www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Staropolskie Pabianice

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Jan Fijałek w pracy „Pabianice i włość pabianicka w drugiej połowie XVII i w XVIII”, 1952 przedstawia miasto, które jest rozdzierane konfliktami między dworem kapituły krakowskiej, czyli szlachtą a mieszczanami. Pabianice jawią się jako istny  ciemnogród o niewyczerpanym wprost zapotrzebowaniu  na  „wręby wosku niezbędne do produkcji świec. Autor przyjmuje, że w latach 1685-1700  włość kapitulna, zwana także „państwem pabiańskim”,  liczyła 5 tys. mieszkańców, w tym 688 pabianiczan.

Topografia

Miasta lokowane na prawie magdeburskim posiadały zasadnicze cechy lokacyjne, jak rynek w kształcie regularnego prostokąta i sieć ulic rozchodzących się z niego. (…) W lustracjach XVII i XVIII w. spotykamy występowanie dwóch rynków w Pabianicach. Jeden nazywany jest Starym drugi Nowym Rynkiem. Stary Rynek liczył 27 placów zabudowanych i niezabudowanych a Nowy  17-cie. Należy przypuszczać, że Stary Rynek został wytyczony na początku XIV stulecia na co wskazuje nie tylko nazwa, ale i charakterystyczna ilość parcel przypadających przeciętnie po 7 na jeden bok rynku. Położenie Starego Rynku, którego zanik nastąpił na przełomie XVIII i XIX stuleci wskazuje na plan  Pabianic sporządzony w pierwszej fazie rozrostu miasta w związku z uprzemysłowieniem. Na planie nie figuruje nazwa „Stary Rynek”, a tylko prostokątna plama otoczona ulicami i pocięta liniami nowych, wyznaczonych na jego miejscu parcel z których niejedna już jest zabudowana.

Stary Rynek jako punkt centralny miasta rolniczego znajdował się w odległości około 200 metrów na wschód  od kościoła parafialnego św. Mateusza. Północna strona Rynku ujęta była ulicą Piotrkowską a od południa ulicą Tuszyńską. Na rogu Starego Rynku i ulicy Tuszyńskiej stał dom szpitalny.

Nowy Rynek wytyczony został później (przypuszczalnie XVI w.) w związku z rozwojem przestrzennym miasta w kierunku zachodnim ku rzeczce Dobrzynce. Drugim powodem było wybudowanie kościoła w zachodniej części miasta. Najgęściej zabudowane Stare Miasto i Rynek koncentrowały się na pagórku. Gdy zabudowania administracyjno-dworskie wraz z kościołem znajdowały się w pobliżu rzeczki.  Dobrzynka przepływając przez miasto rozdwajała swoje łożysko tworząc w okolicy zamku i folwarku wysepkę. Miasto miało granice wyznaczone kopcami a na jednej z dróżek wychodzących z miasta postawiono symboliczne szubienice. Miasto graniczyło na wschodzie z Wolą Zaradzyńską, na południu z Jutrzkowicami, na zachodzie z Karnyszewicami, na północy z Rypułtowicami.(…)

Przypuszczalnie miasto nie posiadało specjalnie zbudowanych bram wjazdowych, istniały wszakże prowizoryczne oznaczenia przy których pobierano opłaty targowe szumnie nazwane bramami. Mamy o nich wzmianki zamieszczone w księdze miejskiej, kiedy to w akcie zeznania oskarżyciel  wskazuje na miejsce pobicie – „Bramę Guzowską” Dalszą znajdujemy w urywku z rozporządzenia z r. 1699, gdzie podano: „Miastu Pabianicom nakazano, żeby urząd miejski bramy miejskie i parkany około z nich z gontu opadłe wystawił do przyszłej rewizji a na restaurację tych bram i parkanów drzewa z lasu pozwolić starosta pabianicki powinien.”

W omawianym okresie (1677) w Pabianicach występują następujące rynki i ulice: Stary Rynek,  ulica Piotrkowska, Szewska, Guzowska, Nowy Rynek, Tuszyńska, Piątkowska, Wolska i Strumińska.

Stary Rynek stanowił centrum miasta. Pośrodku niego stał wybudowany ratusz siedziba wybieralnych władz miejskich. O tym jaki był wygląd zewnętrzny oraz rozkład wnętrza, czy posiadał wieżyce, wzmianek nie mamy. Księgi miejskie wspominają  tylko o czynnościach prawnych w nim dokonywanych, oraz, że jedną z jego izb przeznaczono na szynk i dlatego mieszczanie nazwali go „Ratusznym”. W Ratuszu (szynku) zaopatrywali się w chleb.  W lustracjach nie ma wzmianek o ratuszu mimo tego, że górna granica lat lustracji ksiąg miejskich nie  przekracza 1750 r. Pierwszą opisywaną ulicą w lustracjach jest ulica Piotrkowska. Występuje przez całą drugą połowę XVII w. by w okresie największego upadku miasta ulec zniszczeniu. Pierwsza wizytacja miasta w okresie dla niego krytycznym, tj. 1717 r. podaje ogólną ilość  placów pustych i osiadłych dlatego też nie wiadomo, czy w danym roku istniały jeszcze na niej opuszczone domy czy też nie. W dalszych latach nazwy tej ulicy już nie napotykamy. Ulica Szewska przecinała Stare Miasto z północy na południe, krzyżując się z ulicą Tuszyńską. Początkowo słabo zabudowana w latach 30. XVIII stulecia jest już najbardziej ludną ulicą w mieście. Nazwa ulicy pochodzi zapewne od zajęcia ludności, która ją zamieszkiwała, chociaż na podstawie źródeł trudno udowodnić taką właśnie proweniencję nazwy. W roku 1686 mieszkał na niej pleban, organista i zaledwie dwóch szewców.

W 1737 zamieszkiwał na niej jeden rzemieślnik krawiec oraz trzech innych bez adnotacji zawodowej. Oprócz wyżej wymienionych rzemieślników 10 osób trudniło się pędzeniem wódki. Jedna z dalszych ulic, której egzystencja została nagle przerwana była ulica Guzowska. Najsilniej zabudowana w drugiej połowie XVII w.,  niszczeje tak jak Piotrkowska na początku XVIII w. Ostatnią wzmiankę mamy o niej z 1730 r. Nowy Rynek leżał w części zachodniej Starego Miasta i spełniał zarazem rolę placu przykościelnego. Ulica Tuszyńska słabo zabudowana posiadała małą liczbę placów. Przebiegała ona południową częścią miasta łącząc Nowy i Stary Rynek,  by później w swym przedłużeniu zamienić się w polną drogę wiodącą do Tuszyna. Przy niej znajdował się szpital dla ubogich obok którego zbudowano kościółek szpitalny pod wezwaniem św. Krzyża. Wzmianki o nim określają jego położenie  w sposób dostateczny np. „Kościół szpitalny zbudowano tuż koło przytułku” lub „Kościół stoi na rogu miasteczka”. Ulica Piątkowska posiadała dla wszystkich badanych lat średni stan zabudowania, zdążała jak wynika z nazwy w kierunku północnym do wsi Piątkowisko, by dalej być powiązana siecią polnych dróg z Łodzią. Trzecią z kolei ulicą, której żywot był stosunkowo krótki jest ulica Wolska. W lustracjach z lat 1677 i 1686 spotykamy dla niej tą samą liczbę placów niezabudowanych, tj. 6.  Od r. 1690 brak o niej wiadomości. Ostatnią ulicą rolniczych Pabianic jest Strumińska, dobrze zagospodarowana w drugiej połowie XVII w., gdy w pierwszej połowie XVIII w. widać wyraźny jej upadek. Znajdowała się ona w pobliżu ulic Tuszyńskiej i Szewskiej, a plac leżący przy niej o nazwie „Ciemienszczyn” zabudowano pod probostwo szpitalne.

Obok ulic przy których wymieniano nazwy występowały inne bezimienne, które w czasie dokonywanych lustracji zostały pomijane a ujawniły swą przypadkową nazwę dopiero w czasie zawieranych transakcji w księgach miejskich. W akcie sprzedaży placu z r. 1719 wymieniono ulicę Poprzeczna ciągnąca się od ulicy Guzowskiej oraz ulicę Kałużną.

Zabudowa

Zabudowania miejskie Pabianic nie sięgały na lewy brzeg Dobrzynki, znajdowały się jednakże na nim budynki gospodarcze dworu. (…)

Jeszcze r. 1733 kiedy kilka lat upłynęło od największych klęsk jakie spadły na Pabianice lustrator kapitulny w ten sposób opisuje stan miasta: „ W miasteczku Pabianicach panuje wstrętne do najwyższego stopnia opustoszenie, gdyż wszystkie budynki, chałupy mieszczków są opustoszałe a oni nie dbają, aby poprawić swoje domostwa, prawie  jak w lesie mieszkają”.

Domy miejskie często nazywane chałupami były pokryte gontem lub słomą. Rozkład wnętrza ograniczał się do sieni, dwóch izb i komór. W domach występują kominki z blachą żelazną, piece czerwone z gliny, a bardzo rzadko piece kaflowe. Okien w izbie natrafiamy najczęściej po jednym a rzadko dwa. Ilość kwater w poszczególnym oknie wahała się od 4 do 6. Kwatery są sporządzone z drzewa lub ołowiu, znajdują się w nich szyby lub są zabite deskami.

Drzwi domostw osadzano na zawiasach żelaznych a zamykano je przy pomocy skobla i wrzeciądza. W izbach urządzenie wnętrza jest skromne, ogranicza się przeważnie do ław stojących wokół pieca, stołu, na nogach krzyżowych, konewników i półek na naczynia gospodarskie. Rzadko napotykamy na szafę „roboty stolarskiej”. Sufity robiono z tarcic, podłogę niekiedy również z tarcic, ale najczęściej spotykamy tzw. podłogi „lepione”. Zabudowania gospodarskie stanowiły jedną całość  z domostwem, a najwyżej oddzielała je komora, by przez nią przejść do stajni lub obory.

Chlewy, stodoła stały na podwórzu domostwa lub na przyległym placu czy też ogrodzie właściciela.

Do dalszych budynków charakterem swym przypominającym domy mieszczan należy zaliczyć austerie miejskie. W Pabianicach austeria stała przy ulicy Piątkowskiej.

Austerie w Pabianicach i Rzgowie podobne były swoim wyglądem do gościńców (noclegownia). Posiadały również tzw. wystawę (podcienie), izbę karczemną, jedną lub dwie izby gościnne, alkierze i stajnie.

Szynki zazwyczaj ograniczały się do jednej izby znajdującej się w browarze, ratuszu bądź w domach prywatnych obu miast.

Do dalszych budynków miejskich zaliczymy szpital (przytułek dla starców) zbudowany z drzewa, posiadający dwie izby i dwie komory. W sieni stał komin murowany, całość określano, jako „przystojną”, a więc stan budynku przedstawiał się w sposób zadawalający.

Ponad krótkimi uliczkami zabudowanymi parterowymi domami wznosiły się centralne obiekty architektoniczne jak kościoły i zamek. Kościół w Pabianicach murowany „krzyżowej formy” i  „dość wspaniały” jak pisze wizytator dekanatu, stał zwrócony ołtarzem w kierunku wschodnim. Obok kościoła znajdował się cmentarz, który stykał się swym ogrodzeniem z Nowym Rynkiem.

Kościół, jako pierwszy budynek w mieście otaczano opieką i dbałością. Trzy skarbce chroniły kosztowności kościelne a cegła i dachówka zabezpieczały przed pożarem. Wieża, najwyższy punkt miasta, została pokryta białą blachą; w niej również umieszczono zegar wybijający kwadranse i godziny. Wieża nie tylko wyróżniała się wysokością, ale również kontrastowała swoim pokryciem z domkami mieszczan czy też zabudowaniami dworskimi, pokrytymi słomą lub gontem. Ciekawym szczegółem architektonicznym był zamek w rolniczych Pabianicach. (…)

Budynek sąsiadujący z zamkiem służył również na mieszkanie dla administracji. Nosił on nazwę „rezydencji pańskiej”, był to dom parterowy, drewniany, pokryty gontem. Sień przedzielała budynek na dwie połowy, ogółem liczył 7 izb. Dwie izby stołowe większych rozmiarów liczyły od czterech do pięciu okien. Dla odtworzenia urządzenia wnętrza może posłużyć opis jednego z pokoi: „Z komnaty do pokoju drzwi. W pokoju cztery okna, piec kaflowy pstry, komin murowany z blachą żelazną, okiennica drewniana. Stołów dwa, jeden okrągły a drugi czworograniasty, stołków dwanaście, obrazów w ramach trzy. Szafa stolarska zielono malowana z kratką na zawiasach z zamkiem u dołu, zaś do spodniej szafki jest zamek. Na wierzchu tej szafki stoi Pelikan wyrobiony.”

Zasadnicze różnice występujące w budownictwie miejskim i urządzeniu wnętrz najlepiej odzwierciedlają panujące stosunki. Domy mieszczan skromne, kryte przeważnie słomą, jednookienne, o lepionych podłogach, w momencie gdy pomieszczenia administracji są obszerne a w pokojach znajdują się piece kaflowe, wnętrza są bogato urządzone.

Na obszarze dworskim przylegającym do zamku znajdowali  pomieszczenie oficjaliści dworscy.

Służba zamieszkiwała izby czeladne na folwarku. W izbie czeladnej występował komin murowany oraz jedno okno oprawiane w drzewo. Na naczynia przeznaczano dwie półki. Niejednokrotnie w izbie czeladnej napotykamy na przegrody dla krów i żłoby na paszę. Za piecem było miejsce dla cieląt. W tym samym domu pisarz prowentowy zajmował dwa pokoje, kuchnię, alkierz i dwie komory. Szczególną ozdobą zabudowań mieszkalnych dworskich był przylegający do nich ogród włoski. Według opisu znajdowało się w nim:

„Kwater osiem ziołami różnymi we floresy wysadzanych, jak i kwiatami … którego in fronte są pomienione kwatery,  z tyłu zaś grzędy zasiane na wygodę kuchenną … za rzeką zostawiona przestrzeń na dalszy ogród, w którym już są in parte drzewka szczepione zasadzone i sadzawki trzy wyszlamowane”.

Do zabudowań gospodarczo-przemysłowych znajdujących się na lewym brzegu Dobrzynki zaliczamy:  folwark liczący pięć izb mieszkalnych, browar, gorzelnię, ozdownię [suszarnia słodu], dwie stajnie, oborę, sześć chlewów, karmnik, dojnik, cztery stodoły, kurniki, gołębnik. Oprócz tego znajdowało się na terenie folwarku pięć spichlerzy jednoizbowych, w jednym z nich była sieczkarnia. Do kapituły należał również spichlerz zbożowy we Włocławku wybudowany nad rzeczką Lachą, dopływem Wisły w r. 1724. (…)

Osobnym rodzajem zabudowań przemysłowo-gospodarczych włości są młyny i tartaki wodne.

Ze względu na rzeczki Dobrzynkę i Ner zaistniała konieczność powiązania dwóch brzegów mostkami. W Pabianicach spotykamy mostki łączące zabudowania folwarczne z browarem i gorzelnią leżącymi na lewym brzegu. W Rzgowie zbudowano most na gościńcu Piotrkowskim. Rzeczki te o słabym spadku, mimo niskiego stanu wody, tworzyły rozlewiska i tereny podmokle niedogodne dla komunikacji kołowej, szczególnie na wiosnę i w jesieni. Budowane zastawy dla spiętrzenia wód przez młynarzy mimo, iż były pożyteczne dla życia gospodarczego powiększały obszar rozlewisk. Koło zamku również wybudowano „przykop” u którego był wielki upust „śląską manierą sporządzony”. Drugi podobny u stawu Grobelnego pod zamkiem a trzeci za gorzelnią.

Zaopatrzenie mieszkańców w wodę odbywało się przy pomocy nielicznych studzien, skąd czerpano żurawiami. Żórawie ustawiano nad rzeczkami, na przykład browar w Pabianicach posiadał dwa. Przeznaczając  je wyłącznie  dla produkcji browaru i potrzeb dworu. Dalszym urządzeniem przy pomocy którego dostarczano wodę do miasta był rurociąg doprowadzający wodę źródlaną przed ganek zamkowy a następnie do gorzelni. Odpowiednie urządzenia o charakterze użytecznościowym, jak mostki, studnie, zastawy, rurociąg tworzyły w pewnej mierze lepsze warunki życia w miasteczku.

Do dalszych obiektów przemysłowych należy zaliczyć cegielnię, której założenie należy przypisać bliskości i łatwości wydobywania surowca w okolicach Pabianic. Korzystną strona, która wpłynęła na decyzję założenia cegielni jest fakt taniego, jeśli nie bezpłatnego pracownika oraz dużej ilości drzewa służącego do wypału.

Przyczyną bezpośrednią założenia cegielni było zaistnienie jej potrzeby, która według relacji lustratorów miała stopniowo odbudować trwałym materiałem zniszczone zabudowania dworskie i kościół. Cegielnię zbudowano na początku lat 30. XVIII stulecia. W roku 1737 wyprodukowana cegła służyła do naprawy kościoła. Cegielnię postawiono na wschodnich krańcach gruntów miejskich. W skład jej wchodziły trzy rodzaje  budynków: a) szopy do robienia cegieł oraz palenia wapna z piecem, b) szopa na słupach bez ścian do suszenia cegieł pokryta dachem z gontu nie obita od wschodu. Blisko niej znajdował się piec do wypalania cegieł, c) trzecim rodzajem  jest szopa do wyrabiania dachówki. W niej stał piec do wypalania oraz stół do formowania cegły i dachówek.

Obok tartaków ciekawe jest istnienie potażowni (potaż – węglan potasu z popiołu drzewnego) oddalonej zaledwie około 3,5 kilometra na południe od Pabianic (Potaźnia). Opis jej nie został zachowany. Potażownię spełniającą wówczas rolę dzisiejszej fabryki nawozów sztucznych wydzierżawiano, na co wskazuje zapis z r. 1777. „Suma otrzymanych pieniędzy na potaż i popioły wraz z zapłatą od arendarzy Żydów trzymających Majdan za lat 2 i 6 miesięcy wyniosła 27.182 złp 18 gr”. Jeżeli sumę przyjmiemy za uzyskaną ze sprzedaży za granicę potażu i popiołu widzimy, iż była to jedna ze znaczniejszych pozycji dochodowych kapituły.

Propinacja i wyszynk

(…) Pabianice jako miejsce władzy a zarazem największe skupisko ludności ożywiało się w czasie targów cotygodniowych, jarmarków, odpustów i niedziel, kiedy część mieszkańców miasteczka zapełniała istniejące 4 szynki: „Ratuszny”, „Plebański”,, „Zamkowy” i austerię.

W szynku czy izbie karczemnej domu ratuszowego często grali do tańca skrzypkowie. Spotykamy ich kilkakrotnie w XVII i na przełomie XVIII stulecia. Grali na skrzypcach pożyczanych i na swoich. Niekiedy zapraszano ich do domów mieszczan. Obok Adama Skrzypka, spostrzegamy i Piotra Puzonistę. Na muzykę, która uprzyjemniała monotonne życie miasta zapraszano dziewczęta, a te niekiedy karcone były za taki postępek przez rodziców, gdyż zabawa nigdy nie obeszła się bez kufla piwa czy kwarty gorzałki. Miejscem zabaw i spotkań chłopów i mieszczan były szynki i domy prywatne.

Administracja włości ze starostą na czele urządzała uczty dla znacznych gości (lustratorów, oficerów i szlachty okolicznej) na Zamku. Nie odbywały się one tak często jak w mieście, lecz przewyższały ich wystawnością. Usługująca służba dworska nosiła liberię, donosiła do stołu  potrawy na odpowiednio bogatej zastawie. Na zamku dbano o zastawę. Specjalną pozycję znajdujemy w ekspensie na zakup szklanek, kieliszków, naczyń kuchennych i stołowych. Trunki nalewano gatunkowe, a potrawy przyrządzano wyszukane. Niekiedy roczny wydatek na wino węgierskie, francuskie, miody, korzenie, drób i cukry były znaczne, np. w roku 1776 wynosiły pokaźna sumę 1. 202 złp. 

Produkcja i sprzedaż alkoholu  była fundamentalną sprawą w życiu miasta. Mieszczanie z Pabianic i Rzgowa  mieli przyznane przywilejem wsie, w których mogli prowadzić sprzedaż (szynkować) alkohol. Jest to przywilej z 1602 roku z dnia 12 października na wsie Rypułtowice, Wola Zaradzyńska, Karnyszewice, Jutrzkowice a dla Rzgowa – Gadka, Grodzisk, Guzew, Prawda.

Propinacja i wyszynk dworski rozciągały się na pozostałe 44 wsie. Oprócz tegoż ograniczenia istniało ostrzeżenie skierowane pod adresem mieszczan „Kto potajemnie wywozi piwo czy gorzałkę z miasta zapłaci karę 10 grzywien.”

W stosunku do kmieci ostrzeżenie następujące: „Kmiecie także nie mają dzbankami do domów sobie brać pod takowąż  winą ani w mieście do południa bawić się i po gospodach pijać, ale zaraz po nabożeństwie do domów w święta i w dni targowe w południe wracać powinni. Karczmarze mieć baczność mają, aby poddani w cudzych karczmach nie pijali albo cudzych trunków do chałup nie brali i żeby zaraz o tym do dworu donosili.”

Na tym krótkim przykładzie widzimy nastawienie wobec chłopów ze strony administracji, która dbała usilnie o ich rozpijanie na własnym piwie i gorzałce. Był to zresztą skuteczny sposób zabezpieczenia przed istniejącym konkurentem w postaci propinacji miejskiej.

W latach 80. XVIII wieku spotykamy się już z jawnym protestem ze strony mieszczan skierowanym przeciw administracji, gdzie obok innych spraw była poruszana sprawa wyszynku. Mieszczanie użalają się na to, że od roku 1782 w 4 wsiach, w których mogli szynkować obecnie jest im ten przywilej zakazany, a miasto z tego powodu poniosło stratę w wysokości 1.600 złp. Dalej tak piszą: „Przywilej z 1602 nadał ogólną miastu propinację. Kapituła zabroniła jednak  szynkować w domach miejskich tylko jeden na to wyznaczyła, a nawet i do tego nie wolno chodzić zagranicznikowi (przybyszowi), tak że ludzi obcych z tego do Zamkowego bramni (strażnicy) wypędzają”.

Mieszczanie oburzeni na stanowisko kapituły wykazują pokaźne straty jakie poniosło miasto: „Na gruncie miejskim kapituła postawiła austerię i od lat 39 w niej propinuje nie dając żadnej bonifikacji  miastu”. (…)

Odpowiedzi ze strony administracji na tak postawione zarzuty były następujące dla Pabianic:

a) Odnośnie austerii – „austeria tylko  tytułem zysku z miasteczka postawiona została i wolno tak wszędzie dziedzicom czynić zresztą gdyby jej nie było przyjeżdżający nie mieliby się gdzie zatrzymać”; b) „szynków miastu wolno w 2 wsiach: Wola Zaradzyńska i Rypułtowice oraz miasto nie ma prawa przymuszać do szynkowania chłopa kapitulnego”; c) odnośnie ograniczenia picia w szynku miejskim:” zabronienie picia w miejskich szynkach jest zgodne z ekonomiką”. Ostatecznie w odpowiedzi rozgniewany zarząd włości tak sprecyzował swoje stanowisko wobec skarg: „Dosyć jest gałganów w Pabianicach, będzie ich więcej. Zapomną oni i o propinacji gdy im dwór lasu nie dozwoli, wszak taki jest przywilej, że sobie nawet na reparację budynków powinni kupić a dopieroż na palenie gorzałki i warzenie piwa. Każe dwór zamknąć lasy i tych pilnować a dopiero doświadczą”. (…)

Jeden z członków kapituły, który przychylnie ustosunkował się do mieszczan pisze w kilku zdaniach: „Austeria użyteczność wielka, nie należy jednak siłą odciągać podróżnych z  domów zajezdnych miejskich”, oraz dalej „należy wynagrodzić lub przywrócić prawo propinacji miejskiej” – by w zakończeniu sformułować następujące zdanie: „Administracja Ekonomii nie powinna konfiskować (przejmować)  ludzi pijących u mieszczan do swej szynkowni, nie powinna też rozpędzić, bo to nie jest ekonomika, ale przymus”.

Człowiek ten przedstawiając swoje uwagi odnośnie metod postępowania wskazał równocześnie  na krzywdę mieszczan i chłopów, podczas gdy reszta szlachty wchodząca w skład administracji spoglądała z jawną pogardą na chamskie odrośle miejskie lub wiejskie, mieniąc ich łykami, chamami, gałganami i psami. Nie można się też dziwić, że pił duży odsetek poddanych. Chłop pił tym więcej im był nędzniejszy i bardziej upodlony, szukał w gorzałce zapomnienia, a zresztą chodzenie do karczmy było spełnieniem pewnego obowiązku wobec pana.

Również mieszczanie ważąc piwo i gorzałkę pili dużo, popierając swój szynk ratuszowy. Dlatego też następowało powolne obniżanie obyczajów przy równoczesnym załamaniu sił fizycznych. Bójki, kłótnie i kradzieże stawały się coraz częstszymi. 

Polityka propinacyjna dworu będąca wyrazem tzw. ekonomiki była przyczyną narastania zła. Dlatego też wydają się dzisiaj niewystarczające środki zaradcze jakie miały stać na straży dobrych obyczajów w mieście i na wsi.

Występek

To że nierząd, złodziejstwo, czy zabójstwo karane było więzieniem, pręgierzem, gardłem lub innymi wymyślnymi, godnymi inkwizycji torturami nie mogło radykalnie zlikwidować występków istniejących w XVII i XVIII w. tak w Pabianicach, jak i całym kraju. Dwór bowiem najpierw deprawował ludzi pijaństwem a następnie ich karał. Nie docierała do świadomości wielkich posiadaczy myśl zniszczenia źródeł zła, gdyż nie byłoby to „ekonomiczne”. Przymusowe ulepszanie chłopów i mieszczan drogą nabożeństw i kazań chybiało celu, bo właśnie koło kościołów stawiano szynki, które wabiły zgiełkiem i muzyką wychodzący z kościoła lud. Władze miejskie występowały ostro przeciw „gwałcicielom spokoju”. Wskazuje na to tekst przysięgi składanej przez przysięgłych miejskich i wiejskich, której przytaczam wyjątek mówiący o przestrzeganiu obyczajów: „ … Ja Jakub i Walenty przysięgamy Panu Bogu Wszechmogącemu w Trójcy Świętej Jedynemu i Panu naszemu, iż urząd nasz przysiężniczy, na który obrani jesteśmy od ich mości pana starosty naszego pabianickiego wiernie, a sprawiedliwie  rządzić chcemy… rozterków (nieporozumień) wszelakich bronić i onym zawczasu zabiegać, gwałtów zabronić i wszelakich swawoli, które by się zaś swawole znajdowały, kurestwa i inne wszeteczeństwa i wszelkie występki takowe karać  i według sprawiedliwości tępić, cudzołóstwo, które by się pokazało w naszej wsi albo podobny eksces tego taić nie powinniśmy, lecz to oznajmić Zamkowi”. 

Władza sądowa reprezentowana przez urząd miejski i starostę znajdowała powagę i respekt u poddanych. Jednym z wielu powodów była obawa przed ciężkimi karami, jakie stosowano za przewinienia często nigdy nie popełnione a narzucone i wmówione w czasie tortur. O tym, jak należało szanować urząd miejski i jego zdanie świadczy wyrok wydany na kantora pabianickiego Błażeja, który ośmielił się wyrazić, iż nie wierzy tekstowi odpisu uczynionego w księdze burmistrzowskiej (sprawy gruntowe) „ … Iż ważył zadać fałsz księgom, mówiąc iż ja temu nie wierzę, tedy za to popada winy zamkowej grzywny trzy a urzędowi grzywny trzy, a ratione tego iż zasłużył więzienie tedy zamiast tego ma stać w kapie w kościele naszym farnym podczas kazania tak w niedzielę przyszłą jak i poniedziałek to jest w święto apostolskie Filipa i Jakuba w pół kościoła, trzymając księgę w ręku, której też zadał fałsz. A odprawiwszy to ma przeprosić Urząd Zabopólny tak radziecki i wójtowski”.  [Urząd Zabopólny – urząd miejski składający się z urzędu wójtowskiego (wójt  i ława), w zakresie, którego znajdują się sprawy sporne (kryminalne) oraz urząd radziecki (burmistrz i rajcy) rozpatrujący  sprawy o charakterze niespornym, majątkowo-administracyjnym].

Początkowo bardzo nieliczne kłótnie, kradzieże i bójki narastały stopniowo przez cały XVII wiek, by w latach 20. następnego stulecia stać się coraz częstszymi. Wódka rozwiązywała języki, różne urazy po wyjściu z szynku znajdowały swój wyraz w sprzeczkach i bójkach ulicznych. (…)

Niekiedy następowały bójki między pijanymi kobietami, które jak podaje przewód sadowy „czyniły hałasy po mieście”. Wyrok w stosunku do nich był następujący: otrzymały chłostę od sługi miejskiego na rynku pabianickim po 50 plag każda.

Podobnież byli karani ci, którzy do bójki szli z kijem lub siekierą. Dla takich sąd  wójtowski przewidywał 50 plag, więzienie, stanie po mszy św. rannej pod pręgierzem z siekierą z którą miał stać przez wielką mszę i kazanie, oprócz tego wnosił dla kościoła od 1 do 3 wrębów wosku na ołtarze kościelne.

Szczególnie ostro karano zabójstwo lub nawet chęć jego. Tło sprawy odgrywało doniosłą wagę. Widzimy to na przykładzie kramarza pabianickiego Sebastiana Dowidzkiego oskarżonego o usiłowanie dokonania morderstwa w celach rabunkowych na kramarce rzgowskiej. Oskarżony przyznał się do wszystkiego na tak zwanych konfessatach mistrzowskich (śledztwo prowadzone przez kata) a dekret sądu postanowił, aby został ścięty pod pręgierzem in publico foro przez Franciszka Jana Waxtymiana Magistrata Łowickiego. W wypadkach zabójstw dokonanych w specjalnych okolicznościach  stosowano zamiany kary śmierci na plagi, kunę i grzywny.

Szczególnie przykry wypadek zdarzył się w Pabianicach w roku 1651 kiedy znany młynarz Jan Chaduła przypadkowo zabił swego syna podczas karcenia. Młynarz ten miał stać w kunie w kościele pabianickim z postronkiem przez 6 dni świątecznych kolejno następujących po sobie oraz zapłacić kare pieniężną kapitule za zabicie poddanego w wys. 10 grzywien. [Kuna- obręcze żelazne przytwierdzone łańcuchem do pręgierza, wkładane na szyję lub ręce skazańcom i zamykane na kłódkę].

Inne ciekawe przypadki zmiany kary śmierci na chłostę spotykamy w latach 1706-1711. W pierwszym wypadku mieszczanin zabił mieszczanina w bójce, prawdopodobnie po pijanemu. Kara była następująca: na każdym rogu rynku miał skazaniec otrzymać od sługi miejskiego po 50 rózeg (razem 200). Dalej Kościołowi oddawał 5 wrębów wosku, Zamkowi płacił  7 grzywien, a Urzędowi zabopólnemu 5 grzywien.  W drugim, zabójstwo nastąpiło na osobie ogrodnika, a uczynione przez półzagrodnika w czasie sprzeczki o konie. Skazaniec otrzymał 150 plag pod pręgierzem na środku rynku, potem miał przebywać w więzieniu przez dobę, następnie leżeć przez trzy święta krzyżem w kościele.

Złodziejstwo było również ciężko karane, niestety niewiele to pomagało, gdyż wypadki były coraz częstsze. Fakt zamiany kar gardła na plagi i grzywny nie świadczy bynajmniej o względach humanitarnych, bo jak widzimy były to kary poniżające niekiedy w większej mierze godność ludzką. Głównym powodem niechęci do egzekucji był brak siły roboczej, następnie administracja nie ponosiła kosztów za sprowadzenie kata z Łowicza, a na dodatek stwierdzamy, że zarabiali jeszcze na przestępcach, pobierając wysokie kary pieniężne.

Główną metodą wydobywania zeznań od oskarżonych były tortury. Nomenklatura urzędowa zeznań od oskarżonych występująca od początku XVII wieku w księgach wójtowskich ogranicza się do 3 zasadniczych zwrotów : testamentum ante tormenta, testamentum in tormentis, testamentum post tormenta (zeznania przed, w trakcie i po torturach), w które to wtłaczano sprzeczności tak zwanych konfesji. Tortury stosowano szczególnie wobec zabójców i złodziei. Niekiedy i kradzieże surowo karano, szczególnie gdy dopuścił się ich chłop, który zazwyczaj przy torturach przyznawał się do wszystkich kradzieży jakie popełniono w okolicy. Wyrok sądu w tej sprawie, który miał być przejawem „dobrotliwości” i interwencji władz zwierzchnich sprowadzony został niekiedy do tego samego, gdyż chroniąc chłopa „od sromotnej śmierci szubienicznej” kazano ściąć go mieczem pod pręgierzem w rynku.

Przy dalszym omawianiu zagadnienia obyczajów w mieście należy nadmienić o życiu rodzinnym. Pewne wnioski wyciągamy z ksiąg miejskich. Po przeanalizowaniu ich stwierdzamy miły objaw względnie spokojnego i dobrego pożycia rodzin, stanowiących niejako odrębne jednostki gospodarcze związane wspólnymi interesami.

Analizując stosunki rodzinne widzimy, że przestępstwa związane z cudzołóstwem w ogóle nie występują tak jak i wzmianki o nierządzie. Jednym z powodów były radykalne rozporządzenia zawarte w tzw. konstytucjach z lat 1575-1860) i 1604. Prawdopodobnie one to położyły kres tymże występkom za które groziło wyświecenie z miasta łącznie z biczowaniem i karą 10 grzywien. Cudzołóstwo karano do gardła włącznie. Równie rzadkie są  bójki małżonków, które przedostają się na wokandę sądową. Więź majątkowa stanowiła jednak zasadniczą spójnię rodziny.

Mieszczanie w testamentach wyliczali  wszystkie  bliskie sobie osoby ofiarowując im dobytek osobisty i nieruchomości. Niekiedy z wypowiedzianych ostatnich zdań przebijała troska o los  żony i dzieci. Oni wyznaczali najbardziej godnych obywateli opiekunów dla rodzin, aby się żadna krzywda nie stała.

W jednym z ciekawszych zapisów testamentowych widzimy troskę o los dziecka. Piszący wyraźnie napomina żonę, aby pilnowała wnuka w uczęszczaniu do szkoły. Według rozporządzeń administracji sierotami miały opiekować się władze miejskie przydzielając im opiekunów spośród pozostałej rodziny a gdy takiej nie mieli wyznaczano ich spośród mieszczan.

Dbałość o rodzinę i stan jej posiadania wykazują transakcje zawierane przed urzędem, w których często występuje zapis ról i łąk. Mimo przewagi   dodatnich momentów istniejących w życiu obyczajowym mieszczan zakradały się nieliczne wypadki o charakterze ujemnym jak gwałty, sprawy o alimenty, cudzołóstwo i utratę dzieci. Gwałty występują od lat 40. XVII w. aż do zakończenia wojny północnej. W jednym z wypadków tekst wyroku za popełnienie gwałtu był następujący: „ Wójt i świadkowie wynaleźli, aby Wolski (hajduk pański) dał za ten wstyd i sromotę Zofii Kiernalównie grzywien 8 zaraz  nazajutrz po św. Mateuszu. (…)”

Sprawy o alimenty kończyły się przeważnie dla strony poszkodowanej przyznaniem gratyfikacji pieniężnej. Gdy winowajca jednak nie chciał ponosić ciężarów i odpowiedzialności związanych z utrzymaniem dziecka, kobiety składały specjalną przysięgę na rynku w mieście w obecności świadków co było zarazem oskarżeniem publicznym np. „(…)  przysięgała samotrzecia, że taż Anna Brachówna  z nikim inszym dziecięcia na świat nie spłodziła tylko z Błażejem Plutką z Guzewa, której przysięgi słuchał tenże Błażej Plutka.” Wyrok zanotowany w r. 1641 wspomina o tym, że winny „grzechu nieczystego” znajduje się w więzieniu i że z poszkodowaną do trzeciego dnia ma się zgodzić przed urzędem wójtowskim”.

Silniejszym echem odbiła się sprawa wytoczona przeciwko zamożnemu mieszczaninowi pabianickiemu Sebastianowi Świerczykowi o namowę  do „grzechu nieczystego”. Chodziło o ubogą mieszczkę Adamową Wardzicową do której oskarżony przychodził podczas nieobecności jej męża w domu. Czynił to wieczorami, popierając propozycję i afekty prezentami w naturaliach jak bochenek chleba, pół kwarty mąki lub grochu – obiecywał jej stroje i pieniądze. Zeznawały w tej sprawie obie strony i liczni świadkowie pod przysięgą. Jak wynika z tekstu  do „przestąpienia przykazań i sakramentu” nie doszło. Mimo to wyrok na uwodziciela spadł surowy. Skazany został  do więzienia, następnie musiał oddać wręby wosku do kościoła, Zamkowi karę 5 grzywien, na ratusz 4 grzywny . Tak długo miał przebywać w więzieniu dokąd ciężarów nie spłaci. Jeśli chodzi o oskarżycielkę to za fakt , iż brała prezenty od niego i wcześniej nie dała znać urzędowi miała również zasiąść  w więzieniu i oddać do dwóch tygodni 4 wręby wosku (kręgi wosku topionego)  kościołowi, na Zamek grzywien 2 a urzędowi  jedną. Gdyby tego nie zapłaciła miała otrzymać chłostę foro publico pod pręgierzem.

Jeszcze bezwzględniej postępował sąd gdy chodziło o utratę dzieci. Samo podejrzenie o brzemienność a następnie zanik stawiało kobietę przed sądem zabopólnym, gdzie podlegała specjalnym oględzinom ze strony „biegłych białych głów miejskich”, które w liczbie  sześciu wydawały zdanie o ewentualnej utracie lub niewinności podejrzanej.

Poważne oskarżenie o zamordowanie noworodka skierowano przeciw służącej Małgorzacie Urbanównej. Na nic się zdały jej tłumaczenia, że dziecko urodzone przez nią urodziło się nieżywe, sąd nie dając wiary temu skazał ją  najpierw według „prawa bożego” na tortury, a potem według obyczaju miała być żywcem zakopana i palem przebita. W ostatniej prawie chwili przyszło odwołanie z kapituły od tego wyroku. Oskarżoną po ubiczowaniu przy pręgierzu wypędzono z miasta sługami miejskimi, którzy wyświecali ją smolnymi łuczywami.

Mimo iż ten przykład winien być odstraszający dla innych w 12  lat później spotykamy się z faktem popełnienia takiegoż okrucieństwa na wdowie Reginie Wypychównej ze wsi Rypułtowice. Nieszczęsną chłopkę podejrzewano o utopienie noworodka, które to dziecię mieszczanie mogli oglądać złożone przed Ratuszem w r. 1702. Zaraz nazajutrz zostały wezwane wszystkie wdowy i panny z 5 wsi, które poddano oględzinom przez „stare i mądre białogłowy.” One też wskazały na oskarżoną. Zapadł wyrok śmierci przez zakopanie żywcem i przebicie palem. Sprawcą tej tragedii był żonaty chłop ze wsi Rypułtowice i jemu początkowo groził miecz katowski za cudzołóstwo, ale że  po raz pierwszy zdarzył mu się podobny wypadek, został ubiczowany na rynku pod pręgierzem, następnie zapłacił  Zamkowi 10 grzywien, urzędowi 7 grzywien, kościołowi dał 3 wręby wosku i na dodatek miał stać przez 8 niedziel i świąt w kościele w kapie na środku nawy.

Dla pewnego odprężenia od okropności prawodawstwa feudalnego należy przytoczyć sprawę, która uwypukla urażoną dumę mieszczanina Wójtkowskiego. Wystąpił on przed sądem z powodu zawiedzionych uczuć miłosnych, które ulokował w mieszczce Katarzynie Cwikiełkównej. Prawdopodobnie najgorszą dla niego była strata 22 florenów wydawanych w czasie zalotów i swatów. Nie dość na tym, gdyż jak wynika z zeznań odpalonego konkurenta , Katarzyna tylko mu szyderstwa czyniła, a on obrażony tym „gdzie indziej udał się szukać przyjaciela”. Sąd dla braku dowodów nie powziął wyroku.

Dla uzupełnienia fragmentarycznych obrazów z życia poddanych kapituły należy przytoczyć przykłady, które umożliwią poznanie tła społecznego epoki.

 W jednym z oskarżeń natrafiamy na fakt bezpodstawnego pobicia przez zamożnego mieszczanina owczarza miejskiego „za to tylko, że piesek jego został utytłany w błocie”. Jak mówi poszkodowany: „skoczywszy do mnie bił mnie jako się mu podobało”.

O bezwzględności i brutalności wobec podatnika świadczy znów tzw. „protestacja żałobna mieszczki”. Kobieta nie miała pieniędzy na zapłacenie podatków, kiedy przyszli do niej poborcy, wówczas burmistrz, który wybierał należność kazał ją wziąć do więzienia. „Panie Burmistrzu prosiła go – jakże ja mam iść do więzienia, gdy w męża w domu nie ma  tylko dzieci są małe; przy kim ubóstwo i dom zostawię i jeszcze się w piecu pali…” Mimo to burmistrz kazał dziesiętnikom zaprowadzić ją do więzienia, po drodze szarpano ją i bito. „Z tego tedy szarpania i poniewierania bardzo choruję, bo gdy prosiłam burmistrza, aby mnie nie brał do więzienia, obłapiając jego nogi, on mnie noga pchnął… a ja wtenczas miała dziecię swe małe na ręku i od tego czasu nie mogę się ruszyć, kolki i bolączki mnie wielce trapią”.

W czasie tej ohydnej sceny bicia kobiety obecni byli pisarz i słudzy miejscy, którzy przyczyniali się czynnie do spodlenia godności ludzkiej w imię ściągnięcia podatku dla pana.

Nie można się też dziwić, że mieszczanie przy lada okazji odpłacali się sługom pańskim.

Tego samego roku został zabity przez mieszczan wójt pabianicki, a nieco później „zlekceważono i podrapano” pisarza miejskiego.

Czary mary

Jak było, wspomniane wiara wpływała pośrednio na wzmocnienie więzi rodzinnej. Fakt ten spowodowany był w pewnym sensie niska kulturą poddanych, oddziaływaniem kleru, lękiem przed siłą i bezwzględnością prawa duchownych zwierzchników. Dlatego też stwierdzamy kontakt poddanych włości z nabożeństwami i kazaniami odbywającymi się w każdą niedzielę i święta. Konstytucje z r. 1600 i 1604 mówiły o przymusie uczęszczania do kościołów pod groźbą pieniężną, byli do tego wyznaczeni specjalni dziesiętnicy. W miarę stale pogłębiającego się upadku kulturalnego, kościół stał się dla mieszczan i chłopów  miejscem w którym szukano ochrony przeciw „ciemnym mocom”. W czasie wojen i przemarszów wojsk kościoły spełniały specjalna role w życiu miasta zamieniając się w skrytki dobytku rodzin. Można przyjąć, iż religijność była powierzchowna i zazębiała się z zabobonami, podejrzeniami o czarostwo, kradzieżami i awanturami w kościele. Profesor Bujak omawiając stosunki kulturalne w małym miasteczku mówi, że życie religijne mieszczan nie jest zbyt rozwinięte, wprawdzie do kościoła i do spowiedzi wszyscy chodzą, członkowie cechu świecą świece podczas sumy, wiele kobiet należy do bractw kościelnych, ale robią to dość obojętnie, prawie mechanicznie, jakby dla zadość uczynienia zwyczajom. 

Podobną sytuację spostrzegamy w życiu Pabianic. Dzień rozpoczynano dzwoniąc rano na pozdrowienie anielskie i tak samo na południe i wieczór. Ważniejsze wydarzenia rozpoczynały się  mszą lub przysięgą w imię Trójcy Świętej. W Pabianicach ze względu na dwa istniejące kościoły farny i szpitalny było dwóch proboszczów, msze w dnie powszednie odbywały się rano a w niedziele i święta dwukrotnie – msza ranna i uroczysta przedpołudniowa. Na nich to właśnie różni skazańcy stali w kapie, leżeli krzyżem lub  byli przywiązani do pręgierza obok kościoła.

Wątpliwe jest czy podobny stan rzeczy wpływał dodatnio na rozwój cech moralnych społeczeństwa. Po południu odbywały się nieszpory gromadzące prawie całą ludność miasta. Księgi miejskie wykazują, że właśnie po wyjściu z kościoła zaludniały się uliczki a strony zawistne lub skłócone spotykały się z sobą, dochodziło wtedy do agresji słownej lub fizycznej. W czasie świąt i innych uroczystości kościelnych proboszcz zarządzał procesje.

Kościoły tak w Pabianicach, jak i innych punktach włości posiadały stałe źródło dochodu z dziesięcin, ofiar, legatów, opłat za msze okolicznościowe, pogrzeby, chrzty, śluby.  Skazańcy i bracia cechowi dostarczali wręby wosku na świece. Poszczególne cechy opiekowały się odpowiednimi ołtarzami, uczestniczyły również w ceremoniach niosąc chorągwie. Bracia i siostry bractw spełniali posługi kościelne. Na podstawie zachowanej księgi starszych cechu szewskiego, w której były notatki o bractwie św. Łazarza można odtworzyć życie religijne bractwa. Każdy nowo przyjęty brat lub siostra z Pabianic lub wsi Bychlewa, Jutrzkowic, Karnyszewic, Łaskowic, Chocianowic i Gadki wpłacał po 3 grosze rocznie na tzw. suchedniowe msze (suche dni – kwartalne dni postu – środa, piątek, sobota na początku każdej pory roku).

Co trzy miesiące wybierano cechmistrzów. Poprzedzała tę uroczystość msza św. żałobna za dusze zmarłych po czym zebrani członkowie „za Darem Ducha Świętego” obierali cechmistrza i „braci młodszych”.

W skład bractwa wchodzili mieszczanie i mieszczki, rzemieślnicy różnych cechów, włościanie, a także baby i dziadowie szpitalni. Przeciętna liczba członków bractwa w XVIII w. dochodziła do 80 osób. Suma zbiórkowa na msze suchedniowe wynosiła ok. 24 złp z miasta, a ze wsi 8 złp rocznie. Oprócz tych opłat przy przyjmowaniu zastrzegano, iż niektórzy z braci wniosą dodatkowo połowę lub całą beczkę piwa i pewną ilość wosku.

Dodatkowym źródłem dochodu dla księży były zapisy testamentowe. O tym jak jeden z umierających bogatych mieszczan chciał odkupić doczesne grzechy  niech posłuży za przykład testament z 1679 r.

Sam wstęp jest jakby usprawiedliwieniem wobec rodziny za hojność w stosunku do kościoła: „Wziąwszy przed oczy śmierć nad którą nie ma nic pewniejszego i widząc iż żadnemu stanowi żywota ludzkiego nie da się uprosić, aby minuty czasu od pana Boga zależnego  przedłużyć, umyśliłem przed czasem, za pamięci dobrej, ten testament ręką moją napisać, abym duszy nie zatracił, ale z tym lepszym przygotowaniem na Sąd straszny Boży ją stawił …

W dalszych zdaniach testamentu następują liczne dyspozycje pieniężne. Dano je do kościołów: pabianickiego, łaskiego, lutomierskiego farnego i oo. reformatów  - również dla oo. franciszkanów i dominikanów w Piotrkowie. Oprócz tego zona miała znaleźć człowieka dobrego, by umówić się z nim co do odmawiania przez cały rok różańca (w niedzielę cały, a w poniedziałki, środy i soboty jego części). Pragnął być pochowany w kruchcie kościoła farnego, gdzie zasiadało ubóstwo szpitalne.

Często umierający wyznaczali egzekutorów testamentów. Przeważnie byli to pleban, wikary lub organista. Niekiedy testamenty posiadały bogatą treść informującą nie tylko o dochodach księży, ale również o praktykowanych ceremoniach żałobnych. Testament mieszczanina Mateusza Kucowskiego zaleca, aby na pogrzeb jego ciała przeznaczyć 100 złp. Na obrusy i alby do kościoła pabianickiego dać 100 złp. W rocznicę śmierci miano odprawić mszę po której miał być wydany obiad dla kapłanów i ubóstwa na który to przeznaczał 100 złp.

Tarcica i robota trumny kosztowała 2 złp 8gr. Proboszcz szpitalny wziął za wyprawienie ciała 8 złp 28 gr oraz 7 złp na mszę żałobną roczną. Ludzie niosący sprzęt ceremoniałowi otrzymali 12 gr. Po pogrzebie urządzono tzw. obiady żałobne. Pierwszy dla ubóstwa kosztował 3 złp  8 gr, drugi tzw. solenny na który zakupiono korzenie, kury, gęsi i inne produkty kosztował 34 złp 11 gr.

Jak widzimy z powyższego okolicznościowe zyski duchowieństwa są wysokie. Charakterystycznym rysem obyczajowym jest fakt, iż traktowano uczty pogrzebowe jako niezbędną część ceremonii kontynuując tym samym dawne zwyczaje.

Zajścia na terenie kościoła lub z osobami duchownymi występowały z tego powodu, iż znajdowały się w dwóch kościołach w Pabianicach wspomniane skrytki. Natężenie spraw o kradzieże żywności, ubrań, pościeli czy nawet uprzęży spotykamy w latach 1704-1717. A więc w okresie, kiedy Rzeczypospolita stała gościńcem dla różnych wojsk. Mieszczanie obawiając się rabunku chronili swój dobytek do kościołów, kryjąc go w skrzyniach stojących w kruchcie, na chórze, za wszystkimi ołtarzami, nawet na strychach, za belkami i pod podłogą. Kradzieży przechowywanych rzeczy dokonywali niektórzy z tych mieszczan, którzy złożyli tam swój dobytek.

Szczególnie nieprzyjemny wypadek zanotowano w  r. 1717, kiedy mieszczanin pabianicki Wojciech Markowicz niebaczny na fakt, że ludzie jeszcze z kościoła nie wyszli po nieszporach, zaczął odrywać deski z podłogi kaplicy św. Anny ściągając przy tym obrusy i równocześnie „zelżył słowy niepoczciwymi” kościelnego i proboszcza. W czasie składania zeznań oświadczył, iż przyszedł po mąkę na chleb. Sąd wójtowski skazał go na więzienie oraz oddanie 2 wrębów wosku i 3 grzywien kary.

Dla lepszego uwydatnienia stosunkowo płytkiej religijności u mieszczan mogą posłużyć dalsze przykłady tyczące się zabobonności. Pierwszym ciekawym przypadkiem wskazującym  na trwanie  w świadomości u mieszczan przeświadczenia, że diabeł jest wszędzie i wniknąć może w człowieka przy lada okazji są słowa zaklęcia wypowiedziane przez jednego z mieszczan podczas zabawy. W odpowiedzi na zarzuty, które mu stawiano, „mając szklanicę piwa w ręku rzekł: bodajbym w tej szklanicy diabła wypił, żebym miał dać znać Świderkowej o tej dziewce”.

Drugi nie mniej ciekawy przypadek wystąpił u schyłku XVII w. Burmistrz miasta po rozbiciu ręki przy potknięciu się o kamień przed domem  cechmistrza posądził jego i żonę o „posadzenie na kamieniu diabła”. W istocie tego rodzaju oskarżenie trudno udowodnić i dla tego  nakazano, aby obie strony „stawiły dostateczne świadectwo dla lepszego wyrozumienia”.  Prawdopodobnie do dzisiejszego dnia nie mogły tego uczynić, a szczególnie podejrzliwy i zabobonny burmistrz.

Bezpośrednią przyczyną spraw o zadawanie czarów są kłótnie i bójki. Szczególnie kobiety w czasie zatargów z sobą doszukiwały się w swej przeciwniczce cech, które można by podciągnąć pod nazwę czarostwa. W ten sposób nastąpiło oskarżenie o czary mieszczki o to, że gdy jedna wychodziła z domu, to druga stale jej przechodziła drogę.

Wyzwiska w rodzaju „czarownico, czarownico, na którą diabły wołają” lub „czarownico głownico” padają często i dopiero wtedy oskarżano się wzajemnie, gdy do tej haniebnej zelżywości dochodziły obrażenia fizyczne. Mimo tego, że podobne wypadki świadczą o zabobonności wśród poddanych włości nie wystąpił w badanym okresie czasu proces o czary. Regestr ciemnoty nie powiększył się o tą najstraszniejszą pozycję godną  sadów inkwizycji.

Prawdopodobnie sytuacja zmieniała się na lepsze w latach 70., gdyż w uwagach lustratora czytamy: „Parafianie brzydzą się wszelkimi zabobonami (…) w przyjaźni przykładnie żyją”.

Reasumując przytoczone uwagi, należy podkreślić, że ekscesów dopuszczała się tylko część mieszczan i włościan, a już minimalna była liczba ciężkich przestępstw na przestrzeni lat w porównaniu z ogólną liczbą ludności.

Morowe powietrze

Dla dokładniejszego zobrazowania życia miasta i okolicy, należy przytoczyć kilka uwag o stanie zdrowotnym miasta i o wypadkach, które przerywały jego mniej lub bardziej pomyślną egzystencję. Do najbardziej tragicznych następstw dochodziło wtedy, gdy w mieście wybuchały zarazy tzw. morowego powietrza. Pod tym pojęciem należy rozumieć czarną ospę i cholerę. Ludność w czasie ich trwania była dziesiątkowana a miasto pustoszało.

Księgi miejskie notowały akta sprzedaży ról i domów po zmarłych właścicielach. Zarazy w Pabianicach występowały w XVII w., ale szczególnie silne natężenie posiadały w latach 1706-1710, kiedy to wybuchały rok po roku.

W tym czasie znajdujemy notatkę o jednym z mieszczan, który przeniósł się na czas trwania epidemii do tzw. brogów pańskich, gdzie zapewne i więcej chodziło mieszczan.

Grozę sytuacji powiększał fakt nieznajomości zasad higieny osobistej i opłakane warunki sanitarne w mieście. Zagęszczenie rodzin robiło swoje, ludność umierała bez żadnej pomocy, zresztą nikt jej nie potrafił udzielić uważając, że zaraza jest karą Bożą. (…) Za najbardziej skuteczne uważano: specjalne modlitwy do św. Sebastiana i Rocha. Najczęściej przed najbardziej zagrożonymi ulicami wkopywano krzyż święty, który miał powstrzymać zarazę.

Skuteczniejszymi środkami były specjalne przepisy o usuwaniu zarażonych z miasta, zamykaniu ich domów i nieprzetrzymywaniu wędrownych osób w mieście. Najbardziej rozpowszechnionym środkiem były przeróżne leki domowe i potrawy, które według zagrożonych zarazą były najlepsze z własnego rozumienia lub porady drugich.

Jak w omawianym okresie przedstawiała się opieka lekarska nad ludnością wzmiankują zapisy. Funkcję lekarza spełniał cyrulik, którego spotykamy przypadkowo w domu mieszczanina. Występuje on pod imieniem Pawła Cyrulika. Zapewne utrzymywanego przy staroście dla potrzeb dworu i być może plebanii, i miasta. Dla drugiej polowy XVII w. nie mamy relacji z oględzin dokonywanych przez niego wśród poranionych w bójkach. Należy przypuszczać, że obok funkcji „lekarskich” spełniał też typowo fryzjerskie, tzn. golenie bród administratorów, księży i co zamożniejszych mieszczan.

Pierwszą wzmiankę o „medycznej działalności” cyrulika nazywanego Jerzym spotykamy w r. 1704 kiedy dokonał oględzin poranionego mieszczanina a następnie opatrzył go w urzędzie wójtowskim. Z tych samych lat jest wzmianka o cyruliku lutomierskim, był nim niewierny „Lowkowicz”. Później przez długi czas brak jest o nich wzmianek, a oględzin zwłok dokonują przysięgli w urzędzie wójtowskim.

Dalsze wiadomości znajdują się w innym typie źródeł jakimi są księgi rachunkowe. W pozycji wydatków w latach  1771 -72 wystąpił zapis: felczerowi od kuracji pachołków uczestniczących w konfederacji zapłacono 300 złp.

Na podobną pozycję z szerszym omówieniem natrafiamy w r. 1777 kiedy wzmianki mówią : „Doktorowi od kuracji poddanych chorych na francuską chorobę wypłacono 182 złp.

Jest to jedna z pierwszych wzmianek o tej chorobie w Pabianicach. W notatce z r. 1784 czytamy, „iż Imć Doktorowi Masborgowi dla wygody ludziom w dobrach dla kuracji i za pół roku dano 108 złp.” Uposażenie to nie jest wysokie, gdyż pensja ekonoma wynosiła  800 złp rocznie, a rachmistrz otrzymywał 500 złp. Prawdopodobnie też doktor Masberg opuścił włość a na jego miejsce sprowadzono felczera, który w ostatniej tabeli zapłaty pobierał pensję w wysokości 400 złp oraz dodatkową zapłatę w naturaliach.(…)

Na podstawie źródeł można stwierdzić, jakie główne choroby panowały wśród mieszkańców. W pierwszym rzędzie będzie to tzw. morowe powietrze, następnie gruźlica i lues. Przyrost naturalny nie mógł być duży ze względu na wysoką śmiertelność noworodków spowodowaną niewłaściwym odbieraniem niemowląt, brakiem higieny i ospą. Ze względu na złe warunki sanitarne miasta i zagęszczenie osób w izbach, choroby posiadały specjalne trwałe podłoże i ogniska. Tam gdzie panowała nędza i brud tam występowała choroba. O tym do jakiego stopnia niektórzy z mieszkańców byli brudni i zaniedbani może nam posłużyć dalszy zapis. W okresie największego zubożenia miasta często słyszymy skargę, iż „kołtuny mi z głowy naobrywał”. Jest to przykry objaw wystąpienia tej charakterystycznej „choroby” cechującej najniższy stopień kultury i higieny osobistej człowieka. (…)

Piśmiennictwo

Na podstawie zachowanych źródeł możemy wniknąć głębiej w życie kulturalne miasta, by przekonać się, ze nie było ono wówczas zbyt ciasne i ograniczające się do jednostek. Można podzielić poddanych  na: a) piszących i czytających; b) analfabetów i półanalfabetów.

Pierwsza grupa „wykształconych” ograniczała się do personelu administracyjnego dóbr, księży, pewnej części mieszczan i dzieci w wieku szkolnym. Do drugiej zaliczamy doły mieszczańskie oraz chłopów wsi okolicznych, dalej służbę dworską i folwarczną.

Trudno jest ustalić dane liczbowe dla tego podziału, lecz dla przykładu można podać, ze funkcje w zarządzie włości, które wymagały znajomości pisania, czytania i rachowania pełniło 8 osób. Nie do sporadycznych wypadków należało własnoręczne spisywanie swej ostatniej woli przez mieszczan, lub składanie podpisów pod zeznaniami. Zdarzało się, że odbywało się to przy pomocy drugiej osoby, tj. pisarza a wtedy podpis poprzedzały słowa „ręką trzymaną” lub gdy strony zainteresowane stawiały, mniej lub więcej udane, krzyżyki.

W mieście napotykamy na książki. Spotykamy je u mieszczanina Latkowskiego, który wspomina o przekazaniu ksiąg swych wnukowi. Zamek posiadał swoje książki. W r. 1776 w tabeli wydatków znajdujemy pozycję: „Za książkę konstytucji zapłacono 51 złp.”

Czytanie ograniczano do minimum, właściwie stanowiło ono integralną część wykonywanych funkcji publicznych czy liturgicznych.

Można wykazać w pewnym schemacie ogniska produkcji piśmienniczej na terenie włości:

Administracja włości: 1) starosta i ekonom – listy urzędowe i prywatne; 2) ekonom i pisarze – tabele lustracyjne i księgi rachunkowe z wpisami tekstów i liczb; 3) pisarze folwarczni i browarni – notaty włączane do księgi lustracji lub rachunków.  

Urząd Miejski (radziecki i wójtowski): 1) pisarze prowadzący księgi miejskie.

Cechy: 1) pisarze protokólanci zapisujący składki, wybory, zapisy na uczniów, wyzwoliny.

Plebania: 1) prowadzenie ksiąg metrykalnych, zgonów, ślubów. Zapisy o spłacie ciężarów należnych od chłopów i miast, listy.

Część mieszczan: 1) składanie podpisów, pisanie skarg, testamentów i ewentualna korespondencja.

„Patrycjat” i biedota

(…) pewna grupa mieszczan posiadała największą ilość gruntów uprawnych i łąk tworzyła jakby patrycjat miejski. Księgi miejskie  w przeciągu kilkudziesięciu lat notują transakcje zawierane głównie między nimi. Oni też wchodzą w skład wybieralnych władz miejskich. Nazwiska rodzin piastujących godności miejskie jak Kuczewskich, Możyszkowiczów, Turskich, Derskich, Masławkowiczów i Latkowskich powtarzają się kilkakrotnie w ciągu przykładowo podanych 15 lat. Prawdopodobnie oni posiadali stosunkowo najwyższą stopę życiową. Resztę  mieszczan stanowili rzemieślnicy rekrutujący się z małorolnego mieszczaństwa, lub częściowo komorników, do grupy tej można zaliczyć terminatorów z różnych rzemiosł.

Biedota miejska składała się z komorników, służby i tzw. ubóstwa, czyli dziadów i bab szpitalnych wegetujących na jałmużnie i chlebie dworskim. Dla wyjaśnienia jaki odsetek w miasteczku stanowili mieszczanie zamożni posłużą nam nazwiska osób dokonujących transakcji sprzedaży i kupna w Urzędzie Zabopólnym (urząd miejski). Nazwiska o dużej częstotliwości  nie przekraczają liczby 24 osób. W tym czasie w Pabianicach przeciętna ilość domów wynosi 86. Po przemnożeniu liczby pabianickich „patrycjuszy” przez 5 (mnożnik dla rodziny) otrzymujemy sumę 120 osób. Na jeden dom wliczamy co najmniej 8 osób (rodzina komorników lub służba). Co czyni po przemnożeniu ilości osób i domów 688 mieszkańców. W zestawieniu tych dwóch liczb można w przybliżeniu podać, iż zamożniejsi mieszczanie w danym okresie czasu stanowili 18 proc. ogółu mieszkańców.

„Patrycjusze” działali  najczęściej w samorządzie, cechu lub bractwie. Oni  również zajmowali się pędzeniem  piwa i gorzałki.  

Na skutek licznych obciążeń majątek poszczególnych rodzin nie przedstawiał się okazale, a szczególnie można to odnieść do stosunków panujących na wsi. Ilość pogłowia w oborze wystarczała prawie na obróbkę pańskiego gruntu i osiadłego. Na podstawie zapisów testamentowych wynika, że półrolnik we włości posiadał przeciętnie  4 sztuki bydła, 2-3 cielęta, 1-2 konie.

W mieście znajdujemy podobne liczby dla stanu dobytku bogatszych mieszczan, gdy średniozamożni posiadają co najwyżej po 2 krowy. (…)

Dla dokładniejszego przedstawienia stanu majątkowego ludności, należy zwrócić uwagę na sprzęt domowy oraz ubiory. Zasadniczymi elementami wnętrz domów są ławy najczęściej koło pieca i łóżka, i półki na naczynia, które rozwieszano na ścianie. Nie we wszystkich domach natrafiamy na stoły, krzesła , szafy i skrzynie „stolarską robotą robione”. Do naczyń  kuchennych zaliczamy: talerze i miseczki cynowe, półgarncówki, garnce (prawdopodobnie cynowe lub gliniane) i łyżki. Bogatsi mieszczanie posiadają nawet srebrne łyżki.

U mieszczan zajmujących się pędzeniem piwa i gorzałki wystąpi garniec cynowy, kocioł i garniec gorzałczany z przykrywką zaopatrzony w rurkę destylacyjną.

Pościel na wsi i w mieście ogranicza się do poduszek i pierzyn. Dużo materiału wniosły księgi miejskie odnośnie do noszonych strojów. Spódnice, koszule, fartuchy, sukmany i kontusze szyto z sukna, jedwabiu, lnu, a gorsze robocze okrycia sporządzano z konopi. Kolory sukna występują rozmaite: wiśniowy, czerwony, błękitny i zielony.

Świąteczne ubiory bogatsi mieszczanie szyli z atłasu i adamaszku.

Ubiór kobiety składał się ze spódnicy uszytej najczęściej z sukna, z wełniaka, fartuszka, zapaski, katanki (kurtka), lnianej podwiki (chusty), koszul lnianych bielonych, kabatu (kaftanik) a niekiedy nawet sznurówki (gorset).

Niektóre z mieszczek posiadały większą ilość odzieży a szczególnie kabatów np. kabat kitajowy, czerwony, czerwono-karmazynowy, zielony. Co zamożniejsza posiadała specjalne czamary na dni świąteczne np. adamaszkowe lub „tureckie”. Przeważnie nakrycie głowy stanowiły chusty i podwiki.

Ubiór mężczyzn ograniczał się do sukmany lub żupana sukiennego, spodni z płótna lub sukna wraz z kamizelką oraz koszula lniana. Niekiedy w testamentach mieszczan są podawane szczegóły  bogatszego ubioru, jak kontusz z baranami, kontusz błękitny ze srebrnymi guzikami, żupan ze srebrnymi guzikami lub suknia podszyta srebrem lub bez podszycia. Pasy noszone były przez mężczyzn i kobiety. Chłopi nosili zwykle  skórzane, gdyż w mieście występują „kamelowe, czerwono-pstre, y srebrne paski pozłociste złożone z wielu kółek.”

Handel

W Pabianicach dzięki pobytowi władz administracyjnych, dalej dzięki występowaniu przemysłu przetwórczego i zróżnicowanego rzemiosła wytworzyły się dogodne warunki dla handlu wewnętrznego i zewnętrznego. Należy jednak pamiętać, że znajdował się on pod kontrolą administratorów, którzy w pierwszym rzędzie dbali o to, aby handel ułatwiał im większe operacje towarowo-pieniężne. Handel wewnętrzny spotykamy w codziennym jego przejawie na terenie szynków miasteczek i wsi, do których mieszczanie i chłopi przychodzili nabyć gorzałkę, piwo lub inne artykuły pierwszej potrzeby. Towarami, które odgrywały pewną rolę w budżecie poddanych i administracji dla pierwszych w znaczeniu in minus dla drugich in plus był handel solą i śledziami. Sól będąc artykułem pierwszej potrzeby, posiada mimo to słabą elastyczność popytu, dlatego też, nie mogła być wchłaniana w dowolnych ilościach.

Podobnie przedstawiała się sprawa ze śledziami, na które zapotrzebowanie jest niewspółmiernie niższe. Tak sól jak i śledzie sprowadzano, a więc jako towary importowe zawierały w swej cenie wszystkie te nadwyżki, których towar wyprodukowany i sprzedany na miejscu nie posiada. Do ceny bowiem wliczano koszt transportu i myt, a dopiero do sumy globalnej doliczano marżę zarobkowa, którą dowolnie ustalano z tego powodu, że transport i sprzedaż soli i śledzi traktowano jako monopol pański. Kupcy wędrowni w tym czasie  nie zajmowali się przewozem wyżej wspomnianych towarów, gdyż spotykali się z ograniczeniami ze strony posiadaczy feudalnych. Woleli oni też handlować drobiazgami bardziej intratnymi czyli tzw. kramarszczyzną.

Śledzie przywożono w beczkach z Gdańska do Włocławka Wisłą. Stamtąd chłopi pańszczyźniani przewozili je do dworu w Pabianicach, gdzie ekonom spełniał funkcję dystrybutora. Następnie dopiero śledzie rozwożono po licznych szynkach skąd mieszczanie i chłopi, chcąc czy nie chcąc, zakupywali je pod przymusem. W tym systemie narzutów, występował z całą jaskrawością istotny stosunek administracji do poddanych. Nie interesowano się bowiem wcale tym, czy rynek wewnętrzny wykazuje zapotrzebowanie na dany towar, czy też nie. W pewnych latach kiedy zakupywano większe ilości śledzi, chcąc równocześnie uniknąć smutnych następstw działania prawa popytu na kształtowanie ceny narzucano przymusowo zakup całego transportu śledzi lub soli.

Mieszczanie protestowali przeciwko takiemu stanowi rzeczy w następujący sposób, pisząc w skardze: „Śledzi beczki choćby najpodlejsze brać musimy bez względu na to czy nadają się do jedzenia czy też nie”. Administracja nie chciała również ponieść straty w wysokości 82 złp 80 gr (tyle kosztowała beczka śledzi) i odpowiadała w ten sposób: „ Jeżeli mieszczanie nie mogą zjeść śledzi niech pokryją chociaż koszt zakupu i cła na granicy pruskiej, choćby to nawet było przed wyszynkowaniem.” ‘

Podobnie przedstawiała się sprawa z solą. Zakupywano ją w żupach Wieliczki i Bochni, a ze względu na transport wodno-lądowy handel znalazł się znów w ręku administracji, która zmuszała mieszczan do zakupu jej w dowolnie sprowadzonych ilościach. Mieszczanie skarżą się, ze dwór narzucił im podwójna ilość soli, którą mieli zużyć w ciągu roku, tj. z 4 na 8 beczek licząc za jedną po 84 złp. Dawniej sprzedawano im po 80 złp za beczkę. Administracja wyjaśniła to w następujący sposób, iż beczka soli poprzednio kosztowała w żupach 56 złp 6 gr, zaś po roku 1772 cena podniosła się do 60 złp dlatego wiec  zmuszeni byli podnieść cenę do 84 złp. Mimo powyższego tłumaczenia spostrzegamy, iż marża zarobkowa administracji jest wysoka i sięga 26 proc.

Sól sprowadzano z Bochni i Wieliczki dwoma drogami. Jedną z nich jest droga lądowa, traktem wiodącym od Krakowa przez Częstochowę i Rzgów do Pabianic. Druga wodna – Wisłą do Włocławka, by następnie posłani chłopi przewieźli swym sprzężajem do miasta. W latach 70. XVIII w. sól częściowo sprowadzano ze Suchedniowa. Dwór zarabiał na imporcie wymienionych towarów dwukrotnie (chłopi jeździli w okresie małego natężenia pracy na roli), a więc i zmniejszał swe koszty własne do minimum. Po drugie przymus zakupu zapewniał stały dochód, który mogli obracać na zaspokajanie licznych potrzeb dworu.

Omówiony handel artykułami o charakterze monopolowym – sól, śledzie, ani ze względu na słabe zróżnicowanie nie obejmuje całości zagadnienia. Dlatego też, by przedstawić całokształt życia handlowego miasta i wsi należy zjawić się w mieście w czasie jednego z siedmiu dorocznych jarmarków. Do roku 1699 istniały w Pabianicach tylko trzy dni jarmarczne w ciągu roku. Na św. Agnieszkę, św. Józefa i św. Mateusza. Przywilej królewski z r. 1699 dodaje 4 nowe: sobota przed Niedzielą Palmową, na św. Aleksego w lipcu, św. Wawrzyńca w sierpniu i druga niedziela listopada na uroczystość dedykacji kościoła w Pabianicach. Oprócz tego we wtorek i piątek odbywały się targi.

Powodem nadawania przywilejów jarmarcznych jest wyraźna chęć ożywienia miasteczek przez ściągnięcie do nich ludności wiejskiej, zaopatrującej się w towary wynoszone przez rzemieślników, lub przywożone przez wędrownych kupców jarmarcznych. W Pabianicach i Rzgowie po wojnie północnej sytuacja stopniowo się poprawiła, ilość rzemieślników stopniowo wzrastała, a więc zwiększały się również obroty towarowo-pieniężne, tym samym dochód indywidualny.

Miasto w czasie jarmarku lub targu zupełnie zmieniało swój charakter. Z cichego, rolniczo-rzemieślniczego zamieniało się w zgiełkliwe, pełne mieszczan i chłopów przybyłych ze Rzgowa i wsi, którzy zapełniali Stary i Nowy Rynek produktami rolniczymi, rzemieślniczymi i bydłem, a wąskie uliczki zastawiali wozami zaprzężonymi w woły a niekiedy i konie. Wymiana pieniężno-towarowa nie tylko odbywała się wśród ludności wsi i miasteczek znajdujących się na obszarze włości. Zapewne jednak, rzemieślnicy Pabianic i Rzgowa dostarczali na rynek artykuły cieszące się dużym zapotrzebowaniem.

W dni jarmarczne przyjeżdżali kupcy z innych miast i miasteczek przywożąc z sobą produkty rolne, wyroby rzemieślnicze, najczęściej tzw. hamburszczyznę, czyli różne przedmioty począwszy od sukien zagranicznych różnokolorowych, naczyń ozdobnych, sprzętów i narzędzi gospodarstwa domowego, do świecidełek kobiecych i dewocjonaliów. Zjawiali się również na jarmarkach żydzi, będący handlarzami bydła i koni. Administracja w tym czasie rozsyłała służbę na krańce miasteczka – na drogi, aby tam zbierać opłaty jarmarczne i targowe. Zamek zastrzegał dla siebie prawo wyłączności kupna pewnych towarów. Niekiedy chłop przywiózłszy produkty rolnicze do miasta musiał sprzedać je zaraz na Zamek.

Dwór najchętniej nabywał jęczmień, chmiel, siano i miód, aby po tym napisać: „miody od chłopów kupowano a w beczki napakowawszy do Wrocławia posyłano, a za to sukno brano i korzenie na wygodę pańską”.

I tak wosk skupował tylko dwór, który płacił według cen targowych. Za sprzedaż wosku w innych miasteczkach groziła kara 3 grzywien. Chmiel cieszył się również dużym zapotrzebowaniem z tego względu, iż niezbędny był w browarnictwie. Niekiedy stawał się on przedmiotem dalszej sprzedaży na zarobek, szczególnie w okresie drożyzny. Grzyby, jałowiec także skupowano, łącznie ze zwierzyną z okolicznych lasów, co czyniono przez gajowych, którzy dopiero powyższe artykuły dostarczali zamkowi. Rzemieślnicy miasteczek sprzedawali swoje różnorodne wyroby kupując dla siebie surowiec. Przyjmowali nowe zamówienia, udzielali wzajemnie pożyczek, które im gwarantowano w urzędzie miejskim (radzieckim).

W międzyczasie straż targowa pilnie strzegła w mieście porządku. Jeśli ktoś zakłócił spokój lub usiłował dokonać kradzieży przyprowadzano go na zamek i tam zamykano w budynku więziennym, gdzie czekał na rozprawę przed sądem wójtowskim.

Dwór obok pewnych z góry zastrzeżonych dla siebie towarów, które odkupywał od chłopstwa niekiedy musiał czynić zakupy w większych miastach, takich artykułów jak materiały piśmienne, naczynia stołowe, wina gatunkowe, gwoździe, szyny żelazne, radlice, wałki żelazne, tytoń, szkło, wapno, jęczmień, anyż za które zapłacono 15.503 złp.

W okresie nieco wcześniejszym, bezpośrednio przed pierwszym rozbiorem, wydatki na zakup towarów spoza granic włości są większe gdyż związane zostały z wyprawą pachołków do konfederacji barskiej. Wydano wówczas 68.514 złp 19 gr. Wyżej wymieniona suma obejmowała koszt kupna 80 koni, pewnej ilości sukna, pasów, czapek, guzików; następnie część jej przeznaczono na zakup nowej broni i reperację starej, oraz kupno kulbak, flint, strzemion, skór, prochu i ołowiu. Nadto opłacono komendę Imć P. Biernackiego, Stowanowskiego i Rychłowskiego, oraz opiekę felczerską. Ze swych zapasów przeznaczono połeć słoniny i cielę do Fortecy Jasnogórskiej.

Handel wywozowy włości obejmował następujące artykuły: zboże, bydło, konie, wełnę, skóry, tarcice, potaż i miody. Najwięcej danych zachowało się odnośnie handlu zbożem. Eksportowano go do Gdańska. Odcinek dzielący Pabianice z Włocławkiem pokonywali chłopi pańszczyźniani wożąc swoim sprzężajem zboże do spichlerza włocławskiego. Stamtąd, jak lustrator podawał: „wywóz zboża pierwszy zawsze był w pamięci i człeka sprawnego do Gdańska posyłano ze szkutami. Te zaś szkuty najemne bywały  i trakt od nich płacono według zwyczaju z Włocławka do Gdańska”. Zapiski z dalszych lat informują o tym, że administracja włości posiadała swoich stróżów w Gdańsku. Na szkuty ładowano zboże przy pomocy siły najemnej, gdyż ekspensa wzmiankuje o zapłacie dla ładowaczy.

W okresie 13 lat (1765-1777) wydatki na komorę polską, pruską oraz opłatę szypra wyniosły 30.147 złp 24 gr i 1 szeląg. Administracja sprzedawała również zboże Warszawie i Częstochowie, gdzie opłacała wynajęte spichrze, płacąc za nie w wyżej wymienionym okresie 28 złp 18 gr. Sprzedawano żyto, pszenice i owies.

Do innych produktów należały: bydło, skóry, wełna, miód, pierze, które to ostatnie wywożono głównie na Śląsk. (…)

Handel stanowił niezbędny czynnik regulujący życie gospodarcze przez swą funkcję wymiany pieniądza i towarów. Dzięki handlowi rósł dochód z włości. Handel był zarazem czynnikiem wiążącym posiadłość ze stolica i innymi miastami Rzeczypospolitej i Prus. Rozładowywał on niekorzystny objaw gospodarczy jakim jest samowystarczalność lub ewentualnie ograniczony handel. Wymiana towarowo-pieniężna poddanych poza granicami włości była postępowym objawem wyłamywania się z ekskluzywnego charakteru gospodarki pańszczyźnianej.

Podróże związane z handlem wpływały również w pewnej mierze na rozszerzenie horyzontów myślowych u poddanych, na ściślejsze zespolenie ich z wypadkami politycznymi, które wstrząsały Rzeczpospolitą w XVIII w.

Szkoła

W roku 1670 kapituła daje mieszczanom nakaz by wystawili budynek szkolny. Świadczy to o tym, że przed wymienioną datą, nie było oddzielnego pomieszczenia i szkoła mieściła się prawdopodobnie przy plebanii co w małych miasteczkach jest częstym zjawiskiem. W parafialnych szkołach uczyli bakałarze, wikarzy i organiści  „nie tyle litteras co ćwiczeń pobożności i katechizmu”.

(…) Obszerną i bardzo ciekawą wzmiankę o dobrze utrzymanej szkole posiadamy dopiero z r. 1779, która jest tak wiele mówiąca, iż nie wymaga specjalnych komentarzy:

„Szkółka w tym miasteczku jest prywatna, w której się dzieci czytać uczą. Bakałarz sławetny Adryan Chojnacki, obywatel pabiański, żonę mający, pobożny y trzeźwy, który powinności swojej uczenia dzieci zadość czyni. W tej szkółce są dwie izby, jedna dla chłopców i druga dla dziewcząt, żadnej jednak fundacji nie masz na to, tym się tylko kontentuje, kto mu co da od dzieci”.



Historię miasta w XVII i XVIII wieku  rozwijają „Dzieje Pabianic”, 1968. Autorzy  w duchu marksistowskim  przedstawiają trudny los mieszczan „jęczących w jarzmie dworu i kościoła”.

Mieszczanie

Zachowało się stosunkowo dużo materiału źródłowego na temat odzieży mieszczan pabianickich. Odzież ta w zasadzie nie różniła się od tej, jaką nosiło mało lub średnio zamożne mieszczaństwo w innych, nawet dużych miastach Polski. Szyto ją z tkanin wełnianych, lnianych, konopnych i jedwabnych. Na świąteczne okrycia używano cienkiego, sprowadzanego sukna w kolorze wiśniowym, czerwonym, błękitnym i zielonym, względnie jedwabie, atłasy i adamaszki w kolorze „pozłocistym”, zielonym, czerwonym, karmazynowym i błękitnym. Na odzież roboczą  używano przeważnie grubego, tzw. ordynaryjnego sukna oraz „poczesne” (proste), miejscowej roboty tkaniny lniane i konopne.

Strój mieszczek, w zależności od ich stanu majątkowego, składał się z różnej ilości i różnego gatunku kolorowych spódnic-wełniaków, zapasek, kabatów, koszul „białogłowskich” zwanych gzłami i sznurówek. Nakrycie głowy stanowiły wzorzyste podwiki (chusty) lub ozdobne czapeczki „tureckie”, adamaszkowe.

Grube, wełniane pończochy noszone były przez kobiety i mężczyzn. Już jednak w XVIII wieku znane były pończochy bawełniane i jedwabne w kolorach białym, różowym, ceglastym, zielonym i czarnym.

Bliższych danych na temat noszonego w Pabianicach obuwia brak. Wiadomo jednak, ze miejscowi szewcy sporządzali dla administracji dworskiej obuwie szyte. Należy też przypuszczać, że obuwie damskie i męskie swymi fasonami i gatunkami nie różniło się wiele od tego, jakie rejestrowały inwentarze niezamożnych rzemieślników z Poznania, względnie jakie kupowane było przez pospólstwo krakowskie w Sukiennicach. Z tych to źródeł dowiadujemy się, że obuwie noszone przez kobiety w porze letniej (oczywiście tylko od święta) było płytkie, na obcasach wysokich, niezbyt cienkich. Szyto je z różnych gatunków skóry – przeważnie jagnięcej oraz kurdybanu i aksamitu. W zimie noszono buty wyższe, skórzane, podbite tkaniną wełnianą lub futrem.

Strój mężczyzn składał się ze spodni szytych z sukna lub płótna, koszul lnianych lub jedwabnych, kontusza, sukmany, żupana i czamary. Kontusze i żupany były najczęściej lamowane lub podbijane barankiem, jedwabną srebrzystą podszewka oraz ozdabiane srebrnymi guzikami. Jest rzeczą charakterystyczna, że w zachowanych inwentarzach ruchomości mieszczan pabianickich nie napotykano na męskie nakrycia głowy. Wiadomo jednak, że w Poznaniu i Krakowie były to nakrycia różnych kształtów i kolorów, a więc czapki okrągłe, podłużne, czworograniaste (rogatywki), „skrzydlate” (przypuszczalnie z rondem), niskie i wysokie – w kolorach czerwonym, niebieskim, fiołkowym. Niektóre z nich obszywane były materiałem lub barankiem. Kolor czapki dobierano przeważnie do kontusza, który na  terenie Pabianic noszony był nie tylko przez szlachtę, ale i mieszczan. W zimie lekkie nakrycia głowy zastępowano baranicami, kołpakami i kapuzami z sukna lub futra. Niewątpliwie mieszczanie –rolnicy nosili w czasie prac polowych, podobnie jak chłopi, kapelusze plecione ze słomy.

W Pabianicach noszono się po polsku. Nie znaczy to jednak, ze wpływy obcej mody nie docierały do miasteczka, tyle tylko, ze podlegał im raczej dwór, a nie mieszczanie. Wiadomo np. że służba dworska na zamku nosiła „zagranicznym zwyczajem” liberię.

Dużą ozdobą stroju polskiego były pasy. Sporządzano je ze skóry, tkanin i metalu. Inwentarze nieruchomości mieszczan pabianickich z pierwszej połowy XVIII wieku dowodzą, że posiadali oni pasy „kamelowe”, czyli kamlotowe [tkanina z wełny czesankowej] „czerwone pstre” oraz srebrne paski pozłociste, złożone z wielu kółek”.

Nie posiadamy bliższych danych co do męskiego obuwia noszonego w Pabianicach. Przypuszczalnie jednak nie różniło się ono wiele od wyrabianych i sprzedawanych przez szewców w innych miastach, a więc były to przeważnie buty juchtowe [z wyprawionej skóry bydlęcej] – wysokie z cholewami, lub trzewiki płytkie z cielęcej skóry zwane ciżmami lub mesztami.

Mówiąc o ubiorach, których zróżnicowanie było widomym znakiem stanu majątkowego i przynależności społecznej, trzeba osobno wspomnieć o specjalnej odzieży noszonej przez podopiecznych z miejscowego szpitala parafialnego, czyli biedotę pozbawioną środków utrzymania. Otóż osoby te, zwane najczęściej dziadami i babami szpitalnymi, administracja dóbr pabianickich okrywała własnym sumptem. Ubiór ich składał się z sukiennych peleryn w kolorze granatowym, na których były przyszyte czarne lub czerwone krzyże, jako symbol miłosierdzia, a zarazem cierpienia i ubóstwa.

Pożywienie i higiena

Problemy pożywienia mi higieny osobistej były ściśle z sobą związane. Na plan pierwszy wysuwała się sprawa wody. W Pabianicach, podobnie jak w innych miastach dawnej Polski, kwestia ta przedstawiała się bardzo niekorzystnie. Z lustracji XVII i XVIII-wiecznych dowiadujemy się, że wodę do użytku domowego czerpano z nielicznych płytkich i zanieczyszczonych, odkrytych studzien prywatnych lub bezpośrednio z rzeczki Dobrzynki. Wodę nabierano kubłami przy pomocy żurawi. Istniejący w Pabianicach drewniany rurociąg doprowadzał wprawdzie czystą źródlaną wodę, lecz tylko przed ganek zamku – służyła ona potrzebom administracji i browaru dworskiego. Stan taki sprzyjał oczywiście powstawaniu ostrych chorób zakaźnych przewodu pokarmowego – głównie duru brzusznego.

Jeśli chodzi o sposób odżywiania się mieszczan pabianickich, to – podobnie jak we wszystkich miastach i wsiach województw sieradzkiego i łęczyckiego – odżywiano się kiepsko, ilość przeważała nad jakością, a węglowodany dominowały w składzie produktów nad białkiem, tłuszczami i surówkami. Z produktów bogatych w witaminę C spożywano tylko kiszoną kapustę. Włoszczyzna, uprawiana w ogrodzie zamkowym dla potrzeb kuchni dworskiej, nie była rozpowszechniona wśród mieszczan.

Mieszczanie i chłopi składali na zamek oraz na plebanię jaja, drób, miód i sery w formie danin lub na zasadzie pierwokupu. Równocześnie  administracja zmuszała ich do zakupu artykułów o niskim pułapie spożycia, tj. śledzi i soli. Masło, mleko, sery, mięso, słonina były produktami dostępnymi niewielkiej grupie zamożnych mieszczan. Częste zarazy wśród bydła i trzody chlewnej, nieurodzaje względnie rekwizycje w czasie przemarszów wojsk, powodowały klęski głodu.

W podstawowym, przeciętnym zestawie spożywanych potraw dominowały barszcze, bryje, groch, kasza i chleb. Chleb, niezależnie od własnego wypieku, mogli pabianiczanie nabywać w szynku ratuszowym. Oczywiście, w latach urodzaju, wolnych od zarazy i wojen, a także z okazji uroczystości rodzinnych mieszczanie poprawiali strukturę swych posiłków i  nie rzadko odbywały się wśród nich przyjęcia. Różniły się one dalece od wystawnych uczt na zamku, dla uświetnienia których administracja kapitulna  wydawała corocznie pokaźne sumy na zakup węgierskich oraz francuskich win i miodów, korzeni [przyprawy] i cukrów [słodycze].  

Powszechnym zjawiskiem było używanie dużych ilości napojów alkoholowych. W Pabianicach, podobnie jak w innych miastach, wiązało się to z przymusem propinacyjnym, narzuconym przez dwór. Propinacja była podstawowym źródłem pomnażania dochodów z włości i miasta. Wystarczy wspomnieć, ze w drugiej połowie XVIII wieku na około 500 mieszkańców Pabianic przypadały 4 szynki, z których trzy należały do administracji dworskiej (Ratuszny, Zamkowy, Austeria), a jeden do proboszcza (Plebański). Na potrzeby szynków dworskich pracowały gorzelnia i browar zamkowy. W gestii administracji znajdowały się jeszcze 3 browary i 3 gorzelnie w kluczach Dłutów, Gospodarz i Kotliny. Niezależnie od propinacji dworskiej i plebańskiej pędzeniem gorzałki trudniło się w Pabianicach 6, a w Rzgowie 8 mieszczan. Skutkiem nadmiernego spożycia alkoholu pogarszał się stan zdrowotny mieszkańców.

Na stan zdrowia pabianiczan wpływały też inne czynniki – zła woda do picia, kiepskie lub nieracjonalne odżywianie, brak łaźni w mieście [łaźnia miejska istniała w Pabianicach w XVI wieku]i urządzeń kloacznych w domach mieszczańskich, ubój mięsa dokonywany w niehigienicznych warunkach domowych, chowanie osób zmarłych na ostre choroby zakaźne w płytkich mogiłach na cmentarzu kościelnym bądź w podziemiach kościoła. W porze letniej mieszczanie pabianiccy mogli kąpać się w Dobrzynce lub w licznych zastawach młyńskich na Dobrzynce i Nerze. Tylko bardzo nieliczni posiadali w swych domach wanny.

Prawdziwą klęską dla miasta była pojawiająca się co kilka lat tzw. morowa zaraza. Była to epidemia dżumy i czarnej ospy. W latach nieurodzajów i wojen występowały dodatkowo epidemie duru plamistego i brzusznego. Przy złych warunkach sanitarnych i nieznajomości elementarnych zasad higieny można właściwe mówić o endemicznych ogniskach tych chorób w mieście. Największe spustoszenie czyniły zarazy w Pabianicach w czasie wojny północnej, między 1706 a 1710 rokiem. W czasie każdej epidemii ludność, kierując się instynktem samozachowawczym, uciekała z miasta do tzw. brogów (stogów) dworskich, względnie kryła się z całym dobytkiem po okolicznych lasach. Ci, którzy pozostawali w mieście, nie zdając sobie sprawy z grożącego im niebezpieczeństwa, gromadzili się w kościele i zanosili modły do św. św. Sebastiana i Rocha o odwrócenie morowego powietrza, względnie stosowali inne, równie irracjonalne metody walki z zarazą, jak np. ustawianie krzyży na ulicach i rogatkach miasta – miały one powstrzymać rozszerzanie się epidemii. Z okresu wojen i pomorów pochodził zwyczaj ukrywania dobytku w skrytkach za ołtarzami, pod podłogą, za belkami, lub w podziemiach kościoła. Ale i te miejsca nie były wolne od kradzieży, dokonywanych przez niektórych mieszkańców Pabianic, co zanotowano w księgach sądowych.

Prawo i zwyczaje

Religia stanowiła jedną z podstawowych więzi społecznych, która przejawiała się nie tylko we wspólnie odbywanych praktykach religijnych, lecz nasycała swą treścią nauczanie, formy zewnętrznej działalności cechów, życia rodzinnego, wymiaru sprawiedliwości i kontaktów między ludźmi z okazji świąt kościelnych, wesel i pogrzebów. Na terenie Pabianic rola kościoła była zapewne tym większa, iż wiązała się z ekonomiczno-społecznym i administracyjnym uzależnieniem miasta od kapituły krakowskiej. Ale i w Pabianicach w okresie kontrreformacji, upadku oświaty i kultury religijność mieszkańców posiadała raczej zewnętrzny, powierzchowny charakter. Powszechna była wiara w cuda, czary i zabobony oraz hołdowanie zewnętrznym formom praktyk religijnych, które wypełniano z przyzwyczajenia, gwoli tradycji lub nakazu.

Tak zwane konstytucje kapitulne z 1575, 1600 i 1604 r. nakazywały mieszkańcom dóbr pabianickich przymusowe uczestnictwo w mszach w niedzielę  i święta. Do kontrolowania parafian wyznaczono dziesiętników z zamku. Wobec opornych przewidywano kary pieniężne. Zalecenia te powtarzano systematycznie do końca XVII wieku. Można przy tym sadzić, że zasadniczy sens nakazów zamykał się nie tylko w kategorii pojęć religijnych lecz również interesów materialnych. Chodziło bowiem o dodatkowe środki na utrzymanie kościoła i księży przez zbieranie ofiar w pieniądzu i naturaliach, jak również o zwiększanie dochodów z propinacji dworskiej i plebańskiej. Do tradycji należało bowiem, ze po sumie lub nieszporach zapełniały się miejscowe szynki, które obok kościoła oraz domów mieszczańskich były miejscem spotkań towarzyskich i rozrywki. Bez znaczenia był fakt, ze przez nadużywanie napojów alkoholowych przekraczano „prawa boskie” – „żadna zabawa nie obeszła się bez kufla piwa, czy kwarty gorzałki”. Źródła z przełomu XVII i XVIII wieku podają, że w szynkach grali Adam „Skrzypek” i Piotr „Puzonista”. Częstym rezultatem niedzielnych spotkań w karczmie były awantury i bójki, a nawet zabójstwa.

W szczególny sposób dbały władze kościelne o tzw. czystość obyczajów. Zgodnie z postanowieniami cytowanych konstytucji mogły zawrzeć związek małżeński tylko te osoby, które odbyły tzw. doskonalenie. Chodziło zapewne o specjalne nauki przedmałżeńskie. Trwałość związku małżeńskiego miały zapewnić, obok przymusowo egzekwowanych praktyk religijnych, surowe represje wobec osób podejrzanych lub dopuszczających się przestępstw natury moralno-obyczajowej, głównie cudzołóstwa, nierządu i zabójstwa noworodków. Od 1593 r. lustratorzy dóbr pabianickich mieli obowiązek „spisania nierządnich we Rzgowie, które się dziatek dopuscziły”. Zabójstwo noworodków karano z reguły śmiercią.

Wyroki w sprawach karnych chłopów i mieszczan, które miały miejsce na terenie dóbr, ferował wyłącznie pabianicki urząd zobopolny. Od jego decyzji skazani mogli odwołać się do administratora dóbr rezydującego na zamku. Kapitule krakowskiej przysługiwało jednak prawo zatwierdzenia, względnie zamiany kary śmierci na inną (więzienie, grzywnę itp.)

Księgi sądowe miejskie Pabianic zawierają bogaty materiał ilustrujący ówczesna obyczajowość. W sprawie zabójstwa noworodków napotykamy w nich na dwa wstrząsające przykłady. W 1690 r. sąd miejski, nie dając wiary służącej Małgorzacie Urbanównej, że urodzone przez nią dziecko przyszło na świat nieżywe, skazał ją „według prawa bożego” na tortury, a następnie na śmierć. Kapituła krakowska zmieniła ten wyrok. Skazana przeszła przez biczowanie przy pręgierzu in publico foro, a następnie została wypędzona z miasta – słudzy miejscy wyświecili ją do rogatek smolnymi łuczywami.

Drugi wypadek miał bardziej tragiczny finał. W 1702 r. oskarżoną o utopienie noworodka wdowę Reginę Wypychową ze wsi Rypułtowice skazano na zakopanie żywcem do ziemi i przebicie palem. Wyrok został wykonany na rynku w Pabianicach.

Surowości tych wyroków nie może zneutralizować fakt, że na terenie Pabianic kapituła krakowska nie splamiła się procesem o czary i paleniem czarownic, co np. miało miejsce w pobliskiej Łodzi.

Na przełomie XVII i XVIII wieku administracja dworska w Pabianicach i urząd zobopolny korzystały z usług „magistrata” (kata) Franciszka Jana Waxtymiana z Łowicza, który przybywał do Pabianic dla wykonania wyroków śmierci. Śledztwo prowadzono na ratuszu, gdzie przy pomocy tortur, czyli „konfesji mistrzowskich”, wydobywano od podejrzanych zeznania o popełnionych i niepopełnionych zbrodniach. Na podstawie fragmentarycznych materiałów trudno ustalić ilość wydanych wyroków śmierci. Wydaje się natomiast, ze względów ekonomicznych (zachowanie przy życiu siły roboczej) często praktykowano zamianę kary śmierci na tzw. łączną-potrójną. Wówczas skazany podlegał publicznej chłoście pod pręgierzem względnie otrzymywał  na każdym rogu rynku 5—200 plag (razów), następnie płacił wysoka grzywnę w pieniądzach i wosku (1-5 wrębów) na rzecz zamku, urzędu wójtowskiego i kościoła, oraz odbywał publiczną pokutę w miejscowej farze, gdzie – przez kilka niedziel i świąt z rzędu stał w kapie, czyli worku pokutnym lub był zamknięty w klatce, tzw. kunie z postronkiem na szyi, względnie leżał krzyżem pośrodku głównej nawy. Ustalono dla lat 1651-1711  pięć przypadków zamiany przez kapitułę kary śmierci na potrójną, względnie wyświecenie z miasta.

Znamy też wypadek z 1745 r., gdy kapituła nie skorzystała z prawa łaski wobec kramarza pabianickiego Sebastiana Dowidzkiego, który na „konfesjach katowskich” przyznał, że zamierzał dokonać w lesie miejskim mordu rabunkowego na kramarce ze Rzgowa. Został on ścięty na rynku pabianickim przez kata z Łowicza.

Przy ferowaniu wyroków brano pod uwagę kondycję przestępcy. Najsurowsze kary spadały z reguły na służbę miejską i chłopów, w pewnym stopniu, za niektóre przewinienia, także na mieszczan. Szlachta była na terenie Pabianic faktycznie poza zasięgiem jurysdykcji miejskiej i mogła bezkarnie dopuszczać się różnych przestępstw wobec chłopów i mieszczan.

Wśród przestępstw dominowały w Pabianicach sprawy o kradzieże, awantury, przezwiska i bójki, urządzane przez pijaków najczęściej w niedziele, święta, dni targowe i jarmarczne. W życiu mieszczan pabianickich więcej miejsca zajmowała troska o byt codzienny, niż sensacje obyczajowe. Trudno jednak zgodzić się z opinią wizytatora diecezjalnego z 1779 r., który twierdził, że pabianiczanie na ogół odznaczali się „cnotą pokory i zgody” oraz „brzydzili się wszelkimi zabobonami”.

Jeśli idzie np. o „zabobony”, to zachowane źródła zawierają dość liczne przykłady z XVII i XVIII wieku, jak to mieszczanie pabianiccy oskarżali się wzajemnie przed sadem o „zadanie choroby”, „ posadzenie na kamieniu dyabła”, który czynił ludziom krzywdę, i o obelgi w rodzaju „bodaj byś dyabła wypił”, „czarownico-czarownico głownico”.  Tego rodzaju oskarżenia były w tym czasie o tyle niebezpieczne, że mogły one stanowić podstawę do procesu o czary.

Do ciekawych zwyczajów w Pabianicach należała dawna, słowiańska tradycja urządzania po pogrzebie tzw. obiadów żałobnych, czyli styp. Niekiedy już w testamentach zastrzegano, że rodzina ma wyprawić dwa obiady – jeden solenny (wystawny) dla kapłanów, drugi dla ubogich ze szpitala parafialnego. W 1703 r. po śmierci mieszczanina Mateusza Kucowskiego zakupiono dla księży na uroczysty obiad „korzenie, kury, gęsi i inne ekspensa [wydatki]” oraz miano odprawić szereg  uroczystych nabożeństw za duszę zmarłego w farze pabianickiej, łaskiej, lutomierskiej, u ojców franciszkanów, reformatów i dominikanów w Piotrkowie, a także wynajęto „confidenta – człowieka dobrego i poufałego”, który za odpowiednią opłatą miał odmawiać przez cały rok różaniec – w niedzielę cały, a w poniedziałki, środy i soboty część. Przed trumną miano nieść dwa krzyże i dwie chorągwie”.

Często w wyniku podobnych zapisów testamentowych znaczna część majątku zmarłego mieszczanina została roztrwoniona, a rodziny ubożały, bogacił się kler i kościół.

Sporo posiadamy informacji na temat tradycji cechowych. Każde wybory władz lub wyzwoliny na czeladnika czy majstra były wydarzeniem w skali całego miasta. W Pabianicach najliczniejszy był w XVIII wieku cech szewców. Wybory władz odbywały się w tym cechu co kwartał, w suche dni. Ceremonię poprzedzała uroczysta msza żałobna w farze za dusze zmarłych członków cechu oraz braci i sióstr z Bractwa św. Łazarza, które znajdowało się pod patronatem cechu szewców. Następnie w lokalu cechowym odbywały się wybory cechmistrza, szafarza, braci starszych i młodszych. Cechmistrz i szafarz opiekowali się skrzynką cechową. Na jej zawartość składały się składki pieniężne oraz dwie księgi (cechowa i Bractwa św. Łazarza), krucyfiks i puchar jako niezbędne rekwizyty i symbole władzy.

Skrzynkę Bractwa Literackiego św. Anny piastował zwyczajowo każdorazowo burmistrz miasta, wybierany przez to bractwo na cechmistrza. Co kwartał cechy wyznaczały ze swego grona tzw. pomocników braci młodszych do wykonywania różnych posług w kościele. Byli nimi przeważnie uczniowie rzemieślniczy. Przyjęcie na ucznia poprzedzał zapis do księgi, opłata tzw. umownego (wpisowe) oraz dostarczenie na rzecz cechu, majstra i kościoła pewnej ilości piwa i wosku. Uczeń dawał zazwyczaj pół beczki piwa i wręb wosku na świece. Czeladnik dawał przy swoich wyzwolinach beczkę piwa i 3 wręby wosku. Synowie majstrów, czyli tzw. masełkowie, uiszczali zazwyczaj niższe świadczenia w pieniądzu i naturaliach.

Do zasadniczych obowiązków braci młodszych i ich pomocników należała opieka nad ołtarzami w farze. Szewcy i członkowie Bractwa św. Łazarza sprawowali pieczę nad ołtarzem Różańcowym, piwowarowie nad ołtarzami św. Aniołów i św. Antoniego, krawcy i sukiennicy nad ołtarzem Najświętszej Panny Marii, a kowale, kołodzieje i garncarze nad ołtarzem św. Trójcy. Członkowie cechów i bractw uczestniczyli we wspólnych modłach podczas mszy świętych i w procesjach, na których nieśli chorągwie cechowe, baldachim i zapalone świece. Brali też udział w często odbywanych pielgrzymkach do cudownych miejsc dewocyjnych.

Cechy i bractwa były nie tylko moralną, lecz również materialna podporą kościoła i kleru. Pozaekonomiczna działalność cechów sprzyjała utrwaleniu i wykształceniu w mieście ludowych tradycji oraz miejscowego folkloru.


Echa osiemnastowiecznych spraw rozstrzyganych w Pabianicach wracają w pracy Radosława Krajewskiego „Prawa i obowiązki seksualne małżonków. Studium prawne nad normą i patologią zachowań”, 2009.

(…) Czasami sądy wymierzały karę nie tylko za „wszeteczne uczynki”, ale nawet za pewne próby w tym kierunku. Charakterystyczna w tej mierze jest sprawa, jaka toczyła się w 1715 r. przed sądem miasta Pabianic, w której bogaty mieszczanin Sebastian Świerczyk, nakłaniał do cudzołóstwa urodziwą, lecz biedną Katarzynę Wardzicową. Przepisy o moralności seksualnej dotyczyły jednak w praktyce tylko ludności osiadłej, a w małym stopniu były stosowane do ludzi luźnych, w środowisku których panowała duża swoboda seksualna. Wspomnieć także należy, że kobiety luźne bardzo często stawały się obiektem zainteresowania swych chlebodawców, nieraz możnych dostojników miejskich, którzy wydając surowe wyroki za cudzołóstwo, sami siłą lub podstępem zdobywali służące u nich dziewczęta.

Przy wymierzaniu kary za cudzołóstwo sądy miejskie duża uwagę zwracały na teatralne efekty tego rodzaju widowisk. Dla ludzi  pozbawionych jakichkolwiek rozrywek publiczne karanie grzeszników było bowiem pewnego rodzaju przedstawieniem, nieraz nawet niepozbawionym erotycznego dreszczyku. Plagi jakie otrzymywały na pół rozebrane grzesznice czy „wyświecanie” ich z miasta, ściągały widzów nawet z dość odległych okolic. Tak samo widowiskiem dla całej gawiedzi stawały się publiczne  pokuty cudzołożników. Dziewczęta w słomianych wieńcach lub drewnianych koronach z kukłami imitującymi dzieci na rękach stawały się przedmiotem powszechnych drwin.(…)


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij