www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 60 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Dramatyczny styczeń 1945 r.

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Jeszcze na początku 2011 r. na niemieckich i rosyjskich stronach internetowych Pabianice pojawiały się za sprawą domniemanej zbrodni wojennej. W październiku 2010 r. prokuratura w Dortmundzie podała do wiadomości, że przeszukano mieszkanie 89-letniego mieszkańca Monachium. Mężczyzna w czasie wojny służył w elitarnej Dywizji Spadochronowo - Pancernej „Hermann Goering”.

Prokuratura podejrzewa, iż w styczniu 1945 r. w Pabianicach człowiek ten zastrzelił 10 sowieckich jeńców wojennych. Ciała oblał benzyna i podpalił. Kryminalni z Monachium zabezpieczyli rozliczne dokumenty i fotografie. Podejrzany nie przyznał się do winy. Jeśli poszlaki zostaną potwierdzone sprawa trafi do prokuratury w Monachium. Pracownicy prokuratury w Dortmundzie dowiedzieli się o tej zbrodni wojennej prowadząc inne śledztwo we Włoszech.

Styczeń 1945 r. obfitował w wiele dramatycznych wydarzeń. O bezpiecznym dotarciu do Pabianic marzyło ponad 30 tysięcy Niemców uciekających przed Armią Czerwoną z Naddniestrza. Tutaj bowiem znajdował się punkt zbiorczy dla przesiedleńców z Europy Wschodniej. Uchodźcy rozpoczęli swoją epopeję już 17 marca 1944 r. a zakończyli w styczniu 1945 r. w Pabianicach. Przemierzyli Mołdawię, Rumunię, Austrię i Węgry. Zabrali ze sobą 7 tys. furmanek, 19 tys. koni, 5 tys. krów. Z Węgier przyjechali do Kraju Warty pociągami.

W internecie możemy przeczytać także wspomnienia Aleksjeja Grigorewicza Fiedorowa, lotnika, który bombardował m. in. dworzec kolejowy w Pabianicach. Oto fragment wspomnień: ''19 stycznia wieczorem wróciliśmy do bazy. Nad lotniskiem, jeden za drugim, pojawiały się samoloty, wracające z nalotów na Łódź, Pabianice, Dobroń i Łask. Podpułkownik A.I. Sokołow złożył meldunek o poczynaniach lotników 24. pułku nad Pabianicami. Był przekonany, że węzeł kolejowy został kompletnie zablokowany. Po godzinie przyniesiono zdjęcia lotnicze. Szef sztabu dywizji pułkownik Romanow przejrzał je i potwierdził, że „sokołowcy” skutecznie zaczopowali dworzec. Rozległ się dzwonek telefonu . Podniosłem słuchawkę. Ze sztabu Bierzarina informują: - Pabianice, które zablokowali wasi lotnicy, zostały zajęte przez nasze oddziały. Zdobyliśmy bardzo dużo sprzętu wojskowego, broni i amunicji. Garnizon nieprzyjaciela poddał się.”

W walkach toczonych wokół naszego miasta odznaczyło się wielu żołnierzy sowieckich. „Za Pabianice” tytuły Bohatera Związku Radzieckiego otrzymali Michał Stiepanowicz Dokuczajew, Iwan Ilicz Korniejew, Iwan Andriejewicz Sawczenko, Aleksander Iwanowicz Smiełow, Iwan Anisimowicz Popow. O ich wyczynach bitewnych pod Pabianicami pisze ówczesna prasa frontowa dostępna na rosyjskich stronach internetowych.

Wyzwolenie miasta spod okupacji niemieckiej w 1945 roku było niezwykle ważnym wydarzeniem dla pabianiczan. W okolicznościowych materiałach publikowanych w prasie lokalnej znajdujemy wiele ciekawostek, wspomnień i komentarzy oddających ducha czasu. Teksty różnią się sposobem przedstawiania faktów, autorzy na przykład, z pewną nieśmiałością, piszą o bombardowaniu niektórych rejonów miasta przez Sowietów. Kompletnym milczeniem jest objęta aktywność podziemia akowskiego tuż po zakończeniu wojny.

Życie Pabianic (2/1960) pisało: W pierwszych dniach stycznia 1945 roku coraz bardziej „czuć” było w powietrzu front zbliżający się do Pabianic. Niemcy z wielkim pośpiechem przygotowywali schrony, malowali na murach domów wielkie strzałki opatrzone trzema literami „LSR”, wskazujące kierunek do zabezpieczonych piwnic.

W poniedziałek 15 stycznia nikt już nie wątpił, ze wyzwolenie jest tuz, tuż. Na bezchmurnym niebie połyskiwały w słońcu dwa myśliwce z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Gdzieś w dali słychać było głuche wystrzały artylerii przeciwlotniczej.

Noc z poniedziałku na wtorek minęła spokojnie. W dzień 16 stycznia też nic szczególnego nie działo się. Za to wieczorem, około godziny 18 na niebie wyrosło mnóstwo spadochroników utrzymujących coś w rodzaju płonących świec. W ciemny styczniowy wieczór było widno jak w dzień. Wysoko nad spadochronikami krążyły samoloty, gdyż bez przerwy słychać było silne brzęczenie, a oświetlone niebo raz po raz przecinały jasne smugi reflektorów.

Minęła może godzina, od pokazania się na niebie dziwnych świeczek, gdy nagle głucha detonacja zatrzęsła murami niektórych domów. Jeden z bombowców radzieckich zrzucił bombę na niewielką fabryczkę przy ulicy św. Anny (obecnie S. Sempołowskiej).

Przez całą noc i dzień 17 stycznia trwały walki już w pobliżu Pabianic. Świadczyły o tym coraz bardziej wyraźne i potężniejsze detonacje. W tym dniu w kierunku Łasku uciekali w pośpiechu ostatni Niemcy. Miasto opustoszało. Od czasu do czasu główną ulicą miasta – Zamkową pędziły w różnych kierunkach czołgi oznaczone czarnymi krzyżami. Pabianiczanie w tym czasie przebywali przeważnie w domach czekając upragnionego wyzwolenia.

Naloty na miasto wzmagały się. W czwartek 18 stycznia bomby spadły na domy „familijne” niszcząc kilka z nich. Nie obeszło się przy tym bez ofiar w ludziach.. Podczas bombardowania zginęła młoda dziewczyna i starsza kobieta.

W piątek 19 stycznia rankiem do miasta wkroczyła wolność. Od strony Górki Pabianickiej, obok małych koników niosących na swych grzbietach żołnierzy w futrzanych czapach, wlokły swe olbrzymie cielska radzieckie czołgi. Przy zbiegu ulic Lutomierskiej i Zamkowej radziecki patrol zatrzymał się. Ludzie wybiegli na ulice, by powitać swych wyzwolicieli. Mimo pełni zimy w zamarznięte żołnierskie dłonie ktoś wcisnął kilka kwiatów. Po twarzach radzieckich żołnierzy widać było głębokie wzruszenie.

W sobotę 20 stycznia ulicą Zamkową przewaliły się czołgi, piechota i artyleria przeciwlotnicza. A tymczasem Niemcy nie dali jeszcze za wygraną. Właśnie wtedy, kiedy ciasną ulicą przewalało się wojsko, hitlerowskie samoloty wróciły nad miasto i zbombardowały wąską gardziel ulicy od Traugutta do Pułaskiego. W tym właśnie dniu krótko po wyzwoleniu zginęło wielu żołnierzy i cywilnych mieszkańców miasta. Dwa rzędy domów zamieniły się w kupę gruzów. Płonęły czołgi i samochody.

To był ostatni odwet hitlerowskiego okupanta. Potem już Pabianice odetchnęły pełną wolnością. Ludzie wyszli z zatłoczonych domów. Mimo zimna panującego na dworze, gorąco robiło się z radości ze nareszcie jutrzenka swobody na trwale zapłonęła nad miastem (W.Nowak).

Życie Pabianic (3/1968) pisało: Styczeń 1945 roku. Mimo, że upłynęły już 23 lata od tamtych pamiętnych dni – ich obraz pozostał w pamięci. Przeżyć ponad 5 lat w hitlerowskiej niewoli i być z niej wyzwolonym – nie, tego się nigdy nie zapomina. Pełną satysfakcję mieli więc Polacy w tamtych dniach styczniowych 1945 roku, widząc uciekających w popłochu żołnierzy, twarze różnych Reichs- i Volksdeutschów.

Wkrótce po tym, gdy znad Wisły ruszyła zwycięska ofensywa wojsk radzieckich – przez Pabianice zaczęły w kierunku zachodnim uciekać w panice wojska hitlerowskie. Ale nie były to już butne, zwycięskie , zdyscyplinowane i uzbrojone po zęby oddziały jakie pamiętaliśmy z roku 1939, czy późniejszych lat okupacji. Były to przerażone , zdezorganizowane jednostki, które chciały uciec jak najszybciej przed depczącymi im „po piętach” żołnierzy Armii Czerwonej. Niezapomniany to widok: ul. Warszawską i ul. Zamkową uciekali w popłochu niedawni jeszcze „nadludzie”, Uebermenschen, Herrenvolk.

Przy zbiegu ulic Żukowa, Partyzanckiej i Armii Czerwonej (nazwy z lat 60.) wytworzył się ogromny korek z oddziałów niemieckich. Spotkały się tutaj bowiem kolumny zdążające z trzech kierunków: od Górki Pabianickiej, z rejonu Łodzi – ul. Partyzancka i od strony Rzgowa - ul. Warszawska i Armii Czerwonej. Tutaj nie pomogła już hitlerowcom ich dobra organizacja, nie było żadnej. Kto silniejszy (czołgi, wozy pancerne) zmiatał na boki słabszych i parł w popłochu na zachód. Przeszkodą nie były nawet slupy trakcji elektrycznej.

Popłoch uciekających potęgowało jeszcze ustawiczne bombardowanie dokonywane przez samoloty radzieckie, które przy pięknej, słonecznej pogodzie panowały niepodzielnie w powietrzu. Była to ogromna satysfakcja dla Polaków, zwłaszcza pamiętających naszą klęskę wrześniową 1939 r.

Radość rychłego wyzwolenia przyćmiewała jednak obawa, co zrobią hitlerowcy z nami, Polakami? Od dłuższego czasu krążyły bowiem pogłoski, że razem z Niemcami wszyscy mieszkańcy Pabianic będą zmuszeni do ewakuacji. Było podobno wyznaczone miejsce zbiórki (w parku Kruschego i Endera przy ul. Kilińskiego), do którego prowadziły wymalowane na murach domów w całym mieście duże, białe strzałki z czarnymi napisami.

W dniach 16, 17, a nawet 18 stycznia 1945 roku praca odbywała się normalnie, jeżeli tak można określić fakt przychodzenia do fabryk polskich robotników. Miejscowi Niemcy nadrabiali minami, co wcale nie ukrywało ich panicznego lęku. Natomiast Polacy nie kryli już swej radości.

W nocy z 18 na 19 stycznia uciekli, oczywiście nie wszyscy, Niemcy cywilni. Polacy, którzy udali się tego dnia do swoich miejsc pracy nie zastali już wczorajszych butnych władców. Rozpoczęły się pamiętne, gorączkowe chwile oczekiwania na to, co przyniesie dzień jutrzejszy.

W dniu 19 stycznia przez miasto uciekały w dalszym ciągu jednostki niemieckie, zaś wysoko na niebie, latały eskadry bombowców w towarzystwie srebrnych myśliwców, ale nie słychać już było artylerii przeciwlotniczej usytuowanej w parku Kruschego i Endera. Obrzucanie małymi bombami uciekających hitlerowców nie przyniosło w zasadzie specjalnych strat miastu i jego mieszkańcom.

Nastała noc z 19 na 20 stycznia. Wszyscy wyczuwali, że moment wyzwolenia jest już bliski, ale doświadczeni latami okupacji spodziewali się wszystkiego co najgorsze.

Nikt nie był w stanie powiedzieć , w jaki sposób dojdzie do wyzwolenia miasta. Przecież jesienią 1944 roku raz w tygodniu wszyscy polscy robotnicy musieli chodzić na wschodnie granice miasta i kopać rowy przeciwczołgowe i okopy strzeleckie.

- Może Niemcy będą się tam jednak bronić? – zastanawiano się tu i ówdzie.

Tej nocy, to jest z 19 na 20 stycznia mało kto spał. Bramy domów, w których mieszkali Polacy zostały pozamykane. Wszyscy byli ubrani, gotowi w każdej chwili do ucieczki na wypadek nieprzewidzianych poczynań ze strony okupanta.

W godzinach nocnych z 19 na 20 stycznia mieszkańcy ul. Leśnej (dziś 20 Stycznia), wyglądając przez szpary okiennic widzieli przeciągającą kawalerie, która od strony lasku miejskiego w milczeniu zdążała w kierunku miasta. Trudno było wówczas rozpoznać w zupełnych ciemnościach, co to za jednostka. Mieszkańcy ul. Leśnej zaczęli więc snuć przypuszczenia, ze może to oddziały nacjonalistów ukraińskich, współdziałających z Niemcami, ze może nastąpić rzeź Polaków, tak jak to miało miejsce w powstaniu warszawskim. Przezorniejsi opuszczali więc swoje domostwa i cichaczem poprzez ogrody biegli do znajomych, mieszkających na bocznych ulicach.

Rano 20 stycznia, okazało się jednak, że przeciągające nocą wojska, to jednostki Armii Czerwonej, że Pabianice są już wyzwolone.

Trudno dziś po 23 latach, opisać radość, która zapanowała wśród Polaków. Wszyscy, kto tylko mógł, wyszedł na ulice witać swych oswobodzicieli. A żołnierze radzieccy szli, jechali w pogoni za hitlerowcami. I mimo trudów wojennych, niewyspani, zmęczeni uśmiechali się mówiąc: ”Ubijom germańca w Berlinie”. Na domach wywieszono flagi narodowe, które często z narażeniem życia przechowywano przez cały okres okupacji. Wzruszenie było ogromne. Mieszkańcy bocznych ulic wędrowali masowo do centrum miasta, aby tam móc zobaczyć swych wybawicieli – żołnierzy Armii Czerwonej.

I wówczas to nastąpił moment, który na pewien czas zniszczył radosną atmosferę i przypomniał, że wojna jeszcze trwa, że okupant choć pobity nie rezygnuje z zemsty, że pokazuje swoje pazury.

W godzinach przedpołudniowych 20 stycznia 1945 roku na przeciągające wojska radzieckie i witających je pabianiczan spadły jak sępy hitlerowskie „Stukasy”, bombardując wojsko i ludność oraz domy i fabryki. Trupy żołnierzy i cywilów zaległy dzisiejsza ul. Armii Czerwonej, zwłaszcza między ulicami Traugutta, Narutowicza a Żymierskiego. Zbombardowane zostały domy mieszkalne na ul. Armii Czerwonej oraz fabryka Krusche i Ender.

W kilka dni później odbył się masowy pogrzeb ofiar barbarzyńskiego nalotu w którym to pogrzebie wzięły udział tysiące mieszkańców Pabianic.

W następnych dniach rozpoczęła się stopniowa organizacja życia w mieście. Pod kierunkiem Polskiej Partii Robotniczej formowała się nowa władza, władza ludowa. Robotnicy nie pytając o zapłatę, przystąpili do odgruzowywania i uruchamiania fabryk. Otwierano zbiorowe kuchnie, w których pracujący i ich rodziny otrzymywali cieplą strawę. Jedna z takich kuchni mieściła się Domu Katolickim przy Nowym Kościele.

Jeszcze w styczniu 1945 roku PPR zorganizowała pierwszy miejski wiec mieszkańców. Odbył się on w zwanej potocznie „Rzeźni” (dziś Zakłady Mięsne). W kilka dni po wyzwoleniu powołano do życia i działania Związek Walki Młodych, którego członkowie m. in. czuwali później nad rozdziałem chleba wypiekanego w prywatnych piekarniach..

Podążające za frontem zespoły artystyczne Armii Czerwonej dały pierwszy występ (w sali dzisiejszego kina „Robotnik”), w dawnych zakładach Krusche i Ender uruchomiono elektrownie i miasto otrzymało energię. Światło zaczęło rozjaśniać mieszkania i fabryki.

Milicja Obywatelska przy pomocy mieszkańców wyłapywała i brała do niewoli niedobitki żołnierzy hitlerowskich, które pozostały za linią frontu i w poszukiwaniu żywności docierały lasku miejskiego do okolicznych domostw; codziennie ulicami Pabianic szły na wschód długie kolumny jeńców niemieckich.

Wielkim wydarzeniem w naszym mieście było przybycie żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy rozdawali polskie gazety. Stopniowo zaczęto uruchamiać urzędy i różne instytucje. Już w lutym 1945 roku ukazały się ogłoszenia o zapisach dzieci do szkół podstawowych.

Życie mieszkańców Pabianic zaczęło z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień stawać się coraz spokojniejsze. I po pewnym czasie tylko komunikaty o działaniach wojennych przypominały, ze jeszcze nie koniec, ze wojna trwa nadal.

W Życiu Pabianic z 1984 r. (nr 3) Ada Jaskulska zamieściła dłuższą wypowiedź jednego ze świadków pierwszych dni wolności w Pabianicach. W jego pamięci, naloty sowieckich bombowców, utrwaliły się jako radosne fajerwerki. Bohater reportażu nie dostrzegł także objawów paniki wśród Niemców. Jednakże zwrócił uwagę na istotną sprawę aprowizacji. W tamtych styczniowych dniach i później chleb stał się najbardziej poszukiwanym produktem, był również środkiem płatniczym, „pachniał wolnością, sycił głód, dawał siłę do pracy”.

Wolność przyszła nagle i niespodziewanie, zwłaszcza dla okupanta, który – wbrew oczywistym faktom – nie chciał uwierzyć w przegraną „niezwyciężonej” hitlerowskiej potęgi militarnej. Nie wierzyli w nią również Niemcy, okupujący Pabianice. Do tego stopnia, ze jeszcze na kilka dni przed wkroczeniem radzieckiego wojska urządzali sobie w okolicach miasta beztroskie polowania na zające, używając do nagonki Polaków, zwłaszcza starsze dzieci i młodzież. Wśród wyznaczonych do płoszenia zwierzyny znalazł się wówczas także 13-letni syn bohatera niniejszego reportażu – Franciszka Piecha.

Udręczona straszliwą, trwającą już przeszło pięć lat wojną, ludność polska z terenu Pabianic nie wiedziała wprawdzie, gdzie przebiega linia frontu i jak daleko znajduje się Armia Radziecka, ale jak gdyby przeczuwała nadchodzące wyzwolenie. Każdy chciał dożyć wolności, każdy troszczył się o swoich bliskich. Franciszek Piech bał się o swojego synka. Postanowił go w nagonce zastąpić, pod pretekstem, ze chłopiec ma gorączkę. Tak też zrobił, a skoro tylko zaczął zapadać wczesny zimowy zmrok – zawrócił do domu. To było w sobotę trzynastego, a już we wtorek 16 stycznia 1945 roku rozpoczęły się naloty samolotów radzieckich. Lotnicy nie zrzucali bomb. Jedynie „zawieszali” nad okolicą wiązki rakiet, tak zwane „choinki”, oświetlając dokładnie cały teren. Wyglądało to groźnie, ale wspaniale. Polacy, spoza zaciemniających okna zasłon, obserwowali to widowisko z nadzieją i radością.

Franciszek Piech pracował wtedy w pabianickim młynie. Pracował w nim zresztą od uruchomienia tego obiektu w 1928 roku, kiedy to powrócił z wojska. W czasie okupacji praca w młynie stwarzała duże możliwości pozyskiwania mąki, a mąka była w głodującym kraju artykułem niezwykle cennym. Wynosili ją więc polscy młynarze – ostrożnie, bo groziły za to straszne kary, ale systematycznie. Zaopatrywali w mąkę partyzantów, wysyłali ją ludziom do obozów jenieckich i koncentracyjnych. Zajmowali się tym członkowie ruchu oporu i młodzież z Szarych Szeregów. Okupacyjne dzieje młyna – to jednak już inny temat. Powróćmy do pamiętnych dni styczniowej ofensywy.

18 stycznia nadmłynarz Franciszek Piech otrzymał od Niemców polecenie zatrzymania maszyn i przygotowania do wywiezienia wszystkich głównych pasów. Niemcy zawczasu zwieźli na teren zakładu wielkie, drewniane skrzynie, w których mieli wywieźć zdemontowane urządzenia młyńskie. Na całkowity demontaż ich nie było już czasu, chcieli więc przynajmniej zabrać cenne pasy. Dodać tu warto, że w pomieszczeniach obok młyna zmagazynowano duże ilości materiałów wybuchowych, zwłaszcza dynamitu, którym Niemcy, po wycofaniu się mieli zamiar wysadzić w powietrze młyn i znaczną część miasta.

Franciszek Piech polecenia niemieckich zwierzchników wykonał po swojemu. Zebrał najbliższych pracowników: Jana Mielczarka, Józefa Plucińskiego, Zygmunta Wołosza i Stanisława Wojcieszaka, wyjaśnił im pokrótce o co chodzi - i przy ich pomocy ściągnął wszystkie główne pasy, które następnie zostały schowane i zakopane w dołach pod silosami. Przygotowane skrzynie załadowano bezwartościowym złomem i szczelnie zabito gwoździami. Ale i tego Niemcy nie zdążyli wywieźć. Uciekli w popłochu przed wojskami radzieckimi, które nadeszły z południa od strony Bełchatowa, a nie jak się spodziewano od strony Łodzi, na którym to kierunku Niemcy umacniali swoją obronę.

Rankiem, 20 stycznia 1945, nie było już w Pabianicach nawet śladu po okupantach. Byli natomiast żołnierze Armii Czerwonej i radzieckie czołgi. I radość, której nie da się opisać. Ludzie wylegli tłumnie na ulicę Zamkową, całowali żołnierzy, oblegali czołgi. I wtedy właśnie nadleciał znienacka jakiś zabłąkany samolot niemiecki. Ostrzelał tłum z broni pokładowej, zrzucił bombę na wojsko. Zginęło sporo ludzi – u progu tak upragnionej i odzyskanej wolności…

Ale życie toczyło się dalej, powoli powracało do normy. Przystępowano do uruchamiania zakładów produkcyjnych, tworzyły się pierwsze instytucje, organizowano szkoły. Jednym z najważniejszych zadań było wyżywienie społeczeństwa. Potrzebny był chleb! Stanowił on podstawę egzystencji – i jedyne wynagrodzenie za prace. Nikt się zresztą wówczas innego nie domagał.

Konieczne więc było jak najszybsze uruchomienie pabianickiego młyna. Był on największy w całej okolicy i posiadał – co było sprawa niezwykle istotną – pewne zapasy ziarna. Ale był częściowo zdemontowany, a ponadto – w 70 procentach pozbawiony szyb, które wyleciały od detonacji bomb i huku dział przewalającego się frontu. Trzeba go było jak najprędzej oszklić, gdyż inaczej nie dałoby się uruchomić produkcji. Ale jeszcze wcześniej należało się pozbyć z sąsiednich budynków zgromadzonych tam materiałów wybuchowych. W parę dni po wyzwoleniu Pabianic usunęli je stamtąd żołnierze radzieccy.

Ówczesny komendant miasta major Ślepcow, wezwał do siebie pabianickich młynarzy i zapytał, kiedy zdołają uruchomić młyn. Odpowiedzieli, że tak prędko, jak tylko to będzie możliwe. Z oszkleniem okien i zmontowaniem maszynerii uporali się szybko. Ludzie nie żałowali czasu i sił. Produkcja ruszyła już 10 lutego. Ludność Pabianic i żołnierze radzieccy otrzymali w tym dniu chleb z pierwszej wyprodukowanej po wojnie w Pabianicach mąki.

Zgromadzonych w młynie zapasów zboża nie wystarczyło na długo. Najwyżej na miesiąc. Trzeba się więc było starać o nowe ziarno. Dostarczali je młynarzom żołnierze radzieccy. Przychodziły wagony eskortowane przez wojsko, bo czasy były jeszcze niespokojne.

Młyn pracował bez ustanku. Pracownicy otrzymywali zapłatę w mace lub chlebie. Piekarz Żurawski wypiekał chleb – dla ludności, dla załóg zakładów pracy i dla pracowników młyna. Ten chleb smakował wszystkim wprost nadzwyczajnie. Pachniał wolnością, sycił głód, dawał siłę do pracy.

Mąka stanowiła też towar wymienny. Jeździliśmy na Śląsk po koks, bo młyn był opalany koksem – mówi Franciszek Piech. – A na Śląsku ludzie też głodowali. Nie interesowały ich pieniądze, potrzebowali żywności. Zawoziliśmy im więc mąkę – i za nią otrzymywaliśmy przydziały koksu. I mogliśmy pracować dalej…

Im więcej przybywało terenów wyzwolonych, tym więcej było ziarna. Przywozili je z Ziem Odzyskanych żołnierze – teraz już polscy, z I Armii Ludowego Wojska Polskiego. W każdym wagonie ze zbożem jeden żołnierz, dobrze uzbrojony.

Już w kilka dni po uruchomieniu młyna – jego załoga, na wspólnym zebraniu, wybrała pierwszy nowy zarząd, składający się z wieloletnich, oddanych pracowników. Tak powstała pierwsza rada robotnicza, w której skład weszli: Bolesław Kosiński – księgowy – jako przewodniczący, Antoni Wrzalski – kierownik techniczny i Franciszek Piech – nadmłynarz – jako członkowie zarządu. Pod ich zwierzchnictwem młyn pracował do kwietnia 1945 r., to jest do chwili, kiedy Krajowa Rada Narodowa wyznaczyła na przewodniczącego ówczesnego zarządu mgr . inż. Eugeniusza Bartnika, który sprawował funkcję zarządzającego całym obiektem, zgodnie z wytycznymi ówczesnego ministerstwa. Młyn stał się pierwszą spółdzielnią pracy, a pracownicy spółdzielcami.

Życie Pabianic (nr 3/1970 r.) przyniosło wypowiedzi kolejnych uczestników wydarzeń ze stycznia 1945 roku w Pabianicach - „Trud pierwszych dni”.

Wincenty Książak, emeryt: Na dwa dni przed wkroczeniem armii radzieckiej, postanowiłem wyjść ze swej kryjówki, w której chroniłem się przed aresztowaniem od listopada 1944 roku. Dzień po wyzwoleniu spotkałem na ulicy Waryńskiego swoich towarzyszy. Tworzył się wtedy Komitet Miejski PPR, który powoływał zarządy miejskie, władze bezpieczeństwa, milicję itp. uczestniczył w tym pełnomocnik Rządu Lubelskiego na powiat łaski – Marian Potapczuk.

Przystąpiliśmy zaraz do organizowania władz miejskich. W kilka dni po wyzwoleniu odbyło się pierwsze posiedzenie, na którym powołano Radę Miejską i jej prezydium. W posiedzeniu brał również udział ówczesny radziecki komendant wojenny m. Pabianic. Władzę organizowano jeszcze na zasadzie przedwojennej struktury, prezydentem został więc Michał Piaseczny z PPR, a wiceprezydentem Jan Krupa-Skibiński z PPS. Dokonano też wyboru ławników Zarządu Miejskiego, których skład przedstawiał się następująco: Henryk Sierosławski – zajmujący się sprawami oświaty, Rudolf Herman – odpowiedzialny za sprawy przemysłu, Stanisław Czwórka – za aprowizację i Wincenty Książak – zajmujący się gospodarką miejską.

Niełatwo było zajmować się wtedy działem gospodarczym. Występowały przecież olbrzymie trudności finansowe. Zaczęliśmy od zabezpieczenia obiektów: sklepów, fabryk itp., potem, a właściwie jednocześnie, trzeba było zająć ludźmi, pomóc im przetrwać ten najtrudniejszy okres. Staraliśmy się pracować „na pełnych obrotach”, ściągaliśmy do pomocy pracowników, czekaliśmy na znawców administracji…

Siedzibą pierwszej, zorganizowanej władzy był Ratusz (pabianicki Zamek). Rada Miejska przechodziła w tym początkowym okresie rozmaite reorganizacje. Stopniowo, ale coraz silniej umacniała się jednak władza ludowa.

Władysław Fruziński, inspektor BHP w PZPB: 23 stycznia 1945 r. po pięcioletniej niewoli powróciłem do rodzinnego miasta. Pierwsze kroki skierowałem do swojej fabryki – Zakładów Bawełnianych – gdzie pracowałem od 1922 r. Widok był tragiczny – te największe zakłady w Pabianicach straszyły zwalonymi stropami, wypalonymi ścianami, stosami złomu. Spalona była doszczętnie apretura kolorowa, drukarnia, farbiarnia, stara przędzalnia, budynek tkalni i inne. Trzeba było przystąpić do odbudowy. Moje zadanie, ponieważ byłem ślusarzem-mechanikiem, polegało na organizowaniu warsztatu ślusarskiego. Tu bowiem trzeba było naprawiać zniszczone maszyny i urządzenia. A praca była niełatwa, gdyż brak było podstawowych narzędzi, które przynosiliśmy z domu i od znajomych, brak było części zamiennych, które wydobywaliśmy ze zgliszcz i ruin, brak było metali. Razem ze mną przystąpili do pracy m. in. A. Krzywański, K. Janowski, F. Wieczorek, R. Holfert i inni.

W tym też czasie, ponieważ z dnia na dzień załoga zakładu powiększała się, przystąpiono do wyboru pierwszej Rady Zakładowej, do której wszedłem również i ja. Teraz moim obowiązkiem było zapewnić wszystkim tym, którzy zgłaszali się do pracy – wyżywienie, opał, dach nad głową, ubranie itp. Zakład stał się dla nas przecież niemal domem. Pracowaliśmy dniem i nocą, gdyż chętnych do pracy było początkowo niewielu. Niektórzy, widząc ruiny i zgliszcza, nie wierzyli, że uda się to odbudować. Byli też prowokatorzy, którzy odciągali ludzi od pracy. Mimo jednak tych trudności nie załamywałem się, gdyż w swoich poczynaniach nie byłem osamotniony – byli przecież i tacy, którzy z równym zapałem przystąpili do odbudowy zakładu.

Witold Bączkowski, kierownik Zakładu Energetycznego: Najpilniejszą sprawa w pierwszych dniach wyzwolenia było przywrócenie miastu prądu elektrycznego. Do prac z tym związanych upoważniony był Miejski Zakład Elektryczny, w którym zatrudniony zostałem w charakterze kierownika sieci. Chociaż znałem się na pracy, bo byłem z zawodu elektromonterem, sytuacja wydawała mi się wówczas niemal tragiczna. Ponieważ główna linia zasilająca została uszkodzona, należało uruchomić lokalną elektrownię w dawnych zakładach Kruschego i Endera, czyli w obecnych PZPB. Wiązało się to z wieloma trudnościami, a zasadniczą było sprowadzenie generatora, przetransportowaliśmy go do „Dobrzynki” (obecne Zakłady Przemysłu Wełnianego), gdzie przy wykorzystaniu maszyny parowej, która dała napęd, można było uruchomić dodatkowy transformator i to pozwoliło w rezultacie uzyskać pierwotne napięcie oraz wykorzystać nieczynną turbinę.

Po zregenerowaniu źródła prądu, następnym etapem naszych prac była naprawa zdewastowanej sieci elektrycznej. Mimo wielkich trudności brygady naprawcze pracowały sprawnie, ofiarnie i w dwa dni po wyzwoleniu – miasto otrzymało już własną energię elektryczną. W pierwszym rzędzie zasililiśmy szpitale, zakłady przemysłowe i budynki administracyjne.

Elektrownia PZPB nie pokrywała jednak całkowitego zapotrzebowania miasta na prąd. Dlatego należało przystąpić do naprawy głównej linii zasilającej. Zrobiliśmy i to; wówczas dopiero można było uznać sytuację za opanowaną.

Kazimierz Wilczek, dyr. Pabianickiej Fabryki Narzędzi: Całą okupację spędziłem w Pabianicach. W dniach wyzwolenia mogłem więc jako jeden z pierwszych stanąć do organizowania życia w naszym mieście.

Tuż po wyzwoleniu pabianicka organizacja PPR, której byłem członkiem, na zwołanej w tym celu egzekutywie, określiła nasze zdania. Przede wszystkim należało zabezpieczyć urzędy, instytucje, zakłady pracy, 22 stycznia zostałem skierowany razem z A. Szczerkowskim do gmachu byłej niemieckiej Kriminalpolizei, aby zabezpieczyć znajdujące się tam dokumenty. W skład ich wchodziła m. in. kartoteka całej ludności Pabianic, prowadzona przez gestapo. W gmachu tym, na czele grupy 26 ludzi, urzędowały już samozwańcze władze z K. Romanowskim i J. Pisarskim. Ludzi tych musieliśmy rozbroić i po zatrzymaniu 6 osób wybranych przez Komitet Miejski PPR do pomocy, kazaliśmy im opuścić budynek. Jak się okazało – w gmachu tym miały od tej pory urzędować pabianickie władze bezpieczeństwa.

Objęliśmy zatem tymczasowy zarząd nad UBP, który po przybyciu przedstawicieli Wojewódzkiego Urzędu, przekazaliśmy w ręce podporucznika Szycha, Raczkowskiego i Kalisza. Rozpoczęła się mozolna praca. W aktach bowiem, które się znajdowały w budynku, figurowały nazwiska pabianickich volksdeutschów, nazwiska ludzi współpracujących z gestapo – nazwiska zdrajców. Rozpoczęły się poszukiwania i przesłuchania. Praca była niebezpieczna. W każdej chwili można się było spodziewać działalności grup wywrotowych.

Udało nam się jednak utrzymać porządek w mieście i zapewnić bezpieczeństwo.

Temat pierwszych dni nowego systemu politycznego wraca w trzecim numerze Życia Pabianic z 1975 roku – „Pierwsze rozdziały nowej historii”.

Wacław Baśko, pierwszy komendant SB i MO: Pod koniec 1944 r. docierały już do nas wiadomości o załamaniu się potęgi hitlerowskiej na Wschodzie, o wielkiej ofensywie Armii Radzieckiej. Potwierdzeniem tego były ciągnące przez Pabianice na zachód transporty wojska, rannych i sprzętu. Wśród miejscowych hitlerowców i ich rodzin też obserwowało się zmiany. Zaczynali oni nawet rozmawiać z Polakami…

18 stycznia 1945 roku wyszedłem z domu do pracy na nocną zmianę. Pracowałem wówczas w Łodzi. Uszedłem kilkanaście metrów, kiedy ujrzałem kilka oślepiających błysków. Zaraz po tym nastąpiły potężne wybuchy – gdzieś na końcu ulicy Świętokrzyskiej. Wróciłem do domu, a nad ranem usłyszeliśmy odgłosy wybuchów pociskó w artyleryjskich i strzały karabinowe. Rozległy się one od strony Jutrzkowic i Bychlewa.

Poprzedniego dnia hitlerowcy kazali Polakom stawić się rano na rynku. Rankiem w mieście nastała (zresztą na krótko) jakaś wielka cisza, ulice były wyludnione. Tylko gdzieniegdzie pojawiali się ostatni uciekający hitlerowcy i żołnierze Wehrmachtu. Paliły się niektóre zakłady przemysłowe i inne obiekty. Wreszcie zaczęli się pojawiać na ulicach żołnierze radzieccy.

Walki jeszcze się toczyły. Na miasto padały bomby. Były zniszczone budynki i zakłady pracy, zdewastowane sklepy, apteki, na ulicach pełno złomu, zerwana łączność, zerwane linie tramwajowe, leje po bombach, byli zabici i ranni.

Tymczasową władzę nad miastem objął komendant wojenny Slepcow. Jednocześnie poczęła się organizować PPR, MO, SB i pierwsze władze administracyjne. Powstał oddział Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, organizował się szpital. Nam, aktywistom partyjnym, wręczono specjalne przepustki, kierowano nas do zabezpieczenia mienia publicznego i do usuwania – przy pomocy obywateli – zniszczeń wojennych. Chodziło o to, by jak najszybciej uruchomić i udostępnić ludziom warsztaty pracy.

Jeśli chodzi o moją działalność w tym okresie – zostałem skierowany jako fachowiec, do uruchomienia fabryki metalowej, która miała remontować i odsyłać na front czołgi, samochody itd. Po wykonaniu tego zadania zostałem mianowany komendantem Służby Bezpieczeństwa w Pabianicach i powiecie łaskim. Był to bardzo trudny odcinek pracy. Wróg – rodzima reakcja – stosował różne formy walki, mordował członków PPR i ich rodziny. Tak zginął tow. Piaseczny, tow. Osmelak i jego żona, zamordowano syna PPR-owca ze Strupin, na rynku w Widawie, zamordowano tow. Kłosowskiego , który pozostawił żonę i czworo dzieci. Zginął milicjant Minias z Woli Wiązowej, w okrutny sposób pomordowano pięciu milicjantów koło wsi Rusiec. Wielu ofiarnych i dzielnych ludzi zginęło, wielu odniosło rany, zostały kalekami. Codziennie niemal człowiek ocierał się o zbrodnie, o ludzką tragedię i łzy. Trzeba było wtedy być naprawdę mocnym człowiekiem, żeby się nie załamać, żeby wytrwać i zaprowadzić w terenie ład i porządek, by ludzie czuli się bezpieczni.

Potem ta walka zmieniła swój charakter. Trzeba było zwalczać różne ciemne interesy i przestępstwa gospodarcze. No, ale to dawne dzieje, zmienili się ludzie, zmieniły się czasy. Dziś- po wieloletniej pracy w Zakładach im. Strzelczyka – przeszedłem na rentę pracowniczą. Cieszę się jednak, że moja, trudna, wyczerpująca praca z pierwszych lat po wyzwoleniu, w której nie brakowało naprawdę strasznych chwil – nie poszła na marne i w jakimś sensie przyczyniła się do naszych dzisiejszych osiągnięć.

Roman Jędrzejczak, działacz partyjny i robotniczy: Okres okupacji wspominam jak koszmar. Człowiek nie wiedział czy powróci do domu, czy spokojnie prześpi noc i obudzi się we własnym łóżku, czy nie zabiorą go hitlerowcy z ulicy, z fabryki, czy z domu. Pracowałem wówczas jako tkacz w dzisiejszych PZPB. Od lipca 1942 roku byłem członkiem PPR, a w okresie międzywojennym należałem do PPS-lewicy, byłem także działaczem Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Już przed wojną wiedziałem, co to prześladowania. Przed każdym 1 Maja nie spało się w domu… W czasie wojny Niemcy aresztowali mnie – za sabotaże w zakładzie pracy> W sabotażach rzeczywiście brałem udział, ale – mimo bicia i znęcania się nade mną – hitlerowcy nie zdołali mi tego udowodnić i po 2 miesiącach zwolnili mnie z aresztu

Kiedy do Pabianic przyszła wolność – dla mnie uwidoczniła się ona w postaci radzieckiego czołgu. Wycałowałem się z czołgistami – płacząc z radości. Nie mogłem uwierzyć , ze to prawda, że hitlerowcy sromotnie uciekli i że dla nas wojna się już skończyła.

No, a potem – włożyło się paletko, na rękaw czerwoną opaskę – i w miasto. Tyle przecież było do zrobienia…. Od pierwszych chwil wyzwolenia współuczestniczyłem w tworzeniu nowej władzy w mieście, razem z towarzyszem Stanisławem Czwórką, Antonim Drobniewskim i innymi. Wydawaliśmy odezwy do ludności, organizowaliśmy Zarząd Miejski, Komitet Partii, milicje itd.

Zostałem przewodniczącym Wydziału Przedsiębiorstw Miejskich. W pierwszym rzędzie przystąpiliśmy do zapewnienia miastu światła, do uruchomienia elektrowni. Co to była za radość, kiedy zabłysło światło! W uruchomieniu elektrowni brał udział między innymi tow. Bączkowski. Potem zorganizowaliśmy mleczarnie, zaczęliśmy uruchamiać sklepy i zakłady pracy. Roboty było huk, nie myślało się nawet o spaniu, a rodzina nie widywała mnie po kilka dni. Ale ta praca wciągała i cieszyła. Ludzi ogarnął entuzjazm na myśl, że pracują dla siebie i dla swoich dzieci, że przetrwali okrutną wojnę i teraz mogą budować nowe życie i nowy lad w kraju.

Oczywiście – czasy były trudne, nie żyło się nam łatwo. Jednak o tym co złe i smutne człowiek już nie pamięta. Pamiętam natomiast doskonale, jakby to było wczoraj, tę atmosferę radości i aktywności. Nie czekało się wtedy na rozkazy i polecenia, nikt nie pytał ile zarobi. Każdy brał się za to, co było najpilniejsze, nie wiele zastanawiając się nad tym, czy sobie da radę, czy potrafi. O wielu rzeczach nie mieliśmy przecież pojęcia – a jednak tworzyliśmy je. Dopiero po pewnym czasie postarano się o to, by nas dokształcić. Mnie również wysłano w maju 1945 r. na kurs specjalny dla kandydatów na stanowiska kierownicze w przemyśle. Ukończyłem go w sierpniu 1945 r. i zaraz podjąłem pracę. Byłem kierownikiem administracyjno-handlowym, pracowałem w kontroli, wreszcie w PZPB.

Franciszek Piech, były pracownik Zakładów Zbożowo-Młynarskich w Pabianicach: Już w pierwszych dniach stycznia 1945 roku, słuchając radia, które mieliśmy ukryte w młynie, wiedzieliśmy, że linia frontu zatrzymała się na Wiśle. Trudno było przewidzieć, kiedy ruszy i przyniesie nam tak upragnioną wolność. Wieczorem 16 stycznia rozległy się syreny ogłaszające alarm przeciwlotniczy. Gdzieś wysoko słychać było warkot samolotów, później od strony Łodzi detonacje wybuchających bomb. Detonacje rozlegały się z coraz bliższej odległości, tuż pod Pabianicami, a później miasto nagle zajaśniało, jak w słoneczny dzień, od ”choinek” oświetlających teren. Niemców ogarnął popłoch, a myśmy się cieszyli, bo te samoloty nam zwiastowały niedługie wyzwolenie.

17 stycznia miały miejsce dwa naloty samolotów radzieckich, które zrzuciwszy kilka bomb na tory kolejowe i okolice miasta narobiły wśród Niemców, tyle popłochu, że ci masowo zaczęli uciekać z Pabianic.

Kolejne rocznice wkroczenia do miasta Armii Czerwonej kwitowano opowieściami o „pierwszym dniu wolności”, o odbudowie przemysłu i handlu, a także o instalowaniu władzy komunistycznej. W Życiu Pabianic w 1966 roku (nr 3) pojawił się natomiast reportaż prezentujący ulicę 20 Stycznia, którą do miasta weszły pierwsze oddziały wojsk sowieckich. Autorzy tekstu J. Palka i E. Iwanicki ubolewali trochę, że ulica ta w owym czasie była mało miejska i nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, a przecież niezwykle mocno wpisała się w historię Pabianic. W styczniu 1945 roku przemierzali ją skośnoocy żołnierze w baranich czapach, dziurawych butach i z pepeszami dyndającymi na sznurkach.

Wojna na tej ulicy trwała bardzo długo. Aż kiedyś w zimie, od strony lasu ukazało się czterech żołnierzy w baranich czapach. Ludzie przez cale lata czekali na ten moment. Wszyscy czekali na żołnierzy w baranich czapach.

Był mroźny styczniowy wieczór 1945 roku. Czterech żołnierzy z pepeszami , wycelowanymi przed siebie, ostrożnie posuwało się naprzód. Ich buty wyciskały na śniegu podłużne ślady. Liche to były buty, podeszwach zelowanych kawałkami gumy.

Przed murowaną kamienicą podszedł do żołnierzy stary człowiek i ze wzruszeniem jąkał się bez sensu. – Czto wy? - powiedział jeden z nich i mocno przygarnął staruszka do siebie. Nie uszli daleko zginęli od kul niemieckiego karabinu maszynowego.

Później nastąpiła denerwująca cisza, która trwała aż do rana. Jeszcze później ich towarzysze broni przez parę dni ciągnęli ulicą ze wschodu na zachód. Zostawiali za sobą na ulicy rozdeptany śnieg.

Relacje mieszkańców, pamiętających te wydarzenia, nie są zgodne. Trudno zresztą w tej chwili ustalić dokładnie miejsce, gdzie na ulicach naszego miasta zginął od hitlerowskich pocisków pierwszy radziecki patrol. Najprawdopodobniej u wylotu dawnej ulicy Leśnej. Zginęli młodzi chłopcy, którzy do ostatnich chwil swego krótkiego życia mieli zawadiacko nasunięte na czoło czapy.

Aby jednak na zawsze utrwalić te historyczne fakty ulicy Leśnej nadano nazwę 20 STYCZNIA.

Od południa zamyka ją ciemna ściana lasu. Wzdłuż chodników ciągną się parterowe domki, poprzetykane miejscami piętrowymi kamienicami. Po pierwszej wojnie światowej tędy prowadził trakt w kierunku Rzgowa. Niektórzy pabianiczanie z ciułanymi przez lata złotówkami wychodzili za rogatki miasta i wzdłuż traktu stawiali drewniane i murowane domki. Z czasem ulica pęczniała, jak ciasto na drożdżach. Część ludzi ustawiła w drewnianych przybudówkach własne warsztaty tkackie. Niektóre z nich jeszcze do dziś terkocą wieczorami.

Od tego czasu wygląd ulicy niewiele się zmienił. Poczerniałe od starości parkany oddzielają podwórka od chodników. Budynki stojące przy ulicy pamiętają jeszcze przedwojenne czasy. I ludzie zostali ci sami, choć przybyło nowe pokolenie, ale to nowe pokolenie wywędrowało do śródmieścia lub innych miast.

Jak dawniej, 21 lat temu, skrzypi śnieg pod nogami. W pobliżu miejsca, gdzie zginął radziecki patrol stoi kiosk z gazetami. Po drugiej stronie ulicy szumi bez przerwy niewielki zakład piekarniczy. Kierownik piekarni – Mieczysław Gołaczewski pracuje w swej branży od 14 roku życia. Po wkroczeniu do Pabianic Armii Czerwonej natychmiast przystąpił do pracy. Miasto potrzebowało pieczywa. Na szczęście były jeszcze jakieś niewielkie zapasy mąki. Jedne z pierwszych bochenków chleba w wyzwolonym mieście ugniatał własnymi rekami mistrz Gołaczewski.

Jak dawniej mróz szczypie w uszy. Za rogiem, pod ścianą domu czerni się na śniegu rozsypana sterta węgla. Dookoła jest cicho i pusto. W swej historii raz tylko ta ulica przezywała niezwykle wydarzenie.

Dwadzieścia jeden lat temu ulica tętniła życiem, pulsowała rytmem odmierzanym przez oddziały maszerującej piechoty. Dla mieszkańców okolicznych domów są to niezapomniane chwile w ich życiu.

Mariana Szwagrzaka moment wyzwolenia zastał w swoim mieszkaniu. W nocy z piątku na sobotę do drzwi zapukali Rosjanie. Byli zarośnięci i brudni. Pożyczyli od Szwagrzaka brzytwę i kawałek mydła. Później wódką z żołnierskiej manierki wspólnie wypili toast za wolność i wyzwolenie. W mieszkaniu pozostał po żołnierzach zapach machorki i ślady zbitego sukna…

Dzisiaj w mieszkaniu stoją na kredensie rzędy słoików z marynowanymi grzybami. Może i wódka w kredensie się znajdzie, ale nigdy już nie będzie okazji do takiego toastu jak dwadzieścia jeden lat temu.

Niżej na parterze w tym samym domu jest sklep spożywczy. W głębi ulicy punkt apteczny i kiosk z gazetami. Wieczorami świecą się na ulicy elektryczne latarnie. Część jezdni pokryta jest asfaltem.

Jak na okres dwudziestoletni nie jest to dorobek zbyt duży. Pamiętać jednak trzeba, ze ulica 20 Stycznia – to peryferie miasta. Jak dotąd w planach rozbudowy Pabianic nie uwzględniano tych terenów. Dopiero w latach siedemdziesiątych , kiedy wykorzystane zostaną pod budowę rejony śródmiejskie, powstanie w tych stronach tzw. zagłębie budowlane.

Zresztą, dla starych mieszkańców urok tej ulicy ukryty jest właśnie w pokrytych papą kamienicach i ogródkach kwitnących wiosną krzakami bzu i jaśminu. Wieczorami, kiedy księżyc zagląda do kominów ulica jest podobno najpiękniejsza. Dlatego może ludzie z mieszkań, gdzie pełno serwetek i makatek nad kuchennymi piecami, w takie wieczory chętnie wracają do wspomnień, które zostawiły w pamięci trwały ślad.

W murowanym budynku na rogu ulic Brackiej i 20 Stycznia z pokolenia na pokolenie mieszka rodzina Kociszewskich. W dniu wyzwolenia przez bramę w płocie wtłoczono na podwórze polową kuchnię. Koła wycisnęły głębokie koleiny w śniegu. Z menażkami w ręku podchodzili kolejno żołnierze do kuchni po ciepłą strawę. Po pierwszych godzinach radosnego uniesienia żołnierska zupa była najlepszą miarą przyjaźni cywilów i wojska.

Od tego czasu minęło już wiele dni. Jak każe tradycja ulicy rodzina Kociszewskich pracuje w zawodzie włókniarskim. Codziennie razem z innymi mieszkańcami Kociszewscy, odmierzają kroki w kierunku śródmieścia. Po drodze mijają zakład fryzjerski, gdzie mistrz grzebienia i pędzla z dumą spogląda na ulicę. Do środka rzadko kto tutaj zagląda. Młodzież unika teraz nożyc i maszynki, a starzy niestety, coraz mniej włosów maja na głowie. Czasem po jezdni wolno poczłapie koń, albo przemknie samochód do pobliskiej spółdzielni.

Dziś w, w rocznicę wyzwolenia, kiedy wielu mieszkańców pozostanie dłużej w śródmieściu na uroczystych akademiach, być może ulica 20 Stycznia będzie jeszcze bardziej niż zwykle pusta.

Zmienił się kształt i obraz naszego miasta. Piękny dorobek dwudziestolecia Polski Ludowej nie dotarł jeszcze – ze względów obiektywnych – do ulicy, od której przyszło wyzwolenie. Intensywny i planowy rozmach budowy miasta ma określony kierunek. Ulica 20 stycznia znajduje się poza ramami tych planów, bo miasto ma inne pilniejsze potrzeby. Dlatego apelujemy do mieszkańców i komitetów domowych: wspólnymi środkami i siłami można dokonać wiele, aby ulica była piękniejsza.

Wiosną można zasadzić np. wzdłuż chodników drzewa lub posiać trawę. Dla dzieci można urządzić ogródek jordanowski… Zresztą, pomysłów na pewno będzie wiele. Warto więc, aby i na tej ulicy pozostał ślad inicjatywy społecznej.

Jest rok 1966. Na dachach domków więcej jest anten telewizyjnych niż w innych dzielnicach miasta.

O pierwszych kontaktach z Sowietami mieszkańców ulicy Leśnej (20 Stycznia) oraz Młodzieniaszka mówi także artykuł opublikowany w 1988 r. w bezdebitowej Wolności. Są to rozważania na temat pierwszych dni styczniowych 1945 roku na obrzeżach miasta. Przetoczyły się już bardziej zdyscyplinowane i lepiej wyposażone oddziały frontowe, ustępując miejsca maruderom i żołnierzom zaplecza. Do Pabianic nie dotarły jeszcze wojska polityczne czyli NKWD.

(…) Niemcy uciekali w popłochu. Dbali o swój wygląd. Zobaczyli studnię na granicy trzech placów przy Jakuba (Jaszuńskiego) i Dolnej. Od razu wpadli do Olszewskiej, żeby się ogolić, umyć, wyczyścić buty… i w nogi, byle dalej od Ruskich. To była paniczna ucieczka. Wiedzieli co robią. Na placu u Parzonki, Leśna 55, Ruscy zabili pięciu Niemców. Najpierw kazali się im rozebrać. Zabrali mundury łącznie z bielizną, butami i wyposażeniem. Jeden z Niemców błagał, żeby darowali mu życie, pokazywał zdjęcia małych dzieci. Nic to nie dało. Niemiec miał na palcu obrączkę. Odcięli mu palec i wzięli obrączkę. Ale nie wiadomo czy najpierw urżnęli palec, czy później po zastrzeleniu żołnierza. Ludzie różnie mówili. Ruskim podobała się odzież niemiecka, bo sami przypominali ostatnich dziadów – karabiny na sznurkach, zamiast butów jakieś łapcie owinięte szmatami. Widać było, że higiena nie jest ich najmocniejszą stroną. Żołnierze rosyjscy w niewielkim stopniu przypominali wojsko. Bezładne hordy azjatyckich łachmaniarzy, zarobaczonych, waniających machorką i alkoholem. Gest młodego Niemca błagającego o życie został zapamiętany, poruszył bardzo mieszkańców, którzy przecież niejedną dramatyczna sytuację widzieli i wiele przeszli. Niemiec podobno aż skamlał o litość i głośno szlochał. Nic to nie pomogło, złota obrączka stanowiła łakomy kąsek. Przez długie lata ten obraz powracał jak zły szeląg. W tym akurat przypadku uczucie zemsty odeszło na dalszy plan. Ci, którzy widzieli to tragiczne wydarzenie nie mogli długo przyjść do siebie. Opowiadaniom nie było końca. Toczyły się spory o ten nieszczęsny palec, czy został odcięty przed egzekucją czy po jej zakończeniu. Mieszkańcy przeżyli szok. Okrucieństwo z jakim się zetknęli wykraczało poza ich dotychczasowe, niekiedy bardzo nieprzyjemne, doświadczenia. Odarte z odzieży zwłoki leżały jeszcze sporo czasu w ogrodzie Parzonki, budząc już trochę niezdrową ciekawość. Tragedia zmieniła się w sensację. Współczucie dla ofiar ustąpiło ponuremu widowisku. Jeszcze wiele lat po wojnie w licznych rozmowach powracały echa tamtej historii. W pamięci tutejszych mieszkańców nie było podobnych sytuacji, o podobnej dramaturgii. Nastąpiła konfrontacja, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, dwóch totalitaryzmów. Arogancja Niemców była nieznośna, ale jednocześnie doceniano ich dbałość o higienę. Imponowało także wyposażenie techniczne wojska. Sowieci natomiast odstręczali swoją powierzchownością i nieprzewidywalnym zachowaniem. Zaskakiwali bezwzględnością wobec wroga i niekiedy rozbrajającą troskliwością choćby wobec dzieci. Potrafili się dzielić swoim prostym pożywieniem. Na wozach mieli końską padlinę i bryły tłuszczu. Odrąbywali kawały mięsa i masła, które wrzucali do kociołków z gorąca wodą. Dzieli się tym jadłem z dzieciakami. Na Młodzieniaszku nie mieli właściwie czego rabować. Panowała powszechna bieda. Konfrontacja żołnierzy dwóch armii dokonała się w sposób nietypowy. Pabianice ominął front, działania wojenny przeszły bokiem ku oczywistemu zadowoleniu wszystkich. Jednak występowało duże zaciekawienie ruchami wojska, a zwłaszcza poczynaniami maruderów.

Koniec okupacji nazistowskiej zapisał się też jako wyrównywanie rachunków między niedawnymi okupantami a poniewieranymi mieszkańcami Młodzieniaszka, przy wykorzystaniu czerwonoarmistów. Wystarczyło wskazać kogokolwiek jako domniemanego Niemca, a los tego człowieka był przypieczętowany. Wiele osób uległo pokusie zemsty. Na przykład niejaki Golanowski przyprowadził na plac Drożdża sowieckich żołnierzy, żeby zabili Gottlieba Hutha, piekarza, który całą wojnę jak mógł tak wspomagał Polaków. Zresztą mieszkał w Pabianicach od zawsze, a dokładniej od końca pierwszej wojny światowej. Wtedy przyjechał tutaj, aby odnaleźć swojego ojca – żołnierza zaginionego w odmętach wielkiej wojny. Hutha obroniła nastoletnia córka gospodarza, która osłoniła swojego dobroczyńcę i podniosła krzyk. Przybiegł Drożdż i wytłumaczył żołnierzowi, że nastąpiło tragiczne nieporozumienie. Sekundy zadecydowały o życiu dobrego człowieka. Niemcy, którzy zostali w mieście musieli się chować w mysich dziurach. Znaleźli się w poważnym niebezpieczeństwie. Drożdż akurat znał rosyjski, to zdołał przekonać sołdata, ale co było w innych przypadkach, to strach pomyśleć. U wielu osób powstawały wątpliwości w odniesieniu do armii radzieckiej. Pamiętano jeszcze sprzed wojny, że polski żołnierz prezentował się całkiem przyzwoicie. Solidne skórzane buty, porządny pas świadczyły dobrze o wojskowych. Tymczasem ludzie zobaczyli bidę z nędzą. Niejeden stawiał sobie pytanie, jak to możliwe, żeby tacy nędzarze pokonali świetnych Niemców. Wojna widziana z perspektywy Młodzieniaszka miała specyficzny, bo peryferyjny wymiar.

Pierwsze miesiące wolności w Pabianicach znalazły odzwierciedlenie także w niepublikowanych zapiskach Zygmunta Lubońskiego, podczas wojny szefa wywiadu obwodu Armii Krajowej. Oto ich fragmenty: W czwartek wieczorem wzmogła się strzelanina i trwała bezustannie przez całą noc. To był znak, że linia frontu przebiega pod Pabianicami. W piątek rano pojedynczy umundurowani Niemcy, szukając dla siebie schronienia, przemykali pod ogrodzeniami domów i ogrodów. Niedługo potem skośnoocy żołnierze na małych konikach wjechali na obecną ulicę Karniszewicką od strony torów kolejowych. Ich twarze i ubranie nie miały w sobie nic swojskiego. Patrzyliśmy na nich nie dowierzając, że to dziwne wojsko jest znakiem rozpoczynającej się wolności, bo przecież innych żołnierzy chciały zobaczyć nasze oczy. Tak więc piątek 19 stycznia 1945 roku był w Pabianicach dniem wielkiego zdziwienia.

W sobotę pabianiczanie nabrali nieco ducha, a oswoiwszy się z nową sytuacją wylegli na ulice miasta. Dzień był mroźny, słoneczny. Ulicą Zamkową przeciągały oddziały radzieckiego wojska. Jedni (ci ciekawi) przyglądali się przejeżdżającym, inni (zapobiegliwi) wynosili ze sklepów towary. I właśnie wtedy, w samo południe, nadleciały niemieckie samoloty. Spuściły się bardzo nisko i seriami z karabinów maszynowych siekły zgromadzone tłumy. Zrzuciły także bomby, kilka budynków przy głównej ulicy zamieniło się w gruzy. To był dzień, w którym najwięcej zginęło mieszkańców Pabianic. Zabici przez Niemców byli ostatnimi ofiarami wojny. Zwłoki ich zebrane na ulicach wywożono potem na cmentarz… na drabiniastych wozach. Zamarznięte głowy, ręce i nogi sterczały bezładnie między sztachetami wozu i bezbronne i straszne. Na cmentarzu układano ich rzędami obok siebie. Przychodzili żywi, żeby szukać swoich, którzy tego dnia nie wrócili do domu.

Nadeszła niedziela – Dzień Pański. Ktoś gorliwy i odważny wybrał się do kościoła Św. Mateusza, ale kościół w tamtą niedzielę był zamknięty. Wyleciało tylko kilka szyb, lecz po tragicznym sobotnim doświadczeniu mało kto wychodził z mieszkania.

Po kilku dniach Polacy pozakładali na rękawy albo poprzypinali do piersi biało-czerwone wstążki. Cieszyli się ich widokiem jak dzieci zabawką wyśnioną po nocach. To noszenie barw narodowych miało także służyć rozróżnieniu Polaków od Niemców, którzy tu jeszcze zostali.

W niedługim czasie po wyzwoleniu aresztowano większość Niemców, Volksdeutschów. Były to przeważnie osoby, które w okresie okupacji zachowywały się lojalnie wobec Polaków. Zorganizowano z nich transport i wywieziono do Związku Radzieckiego. Natomiast tym, którzy się ukrywali zrobiono „czarny dzień”. Pewnego dnia wytropiono ich i doprowadzono do sali kina „Robotnik”. Tam wobec władz miasta, Urzędu Bezpieczeństwa i wojska, odbył się nad nimi sąd, który dla wielu z nich zakończył się śmiercią. Natychmiast po wyroku wyprowadzano ich na drugą stronę ulicy, na dziedziniec obecnej szkoły zawodowej i tam ich rozstrzelano. Między innymi przez kilka dni leżał tam w błocie zastrzelony b. dyrektor „Dobrzynki” Bruno Hegenbart. W tym samym czasie na ulicach naszego miasta zastrzelono kilkunastu Niemców, którzy leżeli przez kilka dni na widoku publicznym, gdyż nie wolno było ich grzebać.

Jednym z ładniejszych i nowocześniejszych domów jeszcze sprzed wojny był dom Kraja przy ulicy Warszawskiej 43. Za okupacji niemieckiej mieściła się w nim policja niemiecka, 29 rewir. Zaraz po wyzwoleniu budynkiem tym zarządzał Państwowy Urząd Repatriacyjny. Po kilku tygodniach władze miejskie przeznaczyły ten budynek na szpital dla żołnierzy radzieckich, słusznie uważając, że żołnierzom, którzy wyzwolili nasz kraj należy stworzyć jak najlepsze warunki powrotu do zdrowia. W szpitalu tym nie było rygoru wojskowego i lżej ranni żołnierze w piżamach spacerowali po mieście. W okresie dojrzewania owoców właściciele ogrodów mieli sporo kłopotów, gdyż żadne drzewko nie pozostawiono w spokoju. Wycieczki tych żołnierzy, oczywiście w piżamach, odbywały się także poza miasto w celach aprowizacyjnych. Posterunek milicji w Ksawerowie, gdzie komendantem był mój znajomy Henryk Ścieżko, starał się temu przeciwstawić. Ale skończyło się na ostrej strzelaninie, gdyż obie strony posiadały broń. Po zlikwidowaniu szpitala wszystko z niego wywieziono, łącznie z wyposażeniem jak sanitariaty, ławki, urządzenia elektryczne wraz z powyrywanymi ze ścian przewodami.

Pomimo tych przykrych incydentów społeczeństwo polskie naszego miasta cieszyło się względną wolnością. Młodzież garnęła się do szkół. Już w pierwszych dniach lutego otwarto w Pabianicach szkoły. Nie mało trudu kosztowało przygotowanie budynków do pracy. 10 lutego 1945 r. rozpoczął się rok szkolny. Były egzaminy wstępne i msza święta w kościele Św. Mateusza. Z przechowanym w czasie wojny sztandarem ulicą Pułaskiego i Zamkowa maszerowała zgromadzona młodzież i profesorowie. Potem nauka odbywała się na dwie zmiany, a pierwszy rok szkolny po okupacji we wszystkich klasach trwał tylko pięć miesięcy. Poza tym było tak jak w przedwojennej Polsce: młodzież w każdą niedzielę w zwartym szeregu maszerowała do kościoła, w szkole były lekcje religii, a w każdej sali lekcyjnej na czołowym miejscu wisiał krzyż.

Tylko na rynku Starego Miasta zdarzały się dziwne i trochę niepoważne sytuacje, gdy np. pierwszy po wyzwoleniu prezydent miasta gwarą ludzi nieuczonych przemawiał nieskładnie, wznosząc okrzyki na cześć władzy ludowej. Zresztą w tych pierwszych tygodniach wolności raz po raz ktoś wchodził na mównicę ustawioną na rynku i przemawiał politycznie. Potem były okrzyki różne. Czasem po tych okrzykach milicja legitymowała uczestników wiecu. A to poniekąd budziło wewnętrzny sprzeciw. „Jak to, w wolnej Polsce nie wolno mi mówić tego co czuję i myślę?” – pytał niejeden Polak nazywany teraz obywatelem.

… szczególnym apetytem żołnierzy radzieckich cieszyły się zegarki, które bezczelnie ściągano z rąk pabianiczanek. Patrole wojskowe, które dość licznie penetrowały ulice naszego miasta, często pod pozorem szukania ukrytych Niemców, odwiedzały polskie mieszkania kradnąc co popadnie.

Ja również doznałem osobiście podobnej przygody. Przechodząc wieczorem ulicą Zamkową (obowiązywało jeszcze zaciemnienie przeciwlotnicze), zostałem zatrzymany przez żołnierza radzieckiego, który zażądał dokumentów. Oczywiście mieć ich nie mogłem, gdyż zostały w kancelarii więziennej na Sterlinga w Łodzi. Nie pomogły tłumaczenia, że zbiegłem z transportu więźniów prowadzonych przez Pabianice. Pod groźbą zastrzelenia musiałem go zaprowadzić do swojego mieszkania przy ul. Kościuszki 8, które splądrował, żądając wódki. Następnie zabrał mojej siostrze zegarek odpinając go z ręki, a mnie nie zwolnił tylko w dalszym ciągu prowadził ulicami naszego miasta. Dopiero przypadek zrządził, że usłyszał muzykę dochodzącą z lokalu restauracyjnego, jaki został otwarty przez Polaka, którym okazał się mój dobry znajomy. Dopiero on rozładował kłopotliwą sytuację, biorąc owego żołnierza do bufetu na poczęstunek, a mnie umożliwił ucieczkę.

Znam wypadek w Rudzie Pabianickiej, że żołnierzowi radzieckiemu spodobała się żona Polaka, zamieszkałego w Marysinie przy ul. Odrzańskiej, gdzie w okolicy stacjonował radziecki oddział wojskowy. Pewnego wieczoru upilnował męża owej kobiety jak wracał do domu i zastrzelił go, ażeby łatwiej mu było odwiedzić jego żonę. Polakiem tym był kuzyn mojej żony, Dionizy Wyrwa. Pochowany został na cmentarzu w Rudzie Pabianickiej.

Ale to są skrajne wypadki. W pierwszych dniach po wyzwoleniu, do mieszkania rodziców mojej żony przyprowadzono dwóch oficerów radzieckich na kwaterę. Zachowywali się bardzo poprawnie i grzecznie, pozostawiając po sobie opinię pozytywną. Przed komendanturą wojskową w Pabianicach żołnierz radziecki zabrał jakiemuś Polakowi zegarek. Polak ten wyrwał się i omijając wartowników dostał się do środka budynku, składając w tej sprawie zażalenie znajdującym się tam oficerom. Żołnierza tego natychmiast ukarano śmiercią, rozstrzeliwując go na zapleczu budynku.

9 maja wycie syren i kolorowe race wystrzelone na wiwat obwieściły mieszkańcom Pabianic koniec straszliwej wojny. Łzy same płynęły po twarzy. To było tak, jakby wielki ciężar spadł z przyduszonej piersi. Na ten dzień wszyscy czekali. Prawdziwe oblicze tej wolności, która do nas przyszła, było wtedy przed nami zakryte.

Rok 1945 był początkiem tworzenia nowego ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego. Władzę przejmowali komuniści. O tym jak zakorzeniał się w Pabianicach socjalizm pisał też Jan Chrzanowski w artykule „Pierwsze dni wolności” (Życie Pabianic 25/1983).

Wojska I Frontu Białoruskiego oswobodziły w nocy z 19 na 20 stycznia 1945 r. nasze miasto. Radość była ogromna. Setki ludzi wybiegło na ulice, domy udekorowano flagami narodowymi i czerwonymi. I oto 21 stycznia w godzinach przedpołudniowych na wolne już miasto spadły bomby zrzucone z samolotów niemieckich. Zniszczono kilka domów przy ul. Zamkowej i okolicy. Kilka osób zostało zabitych a kilkadziesiąt rannych. Był to jednak ostatni w Pabianicach symptom wojny.

Miasto było wolne, ale zniszczone i wyludnione. W wyniku eksterminacyjnej działalności hitlerowców i działań wojennych ubyło ponad 17. 000 mieszkańców. W gruzach leżały największe zakłady, zniszczona była sieć energetyczna i kanalizacyjna. W istniejących , zdewastowanych zakładach część maszyn (ponad 40 proc.) została przez okupanta wywieziona w głąb Niemiec, część była rozmontowana. Brak było żywności i opału. W ogniu pożarów oraz wobec ruin i zgliszcz najaktywniejsi obywatele miasta zaczęli organizować życie polityczne i gospodarcze. Szczególne zasługi wniosły tu działająca w czasie okupacji Polska Partia Robotnicza i odbudowująca się w pierwszych dniach wolności Polska Partia Socjalistyczna. PPR już 22 stycznia powołała nowy Komitet Miejski, na miejsce działającego w czasie okupacji. Pierwszym sekretarzem został Józef Kempa, drugim Stanisław Czwórka, a członkami egzekutywy Antoni Drobniewski i Wincenty Książak

Jedną z pierwszych czynności PPR było przejęcie broni w byłej komendzie żandarmerii niemieckiej przy ul. Warszawskiej 41 i zorganizowanie Milicji Obywatelskiej. Był to oddział MO Stare Miasto. Tymczasowymi komendantami tej placówki byli członkowie PPR - Janik, Gramsz i Włodarczyk. Zorganizowano także oddział MO Nowe Miasto. Komendantem został plutonowy podchorąży Eugeniusz Błoch.

PPS napotykała od początku trudności organizacyjne. W Pabianicach bowiem, Zduńskiej Woli i Zgierzu poważne wpływy posiadał Antoni Szczerkowski, przedwojenny poseł z ramienia PPS, sympatyzujący w okresie okupacji i bezpośrednio po wojnie z prawicowym odłamem PPS, skupionym wokół WRN. Dlatego Szczerkowski nie tylko, że nie organizował PPS w Pabianicach, ale stawiał poważne przeszkody lewicy w reaktywowaniu partii. Do najbardziej aktywnych działaczy PPS należeli wtedy Jan Krupa-Skibiński, Henryk Sierosławski, Teofil Luboński, Antoni Paprocki, Tadeusz Jachimowski, Florian Kraj, Wincenty Łyszkowski, Leopold Malaczyński, Józef Sulej i inni. W związku z wewnętrznymi tarciami między lewicą a prawicą, zmieniały się także składy komitetów miejskich. Partia była bowiem w województwie łódzkim w permanentnej odbudowie zakończonej dopiero w czasie II Konferencji Wojewódzkiej PPS – 16 czerwca 1945 r. Wtedy to grupa około 50 osób z dawnego skrzydła prawicowego ze Szczerkowskim na czele odmówiła współpracy z lewicowymi działaczami PPS. Ostatecznie Szczerkowski i jego stronnicy wstąpili do partii dopiero w marcu 1946 r.

Już w pierwszych tygodniach wolności powstały w Pabianicach inne stronnictwa polityczne: Stronnictwo Demokratyczne i Stronnictwo Ludowe, a w następnym okresie Polskie Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Pracy. Zaraz po wyzwoleniu wyszła także z podziemia organizacja Związku Walki Młodych..

Już 23 stycznia 1945 r. odbyło się w lokalu PPR pierwsze powojenne zebranie członków ZWM. Obecni na wiecu byli m. in. Henryk Błoch, Bronisław Karbowiak, Zenobia Osińska-Kowalska, Leokadia Gertnerówna, Józef Marciniak, Marian Kędzierski. Ponadto było wielu sympatyków związku. W zebraniu uczestniczyli także: pełnomocnik rządu Marian Potapczuk i I sekretarz KM PZPR – Józef Kempa. W toku dyskusji powołano komisaryczny zarząd koła w osobach Henryka Błocha – jako przewodniczącego oraz członków: Sobańskiej-Jachowej, Kaczmarkówny, Janeckiego, Osińskiej-Kowalskiej i Gertnerówny. Z ramienia PPR opiekunami i doradcami ZWM zostali Władysław Karbowiak I Milena Miłowska.

Organizacja liczyła wówczas około 30 osób, ale członków szybko przybywało. Sytuacja polityczna w kraju stawiała przed ZWM bardzo ważne i odpowiedzialne zadania. Należało do nich przede wszystkim oddziaływanie na młodzież robotniczą, przyciąganie jej do organizacji, kierowanie do zakładów pracy, organów władzy państwowej i szkół, a nade wszystko przygotowywanie do udziału w pracy polityczno-społecznej i pomocy władzy ludowej w kształtowaniu nowego życia. 4 lutego 1945 r. w lokalu przy ulicy Strażackiej zebrało się około 200 młodych ludzi, deklarujących swoje przystąpienie do ZWM. Na zebraniu tym wybrano nowy Zarząd Miejski, którego przewodniczącym został Józef Marciniak.

W tych pierwszych dniach wolności powstała także peperowska organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego. OMTUR razem z ZWM brały udział w organizacji władz administracyjnych miasta. ZWM i OMTUR działały także w związkach zawodowych w poszczególnych zakładach przemysłowych. Związki zawodowe w mieście organizowano z inicjatywy władz partyjnych, przede wszystkim PPR. Dlatego też pierwsza siedziba związków mieściła się w gmachu KM PPR przy ulicy Waryńskiego 16. Dopiero po kilku miesiącach została przeniesiona na ulicę Narutowicza. Organizatorem i pierwszym przewodniczącym był Kazimierz Łacwik, potem kolejno: Zygmunt Kempa, Stefan Dąbrowski, Julian Kraj, Lucjan Rozwens. Wszyscy oni byli działaczami PPR bądź PPS.

Jednym z pierwszych zadań nowo powstałych organizacji politycznych po wyzwoleniu była organizacja władz administracyjnych i samorządowych. Szczególną inicjatywę i energię wykazywali członkowie PPR. Dawni urzędnicy miejscy oraz skierowani do pracy przez PPR nowi pracownicy włożyli wiele wysiłku w powołanie polskiego zarządu miasta i Miejskiej Rady Narodowej. Bardzo dużo pracy wnieśli tu Michał Piaseczny z PPR i Tadeusz Jankowski z PPS. 6 lutego wybrano Miejską Radę Narodową liczącą 40 członków. Przewodniczącym Rady został Antoni Kupczak z PPR, a sekretarzem Henryk Sierosławski z PPS, reprezentujący wówczas Związek Nauczycielstwa Polskiego. Wybrano także delegatów do Powiatowej Rady Narodowej: Stanisława Czwórkę i Wincentego Książaka – obaj z PPR. Prezydentem miasta został Michał Piaseczny z PPR,a wiceprezydentem Jan Krupa-Skibiński z PPS.

13 kwietnia 1945 r. odbyły się wybory uzupełniające do Rady Miejskiej. Nowym przewodniczącym został Edward Leks z PPR, wiceprzewodniczącym Teofil Luboński z PPS, a sekretarzem Tadeusz Stępień z PPR. Na tym samym zebraniu po raz pierwszy wybrano komisje rady i 20 ławników Sądu Grodzkiego.

Tak wyglądały pierwsze dni wolności. Tak organizowały się władze polityczno-społeczne i administracyjne miasta. Niezaprzeczalną rolę odegrali tu działacze polskiej Partii Robotniczej, wspomagani przez członków PPS, SD i SL.

Sytuacja w mieście była bardzo poważna. Pogarszała się także sytuacja polityczna w kraju. Działały siły antydemokratyczne.

Wiadomości z Pabianic ukazywały się w prasie ogólnopolskiej już w pierwszych tygodniach po ucieczce Niemców. W dniu 16 lutego 1945 roku Rzeczpospolita informowała o otwarciu gimnazjów.

W niespełna trzy tygodnie po oswobodzeniu Pabianic odbyła się tutaj uroczystość otwarcia polskich gimnazjów: Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Kr. Jadwigi, Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Jędrzeja Śniadeckiego i gimnazjum dla dorosłych.

Po nabożeństwie, na które przybyła młodzież z uratowanym sztandarem gimnazjum im. Śniadeckiego, w sali gimnazjum, w głębokiej ciszy zabrzmiała pieśń „Jeszcze Polska nie zginęła”. Zebraną młodzież powitali organizatorzy gimnazjów, podkreślając doniosłe znaczenie otwarcia gimnazjów polskich w Pabianicach, gdzie terror niemiecki szalał ze specjalną siłą i poczynił znaczne straty w szeregach młodzieży pabianickiej. Wielu spośród niej zginęło, wielu znajduje się jeszcze po więzieniach, w obozach i na robotach w Rzeszy. Z myślą o nich musi młodzież uwielokrotnić swoje wysiłki i uczyć się, by z pożytkiem pracować dla Ojczyzny.

Przedstawiciel Kuratorium Ok. Szkolnego Łódzkiego omówił zadania szkoły w demokratycznej Polsce. Następnie przemawiali: przedstawiciel Armii Czerwonej, prezydent miasta i nauczycielka gimnazjum w Pabianicach, która uczyła młodzież gimnazjalną w nielegalnych kompletach, pracując jednocześnie jako konduktorka w tramwajach. Stanęła teraz przed młodzieżą jeszcze w swym płaszczu tramwajarskim i mówiła w prostych słowach o tym, co się przeżyło, o wolności i o tych uczniach, którzy jej nie doczekali. Na zakończenie odśpiewano Rotę.

Społeczność lokalna z dużym zaangażowaniem odreagowała traumę okupacyjną. Organizowano pierwsze imprezy artystyczne i sportowe. Inauguracyjny występ przygotował Teatr Domu Kultury. Była to komedia Michała Bałuckiego „Grube ryby”, którą zagrano w sali Domu Katolickiego przy ulicy Tuszyńskiej 1 (obecnie Piotra Skargi). Sala ta była miejscem wielu powojennych spektakli i koncertów. Dochód z imprez przeznaczano niejednokrotnie na cele dobroczynne. Wśród najbardziej znanych animatorów kultury znaleźli się m. in. Karol Lubowski, Zygmunt Stawiszewski, Stefan Kwiatkowski. Działały także Kwartet Rewelersów, zespół taneczny oraz Szkoła Muzyczna.

Pabianice gościły imprezy o charakterze krajowym, np. Pierwszą Ogólnopolską Konferencję Bibliotekarską oraz Zjazd Działaczy Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych.

Bogatą kolekcję pabianickich plakatów i afiszy z lat 1945-1946 posiada Biblioteka Narodowa w Warszawie.

1945 rok

W dniu Pierwszej Ogólnopolskiej Konferencji Bibliotekarskiej t.j. w piątek, dnia 26-go października 1945 r. o godzinie 19-tej Teatr Domu Kultury w Pabianicach gra po raz ostatni w sali Domu Katolickiego wesołą i barwną komedię muzyczną w 3-ch aktach "Panna żołnierzem" [...].

Z racji zjazdu działaczy Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych Teatr Domu Kultury w Pabianicach w sali Domu Katolickiego, ulica Tuszyńska Nr 1 w piątek, dnia 12-go października 1945 roku o godzinie 19 min. 30 "Grube ryby" komedia w 3-ch aktach Michała Bałuckiego [...].

W sobotę, dnia 28 lipca 1945 r. o godzinie 18-tej (6-tej wieczorem) i w niedzielę, dnia 29 lipca 1945 r. o godzinie 17-tej (5-tej wieczorem) inauguracyjny występ zespołu teatralnego Domu Kultury w Pabianicach "Grube ryby" komedia w 3-ch aktach Michała Bałuckiego [...].

W niedzielę, dnia 10-go lutego 1946 r. o godz. 16-ej i 19-ej w sali Domu Katolickiego na rzecz Szkoły Muzycznej w Pabianicach wesoła komedia p.t. "Pacjent z prowincji [...].

Związek Walki Młodych w Pabianicach Sekcja Sportowa urządza w sobotę, dnia 11 sierpnia 1945 r. o godz. 9-ej wiecz. w salach Hotelu Polskiego zabawę taneczną [...].

Na rzecz Szkoły Powszechnej Nr 8 w Pabianicach w niedzielę, dnia 16-go grudnia 1945 r. o godzinie 18-tej w sali Domu Katolickiego przy ulicy Tuszyńskiej odbędzie się koncert solistów i Kwartetu rewellersów [...].

W ..., dnia ... 1945 roku o godzinie ... w sali Domu Katolickiego, ul. Tuszyńska 1 odbędzie się barwne widowisko w 2-ch częściach I. operetka żołnierska "Miłostki ułańskie", II. rewia humoru, piosenek i tańca [...].

Kółko Artystyczne przy Świetlicy Pracowników Fabryki Chemicznej w Pabianicach "My też chcemy..." zaprosić wszystkich Pabianiczan w sobotę, dnia 25-go sierpnia 1945 roku na nasz wieczór artystyczny [...].

1946 rok

We wtorek, dnia 7-go maja i dni następnych do 14-go maja 1946 r. włącznie codziennie o godzinie 7-ej wieczorem w sali Domu Katolickiego przy ulicy Tuszyńskiej grana będzie czarująca, pełna sentymentu i humoru roztańczona, rozśpiewana operetka w 3-ch aktach "Peppina" [...].

Szkoła Nr 9 w Pabianicach zaprasza w dniu 1 kwietnia 1946 r. o godzinie 7-ej wieczorem w sali Domu Katolickiego na wesoły wodewil ludowy w 4-ch aktach ze śpiewami p.t. "Bosa królewna" [...].

W niedzielę, dnia 17 marca r.b. o g. 11 przed południem otwarcie sezonu piłkarskiego między drużynami T.U.R. Łódź - K.S.Z.W.M. "Zryw" Pabianice [...].

W niedzielę, dnia 13-go stycznia 1946 r. o godz. 11-ej przed poł., odbędą się zawody bokserskie Concordia Piotrków - Kruscheender Pabianice [...].

Pierwsza Ogólnopolska Konferencja Bibliotekarska w Pabianicach

***

W Nowym Życiu Pabianic nr 3-4/1991 r. ukazały się wspomnienia Romana Peski ze stycznia 1945 roku.

Kres hitlerowskiej okupacji zwiastowali sami Niemcy. Jeszcze w grudniu 1944 roku zaczęli uciekać z Pabianic niemieccy osadnicy i folksdojcze. Wywożono też maszyny, surowce i pracowników największych fabryk. Wkrótce miał nastąpić przymusowy werbunek mężczyzn w wieku powyżej 45 lat – zmuszanych do kopania umocnień ziemnych na linii Warty, gdzie naziści zamierzali się bronić.

Dziś można już głośno mówić o tym, że nadciągająca Armia Czerwona przynosiła także obawy. Wprawdzie pabianiczanie cieszyli się z ucieczki znienawidzonego okupanta, ale kłamstwem byłoby opowiadanie, że na wyzwolicieli czekali z kwiatami. Dosyć powszechnie obawiano się bowiem, że wyzwolenie wcale nie będzie wyzwoleniem, ale zmianą okupanta. Ci, którzy przepowiadali nową falę nieszczęść, byli bliscy prawdy.

W połowie stycznia 1945 roku Niemcy zamierzali bronić miasta. Wzdłuż ulicy Warszawskiej ustawiono czołgi, maskując je przed lotniczym zwiadem. Jeden z czołgów stał w ogrodzie przed domem oznaczonym numerem 80. Na ulicach pojawiły się także samochody pancerne. Przy zbiegu Warszawskiej, Cegielnianej i Maślanej (obecnie Nawrockiego i Sikorskiego), a także na odcinku Duży Skręt – Kapliczna stały całe kolumny aut.

Mogło to być 17 stycznia, a może dzień później. Nad miastem pojawiły się pierwsze sowieckie samoloty zwiadowcze, potem eskadry bombowców. Początkowo leciały na zachód nie strzelając i nie zrzucając bomb. Bomby spadły dopiero nazajutrz. Wybuchały na ulicy Warszawskiej zabijając i raniąc ludzi szukających schronienia pod murem ogrodu sióstr zakonnych. Po nalocie wszystkie niemieckie wozy pancerne odjechały w kierunku Łasku. Na Warszawskiej leżała porzucona broń, amunicja, także granaty. One to wybuchały później w rękach chłopców, którzy niefrasobliwie radowali się z ucieczki okupanta.

Wieczór 19 stycznia minął spokojnie, choć w oczekiwaniu. Dopiero po północy pabianiczanie usłyszeli warkot radzieckiego czołgu i motocykli zwiadowców. Do krótkiej walki doszło w centrum miasta. Rankiem 20 stycznia leżało tam ciało esesmana zmasakrowane gąsienicami czołgów. Na skrzyżowaniu Zamkowej i św. Jana (Kilińskiego) tkwiło jeszcze rozbite działko przeciwpancerne, z którego strzelał ów esesman.

Żołnierze sowieccy jechali od strony Woli Zaradzyńskiej i Lasku Miejskiego. Jechali na czołgach, samochodach i konno. Były to oddziały I Frontu Białoruskiego dowodzone przez generała Żukowa. Owacji i entuzjazmu tłumów – o jakich kazano nam później czytać w książkach i gazetach – nie było. Owszem, ludzie grupkami wychodzili z domów, by lękliwie przyjrzeć się wojsku. Lęk narastał zwłaszcza na widok azjatyckich twarzy i niechlujnych mundurów. Przerodził się w paniczny strach, gdy żołnierze zaczęli kraść i gwałcić kobiety. Sowieci rabowali wszystko, co wpadło im w ręce. Rozbijali sklepy, magazyny fabryczne, pustoszyli zakłady jedwabnicze i rzeźnię. Nierzadko napotkanym na ulicy Polakom sowieccy żołnierze odbierali zegarki i rowery. Nie wdzierali się tylko do mieszkań.

Gdzieś około godziny 10 od strony Rzgowa nadleciało kilka niemieckich samolotów. Gęsto posypały się pociski z karabinów i bomby. Zaskoczenie było zupełne. Wybuchła panika i niemieccy lotnicy mieli ułatwione zadanie. Strzelali bardzo celnie. Od kul i odłamków bomb zginęło wielu żołnierzy radzieckich i Polaków. Najwięcej ciał leżało na ulicy Zamkowej – od św. Jana aż do Zielonej Górki. Odcinek między Kościuszki a Narutowicza usiany był wprost trupami. Płonęło kilka budynków. Widziałem to na własne oczy i nigdy nie zapomnę.

Nie zapomnę też martwej dziewczyny w mundurze lezącej pod ścianą dzisiejszego Urzędu Miasta. Jej śmierć i śmierć wielu żołnierzy radzieckich była niepotrzebna. Uniknięto by tragedii, gdyby, zamiast rabować sklepy, czerwonoarmiści zachowali frontową ostrożność. Taka jest tajemnica „bohaterskiej śmierci” żołnierzy radzieckich pochowanych na pabianickim cmentarzu.

Nazajutrz obok kaplicy św. Floriana i pod murami szkoły przy ulicy Garncarskiej znajdowano ciała rozstrzelanych cywilów. Po mieście krążyła wieść, że są to zwłoki Niemców zabitych przez Rosjan za okrucieństwa z okresu okupacji. Ofiary tego samosądu były ponoć wskazywane przez Polaków.

Kilka oddziałów Armii Czerwonej nie pognało za uciekającym wrogiem. Zostały w Pabianicach, by przynieść na karabinach i utrwalić strachem nową władzę – tak zwaną ludową. Żołnierzy ulokowano między innymi w Fabryce Narzędzi i Zakładzie Kąpielowym przy ul. Gdańskiej.

Komendantem wojennym miasta został major Widiakin, a rezydentem NKWD – major Slepcow. Oni to szybko znaleźli sobie „utrwalaczy” sowieckiego porządku w Pabianicach.

Właściwie nie musieli ich szukać. Zgłosili się sami: Józef Kempa, Stanisław Czwórka, Antoni Drobniewski, Wincenty Książak – komuniści. Wkrótce enkawudziści przeszkolili ich i nauczyli, jak powinna działać „bezpieka”.

Pabianiccy komuniści dostali polecenie od oficerów Armii Czerwonej, by spisać nazwiska ludzi zaufanych, zwłaszcza komunistów, socjalistów i wszelkiej maści lewicowców.

Druga lista nazwisk, jaką przygotowali, była praktycznie listą skazanych. Znalazły się na niej nazwiska „wrogów ludu”, czyli pabianickich patriotów, zwłaszcza żołnierzy Armii Krajowej. Tych postanowiono za wszelką cenę nie dopuszczać do nowej władzy. Określenie „wszelka cena” oznaczało często śmierć.

Najpierw „zaufani” przystąpili do organizowania milicji i „bezpieki” – na wzór sowiecki. Działania te i dobór ludzi, którym dawano do ręki broń, ściśle nadzorował major Widiakin.

Już 20 stycznia 1945 roku komuniści dostali od Rosjan zezwolenie na zajęcie lokalu po byłej komendzie żandarmerii niemieckiej przy ul. Warszawskiej 41. Tam też zawiązał się wkrótce samozwańczy tzw. zarząd miejski, opanowany przez „zaufanych”.

W tym czasie grupa żołnierzy AK dowodzona przez Kazimierza Romanowskiego opanowała gmach po gestapo i niemieckiej policji mieszczący się przy ul. Gdańskiej. Tego Rosjanie i pabianiccy komuniści nie chcieli zaakceptować. „Zaufani” bali się jednak działać bez wsparcia sowietów. O pomoc zwrócili się więc do towarzysza Widiakina. Otrzymali ją niezwłocznie w postaci kompanii czerwonoarmistów i jednego czołgu. Lufa czołgu została wymierzona w budynek.

Mając takie „argumenty”, partyjni wydelegowali dwóch najodważniejszych ludzi ze swego grona: Kazimierza Wilczka i Alojzego Szczerkowskiego. Obaj pod osłoną pepesz weszli do siedziby AK. Rozmowy były krótkie. Można je streścić jednym zdaniem: albo AK złoży broń i wyjdzie na ulicę, albo żołnierze podziemia rozwaleni strzałami z czołgu. Ponieważ osaczeni byli praktycznie bez żadnych szans, poddali się. Rozbrojono ich. Kilku, głównie najmłodszym z pochodzeniem robotniczym, zaproponowano wstąpienie do „bezpieki”. O tym, komu złożono taką propozycję, a kogo pominięto, decydowali Józef Kempa i Władysław Karbowiak.

Szefem tworzącego się właśnie Urzędu Bezpieczeństwa w Pabianicach został podporucznik Szysz, a jego zastępcą Raczkowski. Dowódcą grupy operacyjnej skierowanej do zwalczania tzw. band mianowano podporucznika Kalisza. Wkrótce cele aresztu zapełniły się patriotami. Ulicę Zamkową przemianowano na Armii Czerwonej, Stary Rynek – na plac Obrońców Stalingradu, Leśną – na 20 Stycznia, Łaską na – generała Żukowa. „Utrwalacze” rządzili Pabianicami. Bezkarnie.

***

Andrzej Adamczewski opisał styczeń 1945 roku w artykule „Ostatnie bombardowanie” – Życie Pabianic nr 4/2003 r.

Na tę chwilę pabianiczanie czekali aż 1.960 dni. W nocy z 19 na 20 stycznia 1945 roku wojska I Frontu Białoruskiego wypędziły hitlerowców.

Wieści o załamaniu potęgi hitlerowskiej na Wschodzie i wielkiej ofensywie radzieckiej zaczęły docierać do Pabianic pod koniec 1944 r. przez nasz dworzec ciągnęły pociągi pełne sprzętu i rannych żołnierzy Wehrmachtu. Niemców mieszkających w Pabianicach ogarniał strach. Stali się życzliwi, zaczęli rozmawiać z Polakami.

- Nawet ci, którzy słynęli z nienawiści do nas, nagle zrobili się dobroduszni – opowiada Wacław Nowak, który w 1944 r. miał 11 lat.

W nocy 16 stycznia 1945 r. pabianiczan obudziło dudnienie bomb, dochodzące od strony Łodzi. W mieście zawyły syreny przeciwlotnicze. Front w zawrotnym tempie przesuwał się ku Pabianicom. Nagle w mieście zrobiło się widno jak w dzień.

- Niebo rozbłysło tysiącem „choinek”. To radzieccy żołnierze oświetlali teren flarami – wspomina Wacław Nowak.

Nad ranem 17 stycznia bomby spadły na tory kolejowe w pobliżu dworca. Niemcy wpadli w panikę. W popłochu pakowali dobytek na wozy, sanki i ręczne wózki. Zamkowa, Łaska i Legionów płynęła rzeka uciekinierów. Byli przerażeni.

- Za to nas ogarnęła radość. Wiedzieliśmy, co się święci – opowiada Nowak.

Tragiczny zwiad

Kolumny niemieckiego wojska, czołgi, samochody pancerne i wozy konne wycofywały się ulicami Piotra Skargi, Zamkową i partyzancką w stronę Łasku. Leszek Hlawatin, harcerz Szarych Szeregów, wraz z kuzynem i kolegą chcieli uwiecznić tę historyczną chwile.

- W torebce po cukrze ukryliśmy aparat marki Kodak. Ustawiliśmy się na rogu Zamkowej i Narutowicza, by robić zdjęcia – wspomina.

Nagle nadleciały radzieckie bombowce. Na niemieckie tabory poleciał grad bomb.

- Uciekaliśmy na Narutowicza do domu naszej koleżanki – opowiada Hlawatin. – Wpadliśmy do korytarza, ale był pełen ludzi. Lokatorzy zbiegali po schodach do schronu.

Wtedy przed kamienica wybuchły trzy pociski.

- Mojemu kuzynowi urwało obie nogi. Wykrwawił się na śmierć w ciągu kilkunastu minut. Matka koleżanki, której w ostatniej chwili pomagałem założyć płaszcz, dostała odłamkiem prosto w pierś. Zginęła. Mnie odłamki utkwiły w udzie i łydce – przywołuje bolesne wspomnienia Leszek Hlawatin.

Pod mur z nimi

Pierwszy patrol czerwonoarmistów przemknął przez Pabianice w czwartek 18 stycznia – na małych rączych koniach. Wpadł od strony Tuszyna, zatoczył koło na Starym Rynku i zniknął.

Niemcy byli zajęci niszczeniem fabryk. Po ulicach krążyły grupy uzbrojonych esesmanów, żandarmów i wyrostków z Hitlerjugend. Do fabryk wrzucali granaty zapalające. Wysadzili tkalnię Kruszego i Endera przy Piłsudskiego i Grobelnej. W innych zakładali ładunki zegarowe.

W nocy 19 stycznia do Pabianic wjechały wojska pancerne i oddziały zmotoryzowane I Frontu Białoruskiego. Dowodził nimi marszałek Gieorgij Żukow. Hitlerowcy wycofywali się prawie bez walki. Łoskot karabinów maszynowych było słychać tylko w okolicy parku Wolności.

Miasto ogarnęła radość. Ludzie wychodzili na ulice, by zobaczyć czołgi z czerwonymi gwiazdami i słynne „katiusze”. Wynosili żołnierzom gorącą kawę i herbatę.

- Czerwonoarmiści chodzili po domach. Szukali Niemców i folksdojczów. Rozstrzeliwali ich na miejscu – opowiada Wacław Nowak. – Ja widziałem egzekucję u zbiegu ulic Moniuszki i Pięknej. Ślady po kulach karabinu do tej pory widać na ścianach kamienicy, która stoi w tym miejscu.

Odwet

W południe 20 stycznia na Zamkowej (między Pułaskiego i Traugutta) zebrał się spory tłum. Ludzie oglądali i pozdrawiali maszerujących ulicą żołnierzy. Wtem na niebie pojawiły się samoloty ze swastykami. Nalot trwał krótko, ale wyrządził olbrzymie szkody. Runęło kilka domów. Zginęło kilkaset osób. Ranni i zabici leżeli na jezdni.

- To była ostatnia chwila wojny. Potem w mieście był już spokój – kończy opowieść Wacław Nowak.

***

„Wyzwolenie” Pabianic otaczało wiele niedomowień w okresie PRL-u . Przemilczana była na przykład sprawa bombardowania miasta przez lotnictwo radzieckie. Idealizowano również wygląd i zachowania zwycięskich sołdatów.

Edward Ropęga zamieścił wspomnienia z „dnia wyzwolenia” w nr 2/ 2005 r. Życia Pabianic na niedzielę.

W noc poprzedzającą wkroczenie oddziałów radzieckich do Pabianic rodziny niemieckie, zajmujące dotychczas polskie gospodarstwa rolne, jak i inne zabudowania, cichaczem opuściły miasto.

Nasza ulica przed wojna nazywała się Leśna. Była ulicą prowincjonalną, zamieszkana przez robotników i drobnych rolników. W latach okupacji wywożono ich na przymusowe roboty do Niemiec, Francji itp. Na ich miejsce osiedlano Niemców. Jedną z rodzin do wysiedlenia byliśmy my: ja, starsza siostra i ojciec (matka nie żyła). Wysiedlenia odbywały się w środku nocy. Na czele oprawców stał gruby niski Niemiec o nazwisku Nafin. Chodził, trzymając w ręku gruby kij. Uderzył nim wiszący na ścianie wojskowy portret ojca, następnie go podeptał, aż się szkło rozprysło na podłodze. Nafin był szefem i organizatorem wysiedlania ludności Pabianic. Podczas wysiedlania, korzystając z ciemności nocy oraz rady ciotki, udało mi się zbiec i zostałem przy babce w Pabianicach. Natomiast ojciec z siostrą pracował w Niemczech aż do wyzwolenia.

Wyzwolenie naszego miasta nastąpiło 20 stycznia 1945 roku. Pierwszą ulicą, na którą weszli Sowieci, była ulica Leśna, zmieniona później na 20 Stycznia. Rosjanie szli od strony Tuszyna przez wieś Prawda, Sereczyn i Miejski Lasek.

Staliśmy z babcią przed bramą, było to w godzinach przedpołudniowych, i nagle zauważyliśmy trzech rosyjskich zwiadowców. Jechali wolno na zgrabnych koniach, w nienagannych mundurach. Zapytali babcię, kuda giermaniec poszoł. Na zachód – pokazała ręką babcia. Kiedy odjechali w stronę miasta, za kilka minut zobaczyliśmy niecodzienny widok. Szlo oraz jechało dużo wojska. W większości siedzieli na małych konikach wielkości osła z długimi grzywami i owłosieniem, ale bardzo wytrwałych i mocnych. Nogi jeźdźców były przy samej ziemi, wyżsi żołnierze musieli unosić nogi, aby nie zawadzić o ziemię. Na sobie mieli zniszczone płaszcze szyte jakby z koców, a przepasani byli sznurkami w pasie lub na sznurkach mieli karabiny.

Szli brudni, zakurzeni, umęczeni, ale jako zwycięzcy, i to się liczyło. Pamiętam jednego jadącego na rowerze z kolami bez opon. Na drobnym bruku, jaki był na naszej ulicy, kola wydawały dźwięczny turkot.

Po przelaniu się fali wojska znajdowaliśmy łuski od pocisków, pociski, a nawet karabin ze złamaną kolbą. Wśród ludności na naszej ulicy nastąpiła wielka radość. Później Ruscy przyszli do nas na nocleg. Częstowali „sałem”, była to wędzona słonina. Babcia ugotowała im posiłek. Byli do nas ustosunkowani przyjaźnie. W pewnym momencie wpadł do mieszkania ich wartownik z okrzykiem „Giermani”. W ułamku sekundy wszyscy żołnierze znaleźli się na podwórku. Zaczęła się strzelanina, ponieważ od Lasku Miejskiego przedzierało się ponoć osiem czołgów niemieckich. Dom nasz został ostrzelany, powstały wyrwy w murze, poleciały wszystkie szyby, a kredens runął na podłogę i potłukło się wszystko, co szklane.

Czolgi się przedarły, ale najprawdopodobniej zostały zniszczone w mieście. Potem krążyły radzieckie dwupłatowce, zwane kukuruźniakami. Gdzieś zrzucały bomby, ale to już nie nad naszą ulicą. Żołnierze od nas odeszli. Pamiętam, że jeden z nich miał kilka ręcznych zegarków przepasanych na nodze przy kostce. Czeto zapytywali nas, czy „majesz czasy”.

Dziś po 60 latach od tamtych dni, można przypomnieć sobie tamten obraz. My z dzieciaków staliśmy się dziadkami. Nie do wiary, jak ten czas szybko minął…

***

Masakra Niemców na Zielonej Górce. Atak „kukuruźników”

Niemcy wycofując się z Łodzi i Rzgowa szli przez Pabianice. Było to 18 lub 19 stycznia 1945 roku.

- Od Rzgowa jechały oddziały bojowe, a od Łodzi dygnitarze niemieccy. Spotkali się na Zielonej Górce, na której wtedy nie było skwerku, tylko stały budy i był skład węgla – opowiada pan Leszek. Między Mielczarskiego i Pomorską dwa auta najechały na siebie. Zrobił się zator. Obie kolumny stanęły.

- Bawiliśmy się na placu Reinholda, gdzie dziś jest ogródek i plac zabaw dla dzieci. Jak zobaczyliśmy tyle wojska, weszliśmy na strych kamienicy przy Pomorskiej – opowiada. – Patrzyliśmy przez okienka. Było nas pięciu. Mieliśmy po 7-8 lat. Było po godzinie 10.00, gdy nadleciał rosyjski „kukuruźnik”.

- Przeleciał nad Niemcami, zawrócił. Po chwili przyleciały trzy albo cztery samoloty. Latały nisko nad nimi i zrzucały bomby. To była masakra. Padło wiele koni, zniszczony został sprzęt wojskowy – wozy, auta, ciężarówki. Niemcy zebrali trupy, załadowali na te auta, którymi dało się jeszcze jechać, i do wieczora uciekli.

- Kamienica, w której siedzieliśmy, cała była podziurawiona od odłamków i bomb – opowiada pan Leszek. – Potem starsi chłopcy odkręcali pociski i wybierali proch. Zabieraliśmy go do domów i wrzucaliśmy do pieca na rozpałkę. Nie był już niebezpieczny, ale jak się mama o tym dowiedziała, to dostałem lanie.

Ucieczka Niemców. Uciekali w dwudziestostopniowym mrozie

Od 18 stycznia Armia Czerwona wkraczała na tereny Dłutowa i Pawlikowic.

- Mieliśmy we wsi herr Reicha, który nie krył całą wojnę oddania dla wodza Rzeszy. Był nieobliczalny i niebezpieczny. Matki straszyły nim dzieci – wspomina Jan Jagusiak, autor książki „Pabianickie historie z pogranicza trzech pokoleń Kraju Warty i GG”. – Nie pozwolono im uciekać wcześniej. Dlatego dopiero na dwa dni przed wejściem Rosjan zaczęli się pakować. Namawiali Polaków, byśmy jechali razem z nimi. Ostrzegali, że jak wejdą Rosjanie, to nie wiadomo co z nami zrobią. Ucieczkę Niemców w połowie stycznia organizował żandarm Żar.

- Mieli jechać koło południa, ale skoro świt, spakowali się i w półmroku, przy 20-stopniowym mrozie – wyruszali – opowiada Jagusiak. – Kilka godzin później koło południa we wsi pojawił się Reich. Ocierał mokre oczy rękawem, bo jego rodzina uciekła rano, a on był w Łodzi. Nie zdążył. Był skulony, jakby mniejszy niż zwykle. Pognał za nimi.

W nocy do chałup wiejskich pukali rozbitkowie z niemieckiej armii.

- Było trzech, co chciało przenocować, ale dostali zupy z mąki ugotowanej na wodzie i poszli dalej. Jeden z nich za tę dobroć dał medalik z Matką Boską. Mówił, ze jest poznaniakiem – wspomina Jagusiak. – Niemal dzień później weszli Rosjanie. Prowadzili młodego Niemca. Pytali, kto ze wsi chce go zabić. Nikt nie chciał. Na drugi dzień kobiety ze wsi pod lasem znalazły zwłoki chłopaka. Rosjanie sami go zastrzelili.

Ostatni atak w Dłutowie. Zginęło 140 Rosjan i 400 Niemców

W sobotę 19 stycznia od Dłutowa do Bud Dłutowskich aż gęsto było od Rosjan. Drogami jeździły ziły załadowane sprzętem i żołnierzami.

- Na drugi dzień nagle pojawiły się czołgi 16. Dywizji Pancernej SS Herman Goering, tej która znalazła się w kotle koło Kielc i teraz posuwała się za wojskiem rosyjskim w stronę Sulejowa, Moszczenicy, aż do Dłutowa – opowiada Jan Jagusiak. – 21 stycznia w Karczmach na trasie Piotrków-Łask zaatakowali. Wymordowali nawet rannych Rosjan, którzy mieli szpital polowy w pałacyku Eisertów w Dłutowie. Rosjanie w odwecie byli bezlitośni.

Zginęło 140 Rosjan i 400 Niemców. Tych ostatnich wrzucono do okopów między Dłutowem i Wadlewem, koło leśniczówki w Dłutowie, Ślądkowicach i Drzewocinach. Przeciwczołgowe okopy miały od 4 do 5 metrów szerokości i 3 metry głębokości.

- Niemców kilka lat temu ekshumowano i przeniesiono na cmentarze na

Śląsku. Rosjan pochowano najpierw w centrum Dłutowa, a zabitych ze szpitala pogrzebali obok pałacu. Po latach przeniesiono ich najpierw na cmentarz w Pawlikowicach, a potem na cmentarz do Pabianic – wyjaśnia.

Zginęli od radzieckich (i niemieckich) bomb w 1945

- Dysponujemy tylko dwoma listami Polaków zabitych przez bomby w 1945 roku. Ale materiały są niekompletne. Zostali pochowani w bratniej mogile przy murze na kwaterze 52 – wyjaśnia Robert Adamek, kustosz w Muzeum.

Lista nazwisk z Muzeum: Maria Drobniewska, Karol Boczek, Józef Papież, Maria Nowak, Ignacy Szwach, Józefa Kulawińska, Maria Prusik, Marceli Pruszkowski, Franciszek Kazimierczak, Henryk Staniawski, Jan Fijałkowski, Wiktor Słowiński, Wacław Konus, Janina Wadowska, Kornelia Korczewicz, Regina Koziara, Tadeusz Lis, Marian Seta, Wacław Wlaślak, Tadeusz Sygdziak, Zygmunt i Roman Dera, Jan Jabczyński, Maria Majewska, Karol Boroń, Czesław Pawlak, Tadeusz Bartoszek, Ludwik Matusiak, Władysław Rzepkowski, Edmund Pluta, Stanisław Adamczewski, Jan Kozłowski, Franciszek Stachowski, Stefan Wlazło, Feliks Galer, Jerzy Minias, Bronisław Płucienniczak, Marian Błoszczyk, Helena Dyła, Albin Kociołek, Antoni Mielczarek, Felicja Jachoła, Marianna Mikołajewska, Stanisław Jakubczak, Stanisław Bojo, Florentyna Gmach, Franciszek Płucienniczak, Rozalia Zawiatowska, Irena Janiszewska, Władysław Kruczkowski, Władysław Sokołowski, Stanisław Raczyński, Bonifacy Rendecki, Józef Kuśmider, Józef Nowak, Stanisław Wypych, Wincenty Nowak, Janina Wadowska, Józefa Warchoł, Lucjan Konieczny, Felicjan Michalak, Jadwiga Krupińska, Edward Angiel, Zofia Hartman, Helena Janas, Janina Owczarek, Wacław Strusiński, Helena Cichecka, Stanisław Sulej, Helena Holasa, Józef Gajda, Genowefa Rosik, Jan Grzelikowski, Helena Kordońska, Marianna Żuzańska, Franciszek Wawrzyniak, Maria Mikołajczyk, Maria Szumigaj, Leokadia Szumigaj, Jadwiga Poipielas, Józefa Gogolewska, Łucja Łągiewczyk, Feliks Grzelik, Antonina Grzelik, Marcin Olejnik, Wacław Fajge, Wojciech Grzanka, Anna Stempczyńska, Franciszek Jendrysiak, Anna Stanisława Olenderek, Anna Olenderek, Stanisław Józefowicz, Anna Braczkowska, Zofia Musiał, Krystyna Musiał, Florentyna Hemer, Cecylia Klupczewska.

Cecylia miała 19 lat. Mieszkała na Starym Mieście przy ulicy Nawrockiego. W styczniu 1945 roku, podczas bombardowania ukryła się z ciotką w Komorkach. Obok wybuchła bomba. Obie zginęły. (Renata Kamińska „W styczniu, 67 lat temu”, nr 3/2012 r.)

***

Styczeń 1945 roku. Tysiące pabianiczan wita wkraczającą do miasta Armię Czerwoną. Wielu nie wychodzi na ulice. Obawiają się, że jednego okupanta zastąpił drugi okupant. W hitlerowskiej strategii Pabianice i Łódź były bardzo ważne. Biegły tędy bite drogi szlak kolejowy na zachód. Niemcy wyznaczyli tutaj punkt zborny dla swej ludności uciekającej przed Armią Czerwoną z Naddniestrza. Uchodźcy ci od marca 1944 r. jechali i maszerowali przez Mołdawię, Rumunię i Węgry, prowadząc 7.000 furmanek, 19.000 koni, 5.000 krów. W okolicach Pabianic mieli znaleźć schronienie i wagony kolejowe do dalszej podróży ku Rzeszy. Niemcy kazali budować umocnienia i system rowów przeciwczołgowych.

Pierwszy Front Białoruski Armii Czerwonej ruszył na zachód 14 stycznia 1945 r. Tempo ofensywy było zaskakująco szybkie. Już nazajutrz Rosjanie osiągnęli cel: niemieckie wojska, które miały rozkaz osłaniać Łódź i Pabianice zostały odcięte.

Dwa sowieckie myśliwce przeleciały nad Pabianicami już 15 stycznia. Nocą z 16 na 17 stycznia na niebie pojawiło się sporo spadochronów z podwieszonymi flarami (świetlnymi racami). To Niemcy szukali radzieckich samolotów. Mieszkańcy bali się, że będą wywozeni na roboty. Krążyła też plotka, iż hitlerowcy szykują masowe egzekucje Polaków.

Idą Rosjanie!

17 stycznia na ulicy Zamkowej (wtedy Schloss Strasse) słychać było artyleryjską kanonadę. Ulicami Pabianic chaotycznie przemieszczały się niemieckie czołgi i samochody wojskowe. Na Zielonej Górce powstał zator, bo spotkały się oddziały ciągnące od Łasku, Łodzi i Rzgowa. Wozy pancerne powaliły słupy sieci elektrycznej. Szykujący się do obrony okupant nie pozwolił przerwać pracy w fabrykach.

Nazajutrz spadły radzieckie bomby. Kilka z nich trafiło w domki familijne przy kościele NMP. Zginęły dwie kobiety.

Rankiem 19 stycznia pabianiczanie ujrzeli pierwszych sowieckich żołnierzy. Jechali na małych koniach od strony Górki Pabianickiej. Na głowach mieli futrzane czapy. Za nimi sunęły trzy lekkie czołgi. Był to patrol rozpoznawczy.

Na ulicy Lutomierskiej patrol się zatrzymał. Z domów wybiegli uradowani mieszkańcy. Żołnierze rozpierzchli się i szybko wrócili z meldunkami, że na pobliskich ulicach są silnie uzbrojone punkty oporu Niemców.

Wezwano wsparcie lotnicze. Pilot jednego z bombowców, Aleksjej Fiedorow, wspomina, że sowieckie samoloty zbombardowały okolice dworca kolejowego. „Po godzinie przyniesiono zdjęcia lotnicze. Szef sztabu dywizji, pułkownik Romanow, przejrzał je i potwierdził, że skutecznie zaczopowaliśmy dworzec. Niedługo potem nasze oddziały zdobyły Pabianice. Wzięliśmy bardzo dużo sprzętu wojskowego, broni i amunicji. Garnizon nieprzyjaciela się poddał – wspomina Fiedorow.

Późnym wieczorem na ulicy Leśnej (dziś ul. 20 Stycznia) pojawili się kawalerzyści. Mieszkańcy okolicznych domów wpadli w popłoch, bo w ciemnościach wzięli ich za ukraińskich nacjonalistów, sojuszników hitlerowców, pogromców powstania warszawskiego. Bali się rzezi.

W sobotę, 20 stycznia środkiem miasta jechały kolumny sowieckich czołgów, samochody z artylerią, maszerowała piechota. Mnóstwo ludzi wyszło z domów, by obejrzeć tę „paradę zwycięstwa”. Wydawało się, że najgorsze już minęło.

Znów lecą bomby

Ale Niemcy próbowali opóźnić sowiecką ofensywę. Najpierw na niebie pojawił się jeden samolot z czarnym krzyżem na skrzydłach. Godzinę później zaczęło się. Hitlerowskie bomby spadły w kwadracie ulic: Zamkowa-Traugutta-Narutowicza-Pułaskiego oraz na fabrykę Kruschego i Endera. Zginęło wielu żołnierzy i cywilów. Dwa rzędy kamienic legły w gruzach. Płonęły samochody i czołgi. Ostatni niemiecki nalot pabianiczanie odebrali jako zemstę. Na pogrzeb zabitych poszły tysiące mieszkańców.

Według relacji niektórych pabianiczan, nazajutrz po ucieczce Niemców Rosjanie rozdawali konserwy mięsne i opał. W ich szeregach maszerowali żołnierze w słomianych łapciach, z karabinami zawieszonymi na sznurkach. Trudno było uwierzyć, że ci biedacy przepędzili hitlerowców.

Z Niemcami, którzy nie uciekli z Pabianic, czerwonoarmiści nie patyczkowali się. Napotkanych rozstrzeliwali. Wypytywali też o folksdojczów. Kilkuset zatrzymanych wpakowali do kolejowych wagonów jadących na wschód.

Wielu pabianiczan uciekło na wieś. W fabrykach połowa maszyn stała, sporo urządzeń wywieźli Niemcy. Zniszczona była sieć energetyczna i kanalizacja. Powołano komisję, która miała czuwać nad sprawiedliwym rozdzielaniem chleba z prywatnych piekarni.

Niedobitki hitlerowców wciąż ukrywały się w Lasku Miejskim. Nocami wygłodniali Niemcy stukali w okna pobliskich domów, błagając o jedzenie. Jeszcze przez kilka tygodni ulicami Pabianic Rosjanie prowadzili na wschód długie kolumny nazistowskich jeńców. (Katarzyna Giedrojć „Niemcy uciekają!”, Życie Pabianic nr 4/2015 r.)

W bombardowaniu Pabianic brał udział pilot Aleksy Fiedorow (Алексей Григорьевич Фёдоров), o czym mówi we wspomnieniach „В небе- пикировщики”, 1986.

Федоров Алексей Григорьевич В небе - пикировщики !

Фёдоров, Алексей Григорьевич

***

Styczeń 1945 roku. Hitlerowcy uciekli. Pabianiczanie próbują uruchomić młyn, elektrownię i mleczarnię. Aby zdobyć węgiel, muszą jechać na Śląsk. Za wagon mąki dostaną tam nawet dwadzieścia wagonów węgla.

Trupy na ulicach Pabianic leżały niemal do końca stycznia 1945 r. Były to ciała Niemców zabitych przez żołnierzy Armii Czerwonej, przesiedleńców z Naddniestrza, którzy próbowali dojechać furmankami do Rzeszy, rozstrzelanych volksdeutschów i ofiar nalotów bombowych. Poległych Rosjan dość szybko zabierali wojskowi grabarze.

Do 28 stycznia 1945 r. Sowieci i polska bezpieka aresztowali kilkudziesięciu Niemców i volksdeutschów. Tych, wobec których nie było zarzutów wysługiwania się hitlerowskiemu okupantowi wpakowano do bydlęcych wagonów kolejowych. Pociąg pojechał daleko na wschód.

Niemców i volksdeutschów, którzy w latach 1939-45 znęcali się nad Polakami albo donosili nazistom, bezpieka zamknęła w sali kina przy ulicy Gdańskiej. Urządzono sąd doraźny – z udziałem rosyjskiego majora i porucznika, oficera polskiej bezpieki oraz kilku niezidentyfikowanych osób w cywilnych ubraniach. Budynek kina otoczył oddział czerwonoarmistów. Zapadły wyroki śmierci. Według raportu Armii Krajowej, skazanych na śmierć wyprowadzano za skrzyżowanie ulicy Gdańskiej z Garncarską i tam rozstrzelano.

29 stycznia tysiące pabianiczan poszły na cmentarz katolicki, by w zbiorowej mogile pochować niemal stu mieszkańców naszego miasta – ofiary nalotów. Tych, którzy 17 i 18 stycznia zginęli od wybuchu bomb zrzuconych z sowieckich samolotów w pobliżu dworca kolejowego na domki familijne oraz fabryczkę przy ulicy św. Anny (dziś ul. Sempołowskiej). I tych, którzy 20 stycznia polegli od hitlerowskich bomb zrzuconych na domy przy ulicach Zamkowej, Traugutta, Pułaskiego oraz zakłady włókiennicze Kruschego i Endera.

Najmłodsza ofiara nalotów miała 7 lat, najstarsza – 63. Wśród pochowanych w zbiorowej mogile był brat z siostrą, ojciec z 17-letnią córką, dwaj nieletni synowie sklepikarza, nauczyciel. Był też przedwojenny tramwajarz, który zanim nadleciały faszystowskie „sztukasy”, z radością przyglądał się kolumnie niemieckich jeńców prowadzonych pod lufami karabinów Rosjan. W szpitalu przy ulicy Szpitalnej amputowano nogi trzem pabianiczanom ciężko rannym w bombardowaniach.

W kamienicy Kraja przy ulicy Warszawskiej 43, gdzie podczas okupacji był posterunek rewiru niemieckiej policji, urządzono szpital dla rannych sowieckich żołnierzy. Łóżka do szpitalnych sal Rosjanie zdobywali w najprostszy sposób – wynosząc je z sąsiednich domów.

Hitlerowcy zdążyli wywieźć z Pabianic zapasy węgla, zboża, konserw, ponad 40 proc. maszyn z fabryki chemicznej, papierni i zakładów włókienniczych. W tych ostatnich (największych w mieście) spłonęła stara przędzalnia, tkalnia i farbiarnia. Uciekający okupanci rozmontowali i wywieźli wyposażenie rzeźni miejskiej oraz warsztatów Szkoły Rzemiosł im. Jana Kilińskiego, podczas okupacji produkujących części do czołgów, samolotów i łodzi podwodnych. Zniszczyli sieć energetyczną, zrabowali miedziane kable i transformatory, zrujnowali kanalizację w centrum miasta.

Ślusarzom i kowalom próbującym uruchamiać ocalałe urządzenia brakowało zwłaszcza metalu i ciężkich narzędzi – zagrabionych przez Niemców. W wielu obiektach przemysłowych hitlerowcy wyrwali ze ścian nawet stalowe haki i przewody elektryczne.

Ponad 8. 000 mieszkańców (głównie narodowości żydowskiej) zginęło w obozach zagłady, katowniach gestapo i podczas przymusowej pracy ponad siły. Kilka tysięcy pabianiczan jeszcze nie wróciło z robót w Rzeszy.

Najbardziej brakowało chleba. Już 20 stycznia pracownicy młyna na Zielonej Górce (przed wojną był to prywatny młyn „Spójnia”) obejrzeli to, co zostało po ucieczce Niemców. A zostało sporo. Wprawdzie hitlerowcy zdążyli zapakować do skrzyń co cenniejsze maszyny i urządzenia, ale wywieźli tylko kilka ciężarówek z łupami. Powód? Porzucili skrzynie, gdy nocą z 19 na 20 stycznia nadeszła wieść, że Rosjanie są już na przedmieściach Pabianic.

Przede wszystkim ocalały gumowe pasy transmisyjne, niezbędne do napędzania maszyn mielących zboże. W największym magazynie młynarze znaleźli prawie dziewięć ton pszenicy i żyta. Aby zrobić z nich mąką na chleb należało zmontować maszyny, postarać się o węgiel pod kotły parowe i załatać ściany budynku (zwłaszcza okna), mocno podziurawione podczas nalotów.

Najpierw jednak pilnie sprowadzono żołnierzy. Powód? W budynku gospodarczym młynarze znaleźli duży skład materiałów wybuchowych i detonatorów. Niemcy chcieli ich użyć do wysadzenia w powietrze młyna, torów kolejowych i bocznicy. Z porzuconych dokumentów wynikało, że dynamitem planowali zniszczyć także zakłady chemiczne i jakieś obiekty w centrum miasta.

25 stycznia 1945 r. wojenny komendant Pabianic – major Armii Czerwonej Georgij Slepcow, nakazał młynarzom uruchomić najszybciej, jak się to da zrobić. Do pomocy przy odgruzowaniu i łataniu okien posłał im sześciu Niemców pod strażą sowieckiego szeregowca. Młynarze pracowali dniami i nocami. Węgiel przywieziono z kotłowni fabryki chemicznej.

10 lutego młyn ruszył. Nazajutrz piekarz Żurawski upiekł pierwszy powojenny chleb. Po bochenku dostali młynarze, pracownicy uruchamiający elektrownię i mleczarnię oraz milicjanci. Kilka bochenków posłano do szpitali. Tego samego dnia rozpoczęły się lekcje w pabianickich szkołach powszechnych.

Poniemieckie zapasy zboża szybko się skończyły. Komendant Slepcow dzwonił do armijnego zaopatrzenia, by przysłali parę wagonów żyta. Ale dopiero pod koniec lutego spod Gorzowa wyruszył transport zboża dla Pabianic. Wagony kolejowe konwojowali polscy żołnierze z drugiej armii.

Niebawem zabrakło węgla pod kotły młyna. Aby go zdobyć, tymczasowe władze miasta dogadały się ze Ślązakami. My wysyłaliśmy im pabianicką mąkę, za którą dostawaliśmy koks. Pieniądze były wtedy nic niewarte. (Adam Dobrzyński „Chleba!”, Życie Pabianic nr 4/2016 r.)

***

Pod koniec II wojny światowej zastrzelił co najmniej 10 rosyjskich jeńców, po czym ich ciała oblał benzyną i spalił. Niemiecka prokuratura sprawdza, czego dopuścił się w Pabianicach 90-letni dziś porucznik Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Goering”. (90-letni mężczyzna (jego nazwisko nie zostało podane do publicznej wiadomości), mieszka dziś w niewielkim miasteczku Wolfratshausen w południowo-wschodnich Niemczech.

W październiku do jego drzwi zapukali śledczy z prokuratury miejskiej w Dortmundzie. Przeszukali jego mieszkanie, zabezpieczyli dokumenty i zdjęcia. 90-latek był zszokowany. Od Andreasa Brendela, przewodniczącego komórki ds. rozpatrywania mordów dokonywanych przez hitlerowców w dortmundzkiej prokuraturze, usłyszał, że jest podejrzany o dokonanie zbrodni na rosyjskich jeńcach. Mężczyzna wszystkiemu zaprzeczył. Nie został aresztowany. Brendel powiedział gazecie Suddetsche Zeitung, że nie było to potrzebne. Nie ma bowiem praktycznie żadnych szans, by sędziwy mężczyzna, który w Wolfratshausen założył po wojnie rodzinę, próbował zatuszować sprawę czy podjął próbę ucieczki’

Prokuratura w Dortmundzie wpadła na trop 90-latka w 2010 roku, badając działania Dywizji Pancerno-Spadochronowej „Hermann Goering” we Włoszech, gdzie niemieccy żołnierze przebywali do połowy 1944 roku. Potem zostali przerzuceni na front wschodni, by około 20 stycznia brać udział w walkach w Pabianicach. W zeznaniach świadków dotyczących wydarzeń sprzed 66 lat pojawiają się konkretne nazwiska i daty, wśród nich także nazwisko 90-letniego mężczyzny z Wolfratshausen. Trwają poszukiwania kolejnych dokumentów lub zeznań, które mogłyby potwierdzić te zarzuty.

- Ustalenia prokuratury wciąż trwają i w obecnym momencie trudno o podanie jakichkolwiek szczegółów do wiadomości publicznej. Nie można przewidzieć, kiedy śledztwo zostanie zakończone – odpowiada na nasze pytania Barbara Stockinger, rzecznik prasowy prokuratury w Monachium.

Znane już fakty składają się w logiczną całość. Część Dywizji Herman Goering faktycznie przebywała w Pabianicach. Tak w każdym razie informuje Muzeum Miasta Zgierza. „Dnia 18 stycznia […] Dywizja Pancerno-Spadochronowa Herman Goering została przesunięta z rejonu Ozorkowa w kierunku Pabianic I Konstantynowa” – czytamy na stronie internetowej muzeum. W dniach 19-20 stycznia 1945 roku do Pabianic wkroczyła Armia Czerwona. To tłumaczy obecność Rosjan w rejonie naszego miasta. Możliwy scenariusz mógł wyglądać następująco: rozpaczliwie broniący się hitlerowcy trzymali w niewoli rosyjskich żołnierzy. Kiedy napór Armii Czerwonej okazał się nie do powstrzymania, jeńców rozstrzelano, być może po to, by nie opóźniali odwrotu. Czy w takich okolicznościach 90-latek z Wolfrathausen dopuścił się zbrodni? Zebrane materiały potwierdzają dziś jedynie, że Pabianice były świadkiem morderstwa.

Czyje to bomby?

O wyzwalaniu Pabianic przez Armię Czerwoną wiemy niewiele. Najprawdopodobniej walki o nasze miasto trwały 19 i 20 stycznia. W dokumentach zachowały się jednak relacje, z których wynika, że pabianiczanie ginęli już 17 stycznia. Być może był to efekt bombardowań, jakim nasze miasto ulegało w tym okresie kilkukrotnie. Nie jest jasne jednak, kto zrzucał te bomby. Najprawdopodobniej najpierw bombardowań dokonała armia radziecka, potem wycofujące się wojska niemieckie. Pewności nie ma praktycznie żadnej, bo wówczas nie można było o tym mówić, ani pisać. Zakazane było choćby zasugerowanie, że pabianiczanie mogli ginąć od bomb zrzucanych przez Armię Czerwoną.

W archiwach Muzeum Miasta Pabianic znajduje się miedzy innymi księga, w której zapisano imiona i nazwiska żołnierzy radzieckich, którzy zginęli na terenie Pabianic. Przy dacie 20 stycznia 1945 znajduje się kilka nazwisk. W Pabianicach zmarli m. in. kapitan Anatolij Zlepuszenko i lejtnant Agasi Grigorian. Pięć dni później, 25 stycznia 1945 roku, zmarł Bohater Związku Radzieckiego Iwan Aleksiejewicz Gusiew. Niestety, nie zachowały się informacje o tym, jak zginęli. Mogli polec w walce, ale równie dobrze ich śmierć mogła wynikać z ran odniesionych w czasie bitwy. Przy większości nazwisk wpisane są miejsca pochówku: Pabianice, Dłutów, Łask, Ptaszkowice (były powiat łaski). Co ciekawe, żołnierze radzieccy nie zostali pochowani na cmentarzu katolickim. Najprawdopodobniej dlatego, że w Polsce byli traktowani jak ateiści. Pochowano ich więc … na Starym Rynku. Dopiero w 1948 roku ciała przeniesiono na nowo powstały cmentarz komunalny (?). Do dziś nie zostało wyjaśnione, czy ciała żołnierzy radzieckich zostały złożone także w Parku Wolności, gdzie znajdowały się mogiły Niemców z czasów I wojny światowej i Polaków poległych w obronie ojczyzny w 1939 roku. (Maciej Kucharek „Sprawiedliwość po 66 latach?”, Moje Miasto nr 4/2012 r.)

***

W Moim Mieście, nr 35/2011 r., mogliśmy przeczytać opowieści pani Leokadii mieszkanki Chechła ze stycznia 1945 roku.

(…) – Niemiec nie był zły? – pytam dziś ze zdumieniem.

Pani Leokadia zniecierpliwiona macha ręką.

- A skąd! Niemcy – nie. Ruskie to dopiero straszne były.

Mała Lodzia zapamiętała jedną straszną noc. Po przetoczeniu się wojsk niemieckich w ’45 roku, ciągnęli za nimi Rosjanie. Lodzia śpi z mamą w jednym łóżku. Wszędzie dookoła, na porozwalanej w nieludzkim bałaganie słomie, śpią żołnierze rosyjscy. Brudni, cuchnący. Jeden wyciąga łapę w kierunku mamy. Kobieta zaczyna krzyczeć. Wybucha dzika awantura, bo ojciec Lodzi zna rosyjski na tyle, by poskarżyć się dowódcy oddziału.

- On tam wtedy wpadł, ten ich starszy dowódca. Wyrzucił wszystkich z mieszkania. Ojciec krzyczał, że jak to tak w ogóle może być? I wszystkich, co w domu byli, powyrzucał na mróz, na podwórze, razem z tą ich słomą. Natychmiast – relacjonuje dziś pani Leokadia.

- A to każdy miał obowiązek trzymać żołnierzy w domu. Najpierw niemieckich, potem rosyjskich. U wszystkich tak było. Jejku, taka tragedia! To strach był. Ruskie, pierony takie! Jak wpadli na podwórko, mieli ze sobą krowę. Rozpalili ognisko za domem i tę krowę żywcem porozrywali, na surowo zeżarli! Ogrzali nieco mięso nad ogniem na takich długich kijach, upieczone to na pewno nie było. I ciągnęli zębami, rozrywali – mówi dziś.

Pod dach Lodzi zawita jednak po Rosjanach jeszcze jeden „fajny Niemiec”. Ma otartą stopę, ucieka. Płacze. – Mój Boże, mam taką piękną żonę w Poznaniu, bo ja stamtąd, i dwójkę dzieci. Tak bym do nich chciał wrócić. Tyle przeżyłem, byłem na froncie, wojnę przeżyłem, daj mi Boże do nich wrócić!

Ojciec Lodzi bardzo boi się go przetrzymać. Dla wsi nastały niebezpieczne czasy. Matka Lodzi lituje się nad losem mężczyzny. Namawia męża, by dał mu coś do przebrania, bo o tym, by przeczekać, aż przez Chechło przetoczy się front, nie ma co marzyć. W podarunku Niemiec dostaje króliczą skórę, by mógł owinąć sobie nią poranione stopy. Brakuje map, więc ojciec Lodzi tłumaczy Niemcowi, że jeśli ten pójdzie lasem odpowiednimi ścieżkami, po jakimś czasie napotka wieś. Tam napoją go, nakarmią i wskażą dalszą drogę. Na Poznań.

- On u nas też nocował. I jak wszyscy Niemcy – wojna nie wojna – wstał raniusieńko, miskę przynajmniej jakąś znalazł. Zawsze każdy się umył i ogolił. Czyściutcy byli i kulturalni – wspomina ich pani Leokadia.

- Niemcy przeszli, Ruscy za nimi. Ruscy przeszli, to Niemcy się jeszcze gdzieś znaleźli! Tragedia!

- Dlaczego? – pytam.

- Strach był. Strzelali.

Ostatnie oddziały niemieckie przechodzą przez Chechło. Tu wypada im nocleg. Wchodzą do domu, gdy nadciąga oddział Rosjan. Zaczyna się wielka strzelanina, ostrzał domostwa. Gospodyni domu doi krowy. W mieszkaniu jest tylko jej pięcioletnia córeczka, Jasia.

- Oni, ci Niemcy, to jak się ostrzał zaczął, to tę Jankę do szafy zamknęli. Matka jej wróciła, Niemców nie ma, dziecka też nie ma. Krzyczy: Jasia! Jasia!. Dziecko w szafie zaczęło płakać. Ludzie we wsi potem mówili, że Niemcy ocalili dziecku życie.

- Za Niemców to ja chodziłam na korepetycje. Daleko aż do Pabianic, przy rynku. Miałem zeszyt i książkę na sznurku na szyi, pod koszulą i pod zapiętym swetrem, bo zima była. Jedna pani uczyła mnie i takiego chłopaka, co to na Zielonej Górce mieszkał. Kiedy wychodziliśmy, to przychodził kto inny. Aż tu nagle pewnego dnia po naszej lekcji gaśnie światło. Ci następni już nie przyszli. Miasteczko jest zamarłe. Nie kursuje tramwaj, nie widać też ludzi na ulicach. W biegu mija ich Niemiec. Na oczach dzieci ściąga z rękawa hitlerowską opaskę z Hakenkreuzem, chowa do kieszeni.

- Łap to! – krzyczy i ucieka.

Zaczyna się bombardowanie Pabianic. Dzieci uciekają.

- Chodź do nas! Nie dotrzesz dzisiaj do domu, a tak to może tata cię odprowadzi – proponuje towarzysz Lodzi. Zatrzymują się dopiero w domu chłopca. Jego mama właśnie ugotowała zalewajkę. Lodzia zostaje u nich na moc. (…) (Joanna Grabarczyk „Moi przyjaciele Niemcy”)

***

Rok 1945 był niespokojny. Głos Robotniczy (nr 171/1945 r.) zamieścił informację o zatrzymaniu w Pabianicach wilkołaka – niemieckiego dywersanta.

SS-owcy – Volksdeutsche wracają do kraju

W ostatnim czasie powtarzają się wypadki „powrotu” Volksdeutschów  z Reichu. Nawet notoryczni SS-owcy i członkowie tzw. NSDAP starają się wszelkimi siłami powrócić do swoich stron „rodzinnych”, mimo iż powinni się spodziewać, że za swe wstrętne czyny nie ujdą surowej karze.

Niektórzy z nich, zaopatrzyli się zawczasu  w przedwojenne polskie papiery, zameldowali się na różnych punktach poza granicami kraju. Tam wyjaśniali, że byli w Niemczech czy też we Francji tylko na przymusowych robotach, że są Polakami, ofiarami hitleryzmu.

Na granicznych punktach repatriacyjnych przyjmowano ich jako Polaków – a nierzadko nawet dawano im prócz biletu kolejowego jeszcze zasiłek pieniężny na drogę.

Dopiero w ostatnim czasie władze bezpieczeństwa wpadły na trop właściwej sprawy. W Pabianicach aresztowany został niejaki Knispel Alfred, Volksdeutsch, członek SS i NSDAP, który znęcał się nad ludnością polska, brał udział w łapankach i wysiedleniach, w mordowaniu niewinnej ludności. Poznano go na ulicy, w mundurze żołnierza – repatrianta z Zachodu. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że to nie jest taki sobie zwyczajny powrót, dyktowany względami rodzinnymi, ale zupełnie coś innego.

Oto prawie w przededniu kapitulacji w oddziałach wojska niemieckiego, a w szczególności w formacjach SS odbyła się generalna odprawa SS-owców  Volksdeutschów. Złożyli oni specjalną przysięgę na wierność hitleryzmowi. Potem odczytano im specjalny rozkaz i przeprowadzono krótki kurs postępowania. Według tych instrukcji zobowiązali się wrócić do Polski, na miejsce swego zamieszkania, w celu zakładania sieci nowej organizacji hitlerowskiej z następującymi zadaniami: szkodzenie obecnemu ustrojowi Rzeczypospolitej Polskiej. Do współpracy polecono im nawet wciągać zwolenników ”rządu londyńskiego”.

Nowy spisek Wehrwolfów, wilków hitlerowskich wytępimy w zarodku. Obecnie w kilku wypadkach okazało się, że taki Volksdeutsch SS-owiec wraca do kraju w mundurze khaki z naszywką na prawym ramieniu „Poland”, naturalnie po to, żeby u nas prowadzić pod tą pokrywką swoją faszystowską robotę.

***

Andrzej Gramsz „Dzieje Pabianic – kalendarium okresu okupacji 1939-1945”:

1945 rok

10 I – W mieszkaniu Antoniego Kałużki ps. „Anka” spotykali się członkowie komendy hufca Szarych Szeregów w celu omówienia aktualnej sytuacji w mieście.

14 I – Od rana znad Wisły wyruszyło natarcie wojsk radzieckich 1. Frontu Białoruskiego w kierunku Tomaszowa Mazowieckiego, Sulejowa, Piotrkowa , Łodzi i Pabianic.

16 I – Niemcy zaprzestali budowy linii okopów przeciwczołgowych w gminach Dłutów i Wadlew, a robotników zwolnili do domów. Wybudowana linia okopów nie stała się zaporą przeciwczołgową, a wojska radzieckie podczas ofensywy styczniowej pozostawiały okopy z boku, przemieszczając się głównymi drogami. W okopach przy drodze z Dłutowa do Wadlewa pochowano 103 niemieckich żołnierzy, którzy zginęli podczas walk na terenie gminy Dłutów.

[20 X 1945 r. Niemcy rozpoczęli budowę linii obrony przeciwczołgowej. Jeden z pasów okopów budowano przez tereny gmin Dłutów i Wadlew. Były to okopy o głębokości 3 metrów i szerokości od 4 do 5 metrów. W celu budowy okopów zorganizowano obóz pracy dla 1800 osób. Robotników pod przymusem zwożono z Pabianic i okolicznych miejscowości. Robotnicy mieszkali w majątku Eiserta i w domach gospodarzy w Dłutowie. Zagęszczenie było tak duże, że zdarzało się, iż w jednej izbie gnieździło się nawet 13 robotników].

Niemcy z Pabianic i okolicznych wsi, zgodnie z rozkazem ewakuacji, któremu nadano kryptonim ”Florian Geyer”, rozpoczęli ucieczkę. W pierwszej fazie ewakuacja dotyczyła tylko chorych, inwalidów i kobiet z dziećmi, jednak szybko przerodziła się w paniczną ucieczkę. Załadowywane w pośpiechu wozy konne, w ogromnym tłoku i zamieszaniu, opuszczały Pabianice szosą w kierunku na Łask, Sieradz do Kalisza. W temperaturze minus 25 stopni Celsjusza uciekinierzy docierali pod Kalisz, gdzie oddziały nacierającej Armii Czerwonej spychały ich z drogi. Wielu Niemców powróciło później do Pabianic, jednak już bez dobytku.

17 I – Z więzień przy ul. Gdańskiej 13 i ul. Sterlinga 16 w Łodzi ewakuowano więźniów. Na trasie ewakuacji, z kolumn maszerujących w kierunku Pabianic, część więźniów uciekła. Wśród zbiegów znalazła się Halina Kłąb, określana jako as wywiadu łódzkiej AK. Kilkunastu więźniów podczas ucieczki zastrzelili konwojenci. W Pabianicach uciekło dalszych kilku więźniów, a wśród nich Bolesław Brożyński ps. „Grab”, Jan Zora ps. „Okular” i Zygmunt Luboński ps. „Sęk”.

18, 19 I – Radzieckie samoloty bombardowały uciekającą niemiecką ludność cywilną i niemieckich żołnierzy w rejonie Zielonej Górki, u zbiegu ulic Zamkowej i Łaskiej. Podczas tego bombardowania została spalona kamienica (podobno została podpalona) przy skrzyżowaniu ulic Zielonej i Zamkowej, w której znajdowała się restauracja należąca do Bolesława Borkowskiego. Była to jedyna w Pabianicach restauracja „Nur fὕr Polen zugelassen” (przeznaczona tylko dla Polaków). W czasie tego nalotu uległo zniszczeniu również kilka domów przy ulicy Kolejowej.

18 I – W nocy do więzienia na Radogoszczu przybyła grupa hitlerowskich lotników, którzy wraz z wachmanami dokonali bestialskiego mordu. Hitlerowcy zastrzelili bądź spalili żywcem około 1500 Polaków, Rosjan, Niemców i więźniów innych narodowości. Próbujących wydostać się z płonącego budynku więźniów rozstrzeliwano z karabinów maszynowych. Jednym z zamordowanych wówczas więźniów był aresztowany w grudniu 1944 roku Stanisław Kuliberda z Pabianic. Młodego chłopca, z zemsty, wydała w ręce gestapo folksdojczka z Pabianic. Cudem ocalało jedynie około 25 więźniów, którzy ukryli się w beczkach z wodą.

Z Pabianic i okolicznych wsi przez ośnieżone pola uciekali miejscowi Niemcy, ciągnąc wyładowane sanki i wózki ręczne.

Radzieckie jednostki gwardyjskie 4. Armii Pancernej sforsowały Pilicę pod Sulejowem i wyzwoliły Piotrków Trybunalski. Do Dłutowa przybyła niemiecka jednostka zmechanizowana bombardowana przez radzieckie samoloty.

19 I – W mroźny wieczór wkroczył do Pabianic, ulicą Leśną, pierwszy czteroosobowy patrol żołnierzy radzieckich. Wszyscy czterej żołnierze zginęli zastrzeleni z zasadzki przez Niemców.

20 I – W godzinach rannych ulicą Leśną wjechały do Pabianic pierwsze radzieckie oddziały wyzwalające miasto. Po wojnie dla upamiętnienia tej daty ulicę Leśną przemianowano na ulicę 20 Stycznia.

Od strony Moszczenicy przez wieś Kociołki i Jadwigów do Dłutowa wjechały czołgi 16 dywizji pancernej  SS Hermann Gὄring, które wychodząc z „kotła”, przedzierały się na zachód za wojskami radzieckimi. W Dłutowie SS-mani zamordowali rannych radzieckich żołnierzy ze szpitala polowego znajdującego się w pałacu Eiserta. W nocy dywizja opuściła Dłutów i lasami przez Mierzączkę Dużą dotarła do Karczm, blokując trasę Piotrków-Łask. Na odcinku od Tążew do Łasku Niemcy pozostawili około 200 pojazdów: czołgi, samobieżne działa, samochody. Podczas walk w Dłutowie i okolicznych wsiach poległo 441 żołnierzy niemieckich, których pochowano w miejscowościach: Dłutów -103 żołnierzy, Drzewociny – 70, Ślądkowice – 112, Łaziska -26, Orzk – 18, Mierzączka Duża -53, Mała -47, Leszczyny Małe -12. Poległo również 145 żołnierzy radzieckich, których pochowano w Dłutowie w centrum – 61, w Dłutowie obok pałacu Eiserta -56, w Łaziskach -5, w Mierzączce – 8, w Leszczynach -12, w Ślądkowicach -1. Po wojnie zwłoki przeniesiono do zbiorowej mogiły na cmentarz rzymskokatolicki w Pabianicach.

Nad Pabianice od strony lasu w Hermanowie nadleciało 12 niemieckich samolotów bombowych, które zbombardowały kilka domów przy ulicach Pułaskiego, św. Rocha i Zamkowej. Zniszczono wówczas kamienicę na ul. Zamkowej pomiędzy ul. Pułaskiego i Narutowicza. W bombardowaniu zginęło ponad 50 mieszkańców.

Z działa ustawionego na skrzyżowaniu ulic Zamkowej i Kilińskiego niemieccy żołnierze ostrzeliwali wjeżdżające do Pabianic radzieckie czołgi. Rozjechane działo i zwłoki niemieckich żołnierzy przez kilka dni leżały na poboczu skrzyżowania tych ulic.

W boju o wyzwolenie Pabianic zginął oficer radziecki 20-letni Władimir Kałmykow urodzony w miejscowości Czireik, oddalonej o 30 km od Taszkientu. Władimir Kałmykow został pochowany w zbiorowej mogile z 255 żołnierzami radzieckimi na cmentarzu katolickim w Pabianicach. W walkach o wyzwolenie Pabianic uczestniczyli znani z nazwiska żołnierze radzieckiej jednostki: G.P. Kobłow, L.T. Wołodarskij, A.P.Krawczenko, A.F. Jałtancew, E.M. Bachmatow, W.S. Gołowanow.

Autor: Sławomir Saładaj

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij