www.um.pabianice.pl
Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 60 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Bitwa powietrzna

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Już w pierwszych dniach września 1939 roku niebo nad Pabianicami było miejscem pojedynków lotniczych, które znalazły odzwierciedlenie w literaturze historycznej. Robert Jackson w książce „Bailing Out: Amazing Dramas of Military Flying”, 2006 wspominał  podporucznika pilota Jana Dzwonka:

(…) Dzwonek tried hard to get his sights on other BF 110s and succeeded in in shooting one down, but the air battle was hopelessly one-sided and his own aircraft was hit and set on fire.

Flames reached the cockpit and burned my face. I had to bale out. I began to fry in the cockpit. My struggle with the seat belt and shoulder harness was so long, that I was almost resigned to my fate. Covering my face and eses against the fire with my left hand, I opened the belts and with great heavy, baled out the port side. We had had instructions to only open our parachute near the ground (after incidents of air men being strafed in their chutes on 1 September Polish HQ ordered pilots to open their parachute as low as possibile). I looked at my hands – they were white, simply fried and I thought that 2000 meters lower they might be totally useless. I pulled the handle and the pain was like holding molten metal. A moment later I felt jerk – the parachute was open.

I was hanging in the chute at about 2000 meters altitude  when I noticed tracers passing near to me. They missed but this pirate of the Third Reich would not give up and attacked me again. This second time the wave of bullets also spared me. Shells passed to the left and right of my body. The German didn’t get a third chance to kill me because my friend Jan Malinowski from 162nd Flight, flying on elderly P.7a, successfully attacked the German. On the first attaca He set the right engine of the Bf 110 on fire. The aircraft fell, crashing in pieces.

During my landing I damaged my backbone. I was transported to the hospital in Pabianice, where I heard someone say I had no chance to see the next sunrise. I did go into a coma for 20 hours. When I awakened the doctor told me, that in the same hospital was a Bf 110 pilot – the one I downed.

2 września, piloci lwowskiego dywizjonu myśliwskiego, stoczyli w rejonie Pabianic jedną z najdramatyczniejszych walk powietrznych Wojny Obronnej Polski 1939 roku. Po stronie polskiej wzięło udział 7 samolotów P-11 i P-7 (niekiedy walczyły tylko 4 samoloty, ponieważ co pewien czas nasi piloci lądowali, uzupełniali paliwo i amunicję); po stronie niemieckiej – 12 samolotów Me-110. Walka trwała około 70 minut. W bitwie tej, piloci polscy zestrzelili 5 samolotów Me-110 i 2 uszkodzili.

Pośród polskich pilotów był także ppor. pil. Jan Dzwonek (po grudniu 1939 roku noszący nazwisko Jan Jasiński), oficer zawodowy lwowskiego dywizjonu myśliwskiego (161 eskadra) walczącego w lotnictwie Armii Łódź. 2 września pamiętnego roku, zestrzelił dwa samoloty niemieckie Hs-126 i Me-110.

Jak znalazł się nad Pabianicami i stoczył drugą walkę powietrzną, dowiadujemy się miedzy innymi z Małej Encyklopedii Lotników Polskich oraz z wywiadu prasowego udzielonego przez mgr. inż. Jana Jasińskiego: „Startując z zasadzki w Zduńskiej Woli przeciwko wrogim samolotom, zestrzeliłem Hs-126, ale w walce zostałem ranny w rękę, nogę i głowę. W niewesołym  nastroju wracałem na polowe lotnisko dywizjonu. Samolot był podziurawiony. Osprzęt pokładowy całkowicie wytłuczony od pocisków Me-109. Jedynie nie naruszona busola wskazywała poprawnie kurs. Nad Łaskiem miejscowa obrona przeciwlotnicza dworca kolejowego powitała mnie ogniem, na szczęście niecelnym. Zbliżałem się do Pabianic. Nagle zauważyłem niezwykłe widowisko. Kilkanaście niemieckich Me-110 walczyło z naszymi samolotami myśliwskimi. Niemcy mieli kilkakrotną przewagę. Zastanawiałem się: mam pomóc kolegom czy bezpiecznie lądować na lotnisku polowym?”

Jan Jasiński, wówczas jeszcze ppor. pil. Jan Dzwonek, nie wylądował bezpiecznie na lotnisku polowym. Przesunął dźwignię obrotów silnika do oporu. Podkurczył przestrzeloną nogę, żeby nie przeszkadzała w sterowaniu. Lewą rękę, lepką od krwi ułożył na udzie, zdrową nogę mocniej wcisnął w kabłąk orczyka dla pewniejszego sterowania. Odleciał od walczących samolotów. Nabrał wysokości. Uzyskał 500 metrów przewagi nad rojem walczących samolotów. Przesunął trymer na „samolot ciężki na łeb”, dla zapewnienia spokojnego zachowania się P-11 w locie nurkowym. Wybrał na cel najbliższego Me-110. Z bliskiej odległości otworzył ogień. Seria poszła po kadłubie. Duża prędkość nie pozwoliła mu na ponowne otworzenie ognia. Czarne krzyże mignęły obok Jasińskiego. Wyrwał samolot aby uniknąć zderzenia z Me-110. Znalazł się wyżej i ponowił atak. Po drugiej serii Niemiec uciekł z celownika, wykonując zakręt.

Nie mógł ppor. Dzwonek lecieć za nim, ponieważ w locie nurkowym prędkość dochodziła do 700 km/h. Odruchowo chwycił za dźwignię. Lewa, przestrzelona ręka nie reagowała. Przeleciał obok Niemca w dół, i aby go nie mieć na plecach ściągnął gwałtownie drążek sterowy. Siła odśrodkowa wcisnęła go w fotel. Gwałtownym zawrotem wleciał w środek walki. W celowniku zobaczył Me-110. Posłał mu krótką serię. Wróg uciekał w prawo. Lecąc za nim, wykonał zakręt po mniejszym łuku. Kątem oka dostrzegł jak „inny Niemiec wlazł na ogon jego samolotu”. Wymknął się spod serii karabinów maszynowych tamtego, która jednak liznęła lewe skrzydło P-11. Znowu wpadł na inny samolot. Krótka seria. Ponowny unik…

Podporucznik Dzwonek usilnie próbował dołączyć się do walczących kolegów. Bez rezultatu. Zaatakował kolejny samolot. Po celnej serii Me-110 wyłączył się z walki. Był uszkodzony. W ponowieniu ataku przeszkodziły inne Me-110. Wrócił do centrum dramatycznej walki. Zobaczył Me-110 ostrzeliwany przez dwa P-11. Skierował w niego krótką serię pocisków. Za naszą dwójką pezetek leciał inny Me-110. Tego właśnie uchwycił na swój celownik. Niemiec dostrzegł samolot Dzwonka i pozostawił w spokoju polską dwójkę, która zapaliła inny Me-110. Silnik maszyny Dzwonka nadal pracował na pełnych obrotach. Polak rozpoczął kolejny atak. Niemiec próbował wymknąć się z ognia pocisków. Lecieli wprost na siebie. Podporucznik Dzwonek widział jak Niemiec wysłał w jego stronę ogniki. Me-110 rósł w oczach i wypełniał celownik P-11. Wówczas Dzwonek nacisnął dźwignię spustową ładując w Me-110 dłuższą serię pocisków i porwał samolot do góry, by uniknąć zderzenia. Seria była celna i skuteczna, ale i P-11 zaatakowany równocześnie od tyłu przez inny Me-110 zapalił się w ciągu kilku sekund. Ogień był w kabinie. Parzył twarz. Należało skakać. Zaczął smażyć się w kabinie. Wydostanie się z niej z powodu niesprawności rannego pilota było arcytrudne. Chciał zrezygnować. Myślał o starowaniu samolotu wroga lub wbiciu się w ziemię lotem nurkowym byle piekło fizycznej męki się skończyło. Nadludzkim wysiłkiem oddzielił się w końcu od płonącego samolotu. Spadał. Zgodnie z instrukcją powinien otworzyć spadochron blisko ziemi. Ale jego ręce były białe, usmażone. Zrobił z nich tedy użytek wyżej, bo wiedział, że za kilka chwil będą bezwładne. Otworzył spadochron na wysokości około dwóch tysięcy metrów. Podczas spadania był atakowany przez niemieckich pilotów, nazwanych za to piratami. Dwa razy próbowano go zabić. Trzeci raz Niemiec nie zaatakował, ponieważ kolega Dzwonka, Jan Malinowski ze 162 eskadry posłał Niemcowi dwie serie. Pierwszą zapalił prawy silnik Me-110, drugą zabił pilota. Samolot niemiecki rozbił się doszczętnie.

Tymczasem ppor. pil. Jan Dzwonek, w czasie lądowania uszkodził sobie jeszcze kręgosłup. Miał wówczas 26 lat i nie wróżono mu przeżycia.

Oto relacje naocznych świadków lądowania, na polach w Bychlewie. Polskiego pilota, ppor. Jana Dzwonka spisane przez Mieczysława Bartoszka (instruktora modelarstwa lotniczego) oraz Pawła Guzickiego.

Mówią: Bronisław Wróbel i Józef Muszczak – „W dniu 2 września 1939 roku byliśmy świadkami walki powietrznej nad Pabianicami oraz lądowania na spadochronie polskiego pilota Jana dzwonka. Pilot lądował przy nas, chcieliśmy go podtrzymać, złapać przy lądowaniu, jednak on będąc jeszcze około 4 metrów nad ziemią krzyknął do nas abyśmy odstąpili i nie chwytali go w powietrzu, gdyż jest ranny i poparzony. Po wylądowaniu bardzo cierpiał i prosił, aby go odwieźć do szpitala. Był ubrany w mundur wojskowy i kombinezon. Powiedział nam, i my sami widzieliśmy, że został w czasie lotu postrzelony przez atakujących go pilotów niemieckich. Samolot niemiecki, z którego pilot strzelał do ppor. Dzwonka został zaatakowany przez polski samolot i spadł w Ślądkowicach II. Sołtys z Bychlewa, Adam Błoch kazał odwieźć pilota ppor. Dzwonka do szpitala. Polecenie to dostał Gerard Bliga. Na wóz pomagaliśmy ułożyć rannego pilota oraz spadochron. Odwieziony został do szpitala w Pabianicach”. W tym samym szpitalu leżał pilot z zestrzelonego przez Dzwonka samolotu niemieckiego Me-110.

Ze szpitala w Pabianicach ppor. Jana Dzwonka przewieziono do Warszawy. Kilkakrotnie zmieniał szpitale, by nie wpaść w ręce Niemców. Z tego również powodu zmienił nazwisko na Jan Jasiński, pozostając przy nim do śmierci. Po wojnie ustanowił pierwszy rekord szybowcowy. Ukończył studia techniczne. Zorganizował Łódzki Zespół Lotnictwa Sanitarnego. Przez wiele lat, jak już można było, był zastępcą dyrektora Centralnego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego. Zmarł w 1982 roku. (Grażyna Sałacińska „Podniebni Bohaterowie. Z archiwum Mieczysława Bartoszka”, Życie Pabianic, nr 38/1989 r.)

https://www.polishairforce.pl

https://niebieskaeskadra.pl

Rok 1939. Dowództwo polskiego wojska rozkazuje szykować polowe lotniska. Będą z nich startowały samoloty myśliwskie strzegące nieba nad miastami. Jedno z takich lotnisk powstanie w odległości 4 kilometrów od Pabianic, dosłownie na kilka godzin przed wybuchem wojny.

Zanim we wrześniu 1939 roku polskie myśliwce zestrzeliły nad Pabianicami pierwszy hitlerowski bombowiec, piloci poznawali okolice naszego miasta i Łodzi. Już podczas wakacji 1938 roku na polach przy pałacu fabrykantów i folwarku w Widzewie koło Ksawerowa wylądowały trzy polskie samoloty. Misja pilotów była tajna, lecz niemożliwa do ukrycia. Wokół myśliwców z biało-czerwoną szachownicą na skrzydłach zebrał się tłum dzieci i dorosłych mieszkańców wsi.

Przylecieli piloci z dywizjonu stacjonującego we Lwowie, by szykować polowe lotnisko – na wypadek wojny z Niemcami. Robili pomiary i szkice folwarcznych pól pod Pabianicami. Dziedziczka majątku rolnego w Widzewie – Helena Hersowa (młodsza córka fabrykanta Oskara Kindlera), podjęła lotników obiadem w pałacu.

W połowie sierpnia 1939 r. dowództwo polskiego wojska rozkazało zgromadzić między Łodzią a Pabianicami samoloty myśliwskie wyznaczone do osłaniania Armii Łódź. Drugim zadaniem lotników miało być bronienie Łodzi i naszego miasta przed bombardowaniem. Rozkaz przylotu do Widzewa (na lotnisko polowe) dostał III Lwowski Dywizjon Myśliwski, w skład którego wchodziły dwie eskadry.

Lotnisko wytyczono na dwóch rozległych polach, by samoloty mogły błyskawicznie startować i lądować. Pierwsze pole przylegało do zabudowań folwarku i pałacu – rezydencji córek fabrykanta Kindlera: Heleny Herse i Zofii Loth. Sięgało po grunty osady Chocianowiczki (nieistniejącej już). Drugie pole leżało za drogą. Były to ścierniska po owsie, na których wyznaczono pasy startowe, zamaskowane słomą.

Późnym wieczorem 27 sierpnia 1939 r. do Widzewa zbliżała się kolumna wojskowych ciężarówek z wyposażeniem polowego lotniska. Dwa dni wcześniej z Lwowa wyruszyły samochody wiezione na platformach kolejowych. Transportowano je w okolice Koluszek, gdzie zostały zdjęte z pociągu. Dalej pojechały na własnych kołach. Konwojem, który w drodze do Widzewa przejechał ulicami Łodzi, dowodził podporucznik Kazimierz Dereń.

Około północy przed pałacem w Widzewie zatrzymało się 20 zielonych ciężarówek marki Fiat 621 oraz 2 ciągniki do równania ziemi na pasach startowych, 2 przyczepy z radiostacjami, 2 sanitarki i 2 motocykle. Kolumnę zamykała ciężarówka ciągnąca platformę z klatkami gołębi pocztowych. Gołębie  były wytresowane do przenoszenia meldunków, gdy zawiedzie wojskowa łączność radiowa i telefoniczna.

Niedługo potem z bocznicy kolejowej zwieziono cysternę benzyny lotniczej, 360 beczek na paliwo (po 300 litrów każda) i zbiornik z olejem silnikowym. Szacowano, ze benzyny powinno wystarczyć na pięć dni lotów bojowych. Część zapasów żołnierze ukryli w polu. Ciężarówki stanęły w ogrodzie, pod gęstymi koronami drzew, a sanitarki – przy bramie pałacu.

Na spotkanie z gospodarzami widzewskiego pałacu pomaszerowali lotnicy najwyżsi stopniami: podporucznik Dereń i sierżant Karol Surma – szef mechaników 162. eskadry. „W pałacu nie było właściciela, Niemca, tylko cztery kobiety” – po latach wspominał sierżant Surma. Owym „Niemcem” miał być zapewne doktor chemii inżynier Emilian Loth, zięć fabrykanta Oskara Kindlera, handlowiec i dyrektor przedstawicielstwa Fiata w Łodzi, jedyny dorosły mężczyzna mieszkający w pałacu.

Polski wywiad wojskowy nie darzył Lotha zaufaniem, bo choć zięć Kindlera urodził się w Warszawie, to jego przodkowie pochodzili z Turyngii. Loth był absolwentem politechniki w Zurychu i uniwersytetu w Lozannie, grał na wiolonczeli, znał sześć języków. W Widzewie odwiedzał go starszy brat, Edward – lekarz, anatom, były legionista Piłsudskiego, odznaczony orderem Virtuti Militari. Dla wywiadu podejrzane były częste podróże Lotha do Rzeszy.

Na schodach pałacu lotników powitały cztery panie: Helena Herse, jej wychowanica Barbara Andrzejewska, Zofia Loth oraz francuska guwernantka synów dziedziczki, Andrzeja i Stanisława.

Sierżant Surma był nieufny wobec lokatorów pałacu. W spisanych po wojnie wspomnieniach (zdeponowanych w Londynie) zauważył, że dziedziczki plątały się w wyjaśnieniach, dokąd wyjechał „Niemiec” i kiedy wróci. Surma podejrzewał Lotha o szpiegostwo. Nawet 20 lat po wojnie utrzymywał, że we wrześniu 1939 r. na poddaszu pałacu „Niemiec” miał radiostację, z której wysyłał hitlerowcom meldunki o ruchach samolotów na lotnisku polowym pod Pabianicami.

Zofia Loth i Helena Herse  zaprosiły lotników na kwatery w komnatach. Kazały przygotować posłania dla dowództwa dywizjonu i 29 pilotów. W parku za pałacem 61 techników z obsługi lotniska rozbiło namioty. Przy bramie stanęli wartownicy. Personel techniczny lotniska traktorami wyrównał ściernisko – czyli pas startowy i lądowisko. Pod stertami siana urządzono warsztat remontowy samolotów. Obok montowano radiostację. Drzewa na skraju pola i leżące tam snopki słomy miały służyć do maskowania samolotów. W pobliżu biegł głęboki rów melioracyjny. Technicy lotniska zamierzali wykorzystać rów jako osłonę dla ludzi – przed odłamkami bomb. W rowie schowali  skrzynie z częściami zamiennymi do samolotów.

Przed świtem obsługa lotniska zdjęła z ciężarówek drewniane elementy atrap samolotów PZL. Sprawnie zbijała z nich „wabiki”, które z góry wyglądały jak polskie myśliwce. Atrapy miały stanąć z dala od prawdziwych maszyn, starannie zamaskowanych, by niemieccy piloci i strzelcy celowali w pomalowane deski.

W sali jadalnej widzewskiego pałacu, przemienionej teraz w kasyno, pani Herse i pani Loth podawały posiłki przyrządzane przez kucharkę Walerkę. Wieczorem cerowały czasze spadochronów. Sielankę przerwały strzały z karabinu. To ochrona lotniska schwytała niemieckiego szpiega – młodego  mieszkańca Ksawerowa, który w notesie szkicował plan lotniska. Odesłano go do sztabu armii.

Po zmroku (31 sierpnia) żołnierze podpalili dwa stogi słomy, oświetlając lotnisko. Pięć minut później wylądował dwupłatowiec, a za nim myśliwce, które w drodze z Lwowa tankowały w Dęblinie. Wylądowało 21 samolotów dywizjonu: 9 nowszych maszyn PZL P.11 c (z radiostacją na pokładzie), 2 samoloty PZL P.7a i samolot łącznikowy RWD-8.

Przylot „stada” maszyn zrobił ogromne wrażenie na najmłodszym mieszkańcu pałacu, 1—letnim Stasiu, wnuku Oskara Kindlera. Chłopiec zobaczył samoloty rano, gdy się obudził. Wydarzenie to Staś Loth opisał w pamiętniku: „Metalowa dwuczęściowa brama do pałacu była teraz szeroko otwarta. Za nią ujrzałem coś, co wywołało mój zachwyt. Wzdłuż drogi, w cieniu drzew, stało sześć samolotów”.

Lotnicy pozwolili Stasiowi siadać za sterami maszyn i nosić czapkę pilota. Po wojnie Stanisław Loth studiował na wydziale operatorskim łódzkiej Szkoły Filmowej. Jest autorem zdjęć do 20 filmów fabularnych, w tym: „Noce i dnie”, „Trędowata”, „Perła w koronie”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Wakacje z duchami”. W latach 80. zeszłego wieku Loth wyemigrował do USA, gdzie pracował m. in. przy filmie „Szczęki 3”.

Samoloty stacjonujące pod Pabianicami miały słabe silniki i słabe uzbrojenie. Najszybsze z nich latały z prędkością zaledwie 390 km na godzinę, podczas gdy dwusilnikowe niemieckie Messerschmitty osiągały prędkość 525 km na godz. Zaletą polskich myśliwców była zwrotność i fakt, że mogły startować z pola.

Dywizjonem dowodził major pilot Stanisław Morawski. Dowódcą 161. eskadry myśliwskiej był kapitan pilot Władysław Szcześniewski, a dowódcą162. eskadry – porucznik pilot Bernard Groszewski. Funkcję oficera taktycznego (szefa sztabu) pełnił porucznik pilot Tadeusz Jeziorowski. W 162. eskadrze latał 24-letni kapral Jan Malinowski, którego dziadkowie pochodzili z Ksawerowa i pracowali w pabianickich fabrykach. Urodzony w Salzburgu i wychowany we Lwowie Jan, miał 11 braci i s siostry. Dwóch braci zginęło z rąk Ukraińców w obronie Lwowa (1919 r.), a jeden na wojnie z bolszewikami (1920 r.). Do lotnictwa Malinowski dostał się na ochotnika jako 17-latek. Przyjęto go na kurs dla dorosłych, bo miał zgodę ojca (podpis taty sfałszował starszy brat). Jan poszedł śladami brata, Bronisława – pilota po szkole w Grudziądzu, instruktora w dęblińskiej „Szkole Orląt” (podczas wojny obaj bracia walczyli z hitlerowcami nad Anglią).

Osiem samolotów ukryto w stogach siana na polach osady Chocianowiczki. Kilka maszyn stało pod rozłożystymi drzewami, wzdłuż drogi do Ksawerowa. W ostatnią noc sierpnia piloci spali przy samolotach. Na nocleg do pałacu poszło tylko dowództwo dywizjonu. Przy bramie i w parku podwojono uzbrojone posterunki.

Wojna

1 września o godzinie 5.00 ogłoszono pierwszy alarm. Wybuchła wojna. Gdy nad Pabianice nadlatywał hitlerowski samolot zwiadowczy Heinkel 111, padł rozkaz dowódcy polskiego dywizjonu: „Piloci do maszyn!”. Na spotkanie ze szpiegiem wystartował klucz alarmowy. Niestety, gęsta mgła „ukryła” hitlerowców. Pilot Feliks Gmur posłał za nimi serię z karabinu pokładowego, ale chybił.

Przed południem mgła opadła i polskie samoloty startowały na patrolowanie nieba. Nagle syreny zawyły na alarm, a radiotelegrafista odebrał meldunek, że od zachodu zbliża się wyprawa hitlerowskich bombowców. Z pola koło pałacu natychmiast wystartowały trzy klucze polskich maszyn. Gdy nabrały wysokości, piloci ujrzeli 5 bombowców Heinkel. Zaatakowali. Niemcy w panice zrzucili bomby na łąki i zawrócili. Jedna z naszych maszyn była podziurawiona kulami z karabinów maszynowych i działka. Mechanicy przetoczyli ją pod sterty słomy i naprawiali. Trzy godziny później samolot znowu mógł latać.

Po starcie nasi piloci zauważyli, że z trzech ognisk rozpalonych pod lasem ktoś wysyłał dymne znaki. Pojechał tam patrol na motocyklach, ale dywersanci uciekli.

Podczas walk 2 września polskie myśliwce lądowały pojedynczo uzupełniały paliwo i amunicję, po czym znów startowały. Rano w bombowcami poległ młodziutki ppor. Piotr Ruszel. Omyłkowo zestrzelili go polscy żołnierze z transportu poruszającego się szlakiem kolejowym w okolicach Łasku. Trafiony samolot Ruszela uderzył w ziemię, obracając si e kolami do góry. Ciężko rannego pilota wyciągnęli w wraku wieśniacy. Ppor. Ruszel zmarł na furmance, w drodze do szpitala w Łasku.

Meldunki dywersantów i pilotów maszyn rozpoznawczych sprawiły, że Luftwaffe znało szczegółową lokalizację polowego lotniska w Widzewie. Coraz częściej nad wsią pojawiały się myśliwce i bombowce wroga. Gdy front walk przesunął się na wschód, lotnisko ostrzeliwała także artyleria.

Około 13.00 syreny w Pabianicach zawyły na alarm. Nadciągały 24 hitlerowskie bombowce w asyście myśliwców. Z polowego lotniska pod miastem wystartowało 7 samolotów, a 3 wezwano przez radio z patroli. Gdy nadlecieli Niemcy,  z wysokości 2000 m zaatakowały ich polskie maszyny. Rozgorzała walka. Nasi piloci zestrzelili dwa samoloty wroga, uszkodzili pięć. Pilot Marian Domagała wylądował z przestrzelonym zbiornikiem paliwa. Był zalany benzyną. Zrzucił mokry kombinezon, wdział sweter i wystartował, zanim do samolotu zdążył dobiec pilot rezerwowy.

Bój jeszcze się toczył, gdy z Widzewa wystartował ppor. Jan Dzwonek, który tego dnia już strącił Junkersa. Towarzyszył mu ppor. Edward Kramarski. Obaj piloci dostali rozkaz zwalczania samolotów bombardujących polską piechotę na linii frontu. W okolicy Wielunia dostrzegli samolot rozpoznawczy Niemców. Zestrzelili go. Chwile potem z chmur wyłoniło się 5 Messerschmittów. Walka trwała 40 minut. Kramarski zginął, uderzając samolotem w zagajnik pod Sędziejowicami. Dzwonek ranny w dłoń i udo, wylądował w Widzewie. Choć w ciele miał 27 odłamków, po kilku minutach znów wystartował do boju.

Walki przenosiły się nad Łódź. Gdy pilot Jan Dzwonek „siedział” na ogonie Messerschmitta, serią z karabinu trafił go tylny strzelec niemieckiej maszyny. Polska ”jedenastka” stanęła w ogniu. Dzwonek, na którym płonął kombinezon, wyskoczył z kabiny. Opadając na spadochronie, bezradnie obserwował, jak niemieccy piloci próbują przeszyć go seriami z karabinów maszynowych.

Widział to walczący w pobliżu kapral Jan Malinowski, który nagłym zwrotem przez plecy swej maszyny dopadł jednego Niemca z boku. Długą serię z karabinu wpakował mu w kabinę, zabijając strzelca pokładowego. Druga seria trafiła w silnik, trzecia – w ogon. Płonący Messerschmitt spadł na las. Kolejnego wroga zestrzelili piloci Czesław Główczyński i Tadeusz Koc. Hitlerowska maszyna runęła na pola Ślądkowic. Płonęła. (ŻP, nr 34/2018 r.)

2 września 1939 roku niemiecki samolot zestrzelił polską maszynę PZL P.11. Z kabiny myśliwca z biało-czerwonymi szachownicami na skrzydłach wyskoczył podporucznik pilot Jan Dzwonek, na którym płonął kombinezon. Opadając na spadochronie Dzwonek bezradnie obserwował, jak Niemcy próbują trafić go seriami z karabinów maszynowych. Chwilę później kapral Jan Malinowski, pilot drugiej polskiej maszyny, dopadł jednego z Niemców. Serią z karabinu zabił strzelca pokładowego i strącił Messerschmitta na pola koło Ślądkowic.

Ocalony pilot Dzwonek wylądował na spadochronie między Bychlewem a Potaźnią, na polu niemieckiego kolonisty o nazwisku Frank. Poparzony i tracący przytomność pilot dostrzegł, że biegnie ku niemu gospodarz z widłami. Ostatkiem sił Dzwonek wyciągnął pistolet, by się bronić. Po chwili od strony Bychlewa nadbiegli mieszkańcy wioski: Stanisław Muszczak i Bonifacy Perkowski. Rannego lotnika trzeba było zawieźć do szpitala.

Bauer Frank, który mieszkał najbliżej i w stajni miał dwa konie, nie chciał dać furmanki. Gdy Polacy nalegali, wyśmiał ich. Wtedy porywczy Perkowski uderzył Franka pięścią w twarz. Pobiegł do zagrody, przyprowadził swojego konia i nieprzytomnego pilota zawiózł do szpitala.

Dopiero po wojnie pilot Jan Dzwonek dowiedział się, że obaj chłopi z Bychlewa, którzy uratowali go, zapłacili za to życiem. Gdy wieś zajęło niemieckie wojsko, doniósł na nich bauer Frank. Bonifacego Perkowskiego i Stanisława Muszczaka aresztowało gestapo, 49-letni Perkowski zginął w egzekucji na skraju tuszyńskiego lasu. Muszczak stracił życie w obozie koncentracyjnym Dachau.

Ocalony pilot Dzwonek podczas okupacji walczył w szeregach Armii Krajowej, był odznaczony orderem Virtuti Militari.

2 września polscy żołnierze z obsługi dział przeciwlotniczych przez pomyłkę zestrzelili samolot podporucznika Wiesława Chomsa, choć pilot wystrzelił zielone rakiety sygnałowe. Podziurawiony myśliwiec rozbił się na drzewie a poturbowany Choms o własnych siłach dotarł wieczorem na lotnisko polowe. Także wieczorem klucz myśliwców pod dowództwem podporucznika Kazimierza Rębalskiego zaatakował bombowce lecące zniszczyć łódzką radiostację. Jedna niemiecka maszyna rozbiła się na przedmieściu, dwie były uszkodzone. Tego dnia Lwowski Dywizjon zniszczył 6 samolotów wroga, tracąc 5 maszyn. Dwóch niemieckich lotników zginęło. Nocą obsługa techniczna lotniska pod Pabianicami mozolnie naprawiała podziurawione pociskami maszyny, by rankiem były gotowe do lotów.

Wiele lat później kapral Antoni Falukowicz wspominał, ze przy lotnisku polowym kręcili się hitlerowscy dywersanci. Dowódca dywizjonu rozkazał, by mechanicy i lotnicy spali w mundurach z karabinami przy posłaniach. Nasz wywiad doniósł, że dywersanci szykowali atak na lotnisko, by uszkodzić polskie samoloty, mocno dające się we znaki najeźdźcom.

3 września 1939 roku w pobliże lotniska polowego przedostali się dywersanci z radiostacją. Byli to młodzi Niemcy – mieszkańcy okolicznych wsi, przed wojną wyszkoleni w Rzeszy. Działanie wrogiej stacji nadawczej natychmiast wykryli radiotelegrafiści naszego dywizjonu. Jednak Polacy nie mieli tylu żołnierzy ochrony lotniska, by przeczesać teren w promieniu kilometra od pałacu Kindlerów. Tymczasem dywersanci nadawali meldunki o tym, ile polskich maszyn stoi na lotnisku, ile krąży nad nim, ile jest gotowych do startu.

Kilku dywersantów ukrytych w zaroślach ostrzelało samoloty, ciężarówki i polskich żołnierzy ochrony lotniska. Gdy wartownicy dostrzegli, skąd padają strzały, rozpoczęli ostrzał z karabinów maszynowych, roznosząc zarośla przy drodze. O świcie znaleziono tam martwego dywersanta.

Polakom zostało 14 sprawnych samolotów. Mechanicy krzątali się przy dwóch uszkodzonych maszynach, by nazajutrz mogły latać. Tego dnia w zasadzkach i podczas powietrznych pojedynków nasi lotnicy zestrzelili 3 niemieckie maszyny, tracąc 4. Kapral Zdzisław Urbańczyk strącił samolot zwiadowczy Luftwaffe, a podporucznik Czesław Główczyński i plutonowy Franiszek Prętkiewicz – zestrzelili dwa bombowce.

Rankiem 4 września pięć polskich samolotów ruszyło w pościg za Rozpoznawczymi maszynami Niemców. Zestrzeliły Dorniera. Przed południem radiostacja hitlerowskich dywersantów nadała, że pojawił się dogodny moment do ataku na lotnisko. Polskie maszyny właśnie wracały z patroli i kołowały nad polem, by wylądować i uzupełnić paliwo. Wkrótce nadleciało 9 myśliwców wroga, atakując samoloty tankowane i naprawiane.

Do lotu gotowe były tylko dwa polskie samoloty. Do ich kabin wskoczyli: porucznik Tadeusz Jeziorowski i podporucznik Zdzisław Zadroziński. Gdy wzbili się w powietrze, samolot Jeziorowskiego zaatakowały  4 myśliwce Niemców. Trafiony seriami z karabinów i pociskami z działka polski PZL runął na skraju lotniska. Pilot spłonął w maszynie.

Z lotniska udało się wydostać pilotowi Zadrozińskiemu. Pod gradem pocisków podporucznik wylądował na polu, wyskoczył z kabiny i wczołgał się w zarośla. Jego samolot Niemcy zniszczyli. Pozostali piloci i obsługa naziemna schronili się w głębokim rowie. Radiomechanika Antoniego Falukiewicza, który z karabinu strzelał do niemieckich samolotów trafiły kule z Messerschmitta. Ranny został szeregowy Herman Majza, który wyskoczył z rowu, by zgasić płomienie na podwoziu naprawianego samolotu. Podczas nalotu Polakom pomógł dym z podpalonych stogów siana, zasnuwający lotnisko. W kłębach dymu niemieccy piloci niewiele widzieli. 8 polskich maszyn ocalało, 5 spłonęło, 3 były uszkodzone. Od 1 września polscy piloci zestrzelili 14 hitlerowskich samolotów.

Wkrótce nadszedł rozkaz ewakuowania lotniska spod Pabianic do Drwalewa koło Grójca. 5 września przerzucono tam 5 sprawnych samolotów i obsługę lotniska w Widzewie. Rozpoczęto wywożenie sprzętu i ludzi. Pierwszy transport sprzętu na ciężarówkach dostał się pod niemieckie bomby. Kapral Józef Zubrzycki zameldował dowództwu, iż w połowie drogi do Grójca zginęli trzej piloci i kierowca. Spłonęły dwa auta.

Tymczasem na lotnisku szykowano drugi transport. Opisał to szef mechaników, Karol Surma: „W dworskiej stajni stały konie, a na podwórzu – drabiniaste wozy. Rozkazałem żołnierzom wyprowadzić dwie pary koni, zaprząc je do wozów i załadować tyle sprzętu, ile się da. Wśród rezerwistów wyszukałem kierowców i wysłałem do Łodzi, aby przyprowadzili zarekwirowane pojazdy. Kilku ludzi wykręcało korki z beczek z benzyna. Korki zakopaliśmy w ziemi”.

W Łodzi lotnikom udało się zarekwirować furgonetki, ciężarówki, kilka taksówek i miejski autobus. Największą przeszkodą były drogi zatłoczone uciekinierami i kolumnami wojska. „Wjazd na szosę był sztuką nie lada. Sznury pojazdów rozciągnęły się na przestrzeni kilku kilometrów” – pisał sierżant Surma. „Rozkazałem skręcić w pierwszą napotkaną polną drogę” . Wczesnym rankiem kawalkada dotarła na nowe lotnisko polowe w pobliżu stolicy.

6 września spod Pabianic odleciały ostatnie samoloty polskiego dywizjonu. W okolicach Brzezin osłoniły transport sprzętu wojskowego, rozpędzając niemieckie samoloty. Wylądowały pod Warszawą. Bohaterscy lotnicy z III Lwowskiego Dywizjonu Myśliwskiego walczyli z najeźdźcami aż do sowieckiej agresji na Polskę. Po 17 września 1939 r. kilku naszych pilotów i mechaników przedostało się przez Rumunię do Francji i Anglii. Tam zaciągnęli się do RAF-u, dostali brytyjskie myśliwce i znowu mogli walczyć. Do Anglii dotarli: Marian Domagała, Czesław Główczyński, Tadeusz Koc, Franciszek Kornicki, Jan Malinowski, Franciszek Prętkiewicz, Jan Rogowski i Józef Zubrzycki. (ŻP, nr 35/2018 r.)

http://armahobbynews.pl

https://pl.wikipedia.org



Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij