały wieńce od związku zawodowego „Jedność” oraz od Narodowego Związku Robotniczego, do którego zabity należał od 11 lat.

Nad grobem przemawiał przedstawiciel ”Jedności” i Narodowego Związku Robotniczego, który wyjaśnił zasługi zabitego, z uznaniem mówił o jego nieposzlakowanym charakterze, co uznawali nawet jego przeciwnicy, a w końcu nawoływał zebranych, aby nie zapomnieli o rodzinie śp. Śniadego, która pozostała bez środków do życia. Już była godzina 9-ta, gdy towarzyszący smutnemu obrzędowi poczęli się rozchodzić do domów.

Zabójca śp. Rocha Śniadego, Franciszek Studziński, zmarł wczoraj w szpitalu miejskim w pół godziny po wyruszeniu konduktu ze zwłokami jego ofiary.

Wbrew pierwszym naszym doniesieniom nie miał on ani jednej rany postrzałowej, otrzymał atoli rany od uderzenia sztyletem.

Na ulicy św. Rocha do handlarza drzewem Berlińskiego, dano kilka strzałów, kładąc go trupem na miejscu.

Patrol wojskowy, który nadbiegł z powodu strzałów, dał salwę, w skutek której zostali śmiertelnie ranieni robotnik Wincenty Stachowski (zmarł w szpitalu firmy Kruszego i Endera dziś o godzinie 1-ej po południu) i stróż nocny Andrzej Kaźmierczak.

Wczoraj znów o godzinie 10-ej i pół wieczorem dano w Pabianicach parę strzałów do robotnika, niejakiego Józefa Michrzaka, którego ciężko raniono trzema kulami. Michrzak był narodowcem.

Zabójstwo w Pabianicach (Rozwój, 11 czerwca 1907 r.). Dziś o godzinie 10 rano na ulicy Wodnej, na robotnika, 21-letniego Laurentego Bogackiego napadł Bolesław Koberski i kilku wystrzałami z rewolweru położył go trupem na miejscu. Sprawca zabójstwa zbiegł i dotąd go nie odszukano.

Z Pabianic (Rozwój, 27 czerwca 1907 r.) donoszą nam: Miasto nasze poruszone zostało kilkoma krwawemi wypadkami. Onegdaj, o godzinie 10 wieczorem na ulicy Tuszyńskiej niewykryty dotychczas złoczyńca dał strzał przez okno do mieszkania Janiny Kęszczykowskiej. Kęszczykowska została ciężko ranna; odwieziono ja do szpitala. Jak stwierdziło przeprowadzone na razie śledztwo, strzał skierowany był omyłkowo do mieszkania Kęszczykowskiej. Sprawcy strzału nie wykryto.

Wczoraj o godzinie 7 rano jedenastoletni Maryan Graczyk ze swawoli rzucał kamieniami. Jeden z kamieni trafił w żołnierza 40 koływańskiego pułku piechoty. Szeregowiec dał strzał, lecz chybił. Graczyka aresztowano, a następnie oddano rodzicom na ich odpowiedzialność, zobowiązując ażeby troskliwsza roztoczyli nad nim opiekę.

Wczoraj pomiędzy godz. 11 a 12 w nocy do mieszkania robotnika, 31-letniego Andrzeja Rykala – narodowca, wtargnęło kilku ludzi. Ściągnęli oni Rykala z łóżka, powalili na ziemię i zaczęli strzelać. Ugodzony dziewięciu kulami Rykala został zabity na miejscu.

Z Pabianic (Rozwój, 12 sierpnia 1907 r.). Korespondent nasz donosi: Wczoraj, o godz. 10-ej wieczorem, do sklepu Szlomy Kotka, przy ulicy Zamkowej, wszedł młody chłopak, około lat 16, i z niewiadomego powodu dał do Kotka 4 strzały rewolwerowe. Kotek trafiony w piersi, szyję i brzuch padł na ziemię, a napastnik ratował się ucieczką. Kotka w stanie groźnym odwieziono do szpitala miejskiego. Kotek liczył 36 lat.

Wczoraj po południu przez Karniszewice pod Pabianicami przejeżdżał patrol kozacki. Na końcu wsi, w pobliżu lasu Kozacy zauważyli 6 ludzi i kazali się im zatrzymać. Nieznajomi nie posłuchali rozkazu i poczęli uciekać. Wtedy Kozacy dali za nimi 3 salwy karabinowe, lecz nikogo nie ranili

Ubiegłej nocy na ulicy Długiej uderzeniem noża został śmiertelnie raniony 21-letni robotnik Stanisław Kowalczyk. W stanie beznadziejnym odwieziono go do szpitala fabrycznego. Kowalczyk pracował w fabryce Saengera.

Z Pabianic (Rozwój, 17 października 1907 r.). Dom przy ulicy Bocznej, e którym zdarzył się wypadek wybuchu bomby, wywołany przez 14-letniego Józefa Borkowskiego, kilka dni otoczony był przez wojsko, a lokatorzy w nim uwięzieni. Otóż wczoraj warty wojskowe zdjęto, a mieszkańcy tego domu odzyskali wolność.

Z Pabianic (Rozwój, 2 grudnia 1907 r.) Robotnik kamieniarski, Wierny, znalazł na polach Staromiejskich jakąś puszkę w formie rurki, która wydała się podejrzana. Gdy Wierny dostarczył puszkę do policyi, przekonano się, ze to była bomba. Po rozbiciu jej w obecności władz, w polu, stwierdzono, że siła wybuchowa była znaczna.

- Z aresztu uciekł znany nożownik Kołodziej.

Zbrodniczy amok jaki zapanował w mieście skłonił robotników Kindlera do wydania w połowie 1906 roku odezwy wzywającej do zaprzestania bratobójczej walki. Apel nie przyniósł oczekiwanych zmian i nasiliły się akty przemocy.

Odezwa (Rozwój, 5 czerwca 1906 r.)

Bracia Robotnicy!

Od dłuższego już czasu jesteśmy świadkami, a bardzo wielu z nas bierze i czynny udział w walkach partyjnych. Bardziej gorące i niewyrobione politycznie jednostki, którym zdawało się, że postępują w myśl swych ideałów, nie potrafiły w porę powstrzymywać swych namiętności i uciekały się niejednokrotnie do walki bratobójczej, wobec tych, którzy byli odmiennych z nimi przekonań politycznych. Zabójstwa te krwawe, gdzie robotnik napadał na swego towarzysza pracy, takiegoż jak i on robotnika, z zimną krwią go zabijając, najczęściej dla błahych powodów, są to strasznie smutne fakty, źle świadczące o stanie moralnym i kulturalnym naszej braci roboczej.

Morderstwa te wzajemne z biegiem czasu zaczęły stawać się coraz częstsze, stosunki między partiami coraz ostrzejsze, coraz trudniej udawało się łagodzić wzajemne waśnie, coraz energiczniej przedstawiciele przeciwnych partii występowali przeciw sobie, poniewierając wszelkimi prawami człowieka, prawami, o które wszak dobijamy się obecnie. Deptaliśmy stale prawo wolności słowa i niesłusznie przywłaszczyliśmy sobie prawo rozporządzania życiem ludzkim, ceniąc je niżej zwierzęcego! Musimy sobie powiedzieć tę smutna prawdę, że niejednokrotnie nawet w imię fałszywie pojętych haseł zabijaliśmy ojców rodzin, czasem nawet na oczach tychże ze strasznie spokojnem sumieniem!

Obecnie już nie ma dnia, w którym by pisma wszystkie nie donosiły o takich zabójstwach partyjnych; stało się to rzeczą zwykłą, chlebem powszednim, tak, jakbyśmy przyzwyczaili się do krwi widoku i bez wrażenia na zabójstwo spoglądać mogli! We wszystkich miejscowościach fabrycznych dużo rodzin pozostało w żałobie i nędzy po tych ofiarach wzajemnej nienawiści partyjnej. Za przykładem Warszawy, lodzi, idą i inne miejscowości fabryczne, a między innemi i nasze Pabianice, gdzie ostatnie zajście w fabryce Kruschego i Endera tak smutnie się bez potrzeby skończyło.

Bracia robotnicy! Zdaje się, że każdy rozsądniejszy z nas, każdy, który widzi choć trochę dalej, rozumie, iż stan taki, jaki się obecnie wytworzył, nie może być obojętnym. Jest to chwila przełomowa, a więc przejściowa, chwila ujścia porywów politycznych, tak długo gwałtownie tłumionych i dlatego z siłą wulkanu na światło dzienne się wydobywających! Lecz czas już wielki zapanować nad swemi namiętnościami, czas, aby zasłona zaślepienia politycznego spadła z oczu tych zapaleńców, czas zawrócić z tej krwawej drogi, która w historii naszego kraju smutna kartą już się zapisała.

Dążeniem przeto, bracia robotnicy, tych rozsądniejszych być powinno przyspieszyć ową chwilę wzajemnego porozumienia, powstrzymywać swą powagą i rozsądnym tłumaczeniem głowy zapalone, gdyż inaczej grozi nam straszna anarchia i ruina materialna.

Przekonaliśmy się chyba już dostatecznie, że terror i droga znaczona śladami krwi oddala nas tylko coraz bardziej jednych od drugich, odgradza murem, którego w końcu może już nie będziemy w stanie przekroczyć, bo zamiast z cegieł – trupów on wystawiony będzie!

Bracia robotnicy! Opamiętajmy się, póki czas jeszcze! Zmyjmy z siebie ślady krwi raz na zawsze! Zapomnijmy sobie urazy wzajemne, podajmy sobie dłonie i niech każdy z nas stara się być człowiekiem, nie takim, który się różni od zwierzęcia tylko swym wyglądem zewnętrznym, lecz istota kulturalną!

Pamiętajmy przede wszystkim, że fabryka nie powinna być miejscem walk partyjnych! W fabryce jesteśmy wszyscy spółtowarzyszami w pracy i najlepiej może byłoby , gdybyśmy w wcale w fabrykach rozmów politycznych nie prowadzili. Wiele nieszczęśliwych starć udałoby się uniknąć, bo przy takiem licznem skupieniu ludzi rozmaitych przekonań, rozmaitych charakterów, bardzo łatwo o nieporozumienie, a i sama praca staje się nadzwyczaj nieprodukcyjną.

Mając to wszystko na względzie, my niżej podpisani delegaci spośród robotników Towarzystwa Akcyjnego R. Kindlera w Pabianicach, przedstawiciele rozmaitych partii, postanowiliśmy zrobić pierwszy krok, dążący do złagodzenia wzajemnych stosunków partyjnych między robotnikami w naszej fabryce, aby nie była ona za przykładem innych napiętnowana tą haniebną plamą zabójstw bratnich!

Pabianice, d. 1 czerwca 1906 r.


Pochód narodowy, jaki odbył się w Pabianicach 10 grudnia 1905 r. został odnotowany także na łamach The New York Times, December 12, 1905)

At Pabianice the populace organized a patriotic procession, which 200 mounted peasants from a neighboring village wanted to join, but a company of dragoons charged the crown and severely wounded twenty-nine.

Do tej pamiętnej demonstracji powróciło łódzkie Echo (19.07.1936), informując o odnalezieniu sztandaru z 1905 roku.

Około 1925 roku, na terenie firmy Steinhagen i Saenger (papiernia) robotnicy Marciniak i Lewandowski zatrudnieni przy zrywaniu zbutwiałej podłogi natrafili na zawiniątko. Zainteresowani zawartością paczki, rozwinęli ją. Wówczas oczom zdumionym robotników ukazał się sztandar wykonany ręcznie, na pergaminie. Po jednej stronie sztandaru widniał Orzeł Biały, na odwrocie napis „Boże Zbaw Polskę”. Sztandar z terenu fabryki zabrał robotnik Marciniak, który za namową syna Bronisława złożył takowy w Związku Zawodowym „Praca”. Jak później ustalono, przez robotników starszych wiekiem, sztandar został wykonany przez robotnika papierni niejakiego Nowaka na mającą się odbyć manifestację w 1905 r.

Manifestację zorganizowano w ten sposób, że w miejscowości Górka Pabianicka, odległej około 4 km od Pabianic wyruszyła „banderia”, złożona z mieszkańców miasta Pabianic jak i okolicznych wiosek, w strojach narodowych. Na czele banderii jechał ks. Wieniawski z Górki Pabianickiej w asyście szeregu sztandarów i transparentów z hasłami narodowemi. Banderia pełna powagi i uczuć narodowych przejechała ulicami: Lutomierską do Zamkowej, a przy wylocie ul. Zwierzyniec (obecnie gen. Pierackiego) zastąpiła jej drogę piechota rosyjska.

Wówczas zaczęły się pertraktacje ks. Wieniawskiego z dowódcą oddziału piechoty. Ktoś rzucił hasło ucieczki. Mniej odważni poczęli usuwać się z szeregów tworząc w ten sposób zamieszanie. Na taki obrót rzeczy czekał tylko oddział dragonów, który rzucił się za uciekającymi, siejąc zrozumiały popłoch. Wysiłek ks. Wieniawskiego przy utrzymaniu porządku spełzł na niczem. Upojeni szałem dragoni zaczęli bezlitośnie płazować i rąbać szablami. Kto żyw rzucił się do ucieczki. Delegacja, która wyszła na spotkanie banderii z ks. Zagnerem na czele z kościoła św. Mateusza przed mostem na rzece Dobrzynce wróciła z powrotem w pełnym porządku. Dragoni za wszelką cenę chcieli zdobyć sztandary co im się jednak nie udało.

W takich mniej więcej okolicznościach sztandar o którym mowa wyżej dostał się na teren fabryki Steinhagen i Saenger.

Obecnie opinia publiczna jest poruszona faktem jakoby sztandar znalazł się na terenie Warszawy i to w bardzo niejasnych okolicznościach, gdyż został wysłany w imię korzyści indywidualnych. Uważamy, że Związek Zawodowy ”Praca” winien tę sprawę wyświetlić, by w ten sposób położyć kres różnym domysłom.


Kalendarium czasu zamętu, czyli rewolucji 1905-1907 opublikowała w 15. numerze Życia Pabianic z 1983 roku Alicja Dopart.

Robotnicy pabianiccy w styczniu 1905 r. sięgnęli po najgroźniejszą broń – strajk powszechny, który miał być poparciem dla rosyjskich współtowarzyszy.

30.01.1905 r. - zostało zwołane zebranie działaczy PPS w Pabianicach przy ul. Bohaterów 9, na którym powzięto uchwałę przyłączenia się do strajku powszechnego. Wśród obecnych byli: Józef Ochman, Tomasz Grelus, Mateusz Radzyński, Józef Feliksiński, Narcyz Gryzel, Paweł Łaski. W mieście wrze. Władze są zdezorientowane, nawet naczelnik powiatu łaskiego Iwanow jest zaskoczony i cichy. Nauczyciele Szkoły Handlowej nie zgadzają się uczyć dzieci pod osłoną wojska. Szkoła zostaje zamknięta, naukę w niej wznowiono dopiero po 36 dniach.

31.01.1905 r. - delegaci pertraktują z fabrykantami, wysuwają żądania ekonomiczne. Gdy minęło pierwsze zaskoczenie, do Pabianic zostały ściągnięte nowe partie wojska i sotnie Kozaków.

4.02. 1905 r. - fabrykanci zawiadamiają naczelnika Iwanowa, że w ich skrzynkach na listy znalezione podrzucone nocą odezwy. Równocześnie Komitet Strajkowy PPS wzywa do walki: „Towarzysze i Towarzyszki! Rozpoczęliśmy powszechny strajk, mając na celu walkę czysto ekonomiczną, lecz dotychczasowy wynik strajku zmusza nas do wypowiedzenia walki z caratem … Strajk ten to początek rewolucji”.

2.02.1905 r. - Pabianicki Komitet Robotniczy PPS wydaje odezwę „Deklaracja polityczna”, w której zawarte są m. in. żądania: 8-godzinnego dnia pracy, równych praw, bezpłatnego i obowiązkowego szkolnictwa, języka polskiego w szkołach i urzędach, ubezpieczenia na starość, wolności słowa, prasy i wyznania.

9.02.1905 r. – Iwanow depeszuje „Sytuacja najpoważniejsza w Pabianicach”. W dniu tym przy bramie fabryki Kindlera ginie robotnik Wajs – ojciec 5 dzieci. Jego pogrzeb był manifestacją, wstrzymano ruch kołowy w mieście. Była to pierwsza ofiara rewolucji. Robotnicy Kindlera, Kruschego-Endera, Szweikerta, Singera i Barucha ustawili przed wojskiem zwarty mur, tłum był tak podniecony, że kobiety wyrywały żołnierzom z rąk karabiny.

25.02.1905 r. – rosyjskiemu dyrektorowi strajkującej Szkoły Handlowej wręczono petycję z żądaniami wprowadzenia do nauczania języka polskiego, wolności przekonań, powszechnego nauczania.

19.03.1905 r. – przekazano mu szerszą petycję „O szkołę polską”.

2.05.1905 r. – raniono 2 robotnice i 2 robotników.

Miesiące letnie były również niespokojne jak poprzednie. Zwłaszcza głośny był strajk w fabryce Kindlera, który był odpowiedzią na „czerwiec łódzki”.

21-22.08.1905 r. – wybucha kolejny strajk powszechny przeciwko projektowi zawiązania Dumy i uchwalenia ustaw zasadniczych w Rosji, przewidujących m. in.., że do cesarza Wszechrosji należy władza samowładcza. Wraz z robotnikami rosyjskimi strajkują robotnicy Pabianic. Razem będą bojkotować wybory do I, II i III Dumy. Fale strajkowe nasiliły się znów na przełomie października i listopada 1905 r. kiedy to strajki ekonomiczne przekształciły się w polityczne. Przez 25 dni nikt nie przystąpił do pracy. Był to akt solidarności z robotnikami rosyjskimi.

18.10. – 22.11.1905 r. – młodzież Szkoły Handlowej bierze czynny udział w robotniczych demonstracjach. Pełni również funkcje organizacyjne. Naukę podejmie dopiero 22 listopada, kiedy robotnicy wracają do pracy. Rok szkolny 1905/1906 był ostatnim rokiem szkoły rosyjskiej; od nowego roku odebrano jej prawa państwowe. Młodzież wywalczyła polską szkołę z polskimi nauczycielami, ale już jako szkołę prywatną. Dla nich jednych ta cisza przed burzą stała się krzykiem zwycięstwa.

27.10.1905 r. – przez ulice miasta rusza pochód z czerwonymi sztandarami i rewolucyjnymi pieśniami.

28.10.1905 r. - w mieście pojawiają się czerwone flagi. Odezwa SDKPiL informuje o sytuacji w państwie rosyjskim, wzywa do solidarności z robotnikami rosyjskimi.

30.10.1905 r. - zostaje wydany manifest carski, który jest obietnicą lepszych dni. 10 tysięcy robotników udaje się pod Magistrat i żąda od Iwanowa wyjaśnienia na czym polegać mają zapowiedziane swobody.

3.11.1905 r. – na rynku Starego Miasta wielotysięczny tłum czeka na zezwolenie przejścia z czerwonym sztandarem. Zdaje sobie sprawę, że sytuacja jest trudna. Od marca pod wpływem walk robotniczych wzmagają się nastroje rewolucyjne również wśród coraz szerzej solidaryzujących się z robotnikami chłopów. Pomagają robotnikom, przywożąc im żywność. Na krańcach miasta zorganizowano magazyny, w których około 150 dzieci robotniczych jest dokarmianych. Na zakładach Kruschego-Endera po raz pierwszy powiewa czerwony sztandar.

4-7.11.1905 – demonstracje odbywają się w różnych częściach miasta, do południa i po południu.

10.11.1905 r. – wprowadzono stan wojenny, który trwał do 2 grudnia. Atmosfera demonstracji staje się bardziej burzliwa. Codziennie dochodzi do zamachów i starć z wojskiem. W tej sytuacji utworzony został Komitet Obywatelski złożony z przedstawicieli różnych ugrupowań politycznych i partii robotniczych. Powołano prawie 100-osobową milicję. Bojówki PPS miały za zadanie czuwanie nad porządkiem. Powołano wspólne ze związkami zawodowymi sądy fabryczne do walki z przestępczością. Były to zalążki samorządu robotniczego.

W okolicy ul. Ostatniej giną zastrzeleni w dorożce – Iwanow i jego sekretarz Gajler.

21.12.1905 r. – znów ogłoszono stan wojenny.

1.01.1906 r. - odbywają się pierwsze zapisy do Związków Zawodowych Robotników przemysłu Włóknistego, którego celem ma być zjednoczenie wszystkich robotników w imię obrony ich interesów. Związek ten nie był liczny. Poważniejsze wpływy zdobyły w Pabianicach klasowe związki zawodowe działające pod auspicjami Polskiej Partii Socjalistycznej.

22.01.1906 r. – na pewien czas stają fabryki. Trwają przygotowania do rocznicy wybuchu rewolucji, a zarazem poparcia żądań robotników Rosji. Pabianice zaliczane są do buntowniczych miast. Kolejny duży strajk wybucha jesienią 1906 r. Robotnicy protestują przeciwko wyrokom śmierci wydanym na ich towarzyszy (Franciszka Wojciechowskiego i Edmunda Witkowskiego), przeciwko zesłaniom na Sybir Antoniego Rakowskiego, Jana Karczewskiego, Józefa Koziroga i Jana Łaskiego (któremu karę śmierci zamieniono na 4 lata katorgi i wieczne zesłanie na Sybir) oraz przeciwko karom więzienia wydanym wobec - Franciszka i narcyza Gryzlów, Włodzimierza Skoczylasa, Icka Kolskiego, Mateusza Raczyńskiego i innych pabianickich robotników.

22.01.1907 r. – odezwa wzywa robotników do obchodów rocznicy rewolucji 1905 r. „…święć się nam dniu krwi i chwały … to wielki dzień, to święty dzień, w dniu tym proletariat wspomina poległych o wolność braci … w dniu tym przygotowuje się do nowych walk”.

5.07.1907 r. - na ulicy zostają zabici: Wincenty Stachowski i Andrzej Kaźmierczak. Postrzelono 11-letniego Marcina Graczyka.

Kierowniczą rolę w ruchu rewolucyjnym odegrały partie robotnicze PPS i SDKPiL. Pabianicki Komitet Robotniczy Polskiej Partii Socjalistycznej, mimo wewnętrznych sporów, w większości przychylał się ku lewicy. Wśród aktywnych działaczy utworzonej po listopadzie 1906 r. pabianickiej frakcji PPS-Lewica spotykamy nazwiska: Mateusz Raczyński, Józef Feliksiński, Tomasz Grelus, Wł. Raczyński, Adam Pietraszek, Narcyz Gryzel, Józef Koziróg, Franciszek Kunicki, Józef Drobniewski, Antoni Kącki, Teofil Luboński i inni.

Druga partia – SDKPiL liczyła około 200 osób. Mimo małej liczebności bierze ona jednak aktywny udział w demonstracjach i strajkach, ściśle współpracuje z PPS. Działają tu między innymi: Ludwik Kłys, Ignacy Majewski, Józef Wajchert, Maksymilian Furmański i Józef Muszyński.

Znaczny wpływ również miało w Pabianicach Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, w skład którego wchodziły – inteligencja, burżuazja i mieszczaństwo. Partia ta była przeciwna rewolucji, wierzyła w dobrą wolę cara, aby zyskać robotników wysuwała hasło: równości, wolności i oświaty.

W 907 roku nową formą walki stały się – oprócz demonstracji, pochodów i strajków- tzw. spacery manifestacyjne, które organizowano w dniu 1 Maja i w dniach różnych rocznic w godz. 10-12 oraz 14-17, na głównych ulicach Pabianic. Strajkujący spacerowali odświętnie ubrani, chodzili w grupkach. Sygnał trąbki był ostrzeżeniem o zbliżającym się niebezpieczeństwie aresztowania, wówczas wchodzono do bram.

8-9.09.1907 r. – ma zostać aresztowanych 67 działaczy robotniczych. Policji ”udało się” zatrzymać tylko 29 osób, resztę uratowała trąbka. Wśród zatrzymanych byli: Adam i Józef Feliksińscy, Rudolf Herszel, Mateusz Grobelny, Józef Koziróg, Teofila Nowicka, Jan Morawski, Stanisław Nowicki i inni. Zabity został Narcyz Gryzel. Jest to jeden z ostatnich ataków terroru tego burzliwego okresu.

Trudno uwierzyć, że strajk 30 stycznia 1905 roku miał być tylko poparciem dla rewolucji rosyjskiej, rozpoczął rewolucję w całym kraju, a w Pabianicach trwał z przerwami do końca 1907 roku, kiedy to w rocznicę wybuchu rewolucji stanęły wszystkie fabryki w mieście.

Przebieg wydarzeń w latach 1905-1907 wydatnie przyspieszył proces dojrzewania świadomości proletariatu naszego miasta, co znalazło wyraz w późniejszych jego wystąpieniach oraz walkach o narodowe i społeczne wyzwolenie.


Wiele szczegółów dotyczących lat 1905-1907 przynosi też artykuł Kazimierza Staszewskiego „Z dziejów walk o niepodległość na gruncie m. Pabjanic” w Gazecie Pabianickiej z 11.11.1928 roku.

Strajk powszechny w 1905

W związku z krwawym pochodem Gapona w Petersburgu 22 stycznia 1905 roku ogłoszono strajk protestacyjny o podłożu wybitnie politycznym. W ślad za Warszawą poszły i Pabjanice. Zorganizowany przez Grelusa strajk w fabryce R. Kindlera pociągnął za sobą inne fabryki. Było to w styczniu 1905 r.

Wieczorem pewnego dnia zorganizował się pochód, który z czerwonymi sztandarami wyruszył na miasto. Do miasta ściągnięto kozaków. Raz wraz na ulicy zjawiają się pochody, organizowane samorzutnie.

W czasie jednego z pochodów kozacy natarli na tłum. Robotnicy obrzucali kozaków kamieniami. W czasie strzelaniny padł na podwórzu fabryki R. Kindlera robotnik Wojsa.

Pogrzeb jego stał się pobudką do spontanicznej manifestacji. Trumnę otoczył wielotysięczny tłum, za którym podążali kozacy. Na cmentarzu rozwinięto czerwone sztandary.

W tym czasie z PPS w Pabjanicach wyłania się Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, na czele której staje L. Nys. Podczas gdy PPS stoi na stanowisku Niepodległości, Esdecja (SDKPiL) stawia kwestię walki klasowej o zrealizowanie ustroju socjalistycznego w tych ramach państwowych, jakie istniały wówczas. Rozłam ten dokonany został na wiecu w lesie Karolewskim po przemówieniu socjalisty Frazesa, zwanego Księdzem.

Strajk pociągnął liczne aresztowania. Wielu jeszcze pamięta, jak kozacy maltretowali aresztowanych. Zgrozę wywołał fakt aresztowania robotnika Dziuby, którego kozacy, okrutnie pobiwszy, wlekli obok koni, bijąc nahajkami. Złamali mu rękę i wybili oko. Podobnie pobito niejakiego Grabowskiego.

Tymczasem na ulicach miasta coraz to padały okrzyki, Precz z caratem!.

Pochód narodowy 1905 roku

Pod presją rewolucji car wydaje manifest o Dumie (20 października). Budzi się nadzieja pewnych swobód. Socjaliści organizują wielki pochód. W ślad za nimi zamierza zorganizować pochód i Liga Narodowa. Przyszedł dzień 10 grudnia 1905 roku.

Pabjanice przybrały się odświętnie, ludność wylega na ulice miasta, mając na piersiach przypięte znaczki o barwach narodowych oraz orzełki.


Oto jak ówczesny Kurier Warszawski opisuje ten dzień:

Napad na pochód (Korespondencja własna Kuriera Warszawskiego. Pabianice, dn. 11 grudnia)

Wczoraj w Pabjanicach odbył się uroczysty pochód narodowy, zakończony krwawą rozprawą żołnierzy z bezbronnymi i spokojnymi jego uczestnikami.

Punktualnie o godz. 12 w południe wyruszył z kościoła na Starym Mieście kilkunastotysięczny orszak z chorągwiami kościelnymi, narodowymi i z duchowieństwem na czele. Na Rynku, tuż przy kościele, przemówił do tłumów dr Eichler, a następnie ks. Załuska, administrator parafii rzgowskiej, po czym pochód skierował się ulicami: Szkolną, Tuszyńską i Warszawską, chcąc podążyć potem na Nowy Rynek.

Jednakże na ul. Warszawskiej zagrodzili drogę pochodowi dragoni z obnażonymi pałaszami i zmusili uczestników do powrotu do kościoła. Dzięki wdaniu się i przemówieniu do żołnierzy ks. Ościka, żadnego zajścia nie było.

Inny nieco obrót wzięła sprawa w drugim końcu miasta. Z tzw. Górki Pabianickiej wyjechała banderia, złożona z 200 jeźdźców z ks. Winiarskim, proboszczem góreckim, na czele. Banderia kierowała się w stronę pochodu, chcąc go uświetnić, a zarazem pilnować porządku.

Po drodze, na mostku, oddzielającym ulicę Zamkową od Warszawskiej, banderia spotkała rotę żołnierzy nabijających broń.

Ks. Winiarski podjechał do oficera z prośbą o niestrzelanie, gdyż jeźdźcy powrócą do domów.

Oficer usłuchał i zdawało się, że wszystko skończy się jak najlepiej, gdy wtem z ulic bocznych wypadli dragoni i z obnażonymi szablami rzucili się na bezbronnych; uciec było niepodobna, gdyż konie dragońskie z łatwością doganiały uciekających na koniach roboczych. Rąbano bez litości.

Ilu jest rannych, obliczyć się nie da, gdyż tylko ciężej ranni zgłosili się do lekarzy po pomoc, mianowicie : wczoraj 12, dziś 18, życiu jednak rannych niebezpieczeństwo nie zagraża.

Zdobyli też dragoni dwie chorągwie: jedną kościelną z Matką Boską i drugą narodową z Orłem Białym.

Upojona zwycięstwem jazda schowała szable, a wydobyła nahajki i zaczęła bić.

Staruszka siwego, Kalinowskiego, napadł jeden żołnierz na Rynku i zaczął go katować w okropny sposób. Wtedy tłum, nie będąc w stanie panować nad sobą, zaczął wyrywać kamienie z bruku i razić nimi zwycięzców.

Dragoni poczęli się cofać, tłum nacierał. Oficer wystrzelił z rewolweru, nie raniąc nikogo; kula utkwiła w bramie fabryki Kindlera.

Naraz rozległy się we wszystkich kościołach dzwony na trwogę.. Zaroiły się ulice mrowiem ludzkim i wtedy zwycięzcy zrozumieli zgrozę sytuacji: dano znak do odwrotu i po chwili wszystko się uspokoiło.

Najwięcej odwagi podczas boju z bezbronnymi wykazał ochotnik jednoroczny, p. Tołajew.

Tyle Kurier Warszawski. –Zaznaczyć musimy, że socjaliści mniej społecznie urobieni nie byli do pochodu ustosunkowani przychylnie.

Do komitetu organizacyjnego pochodu należeli m. in. dr Eichler, Kistelski, dr Ostaniewicz, H. Lipski. Dużo czasu sprawie poświęcił ks. Zagner. Tajne posiedzenia Narodowego Związku Robotniczego i Endecji odbywają się przez długi czas w mieszkaniu p. W. Kamieńskiego.

Bojówki rewolucyjne

Na tle nieporozumień co do sprawy Niepodległości, z Endecji wyłania się grupa robotnicza z radykalniejszą inteligencja, która stawia wyraźnie hasło niepodległości Polski. Grupa ta, przyszły Narodowy Związek Robotniczy, idzie jeszcze przez pewien czas niesamodzielnie, porozumiewając się z Endecją, potem staje się ugrupowaniem niezależnym, wybitnie niepodległościowym.

W odwet za maltretowanie robotników bojowe oddziały PPS I NZR rozpoczynają zamachy na przedstawicieli władz moskiewskich.

Od kuli bojówki pada sekretarz policmajstra tzw. dziełoproizwoditiel, wreszcie zorganizowano zamach na naczelnika powiatu łaskiego, Iwanowa.

Mianowicie gdy ten przechodził ulicą Zamkową, bojówki organizacji niepodległościowych położyły go trupem.

Rozpoczęły się liczne aresztowania, więzienie ludzi i wieszanie ich. W ślad za tym idzie odwet bojówek, które kładą trupem szpicli i policjantów moskiewskich.

Organizacje bojowe PPS i NZR alarmują kozaków po nocy. Gdy kozacy pędzą w ciemnych ulicach miasta, napotykają na druty, które przedtem bojówki przez drogę przewiesiły. Moskali ogarnia panika.

W każdym napotkanym widzą swego wroga. Gdy policmajstrem zostaje Jonin, rozpoczyna jeszcze krwawsze represje. Na szubienicy ginie Kubera z Narodowego Związku Robotniczego oraz młodziutki Wójcik, który przed śmiercią woła odważnie: Niech żyje Polska! Powieszono go w Warszawie.

Oburzenie całego kraju, a nie tylko Pabjanic wywołuje następujący fakt. Oto Jonin zaaresztował Gryzla, socjalistę, za jego działalność przeciwko Rosji. Pewnego wieczoru policja wyprowadziła Gryzla w stronę lasu miejskiego i tu go podstępnie i bez uprzedzenia zastrzelono. Fakt powyższy z najwyższym oburzeniem podały wszystkie pisma polskie, domagając się surowego ukarania Jonina. (Zamordowanie Gryzla było tak znanym faktem, że Mucha [ilustrowane czasopismo humorystyczne] dwukrotnie ostrą satyrą napadła na Jonina.) W rezultacie przeprowadzonego dochodzenia i sprawy sądowej pod naporem opinii publicznej całej Polski, Jonina przeniesiono w głąb Rosji.

Walki bratobójcze

Tymczasem w kraju odbywa się akcja wyborcza do Dumy Państwowej. NZR staje na stanowisku, że Polacy winni wziąć udział w wyborach do Dumy, aby głos polski z trybuny parlamentarnej rozchodził się po całej Europie. Tymczasem socjaliści stanęli na odmiennym stanowisku.

Uważali oni, że wejście do Dumy stwarza pozór, ze Polacy godzą się z istniejącym stanem rzeczy. Pracowali wtedy w PPS Gryzel, Raczyński, Ochman. Karczewski, Łaski, Skowroński.

Na tym tle przyszło do krwawych rozrachunków. Pierwszą ofiarą walk bratobójczych padł Malinowski. Gdy następnie Narodowy Związek Robotniczy urządził wiec przedwyborczy w Domu Ludowym (obecnie Miejski Ośrodek Kultury), socjaliści, chcąc uniemożliwić akcję wyborczą , przybyli do Domu Ludowego; rozpoczęła się strzelanina w rezultacie której padło kilka ofiar. Zginęli wtedy z NZR Majnert i Łuczak.

Narodowy Związek Robotniczy prowadzi wtedy dr Eichler, Śniady, Tomczak, Klimaszewski, oraz inni. Walki bratobójcze trwały dość długo. Za jedną ofiarą z jednej strony szła w odwet druga ofiara. Życie stawało się nieznośne. Na człowieka czyhało niebezpieczeństwo z każdej strony.

Wtedy puszczono na miasto plotkę o powstaniu „czarnej sotni”. Miała to być jakaś organizacja mścicieli, którzy śmiercią grozili na wszystkie strony (carska bojówka terrorystyczna).

Każdy dom wybierał swego strażnika, który z kijem w ręku czuwał na ulicy. Na każdy drobny alarm rozpoczynało się trąbienie, gwizdki oraz padało hasło:

- Czarna sotnia idzie!

Pogłoska o czarnej sotni stworzyła jednak samoobronę obywateli. Wyzyskano stróżów każdego domu i do innej akcji. Oto gdy strażnicy rosyjscy rozpoczynali po domach rewizje, dozorcy domów alarmowali miasto, strasząc niby czarną sotnią, a właściwie ostrzegając działaczy politycznych przed rewizją. Rewizje te odbywały się bez przerwy. Rewidowano całe domy, całe ulice. Mieszkańcy chowali głęboko odezwy, orzełki, książki.

Organizacje polityczne rozrosły się niepomiernie. Uświadomienie narodowe i dążenie do niepodległości było powszechne. Ale walki bratobójcze, zabierające liczne ofiary (Enzeterowców pochowano na cmentarzu katolickim we wspólnej mogile) wywołały niechęć.

Trwały one przez cały 1906 rok i częściowo rok następny. Wreszcie NZR, PPS i Endecja zmuszone były porozumieć się i zaprzestać walki. Porozumienie to osiągnięto w ogrodzie przy zbiegu ulicy Fabrycznej i Zachodniej (dawniej Krótkiej).

Walki te były smutnym okresem w dziejach dążenia do niepodległości. Wywołane były niepotrzebnie na tle różnic co do taktyk stronnictw, które przecież na celu miały jedno i to samo: Niepodległość.

Wzmianka o Pabianicach znalazła się w „Kronice bojowej PPS (Frakcja Rewolucyjna)” opublikowanej  w Kronice ruchu rewolucyjnego w Polsce – kwartalnik poświęcony dziejom walk o niepodległość i socjalizm, t. III nr2 (10), Warszawa 1937.

Dnia 24 kwietnia 1907 – Organizacja Bojowa dokonała zamachu na dwóch strażników policyjnych w Pabianicach – Priwidencowa i Binka, znanych ze swego okrutnego obchodzenia się z aresztowanymi robotnikami i z prześladowania naszych towarzyszy. Obaj strażnicy zostali zabici. Wykonawcy zamachu zbiegli.

Echa wydarzeń 1905 roku w Pabianicach powróciły na łamach, wydawanego w Krakowie, Ilustrowanego Kuriera Codziennego z 7 listopada 1912: W fabryce Endera w Pabianicach przed kilku dniami jeden z robotników, pracujących przy rozbiórce ściany, znalazł pod posadzką dwa tysiące siedemset rubli w złocie i papierach. Złoto miało znajdować się w woreczku a papiery w kwitariuszu, w którym, prócz różnych notatek, znajdować się także miały i kwity składających owe pieniądze.

Powyższe pieniądze należały podobno do związku robotników, którego założycielem był niejaki Śniady, w latach między 1905-1906, zabity z rewolweru przez niejakiego Studzińskiego, związkowca, w zamiarze zagarnięcia tych pieniędzy. Lecz rabunek nie udał się Studzińskiemu, gdyż spostrzegli to inni robotnicy i uciekającego dopędziwszy, tak nielitościwie pobili, że ten w przeciągu trzech dni dokonał swego żywota w szpitalu fabrycznym. Znalezione pieniądze złożono podobno w kasie p. Endera.

Wydawany w Warszawie Głos Gminy Żydowskiej z 1938 roku (nr 10-11) podał skład grupy egzekucyjnej, która zlikwidowała Priwierencewa i Binka w dniu 24 kwietnia 1907 roku w Pabianicach. W zamachu uczestniczyli: Wołek Brandt, Jakub Imberg, Hersz Chorowicz, Fiszel Jakubowicz, Fułek Sarna, Urban i Abram Gad. O aktywności żydowskich bojowników na terenie Pabianic wspomina również Ezra Mendelsohn w pracy „Class Struggle in the Pale. The Formative Years of the Jewish Workers Movement in Tsarist Russia”, UK 1970. W 1902 roku, po wykonaniu – przez władze carskie - wyroku na Lekercie, jednym z działaczy lewicowych w Łodzi, w Pabianicach został zasztyletowany konfident. Shortly after Lekert’s execution a well-known informer (a “loynketnik”) in the town of Pabianice near Lodz was stabbed by Bundist who sought revenge for the textile workers. When he returned to Lodz the terrorist was given money by the local committee to escape from Russia.

O wydarzeniach lat 1906 - 1907 w Pabianicach informowała też “Ludzkość – gazeta polityczna, społeczna, ekonomiczna i literacka” .

6.10.1906 – w Pabianicach zabity został przez 3 nieznanych ludzi robotnik Nowakowski, w chwili, gdy przechadzał się narzeczoną. Zabójstwo ma podobno podkład polityczny.

9.10.1906 – w Pabianicach znowu strajk. W Fabryce Kruschego i Endera stoi farbiarnia i przędzalnia, a u Kindlera od wtorku ubiegłego tygodnia strajkują w farbiarni i apreturze, żądając 10 % podwyżki.

Wczorajszej nocy zabito obywatela tutejszego Wlazłowicza, właściciela cegielni. Pobudki: odmowa zapłacenia 15.000 rubli, tytułem odszkodowania za zabicie chłopca, który kradł owoce z jego ogrodu.

30.01.1907 – w Pabianicach kilku uzbrojonych ludzi dało kilka strzałów do stróża nocnego Antoniego Woźniaka. Kule ugrzęzły w palcie.

12.02.1907 – w Pabianicach do restauracji Kruschego na ulicy Długiej przyszło onegdaj wieczorem 6 dragonów i 4 cywilnych. Po upływie godziny jeden z nich 19 –letni syn b. strażnika ziemskiego, Iwan Nestorenko, wyszedł z restauracji, za nim zaś wyszedł dragon Klucznikow i, widząc sterczący z kieszeni Nestorenki rewolwer, chciał mu go odebrać. Nestorenko kilkoma strzałami zabił go na miejscu i sam uciekł. Po kilku minutach przybyło wojsko, otoczyło dom, dokonało rewizji, zaaresztowało właściciela restauracji Kruschego, żonę jego i jeszcze 8 ludzi. Z domu tego wszystkich mieszkańców eksmitowano a dom, po opieczętowaniu, strzeżony jest przez wojsko.

Rewolucja 1905 roku wciąż interesuje badaczy historii. Harold Williams, autor książki „Shadow of Democracy. Dispatches from Russia: 1905 Revolution”, 2012 przytacza treść depeszy agencyjnej, mówiącej o aresztowaniu uczestników spotkania członków PPS i Bundu w podmiejskim lasku. Gdy wieści o tym zdarzeniu dotarły do Pabianic, z miasta na pomoc swoim towarzyszom wyruszył tłum robotników.

The Press Association in Warsaw telegraphes under Saturday’s date: - This morning, in a forest near Pabianice, in the government of Piotrkoff, a meeting was held of delegates of the Polish socialists and of the Jewish Bund. The authorities being informed, sent a body of Cossacks, who arrested a 120 men. News of the arrest arrived at Pabianice, and a number of workmen started off, and tried to rescue their comrades. The company of infantry appeared on the scene, and fired a volley, wounding 28 workmen and killing one. The Cossacks conveyed their prisoners to the Piotrkoff prison.


Gazeta Pabjanicka (nr 4/1935 r.) zamieściła wspomnienia uczestników burzliwych wydarzeń z początku XX wieku w Pabianicach – członków Narodowego Związku Robotniczego. „Wywrotowcy” organizowali mityngi polityczne, a także szkolenia w lasach: rydzyńskim, karolewskim i miejskim.

Masówki

(…) Uświadamianie mas, które dotychczas odbywało się w zakonspirowanych małych kółeczkach, tak zwanych dziesiątkach, było niewystarczające, gdyż szybki bieg wypadków, postępujących jedne za drugimi, wymagał również szybkiej decyzji w walce i przygotowania szerszych mas do walki.

Toteż uświadamianie masowe musiało z konieczności nastąpić. W tym celu zaczęto urządzać tak zwane masówki, czyli zebrania masowe. Masówki te urządzano przeważnie po lasach, miejscach odludnych, lub też w ogrodach włościan, należących do tajnej organizacji, później w zakładach pracy. W masówkach takich brało udział nieraz po kilkaset osób.

Ażeby zmylić czujność wroga, każdy z uczestników miał z góry wyznaczoną marszrutę, prowadzącą na punkt zborny masówki. W pobliżu zaś odbywającej się masówki rozstawione były punkty kontrolne i wywiadowcze, aby jaki niepowołany gość nie znalazł się w masówce, jak również dla ostrzeżenia zebranych o zbliżającej się policji. Niemało to kosztowało zabiegów, pracy i czujności ze strony organizatorów, aby nie naprowadzić na trop odbywającej się masówki zbirów moskiewskich.

Za to, gdy taka masówka się udała, przynosiła dla uczestników nieocenione wprost usługi pogłębiając zrozumienie walki z najeźdźcą. Zwykle na takich masówkach przemawiało do zebranych kilku prelegentów na tematy z różnych zagadnień życia politycznego oraz programowego danej partii politycznej.

Nieraz na odbywającą się masówkę byli zapraszani przedstawiciele innych zapatrywań politycznych i wtenczas rozgrywała się walka słowna pomiędzy dwoma lub więcej odłamami przekonań politycznych. Toteż słuchacze mogli najłatwiej przekonać się, po czyjej stronie jest prawda i słuszność, jeśli chodzi o walkę z caratem.

Jedną z takich masówek, zakrojoną na większą skalę, o ile sobie przypominam w roku 1906, zorganizował Narodowy Związek Robotniczy. Dla zamaskowania przed zaborcą, wybrano dzień świąteczny, dzień odpustu w parafii dłutowskiej. Masówka ta odbyła się w lasach dłutowskich pod nazwą „majówki”.

Do odleglej polanki leśnej ze wszech stron dobrze zakrytej młodym zagajnikiem, nadciagające grupy doprowadzali przewodnicy, bowiem im tylko był wiadomy dostęp do polanki.

Masówka ta zgromadziła kilkutysięczny zastęp uczestników, w której pierwszy raz brała udział bratnia organizacja Narodowy Związek Chrześcijański. Miejsce masówki ze wszech stron na dalszą odległość było zabezpieczone wartami, które miały na celu ostrzec zebranych w razie potrzeby o zbliżaniu się policji, oraz niedopuszczenia osób podejrzanych.

Moskale widząc, że miasto częściowo się wyludniło, a może zostali powiadomieni przez szpiegów, już od samego rana sprowadzili 2 sotnie kozaków z Łodzi, którzy z policją rozpoczęli węszyć po wszystkich okolicznych lasach i szukać zebranych, nie przyszło im jednakowoż na myśl, aby masówkę zorganizowano w odległych lasach dłutowskich.

Dopiero pod wieczór, gdy już część większa uczestników powracała do domu, zaczęli kozacy zbliżać się do celu. Jak dalece byli siebie niepewni, a widocznie dobrze już poinformowani o miejscu i liczebności masówki, świadczyło to, że cały oddział wyciągnięty był gęsiego na przestrzeni około kilometra po obu stronach drogi, co dowodzi, że bali się zasadzki. Jak bardzo moskalom zależało na wytropieniu masówki i aresztowaniu głównych jej przywódców dowodzi to, że oprócz wywiadu kozackiego, we wsi Jutrzkowice pod miastem była dla powracających droga zabarykadowana piechotą z wystawionymi bagnetami. Każdego powracającego do późna pomimo tłumaczeń, że powraca z odpustu, rewidowano, poszukując zakazanych ulotek, ewentualnie organizatorów. Lecz na szczęście obyło się bez aresztowań, tylko pobito okładami karabinu bardziej krewkich uczestników masówki.

Cel masówki był całkowicie przez organizatorów osiągnięty. Wielotysięczne masy robotniczo-chłopskie na tej masowce podały sobie spracowaną dłoń do wspólnej walki, walki o Niepodległość. Piękne przemówienia, odegranie fragmentu z III –ej części „Dziadów” A. Mickiewicza w celi więziennej, śpiewy, deklamacje oraz utwory muzyczne wszystko przez zaborcę zabronione, groziło zamknięciem za kratą więzienną, lub też wywiezieniem na Sybir, wywarło na zebranych ogromne wrażenie i dalszy entuzjazm dla pracy.

Masówka ta wiele się przyczyniła do dalszego rozwoju Narodowego Związku Robotniczego. Masowo po niej wstępowali w szeregi nowi członkowie. Ruch z każdym dniem się pogłębiał, organizując różne placówki czy to ogólnonarodowe, czy też społeczne, jak również ściśle związane z ruchem robotniczym.

Niektóre z nich wyrosłe z powijaków ruchu narodowo-robotniczego, przetrwały do dziś i są chlubą całego społeczeństwa pabianickiego i wzorem dla innych w Niepodległym Państwie Polskim. Praca tych pierwszych pionierów ruchu robotniczo-niepodległościowego nie poszła na marne, wychowała bowiem całe zastępy dzielnych ludzi, dziś biorących udział w życiu społecznym i politycznym Państwa, ludzi karnych we wszystkich poczynaniach (…)

Wspomnienia z roku 1906

W roku 1906 w miesiącu sierpniu odbyła się rewizja u nas przy ulicy Ogrodowej w domu Hankego. O godzinie pierwszej w nocy słyszę kroki pod oknem, za chwilę stukanie do drzwi. Wstałam cicho, by zbudzić męża. Stukanie powtórne. Ukrywszy w moim łóżku i kołysce dziecka broń i nielegalną bibułę, położyłam się z powrotem do łóżka. Wszelkie listy z nazwiskami członków organizacji schowano w urządzonej skrytce. Nerwowe pukanie po raz trzeci – „praszu otwierat – to my panie Gertner, przyjaciele”.

Otwiera mąż drzwi, i o zgrozo – pięciu żołdaków z nasadzonymi bagnetami i dwóch żandarmów.

- Cóż to panowie w nocy szukacie i niepokoicie ma chorą żonę?

- Rewizja, mamy nakaz, proszę otwierać szafy, szuflady.

Wówczas była u nas biblioteka organizacyjna. Przeglądając wszystkie książki, znaleźli kilka nielegalnych, przeszukali łóżko męża, a na jego zapytanie, czy zechcą przeszukać łózko żony odpowiedzieli, że jeżeli chora – to nie. Tym sposobem udało się zmylić ich podejrzenie. Zażądali ode mnie kluczy do komórki, gdzie przetrząsali wszystko widłami i kopali szpadlem. Do godziny czwartej trwała rewizja. Zabrawszy znalezione książki nielegalne, rozkazują mężowi by się ubierał, gdyż jest aresztowany na rozkaz naczelnika łódzkiej żandarmerii. Jednocześnie zrobili rewizję u sąsiada Antoniego Skowrońskiego, gdyż myśleli, że tam ukryłam nielegalne rzeczy, bowiem znalezione książki ich nie zadowoliły.

Wieść o aresztowaniu męża rozeszła się po mieście, głośno rozmawiano o tym, że Gertnera zabrano i że zaraz będzie wysłany etapem. Gromadnie i pojedynczo przychodzili mnie odwiedzać i radzić.

W tym samym dniu przybył do nas p. dr Eichler i śp. Walery Kamieński i radzili mi, bym sama pojechała do Łodzi i prosiła naczelnika żandarmerii o zwolnienie męża – może się uda. O godzinie 4-ej po południu odwiedził mnie śp. Kazimierz Zagner. Po długiej dyskusji z księdzem Zagnerem przyjęłam radę jego, by włożyć najlepszą i najpiękniejszą garderobę, a to w celu zaimponowania moskalom, żeby wejść bez pisemnego podania by sprawy nie przedłużać.

Po kilkunastu dniach zdobyłam się na odwagę i pojechałam. Był to dzień piątkowy. Dochodząc do gmachu żandarmerii łódzkiej, słyszę z daleka krzyki patrolujących żołdaków – „uchodi! nielzja”, do przechodzącej obok gmachu publiczności. Westchnęłam do Boga i idę odważna, uśmiechnięta po stopniach do drzwi. Dodało mi to odwagi, gdyż nikt z patrolu mnie nie zatrzymał. Wchodzę do poczekalni, przez chwilę stremowałam się, gdyż stało kilka pań i kilku panów elegancko ubranych, którzy z podaniami w ręku wyczekiwali swej kolejki. Prędko opanowałam się i idę śmiało do drzwi kancelarii – „przepraszam”.

- Proszę pani, my z prośbami, dyżurny panią nie wpuści, gdyż my tu od kilku dni tak przychodzimy.

Nie zwracam na nic uwagi tylko otwieram drzwi. Dyżurny żandarm pyta mnie: Do kawo bez praszenia?

- Do naczelnika żandarmerii. Nielzia! Trudno! Ja na dziś i na tę godzinę mam naznaczoną wizytę. Udało mi się nabrać go. Idę dalej i myślę sobie – przecież nie znam tego naczelnika i jak tu z tej opresji wyjdę.

Jestem na dużej Sali, gdzie siedzi kilku urzędników spełniających obowiązki biurowe. Widząc moje zmieszanie, podchodzi do mnie jeden z panów i pyta:

- Pani do kogo?

- Do naczelnika żandarmerii.

- Proszę pani siadać.

Po półgodzinnym moim wyczekiwaniu wychodzi z gabinetu człowieczek niskiego wzrostu, brunet, w cywilnym ubraniu. Myślę – czyżby to był naczelnik. Podchodzi do mnie dyżurny i pyta: „wy do naczelnika żandarmerii! Tak, eto nieprawda, poczemu on was nie znajet?” Odpowiadam: - Jak będzie szedł z powrotem, to pójdę z nim do jego gabinetu.

Zaczynają mnie obserwować urzędnicy i żandarm. W tym momencie wraca ten człowiek, który wyszedł z gabinetu i zbliża się do mnie. Zrozumiałam, że to naczelnik. Wstałam i podeszłam do niego.

- Przepraszam pana naczelnika, jestem żoną uwięzionego Gertnera z Pabjanic, którego p. naczelnik kazał aresztować nie mając żadnych dowodów. -- Gaworitie po ruski – odzywa się do mnie. – Nie umiem – odpowiadam. – Kak wy zdies pryszli biez praszenia (prośby)?

- Słyszałam – p. naczelniku wiele dobrego o panu, że pan uwzględnia kobiety chore i wysłuchuje bez proszenia pisemnego. Na dowód pokazuję mu świadectwo choroby, które otrzymałam od dr. Eichlera. Poprosił mnie do gabinetu. Zaczął przeglądać książki, które zabrano podczas rewizji, pokazuje mi listę, którą mu przysłano z Pabjanic i wyczytuje z niej : wasz mąż instruktor Sokoła, członek Macierzy, przedstawiciel Partii Narodowej i Bojowej, to buntowszczyk, urządza wiece i organizuje ludzi przeciwko carowi. A wy macie prywatną szkółkę, uczycie dzieci polskiego języka, a to nielzja. Sybir za to!

Na usilne moje tłumaczenia i prośby, złagodziłam jego mściwość, dał mi słowo, lecz nie honoru, ze w niedziele mąż będzie wolny.

Gdy przyjechałam do Pabjanic, gromady znajomych przy poczekalni tramwajowej czekały, ciekawe rezultatu. Szczęściem, że burmistrz Magistratu był dla nas przychylny, przez to miałam wejście do aresztu męża ułatwione. Opowiedziałam mężowi cały przebieg sprawy i że ma być wolny. Wtem przychodzi dyżurny aresztu i mówi: - Niech pani przyniesie mężowi parę rubli i ciepłą bieliznę, bo dziś wieczorem mąż będzie wysłany.

Do wieczora jednak sprawa wzięła inny obrót, gdyż mąż pozostał na miejscu. W niedzielę o godzinie 8-ej rano udałam się do miejscowego naczelnika policji, który mieszkał przy ulicy Kościelnej w domu Wilczyńskiego. Pytam dyżurnego, czy nie nadeszły jakieś papiery z Łodzi od żandarmerii. Dyżurny otwiera kancelarię. Widzę, że leży paczka, która zabrali w czasie rewizji, na niej koperta zapieczętowana lakiem. Proszę go, by zawiadomił naczelnika miejscowego i prosił o przejrzenie nadesłanych papierów. Odpowiada mi, że naczelnik śpi, a budzić nie wolno. Idę sama do jego drzwi i dzwonię. Otwiera mi służąca i mówi, że pan śpi. Ja jednak nie przestaję dzwonić. Wychodzi zirytowany sam naczelnik z krzykiem: - Czewo żełajetie (czego pani chce)?

- Proszę pana ze mną do kancelarii, mąż mój jest wolny, papiery są przysłane.

- Skąd ta wiadomość?

- Od naczelnika żandarmerii

Zeszliśmy do kancelarii, rozrywa kopertę i mówi: - Podpiszytie!

Posłano ze mną żandarma do Magistratu z pismem, gdzie dziesiątki znajomych oczekiwało rezultatu – etap czy zwolnienie. Po półgodzinnej rozprawie męża zwolniono.

Podobnych fragmentów z życia naszego, mogłabym przytoczyć bardzo wiele. (Maria Gertnerowa)

Ze wspomnień enzeterowca ….

W latach 1909 i 1910 nacisk reakcji carskiej na niepodległościowe organizacje robotnicze był bardzo silny. Wszelkimi sposobami starano się rozbić nienawistny jej Narodowy Związek Robotniczy, który uważano za najbardziej niepodległościową i niebezpieczną dla caratu narodową organizację robotniczą, działającą na ziemiach byłego zaboru rosyjskiego.

Gorliwym przedstawicielem carskiego reżimu na gruncie pabianickim był policmajster Marczewski. Stupajka ten nocnymi rewizjami i aresztowaniami czynnych działaczy Narodowego Związku Robotniczego chciał rozbić podziemny ruch niepodległościowy, który mimo tego trzymał się mocno.

W odpowiedzi na ruchliwość carskiego stupajki organizacja nasza postanowiła zaatakować go i zlikwidować raz na zawsze.

Za zgodą Zarządu Okręgowego Narodowego Związku Robotniczego w Łodzi, nasza organizacja bojowa przystąpiła do zrealizowania zamachu na policmajstra.

Opracowano plan i wyznaczono wykonawców, kolegów: Turka, Szafrańskiego, Barę i Duraja. Zamachu dokonać miano przed Domem Ludowym (obecnie Miejski Ośrodek Kultury), gdzie odbywało się przedstawienie teatru łódzkiego, na które miał przybyć policmajster.

Rozstawieni bojowcy, uzbrojeni w brauningi, czekali przed Domem Ludowym, by w momencie wysiadania policmajstra zasypać go kulami.

Policmajster jednak nie przybywał, a bojowcy niecierpliwili się na swych posterunkach.

Z niewiadomych przyczyn, powóz wiozący Marczewskiego, nie pokazywał się. Po dłuższym oczekiwaniu postanowiono pójść mu na spotkanie. Nagle, nie dochodząc ulicy Zamkowej, powóz, wiozący policmajstra, galopem wjechał w ul. Długą (obecnie Kościuszki), kierując się w stronę Domu Ludowego.

Ukazanie się go było tak nagle, ze nim zdołano się złożyć do strzału było za późno i policmajster zdążył wysiąść z powozu i zniknął w Sali teatru.

Bojowców w dniu tym wyraźnie prześladował pech.

Zamach się nie udał. (Władysław Duraj)

W latach 1905-1907 pabianiczanie bali się tzw. czarnej sotni (carska bojówka terrorystyczna) oraz kozaków. O ile „czarna sotnia” nie dotarła do Pabianic, o tyle kozacy dali się we znaki mieszkańcom. Raz po raz na ulicy Zamkowej rozlegał się tętent koni, świst nahajek i obnażonych szabel, oraz dzikie wrzaski synów bezkresnego stepu, którzy budzili zawsze grozę i przerażenie. O roli jaką władze carskie wyznaczyły tej formacji pabianiczanie mogli przeczytać w piotrkowskim Tygodniu (nr 47/1905 r.)

Podczas wojny sewastopolskiej, a zwłaszcza w czasie podboju Kaukazu i narodów Średniej Azji, kozacy cieszyli się jeszcze swą dawną sławą wojenną. Podczas ostatniej wojny rosyjsko-tureckiej kozacy nie umieli już utrzymać tej sławy. W armii ustaliła się o nich wcale niepochlebna opinia. Byli bardzo zdatni do posług w roli ordynansów przy sztabach i dowódcach; umieli pochwycić furaż i żywność, nałapać kur, baranów, wynaleźć wino lub kukurydzę, dać komuś „nauczkę”, przewieźć pocztę. Lecz o ich czynach wojennych nie było słychać. Natomiast skarżono się, że są nieodporni w pieszym boju i że niewiele można polegać na ich doniesieniach podczas służby wywiadowczej.

Opowiadano, że w wielu wypadkach porzucali linię placówek i z trwogi przed kulą turecką chronili się masą całą w mniej niebezpieczne kryjówki. Objaśniano to brakiem karności, niechęcią ich do działania w szyku mieszanym, niedostateczną inteligencją, zamiłowaniem chytrości i podstępu.

Wprawdzie, w spotkaniu z turecką nieregularną kawalerią, kozacy mieli przewagę, ale to dlatego, że pod względem wyrobienia wojskowego i kultury przeciwnik stał jeszcze niżej od nich.

Toteż ministerium wojny przestało ufać kozakom, jako sile zbrojnej. Przystępując do reorganizacji armii, na zasadach współczesnych i zastosowując się do nowych warunków rozrzuconego dziś na ogromnych przestrzeniach boju, oraz licząc się z koniecznością szybkiego przenoszenia oddziałów wojskowych z jednego końca terenu walki na drugi, zarząd wojenny uznał za konieczne przystąpić do organizacji konnej piechoty – dragonów.

W ostatniej wojnie japońskiej pomimo stosunkowej słabości kawalerii nieprzyjacielskiej, oddziały kozaków nie wykazały żadnego dodatniego wpływu na losy walk w Mandżurii. Pojedyncze wypadki powodzenia oddziałów Madrytowa, Miszczenki, Renenkampfa lub hrabiego Kellera nie zmieniły ogólnej opinii o przestarzałym charakterze wojsk tego typu. Straszna ongi sława „ławy kozackiej” nieodwołalnie przeszła już do historii wraz ze straszliwymi jej czapami, sztyletami kaukaskich górali i szablami. Toteż Niemcy, których długi czas tłoczyła zmora najścia kozaków na Berlin, uspokoili się i odetchnęli swobodniej.

Słowem jako wojsko nowożytne kozacy okazują się bezsilni zupełnie nie tylko wobec kartaczownic, artylerii i współczesnych fortyfikacji, lecz nawet w otwartym polu, wobec zachowującej zimną krew i uzbrojonej w szybkostrzelne karabiny piechoty. Wywiadowcza zaś ich służba przy rozciągniętym froncie, złych drogach, oraz braku inteligencji, przynosiła także daleko mniejsze korzyści od balonów, telegrafu i telefonów. Pędzący w różne strony dziesiątki wiorst ordynansi nigdy i nigdzie nie podążali na czas.

Lecz im więcej tracili kozacy swe znaczenie wojenne, tym więcej okazywali się pożytecznymi wewnątrz kraju, pełniąc służbę policyjną. W ostatnich tez latach przeistoczono ich w rodzaj policji wewnętrznej, do pomocy której uciekano się coraz częściej, w celu „ukarania” i „poskromienia” ludności oraz „zaprowadzenia porządku”.

W Europie uznano zasadę elementarną, wedle której do policji mogą być przyjmowani tylko ludzie wyborowi, odznaczający się wysokimi zaletami moralnymi, którzy ukończyli przy tym szkołę fachową. W szkole tej zaznajamiani są oni z prawem, z zasadami względnego obchodzenia się z publicznością, z pielęgnowaniem chorych i rannych. Oprócz tego, wychowują ich w karności, ucząc jednocześnie przytomności umysłu, taktu i poszanowania praw jednostki. Dla nas doświadczenie i przykład Europy nie istnieje. Ani kozaccy oficerowie, ani tym bardziej szeregowcy żadnej szkoły policyjnej nie kończą; rekrutowani są w „stanicach” bez żadnego wyboru!

I oto ludzie ci, wieczni malkontenci już dlatego samego, iż powołano ich na służbę pozamiejscową, zaprowadzają obecnie „porządek” w całej Rosji. Jakim jest ten „porządek” – wiedzą wszyscy. Zarzucona we wszystkich cywilizowanych krajach nawet przy tresurze koni nahajka, kształci obecnie w Rosji ludzi, wpajając w nich poszanowanie istniejących praw, oraz miłości ojczyzny.

Ongi, nie w tak odległych czasach, urządzano pojedynki kogucie: ludzie dobrowolnie wychodzili, aby kaleczyć się wzajemnie. Obecnie te krwawe i okrutne igrzyska częścią wzbroniono, częścią wyszły z użycia . dziś dla ochrony zwierząt, potworzyły się „Towarzystwa opieki nad zwierzętami”. Pomimo to, natura zwierzęca w człowieku nie zamarła, tylko zaczęto się wstydzić jej publicznych objawów, zwierzę tkwi jeszcze głęboko w człowieku.

Kto choć raz widział, jak przy „zaprowadzaniu porządku” dobroduszne z wyglądu chłopy w kozackich mundurach i czapach przechylonych z fantazją na bakier, rzucają się w zbity bezbronny tłum ludzki, lub za uciekającymi pojedynczo ludźmi – ten nigdy obrazu tego nie zapomni!

W tłumie, w demonstrantach, w robotnikach, w studentach i studentkach, włościanach – kozacy widzą specjalnych swych wrogów. Są oni dla nich wrogami już dla tego samego, że przez nich to muszą służyć ponad termin, z dala od domu, od krewnych, muszą męczyć swego konia, muszą nie dojeść i nie dospać, moknąc na słocie i ziębnąć na wietrze lub mrozie.

I to wszystko z powodu tam jakiegoś obcego, nieznanego ludu, o którym bezpośrednia ich władza mówi, jako o „wrogu wewnętrznym”, którego należy niszczyć i tępić.

Gdy dodamy do tego, to jeszcze, iż często, w celu spotęgowania rozdrażnienia, jakiś najęty prowokator rzuca pierwszy w kozaka kamieniem lub strzela doń wówczas rozbestwienie kozaków staje się psychologicznie wytłumaczone.

Rwą oni wtedy naprzód, okładają nahajkami, tną szablami z takim samym rozwścieczeniem, jak ongi Don Kiszot rzucał się na wiatraki.

Dzieci stepów z domieszką krwi mongolskiej w lubieżnym zapamiętaniu tną i rąbią zarówno uciekającego robotnika, studentkę, każdego przechodnia, jak i kobietę ciężarną. Wolą nawet mordować leżących, ociekających krwią, omdlałych ze strachu, bólu lub razów, bo krew ich unosi i roznamiętnia… Jęki, przekleństwa, wymyślania drażnią ich ucho: ogarnia ich wówczas okrutna zwierzęca chęć zmuszenia nieszczęsnej ofiary do milczenia; drażni ich ona jeszcze swym przedśmiertnym charkotem.

Tak „uspakajają” kozacy wszędzie. Tak też było niedawno w Moskwie (tak i w Warszawie, i Pabianicach) .

Trzeba jednak pamiętać, iż człowiek dziki, choćby ustrojony w mundur, nie wzmocni poszanowania prawa, bez czego w żadnym państwie spokojnie być nie może. Lud rozumie surowość sądu, lecz w żaden sposób pojąć nie może samowoli tych, co z dzikim okrucieństwem mordują winnych i niewinnych.

Dziewięć miast Rosji prosiło już o wybawienie ich od kozackiej plagi!


W 1935 roku w Prawdzie Pabjanickiej ukazało się „Wspomnienie z roku 1906”.

Mroczną, letnią nocą 1906 roku, do mieszkania Jana Karczewskiego, ojca sześciorga dzieci, wybitnego działacza niepodległościowego, a zarazem jednego z przywódców pabianickiego komitetu PPS, niespodziewanie, przemocą wtargnęli siepacze carscy, by przy akompaniamencie złorzeczeń, szczeku karabinów i brzęku ostróg, po szczegółowej rewizji w poszukiwaniu za „bibułą” i bronią, uprowadzić go skutego w kajdany od dzieci i żony na zawsze, za to że nie szczędząc trudu i wysiłków walczył pod wodzą Józefa Piłsudskiego poprzez długie lata, o wolną Polskę i Socjalizm.

Tej samej nocy, został aresztowany Paweł Łaski, członek bojówki PPS, wraz z kilkoma swymi towarzyszami, po zarzutem udziału w krwawej bratobójczej walce, mającej miejsce w Domu Ludowym, przy ul. Długiej (obecnie Kościuszki) podczas wiecu urządzonego przez Narodowy Związek Robotniczy w okresie wyborów do Dumy państwowej, a w wyniku której zostali zabici dwaj członkowie NZR.

Po ogłoszeniu przez satrapę cara tzw. manifestu październikowego Narodowa Demokracja i Narodowy Związek Robotniczy postanowiły wziąć udział w wyborach do Dumy państwowej i w tym celu rozpoczęły na większą skalę agitację wśród szerokich mas robotniczych i ludności wiejskiej.

PPS, na czele z Józefem Piłsudskim, przewidując z tej haniebnej i ugodowej polityki ND i NZR, zgubne następstwa dla ruchu niepodległościowego, ogłosiła bojkot wyborów do Dumy – w konsekwencji czego, rozgorzała zacięta walka między pepesowcami a ugodowcami, aż do rozlewu krwi bratniej włącznie.

Krytycznego dnia, Narodowy Związek Robotniczy urządził w Domu Ludowym w Pabianicach wiec przedwyborczy, obsadzając, jak zwykle, wszystkie wejścia swoją bojówką uzbrojoną w broń palną, aby nie dopuścić na salę „niepożądanych” przybyszów. Zarządzenie to, nielicujące z zasadami wolności słowa i krytyki na zgromadzeniach publicznych, było właśnie bezpośrednią przyczyną niepotrzebnego rozlewu krwi. Zresztą bójkę sprowokował członek NZR, uderzywszy pięścią w twarz Pawła Łaskiego, który chciał wejść na wiec i usłyszeć pienia pochwalne na cześć Dumy ustanowionej po „ukazu” miłościwie panującego nam wówczas Cara Mikołaja II.

Padły strzały i polała się krew robotnicza. A później denuncjacje, aresztowania niewinnych ludzi, wyroki skazujące, katorga i wieczne osiedlenie na Sybirze.

Jan Karczewski, wedle zeznań naocznych świadków zajścia nie brał udziału w bratobójczej, a krwawej strzelaninie. Znajdował się on podówczas, przy zbiegu ulicy Zamkowej i Kościuszki, gdzie się prawdopodobnie z kimś umówił. Jednakże na podstawie fałszywych zeznań 2 świadków oskarżenia, a członków NZR sąd skazał między innymi i Karczewskiego na 4 lata katorgi i dodatkowo po jej odbyciu, na wieczne osiedlenie w tajgach Syberii.

I nie doczekał się Jan karczewski, bohaterski szermierz wolności – Niepodległej Ojczyzny. Wyczerpany fizycznie odbytą, długoletnią katorgą, zmarł na wygnaniu w mroźnych tundrach Sybiru w 1913 r. wierząc, iż jego i innych męczeństwo, musi przynieść plon obfity.

Należy wspomnieć, iż Jan karczewski nie tylko sam oddawał się pracy niepodległościowej. Jego najstarsza córka Maria, zamężna za Franciszkiem Łukomskim, znanym działaczem z 1905 r. następnie młodsza Zofia, zamężna za Fatrem oraz syn Jan Dyonizy, obecnie zamieszkały w Tomaszowie Mazowieckim, kilkakrotnie odsiadywali karę więzienia za udział w walkach o Niepodległość. (…) W Pabianicach nie ma dotychczas ulicy Jana Karczewskiego, a żyje ten, który go wydał siepaczom carskim. Żyje i będzie żył, albowiem nikt nie pokusi się o jego marne życie. Niechaj go sumienie zadręczy, jak zadręczyło już zdrajcę S. zmarłego przed laty w obłąkaniu. (Prawda Pabjanicka, 24 listopada 1935)

Bernard Popa w Głosie Pabjanickim opublikował kronikę zmagań pabianickich robotników z carskimi ciemiężcami.

Pierwsze nowe prądy demokratyczne i rewolucyjne dotarły do Pabianic u schyłku XIX wieku i ogarnęły początkowo niewielką część społeczeństwa. Pod wpływem rozpowszechniających się pism nielegalnych, jak wychodzącego w Krakowie pisma „Polak” i innych, organizować się poczęły na terenach fabryk kółka robotnicze, w których prowadzono pracę uświadamiającą. Robotnicy czytali pisma i odezwy ukradkiem, w piwnicach, mieszkaniach przy zasłoniętych oknach i innych zakrytych od niepowołanego oka miejscach, przyswajając sobie mało lub zupełnie jeszcze nieznane hasła, budzące tęsknotę za wolnym krajem ojczystym. Nieumiejącym czytać, a takich było wielu w tych czasach, pisma czytali bardziej uświadomieni robotnicy i w ten sposób społeczeństwo miasta, podobnie jak cały naród polski, powoli budziło się z uśpienia. Każdy począł rozumieć, że nadchodzą ważne chwile w dziejach uciemiężonego narodu i z zaciętością w duszy szykował się do czynu. Nad miastem poczęły gromadzić się ciężkie chmury, zwiastując zbliżanie się lat zmagań i heroicznej walki z caratem.

Jak pamiętają starzy działacze patrioci rewolucyjni pierwszy strajk w Pabianicach zwany ”buntem” miał miejsce w roku 1890 i był pierwszym tego rodzaju protestem miasta robotniczego przeciwko uciskowi politycznemu Moskwy.

W roku 1898 po raz pierwszy, a potem i w latach następnych – razem pięciokrotnie – jak twierdzą ci sami dawni działacze – na zebraniach w lasach okolicznych ( karolewski, rydzyński, miejski) przemawiał Ten (Józef Piłsudski), który później stać się miał zwycięskim Wodzem narodu Polskiego.

Po kilku mniejszych strajkach na tle ekonomicznym, w roku 1904 wybuchł w Pabianicach wielki strajk polityczny, trwający cztery tygodnie. Stanęły wówczas wszystkie fabryki i zakłady przemysłowe, a nawet zamarł zupełnie wszelki ruch kołowy.

Podczas jednego z podobnych strajków, kiedy strajkujący robotnicy znajdowali się w obrębie swoich fabryk, Kozacy otoczyli fabrykę Kindlera przy ulicy Zamkowej i poprzez żelazne pręty bramy wejściowej dali kilka salw karabinowych. Przechodzący przez podwórze fabryczne tkacz Wojsa padł ugodzony kulą kozacką. Po raz pierwszy polała się krew walczących o Polskę robotników pabianickich. Ta jedna z pierwszych ofiar walk wyzwoleńczych zespoliła – przynajmniej na czas pewien – klasę robotniczą, budząc w niej nienawiść do wszystkiego co carskie i obce.

Komitet pogrzebowy z pogardą odrzucił judaszowską ofiarę oficera kozackiego, który ofiarował rodzinie zabitego kwotę 25 rubli jako odszkodowanie. Robotnicy pomiędzy sobą zebrali znaczną sumę dla osieroconej rodziny, a firma, w której pracował zamordowany zajęła się nią i zapewniła jej byt i opiekę.

Pewnej ciemnej i mglistej nocy, gdy wojska kozackie znajdowały się w okolicy Starego Miasta, grupa rewolucjonistów przy zbiegu ulic Zamkowej i Długiej – obecnie Kościuszki, w najbardziej wąskim miejscu ulicy, założyła zasiek z drutu kolczastego, przeciągając kilkakrotnie drut pomiędzy stojącymi na dwóch przeciwległych rogach słupami, zagradzając całkowicie jezdnię. Gdy wreszcie wszystko było gotowe, zwabiono podstępem w to miejsce oddział Kozaków na koniach, którzy całym impetem najechali na zasiek. W tym momencie bojowcy poukrywani w ściekach ulicy poczęli prażyć wroga ogniem rewolwerowym. Nadciagające oddziały piechoty moskiewskiej zmusiły bojowców do odwrotu.

Odpowiedzią na to były straszliwe represje władzy carskiej, masowe aresztowania podejrzanych o współudział, wyroki śmierci, przesiedlenia i wysyłki na Sybir. Nie ugiął się jednak robotnik pabianicki i choć nie zawsze zgodnie, mając niejednokrotnie porachunki osobiste na względzie, jednak na swój sposób walczył o wolność narodu polskiego, nie lękając się przemocy. Ta pogarda śmierci, ofiarność i poświęcenie dla wyższego dobra, dla idei niepodległości budzić musi w każdym cześć i szacunek.

Aby uchronić się od niespodziewanych najazdów Kozaków na miasto i uniknąć masowych aresztowań zorganizowana została tak zwana milicja robotnicza, której obowiązkiem było czuwać dzień i noc.

Na widok wojska wszczynano wielki alarm za pomocą gwizdków, trąbek strażackich, a nawet bicia w dzwony kościelne. Uciekał wówczas każdy, kto spodziewał się uwięzienia, poza miasto w pola podmiejskie. Punktem zbornym dla wszystkich tych robotników była zawsze ulica Fabryczna.

Największe natężenie walk z caratem przechodziły Pabianice w roku 1906, po wydanym przez cara manifeście. Pozorna swoboda polityczna dla Polaków w rzeczywistości okazała się złudną iluzją, strategicznym manewrem. Lud Pabianic srodze okupił tę pozorną wolność.

W tym czasie miał miejsce narodowy pochód robotniczy z powiewającym nad tłumem amarantowym sztandarem Orła Białego – po jednej, Matki Boskiej Częstochowskiej – po drugiej stronie sztandaru. Pochodowi towarzyszyła banderia konna młodzieży z pobliskiej Górki Pabianickiej, przybrana w ludowy strój krakowski. Na czele pochodu kroczył ksiądz – działacz narodowy. Gdy pochód z patriotyczną pieśnią na ustach znajdował się w centrum miasta u wylotu obecnej ulicy Pierackiego, oddział dragonów rzucił się nagle na manifestujący swe uczucia tłum i zgotował uczestnikom pochodu krwawą masakrę. Bezbronnych cięto szablami na lewo i prawo, a świętokradcza uzbrojona dłoń jednego z dragonów sprofanowała sztandar narodowy, który pocięty został w kawałki.

W obawie przed represjami proletariat Pabianic odtąd przestał występować publicznie, zaniechał pochodów, zgromadzeń i tylko w świątyniach rozlegała się tym potężniejsza uroczysta modlitwa, pieśń – skarga, świadcząca, że myśl o wolnym kraju ojczystym żyje nadal w sercach ludu polskiego.

W znęcaniu się nad ludem na terenie całego powiatu łaskiego specjalnym okrucieństwem wyróżnił się naczelnik powiatu łaskiego Iwanow. Silny, pewny siebie satrapa carski nie bał się nikogo, i niejedno życie ludzkie miał na swoim sumieniu. Dnia 28 lutego 1906 r. późnym wieczorem jechał dorożką z Pabianic do Łasku, ani przypuszczając, że rychło już spotka go kara surowa lecz sprawiedliwa. Po obu stronach ulicy Łaskiej, w niewielkiej odległości od stacji kolejowej ukryci w rowach czekali na niego bojowcy dla dokonania zamachu.

Po chwili denerwującego oczekiwania ukazał się znany dobrze wszystkim zaprzęg konny pojazdu satrapy. Gruchnęła salwa i grad kul posypał się w stronę Iwanowa. Ten błyskawicznym ruchem wyciągnął przygotowany rewolwer i począł się ostrzeliwać. Nastąpiła obopólna strzelanina, w której Iwanow znalazł śmierć.

Po zamachu nad głowami pabianickich rewolucjonistów rozpoczęła się sroga burza gniewu odwetowych prześladowań ze strony Rosjan. Nie było prawie rodziny robotniczej, która by nie drżała przed najsroższymi represjami, jakie zastosowali Moskale, mszcząc się za udany zamach i śmierć swego urzędnika.

Różne były formy walki, stosowane przez proletariat polski. Dla osłabienia aparatu państwowego rosyjskiego i celem znalezienia funduszów tak zwanych kas oporu na dalszą walkę, organizowano zamachy na kasy państwowe i konfiskowane pieniądze.

W Pabianicach zamachów takich dokonano na monopole spirytusowe przy ul. Ogrodowej, Długiej i Tuszyńskiej. W Dobroniu pod Pabianicami dokonano zamachu na gminę wiejską, skąd zabrano druki i dokumenty paszportowe potrzebne do umożliwienia ucieczki za granicę osobom zagrożonym więzieniem.

Obok tajnych masówek, od czasu do czasu za zezwoleniem władz urządzano publiczne majówki, na których specjalnie przybyli mówcy wygłaszali przemówienia, nawołujące do dalszej walki. Po jednej z ostatnich majówek tego rodzaju w lasku staromiejskim, na skutek zdrady rzekomego towarzysza idei z zawodu fotografisty, nastąpiły masowe aresztowania, które dopełniły miary niedoli proletariatu Pabianic.

Zdrajca zginał za karę, lecz nic już nie było w stanie powstrzymać upadku ruchu rewolucyjnego w Pabianicach po tych aresztowaniach. Rezultaty walki - kilkunastu zabitych, dużo osób wysłanych na Sybir, wysiedlonych, skazanych na długoletnie więźienie, mimo, że wielu zdołało uciec za granicę lub się ukryć. Część skazańców syberyjskich zdołała wrócić do rodzinnego miasta i razem z tymi, co pozostali żyją pośród nas – cisi, zapomniani niemal rewolucjoniści polscy. Reszta została na zawsze w odległych tundrach wygnańczej ziemi, zroszonej krwią i łzami Polaków. (Głos Pabjanicki. Miesięcznik społeczny i informacyjny, 29 maja 1938 r.)


O czasie zamętu w Pabianicach opowiedział również Aleksander Laczysław we wspomnieniach „Brzaski Niepodległości” (Gazeta Pabianicka, nr 45/ 1933 r.). Uważał on, że katalizatorem rewolucji były wydarzenia, które miały miejsce 13 listopada 1904 r. na Placu Grzybowskim w Warszawie, gdzie odbyła się olbrzymia demonstracja robotnicza zorganizowana przez PPS przeciwko wojnie rosyjsko-japońskiej. Wtedy po obu stronach padli zabici i ranni. Echa tamtych wydarzeń dotarły bardzo szybko do Pabianic.

Fatalistyczna „13” Marszałka Piłsudskiego przechodzi razem z Nim do dziejów Polski. 13-go listopada 1904 r. tworzy On swój brzemienny w skutki czyn zbrojny na Placu Grzybowskim w Warszawie. Jęki rannych i konających rozległy się groźnym echem po kraju, docierając do serc młodzieży pabianickiej. Było to dla niej hasłem do wyjścia na ulicę. Szukała żywych sił caratu, by w szaleńczej z nimi walce pomścić przelana krew w stolicy. Porywów jej niezdolna już była krępować agitacja tajemniczych panów z socjalnej demokracji Polski i Litwy ani obracających się w orbicie ich wywodów starszych pepesowców. Czuła młodzież pabianicka, że drażniące i jałowe spory o federacji i autonomii, o konstytuancie w Piterze i różoluksemburgskim dobrobycie Polski zagłuszają w niej święty płomień nienawiści do wiekowego najeźdźcy.

Odwróciła przeto od nich uszy, zacisnęła żeby i w młodzieńczo-dojrzałym skupieniu ducha poszła na bój, na czyn rewolucyjny, targnęła się na życie sług caratu, nie szczędząc życia własnego.

Jakaż wzniosła rozkosz budzi się w pamięci na myśl o obywatelu Grelusie, tym urodzonym, ale w rozwoju powstrzymanym trybunie ludu, który pierwszy wywołał z fabryk pabianickich robotników, by szli na ulicę i wołali: Polski chcemy Niepodległej! Precz z Rosją!

Dzisiaj jeszcze zapewne są w żelaznej bramie fabryki Kindlera ślady kul karabinowych, od których parę osób trupem padło za to, że chciały mieć Ojczyznę wolna. Pogrzeb pierwszych w Pabianicach ofiar rewolucji stał się sygnałem do walki podstępnej, zabójczej.

Cichym bohaterem takiej właśnie walki – jakże można o nim zapominać! – był zawsze milczący, ale dobrze strzelający, obywatel Raczyński. Jednego mu tylko zapomnieć nie mogę: podjął się do rzucenia bomby, ale nie mając wprawy dostatecznej, spudłował. Bo też był to okaz bomby do śmieszności archaiczny. Wlókł się za puszka, dynamitem wypełnioną, kilkułokciowy lont, który nie mógł nie wykrzywić najdokładniej wymierzonej linii rzutu. Za to rewolwer jego ani razu go nie zawiódł, o czym na sadzie ostatecznym osobiście zaświadczą jego ziemscy wrogowie, ciemiężyciele Polski.

Pełni głębokich przeżyć dramatycznych doznała pabianicka młodzież podczas nocnych wypraw partyzanckich przeciwko armii carskiej. Armię tę, która w swej masie ginęła wówczas na polach mandżurskich, reprezentowała w Pabianicach zaledwie sotnia dragonów. Ruchliwości i natarczywości w rozgramianiu naszych masówek na placach i ulicach miasta mogliby jej pozazdrościć najbardziej doświadczeni Kozacy. W szybkim galopie, z wyciągniętymi szablami zjawiali się jak spod ziemi w ślad za nami. Gnębiła nas rozważna świadomość, że w otwartym z nimi boju staniemy się niepotrzebnymi ofiarami. Brakowało równej z obu stron broni. Na sto karabinów mogło odpowiedzieć zaledwie kilkanaście rewolwerów, na sto długich ostrych szabel kilka noży kuchennych.

Krótko trwała narada w gronie paczki bojowców nad sprawą, jakiego należy użyć fortelu, by skutecznie zaatakować dragonów. Padł rozkaz bezimienny: zbiórka o 12 w nocy w portierni fabryki Kindlera tych wszystkich szczęśliwych towarzyszy, którzy posiadają rewolwery.

Chłodna, bezgwiezdna, czarna noc. Zgaszone wielkie lampy łukowe w Alejach. Chyłkiem, krokiem kocim, sunął każdy z nas z osobna wzdłuż ścian domów, by w ciemności nie natknąć się na czuwające patrole i w porę stanąć na miejscu zbiórki. O wyznaczonej godzinie rozkazujemy portierowi, aby nas prowadził do magazynów fabryki. Szybko rekwirujemy zapasy wszelakiego drutu i, naładowani nim, wychodzimy na ulicę. Tu u wylotu Alejek, w pośpiechu robimy zasiekę, przeciągając sieć drutów w poprzek ulicy. Punktami opornymi służyły nam bariery drewniane, oddzielające Aleje od jezdni.

Plan był genialnie prosty. Chodziło o sprowokowanie dragonów. Liczyliśmy, że w odpowiedzi na nasze śpiewy i wrzaski ruszą z kopyta od strony Starego Miasta, wpadną na zasiekę, zaczną się wywracać, a wówczas my, przyczajeni i przez nich nie widziani, zaczniemy w nich walić z naszych rewolwerów. Czyż był z nas ktokolwiek tak dalekowzroczny, by myśleć o ostatecznych wynikach naszego ataku? Chodziło o czyn, o zaspokojenie ambicji, ze z każdym wrogiem zmierzyć się potrafimy.

Po związaniu i skręceniu drutów zaczęliśmy śpiewać, ściskając rewolwery w garściach, Śpiew chóralny stopniowo przechodził w okrzyki, we wrzaski, w świsty. Fale głosów cichły, to znowu się wzmagały, ale nie wywołały tego echa, na które z takim upragnieniem czekaliśmy – echa kopyt dragońskich. Czy przeczuli, przewidzieli, czy może już z góry wiedzieli o zgotowanej dla nich zasadzce? Pozostało to tajemnicą gadzinowych dusz azewszczyzny (od Jewno Azef – zamachowiec i agent Ochrany), które zawsze i wszędzie się plenią.

Runął nasz plan, nie ziściły się nasze marzenia. Dragoni powstrzymali się od szarży na naszą barykadę, na nasze przestarzałe rewolwery, natomiast z cichych czeluści nocnych runęła na nas z przeciwnego końca Alei salwa karabinowa – jedna, druga, dziesiąta. Przywarci do zimnej ziemi ulicy czekaliśmy – a może jeszcze przygalopują, może na drutach naszych zawisną ich połamane karki? Na próżno. Poczęło już świtać. Z bólem nieziszczonych pragnień żegnaliśmy nasza niezdobytą – ale i niepokrytą wieńcem chwały – redutę.

Oto luźna wiązanka drogich wspomnień z końca 1904 i początku 1905 roku, kiedy to młodzież pabianicka, na odgłos pierwszego czynu zbrojnego Piłsudskiego na Grzybowie, poczęła samorzutnie, bez żadnych rozkazów i wskazówek z góry, często nawet na przekór im. tworzyć tę cudowną atmosferę buntu patriotycznego, w której wzrosły karne szeregi strzelców, legionistów i peowiaków.


https://polona.pl


„Księga życiorysów działaczy ruchu rewolucyjnego”, red. A. Próchnik i J. Cynarski-Krzesławski (1939) zawiera również sylwetki pabianiczan.

Narcyz Gryzel (1883-1907)

Narcyz Gryzel (pseudonim „Bogdan”) urodził się w Pabianicach w 1883 r. Zawód – ręczny tkacz. W dwudziestym roku życia był członkiem organizacji PPS. Pracował w fabryce firmy „R. Kindler” – w mechanicznej tkalni, jako robotnik, był kolporterem pism nielegalnych i organizatorem kół robotniczych. Uczestniczył we wszystkich manifestacjach i strajkach. Był członkiem Bojowej Organizacji. Był aresztowany i pomawiany, jakoby brał udział w napadzie na zebranie przedwyborcze do Dumy carskiej w Domu Ludowym w Pabianicach. Po śledztwie dla braku dowodów został zwolniony. Z inicjatywy okręgowca „Prospera”, a pod kierownictwem instruktora „Chińczyka”, brał udział w zdobyciu blankietów paszportowych z urzędu gminy Dobroń na potrzeby członków PPS, dla których wyjazd za granicę był jedynym ratunkiem. W roku 1906 we wrześniu był dokooptowany, jako członek pabianickiego KR PPS. Po masowych aresztowaniach 8 września 1907 r. organizował zamach na życie policmajstra Pabianic Jonina. Zdradzony przez prowokatora „Puszkina” z organizacji socjalistów- syndykalistów maksymalistów, na czele której stał organizator „Wicek” w okręgu łódzkim, został aresztowany w październiku 1907 r. przez trzy dni i noce był trzymany w Pabianicach w kancelarii policmajstra, głodzony, torturowany fizycznie i duchowo, by wydał towarzyszy. Wreszcie wyprowadzony został na pabianickie pola, tak zwane „Osinki” przez policmajstra Jonina, i tam przez tegoż zastrzelony. Za staraniem ojca śp. Gryzla podpisany został zbiorowy protest przez obywateli miasta z doktorem Broniewskim na czele. Protest ten został wysłany do gubernatora piotrkowskiego, w następstwie czego Jonin został przeniesiony w głąb Rosji, a później otrzymał stanowisko naczelnika centralnego więzienia w Jarosławiu nad Wołgą.

Jan Karczewski (1858-1914)

Jan Karczewski (pseudonim „Lisek”) urodził się w 1858 r. W 24. roku życia pracował jako młynarz na jednym z młynów w okolicy Pabianic. W dwa lata później przeniósł się do Pabianic, gdzie otrzymał pracę w fabryce firmy Krusche –Ender w charakterze cieśli, a później przędzalnika. Dzięki swym zaletom, zdobywa sobie popularność wśród robotników. W roku 1887 zawiązuje w Pabianicach pierwsze koło „Proletariatu”. Członkami tego koła byli Przewoluk Tomasz z fabryki Barucha, Karczewski, Kostera, Kuczyński z fabryki Krusche – Ender, Cieślak Nikodem z fabryki Saengera, papiernia. Koziróg z fabryki Kindlera, Lenartowski W., Zawadzki A. – ręczni tkacze chałupnicy. W łonie organizacji utworzono kasę oporu. W roku 1892 strajk w Lodzi Pabianicach zdziesiątkował szeregi organizacji, gdyż kozactwo pijane w biały dzień hulało, aresztując i nahajkami zapędzając do fabryk. Po siedmiu dniach strajk się załamał, a aresztowani byli wywożeni do Łodzi, inni po śledztwie do więzienia w Piotrkowie, gdzie odsiadywali karę po roku, inni na wysyłkę do Rygi.

Jan Karczewski, dzięki bystremu umysłowi i energii swej żony oraz wstawiennictwu zarządzającego firmą u policmajstra m. Pabianic, został trzeciego dnia zwolniony. W roku 1898 tow. Karczewski należał do PPS, organizują młodych towarzyszy, prowadząc kółka dyskusyjno-uświadamiające. Z rąk jego młodzież otrzymywała różne pisma nielegalne, jak „Robotnik”, „Kurier Zakordonowy”, „Przedświt” oraz broszury.

W roku 1904 „Lisek” był aresztowany, gdyż prowokator „Piotr” Galus okręgowiec w okręgu łódzkim masowo wsypywał ludzi, jak inteligencję tak i robotników. „Lisek” po trzech miesiącach siedzenia w więzieniu Sieradzu był zwolniony. Z inicjatywy tow. „Liska” Komitet Robotniczy PPS w Pabianicach kazał członkowi PPS Sitkiewiczowi – blacharzowi oddziału mechanicznego z firmy Krusche - Ender zrobi trąbki alarmowe na pożar, aby w czasie rewizji nocnej dokonywanej przez policję i wojsko, przeszkodzić aresztom, co parokrotnie się udawało w 1905 r., a między innymi podczas pogromów, dokonywanych przez męty społeczne. W ogóle tow. Karczewski był kilkakrotnie aresztowany z córkami i synem. Po aresztowaniu w r. 1906 siedział aż do rozprawy sądowej w X Pawilonie Cytadeli. Katorgę odbywał w Moskwie w Butyrykach oraz w Aleksandrowskiej Centrali na Syberii.

Po odbyciu katorgi usiłował dwukrotnie uciekać z osiedlenia, lecz został schwytany i dotkliwie pobity. Zdrowia już nie odzyskał. Gdy żona przyjechała doń na osiedlenie, był ciężko chory. Zmarł w czerwcu 1914 r. w 66 roku życia. Pochowano go na cmentarzu rosyjskim w Tekdunie guberni jakuckiej.

Józef Drobniewski (1880-1914)

Towarzysz Józef Drobniewski urodził się w Pabianicach w 1880 r., młodość spędził na nauce w szkole, a potem w rzemiośle tkackim. W latach wzmożonej walki z najazdem carskim znalazł się w szeregach PPS, a w 1905 i 1906 należał do bojowej organizacji. Wraz z tow. Żabickim i innymi brał udział w wyprawie na gminę wymysłowską blisko Pabianic celem zabrania z gminy książeczek paszportowych w dniu 26 maja 1906 r. Razem z towarzyszem Żabickim został skazany przez warszawski Sąd Wojenny na 15 lat katorgi i kilka miesięcy, które to miesiące miały to znaczenie, że skazany np. na 10 lat katorgi musiał chodzić w kajdanach nożnych półtora roku, skazany na 15 lat – 2 lata w kajdanach, a na 15 lat i parę tygodni, czy miesięcy musiał się męczyć w kajdanach 4 lata.

Towarzysz Żabicki był z usposobienia spokojny, jak by sobie nic nie robił z katorgi i filozofował. Natomiast towarzysz Drobniewski był żywego temperamentu, niespokojny, może trochę nerwowy, nie mógł długo ślęczeć nad książką i szukał ruchu, pracy fizycznej. W 1908 roku poszedł tow. Drobniewski do pracy na terenie katorgi – do tak zwanej traczki. Szukał pracy i zgodził się na tę ciężką robotę dlatego tylko, by pozbyć się wstrętnych kajdan. Narżnęli już sporo grubych desek, gdy dwaj kryminalni katorżnicy uciekli. Niewinnie zupełnie został wtedy skazany na chłostę rózgami. Miał tak zbite ciało, że wyjmowaliśmy z posiekanego rózgami ciała pączki i skórki rózeg. Znów zakuli go w kajdany. Gdy wyjeżdżał z tow. Żabickim na robotę, był jakby odrodzony; czuli się obaj szczęśliwi, że opuścili tę straszną tobolska katownię. Wiele sobie obiecywali, a najbardziej pragnęli powrotu do ukochanej pracy partyjnej w rodzinnym kraju.

W długie wieczory więzienne, gdy nie można było się uczyć, bo bardzo słabe było światło od małej lampki naftowej, która wisiała na środku ogromnej celi, prowadzono nieskończone rozmowy o wszystkich naszych bolączkach w kraju. W oczach tow. Drobniewskiego, gdy mówił o ćwiczeniach i pracach bojowych w piątkach bojówki, jakby zapalały się ogniki tego szczytnego entuzjazmu i głębokiej wiary w zwycięstwo ideałów socjalistycznych. Z najczystszą miłością i przywiązaniem do PPS mówił o swojej partii.

W końcu 1913 r. lub raczej na wiosnę 1914 roku na jednym z odcinków budowy drogi kołowej dokonano ucieczki więźniów i podczas tej ucieczki zostało wielu zabitych więźniów, a między nimi zostali podobno w bestialski sposób zamordowani nasi kochani towarzysze – Drobniewswki i Żabicki. Ponieśli śmierć męczeńską z rąk oszalałych przez swoją ciemnotę a wiernych rozkazom carskich siepaczy – żołnierzy. Zginęli z dala od swej ojczyzny, do której tak pragnęli wrócić, na dalekiej Syberii polegli za miłość i tęsknotę do swojego rodzinnego kraju. Najsmutniejsze to, że nawet nie udało się dowiedzieć, gdzie i w jakiej miejscowości zginęli.

Józef Chandzel „Czarny” (1868 – 1937)

Urodzony w Pabianicach z braku środków materialnych do szkoły nie uczęszczał, zdobywając dopiero w starszym wieku naukę. W 1904 r. został wprowadzony do PPS, zajmując kolejno stanowiska: delegata fabrycznego, poborcy składek partyjnych i kolportera wydawnictw PPS.

W styczniu 1905 r. był aresztowany za prowadzenie akcji strajkowej i organizowanie manifestacji. Siedział pod śledztwem w Łasku, po czym został skazany administracyjnie na 3 miesiące więzienia. Karę odbywał w Pabianicach. Po zwolnieniu, pomimo obowiązków rodzinnych, miał bowiem żonę i dwoje dzieci, natychmiast wstąpił w szeregi czynnych członków PPS. Wkrótce przeszedł do pracy w Organizacji Bojowej, biorąc udział w „piątce” Pawła Łaskiego.

Po akcji bojowej na terenie Pabianic w marcu 1906 r., w której padło dwóch zabitych, Chandzel, poszukiwany przez policję, ukrywał się, pracując bez przerwy w szeregach PPS. Aresztowany ponownie, siedział w Warszawie na Pawiaku i w Cytadeli, gdzie też stanął w dniu 27 lipca 1907 r. przed warszawskim Okręgowym Sądem Wojskowym. Oskarżonego bronił adwokat Patek. W wyniku rozprawy Chandzel skazany został na cztery lata ciężkich robót z pozbawieniem praw i wieczne osiedlenie na Syberii.

Początkowo przesłano go do centralnego więzienia w Moskwie, po czym dla odbywania ciężkich robót do Centralnego Aleksandrowskiego Więzienia Katorżniczego. W 1911 r. zwolniono go z aleksandrowskiej katorgi i zesłano na wieczne osiedlenie do wsi Usudy powiat bałagański guberni irkuckiej. W 1917 r. po wybuchu rewolucji rosyjskiej uzyskał wolność, lecz wskutek choroby musiał pozostać na miejscu zesłania. Po pewnym czasie wyjechał do Irkucka, lecz trudności związane z wyjazdem do Polski, zatrzymały go tam. W Irkucku otrzymuje pracę zarobkową w administracji majątku państwowego, którą pełnił do chwili wyjazdu do Polski. Chandzel był członkiem Stowarzyszenia b. Więźniów Politycznych w Pabianicach. Zmarł 21 stycznia 1937 r.

Jan Czerkaski (1869 – 1928)

Urodzony w mieście Łasku. Z zawodu tkacz. Do partii PPS wstąpił w Pabianicach w roku 1893. Zajmował się w partii tworzeniem kółek, agitacją i rozwożeniem bibuły. Po raz pierwszy został aresztowany w r. 1899 i przewieziony do więzienia w Sieradzu. Po trzech miesiącach, na skutek poręczenia, Czerkaskiego wypuszczono i oddano pod nadzór policji. W roku 1901 Czerkaskiego powtórnie aresztowano i trzymano przez kilka miesięcy w więzieniu w Piotrkowie, następnie skazano go na rok zsyłki. Po powrocie zajął się organizowaniem kółek w Zduńskiej Woli, Sieradzu, Szadku i okolicy. W roku 1905 Czerkaski został aresztowany za urządzanie wieców, pochodów, demonstracji i za akcję szkolną. Po kilku tygodniach został zwolniony. Potem aresztowany był w roku 1906 i trzymany przez 6 tygodni w więzieniu sieradzkim. Po aresztowaniu go w roku 1907 siedział w Sieradzu 1 rok i 1 miesiąc, następnie zesłany został na Syberię do jenisiejskiej guberni na lat cztery. Po upływie terminu zesłania Czerkaski powrócił do kraju w roku 1912. Zmarł w roku 1928.


O początkach rewolucji 1905 roku  czytamy w „Kronice Ruchu Rewolucyjnego w Polsce” 1935, nr 3:

6 stycznia 1905 roku demonstrowały w Pabianicach Polska Partia Socjalistyczna i Bund. Po zbiórce koło przystanku tramwajowego tłum ruszył w kierunku ulicy Warszawskiej, gdzie został rozproszony przez policję. Podczas pochodu śpiewano rewolucyjne pieśni, a ktoś miał śpiewać o tym, że już skończone panowanie cara: „Już ściągnięto mu spodnie, a teraz Japończycy zdejmą i kapotę.”. Podczas starcia z policją nastąpiła wymiana strzałów. Ranni zostali Fiszel Żarnowiecki i stróż fabryki Kindlera Teofil Januszewski. Aresztowano: Marię Karczewską, Amelię Furmańską, Karola Suleja i Józefa Hofmana.

Natomiast J. Bonarowicz w „Historii czterech miesięcy: 28 stycznia do 28 maja 1905r strajk w Królestwie Polskim pisze:

W Pabianicach odległych od Łodzi zaledwie 14 wiorst i połączonych z nią tramwajem elektrycznym, strajk ogłoszono 31 stycznia. W jednym dniu ustał cały ruch fabryczny. O godzinie 11 rano stanęły największe fabryki Kindlera i „Krusze i Ender” oraz pomniejsze, tak że koło 12 w południe strajk był powszechny. Za hasło dano odezwę Łódzkiego Komitetu strajkowego z 29 stycznia. Prócz niej do strajku wzywała odezwa oddziału Ligi Narodowej ziemi piotrkowskiej. Miejscowe żądania wygłosiła  prócz tego odezwa Pabianickiego Komitetu Strajkowego. W niedzielę odbyło się zgromadzenie, zorganizowane przez PPS, które uchwaliło strajk. W sali jednego z klubów miejscowych odbyły się dwa zgromadzenia po parę tysięcy ludzi. Wygłoszono cały szereg mów. Na pierwszym zgromadzeniu wyproszono policmajstra, który namawiał do rozejścia się. Na drugie w środku obrad zjawił się policmajster na czele wojska i grzecznie prosił o rozejście się w przeciągu 15 minut. Następne zgromadzenia odbywały się pod gołym niebem na placach fabrycznych, a jedno było przed kościołem.

W demonstracyjnym pochodzie ze sztandarem i pieśniami socjalistycznymi przeszli robotnicy przez dwie ulice. Prowadził pochód robotnik z odsłoniętą głową z rewolwerem w dłoni.  Policja trzymała się z daleka.

Wielkiego poważania wśród robotników w czasie tego strajku doznawał Grelus, syn kominiarza. On to ujął w swoje ręce organizację i wzorowy utrzymywał porządek. Słuchano go nie tylko w sferach robotniczych, ale nawet w kantorach i fabrykach okazywano mu powolność.

Trzymał on w wielkiej ryzie robotników, pijanych karcił, krzykaczy nawoływał do porządku.  Nawet policja wiedząc o nim, szanowała go i ochraniała. Policmajster  wyraził się do jednego z fabrykantów, że umyślnie nie aresztuje Grelusa, ponieważ on jeden więcej znaczy i lepszy porządek utrzymuje niż rota wojska. Zapewne. Skoro jednak strajk zaczął cichnąć, a robotnicy osiągnęli pewne ustępstwa, Grelus porzucił Pabianice i wyemigrował niezawodnie za granicę, niedowierzając widocznie uprzejmemu policmajstrowi.  

Feliks Piskorski we wspomnieniach „Znad Dobrzynki” ogłoszonych w trzecim numerze Kilińskiego z 1936 r.(organ prasowy Stowarzyszenia Kilińczyków i Enzeterowców) wraca pamięcią do początków XX wieku w Pabianicach, gdzie rozgorzała walka między robotnikami socjalistami (PPS) a robotnikami narodowcami (NZR).

Znad Dobrzynki

Z góry się zastrzegam, że praca moja nie obejmuje całokształtu życia organizacyjnego czasów walki o Polskę, nie czuję się bowiem do takiej ani powołany, ani nie umiałbym wniknąć we wszystkie tajniki ówczesnej ciężkiej, mozolnej i niebezpiecznej pracy w szeregach Narodowego Związku Robotniczego. Pragnę jednak zachęcić do pracy wszystkich innych kolegów pabianickich i myślę, że każdy z nich, gdyby tylko zechciał, miałby bardzo wiele do napisania o czasach przeszłych, choćby własnych przeżyć, o tym, na co patrzył własnymi oczami i o czym wie. Myślę też, że z czasem z tych poszczególnych opisów stworzy się pokaźna literatura naszej enzeterowskiej walki o wolność i niepodległość, o lepsze jutro polskiej klasy robotniczej – nawet z opisów kolegów pabianickich, co dla naszego miasta i dla nas w tym mieście ongiś działających i dla wielu dziś jeszcze w tym mieście żyjących, może mieć niepoślednie znaczenie.

Położone nad Dobrzynką Pabianice, jak prawie wszystkie ośrodki przemysłowe okręgu łódzkiego, opanowane były w owe czasy przez niemczyznę. Robotnik polski w tym mieście, jak zresztą i wszędzie, był straszliwie wyzyskiwany i poniewierany w fabryce. O żadnych potrzebach duchowych mowy nie było, znajdowały się one dla robotników tylko w świecie marzeń. Niemczyzna natomiast umiała się w tej dziedzinie życia społecznego zorganizować, tworząc najprzeróżniejsze stowarzyszenia, których rozwój był nawet mile przez władze rosyjskie widziany. Nic dziwnego, stowarzyszenia te, nie tylko że nie godziły w wielkie imperium rosyjskie, ale starały się temu imperium przypodobać.

W takich to czasach rozpoczęła się wśród robotników polskich tajna i cicha praca oświatowa. Znalazła się grupa pionierów ruchu narodowego wśród robotników pabianickich, do której należeli; Konstanty Janiszewski, Jan Sutorowski i inni. Nawiązali oni łączność z kilkoma wtajemniczonymi w tajne życie organizacyjne inteligentami, i przystąpiono do powolnej, rzetelnej pracy oświatowej nad podniesieniem przede wszystkim poziomu umysłowego polskiej klasy robotniczej i rzemieślniczej.

Ale wypada mi zacząć przede wszystkim od siebie, bo tylko w ten sposób, będę mógł odtworzyć w pamięci to, na co patrzyłem w NZR. Mieszkałem wówczas w Łęczycy i tam też uczęszczałem do szkoły. Już jako 14-letni uczeń szkoły łęczyckiej otrzymywałem od brata mego Antoniego z Pabianic, nielegalne pisma i druki narodowe, które kształtowały mój umysł, budząc nienawiść do gnębicieli naszego narodu. Rzecz oczywista, że z tej literatury musiała się we mnie, jak i we wszystkich którzy czuli potrzebę walki o lepsze jutro ojczyzny, rodzić tylko jedna myśl – niepodległość.

Pisma i druki narodowe, otrzymywane od brata, ukrywałem w książkach rosyjskich i dostarczałem do szkoły. Po porozumieniu się z kilku kolegami, których uważałem za zbliżonych przekonaniami do siebie, zawiązaliśmy luźne kółko wtajemniczonych i zakazaną literaturę czytaliśmy wspólnie. Po przeczytaniu kolportowaliśmy te pisma dalej wśród okolicznych mieszkańców.

W 1903 przeniesiono mnie do szkoły w Łodzi. Tu w dalszym ciągu w gronie kilku wtajemniczonych kolegów propagowaliśmy ideę narodową, co przyczyniło się później do wzmocnienia ostrości w walce o szkolę polską. W 1905 wziąłem czynny udział przy organizacji tej walki, głównie w tzw. Aleksandrówce, gdzie wysunięto żądania wykładowego języka polskiego, mianowania nauczycieli Polaków, prawa kontrolowania szkoły przez rodziców uczniów, zniesienia ograniczeń przy przyjmowaniu kandydatów Polaków. W Łodzi strajk szkolny niezupełnie się udał, gdyż już po paru dniach większa cześć uczniów wróciła do szkoły. Nie należy temu się dziwić, boć większość ich rekrutowała się z Niemców, Żydów i Moskali, choć i wielu polskich synów poszło do zajęć szkolnych.

Akcja ta skończyła się jednak dla mnie wydaleniem ze szkoły, o czym dyrekcja zawiadomiła rodziców za pośrednictwem policji, dając im tym samym znać o mojej nieprawomyślności. Rodzice się tym zbytnio nie przejęli.

Wkrótce potem poznałem kilku ludzi organizacyjnych w Pabianicach i wciągnąłem się do ścisłej pracy partyjnej. Pierwszymi moimi wykładowcami byli Sutorowski, Klimaszewski i Janiszewski, którzy zakładali kółka oświatowe robotnicze i rzemieślnicze. Przysięgę złożyłem w mieszkaniu brata mego Antoniego i zaliczony zostałem do jego dziesiątki. Niebawem powierzono mi kierownictwo jednego z takich kółek oświatowych, do którego należeli tkacze ręczni: Chęciński, Turek, Ratajczyk, Legendź i inni. W programie mieliśmy naukę czytania i pisania, rachunki, ogólne wiadomości o ziemi i pogadanki z historii Polski. Lekcje odbywały się w mieszkaniach poszczególnych członków koła, coraz to u innych, aby nie zwracać na siebie uwagi. Tego rodzaju praca oświatowa była konieczna także i z tego względu, że robotnik polski w otoczeniu stojących wyżej kulturalnie Niemców, łatwo poddawał się ich wpływom i wynaradawiał się w swojej ojczyźnie pod wpływem przybyszów Niemców.

W taki sposób doszło z czasem do powstania licznych organizacji polskich, jak Polska Macierz Szkolna (Towarzystwo Naukowe), Sokół (Towarzystwo Sportowe), Towarzystwo Śpiewacze „Lutnia” i inne. Stowarzyszenia te powstały jako przeciwstawienie się niemczyźnie, faworyzowanej przez władze. W „Lutni” zorganizowały się niebawem poszczególne sekcje: chór mieszany i męski, kółko mandolinistów i kółko dramatyczne, Co miesiąc urządzano wieczornice ze śpiewem, muzyką i jakąś sztuką sceniczną, lub dawano tylko samo przedstawienie. Wieczory te zyskały niebawem w Pabianicach wielką popularność i starano się utrzymać je na ówczesnym poziomie umysłów robotniczych. Cieszyły się one dużym powodzeniem i w sposób wydatny wpływały na podniesienie ducha w robotnikach i utrwalenie polskości.

W 1910 r. urządzono zjazd przedstawicieli towarzystw śpiewaczych z całej byłej Kongresówki. Stało się to pod pretekstem obchodu pięciolecia „Lutni”. Ponieważ na zjazd nie można było uzyskać pozwolenia władz, przeto zaproszono także przedstawicieli innych organizacji śpiewaczych o charakterze gości. Przybylo około 40 przedstawicieli, wśród których było sporo wybitnych działaczy narodowych niepodległościowych. Po popisach śpiewaczych odbyła się kolacja, podczas której wygłoszono kilka mów patriotycznych.

Organizatorzy zjazdu jednak przedtem musieli się pozbyć naczelnika policji, który przybył również na bankiet, był to bowiem zjazd instytucji legalnej. Naczelnik policji przestrzegał ściśle, aby na salę nie dostał się nikt nieproszony i ustawił przy drzwiach wartę, która sprawdzała karty zaproszeniowe. Ażeby się go pozbyć na czas wygłoszenia mow, kilku ludzi zaprosiło naczelnika policji do mieszczącej się w tym samym domu restauracji i w ten sposób niepotrzebny tam człowiek był unieszkodliwiony.

Zebrania partyjne odbywały się w prywatnych mieszkaniach coraz to w innym miejscu. Z drżeniem serca szedłem na każde takie zebranie, by usłyszeć prelegenta, który zawsze dostarczał umysłom słuchaczy nowych wiadomości z dziedziny polityki nieznanej szerszemu ogółowi i wpajał w nich uczucia patriotyczne, umacniając tym samym wiarę w niepodległość i zrozumienie potrzeby walki o wolność narodową. Niekiedy zebrania takie odbywały się w lokalu parafialnym (wikariatce) na Starym Mieście, gdzie bardzo często, obok właściwego prelegenta partyjnego , przemawiał do nas i ksiądz Lniski.

Kapłan ten cieszył się w Pabianicach wielką popularnością. Przypominam sobie, że kiedy Moskale chcieli aresztować księdza Lniskiego za jego działalność narodową, kilkakrotnie wieczorem albo i w nocy trąbiono na alarm sygnałem strażackim i bito w dzwony. Ludność wyległa na ulice zbrojna w tasaki, toporki, kije, siekiery, każdy chwytał co mu wpadło w rękę i biegł w stronę kościoła, bronić lubianego i kochanego księdza.

Dla mnie największą skarbnicą wiedzy nielegalnej były rozmowy z Janiszewskim, Sutorowskim i Nowakiem. U nich była kuźnia naszej pracy w Pabianicach. Działalność inteligentów dra Eichlera i kamieńskiego była bardziej zakonspirowana, mieszkania ich były dostępne tylko dla wtajemniczonych, do których ja się nie zaliczałem. Otrzymywaną bibułę dla kolportażu chowaliśmy w najprzeróżniejszych skrytkach, z których najbardziej w użyciu był próg w sieni, zrobiony tylko z desek, pod którym kryły się nieraz całe paczki nielegalnej literatury, jeśli można jej było od razu rozkolportować.

Wciągałem się coraz bardziej do roboty i z czasem powierzono mi misję propagandy w okolicznych wsiach, by i tam niecić płomień buntu i szerzyć ideę niepodległościową.

W celu większego zamanifestowania naszych uczuć patriotycznych w szerszych masach, otrzymaliśmy kiedyś polecenie organizacyjne, ażeby w kościele parafialnym na Starym Mieście odśpiewać pieśń „Boże coś Polskę”. Były nieszpory. Rozstawiliśmy się po kościele w różnych punktach, aby to tak wypadło, że śpiewa wszystek lud zebrany na wieczorne nabożeństwo. W obawie, ze organista, który nie należał do nas, będzie chciał zagłuszyć nasz śpiew, wysłaliśmy na chór kolegę Kacpra Biskupskiego, ażeby kalikował (kalikowanie – pompowanie powietrza do miechów organowych dawnego typu za pomocą dźwigni) organiście do organów. Czynność tę spełniał zwykle jakikolwiek przygodny człowiek spośród obecnych na nabożeństwie. Istotnie, gdy w kościele rozległ się zakazany śpiew, ksiądz proboszcz prędko uciekł od ołtarza (było już po nieszporach), a organista zagrał i … skończył, bo Biskupski przestał kalikować i powiedział, że nikogo do kalikowania nie dopuści. Organista dał za wygraną i także prędko znikł z chóru, a myśmy prześpiewali pieśń do końca.

Po ogłoszeniu konstytucji październikowej i zachęceni przykładem Warszawy, gdzie odbył się wielki pochód narodowy, organizacja narodowa postanowiła urządzić taki pochód w Pabianicach. Na czele pochodu miała jechać banderia ze sztandarem narodowym. Banderia uformowała się za miastem i od strony Górki pabianickiej jechała w kierunku Starego Miasta. Po drodze została zaatakowana przez konnicę rosyjską i rozgromiona. Do pochodu nie dojechała. Wojsko szarżowało i kilku członków banderii zostało ranionych szablami. Miedzy innymi przypominam sobie ranionych: Szczepana Madeja, Franciszka Maciaszka, Antoniego Milera i Marcina Łobodę.

Czoło pochodu tymczasem znalazło się u wylotu ulicy Warszawskiej, kierując się ulicami Kościelną i Bóźniczną w stronę Starego Miasta. Pochodowi zastąpił drogę kordon wojska z nastawionymi bagnetami. Dowódca oddziału wojskowego zażądał dalsi uczestnicy pochodu, nie wiedząc o przeszkodzie parli naprzód rozejścia się, ale było to niemożliwe do wykonania, ponieważ dalsi uczestnicy pochodu, nie wiedząc o przeszkodzie, parli naprzód. Pochód się wreszcie zatrzymał, ale nikt nie uciekał. Po długich pertraktacjach wojsko cofnęło się i pochód przepuszczono. Szedł do kościoła. Lud pabianicki wykazał wówczas mocną swoja postawę, bowiem mimo wojska, gotowego do zaatakowania pochodu bagnetami, popłochu nie było.

Jak mocno już wżarł się w serca ludzi bunt i gotowość walki, świadczy również odbywający się któregoś dnia 1905 r. pod gołym niebem wiec na placu strażackim. Nadjechało wojsko, otoczyło uczestników wiecu, a dowódca rozkazał rozejście się. Wojsko z gotowymi do strzału karabinami ścieśniało się coraz bardziej wypychając tłum na ulice. Tłum rozchodził się powoli, bez popłochu.

Pamiętam później smutne dni walk bratobójczych. Socjaliści napadali na naszych kolegów i zabijali ich, bowiem nasza robota narodowa przeszkadzała im w ich umiędzynarodowianiu polskiego robotnika. Myśmy chcieli Polski, oni międzynarodowego socjalizmu. Pewnego wieczoru w 1906 r., gdyśmy w kilku byli zebrani w prywatnym mieszkaniu kol. Eichlera w celu omówienia pewnych spraw organizacyjnych, związanych z Towarzystwem Gimnastycznym „Sokół”, przyniesiono tam postrzelonego przez socjalistów członka NZR Malinowskiego, który następnego dnia zmarł w szpitalu Kindlera wskutek odniesionych ran.

Kiedy indziej znowu wracałem z zebrania partyjnego, które odbyło się u kol. Hansa przy ul. Łąkowej, usłyszałem za sobą strzały rewolwerowe. Byłem wówczas na Nowym Rynku. Okazało się, że był to zamach na kolegę naszego Mieczysława Tomczaka, którego socjaliści postrzelili. Tomczak wracał wtedy z tego samego zebrania.

Pewnego razu spotkałem grupę ludzi na ul. Tuszyńskiej (obecnie Piotra Skargi). Było to w nocy. Tknięty przeczuciem zatrzymałem się chwilę z dala i niebawem spostrzegłem, jak ci ludzie pobiegli naprzód. Otoczyli kogoś wokoło i grożą mu zabiciem, jeśli nie przestanie prowadzić roboty narodowej. Był to Jarmakowski. Podszedłem bliżej i wtrąciłem się do sporu, który skończył się szczęśliwie i grupa socjalistów przepuściła Jarmakowskiego i mnie wolno. Być może podziałały tutaj moje, łagodzące sprawę argumenty.

Pracowałem jeszcze potem na niwie narodowej przez wiele lat aż do odzyskania niepodległości, ale ponieważ nie była to już robota czysto enzeterowska, lecz ogólnonarodowa, przeto pomijam ja tutaj milczeniem. Feliks Piskorski Enzeterowcy pisali o sobie na łamach Kilińskiego: Narodowy Związek Robotniczy – zawiązek organizacji stanowiły tajne kółka oświatowe robotnicze, grupujące się około ówczesnego Towarzystwa Oświaty Narodowej. Z drugiej zaś strony powstaniu NZR sprzyjała istniejąca od lat kilku organizacja Narodowej Młodzieży Robotniczej. Ścisła ta i sprężysta organizacja grupująca się pod godłem Kilińskiego składała się z ludzi bardzo wyrobionych zarówno pod względem ideowym, jak i politycznym i zaznaczyła się już w życiu narodowym. W 1903 r. brała udział w manifestacjach patriotycznych, a w 1904 rozpoczęła planową walkę o prawa narodowe. Organizacja młodzieży wydawała własne pisma Kiliński i Czołem.

Od pierwszej chwili wstąpienia na widownię życia politycznego NZR spotkał się z zaciekłym przeciwdziałaniem partii socjalistycznych przywykłych uważać cała klasę robotniczą za wyłączną dziedzinę swych wpływów. Jednak narodowe dążenia znalazły w sercu robotnika polskiego oddźwięk silny i robotnik, pomimo terroru socjalistycznego, pomimo łudzenia go przez socjalistów nieziszczalnymi obietnicami, stanął silnie pod sztandarem idei narodowej.

Zanim jednak NZR ugruntował swe wpływy, został zmuszony przez socjalistyczną międzynarodówkę do walki nie tylko przekonaniowej, lecz, niestety, do krwawej walki bratobójczej. Narzuconą sobie walkę NZR przyjąć musiał i, niestety, dopiero krwią własną i krwią swych przeciwników zdobył sobie wśród partii socjalistycznych prawo zabierania głosu w imieniu warstwy robotniczej, prawo reprezentowania tej warstwy na równi z partiami socjalistycznymi i uznanie przez te partie jako kierunek równouprawniony w życiu robotniczym.

W Pabianicach enzeterowcy i kilińczycy byli bardzo aktywni, jeszcze w 1936 roku miejscowe Stowarzyszenie Kilińczyków i Enzeterowców liczyło prawie 300 osób. Kluczowa postacią tego środowiska był przez wiele lat Witold Eichler. Enzeterowców i kilińczyków upamiętnia nagrobek na cmentarzu rzymskokatolickim oraz nazwa placówki oświatowej - Zespół Szkół nr 1 im. Jana Kilińskiego przy ul. Piotra Skargi (dawniej Szkoła Rzemiosł, Mechanik).


Profesor Robert E. Blobaum w  pracy „Rewolucja. Russian Poland, 1904-1907”, 1995  kilka razy wymienia Pabianice.

Already by March, 477 of 1.225 weavers in Pabianice, whose only source of orders were the great firms of Łódź, were completely without work.

Już w Marcu, 477 spośród 1.225 tkaczy w Pabianicach, dla których źródłem zamówień były duże firmy łódzkie pozostawało bez pracy.

As armed units of the socialist parties and the NZR either sought to impose the will of the respective majority or to retaliate against the use of force, fighting broke out in several of the larger Łódź factories and spread subsequently to Pabianice, Zduńska Wola and Będzin in Dabrowa Basin.

Jak tylko bojówki socjalistów i narodowców zaczęły narzucać swoją wolę lub odwzajemniać przemoc, walki rozpoczęły się w większych fabrykach łódzkich, a wkrótce objęły Pabianice, Zduńską Wolę i Będzin w Zagłębiu Dąbrowskim. 

In Łódź and its satellite towns of Zgierz i Pabianice, the Piotrków governor, on his own authority, immediately closed all schools in a preventive measure connected to the outbreak of  the workers’ general strike.

W celach prewencyjnych gubernator piotrkowski natychmiast zamknął wszystkie szkoły w Łodzi  i miastach satelickich – Zgierz i Pabianice w związku z wybuchem strajku powszechnego.

In Pabianice, the ten thousand quit work on August 21, although the police claimed that the strikers were “unaware of the reasons for the strike” and were being misled by agitators”.

21 sierpnia w Pabianicach zastrajkowało 10 tysięcy robotników, chociaż policja twierdziła, że strajkujący, ogłupieni przez agitatorów, nie zdawali sobie sprawy z przyczyny strajku.  

At the Krusche and Ender textile mill in Pabianice, the workers’ delegates presented a list of eight demands which expressed, among other things, their desire to form a trade union, to participate in hiring of foremen, to have direct control over the factory sickness fund, to expand the factory school, to establish a retirement fund, and to extend the provision of medical care to their families.

W fabryce Kruschego i Endera  delegacja  robotników przedstawiła osiem żądań, m.in. utworzenie związku zawodowego, udział w doborze majstrów, bezpośrednia kontrola nad funduszem chorobowym, rozwój szkoły fabrycznej, objęcie opieką lekarską rodzin robotniczych.

Attacks on police and troops also became commonplace, and this was only partially attributed to organized terrorist activities. For example, the ambush of two Cossacks in Pabianice by four men armed with revolvers in early June was undoubtedly the work of the PPS fighting organization.

Ataki na policję i  wojsko stały się codziennością i były tylko częściowo związane z aktywnością terrorystów. Na przykład zasadzka na dwóch Kozaków w Pabianicach  dokonana przez czterech rewolwerowców była dziełem bojówki PPS.   

Warsaw remained the center of the movement, followed by Łodź and Radom, but demonstrations were also organized in the smaller cities of Kalisz, Pabianice, and Czestochowa and in the industrialized gmina of Ćmielów in Radom.

Centrum ruchu stanowiła Warszawa, za którą poszła Łódź i Radom, ale demonstracje były organizowane w mniejszych miastach, takich jak Kalisz, Pabianice i Częstochowa oraz w uprzemysłowionej gminie Ćmielów. 

From Łódź, the general strike spread quickly to the city’s satellite textile towns of Zgierz. Pabianice, and Tomaszów as well as Zduńska Wola in Kalisz Province.

Z Łodzi strajk powszechny rozszerzył się na miasta satelickie Zgierz, Pabianice, Tomaszów a także Zduńską Wolę.

The international workers’ holiday of May 1, preceded by weeks of intensive agitation on the part of the socialist parties, provided the occasion for the clashes. Duly forewarned, the authorities took precautionary measures. The Piotrków governor ordered the closing of all state vodka outlets and private drinking establishments well in advance of the holiday. Moreover, forty “agitators” were arrested in Łódź, Pabianice, and Częstochowa in a coordinated police action on April 28.

Międzynarodowe Święto Pracy, poprzedzone intensywną agitacją socjalistyczną, było okazją do starć. Z odpowiednim wyprzedzeniem władze podjęły środki zaradcze. Gubernator piotrkowski zakazał sprzedaży alkoholu. Co więcej  aresztowano 40 agitatorów w Łodzi, Pabianicach i Częstochowie w wyniku skoordynowanej akcji policji w dniu 29 kwietnia.

Rewolucja, która rozpoczęła się w 1905 roku w imperium rosyjskim wywołała globalne zainteresowanie mediów.  Raz po raz o Pabianicach czytali w swoich gazetach  m. in.  Amerykanie, Anglicy, Australijczycy, mieszkańcy Nowej Zelandii.

New Zealand Herald i The North Queensland Register informowały o marszu robotników z Łodzi, Pabianic i Zgierza na Skierniewice z zamiarem splądrowania i podpalenia pałacu carskiego. Od kul rosyjskich zginęło lub zostało poranionych wielu robotników.

The strikers at Lodz, Pabianice, and Zgierz, organized a plot to sack and burn the Tzar’s palace at Skierniewice, but the troops, being warned, prevented them. Several columns of troops formed a junction and attacking the strikers, killed and wounded hundreds of them. (New Zealand Herald, 3.02.1905)

It is stated that the strikers at Lodz, Pabianice and Zgierz had organized  a plot to sack and burn the Czar’s Palace at Skierniewice. The troops were warned and prevented the different columns of strikers from junctioning. Hundreds of the strikers were wounded. (The North Queensland Register, 6.02.1905)

Goulburn Evening Penny Post (Nowa Południowa Walia) pisał o strajkach na bezkresnym  terenie od Pabianic po Samarę.

Strikes have occurred at Częstochowa, Kalisz, Pabianice, Płock and Siedlce and at Samara a railway centre where a line to the Siberian railway radiates. (Goulburn Evening Penny Post, 4.02.1905)

Strikes have occurred at Częstochowa, Kalisz, Pabianice, Płock and Siedlce in Poland and at Samara. The strikers at Lodz, Pabianice and Zgierz organized a plot to sack and burn the Czar’s palace at Skierniewice. Troops were warned and prevented the carrying out of the plot. (The Sydney Morning Herald, 3.02.1905). W podobnym tonie pisały gazety amerykańskie: Virginia Chronicle, Boston Post, Highland Recorders.

The Evening News (UK) informował o wzmożonej działalności agitatorów w Pabianicach, którzy nakłaniali robotników do przerwania pracy. Doszło do starcia, w wyniku którego zginął jeden z agitatorów, a drugi został ranny.

Lodz, Saturday – A recrudescence of the strike agitation has manifested itself in this district. A party of strike leaders proceeded yesterday to Pabianice and tried to force the workmen there to leave the mills. The workmen refused, and a fight followed, in the course of which one agitator was killed and another severely wounded. – Reuter. (The Evening News, 18.03.1905)

A party of strike leaders at Lodz tried to force the workmen at the Pabianice mills to quit work. The men refused and in a fight which followed an agitator was killed. Other were wounded. (The Evening Statesman, 18.03.1905)

The Brisbane Courier (Australia) donosił, że oddział Kozaków rozproszył zgromadzenie 2 tysięcy socjalistów w pabianickim lesie. Rewolucjoniści sięgnęli po rewolwery. Kozacy oddali salwę do tłumu, padło 20 robotników, wielu poraniono, a 400 aresztowano.

A company of Cossacks dispersed a mass meeting of 2000 socialists which was being held in a wood near Pabianice (a few miles from Lodz, in Poland). Finding that they were surrounded, the Socialists used their revolvers. The Cossacks replied by firing on the crowd, and twenty of the Socialists were either killed or wounded while 458 were arrested. (The Brisbane Courier, 15.08.1905)

New York Times informował, że robotnicy pabianiccy strzelali do żandarmów, jednego zabili a drugiego ranili.

At Pabianice near Łodz, today workmen attacked two policemen and shot and killed one and wounded the other. (New York Times, 26.06.1905)

Informację powtórzyła  Virginia Chronicle: At Pabianice, near Lodz workmen attacked two policemen and shot and killed one and wounded the other. (Virginia Chronicle, 30.06.1905)

At Pabianice, near Lodz, workmen attacked two policemen and shot and killed one and wounded the other. (The Mathews Journal, 29.06.1905)

The New York Times  oraz inne gazety pisały, że aresztowano 120 socjalistów podczas  mityngu żydowskiego Bundu w Pabianicach. Na pomoc towarzyszom ruszyli ich koledzy. Zginął jeden robotnik, 28 było rannych.

Cossacks arrested 120 Polish Socialists at a Jewish Bund meeting in a forest near Pabianice in the Government of Petrokoff, this morning. When the news reached Pabianice workmen attempted  to rescue their comrades. The troops fired and one workman was killed and twenty –eight were wounded. (New York Times, 29.10.1905)

While the Socialists were holding a meeting in the forest near the town of Pabianice a party of Cossacks surprised them and arrested 120 of their number. The comrades of the prisoners made an endeavor to rescue them and the soldiers opened fire. Twenty – eight of the Socialists were wounded and one killed. (The Argus - Melbourne, 31.10.1905)

The Standard, The Evening News, Evening Express (UK), The Sun, Baltimore, The New York Times (USA) informowały o starciach robotników z żołnierzami w Pabianicach.

Eight killed at Pabianice. Pabianice, Russian Poland, Oct.31 – Infantry fired on a procession of workmen  this afternoon, killing 8 and wounding 24. (The Sun, 1.11.1905)

Warsaw, Oct. 31 – Infantry fired on a procession of workmen at Pabianice this afternoon, killing eight men and wounding twenty four. (New York Times, 1.11.1905)

At Pabianice, in the government of Piotrkoff, this afternoon a crowd of workmen who were marching in procession found their way barred by a force of infantry. The workmen refused to disperse and the soldiers fired, killing eight persons and wounding 24 more. Troops have been sent to Pabianice. The situation is serious. (Evening Express, 1.11.1905)

Telegrams from Kielce announce that grave disturbances have occurred there.  A red-flag parade was attacked by the soldiers, who fired, killing six and wounding many others. At Pabianice near Lodz, a similar collision occurred yesterday. Eight men were killed and many wounded in bloody encounter between troops and demonstrators. (The Standard, 1.11.1905)

Street battles resulting in scores of people being killed and wounded are reported from Odessa, Lodz (the Manchester of Russia) and Pabianice in Poland, in Piotrkoff near Warsaw, the reservists refused to fire on the crowds. (The Evening News, 1.11.1905)

New York Times odnotował także  starcie narodowo nastawionej manifestacji z dragonami rosyjskimi w Pabianicach oraz zabójstwo naczelnika policji.

At Pabianice the populace organized a patriotic procession, which 200 mounted peasants from a neighboring village wanted to join, but a company of dragons charged the crowd and severely wounded twenty nine. (New York Times, 12.12.1905)

The Prefect of Police of Pabianice, Poland was assassinated yesterday. (New York Times, 4.01.1906)

The Herald of Peace …  (UK) podawał, nie do końca zgodnie z faktami, iż na stacji  w Pabianicach eksplodowała mina, która uszkodziła most kolejowy (sic!)

At the station of Pabianice an attempt was made to destroy the railway bridges on the line from Kalisch to Warsaw. Two mines were laid, one of which exploded, injuring the iron supports of the bridge over the River Ner. (The Herald of Peace and International Arbitration, 1906)



Przedstawiamy wybór tekstów z prasy ponadregionalnej dotyczący czasu zamętu w Pabianicach, kiedy na porządku dziennym były konspiracje i agitacje, aresztowania, walki jawne i zamachy tajne, więzienia i ucieczki, strajki, wiece, manifestacje, obchody, rozprawy brauningowe, terror, odwet, zemsta; gdy narodowcy konkurowali z pepesowcami i esdekami, ścigani przez kozaków, dragonów i czynowników, a pospolici przestępcy korzystali z panującego chaosu. Pabianice ogarnął morderczy amok.

T. Jeske-Choiński w książce „W pogoni za prawdą”(1910) scharakteryzował atmosferę burzliwych miesięcy na początku  XX wieku w zaborze rosyjskim. Wśród miast dotkniętych terrorem znalazły się również Pabianice.

„Bywały w Warszawie i w miastach prowincjonalnych dni, w których oprócz zakazanych figur nie było na ulicach żywej  duszy. Każdy chował się pod dach bezpieczny, żeby się nie narażać na gniew, nie wiadomo czyj. Nawet policja położyła po sobie uszy, schodziła przezornie z drogi podejrzanie wyglądającym jegomościom. A nuż dobędą  browninga? Tchórz obleciał burżujów. Dygotała ze strachu Warszawa, eldorado bankierów, fabrykantów, kupców, spekulantów, sprytowiczów, trzęsła się ze strachu prowincja. Opustoszały droższe restauracje, teatry, sale koncertowe. Komu środki na to pozwalały uciekał za granicę. Korzystając z panicznego strachu, jaki padł na burżujów gospodarował  socjalizm w Królestwie, głównie w środowiskach fabrycznych – Warszawa, Łódź, Pabianice, Zgierz, Zduńska Wola, Częstochowa, Radom, jak w kraju zdobytym. Kupcom, którzy nie chcieli   zamknąć sklepów na jego rozkaz, wybijał okna wystawowe, niszczył towar fabrykantom, opierającym się żądanym podwyżkom, przykładał browning do piersi nielubianym z takich lub innych powodów inżynierów, majstrów, podmajstrzych, wszelkich przełożonych, zwierzchników. Wywoził na taczkach z fabryk. (…) Nie było w roku 1905 ani jednego dnia, w którym by dwóch, trzech „delegatów” nie dzwoniło do mieszkań i dawaj na to, na owo, na cele takiej owakiej partii. I każdy dawał na co go było stać, dawał ze strachu. Nie z samego tylko strachu. Ta odważna samowola, ten bezwzględny terror olśnił, zachwycił bezkrytyczny tłum przeciętej inteligencji i półinteligencji. Bezkrytyczny tłum widział w roku 1905 w socjalistach pionierów i bohaterów wolności, podziwiał ich, uwielbiał, oklaskiwał.”

W Pabianicach, jako też w całym okręgu mobilizacja (do wojska carskiego na wojnę z Japonią) przeszła spokojnie. Dnia 24 grudnia, po zapowiedzi mobilizacji nastąpiła obok mostu kolejowego w pobliżu Pabianic eksplozja dynamitu. Z osób nikt nie poniósł szwanku. Także komunikacja kolejowa nie została przerwana. (Gazeta Lwowska, 5.01.1905)

W ostatniej chwili donoszą o zamachach dynamitowych na gmachy rządowe w Łodzi i Pabianicach. Eksplozje atoli były bardzo słabe. W Pabianicach podczas zamachu na policmajstra zginął stójkowy. Robotnicy żądają ośmiogodzinnego dnia pracy i podwyższenia wynagrodzenia. (Gazeta Lwowska, 31.01.1905)

Pabianice, 31 stycznia. Wiecie już, że strajk ogarnął u nas wszystko. Odbyło się tu wielkie zgromadzenie publiczne robotników, na którym uchwalono nasze żądania polityczne, odczytane przez jednego z naszych towarzyszów. Na zebraniu był naczelnik powiatu. Zachowywał się biernie. Zapukał do sali i spytał, czy można wejść. Policji nam nie potrzeba – odpowiedzieli robotnicy – lecz jeśli pan chce być, to prosimy. Stanął skromnie w kąciku i słuchał. Do szkoły handlowej w Pabianicach chciano wprowadzić wojsko dla „ochrony nauki”. Ale ciało profesorskie zaprotestowało przeciwko temu i zamknęło szkołę, nie chcąc uczyć pod osłoną wojska. (Naprzód, 3.02.1905)

Stanęły wszystkie fabryki w Pabianicach. (Wiek, 9.02.1905)

W poniedziałek, 30 stycznia o godzinie 9 ½ rozpoczęto u nas strajk powszechny. Pierwsi wystąpili tkacze z fabryki Kindlera. Robotnicy zatrzymali maszyny parowe i zażądali od administracji zatrzymania innych oddziałów, co też nastąpiło natychmiast. Z fabryki Kindlera robotnicy, z jednym towarzyszem na czele, udali się do innych fabryk i zażądali tam zaprzestania pracy. Przed każdą fabryką, po opuszczeniu jej przez robotników, ów towarzysz odczytywał odezwy wydane przez Pabianicki Komitet Robotniczy PPS, w których były wyszczególnione żądania.

W południe wszystkie fabryki zaprzestały pracy. O godzinie 4 popołudniu kilkutysięczny tłum robotników zebrał się przed ujeżdżalnią  i wysłuchał  mowy antykapitalistycznej, a wewnątrz – antyrządowej mowy, wypowiedzianej przez jednego z towarzyszy. Obie mowy zostały przyjęte z zapałem. Do ujeżdżalni przybył naczelnik powiatu łaskiego Iwanow z żołnierzami i chciał przemówić do zebranych, lecz przyjęto go drwinami. Po mowach naszego towarzysza robotnicy rozeszli się spokojnie. Nazajutrz żądania przedstawiono fabrykantom. Przez kilka pierwszych dni strajku, dopóki nie zjawili się kozacy, robotnicy utrzymywali wzorowy porządek w całym mieście, utworzywszy  robotnicza straż nocną.

W dniu 9 lutego, podczas wypłaty, kozacy zupełnie bez powodu poczęli strzelać do zebranych na podwórzu fabryki Kindlera robotników. Zabito tkacza Wojsa i kilku raniono. Dnia 11 lutego odbył się manifestacyjny pogrzeb ofiary napaści kozackiej. Każda z fabryk złożyła na trumnie wieńce z odpowiednimi napisami, a na czele pochodu pogrzebowego widziałem wieniec cierniowy z czerwonymi wstęgami i napisem: „Od Pabianickiego Komitetu Robotniczego PPS”. Pogrzeb odbył się spokojnie.

Pabianice, 5 lutego. Dziś odbyła się tu wielka manifestacja uliczna urządzona przez PPS.(Naprzód, 10.02.1905)

W Pabianicach przedwczoraj kozacy strzelali do robotników. 1 zabity, 7 rannych. (Naprzód, 14.02.1905)

W Pabianicach kozacy strzelali do robotników. 1 zabity, 7 rannych.(Gazeta Robotnicza, 15.02.1905)

W Pabianicach strajkują tkacze ręczni chrześcijanie i żydzi. Odezwy zostały wydane przez komitet pabianicki PPS. (Naprzód, 29.03.1905)

Układy między robotnikami a fabrykantami trwają w dalszym ciągu. Tkacz. (Naprzód, 1.03.1905)

Dnia 30 stycznia rozpoczął się w Pabianicach strajk powszechny. O godz. 9 ½  rano tkacze fabryki Kindlera zatrzymali swe warsztaty, następnie udali się do innych oddziałów i nawołując do opuszczenia fabryki zatrzymali główną maszynę i wypuścili parę z kotłów. I tak gromadnie udali się do innych fabryk z żądaniem zatrzymania maszyn. W fabryce firmy Krusche i Ender spotkał strajkujących naczelnik łaskiego powiatu Iwanow. Żądania przybyłych co do zatrzymania maszyn zostały natychmiast spełnione. Robotnicy fabryki Kruschego i Endera, połączywszy się z robotnikami fabryki Kindlera, poszli do innych fabryk, a na czele robotników paradował w dorożce Iwanow i sam w imieniu strajkujących kazał zatrzymywać fabryki. O godzinie 12-ej w południe zapanowała w mieście uroczysta cisza. Tejże nocy przybyły dwie roty wojska. Robotnicy zorganizowali spośród siebie straż nocna w celu zapobieżenia rabunkom. Przez pierwsze kilka dni aż do przybycia kozaków (dwie sotnie) w mieście panował wzorowy porządek.

Dnia 31 stycznia strajkujący wybrali spośród siebie delegatów do pertraktacji z fabrykantami. Fabrykanci o żadnych ustępstwach słyszeć nie chcieli, powoływali się na Łódź, mówiąc: „co tam dadzą, to i my damy”.

5-go lutego odbyła się demonstracja.

8-ego lutego podczas wypłaty wpadli pod bramę fabryki Kindlera kozacy i strzelali do zgromadzonych w podwórzu fabrycznym robotników. Zabito tkacza Wajssa i raniono 7 osób.

11-go lutego odbył się manifestacyjny pogrzeb Wajssa.

20-go lutego fabryki Kindlera i Kruschego i Endera (dwie największe) zaczęły wydawać strajkującym dowody legitymacyjne, zwalniając wszystkich od roboty, a 24 lutego zaczęto na powrót przyjmować do roboty, wydalając najdzielniejszych.

27-go lutego puszczono wszystkie fabryki w ruch, lecz następnego dnia robotnicy ponownie  zastrajkowali. Nie opuszczając jednak fabryki, żądali wypłaty i przyjęcia na powrót kilku wydalonych towarzyszy. Strajkując prawie codziennie aż do 15 marca po parę godzin, robotnicy wywalczyli sobie 10-godzinny dzień roboczy i bardzo maleńką podwyżkę płacy zarobkowej.

15-go marca robotnicy fabryki Kindlera rozpoczęli strajk na nowo, ponieważ Kindler , poprawiwszy nieco tkaczom cenę na niektórych towarach, ściągnął jakiś procent od zarobku robotnika na swoja korzyść, mianowicie: tkacze, którzy pracują na dwóch warsztatach, maja płacić po 20 kopiejek od zarobionego rubla fabrykantowi. Kindler podwoił cenę na niektórych towarach o 5-10%, za to zmniejszył wszystkim robotnikom, pracującym na dwóch warsztatach, płace o 20 %, tak, że chciał nawet na strajku powszechnym zrobić niezły interes i na ogół wziąwszy, zmniejszyć rubrykę płacy roboczej. Oczywiście na to nikt zgodzić się nie chciał i wtedy 23 marca, pan Kindler uznał za stosowne zamknąć oddział tkacki na czas nieograniczony. W fabryce Kruschego i Endera robotnicy wywalczyli 10 ½  godzinny dzień pracy i podwyżkę płacy o 1-10%. Na tych warunkach postanowili robotnicy wrócić do pracy ze względu na wycieńczenie i chęć przygotowania się do nowego strajku powszechnego. Na ten nowy strajk wszyscy uświadomieni robotnicy liczą, utożsamiając go z ostateczna walka o obalenie caratu. Robotnicy w papierni nic nie zyskali i pracują jak dawniej od 6 rano do 7 wieczór. Inne pomniejsze fabryki uwzględniły częściowo żądania strajku. (Z Pola Walki, 7.05.1905)

W Pabianicach były rewizje i aresztowania, aresztowali 11 osób, w jednym domu zabrali ojca, zięcia i córkę (Karczewskich) – też robociarze. (Naprzód, 3.05.1905)


W Pabianicach 15-go bm. wybuchł strajk w fabryce Kindlera; dołożono robotnikom, zarabiającym mało, tj. 3-4 ½ rubla tygodniowo – 10%, tym zaś , którzy zarabiają więcej niż 6 rubli, a mianowicie 8-10 rubli, zmniejszono zarobek o jakieś 20%. Fabrykanci pozorując tę zmianę chęcią zaprowadzenia „równości” wśród robotników, myśleli, iż uda im się zrobić interes w ten sposób, lecz robotnicy poznali się na oszustwie i odpowiedzieli na nie wznowieniem strajku, żądając podwyższenia płacy wszystkim. (Z Pola Walki, 29.03.1905)

Wynoszenie majstrów z fabryk w ostatnich czasach przybrało szerokie rozmiary w Pabianicach. Z fabryki Krusze i Endera pracownice wyniosły majstra blacharskiego Piotrowskiego, którego więcej do pracy nie dopuszczono. Z fabryki braci Baruch wywieziono dyrektora Markgrafa. Fabryka została zamknięta na czas nieograniczony. (Kurier Narodowy, 12.06.1905)

Donoszą nam z Łodzi, że pod Dłutowem między Pabianicami a Łaskiem, odbywał się wiec przybyłych w liczbie około 2 000 osób z Łodzi, Zgierza, Pabianic, Zduńskiej Woli, Kalisza i Konstantynowa. W chwili kiedy mówcy namawiali doi strajku powszechnego, który miał trwać do 22 bm. pojawili się nagle kozacy z piechotą. Z tłumu zebranych padły strzały. Kozacy dali salwę, po której dwie osoby zostały zabite i 18 ciężko rannych. Powstała panika i uczestnicy zebrania usiłowali zbiec. Aresztowano 438 osób. (Ogniwo, 6.08.1905)

Strajk powszechny i demonstracje w Pabianicach. Pabianice, 2 września. Od samego rana w poniedziałek 21 zeszłego miesiąca, fabryki zaczęły stawać jedna za druga. Rozpowszechnialiśmy wśród strajkujących odezwy Łódzkiego Komitetu (SDKPiL), wyjaśniające znaczenie nowego aktu „łaski” carskiej i zwołaliśmy na godz.6-ta zebranie na błonia przy szosie. Zgromadziło się od 300 do 400 robotników, choć wojsko i kozacy gęsto snuli się po całym mieście. Nasz towarzysz w obszernym przemówieniu wyjaśnił dzisiejsze położenie klasy robotniczej pod caratem, znaczenie ostatniego ukazu i nawoływał do walki z bułyginowską „konstytucją”, jako nowym i jednym z ostatnich środków, za pomocą których rząd carski chce oszukać robotników, a siebie ratować od zgonu. Potem zabrał głos drugi nasz towarzysz w języku niemieckim. Ale wtem dano znać, że od strony ul. Nowy Świat nadciąga patrol kozacki. Zgromadzeni dla uniknięcia krwawego starcia powoli się rozeszli, manifestując jeszcze czas dłuższy w bocznych ulicach śpiewem „Czerwonego” i „Warszawianki”.

Na drugi dzień, tj. 22-go strajk trwał dalej. Żadna fabryka, ani jeden większy warsztat nie stanęły do pracy. O godz. 10-ej rano urządziliśmy nowe zebranie, na cmentarzu. Było 150 do 180 osób. Przemawiał z początku towarzysz – Niemiec, następnie inny mówił po polsku.

Wśród zebranych było wielu pepesowców, ale i ci po mowach wznosili okrzyki: „Niech żyje Socjaldemokracja!” Na zebraniu naznaczyliśmy na godzinę  trzy na trzecią demonstrację na ul. Fabrycznej. Demonstracja się odbyła i trwała blisko 20 minut, cały czas powiewał nad nami czerwony sztandar, cały czas śpiewano i wznoszono hasła rewolucyjne. Kozacy stawili się na miejscu demonstracji, gdyśmy się już rozeszli.

Tego samego dnia, w nocy z wtorku na środę, odbyły się liczne rewizje; zabrano kilkanaście osób.

Następnego dnia, 23-go odbyła się jeszcze jedna nasza manifestacja: przy wyjściu z fabryki Kindlera o godz. 5-ej robotnicy demonstrowali ze śpiewami i okrzykami.

24-go wybuchł w tejże fabryce strajk chłopców, pracujących w kantorze przy wydawaniu szpulek, ponieważ fabrykant odmówił im zapłacenia za dni strajku. Tkacze, nie mogąc z tego powodu pracować, wyszli z fabryki z rewolucyjnymi śpiewami i okrzykami.

Fabrykę pod wieczór otoczyli kozacy, znęcając się nad tłumem. (Z Pola Walki,  18.10.1905)

Im bardziej zbliżaliśmy się ku Łodzi, tym częściej obijały się o nasze uszy opowiadania o krwawych wypadkach łódzkich, o demonstracyjnym pogrzebie ofiar, zastrzelonych w Łodzi i Zgierzu. Szlagona, który wysiadł w Sieradzu zastąpił nowy pasażer Żyd z Pabianic. Ten opowiadał o wielkim zgromadzeniu socjalistycznym w Pabianicach, o mowach jakie tam wygłaszano. W nocy minęliśmy Zduńską Wolę i wyruszywszy o świcie z Łasku, szybko zbliżaliśmy się do Łodzi. W Pabianicach wszystko było pod znakiem strajku. Ani jeden komin fabryczny nie dymił, żaden warsztat nie pracował, wszystkie sklepy pozamykane. Na ulicach mnóstwo robotników. Od czasu do czasu przelatuje oddział dragonów.  Pomiędzy robotnikami widać ludzi z czerwonymi kokardami na czapkach. (Naprzód, 16.11.1905)

W Pabianicach w szynkowni Hausmana, w pobliżu fabryki braci Baruchów, grupa osób naradzała się nad sposobem skłonienia robotników fabrycznych do bezrobocia. Kilku uczestników narady udało się nawet do fabryki, skąd wkrótce sprowadzili do szynkowni robotników. Zaczęto ich namawiać do strajku, ale bez skutku. Wśród sprzeczki powstała bójka. Dwaj agitatorzy 30-letni Józef Szostak i 29-letni Stanisław Czwórka schronili się do mieszkania szewca Stasiaka, ale tam ich dopędzono. Szostak został zabity, zaś Czwórka znajduje się w agonii. (Głos, 12.03.1905)

Zamach na robotnice w Pabianicach pod Łodzią. W fabryce Endera zachorowało przed kilku dniami kilkadziesiąt pracujących we wspólnej sali kobiet. Śledztwo wykazało, że powodem nieszczęścia był rozsypany w wielkiej masie po całej sali arszenik. Sprawców dotąd nie wykryto. (Postęp, 15.04.1905)

Organizacja nasza rozpoczęła tu od kilku miesięcy natężoną prace wśród proletariatu żydowskiego. Bundu w Pabianicach nie ma zupełnie – uświadomienie więc masy i kierowanie jej wystąpieniami przypada w udziale wyłącznie nam (pepesowcom).

Przed 1 maja urządziliśmy szereg zgromadzeń agitacyjnych. Na jednym z nich było ludzi 50 –ciu (referowano o obecnej chwili politycznej), na innym 60-ciu (o święcie majowym). Nadto odbyło się jedno zebranie poufne agitatorów, na którym omawiano VII Zjazd PPS oraz wyniki świeżo odbytej konferencji żydowskich organizacji naszej partii. ! maja, jak wiecie, całe Pabianice świętowały.

Dnia 28 maja zwołaliśmy do pobliskiego lasu zgromadzenie, na którym wobec 125 towarzyszy referowaliśmy o walce klas i socjalizmie.

W ostatnich  czasach przeprowadziliśmy szereg strajków tkaczy ręcznych, z których większość  po krótkim czasie skończyła się wygraną. Między innymi w fabrykach  Adlera, Fausta, Herzbauma uzyskali robotnicy podwyższenie płacy o 75-95% oraz skrócenie dnia roboczego. Tak znaczne procentowo podwyższenie płacy tkaczy tłumaczy się tym, ze poprzednio płaca była bardzo niska i ze jest to pierwszy zorganizowany ruch strajkowy w odnośnych fabrykach. Charakterystyczny był przebieg strajku u Herzbauma. Nędzny ten burżuj pozwolił sobie podczas rozmowy ze strajkującymi, uderzyć jednego z nich w twarz. Robotnicy odpowiedzieli na podwyższeniem żądań strajkowych i zmusili fabrykanta do przeproszenia pokrzywdzonego, i do złożenia 10 rubli na fundusz organizacyjny. Wszystko uzyskali. (Naprzód, 11.06.1905)

W Pabianicach odbyła się olbrzymia manifestacja, nie przyszło jednak do żadnego starcia. (Gazeta Lwowska, 24.08.1905)

W Pabianicach odbyło się zgromadzenie rodziców celem założenia tam szkół handlowych – męskiej i żeńskiej z polskim językiem wykładowym. (Gazeta Lwowska, 8.09.1905)

Pabianice, w sierpniu. Rozpoczęliśmy tu stałą pracę zaledwie przed paru miesiącami, w parę tygodni po powszechnym strajku. Do tego czasu istniała tu tylko organizacja PPS. Lecz robotnicy nie znali zupełnie dążeń, całej działalności i charakteru tej partii, twierdząc nawet w odpowiedzi na nasze zarzuty, że PPS wprowadziła do agitacji program odbudowania Polski, ze to są oszczerstwa. Z początku mieliśmy robotę ogromnie utrudniona, gdyż pepesowcy, jak zwykle, zwalczali nas za pomocą kłamstw i oszczerstw, opowiadając, że my dążymy do jakiejś tam marnej „konstytucyjki” i przeważnie prowadzimy walkę z kościołem; poza tym rzucali też na nas różne oszczerstwa.

W następnych jednak czasach udało się nam robotę rozwinąć. Doprowadziliśmy do końca strajk w fabryce Rudolfa Kindlera, dalej przeprowadziliśmy strajk o zmniejszenie godzin pracy w papierni Tow. Akc. Saengera. Strajk ten nie został jednak wygrany, a dwóch naszych towarzyszy aresztowano za śmiałe wystąpienie wobec naczelnika łaskiego powiatu Iwanowa. Pan ten przyjechał do fabryki pijany, jak świnia, i począł się tam rozbijać. Dwaj z robotników skarcili go za to; z początku aresztowani, zostali uwolnieni z drogi do więzienia.

Prócz powyższego prowadziliśmy po części sami, po części obok pepesowców parę strajków fabrycznych, ostatnio zaś strajk tkaczy ręcznych. Dla tych ostatnich urządzone zostało zebranie, na którym nasz towarzysz przemawiał do 400 robotników. 

Wkrótce po tym wybuchł strajk w przędzalni Kindlera. Fabrykant zagroził zamknięciem fabryki, i część robotników, podmówiona przez „narodowych demokratów”, wróciła do pracy. Aresztowano sześć osób, podejrzewając je o podmawianie do strajku. Tkalnia zażądała uwolnienia aresztowanych i zastrajkowała. Paru z naszych towarzyszy tkaczy wpadło też do przędzalni i mimo oporu ze strony narodowców zatrzymali i ją. Kindler zagroził, że o ile robotnicy nie wydadzą tkaczy, którzy pierwsi wpadli do przędzalni, to on ją zamknie na czas nieograniczony. Nikczemnicy, używając miana narodowych demokratów nie cofnęli się przed tą podłością i podali żądane nazwiska. Zadenuncjowanych usunięto z fabryki, ale po krótkim czasie uzyskaliśmy, że przyjęto ich z powrotem. Odbyły się u nas ostatnio w lipcu dwa dyskusyjne zebrania z pepesowcami. Przyniosły one duża korzyść uświadomieniu robotników.2-go sierpnia urządziliśmy większe zebranie Niemców – 70 ludzi; nasz towarzysz wygłosił mowę ogólnoagitacyjna.

10 sierpnia aresztowano u nas żydowskie zebranie(sekcja PPS ) i ze zgromadzonych 233 osób zdołano zatrzymać przeszło 100, ale i z tych uwięziono tylko nie miejscowych (w tej liczbie jednego socjaldemokratę i paru bundowców).

15 sierpnia urządzone zostały większe zebrania przez naszą organizację i towarzysze wygłosili dwie mowy, w polskim i niemieckim języku. (Z Pola Walki, 30.09.1905)

Czytamy np. w pismach łódzkich, że rodzice uczniów i opiekunowie 4-klasowej, niedzielnej szkoły handlowej proszą o zastosowanie do tej szkoły uchwał komitetu ministrów lub też o godzinę nauki języka polskiego tygodniowo! Inny znów obraz mamy w Pabianicach i Zgierzu, gdzie szkoły handlowe są widownią ostrej walki narodowościowej pomiędzy rodzicami Polakami z jednej a Niemcami i Żydami z drugiej strony. Obie wysyłają memoriały, prośby i skargi. (Prawda: tygodnik polityczny, społeczny i literacki, 28.10.1905)

W Pabianicach pod Łodzią wybuchły niepokoje. Wojsko zrobiło użytek z broni. Kilka osób zabitych. (Gazeta Lwowska, 28.10.1905)

Dziś zdaje się nie wyjdzie już żaden dziennik warszawski i rozpocznie się powszechny strajk w fabrykach. W Pabianicach pod Łodzią i w Częstochowie były zaburzenia. (Gazeta Narodowa, 28.10.1905)

W Pabianicach w niedzielę 29 października odbywało się za miastem jakieś zgromadzenie paruset ludzi. Wtem przybyło wojsko. Strzały żołnierzy zabiły 1-go człowieka, a zraniły 25. (Gazeta Świąteczna, 9.11.1905)

Z Pabianic, miasta fabrycznego pod Łodzią, według gazet tamtejszych. Dnia 10 grudnia o godz. 12 w południe wyruszył tam z kościoła na Starym Mieście kilkunastotysięczny orszak z chorągwiami kościelnymi, narodowymi i z duchowieństwem na czele. Na rynku tuż przy kościele, przemówił do tłumów dr Eichler, a następnie ks. Załuska, administrator parafii rzgowskiej, po czym pochód skierował się ulicami Szkolną, Tuszyńską i Warszawską, chcąc  podążyć na Nowy Rynek. Jednakże na ulicy Warszawskiej zagrodzili drogę pochodowi dragoni z obnażonymi pałaszami i zmusili uczestników do powrotu do kościoła. Dzięki wdaniu się i przemówieniu do żołnierzy ks. Ościka żadnego zajścia nie było.

Inny nieco obrót wzięła sprawa w drugim końcu miasta. Z tzw. Górki Pabianickiej wyjechała banderia, złożona z 200 jeźdźców z ks. Winiarskim, proboszczem góreckim na czele. Banderia kierowała się w stronę pochodu, chcąc go uświetnić, a zarazem i pilnować porządku. Po drodze na mostku oddzielającym ulicę Zamkową od Warszawskiej, banderia spotkała rotę żołnierzy , nabijających broń. Ks. Winiarski podjechał do oficera z prośbą o niestrzelanie, gdyż jeźdźcy powrócą do domów. Oficer usłuchał i zdawało się, że wszystko skończy się jak najlepiej, gdy wtem z ulic bocznych wypadli dragoni i z obnażonymi szablami rzucili się na bezbronnych; uciec było niepodobna, gdyż konie dragońskie z łatwością doganiały uciekających na koniach roboczych. Rąbano więc bez litości. Ilu jest rannych, obliczyć się nie da, gdyż tylko ciężej ranni zgłosili się do lekarzy po pomoc mianowicie: wczoraj 12., dziś 18., życiu jednak rannych niebezpieczeństwo nie zagraża. Zdobyli też dragoni dwie chorągwie i jedną kościelną, z Matką Boską i drugą narodową z Orłem Białym.

Upojona zwycięstwem jazda schowała szable, a wydobyła nahajki i zaczęła bić. Staruszka siwego Kalinowskiego, napadł jeden żołnierz w rynku i zaczął go katować w okropny sposób. Wtedy tłum nie będąc w stanie panować nad sobą, zaczął wyrywać kamienie z bruku i razić nimi zwycięzców. Dragoni poczęli się cofać, tłum nacierał. Oficer wystrzelił z rewolweru, nie raniąc nikogo, kula utkwiła w bramie fabryki Kindlera. Naraz rozległy się we wszystkich kościołach dzwony na trwogę. Zaroiły się ulice mrowiem ludzkim i wtedy zwycięzcy zrozumieli grozę sytuacji. Dano znak do odwrotu i po chwili wszystko się uspokoiło.  Najwięcej odwagi podczas boju z bezbronnymi wykazał ochotnik jednoroczny, p. Tołajew.

Dla ścisłości dodać musimy, iż na urządzenie pochodu zezwolił policmajster, kapitan Swiazkin, lecz następnie, skutkiem otrzymanej instrukcji od naczelnika powiatu, Iwanowa obecnego w Pabianicach, nakazał urządzić pogrom. Takich przykładów jest niemało.  (Gazeta Narodowa, 15.12.1905)

Na zasadzie art. 138 ustawy prasowej otrzymujemy do umieszczenia co następuje:

W numerze 343 Kuriera Warszawskiego w korespondencji własnej z Pabianic z dnia 11-go grudnia 1905 r. powiedziano, ze dzięki wmieszaniu się i przemowie  do żołnierzy księdza Ościka  nie doszło do żadnego starcia. Ks. Ościk nie zwracał się do dragonów, czego by mu też nie pozwolono, lecz tylko prosił korneta Bendebieri o pozwolenie przejścia do kościoła, na co oczywiście się zgodzono. Tłum jezdnych z księdzem Winiarskim na czele zgromadził się w Pabianicach wczesnym rankiem i zupełnie nie był przeznaczony do pilnowania porządku, czego dowodzi już to, ze ks. Winiarski miał przy boku szablę, która w żadnym razie nie jest właściwa osobom duchownym. Dragonom rozkazano rozpędzić tłum, co też wykonali, przy czym odebrano nie dwa, lecz cztery sztandary; chorągwi wśród nich nie było. Nieprawda, że dragoni cofnęli się, gdy na nich rzucono kamieniami. Żadnego bicia w dzwony w kościele nie było i tłum nie powiększył się, lecz przeciwnie – szybko się rozproszył. Nie przed jakąś niewiadomą siłą cofnęli się dragoni, lecz dlatego, że wszystko się uspokoiło  i nie było potrzeby uciekać się do środków nadzwyczajnych. Ochotnik Tałajew żadnego udziału czynnego w rozpraszaniu tłumu nie brał. Korespondencja ta, jawnie tendencyjna i kłamliwa, obliczona jest na to, aby spokojną ludność kraju podburzać przeciwko wojsku, co dla interesów narodu polskiego jest nadzwyczaj niebezpieczne.

Podpisał dowódca 48 pułku ukraińskiego dragonów, pułkownik – podpis nieczytelny. (Kurier Warszawski, 13.02.1906)

Korespondent nasz pisze pod dniem 18-ym bm. : Komitet budowy szpitala miejskiego od czasu ogłoszenia w Kurierze protestu przeciwko prezesowi dotychczas nie odbył ani jednego posiedzenia. Budowa szpitala w ten sposób została wstrzymana i nie wiadomo kiedy będzie wznowiona.

Wszyscy ranni w pamiętnym pochodzie narodowym w liczbie 22 powrócili do zdrowia.

Wczoraj powrócił z Irkucka, cieszący się ogólną sympatią mieszkańców miasta, dr Ignacy Broniewski. (Kurier Warszawski, 23.01.1906)

Zabicie naczelnika powiatu łaskiego Włodzimierza Iwanowa. W Pabianicach w sobotę o godz. 4-tej popołudniu zabity został naczelnik powiatu łaskiego Włodzimierz Iwanow przy następujących  okolicznościach. Po posiedzeniu komitetu budowy szpitala w Pabianicach na którym prezydował, naczelnik powiatu pojechał dorożką na stację kolei kaliskiej w zamiarze udania się do Łodzi. O 300 kroków od dworca nagle ukazało się na drodze 5 ludzi i dało do dorożki kilka strzałów z rewolwerów, które trafiły w Iwanowa i dorożkarza. Iwanow wyskoczył z dorożki i usiłował  mimo odniesionych ran uciec w kierunku dworca. Napastnicy dopędzili go i gdy upadł, dali do leżącego jeszcze kilka strzałów. Razem dano 16 strzałów, z tych dwie kule ugodziły dorożkarza Grubczyka. Gdy napadający ujrzeli, że Iwanow nie daje znaków życia oddalili się. Wtedy dorożkarz, jakkolwiek ranny, własnymi silami odniósł Iwanowa do dorożki i odwiózł go do stacji, skąd przewieziono go do szpitala fabrycznego Krusche i Endera w Pabianicach, gdzie skonstatowano śmierć, po czym zwłoki złożono w czasowym mieszkaniu Iwanowa w Pabianicach. Rannego dorożkarza umieszczono w szpitalu, stan jego jest ciężki. Zmarły w wieku lat 35 Iwanow był naczelnikiem rezerwy policji w Łodzi, skąd przeniesiony został przed trzema laty na stanowisko naczelnika powiatu w Łasku. Wiadomość o wypadku rozeszła się błyskawicznie po Łodzi i sprawiła silne wrażenie.(Dziennik Kijowski, 28.02.1906)

W sobotę o godz. 5 popołudniu, gdy naczelnik powiatu łaskiego Iwanow, wyjeżdżał z Pabianic do Łaska, jacyś dwaj ludzie dali do niego 6 strzałów z rewolwerów. Pięć kul trafiło Iwanowa w głowę. Szósta zaś zraniła wiozącego go dorożkarza. Ciężko rannego Iwanowa odwieziono do szpitala w Pabianicach, gdzie w poł godziny umarł. Iwanow był poprzednio naczelnikiem rezerwy policji łódzkiej. Sprawcy zbiegli. (Gazeta Robotnicza, 14.03.1906)

Ubiegłej nocy straż ziemska przy pomocy wojska dokonała licznych aresztowań w mieszkaniach robotników w Pabianicach gdzie zostali aresztowani: Władysław Skoczylas i dwaj tkacze, bracia: Ulgarnowie, podejrzani o współudział w zabójstwie naczelnika powiatu łaskiego Iwanowa. (Kurier Warszawski, 26.03.1906)

Z jarmarku w Pabianicach powracali dwaj szwagrowie, współwłaściciele młyna: Wincenty Seroczyński (lat 48) i Walenty Drabnicki (lat 36). W rozmowie na temat rozdziału majątku pomiędzy szwagrami wynikła sprzeczka, a w końcu Drabnicki strzelił z rewolweru do szwagra. Kula przebiła skroń i uszkodziła oczy. Śmiertelnie ranionego odwieziono do mieszkania. (Wiadomości Częstochowskie, 6.04.1906)

Pabianice. Dnia 15 bm. w nocy zapaliła się stodoła Pruferta. Dragoni otoczyli płonący budynek i nie dopuścili do ratowania nawet straż ogniową, bijąc wszystkich nahajkami. (Tydzień, 3.12.1905)

Dnia 25 kwietnia zamknięto, nie wiadomo na jak długo, fabrykę Kindlera w Pabianicach z powodu nieustannych bezroboci i coraz to nowych ze strony robotników żądań powiększenia płacy; pozostało przez to bez zarobku 2 tysiące ludzi. (Gazeta Świąteczna, 6.05.1906)

Wczoraj w Pabianicach kilkoma wystrzałami z rewolweru zabito 50—letniego Władysława Krzesińskiego. Zabójcy zbiegli. W nocy aresztowano 6 robotników zamieszanych w tę sprawę. (Kurier Warszawski, 2.04.1906)

Wskutek  przedłużającego się strajku zabrakło chleba w Pabianicach; chleb sprowadzają z sąsiedztwa. (Dziennik Częstochowski, 24.06.1906)

Z powodu zamknięcia fabryki papieru Saengera w Pabianicach kolei wiedeńska od dnia 19-go bm. aż do odwołania, przerywa w swoich stacjach ładowanie od kolei sąsiedzkich wszystkich towarów, adresowanych do stacji Pabianice dla fabryki Saengera i składa odpowiedzialność za terminową  dostawę wcześniej przyjętych towarów. (Kurier Warszawski, 20.06.1906)

Wczoraj o godz. 3-ej rano, stróż stacji kolei kaliskiej Pabianice wykrył za magazynem towarowym trupa nieznanego człowieka, lat około 50, powieszonego na klamce drzwi wagonu. (Kurier Warszawski, 7.07.1906)

Dnia 4 sierpnia popołudniu zebrała się w Pabianicach gromada robotników z różnych partii i postanowili wszelkie urazy wzajemne puścić w niepamięć i zaprzestać raz na zawsze walk bratobójczych, po czym podali sobie ręce na znak zgody. Aliści zaraz nazajutrz jakieś wyrodki, jak ten i ów mówi – nie robotnicy, zabiły Ignacego Przedmojskiego, robotnika z fabryki Kruszego i Endera. (Gazeta Świąteczna, 30.07.1906)

Zamach na życie Tomczaka, członka Narodowej Demokracji wywołał cały szereg krwawych zajść. Od kilku dni Pabianice są terenem bratobójczych walk. Wobec tych walk w mieście panuje wielkie przygnębienie. Ruch na ulicach zeszedł do minimum, gdyż krążą pogłoski, ze nie koniec na tym, że nastąpi odwet. Do jakiej partii należeli zabici, nie mogliśmy się dowiedzieć. Wiadomo tylko, że walczyły partie: narodowa i socjalistyczna. Sądząc po przebiegu walki ofiary są po obu stronach. (Z dnia na dzień, 3.08.1906)

W żadnej u nas miejscowości fabrycznej nie było pono temi czasy tylu prześladowań, a nawet zabójstw z powodu niesnasek partyjnych miedzy robotnikami, co w mieście fabrycznym Pabianicach pod Łodzią. Nareszcie przed dwoma miesiącami sami robotnicy postanowili unikać wszystkiego co może doprowadzić do zbyt wielkiego rozdrażnienia jednych przeciwko drugim, i nie pozwalać na prześladowania  partyjne. Jakiś czas potem w Pabianicach był jaki – taki spokój. Ale zły duch nie próżnował i w końcu doprowadził do nowych zbrodni. W piątek 27 lipca do mieszkania Mieczysława Toczaka w Pabianicach przyszło jakichś trzech zbrodniarzy i zabili go strzałami z rewolwerów. Była to, jak pisze ktoś z Pabianic, jakaś  zemsta przeciwników partii do której należał Tomczak. Zabójstwo wywołało z kolei chęć takiej samej dzikiej zemsty w towarzyszach Tomczaka, a z tego wyniknął cały szereg smutnych, prawdziwie kainowych zbrodni.

W nocy z soboty na niedzielę  z soboty na niedziele postrzelono w fabryce Kruszego i Endera 17-letniego robotnika Oskara Rydygiera. W poniedziałek zraniono ciężko strzałami drugiego robotnika z tejże fabryki Jakóba Szulca i zabito dwóch: Jana Glebczyka i Józefa Mikołajczyka. We wtorek 1 sierpnia zabito Walentego Dudka z tejże fabryki, a zaraz potem jednego z  jego zabójców, Stefana Kucharskiego; następnie tegoż dnia zastrzelono jeszcze Józefa Wilczka z fabryki Fausta. Przy strzelaniu do Dudka, którego otoczyło na ulicy ośmiu ludzi, zraniono śmiertelnie, przypadkiem Andrzeja Zarudę, stróża domu i jakąś przechodzącą kobietę. (Gazeta Świąteczna, 5.08.1906)

Od kilku dni Pabianice były widownią walk pomiędzy robotnikami, należącymi do różnych stronnictw politycznych, przeważnie wszakże czyniono pościgi na przedstawicieli stronnictwa narodowo-demokratycznego. Starcia i napady trwały od soboty, lecz nie przybrały tak groźnego charakteru, jak to wydarzyło się wczoraj, a już po opisywanym przez nas poranieniu Tomczaka.

Oto około godz. 2-ej popołudniu ulicą Ogrodową w bliskości Zamkowej szedł robotnik z fabryki Kruschego i Endera, Walenty Dudek, lat 29. Wtem otoczyło go ośmiu ludzi, którzy, dobywszy rewolwerów, dali do niego około 20 strzałów. Oczywiście Dudek padł trupem na miejscu, a kule prócz tego trafiły przechodniów: stróża domu, Andrzeja Zarudę, lat 32 i jakąś nieznana z nazwiska Żydówkę, prawdopodobnie przyjezdną.

Zaruda, raniony śmiertelnie, po odstawieniu go do szpitala zmarł w pół godziny, a ciężko ranioną Żydówkę  pomieszczono w szpitalu. Na odgłos strzałów wybiegło kilku robotników z pobliskiej fabryki Kindlera i wszcząwszy alarm, popędziło za strzelającymi. Ścigani wszakże wnet się rozproszyli i tak zręcznie manewrowali, że wszyscy uszli przed pościgiem z wyjątkiem jednego, który biegł ulicą Lutomierską.

Do pościgu za uczestnikiem mordu przyłączyło się wskutek alarmu coraz więcej robotników, a goniony pędził za miasto ku wsi Karnice, gdzie dopadł pierwszej chaty gospodarza Musiały i wdrapał się na dach. Pogoń wszakże doścignęła go. Widząc, że nie ujdzie, zeskoczył z dachu. Wszedł do wnętrza izby, zaryglował za sobą drzwi i skrył się pod łóżkiem.

Tymczasem wszakże chatę otoczył zwarty tłum kilkuset uzbrojonych robotników, który wnet wdarł się do wnętrza izby  i odnalazł ukrytego mordercę. Był nim 18-letni Stefan Kucharski. Dano do niego kilkadziesiąt strzałów. W samej głowie utkwiło 12 kul i rozbiło ją na drobne kawałki.

Gdy tłum wracał do miasta po dokonanym akcie straszliwej zemsty, spotkał jeszcze Józefa Wilczka, robotnika z fabryki Fausta, lat 19. Zaczęto strzelać i wsadzono mu trzy kule w piersi. Wilczka, ranionego śmiertelnie umieszczono w szpitalu fabryki Kruschego i Endera, gdzie w trupiarni leżały już zwłoki Dudka i Zarudy, zwłoki zaś Kucharskiego pozostawiono na miejscu mordu w chacie Musiały do czasu przybycia władz. (Kurier Warszawski, 2.08.1906)

W sobotę popołudniu w Pabianicach zebrali się robotnicy, należący do różnych partii politycznych i po gorących przemówieniach na temat krwawych zajść partyjnych, których widownią były w ostatnich czasach Pabianice postanowili wszelkie urazy stronnicze puścić w niepamięć, nie prowadzić w fabrykach rozmów podniecających na znak zgody, podali sobie ręce. Zdawało się, iż po takim akcie pojednania, zapanuje nareszcie spokój upragniony. Aliści w niedzielę o godz. 10 wieczorem, do idącego ulicą Warszawską Ignacego Przedmojskiego, robotnika-narodowca fabryki Towarzystwa Akcyjnego Kruschego i Endera, jacyś dwaj pepesowcy dali dwa strzały z rewolwerów. Jedna kula trafiła Przedmojskiego w serce i położyła go trupem na miejscu. (Głos Narodu, 9.08.1906)

Z sądów polowych. W dniu 1 bm. aresztowano w Pabianicach pod Łodzią dwóch młodzieńców, pod zarzutem strzelania do patrolu. Aresztowanych przywieziono do Łodzi i oddano pod sąd polowy, który skazał ich na śmierć przez rozstrzelanie, tym bardziej, iż oskarżeni nie zapierali się winy. Obecny podczas sądu polowego, jako tłumacz, naczelnik policji śledczej Mikołajew powziął wątpliwości co do winy skazańców, na których zrobił wstrząsające wrażenie, i po wyprowadzeniu ich do celi, poszedł za nimi. Tam zeznali oni, że są niewinni, a sprawcą strzałów jest ich znajomy Józef Antczak, który podczas zabawy wyszedł na podwórze i strzelał z rewolweru.

Była już godzina 4 nad ranem. Na podwórze więzienia zajechał już wóz po skazańców. Widząc to Mikołajew, poprosił o wstrzymanie wyroku i z zeznaniami skazańców pojechał do generała gubernatora wojennego Dubrawy. Ten polecił wykonanie wyroku wstrzymać na 24 godziny, aby Mikołajew mógł przeprowadzić śledztwo.

Mikołajew wraz z  kilku oficerami i agentami policji śledczej wyjechał do Pabianic i znalazł tam potwierdzenie słów skazańców oraz wykrył, że kula, wystrzelona wtedy z rewolweru, utkwiła w murze po przeciwnej stronie ulicy, a więc nie strzelano do żołnierzy. Wyniki śledztwa przedstawiano generał-gubernatorowi wojennemu, który przesłał je do Petersburga. Wykonanie wyroku wstrzymano. (Słowo Polskie, 13.11.1906)

 Jedyny wypadek nie wykonania wyroku i unieważnienia go notują akta w sprawie trzech mieszkańców Pabianic. W dniu 12 lutego 1907 roku sąd skazał na śmierć Wawrzyńca Piotrowskiego, Józefa Chojnackiego i Franciszka Bednarskiego, oskarżonych o napad zbrojny, dokonany w Górce Pabianickiej. Tłumacz sądowy podjął podejrzenie, że oskarżyciele kłamią, wyjednał odroczenie wykonania wyroku i powtórne dochodzenie, w wyniku którego okazało się, że skazani są niewinni. Sąd wobec tego wniósł do cesarza rosyjskiego prośbę o całkowite ułaskawienie skazanych. (Eugeniusz Ajnenkiel „U stóp łódzkiej szubienicy” w : Kronika Ruchu Rewolucyjnego w Polsce nr 2, 1939)

W jaki sposób „sądzą” i wydają wyroki śmierci sądy polowe w Królestwie Polskim, złożone z ciemnych oficerów, świadczy sądzona w tych  dniach sprawa w Łodzi. Oto w dniu 1 bm. aresztowano w Pabianicach dwóch młodzieńców, Leona Skowrońskiego i Wojciecha Koziołka pod zarzutem strzelania do patrolu. Aresztowanych przywieziono do Łodzi i oddano pod sąd polowy, który skazał ich na śmierć przez rozstrzelanie. Obecny podczas sądu polowego, jako tłumacz, naczelnik policji śledczej Mikołajew powziął pewne wątpliwości co do winy skazańców na których wyrok zrobił wstrząsające wrażenie i po wyprowadzeniu ich do celi poszedł za nimi. Tu zeznali oni, że są niewinni, a sprawcą strzałów jest znajomy Józef Antczak, który podczas zabawy w domu przy ul. Tuszyńskiej 142 w Pabianicach wyszedł na podwórze i strzelił z rewolweru na wiwat.

Na sądzie tego faktu nie ujawnili, nie przypuszczając, aby sąd polowy mógł skazać niewinnych ludzi. Tymczasem rozpoczęto przygotowania do wykonania wyroku na skazańców. Była godzina czwarta nad ranem, gdy na podwórze więzienia zajechał wóz po skazańców. Widząc to Mikołajew poprosił o wstrzymanie wyroku i ze zeznaniami skazańców pojechał do jenerał-gubernatora wojennego Dubrowy. Ten polecił wykonanie wyroku na 24 godziny wstrzymać, aby Mikołajew mógł przeprowadzić śledztwo. Mikołajew wraz z kilkoma oficerami i agentami policji wyjechał do Pabianic i znalazł tam potwierdzenie słów skazańców oraz wykrył, że kula wystrzelona wtedy z rewolweru, utkwiła w murze po przeciwnej stronie ulicy, a więc nie strzelano wcale do żołnierzy lecz w przeciwnym kierunku.

W tym razie więc, dzięki przypadkowej interwencji naczelnika policji zdołano uratować od kul niewinnych ludzi, wieleż jednak podobnych „wyroków” wydały i wykonały już sądy polowe! (Głos Narodu, 14.11.1906)

Narodowi demokraci zaczynają pracować! Gdy w jednej z większych fabryk tutejszych (Krusze i Ender) fabrykant chciał zwiększyć dzień roboczy z 10 na 12 godzin i gdy robotnicy mimo nalegań fabrykanta nie chcieli się na propozycję jego zgodzić, grupa narodowych demokratów poszła go zapewnić, że zgadzają się na powiększenie  godzin i … że wszyscy robotnicy tkalni (o tkalnię mianowicie chodziło) zgadzają się na propozycję zarządu. Fabrykant uwierzył i w poniedziałek dnia 25 bm. kazał maszyny puścić w ruch nie do godziny 5 popołudniu, lecz do 7. O godz. 5 jednak ¾ robotników wyszło z fabryki- pozostali tylko narodowi demokraci i ciemni, nieuświadomieni. Gdy jednak robotnicy na ulicy zobaczyli, że wyszli nie wszyscy, wrócili się, by resztę wyprosić, a jeden z nich nawet użył noża, raniąc w szyję jednego z przypatrujących się robotników.

W każdym razie , nim przybyli im z pomocą ich serdeczni przyjaciele-kozacy, narodowi demokraci znaleźli się już na ulicy, czmychając czym prędzej do domów. Fabrykant dał za wygraną i robotnicy pracują dalej 10 godzin dziennie. Odezwa Pabianickiego Komitetu Rewolucyjnego nawołująca do oporu przeciw zakusom fabrykanta, wyszła na parę dni przed opisanym wypadkiem. Już post factum wydali narodowi demokraci swoją odezwę, nawołującą do strajku. Odezwa ich zrobiła fiasco.

Do maleńkiej charakterystyki narodowych demokratów niech posłuży jeszcze jeden fakcik. Robotnicy tejże fabryki „Krusze i Ender” żądali niedawno wprowadzenia wykładów w języku polskim w miejscowej  szkółce fabrycznej. Przy tym narodowi demokraci od siebie dodali jeszcze jeden warunek: aby nauka wspólna dla chłopców i dziewcząt została zniesiona jako wpływająca źle na moralność dzieci. Ku ogólnej uciesze reszty delegatów musiał Ender przekonywać, że akurat ma się rzecz przeciwnie, że pożytek systemu  koedukacyjnego uznały wszystkie państwa postępowe i że wstecznictwem jest żądanie przeciwne.

Fabrykant nauczający narodowych demokratów „postępu” – czyż to nie budujący obrazek? (Naprzód, 3.10.1906)

Śmiertelny strzał. W letnisku „Kolumna” w powiecie łaskim do bawiącego tam naczelnika straży ziemskiej miasta Pabianice, z córkami, przybyło kilku oficerów załóg kozackich, kwaterujących w okolicy. Po obiedzie wszyscy oficerowie wraz z paniami udali się do pobliskiego lasu na spacer. Tam jeden z nich dał paniom nabity rewolwer i zaproponował, aby strzeliły do celu – do sosny. Pierwsza amatorka strzelania, pociągnęła kilkakrotnie za cyngiel, lecz bez skutku – rewolwer nie wystrzelił. „W takim razie można i do głowy celować” – rzucił właściciel rewolweru, wziąwszy go z ręki naczelnikówny, przyłożył lufę do skroni i pociągnął za cyngiel. Tym razem rozległ się strzał, a oficer runął na ziemię bez życia. (Dziennik Częstochowski, nr 124/1906)

Fakt zatrucia 34 robotnic zdarzył się w fabryce Kindlera w Pabianicach. Doraźnie przeprowadzone śledztwo ujawniło, że jedna z robotnic w tkalni rozsypywała jakiś proszek, który miała ukryty w fartuchu po sali fabrycznej. Silny bieg maszyn wywoływał rozpylanie się tego proszku po sali, a przez wdychanie robotnice bezwiednie się nim zatruwały. Sprawczyni wypadku sprowadzona do biura policmajstra dla złożenia zeznań do protokołu uciekła. Obecnie jest poszukiwana. Z zatrutych robotnic, jedna jest w stanie beznadziejnym. 10 leży w szpitalu w stanie groźnym.  (Słowo Polskie, 27.03.1906)

Wczoraj o godz. 8-ej w fabryce Kindlera w Pabianicach zapadło nagle na zdrowiu kilkadziesiąt robotnic, które uczuły ból głowy, ucisk serca, drżenie kończyn i ogólne osłabienie całego organizmu. Miejscowy lekarz dr Eichler polecił niezwłocznie przenieść chore do szpitala fabrycznego, gdzie zajęto się ratunkiem, do południa z objawami otrucia umieszczono 25 robotnic, popołudniu przybyło jeszcze 9. Wczoraj  wieczorem wydzieliny chorych odesłano do laboratorium miejskiego w Łodzi, gdzie dr Serkowski stwierdził zatrucie. Doraźnie przeprowadzone śledztwo ujawniło, że jedna z robotnic w tkalni rozsypywała jakiś proszek po sali fabrycznej, który miała ukryty w fartuchu. Silny bieg maszyn wywołał rozpylanie się tego proszku po Sali, a przez wdychanie robotnice bezwiednie się nim zatruwały. Sprawczyni wypadku, sprowadzona do biura policmajstra dla złożenia zeznań do protokołu, uciekła i jest obecnie poszukiwana. Z liczby zatrutych robotnic, jedna, Antonina Nowicka, jest w stanie beznadziejnym, 10 leży w szpitalu w stanie groźnym, ale rokującym wyzdrowienie, pozostałe, po udzieleniu pierwszej pomocy lekarskiej, udały się do domu.(Kurier Warszawski, 24.03.1906)

Wczoraj o godz. 9-ej wieczorem w Pabianicach do strażnika ziemskiego Wilhelma Neumana jacyś nieznajomi dali 4 strzały, które chybiły. (Kurier Warszawski, 6.03.1906)

W fabryce Krusche i Ender w Pabianicach zastrajkowali robotnicy. Od dziś nie pozwalają wywozić gotowego towaru z fabryki do składu łódzkiego. (Kurier Warszawski, 29.03.1906)

Wczoraj wieczorem w Pabianicach przy ul. Warszawskiej do zamykającego sklep 40-letniego Jankla Blacha jakiś niewiadomy sprawca dał dwa strzały. Jedna kula trafiła Blacha w głowę, a druga w bok. Dziś odwieziono rannego do szpitala w Łodzi w stanie bardzo ciężkim. (Kurier Warszawski, 12.04.1906)

W nocy ubiegłej aresztowano w Pabianicach Leona Mazurowskiego, lat 19, robotnika akcyjnego Towarzystwa Kindlera, podejrzanego o napad na zebranie przedwyborcze przed dwoma tygodniami. Podczas napadu zginęło dwóch robotników. (Kurier Warszawski, 21.04.1906)

W Pabianicach z powodu ustawicznego wrzenia wśród  robotników zamknięta została na czas nieograniczony fabryka Kindlera. W fabryce pracowało 7 000 robotników. (Tydzień, 29.04.1906)

W Pabianicach członkowie partii skrajnych (PPS) około godziny 8-ej rano zaczęli rozpędzać robotników. Wojsko usiłowało ich rozproszyć, przy czym dano salwę strzałów. Zraniony został robotnik fabryczny Underlich, lat 20, którego w stanie beznadziejnym odwieziono do szpitala. Wczoraj w Pabianicach zastrajkowali robotnicy fabryki Kruschego i Endera domagając się zapłaty za dzień 1-y maja. (Kurier Warszawski, 10.05.1906)

Onegdaj w Pabianicach zastrzelono robotnika Junga. (Gazeta Lwowska, 7.10.1906)

Tramwaje elektryczne Łódź-Pabianice stanęły o godz. 6-ej wieczorem. W Zgierzu i Pabianicach również ogłoszono strajk powszechny. Od południa stanęły tam wszystkie fabryki, robotnicy wylegli na ulice. Spokoju ulic nic nie zakłóciło. (Kurier Warszawski, 11.10.1906)

W sobotę w nocy na dorożkę wiozącą podróżnego z Pabianic do Łasku napadło pięciu ludzi, którzy zabrali mu kilkanaście rubli. Trzech z tych napastników aresztowano; mają być oddani pod sąd polowy. (Kurier Warszawski, 22.10.1906)

Podczas pogrzebu jednego z robotników Pawłowskiego, w mieście Pabianice pod Łodzią w dniu 24 grudnia, złodzieje obrabowali mieszkanie rodziny zmarłego. Wiadomość o tym wzburzyła robotników, więc przez trzy następne dni szukali złodziei, wyciągali ich z kryjówek i bili bez litości, tak, że sześciu skonało na miejscu, a dwóch pozostało ranionych śmiertelnie. (Gazeta Świąteczna, 26.12.1906)

Wczoraj rano w Pabianicach żandarmeria, policja i wojsko dokonywały masowych rewizji w mieszkaniach robotniczych. W czasie rewizji znaleziono u robotnika Jana Skibickiego, lat 21, brauning i 24 naboje. Skibickiego oczywiście aresztowano. (Kurier Warszawski, 13.01.1907)

Onegdaj rano w Pabianicach żandarmi, policja i wojsko dokonywały masowych rewizji w mieszkaniach robotniczych. U jednego z robotników znaleziono browning i 24 naboi.  Robotnika uwięziono. (Gazeta Lwowska, 15.01.1907)

Wczoraj w nocy w Pabianicach dokonano zamachu na stróża nocnego, Antoniego Woźniaka. Nieznani ludzie strzelali do niego kilkakrotnie na ul. Tuszyńskiej. Kule przebiły Woźniakowi szynel, nie raniąc go wcale. (Kurier Warszawski, 31.01.1907)

Wczoraj sąd okręgowy skazał redaktora Rozwoju p. Wiktora Czajewskiego, za artykuł pt. „Krwawy pochód w Pabianicach” na cztery miesiące więzienia i 200 rubli grzywien. (Kurier Warszawski, 12.02.1907)

W Zgierzu i Pabianicach rozlepiono na ulicach ogłoszenie jenerał – gubernatora wojennego o wyjmowaniu rąk z kieszeni przy spotkaniu patroli wojskowych. (Kurier Warszawski, 21.03.1907)

Wczoraj o godz. 7-ej wieczorem, na drodze do Pabianic czterech uzbrojonych ludzi napadło w pobliżu majątku Dłutów na przejeżdżający wóz naładowany wełną. Napastnicy, odebrawszy właścicielowi wozu Kegelmanowi sto kilkadziesiąt rubli gotowizną, zabrali z sobą wóz z wełną wartości 2 000 rubli. Policja wpadła na trop rabusiów i dziś rano w Pabianicach aresztowała czterech uczestników napadu. Oddani oni będą pod sad polowy. (Kurier Warszawski, 8.03.1907)

W Pabianicach dokonano rewizji w 16-tu domach i aresztowano 6 osób. (Kurier Warszawski, 17.04.1907)

W Pabianicach zabitą została robotnica. (Echo Przemyskie, 25.04.1907)

W Pabianicach aresztowano sześć osób, podejrzanych o współudział w zabójstwie strażnika. Pod silną eskortą odwieziono aresztowanych do więzienia w Łasku. (Kurier Warszawski, 29.04.1907)

Robota w naszym mieście rozwija się normalnie. Wielką przeszkodą są tutejsi endecy, którzy mając uzbrojone bandy sokolskie nie pozwalają naszym mówcom przemawiać na zebraniach fabrycznych. Dochodzi do tego, że nie chcieli pozwolić przemawiać   delegatom związku włóknistego. Mimo tego terroru narodowo demokratycznych Sokołów robota nasza rozwija się normalnie. Organizacje mamy w fabrykach: Kindler - 9 kół organizacyjnych, razem 130 towarzyszy; Krusche i Ender – 12 kół organizacyjnych, razem 150 towarzyszy oraz w mniejszych fabrykach: Baruch, Faust, Prejs, wśród  ręcznych tkaczy i w okolicznych wsiach, razem do 50 osób. Mamy prócz tego dwa kółka: piekarskie i szewskie, razem 24 osoby. Są to ściśle zorganizowani, nie licząc tak zwanych sympatyków. Ogółem ścisła nasza organizacja w dzielnicy pabianickiej liczy do 400 towarzyszy. Tak zwana „lewica”(esdecy) ma tutaj bardzo drobne stosunki i to wśród mniej świadomych i mniej energicznych towarzyszy. (Robotnik, 29.03.1907)

W Pabianicach aresztowano dzisiaj niejakiego Władysława Zawadzkiego przy którym oprócz rozmaitych odezw znaleziono stempel komitetu jakiejś z partii skrajnych. (Kurier Warszawski, 19.04.1907)

W Pabianicach zastrajkowali robotnicy cegielni Gromowicza i Nawrockiego, żądając podniesienia płacy z 80 kopiejek na 1 rubla 20 kopiejek. Strajkuje ogółem 300 robotników. (Nowa Reforma, 20.04.1907)

1maja. Pabianice – tu świętowała bardzo znaczna część robotników. Tylko w fabryce Krusche i Ender, gdzie są prawie sami narodowi demokraci świętowała mniejszość. Tak samo u Kindlera. (Robotnik, 12.05.1907)

3 maja. Uroczyście obchodzili święto narodowe robotnicy w Zgierzu i Pabianicach. Większa ich część nie pracowała. W kościołach odbyły się uroczyste nabożeństwa. (Nowa Reforma, 5.05.1907)

W Pabianicach zabito pewnego robotnika fabryki Kindlera, narodowca, wybitnego działacza. (Słowo Polskie, 15.07.1907)

Dnia 13-go bm. w Pabianicach pod Łodzią, wydarzył się fakt, żywo przypominający rozgłośne oblężenie bandyty Lisa pod Lublinem.

W sobotę, o godzinie 5 i pół popołudniu, zabito tam dwiema kulami rewolwerowymi w lokalu „Jedności” przy ulicy Długiej Rocha Śniadego, członka Zarządu tego Związku, wybitnego działacza społecznego wśród robotników fabrycznych Pabianic, cieszącego się ogólna sympatią i poważaniem.

Po fakcie zbrodni, tłum rozwścieczonych na zabójcę ludzi zaczął go szukać. Okazało się, ze zabójca był niejaki Antoni Studziński, lat 29, który przez pewien czas należał również do „Jedności” i był nawet bibliotekarzem księgozbioru robotników fabryki  Krusche i Ender, ale za różne sprawy niedawno usunięto go ze związku i innych korporacji. On to, pałając zemstą do Śniadego, postanowił zgładzić go ze świata, i wczoraj zamiaru zbrodniczego dokonał.

O godzinie 8-mej tłum znalazł kryjówkę Studzińskiego, ale ten w porę spostrzegł to i zaczął uciekać w stronę rogatki, strzelając po drodze  do goniącego go tłumu. Nadmienić wypada, że miał przy sobie 2 brauningi oraz pod płaszczem gumowym całą torbę nabojów.

Wreszcie Studziński wpadł do dwupiętrowej oficyny domu p. Szylhabla przy ul. Warszawskiej i z okna sieni rozpoczął istną kanonadę do otaczającego dom tłumu, raniąc kilkanaście osób, w tej liczbie 33-letniego Adolfa Hazego, którego  w stanie beznadziejnym odwieziono do szpitala Kruschego i Endera, tudzież Jana Radziejowskiego, odwiezionego następnie do szpitala Kindlera. Resztę osób, lżej rannych odwieziono lub odprowadzono do własnych mieszkań, gdzie im udzielali pomocy lekarze i felczerzy.

Tymczasem przybyło pół seciny kozaków, którzy wydaliwszy z domu wszystkich mieszkańców, dali kilka salw do oficyny, na które Studziński znowu odpowiedział gradem kul rewolwerowych, nikogo jednak z wojskowych nie zranił. Atoli i następne salwy kozackie nie miały skutku, gdyż Studziński ani myślał o poddaniu się, wobec czego wezwano p.o. policmajstra kapitana Miaczkę, który rozkazał otoczyć oficynę z dwóch stron i zaatakować ja strzałami, z których znowu żaden nie dosięgnął  sprawcy tej bitwy.

Wreszcie o godzinie 10-tej wieczorem, a więc po 2-godzinnym oblężeniu, Studziński mierząc z rewolweru do kozaków wysunął rękę z okna, w tym momencie zraniono go, wskutek czego brauning wypadł mu z ręki na podwórze. Dopiero teraz, widząc, że dalszy opór będzie daremny, Skudziński poddał się i odprowadzono go pod silną strażą do szpitala. Znaleziono przy nim jeszcze ogromny zapas nabojów i drugi brauning. Zaznaczyć wypada, ze Studziński podczas oblężenia strzelał nieustannie obiema rękoma.

Całe zajście wywołało w Pabianicach niebywały popłoch. Połowa miasta wyległa na ulicę Warszawską, pomimo ulewnego deszczu. Zabity Roch Śniady liczył lat 30, był żonaty, pozostawił dwoje drobnych dzieci. (Goniec Polski, 19.07.1907)

W Pabianicach (pod panowaniem rosyjskim) w lokalu stowarzyszenia „Jedność” przy ulicy Długiej kilku strzałami z brauningów zabito Rocha Śniadego, narodowca, który znajdował się w pierwszym pokoju od wejścia, tak ze zabójcy niepostrzeżeni przez znajdujących się w dalszych pokojach, zbiegli. Jak przypuszczają, zabójstwa dokonano z powodu zemsty za wykrycie ludzi, podszywających się pod partię, a trudniących się bandytyzmem. (Katolik, 18.07.1907)

Wczoraj w Pabianicach na ulicy Warszawskiej wystrzałami z rewolwerów zabito nieznanego robotnika.(Kurier Warszawski, 30.07.1907)

Mężczyzna czy kobieta? Przez lat 36, zamieszkuje w Pabianicach w Królestwie Polskim istota ludzka co do której dziś dopiero wynikła kwestia, czy to kobieta, czy też mężczyzna? Od szeregu lat pracowała w fabryce akcyjnej Towarzystwa Krusze i Ender, jako Julia K…ska za legalnym paszportem. Onegdaj zgłosiła się do władz administracyjnych, oświadczając, że pragnie wstąpić w związek małżeński z panną Iks. Ogólne zdumienie! Co robić! Paszport zmienić? Z trudnej sytuacji wyratował wszystkich dr Ostaniewicz, który zbadał fizyczną postać oblubieńca i orzekł na podstawie lekarskiej ekspertyzy, że pan Julian K…ski odtąd tak, nie inaczej zwać się powinien, a przeszkód w zawarciu związku małżeńskiego nie należy mu żadnych czynić. (Słowo Polskie, 27.07.1907)

Z Pabianic piszą do nas pod dniem 19-ym bm.: Ruch przedwyborczy dotychczas bardzo niewielki. Wczoraj na zebraniu obywateli wybrano komisję obywatelska, która zajmie się dokonaniem spraw prawyborców, których liczba ogólna wynosi około 3.000. Na przewodniczącego komisji powołano inż. Henryka Lipskiego, a na jego pomocników p. Kazimierza Pączkiewicza i inż. Bolesława Kistelskiego.

Z całych Pabianic weźmie udział w wyborach tylko dwóch wyborców, na których prawdopodobnie wybrani zostaną dr Eichler i L. Schweikert lub inż. Kistelski Wszyscy trzej narodowcy. Taki wynik wyborów może nastąpić, jeśli wszyscy prawyborcy będą wybierali razem. Jeśli zaś miasto podzielone będzie na okręgi wyborcze, wtedy wynik wyborów może być nieco inny.

Ludność dotychczas nie została zawiadomiona o wyborach przy pomocy rozlepiania odpowiednich ogłoszeń; ma to być zrobione w tych dniach. Jutro ma się odbyć pierwsze posiedzenie komitetu wyborczego obywatelskiego.

W Pabianicach jak i w Łodzi będą korzystali z głosu robotnicy, zajmujący mieszkanie na własne nazwisko. Jest to nader pożądane i sprawiedliwe, gdyż w całych Pabianicach jest tylko 5 fabryk wielkich, mniejszych zaś, zatrudniających mniej niż 50-u robotników, nie ma wcale. Gdyby więc robotnikom nie przyznano praw lokatorów, odsunięci byliby oni od wszelkiego wpływu na wybory. (Kurier Warszawski, 20.01.1906)

Wczoraj w Pabianicach w Domu Ludowym, pod przewodnictwem p. Lipskiego odbyło się zebranie prawyborców w celu próbnych wyborów. W chwili gdy do zebranych przemawiał robotnik Kuderowski do sali usiłowało wtargnąć kilkunastu członków partii skrajnych (PPS), lecz ustawiona przy wejściu straż honorowa starała się ich nie wpuścić. Wtedy przybysze dali do wartowników kilkanaście strzałów rewolwerowych, którymi zabito: robotnika z fabryki Kruschego i Endera, Wincentego Lusaka, lat 18 (postrzał głowy), drugiego zaś, mianowicie robotnika fabryki R. Kindlera, Jana Meinerta, zraniono śmiertelnie w głowę i brzuch. Odwieziony do szpitala, Meinert we dwie godziny umarł. Liczył lat 20. Pomimo tego krwawego zajścia zebrani pozostali na sali i wybory próbne odbyły się. Wynik dotychczas niewiadomy. (Kurier Warszawski, 9.04.1906)

Wczoraj wieczorem w Pabianicach na wysiadających z tramwaju panów Molendę i Kibińskiego napadło pięciu ludzi, którzy usiłowali odebrać im pakunki. Molenda i Kibiński skryli się do mieszkania. Napadający powybijali szyby w oknach i grozili rewolwerami. Wszystkich pięciu aresztowano. Są to popisowi (poborowi) z powiatu łaskiego. (Ludzkość, 20.11.1906)

Warszawski Sąd Wojenno-Okręgowy w cytadeli rozpoznawał następujące sprawy: (…) Aleksy Wasiljew, Aleksander Makarenko (synowie strażników), Wincenty Lauer i Józef Sobótkowski (robotnicy) uwolnieni zostali z zarzutu dokonania 10 marca roku zeszłego w Pabianicach zabójstwa na osobie naczelnika pow. łaskiego Iwanowa. Wasiljewowi zarzucano prócz powyższego zamachu przynależność do PPS. Prezydował generał Afanasjew. Bronili adwokaci: Mrozowski i Kostro. (Gazeta Sądowa Warszawska, 9.03.1907)

Wczoraj wieczorem na rogu ulic Warszawskiej i Konstantynowskiej w Pabianicach zebrało się kilkunastu młodych ludzi. Wiedli oni ze sobą głośną rozmowę, która potem zamieniła się w kłótnię. Usłyszeli to przechodzący niedaleko dwaj strażnicy ziemscy: Bazyli Prewedencew, lat 39 i Antoni Binek, lat 27 i zaczęli się zbliżać do młodych ludzi, którzy widząc to, dali do nich cały szereg strzałów z rewolwerów, kładąc ich obydwóch trupem na miejscu, po czym ratowali się ucieczką. W kilkanaście minut na miejsce wypadku nadbiegło wojsko i aresztowało przechodzącego w tej chwili ulicą niejakiego Placka, czeladnika tkackiego, który wracał z gospody, gdzie się właśnie wypisał na czeladnika. Placka osadzono w areszcie. (Reforma, 24.04.1907)

W Pabianicach od ostatniego zabójstwa dwóch strażników zapanowały silne represje. Wojsko i policja rewidują wciąż przechodniów, po godzinie 7-ej wieczorem sklepy są pozamykane, odbywają się liczne aresztowania. (Kurier Warszawski, 26.04.1907)

W Pabianicach zamknięto restaurację Zielonowicza, w której pobliżu zabito dwu strażników ziemskich; właściciela skazano na 3 miesiące więzienia. (Kurier Warszawski, 10.05.1907)

W Pabianicach aresztowano 16 robotników pracujących w fabrykach Barucha, Kindlera i Krusche-Endera. (Kurier Warszawski, 25.05.1907)

Przy ul. Letniej w Pabianicach zraniono śmiertelnie robotnika fabryki Kindlera, członka partii socjalistycznej. Strzelającego zatrzymano. Należy on do bojówki narodowo-demokratycznej. (Kurier Lubelski, 4.06.1907)

Wczoraj o godz. 11-ej w nocy w Pabianicach, kiedy 21-letni robotnik Wawrzyniec Bogacki, spacerował z robotnicą Gębarzewską, podbiegł do nich nagle b. robotnik z fabryki Kruschego i Endera, Józef Kodecki, który dał 4 strzały z rewolweru do Bogackiego, raniąc go tak ciężko, że Bogacki zmarł w ciągu nocy ubiegłej w szpitalu fabrycznym. Zabójca zbiegł. Zarządzono poszukiwania. (Kurier Warszawski, 11.06.1907)

Zabójstwo wyborcze. W tych dniach warszawski sąd wojenny rozpatrywał sprawę, będącą odgłosem krwawego bojkotu wyborów do pierwszej Dumy, stosowanego przez socjalistów. Dnia 8 kwietnia roku zeszłego w Domu Ludowym w Pabianicach pod Łodzią, wyznaczono próbne wybory do Izby państwowej. W oznaczonym terminie około godziny 2 do domu owego poczęły napływać tłumy wyborców. O godzinie 2  i pół kilku robotników, przestrzegających porządku przy wejściu, zauważyło tłum, złożony z kilkudziesięciu osób uzbrojonych w rewolwery. Groźny tłum szybko zbliżał się ku domowi z okrzykami: Nie trzeba! Nie pozwolimy! Rozpędzimy! Rozwalimy chałupę! Gdy stojący przed domem zastąpili drogę napastnikom. Ci chwilowo wstrzymali się. Niebawem jednak rozległa się komenda: Towarzysze! Do szeregu!. Napastnicy rzucili się ku domowi, torując sobie drogę kijami i kamieniami. Gdy mimo to nie mogli się przedostać przez zwarte szeregi do Domu, napastnicy cofnęli się w tył i dali kilkanaście strzałów rewolwerowych. Po strzałach padli trupem na miejscu Wincenty Łuczak i Jan Majnert. Na strzały przybyła siła zbrojna, na widok której napastnicy rozpierzchli się.

O udział w powyższym krwawym napadzie i o zabójstwo Łuczaka i Majnerta oskarżono kilkunastu ludzi. Wszystkim groziła kara śmierci. Sąd jednak zmienił kwalifikację inkryminowanego  im przestępstwa i wydał wyrok skazujący jednego na 8 lat, trzech na 4 lata, pozostałych na 3 lata ciężkich robót. (Słowo Polskie, 1.08.1907)

Wczoraj w nocy w domu Kaukusa na Zielonej Górce wynikła bójka na sztylety pomiędzy gośćmi, znajdującymi się u zamieszkałych tam Dobosa i Przybylskiego. Podczas pościgu podejrzanych o udział w bójce nastąpiły strzały. Nad ranem aresztowano trzy osoby. Wskutek pokłócia sztyletem padły ofiarą cztery osoby. (Słowo Polskie, 1.08.1907)

30 września, kiedy onegdaj o godz. 6 wieczorem w Pabianicach robotnicy wychodzili z fabryki, nagle na rynku ktoś strzelił z rewolweru. W tej chwili przybyło wojsko i aresztowało 12 robotników. (Gazeta Lwowska, 1.10.1907)

W Zgierzu aresztowano 8 robotników, w Pabianicach 28. (Gazeta Lwowska, 11.09.1907)

W Pabianicach 12-letni syn stróża znalazł na śmietniku bombę. Chcąc przekonać się o jej zawartości, począł rozbijać ją młotkiem, nastąpił wybuchy, który oderwał mu rękę i nogę, i śmiertelnie rannego odwieziono do szpitala. Wojsko dokonało rewizji i aresztowało 8 osób. (Gazeta Narodowa oraz Gazeta Lwowska, 10.10.1907)

Z Łodzi donoszą pod datą 26 bm.: Wczoraj wieczorem z jarmarku w Pabianicach powracał do domu maszynista tartaku parowego Gnyracza w Dłutowie Jan Rykalski. W pobliżu wsi Bichlew na furmankę jego napadło kilku bandytów. Rykalskiego ściągnięto na ziemię, zabrano mu 80 rubli i czterema wystrzałami z rewolwerów zabito. (Nowa Reforma, 28.10.1907)

W Pabianicach aresztowano czterech bandytów, którzy przed paru dniami napadli na przejeżdżającego kupca w pobliżu majątku Dłutów i zabrali mu gotówką około 150 rubli i cały wóz z towarem wartości około 2.000 rubli. (Ludzkość, 12.03.1907)

Wczoraj sąd okręgowy skazał redaktora „Rozwoju”, p. Wiktora Czajewskiego, za artykuł pt. „Krwawy pochód w Pabianicach” na cztery miesiące więzienia i 200 rubli grzywien.(Nowa Reforma, nr72/1907)

Z Łodzi (przez telefon). Wczoraj o godzinie 8-ej wieczorem, na ulicy św. Andrzeja, do przechodzącego obok fabryki br. Langów, Karola Kindlera, członka Zarządu Tow. Akc. R. Kindlera w Pabianicach nieznani ludzie dali kilka strzałów z rewolwerów, ale chybili. Broniąc się, p. Kindler strzelił z brauninga do napastników i zranił jednego, który jednak mimo to zdołał umknąć. (Kurier Warszawski, 10.05.1907)

Właścicielkę księgarni w Pabianicach p. Łękawską jenerał-gubernator wojenny skazał na 200 rubli kary za to, że podczas rewizji znaleziono w tej księgarni kilka książek i pocztówek z orłami  polskimi. (Kurier Warszawski, 22.10.1907)

Z Łodzi (przez telefon). Śledztwo w sprawie napadu bandyckiego na szosie pabianickiej na furgon z pieniędzmi firmy Kruschego i Endera w Pabianicach wykryło następujące szczegóły: policja pabianicka dowiedziała się, iż bandytów przywiózł dorożkarz łódzki. Zarządzono więc obserwację i zatrzymano dorożkarza, który właśnie odwiózł jakichś ludzi na ulicę Tuszyńską w Pabianicach. We wskazanym przez niego domu zastano wszystkie mieszkania zamknięte, a w jednym tylko znaleziono leżącego w łóżku robotnika fabryki Kruschego i Endera, 21-letniego Józefa Mordka. Gdy w mieszkaniu tym dokonano rewizji, pod łóżkiem, na którym leżał Mordek, znaleziono pięć worków z pieniędzmi. Mordka z całą rodzina aresztowano. (Kurier Warszawski, 13.11.1907)

Pabianice. Aresztowano tu policmajstra Donina (Jonina). Powodem aresztowania było rozstrzelanie bez sądu robotnika Grizla (Gryzla). Donin otrzymał mianowicie list anonimowy z fotografią Grizla i z zaznaczeniem, że tenże grozi mu śmiercią. Donin kazał go uwięzić i po trzech dniach polecił wyprowadzić go w pole i tam własnoręcznie strzelił dwukrotnie z karabinu mauserowskiego, raniąc go śmiertelnie, a towarzyszący mu strażnicy dobili go strzałami rewolwerowymi. Skutkiem skargi rodziny nastąpiło śledztwo i aresztowanie Donina. (Goniec Polski, 1.12.1907)

Z  Pabianic nadeszły szczegóły o aresztowaniu tamtejszego policmajstra porucznika Aleksandra Jonina. Aresztowanie to nastąpiło w poniedziałek wskutek rozporządzenia gubernialnych władz administracyjnych i sądowych. Powodem aresztowania policmajstra był fakt rozstrzelania bez sądu w dniu 20-ego bm. 23-letniego robotnika fabryki Kindlera, Narcyza Grizla.

Mniej więcej przed dwoma tygodniami Jonin otrzymał list anonimowy, którego autor zawiadamia go, że robotnik Grizel odgrażał mu się śmiercią. Do listu była dołączona fotografia Grizla. Po otrzymaniu anonimu policmajster zarządził aresztowanie Grizla i więził go przez trzy dni w areszcie policyjnym, a potem w nocy z dnia 19-go na 20-go polecił go wyprowadzić w pole poza szpital miejski i tam własnoręcznie z karabinu mauserowskiego strzelił do niego dwukrotnie. Grizel, raniony śmiertelnie, padł na ziemię, a wtedy towarzyszący policmajstrom dwaj strażnicy dobili go strzałami z rewolwerów. Po wykonaniu egzekucji zwłoki zabitego złożono w naprędce skleconej trumnie i pochowano na cmentarzu katolickim przy murze..

Wypadek ten stał się szybko tajemnicą publiczną i o śmierci Grizla utworzyła się cała legenda. Dopiero gdy rodzice zabitego udali się ze skargą do gubernatora piotrkowskiego i władz sądowych, nakazano przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie i ekshumację zwłok zabitego. Dokonano jej w poniedziałek, w obecności sędziego śledczego, komendanta miasta, dozorcy cmentarnego i ojca zabitego, Antoniego Grizela. Sekcja wykazała, że zabity Grizel otrzymał sześć ran postrzałowych. Dwa postrzały w głowę poza uchem z prawej strony były bezwarunkowo śmiertelne, ponieważ mózg został uszkodzony i dano je z boku w odległości trzech kroków. Strażnicy strzelali już do leżącego, jeden stojąc w głowach rannego, a drugi w nogach. Dwie kule przeszyły mu plecy na wylot, a dwie inne biodra. Wynik śledztwa przesłano do sądu okręgowego i z Piotrkowa zjechał prokurator oraz sędzia śledczy do spraw szczególnej wagi. 

Oprócz policmajstra zostali aresztowani dwaj strażnicy jako współwinni zabójstwa. Kutz oraz drugi zwany w Pabianicach „Kościuszką”, sprowadzeni przez policmajstra z Rygi. Na pierwotnym śledztwie strażnicy stwierdzili, że zmienili swoje zeznania i wyjaśnili, że strzelali na wyraźny rozkaz policmajstra, który polecił im dobić postrzelonego przez siebie Grizla. Dla uzupełnienia charakterystyki policmajstra Jonina dodać trzeba, że był on przez dłuższy czas pomocnikiem naczelnika więzienia w Rydze. Nadużycia popełnione przez niego na tym stanowisku, stały się powodem interpelacji w pierwszej Dumie. W Pabianicach Jonin bawił zaledwie  trzy miesiące. (Goniec Polski, 3.12.1907)

W Pabianicach policmajster miejscowy były pomocnik naczelnika więziennego Jonin przed paroma tygodniami odebrał list anonimowy z zawiadomieniem, że robotnik fabryki Kindlera Narcyz Gryzel kilkakrotnie odgrażał się śmiercią policmajstrowi. Do anonimu dołączono fotografię Gryzla. Natychmiast po otrzymaniu powyższego listu policmajster  nakazał aresztowanie Gryzla i więził go przez 3 dni w areszcie policyjnym, a potem w nocy z d. 19 na 2o listopada polecił go wyprowadzić w pole poza szpital miejski i tam własnoręcznie z karabinu mauserowskiego strzelił dwukrotnie do Gryzla; śmiertelnie rannego dobili strzałami z rewolwerów dwaj strażnicy, towarzyszący policmajstrowi podczas tego nieludzkiego morderstwa. Zwłoki ofiary w skleconej naprędce trumnie pogrzebano na cmentarzu katolickim przy murze. Na tym jednak nie skończyła się ta straszna historia, bo Jonin na żądanie urzędu prokuratorskiego został aresztowany i obecnie policmajster pabianicki jest więziony w X pawilonie cytadeli warszawskiej, a śledztwo prowadzi sędzia śledczy do spraw szczególnej wagi. Społeczeństwo ma prawo z niecierpliwością oczekiwać wyroku sądowego. (Gazeta Sądowa Warszawska, 7.12.1907)

Five Jewish merchants were murdered and robbed by bandits near Pabianice, Russian Poland. (The Christian Advocate, 2.11. 1907)

W Pabianicach zabito idącego do pracy robotnika fabryki Kindlera. (Kurier Litewski, 8.01.1908)

W Pabianicach dwóch ludzi strzelało do strażnika Jakubiaka, którego ciężko ranili. Towarzyszący strażnikowi żandarm strzelał do napastników bezskutecznie. (Kurier Lubelski, 10.01.1908)

W Pabianicach fabryki Kindlera oraz Krusze i Endera czynne obecnie tylko 4 dni w tygodniu, po świętach powrócą do normalnej pracy 6 dni tygodniowo. Od wczoraj do dzisiaj popełniono tu 5 samobójstw, wśród ofiar są przeważnie kobiety i osoby z inteligencji. (Kurier Lubelski, 11.04.1908)

W fabryce Barucha w Pabianicach 260 robotników opuściło pracę z powodu, że chciano im obniżyć płace. (Gazeta Lwowska, 15.03.1908)

W Pabianicach wszystkim tkaczom ręcznym zmniejszono płacę zarobkową o 40 proc. We wszystkich drobnych fabrykach pabianickich zaprowadzono 14-godzinną pracę, obniżając płace. (Kurier Lubelski, 7.04.1908)

1maja. Świętowano częściowo, czerwone sztandary były dość liczne, zwłaszcza w Pabianicach – i to głównie nasze. Rozpowszechniono w okręgu oprócz odezwy centralnej 20 tysięcy odezw  łódzkiego koła mężów zaufania PPS – Frakcja Rewolucyjna. (Robotnik, 14.06.1908)

Na niedawno odbytym zjeździe niemieckich stowarzyszeń strzeleckich w Pabianicach zapadła uchwała o utworzeniu Centralnego Związku Strzelców i Gimnastyków Niemieckich z całego Państwa Rosyjskiego. Główny wódz ma mieszkać w Łodzi. (Głos Warszawski, 4.07.1908)

W Pabianicach zaaresztowano kilkadziesiąt osób należących do organizacji, która dokonywała szeregu zamachów i zabójstw. (Nowa Gazeta, 26.06.1908)

W Pabianicach sensację wywołało aresztowanie adwokata Bema. (Kurier Lubelski, 18.07.1908)

Z wyroków warszawskiego sądu wojennego straceni zostali w Łodzi nocą ze środy na czwartek 9 lipca Franciszek Wojciechowski i Edward Witkowski, skazani na śmierć za napad na szynk rządowy w Pabianicach. (Gazeta Świąteczna, 19.07.1908)

Kary administracyjne. Złożeni zostali z urzędów administratorów parafii, wikariuszy i prefektów na mocy rozporządzenia wyższych władz administracyjnych za prowadzenie w swoim czasie aktów stanu cywilnego po polsku, następujący księża w diecezji kujawsko-kaliskiej: (…) ks. Wojciech Helbich w Pabianicach (…). (Dziennik Kijowski, nr 53/1908)

Poprzedniej nocy w więzieniu przy ul. Długiej w Łodzi stracono Józefa Szymańskiego i Stefana Kuberę skazanych na karę śmierci przez powieszenie za zabójstwo robotnika Bolesława Szadkowskiego w Pabianicach. (Nowa Reforma, 8.01.1909)

Nie ma tak okropnej zbrodni, jakiej by się nie dopuściła policja, a którą by sąd rosyjski nie mógł uniewinnić. Jaskrawym przykładem może służyć sprawa Jonina, byłego policmajstra Pabianic. Sprawa ta w swoim czasie była bardzo głośna. W Pabianicach aresztowano robotnika podejrzanego o napad na sklep monopolowy. Policmajster kazał strażnikowi wyprowadzić aresztowanego za miasto i tam własnoręcznie zastrzelił go z rewolweru. Sprawa nabrała rozgłosu, ukryć ją było niepodobna i policmajstra oddano pod sąd. Sąd skazał go na ciężkie roboty. Obecnie kiedy już o sprawie zaczęto zapominać, senat rozpatrzył tę sprawę powtórnie i … uwolnił Jonina od wszelkiej odpowiedzialności. (Polak w Brazylii, 26.03.1909)

Z działalności Jonina. „Rigasche Randschau” zamieszcza następujące sprawozdanie: Dnia 24 z. m. Wydział Izby Sądowej petersburskiej rozpoznał w Rydze sprawę robotnika rosyjsko-bałtyckiej fabryki wagonów J. Karklego i Matyldy Kregerówny (lat 27). Karkle był obwiniony o to, że prosił listownie Kregerównę o broń dla patroli robotniczych. Młodszy pomocnik naczelnika powiatu ryskiego, Jonin dokonał tedy rewizji u Kregerówny i w stodole znalazł proklamacje i wydawnictwa zabronione. Był to ten sam Jonin, który został później  policmajstrem w Pabianicach, był skazany na ciężkie roboty za zastrzelenie więźnia i uniewinniony przez senat, a który teraz służy w więzieniu celkowym w Petersburgu. Pan Jonin do sadu się nie stawił. Kregerówna zaprzeczyła stanowczo „dobrowolnemu przyznaniu się” i podała, że Jonin tak ją zbił i pokaleczył, że straciła przytomność. Przełamał jej kręgosłup. Okoliczności te potwierdzili w sądzie dwaj świadkowie. Bezwładna Kregerówna była wniesiona do sali sadowej i zeznawała siedząc. Izba sądowa Karklego i Kregerównę  uniewinniła. (Nowa Reforma, 7.10.1909)



7 grudnia 1910 roku bojowcy  skupieni w łódzkiej Grupie Rewolucjonistów Mścicieli  dokonali napadu na kasę towarową stacji kolejowej Pabianice. Był to pierwszy napad w czasie którego terroryści zostawili „pokwitowanie” ze swoją pieczęcią.  Skradli 6868 rubli. Pozostałe akcje rabunkowe przynosiły znacznie mniejsze kwoty. W latach 1910-1914 anarchiści   pozbawili życia około 100 osób. Jednym z założycieli grupy był Edward Dłużewski.

O napadzie pabianickim informowała Straż nad Odrą, nr 154/1910 r.  – pismo poświęcone sprawom ludu polskiego na Śląsku.

W sąsiedztwie Łodzi onegdaj o godzinie 6 wieczorem na stacji towarowej kolei kaliskiej w Pabianicach po ukończeniu czynności, gdy było tam jeszcze 4 urzędników – wtargnęło 4 ludzi przyzwoicie ubranych i uzbrojonych w browningi i mauzery. Napastnicy przyłożyli lufy do skroni urzędników, zabraniając im ruszyć się z miejsca, po czym zażądali złożenia sobie raportu dziennego ze  stanu kasy, który wykazał przeszło 7000 rubli; zabrali kasjerowi  klucz od kasy, przy czym zamknęli wszystkich urzędników w sąsiednim pokoju, a przy drzwiach postawili na straży dwóch uzbrojonych. Z kasy zabrali 6868 rubli, w pośpiechu  zostawiając paczkę  zawierającą 585 rubli. Ze zrabowanymi pieniędzmi  napastnicy zbiegli przez pole, o czym świadczą ślady pozostawione na ziemi. W pogoń wyruszył oddział policji i wojska, który rewidował przechodniów na szosie pabianickiej. Rewidowano także całą drogę od Pabianic do Łasku, na  stacji w Łodzi zaś rewidowano pasażerów, przyjeżdżających z Pabianic. Aresztowano ogółem około 25 osób.

Agenci Ochrany dopadli anarchistów kilka dni później  na stacji kolejowej w Łodzi. Jednak nie udało im  się zatrzymać groźnych bandytów.  Donosił o tym wydarzeniu ten sam numer Straży nad Odrą.

Dnia 15 bm. o godzinie 6 minut 45 rano przed odejściem ze stacji Łódź pociągu bezpośredniego do Warszawy, agenci ochrany pilnowali dworca kolei Fabryczno-Łódzkiej, gdyż dowiedzieli się, że tym pociągiem ma wyjeżdżać pięciu poszukiwanych bojowców, między którymi był niejaki Dłużewski. I rzeczywiście w przedsionku jeden z agentów spostrzegł Dłużewskiego i dał znak strażnikowi po czym obaj zaczęli rewidować Dłużewskiego, przy którym znaleziono mauser i rewolwer. W tej chwili zrewidowany Dłużewski zakaszlał, był to widać znak umówiony, gdyż natychmiast potem rozlega się salwa strzałów rewolwerowych. W przedsionku powstała panika, korzystając z zamieszania aresztowany Dłużewski wraz z pozostałymi czterema poszukiwanymi bojowcami zbiegł na ulicę. Uciekający wpadli w ulicę Składową, następnie Widzewską i uszli pogoni  wskutek mgły. Gdy zamieszanie minęło, znaleziono na podłodze w przedsionku trupa agenta Ochrany Barkowskiego, w korytarzu wiodącym z przedsionka do klasy drugiej leżał trup chorążego Michała Gawryłowa, który właśnie rano dopiero co przywiózł partię rekrutów z Tyflisu i pił herbatę, a usłyszawszy strzały wybiegł i spotkał jednego ze strzelających. Okazali się ranni mniej lub więcej ciężko wskutek strzałów, a mianowicie syn kupca Dawid Chwat, żandarm kolejowy, Jefim Kpia i maszynista kolei łódzkiej Joachim Rozmysłowicz, których opatrzyło pogotowie. Na podłodze leżały brauning, mauser i kilkanaście nabojów. Doraźnie przeprowadzone śledztwo wykazało, że po zakaszlaniu Dłużewskiego, gdy posypały się strzały Dłużewski strzelił do Borkowskiego i położył go trupem. Podczas strzelaniny pasażerowie w wagonach pokładli się na podłodze.  Wojsko i policja otoczyły wnet po wypadku dworzec i przeprowadziły szczegółową rewizję, aresztowano kilkanaście osób. Agenci Ochrany od rana szukali Dłużewskiego, mieli już starcie z bojowcami i przed wypadkiem.

Mściciele zabrali także  cztery tysiące rubli z kasy  pabianickiego fabrykanta Zingera, o czym pisze Adam Sekura w opracowaniu „Rewolucyjni mściciele: śmierć z browningiem w ręku”, 2010.

(…) Według tego samego świadka Całka poprzez Józefa Banaszczyka komunikował grupie „mścicieli” informacje o czasie  przewozu pieniędzy przez inkasentów fabryki Geyera w Łodzi i fabryki Zingera w Pabianicach. Próba napadu na pierwszego z tychże inkasentów odbyła się 14 (27) września 1912, na rogu ulic Przędzalnianej i Pustej w Łodzi. Drugi inkasent był ograbiony na 4. 000 rubli na szosie w pobliżu wsi Górka Pabianicka 24 czerwca (7 lipca). (…)



Poczynania łódzkich anarchistów budziły powszechne zainteresowanie ówczesnych mediów. Nowa Reforma, nr 178/1911 podawała, że udało się zlikwidować paru bandytów, którzy nie tylko opróżnili  kasę na stacji kolejowej w Pabianicach, ale także ostrzelali policmajstra Pabianic w lesie tuszyńskim.

Wczoraj wieczorem przewieziono na cmentarz w Jaszewie zwłoki bandytów, którzy zginęli w płomieniach w domu przy ul. Widzewskiej oraz bandyty Słabosza, który w poniedziałek wieczór zmarł w szpitalu. Pochowano ich we wspólnym dole. W mieszkaniu Słabosza na Bałutach dokonano rewizji. Znaleziono gotówką 400 rubli i aresztowano matkę Słabosza oraz dwóch jego braci, dwóch zaś już przedtem siedziało w aresztach. Aresztowani złożyli przed sędzią śledczym bardzo ważne zeznania, umożliwiające policji wykrycie pozostałych bandytów.

Jak się okazuje, na ślad bandytów naprowadził policję fakt, że przywódca szajki, Dłużewski wysłał na święta z Warszawy do Brzeziny, w którego mieszkaniu bandyci się zatarasowali i zginęli, 100 rubli. Z tego powodu nad domem, w którym mieszkał Brzezina, roztoczono tajny dozór policyjny, którego następstwem było oblężenie i śmierć przywódców bandytów. Śledztwo ustaliło, że banda Dłużewskiego dokonała następujących napadów:

  1. na kolei wiedeńskiej pomiędzy stacjami Kłomnice i Widzów;
  2. w kasie towarowej kolei kaliskiej na stacji Pabianice;
  3. na furgon pocztowy pod Cekowem;
  4. na kasjera kolei fabryczno-łódzkiej w Widzewie pod Łodzią;
  5. napad i zabójstwo oficera żandarmerii na stacji Łódź-Fabryczna;
  6. napad i zamach na naczelnika policji śledczej Archipowa w Radomsku;
  7. morderstwo 2 strażników policyjnych na szosie pabianickiej, w styczniu br., oraz  udział w strzelaniu w lesie tuszyńskim, gdzie  strzelano podczas obławy do policmajstra Pabianic.

Na furgon przewożący pieniądze dla pracowników  fabryki Krusche–Ender w Pabianicach dokonano także napadu w 1907 roku, o czym informował Kurier Warszawski, nr 314:

Dzisiaj o godz. 2-ej pp., wyjechali z Łodzi furgonem – ekspedient Szynk, stangret Bloch i robotnik Hilse, wioząc 20.000 rubli do Pabianic dla Towarzystwa Akcyjnego „Krusche  i Ender”. Kiedy furgon na szosie pabianickiej dojechał do miejsca od którego prowadzi droga boczna do folwarku Ksawerów, z rowu wyskoczyło 8 bandytów i grożąc rewolwerami zmusili furgon do skręcenia na ową boczną drogę. W odległości kilkudziesięciu kroków od szosy, bandyci zatrzymali furgon i rozpoczęli rewizję w jego wnętrzu. Natrafili na pięć worków, zawierających 7. 535 rubli w srebrze.

Korzystając z tego, że bandyci, zrzuciwszy z furgonu worki ze srebrem, zajęli się usunięciem ich na bok. Szynk i Bloch zacięli konie i zaczęli  uciekać szybko w kierunku Pabianic. Kiedy bandyci spostrzegli ucieczkę, dali szereg strzałów za furgonem, ale nie trafili nikogo z nich, natomiast zranili śmiertelnie robotnika Franciszka Jamczaka z Ksawerowa, który przypadkiem znajdował się nieopodal.

Furgon dojechał szczęśliwie do Pabianic, gdzie dopiero stwierdzono, że bandyci ci nie zdołali zrabować 13.000 rubli w złocie i papierach. O rabunku zawiadomiono natychmiast władze. W kierunku Ksawerowa posłano kozaków. Tuż pod Pabianicami kozacy spotkali trzech ludzi jadących dorożką. Zatrzymano dorożkę. Dwóch z tych ludzi zaczęło uciekać i zbiegło. Przy pozostałym znaleziono piec worków zawierających 7.535 rubli w srebrze. Były to pieniądze  zrabowane z furgonu Kruschego i Endera.  Zarządzono poszukiwania pięciu zbiegłych bandytów.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij