www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 63 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.


Pabianice w literaturze cz. 2

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Piotr Wojciechowski w 1995 roku opublikował książkę  „Szkoła wdzięku i przetrwania”, reklamowaną wówczas jako pierwsza powieść o III Rzeczypospolitej. Nieoczekiwanie  pojawia się w niej „Kurier Pabianicki” . Była to efemeryda wydawnicza. Tygodnik ukazywał się przez trzy miesiące w 1996 r., czyli rok po wydaniu książki P. Wojciechowskiego, a zatem można przypuszczać, że pisarz wymyślił ten tytuł jako symbol prasy prowincjonalnej.

Glorenda, bohaterka książki, jest właścicielką firmy „Trombita”, która udziela groteskowej lekcji biznesu menedżerom przejętego właśnie przedsiębiorstwa. Tajemnica jej sukcesu tkwi w umiejętnie stosowanej antyreklamie.

(…) - Skąd ty wiesz, że nas „Trombita” wykupiła? – spytał.

- Skąd pani wie – poprawiła go z naciskiem. – Wiem, bo to ja jestem „Trombita”, reklama niezawodna, Orkana 1. Wykupiłam was, żebyście się nie dostali w obce ręce. Procter and Gamble się szykowali, wysłał ofertę Olivetti, a najbliżej byli Japońcy, Mitsubishi albo Sony, już nie pamiętam. Musiałam wkroczyć, bo wy nie przetrwalibyście Japońców, japoński workoholizm nie jest na wasze zdrowie. Już nie wspomnę o wdzięku. Nie ma w was materiału na gejsze.

- Ale to był kosmiczny szmal – szepnął w zachwyceniu Wacław Waciak. – Skąd pani wzięła kosmiczną kupę papierów?

- To się zaraz wyjaśni – odpowiedziała Glorenda z nieprzeniknioną twarzą. Rozpięła płaszcz i usiadła wygodnie na biurku. – Siądźcie panowie i weźcie sobie coś do notowania, bo będzie wykład. Już? Joe, ty też masz słuchać. Nie wlampiaj się we mnie jak oszołom.

- Kiedy jesteś taka piękna, taka blond – jęknął ekspert.

-Dobra, dobra, teraz notuj. Reklama to jest biznes, ale najlepiej zarabia się na antyreklamie. To jest specjalność „Trombity” i to będzie wasza specjalność. Ja tylko od czasu do czasu dawałam w prasie prowincjonalnej mały anons. Petitem, w rubryce drobnych ogłoszeń. Masz tu próbkę, Joe. To z „Kuriera Pabianickiego”, czytaj powoli, niech sobie panowie Pyrski i Waciak zapiszą.

Joe O’Koń sięgnął po nierówno udarty strzępek gazety i zaczął czytać:

- Fotomodelki do kurzej fermy bez nałogów… Solarium Turbo-Kosher…

- Dalej!

- Zachodni, nawet mocno rozbity …

- Następne! (...)     

Piotr Wojciechowski (ur. 1938) – prozaik, reżyser i krytyk filmowy, publicysta.


Pabianice – nazwa miasta intrygowała wielu znakomitych autorów. Feliks Koneczny w „Dziejach Polski” (1902)  pisał:

Rodzima polska ludność tj. rodowici Polanie, Wiślanie, Lachowie, Mazowszanie, używali wszyscy bez wyjątku zupełnej wolności osobistej i posiadali własność rodową, dziedziczną. Ród zaprowadzał w swej posiadłości podział pracy według własnego uznania; jeden był bartnikiem, drugi myśliwym, tamten rolnikiem, inny rybakiem.

Gospodarowali na spółkę i mieszkali nawet w jednym domu; ale po pewnym czasie zbytnie rozrodzenie się wymagało podziału ziemi. Władza książęca nie wdawała się w te sprawy; mogli zatrzymać „wspólnotę”, póki chcieli, mogli też każdej chwili dzielić się ziemią. Nic nie tamowało powstawania własności indywidualnej, tj. osobistej, bez spółki z krewnymi. Nie mogła jednak żadna cząstka dawnej własności rodowej przejść w ręce obcego, tj. kogoś nie należącego do tego samego rodu. Niewiasty nie dziedziczyły całkiem ziemi, toteż, jeżeli ktoś nie miał męskiego potomstwa, udział jego, czyli tzw. źreb stawał się na nowo wspólną własnością całego rodu i wyznaczano go jakiej  nowej rodzinie. Nazwy naszych wsi, zakończone na „ice”, są właśnie śladem rodowego zamieszkania i gospodarowania. Na przykład nazwa „Pabianice” oznacza, że tam zamieszkali potomkowie Pabiana. (…) 

Feliks Koneczny (1862-1949) – historyk, historiozof, profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, autor m. in.  takich prac jak „Polskie Logos a Ethos”, „Cywilizacja bizantyjska”, „Cywilizacja żydowska”, „Dzieje administracji”.


W „Tygodniku Powszechnym” (nr 41/ 2000) ukazał się felieton prof. Jana Miodka „Pabian jak Szczepan”, mówiący o pochodzeniu nazwy naszego miasta.

W drodze do Łodzi mijałem przed paroma tygodniami Pabianice. Nazwa tego miasta (Pabianice – dosłownie „potomkowie Pabiana”) kryje w sobie starą polską wersję brzmieniową łacińskiego imienia Fabian (Fabianus – „należący do Fabiusza, Fabiuszów, od faba – „bób”). Dlaczego w tej formie nasi przodkowie zamienili wargowo-zębowe „f” na  dwuwargowe „p”?

Kluczem do zrozumienia tego faktu fonetycznego jest uświadomienie sobie, że polszczyzna – tak jak język prasłowiański, z którego się wywodzi – nie miała spółgłoski „f”. To dlatego w najstarszych zapożyczeniach w miejsce tego dźwięku wstawiano jakiś swojski, najbliższy artykulacyjnie element – z reguły „p” bądź „b”. I tak w tekstach staropolskich pojawiały się od XIII do XV wieku formy typu lucyper (Lucifer), Krzysztopor (Christophorus), Pabir (Faber), Rapałowic (Rafałowic), Ożep (Józef). Na tej samej zasadzie Fabian stał  się u nas najpierw Pabianem (stąd i dzisiejsze nazwiska Pabiański, Pabiańczyk, Pabianowski, Pabianek, Pabias, Pabisz) i dopiero po wiekach, gdy „f” było już przyswojone, utrwaliły się nazwy własne z tą spółgłoską (Fabian, a także Fabiański, Fabiańczyk, Fabianowski, Fabianek, Fabias, Fabisz). (…) 

Jan Miodek (ur. 1946) – językoznawca, profesor i dyrektor Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członek Polskiej Akademii Nauk, popularyzator wiedzy o języku polskim.


Monika Warneńska w propagandowej powieści „Chłopcy z miasta Łodzi” (1965) prezentuje wojenne losy „Promienistych”- grupy lewicowej młodzieży działającej w Łodzi i regionie łódzkim. Młodzi komuniści – zdaniem autorki – zamanifestowali swoją obecność także w Pabianicach. Cytowany fragment zawiera opis akcji ekspropriacyjnej („eks”) polegającej na pozyskiwaniu broni i środków na działalność organizacyjną.

(…) Pomysł akcji na Pabianice był zasługą Zdzicha, który dobrze znał tutejszą okolicę, gdyż często odwiedzał zamieszkałych w pobliżu krewnych. Na Pabianice znajdował się sklep niemiecki z towarami przydziałowymi. Rządziła nim chuda, wysztafirowana właścicielka, popędzająca niemiłosiernie dwie ekspedientki. Ów sklep z kartkowymi produktami stanowił dogodny parawan dla przeróżnych ubocznych transakcji, dokonywanych przeważnie na piętrze, w siedzibie właścicieli. Kilkupokojowe mieszkanie pęczniało od dostatku, który stopniowo zamieniał się w bogactwo: cenne meble, puszyste perskie dywany, cieniutka porcelana, kryształy grające tęczowym blaskiem, ciepłe a lekkie jak puch kupony oryginalnej angielskiej wełny, francuski jedwab i perfumy, biżuteria i złoto – wszystko to płynęło nieprzerwaną strugą do mieszkania na piętrze. Głównym źródłem tych bogactw było odcięte od świata getto.

Zdzich przeprowadził wywiad. Ku zdumieniu matki przez kilka dni jakieś gwałtowne, nie cierpiące zwłoki interesy gnały go do ciotki zamieszkałej na Pabiance. Krewni, którzy przybyli w niedzielę w odwiedziny, potwierdzili, że istotnie Zdzich zagląda do nich często. Że wizyty jego miały jeszcze inny cel, tego mógł się domyślić tylko starszy nieco od Zdzicha kuzyn, który nie wiedział jeszcze, co się święci, ale w rozmowie nieraz napomykał, iż szuka dróg do „roboty”… Zdzich, nie zdradzając się niczym, zręcznie wciągnął go do pomocy w obserwacji sklepu i mieszkania Holzmannów. Moment był bardzo dogodny, gdyż do kupcowej przyjechał właśnie maż, zwolniony z frontu na urlop, który – jak opowiadano na Pabiance – nieskory był do nadstawiania karku za Hitlera, natomiast służąc w kwatermistrzostwie, robił kokosowe interesy i słał zapobiegliwej żonie paczkę za paczką. Właśnie pojutrze jego urlop dobiegał końca.

Wyruszyli wczesnym popołudniem. Był mglisty, szary dzień, jeden z tych, których beznadziejna szarzyzna zdawała się pogłębiać gorycz niewoli. Ale obu Promienistym: Leszkowi i Mietkowi-Hardemu, wyruszającym wraz z Cześkiem na „wielkie łowy”, serca waliły jak młoty.

Od chwili wkroczenia na schody kamieniczki każdy szczegół wdrążał im się w pamięć ostro, wyraziście – jak podczas „eksu” na Nowomiejskiej.

Mocna, szczupła ręka Cześka naciska czarny guzik dzwonka. Za drzwiami z brązowego, masywnego drzewa, opatrzonymi mnóstwem lśniących, niklowanych zamków słychać nadchodzące z głębi mieszkania kroki. Lekki szmer. Uchyliło się okrągłe oczko ”judasza”. Chłopcy cofnęli się pod ścianę. Naprzeciw drzwi stoi tylko Czesiek.

- Kto tam? – dobiega cienki głos kobiecy.

- Do pani Holzmann w sprawie dywanu – brzmi odpowiedź. Chrobotanie za drzwiami – i króciutka pauza. Moment wahania z jednej strony, napięte wyczekiwanie z drugiej …

Zgrzytnął klucz. W uchylonych drzwiach, za przegrodą z niklowanego łańcucha widać młodą dziewczynę w białym kokieteryjnym fartuszku z koronkami i takim samym czepeczku.

- Miałem mówić z panią Holzmann w sprawie dywanu – powtarza Czesław swą nie najlepszą niemczyzną. Pokojówka lekko wzrusza ramionami:

- Niech pan wejdzie i zaczeka.

Łańcuch broniący dostępu już zdjęty. Ale za rzekomym interesantem wśliznęli się do wnętrza hallu, wyścielonego grubym pasowym chodnikiem, dwaj inni młodzi ludzie. Pokojówka cofa się o krok, przejęta strachem…

Obrazy, przesuwające się dotąd w zwolnionym tempie, raptownie przyśpieszyły biegu: w mlecznym świetle ampli staje wysoki umundurowany mężczyzna, zza jego ramienia wychyla się zdziwiona i gniewna twarz chudej kobiety, odzianej w strojną jedwabną suknię.

W rękach przybyszów błysnęła broń. Zduszony krzyk rwie się z ukarminowanych warg Frau Holzmann. Pokojówka wydaje dziwny, prawie ptasi pisk. Niemiec w mundurze odskakuje szybkim susem w tył – po broń czy może do telefonu? … Ale Czesław jest szybszy:

- Hände hoch! Sonst schiess ich!

Sekunda napiętej ciszy. Ręce trojga ludzi podnoszą się sztywno.

- Gdzie broń? – pyta Czesław po polsku, nie podnosząc głosu, lecz takim tonem, jakiego Leszek u niego nie słyszał. – Gdzie broń, słyszycie? Waffe sofort hier, schell! Verstanden?

- Panowie… panowie… - bełkoce kobieta. – My nie… My nigdy …

- Nic wam nie zrobimy, bośmy nie bandyci. Ale dawać broń, prędko! Słyszycie?

- Nie dam!

Twarz Holzmanna przy tych słowach nabiega ciemną czerwienią.

Czesław zniżył lufę. Frau Holzmann rzuciła się ku mężowi z błaganiem:

- Herbert, um Gotteswillen! …

- Tam … - mruczy przez zaciśnięte zęby Holzmann, ruchem głowy wskazując mahoniową komódkę w rogu pokoju.

Skrzypnęła szarpnięta gwałtownie szuflada. Pas z kaburą, obok pistolet jeden – i drugi.

Przecięli druty telefonu, przywiązali do krzeseł całą trójkę: Holzmannów i pokojówkę. Żadne z nich nie próbowało sprzeciwu. W zachowaniu chudej Niemki można było wyczuć ulgę: a więc ci tak groźnie wyglądający Partisanen darują życie! A przy tym nie ruszyli bogactw, skrzętnie gromadzonych w szafach, skrzyniach, kredensach… (…)

Jeden z partyzantów ukrywa się w Pabianicach. Odwiedza go wysłannik z Warszawy.

Tramwaj łódzki jadący do Pabianic, przystanął ze zgrzytem hamulców. Wysiadło z niego około dziesięciu osób, wśród nich – młody człowiek, wysoki i chudy, o ciemnych, niemal zrośniętych brwiach nad równie ciemnymi oczyma. Miał na sobie znoszony kombinezon z granatowego drelichu, jaki zazwyczaj noszą ślusarze lub spawacze. Pod pachą trzymał brezentową torbę z narzędziami.

Rude liście szeleszczącą powłoką zaścieliły chodniki, W skupionej twarzy młodego człowieka, który zatrzymał się na przystanku, czekając, aż tramwaj ruszy, by móc swobodnie przejść jezdnię – coś drgnęło nagłym skurczem. Żaden z nielicznych przechodniów nie mógł wiedzieć, że chłopak w drelichowym kombinezonie wspomina te same kasztany, z których jak świeczniki strzelały w górę białoróżowe kwiaty – kiedyś wiosną.

Młody człowiek, rozejrzawszy się wokół, bez pośpiechu wyjął z kieszeni papierosa i płomykiem zapałki dotknął jego koniuszka. Potem przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie kamienny mostek łączył dwa brzegi strumienia, odprowadzającego ścieki z zakładów Krusche i Ender. Na mostku tym zatrzymał się właśnie, poprawiając sznurowadło, krępy mężczyzna. Z kieszeni jego bluzy sterczał zwinięty w rulon numer tygodnika esesmańskiego „Das Schwarze Korps”.

Chłopak z brezentową torbą podszedł bliżej i dotknąwszy niedbale ręką zniszczonej cyklistówki, spytał po niemiecku:

- Przepraszam, którędy najbliżej na ulicę Zamkową?

Krępy mężczyzna wyprostował się i mimochodem przełożył gazetę z jednej kieszeni do drugiej. Wzrok ich obu skrzyżował się.

- Pierwsza na lewo.

Po kilku minutach chłopiec w kombinezonie przekroczył próg sieni parterowego domku, na którego bramie wisiał szyld, oznajmiający, że tu mieszka szewc. Zapukał dwukrotnie.

- Mam odebrać buciki dziecinne – rzekł, widząc w wąskiej szparze uchylonych drzwi twarz kobiecą.

- Czerwone czy brązowe?

- Brązowe z białą obwódką.

Ten krótki dialog, prowadzony po niemiecku, dla ucha każdego przypadkowego słuchacza brzmiałby całkiem naturalnie. Drzwi otworzyły się szerzej i przybysz wszedł do izby. Niemłoda kobieta, z włosami ciasno upiętymi w staromodny kok, zmierzyła go bystrym spojrzeniem, po czym wskazała drzwi w głębi:

- Tam już czeka …

Na widok siedzącego w pokoju mężczyzny, który uniósł wzrok w stronę gościa, młody człowiek drgnął i z wyciągniętymi dłońmi postąpił naprzód.

- To wy? – rzekł nie tając zdumienia. – Wy? …

- Tak, to ja, chłopcze drogi - odparł barczysty mężczyzna o małych, ciemnych oczkach i mocno posiwiałych skroniach.

Mocno uściskał przybysza, parokrotnym chrząknięciem maskując wzruszenie.

- Anim nawet nie pomyślał, że właśnie ciebie zobaczę – rzekł wreszcie. – Chłopaku kochany!... Mówili, ze ktoś z Warszawy przyjedzie, ale trudno się było spodziewać… Tylko, że to przecież nieostrożne!

Leszek uśmiechnął się ze smutkiem.

- A czy ostrożnie, ze właśnie was tu spotykam?

Antoni machnął ręką. (…)

Monika Warneńska (1922-2010) – prozaiczka, reportażystka, dziennikarka, autorka m. in. „Fortuny rodu Krusche”.


Patrick Edwards w „Misji specjalnej”, Wydawnictwo e-bookowo 2013, będącej opowieścią z gatunku science fiction wspomina Kraków i … Pabianice.

- Tu Z-43, zgłaszam maszynę gotową do startu, odbiór. Pilot Mirosław Zaczyk, czekając na zezwolenie na start, spojrzał w bezchmurne niebo, na którym z każdą chwilą przybywało gwiazd. Nocny, treningowy lot miał odbyć się w kwadracie piątym, którego końcowy odcinek obejmowały góry.

- Tu wieża, możecie przygotować się do startu. Dane podane z wieży kontrolnej zgadzały się całkowicie z tymi, jakie uzyskał wcześniej. Ruszając spod hangaru, skierował samolot na północny zachód i wjechał na pas startowy, który po obu stronach oświetlały zielone punkty świetlne. Dając silnikom pełną moc, zwolnił blokadę hamulców. Maszyna ruszyła ostro, wciskając go w fotel. Nabierając prędkości, poderwał ją do góry.

Unosząc się w powietrze, wyraźnie widział oświetlone ulice Pabianic, a daleko przed nim oświetlony nocnym skupiskiem świateł Kraków.

Lot odbywał się zgodnie z planem. Dolatując do końca kwadratu, położył maszynę na prawym skrzydle i wylatując na prostą, wyrównał poziom lotu. Lecąc na wysokości zaledwie dwunastu tysięcy stóp, widział pod sobą malutkie światła osad i miasteczek, które wolno układały się do snu.

Patrick Edwards (Janusz Brzozowski), ur. 1958 r., mieszka w Perth, Australia, autor powieści kryminalnych i fantastycznych.

O debiucie Pabianic na Światowej Wystawie w Austrii pisze Agaton Giller „Polska na Wystawie Powszechnej w Wiedniu 1873 r. : listy”, Lwów 1873 r. Wystawa wiedeńska jest uznawana za siódmą z kolei cykliczną prezentację dorobku technicznego, naukowego i kulturalnego krajów i narodów świata.

Agaton Giller (25 czerwca 1873) : Fabryka wyrobów wełnianych Rudolfa Kindlera w Pabianicach, skąd pochodzi rodzina Kopernika, miasteczka położonego niedaleko Łodzi, dostarczyła kilka sztuk alpaki, rypsu, orleanu i lustrynu, ułożonych w piramidy. Fabryka ta założoną została w 1843 roku. Wyrabia rocznie 48.000 sztuk materii wełnianych i półwełnianych za cenę 700. 000 rubli srebrnych. Porusza nią machina parowa o sile 200 koni. Zatrudnia 450 robotników.

Fabryka Benjamina Krusze, także w Pabianicach wyrabia tkaniny wełniane i półwełniane na suknie dla kobiet. Wyroby swoje bardzo pięknie i gustownie wystawiła. Fabrykę tą ufundowano w 1830 r., rocznie dostarcza handlowi 42.500 sztuk materji za cenę 570. 000 rubli srebrnych. Posiada maszynę parową i 78 robotników płci obojej.

Agaton Giller (1831-1887) – dziennikarz, pisarz, członek Rządu Narodowego w okresie powstania styczniowego.

W piśmie satyrycznym Mucha nr 17, 1914 r. ukazała się anonimowa humoreska „Z pamiętnika Antka Cwaniaka”. Jej autor przypomina lokaut w jednej z fabryk pabianickich, gdzie na miejsce polskich robotników przyjęto pracowników żydowskich.

„- Żydzi – powiedział sędzia Łunaczarskij – walczą o prawa uświadomionych robotników i patrzą, żeby im się krzywda nie działa.

- Jakoś mi się to bardzo w głowie nie mieści, moje kochane towarzysze. Tera niedawno takie zdarzenie było: w Pabianicach robotnicy polscy, Marksa kochający, zastrajkowali. Fabrykant, Żyd, Stein, na to tylko czekał i na ich miejsce zara przyjął łamistrajków – Żydów. Niech by sobie ich przyjmał, od tego on fabrykant, ale dlaczego różne socjalskie „Kuźnie” przytaknęły mu, że sprawiedliwie robi? Jakże to? Na Marksa się przysięgają, a łamistrajków chwalą?

- W Pabianicach? W Pabianicach? – zawołały sędzie jeden przez drugiego – co to jest Pabianice? Hast du gesłyszał?

- Wy, towarzysze – rzekł sędzia Pawłowicz – pluńcie na to, co tam kto w jakichś Pabianicach robi. Wy słuchajcie tego, co my mówimy w Kopenhadze, w Jenie, albo gdzieindziej na kongresu.

- Ja wam co powiem – rzekł sędzia Frenkiel – ci Żydzi to wcale nie byli łamistrajki.

- Ino co? – spytałem.

- Oni byli uświadomieni robotnicy. Każdy Żyd to on się już rodzi, jako uświadomiony robotnik.

- A ci wyrzuceni z fabryki Polacy to byli uświadomieni robociarze?

- Oni nie byli. Żeby oni byli uświadomieni, to by oni wiedzieli, że uświadomiony robotnik polski powinien nie tylko ustąpić miejsca łamistrajkowi, ale nadto psim jego obowiązkiem jest bronić łamistrajka przed zakusami polskich czarnosecińców. Takie jest przykazanie Marksa.(…)”

Mucha – ilustrowane czasopismo satyryczne wydawane w Warszawie w latach 1868-1939 oraz 1946-1952. B. Prus publikował w piśmie pierwsze utwory literackie.


Władysław Kowalski w powieści „W Grzmiącej” (1936 r.) wprowadza epizodyczną postać pabianiczanina Klaski, który jest wędrownym handlarzem obrazów o tematyce religijnej. Klaska zatrzymuje się na noc u gospodarza o nazwisku Kubas. Chłop jednak nie do końca ufa obraźnikowi z Pabianic.


Kubas cłapał wolno za stodołę. Rozejrzał się tam wokoło, sprawdziwszy, że nikogo nie ma w pobliżu, wsadził palec do gardła i rzygnął rdzawym płynem.

- Psiakrew! – klął. Powtórzył operację po raz drugi. Krztusił się, pluł, charkał. – Cholera nagła! Gadzina sobacza! Psiakrew! – Ocierając usta lewym rękawem spencera zmierzał ku drodze.

Naraz zza krzaka głogu, stojącego na przydrożnym rowie, wyszedł ów człowiek ze skrzynką na plecach.

- O! – stropił się Kubas. – To pan dopiero tu? Widział pan, jak rzygałem?

- Hm… Musicie być chory? – zauważył nieznajomy.

- I! – sarknął przecząco Kubas. Lazł wolno drogą ku wsi. Człowiek ze skrzynką szedł za nim. Rozpytywał.

- To Grzmiąca ?

- Grzmiąca – odpowiedział niechętnie Kubas..

- Bogata to wieś?

- Błotnickie dziady bogatsze!

- Tak ? A mnie mówili w tamtej wsi – wskazał ręką ku południowi – że tu można sprzedać obraz. Że jakiś Kubas…

- To pan obraźnik? – bąknął lakonicznie. – Hm… - zastanowił się . - Może Janowa, bo ona się najwięcej tymi świętościami interesuje. U mnie są jeszcze stare, to się tymczasem obejdzie. – Obojętnie machnął ręką, najwidoczniej okazując niechęć do rozmowy. Ruszył żwawiej z wyraźnym zamiarem pozostawienia obraźnika. Lecz ten również przyśpieszył kroku. Szli chwilę w milczeniu. Wieś od zabudowań dworskich dzieliła przestrzeń pięciuset kroków. Mroczało już. Pod sama wsią Kubas raptem przystanął i zwróciwszy twarz w prawo powiedział:

- Wie pan? Niech pan wali prosto tam! – wskazał ręką na północ.

W mrokach stojącego już na granicy wieczoru, w kierunku wskazanym przez Kubasa, rysowała się czarna grobla wsi.

- To Glinki – objaśniał Kubas - tam mieszka niejaki Plichta. Mądry to on tam akurat nie jest. Ale bogaty. Lubi kupować obrazy. Święte kobiety pan ma? Bo on ma adorację do świętych kobiet.

Obraźnik zdradził wyraźne zakłopotanie. Zamiast odpowiedzi przedeptywał z nogi na nogę, chrząkał nerwowo, spoglądał to na słabo rysujące się w mroku Glinki, to na Grzmiącą.

Kubas zmiarkował, o co mu chodzi.

- Późno jest! – stwierdził. – Widać pan nie ma chęci po nocy łazić, to niech pan idzie choćby i do mnie, przenocuję. W stodole. Ale ja śpię, to i pan. Dam panu kożucha, to pan nie zmarznie.

Poszli. We wsi żółte ślepia okien tłumiły bystrość wzroku.

Kubas mieszkał jakby pośrodku wsi. Z ciasnego podwórka, oplecionego leśnym chałabiem, poderwał się pies, z hałasem hultnął ku drodze, lecz ofuknięty przez gospodarza zawrócił ku budzie i pozwolił sobie nałożyć obrożę na szyję.

Weszli do izby zaparowanej mdło kwaśną stęchlizną z gotujących się kartoflanych łupin. Mała lampka, wisząca pośrodku u belki, kapała ciężkim, sennym blaskiem. Troje dzieci czekało przy stołku z łyżkami w garści. Onieśmielone wejściem obcego człowieka, pokładły łyżki i porozłaziły się po kątach. Zbiegły się wnet, gdy Kubasowa ustawiła sagan z kartoflami i miskę z barszczem. Obraźnikowi podano osobno, zaś Kubas jadł razem z dziećmi. Wyprowadzony w pewnej chwili przez chłopaka, który węsząc za skwarkami wpatrywał się w sagan i przeszkadzał jedzeniu, palnął go łyżką w głowę.

- Naści, psiakrew! – zaklął.

Chłopak zaskowyczał z bólu i odskoczył na izbę. Po chwili wrócił i pochlipując płaczliwie jadł. Kubas nie przerywając posiłku mówił do obraźnika:

- Do szkoły chodzi. Ma już piętnasty rok. Ale taki, jucha, niesforny, że jej! Jednego mam w Wyrajach za szewca się uczy. Myślę i tego, tylko nie wiem gdzie i jak?

Gość jadł i potakiwał. Zaraz po kolacji wyszli do stodoły. Obraźnik zdjął tylko buty i legł pod kożuchem.

Przez szpary wrótni i dziury w dachu sączył się mdły, szary blask.

Kubas doćmił machorkę, zapluł ogień i układając się pod pierzyną mówił:

- Noce jeszcze teraz spore. A i wstawać nie ma do czego rano. Pola u nas przymokre. Jak dworskie już rośnie, to u nas się dopiero sieje. Lepsze grunta mają dwory, a gorsze chłopi. Bardzo się panu chce spać? Bo jakby te… pogadalibyśmy sobie. Mnie się, jucha, nie chce wcale spać. Nawet nie pytałem, jak pana zwać i skąd?

- Klaska. Z Pabianic – objaśnił gość.

- Hm…- zastanowił się Kubas. – Nie bardzo wiem, gdzie to te Pabianice. Nie byłem tam. Pod Łodzią gdzieś?

- Tak, pod Łodzią.

- A w Łodzi pan bywa?

- Bywam (…) Klaska uniósł głowę i wsparł się na łokciu.

- Co słychać? Ha… jak to w mieście … Komu dobrze, komu źle. Jak i tu zapewne.

- A u nas to tak! – Kubas akcentował nieufność do słów Klaski o mieście. – U nas to, co tutaj… Dwór złodziej, darmo mu rób. Podatkami duszą, karami. (…)

Jednakże wypowiedziane już słowa niepokoiły go do głębi. Medytował: - taki przybłęda, żyjący z ludzkiej łaski i z tego, co wycygani na handlu, może się iść przypodchlebić dworowi, opowiedzieć wszystko. Nawet i to co sam mówił, zwalić na mnie – zastanawiał się nad tym, jakby zaradzić złu. Nie znajdował żadnego wyjścia, a we wnętrzu niepokoiło go coraz mocniej. – Zajechał aż na cara! – stukało w mózgu Kubasa. – Nieznajomy nieznajomemu tak powie? He –he – hej! Choć bywa i tak … uspokoiło myśl. Nęciło go jednak, aby się na nowo rozgadać, zgoła inaczej, zgasić tamto i przez rozmowę wybadać lepiej handlarza, jak u niego w głowie jest. Ustalić czy lubi rozgadywać, co gdzie słyszał. Bo jeśliby nawet nie był huncwot, a tylko gapa, rozgada po wsiach o śmiesznych zbytkach dziedzica, powoła się na rozmowę w stodole i kto wie, czy jakimś sposobem do dworu nie doleci wiadomość. A wtedy dwór się w rozmaity sposób może zemścić.

Już miał zapytać Klaskę, czy śpi, lecz przyszło mu do głowy, aby sprawdzić inaczej. – Po prostu – myślał zajrzeć mu w oczy. Jeżeli już śpi, to może być zły, że go obudzę. Wtedy rano się już pogada, da mu się jeszcze śniadanie. Cicho podszedł, zwisł lekko nad Klaską i wpatrywał się uporczywie w twarz. Z pół minuty stał, a ledwie rozeznając twarz Klaski w szarzyźnie nocy, zwisał ostrożnie coraz niżej. Gdy nagle Klaska potoczył się po słomie i poderwał na równe nogi.

- Wy co? – charknął głucho, boleśnie. Na sekundę stanął o dwa kroki od Kubasa, lecz wnet wypadł na podwórze.

- Panie – szepnął kubas i wybiegł za nim ze stodoły.

Lecz Klaska zmykał teraz w pole. Kubas podążał za nim wołając stłumionym głosem: - Panie… Niech pan sobie zabierze, obrazy i buty. Panie…

Ale Klaska dudnił bosymi nogami jak rozbrykany koń.

Wkrótce znikł w mroku nocy.

Z dalszej lektury książki dowiadujemy się, że Klaska jest działaczem socjalistycznym, który bada nastroje społeczne panujące wśród chłopstwa pod zaborem rosyjskim. Powieść „W Grzmiącej” była wielokrotnie wznawiana w masowych nakładach.

Władysław Kowalski (1894-1958) – pisarz i publicysta, w latach 30. XX w. wchodził w skład Zespołu Literackiego „Przedmieście”, w okresie Polski Ludowej był współtwórcą Krajowej Rady Narodowej, ministrem kultury i sztuki, marszałkiem Sejmu Ustawodawczego, członkiem Rady Państwa.


Ocalała z Holocaustu Regina Engelhardt w książce „That’s Not a Scar; That’s a Beauty Mark” (2016) wraca pamięcią do krótkiego pobytu w Pabianicach.

(…) After two months or so, we were moved again to Pabianice. Po blisko dwóch miesiącach przeprowadzono nas ponownie do Pabianic, obok Łodzi. Tym razem dostaliśmy umeblowane mieszkanie. Wyglądało na to, że właściciele byli zmuszeni opuścić je w pośpiechu, zabierając tylko przedmioty osobistego użytku – my także musieliśmy niedawno pozostawić swoje mieszkanie. Tutaj czuliśmy się jak w domu. Stół i krzesła sprawiły, że mogliśmy znów jeść po ludzku. Jedzenie było ciągle takie samo. Jednak moja mama rozpakowała trochę naszych drobiazgów, żebyśmy czuli się jak u siebie.

Nasze mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Pamiętam, że odkryłam siłę mojego umysłu. Wpatrywałam się uporczywie w tył głowy przypadkowego przychodnia i zmuszałam go w ten sposób, aby odwrócił się w moją stronę.

Stałam na balkonie i skupiałam wzrok na jednym z gestapowców przechodzących właśnie przez główną ulicę. Powiedziałam mamie, żeby się temu przyglądała, bo wiedziałam, iż oficer spojrzy na mnie. Rzeczywiście, stanął na środku jezdni i uniósł głowę, aby na nas popatrzeć. Mama wpadła w amok i wciągnęła mnie do środka. Bała się, że będzie strzelał. Niepotrzebnie.

We were in Pabianice only several weeks before England became involved in the war … Przebywaliśmy w Pabianicach tylko kilka tygodni zanim Anglia przystąpiła do wojny, bombardując tereny niemieckie na zapleczu frontu. Wkrótce zabrano nas do Berlina.(…)

Regina Engelhardt - urodziła się w 1928 r. w Kiwercach (Wołyń), malarka i rzeźbiarka, mieszka w Detroit (USA).

Ocalały z zagłady Roman Halter w swoiej relacji „Roman’s Journey: An Extraordinary Odyssey of Holocaust Survival” (2007, 2011) wspomina też Pabianice.

(…) Szymon, podobnie jak pani Róża, ukrył się w łódzkim getcie I został przed paroma miesiącami wyzwolony przez Rosjan. Odtąd próbował dowiadywać się o losach swojej rodziny i próbował odnaleźć Polaków, którzy okazali mu pomoc. Pamiętał, że jeden z Polaków, który przyniósł wiadomość ze słowami „Chwalmy Pana”, pochodził z Pabianic. He knew that one of the Poles who brought the message with the words „Prise the Lord” had mentioned that he came from Pabianice. Szymon szukał go wszędzie, ale bez rezultatu. Był przekonany, że rozpozna te osoby, gdy je spotka. Rozmawiał z kim tylko mógł, a nawet proponował nagrodę za informację.(…)

Roman Halter (1927-2012), urodził się w Chodeczu, Polska – brytyjski architekt, malarz, witrażysta.


Witold Horwath w powieści „Seans” (1997) wzmiankuje o „Ance z Pabianic”. Książka została przełożona na niemiecki, niderlandzki i rosyjski.

(…) Wtedy właśnie odpowiedziałem, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Spodobało się Lence wyrażenie, nie znała go, więc wyjaśniłem, że to – volenti non fit iniuria – z prawa rzymskiego. „Boże, ile ty wiesz”, szepnęła z podziwem, też być może udając. Kilka lat potem podobny zachwyt okazywała mi ta moja Anka z Pabianic, która miała wykształcenie podstawowe. A czy Milena miała większe? Dwie klasy ogólniaka. (…)

Witold Horwath (ur. 1957) – pisarz, scenarzysta filmowy (m. in. „Klan”, „Ekstradycja”, „Na Wspólnej”, „Wydział zabójstw”).

Leslie Epstein w powieści „Kings of the Jews” (1979, 2010) opisuje uprzywilejowaną pozycję członków Judenratów.

(…) W pierwszych dniach wojny było jeszcze wielu zamożnych Żydów w naszym mieście. To prawda, ich pieniądze zostały zajęte, a oni musieli złożyć wykaz wartościowych rzeczy, takich jak biżuteria i futra. Jednak nie otrzymali zgody na posiadanie służby. Wbrew tym restrykcjom, w Łęczycy i Pabianicach, chodzili w butach z cholewami i spacerowali ze swoimi psami. But in spite of this restrictions, there they were, out on Łęczyca, on Pabianice, wearing high boots and walking their dogs. Przez pewien czas zapanowała moda także na inne zwierzęta, papużki czy małpki, trzymane na ramionach lub małe jaszczurki, które przybierały kolor aktualnie noszonego płaszcza. (…)

Leslie Epstein (ur. 1938) – amerykański powieściopisarz, eseista, dyrektor Creative Writing Program w Boston University.

„Shards of Memory: Narratives of Holocaust Survival” (2008) profesora Yehudiego Lindemana to zbiór 24 świadectw osób ocalałych z zagłady. Wśród nich znajdujemy historię mężczyzny o imieniu Saul, który wracając z obozu, na terenie Niemiec, do Łodzi znalazł się przez chwilę w Pabianicach.

(…) Pociągiem dotarł do Poznania, tam wskoczył do pociągu jadącego w kierunku Kalisza. W Kaliszu usłyszał, że rosyjski pociąg wojskowy pojedzie do Moskwy via Łódź. Saulowi udało się wkraść do tego pociągu. Wysiadł w Pabianicach i dalej kontynuował podróż tramwajem do Łodzi… disembarked at Pabianice, and proceeded by streetcar to Lodz.

Yehudi Lindeman – dyrektor Holocaust Video Documentation Archive Uniwersytetu Mc Gill w Montrealu, Kanada.

Wendy Holden w książce „Born Survivors: Three Young Mothers and Their Extraordinary Story of Courage, Defiance and Hope” (2015) przedstawia losy pabianiczanki Racheli Abramczyk. Polski tytuł publikacji to “Urodzeni, by żyć”, autorzy przekładu: Przemysław Hejmej i Jerzy Rosuł.

(…) Nazywała się Rachela Abramczyk, ale przeważnie mówiono na nią Ruza lub Ruszka. Była najstarszą z dziewięciorga rodzeństwa; urodziła się miesiąc po zakończeniu pierwszej wojny światowej, w sylwestra 1918 roku w Pabianicach koło Łodzi – drugiego co wielkości miasta w ówczesnej Polsce.

Pabianice należały do najstarszych i najzamożniejszych miejscowości w kraju. Od wielu dekad rozwijał się tam przemysł włókienniczy, miasteczko wciąż jednak miało dość prowincjonalny charakter – jeździły po nim tylko dwa samochody, z których jeden należał do miejscowego lekarza. (..)

Ojciec Racheli miał na imię Szaja i pracował jako inżynier włókiennictwa w zakładzie swoich teściów – w tej branży Żydom szczególnie się powodziło. Rodzina posiadała własne krosna i zatrudniała głównie krewnych. Produkowała gobeliny oraz tkaniny na zasłony i obicia mebli. Dzięki własnemu zakładowi jej członkowie żyli na niezłym poziomie – mieli spore mieszkanie na trzecim piętrze z dwoma balkonami i dużym ogrodem na tyłach kamienicy. (…)

Mieszkanie emanowało szczególną atmosferą dobrobytu, eklektyczna mieszanka dzieł sztuki, elegancka porcelana i inne elementy dekoracji wnętrz. Na Pachę zawsze przynoszono świeże kwiaty. Przychodzący z wizytą znajomi czy krewni nie mogli się nadziwić, ze w domu jest tak czysto, a dzieci są tak grzeczne. Ich dobre wychowanie było w dużej mierze zasługą Racheli, jako że jej matka nie potrafiła utrzymać dyscypliny. Gdy tylko Rachela podrosła na tyle, żeby wziąć na ręce niemowlę stała się dla młodszego rodzeństwa drugą matką. Poza opiekowaniem się dziećmi pomagała też w kuchni i wykonywała inne domowe obowiązki. (…)

Rachela bardzo podziwiała ojca. Odziedziczyła także po nim głód wiedzy. Była pilną uczennicą i wraz z rodzeństwem, niezależnie od pogody, codziennie maszerowała kilometr do szkoły i z powrotem. Lekcje zaczynały się o ósmej i kończyły o wpół do drugiej po południu, później dzieci miały wolny czas na lekturę i zabawę.

Rachela od siedemnastego roku życia należała do Żydowskiego Funduszu Narodowego, zbierającego środki na zakup ziemi w Palestynie. Ona również marzyła, że pewnego dnia tam się przeprowadzi i będzie wiodła spokojne życie. Jako nastolatka musiała ciągle niańczyć młodsze rodzeństwo, więc teraz postanowiła, że jak najszybciej za mąż za jakiegoś bogacza. I właśnie to zrobiła, gdy tylko ukończyła szkołę średnią. Jej wybranek nazywał się Mosze (Monik) Friedman. Ten młody i przystojny mężczyzna, urodzony 15 maja 1916 roku, wraz z owdowiałą matką Itą oraz dwoma starszymi braćmi – Dawidem i Awnerem – prowadził zakład włókienniczy. Firma była na tyle duża, że właściciele zatrudniali nawet gojów.

Rachela wyszła za Monika zaraz po ukończeniu szkoły średniej, w marcu 1937 roku. Od czasu dzieciństwa zdążyła już nabrać odpowiednich kształtów, w sukni ślubnej prezentowała się więc wspaniale. Osiemnastoletnia dziewczyna szybko weszła w tradycyjną rolę uległej żony (choć jej mąż w dniu ślubu miał zaledwie dwadzieścia jeden lat). Jej wiecznie utrudzona matka Fajga jeszcze wychowywała sześcioletnie bliźnięta i czteroletnią Maniuszę.

Na pewno dotkliwie odczuła brak najstarszej córki. Podobnie jak Rachela, jej mąż również interesował się syjonizmem. Oboje już wcześniej wstąpili do organizacji młodzieżowej o nazwie Gordonia (od nazwiska znanego syjonisty Ahavona Davida Gordona), która promowała ideę życia w kibucach i dążyła do odrodzenia języka hebrajskiego. W zgodzie z wyznawanymi ideałami, zdecydowali się na skromny ślub. Nieugięta Ita Friedman oczekiwała jednak od swoich dzieci życia na poziomie odpowiadającym ich zamożności, tak więc jej najmłodszy syn wraz z nową żoną urządzili się bardzo wygodnie w swoim nowym domu w Łodzi. Powojenna inflacja, która doprowadziła do ruiny miliony ludzi w całej Europie, niespecjalnie dawała się we znaki tym, którzy sprytnie zainwestowali w tekstylia lub złoto. (…)

Wendy Holden (ur. 1961) – brytyjska autorka ponad 30 książek, niektóre spośród nich zyskały status międzynarodowych bestselerów.


Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954” (1980), wydanie amerykańskie „Diary 1954” (2014) pisze  m. in. o polskiej przestępczości. Zorganizowanym bandytom wielkomiejskim sprzed wojny przeciwstawia powojenny „gwałt upowszechniony”  na prowincji – w Radomiu, Szydłowcu i … Pabianicach. Autor nie doceniał najwyraźniej Milicji Obywatelskiej.

(…) Komunizm wniósł w te ziemie Nowe Huty i traktory, włókiennicze kombinaty i snopowiązałki, a wraz z tym zbrodnię w wymiarze przerażającym nawet Polskę – kraj Szpicbródek, Urke Nachalników, Rozpruwaczy, chłopskich weselisk pod znakiem orczyka. W przedwojennej Polsce sielskość i zdziczenie nie wykluczały się wzajemnie, żyły obok siebie, zaś doskonała policja kontrolowała równie świetnie zorganizowany świat przestępczy  Warszawy, Łodzi, Wilna. Lecz co innego instytucjonalne, ekskluzywne, posługujące się własną etyką środowiskową, a więc z natury rzeczy nieliczne, milieu przestępcze wielkomiejskich włamywaczów i gangsterów, a co innego gwałt upowszechniony, życie, w którym chłopek i szofer sięgają po łom czy kilof, wkraczają do sklepu WSS po dzienny utarg i pozostawiają za sobą ekspedientkę z rozłupaną czaszką. A to stanowi właśnie dzień powszedni Radomiów, Szydłowców i Pabianic.

Quite another is the current generalized violence, a life in which a peasant or a driver reaches for crowbar or pickaxe to break into the Food Co-op for the day’s take and leaves behind the cashier with a cracked skull. Yet this is an everyday reality in towns like Radom, Szydłowiec and Pabianice.

Leopold Tyrmand (1920-1985) – pisarz, publicysta, popularyzator jazzu.


Honorata Chróścielewska w  opowieści „Córka tego, co tramwaje jego” (1964)  przedstawia scenki obyczajowe, z dość odległej przeszłości, widziane oczyma dziecka. Akcja książki dzieje się w  robotniczej Łodzi  lat międzywojennych. Nie mogło zabraknąć odniesień pabianickich.

(Rodzina na majówce)

Wujek Szyński nalewa wódkę do szklaneczek po musztardzie.

- No, a my to pieprz? - Powiedziała ciocia Szyńska i kazała wujkowi, żeby wszystkim nalał. Bez pytania rozwalili się koło nas jacyś tam ludzie. Jedna to taka ruda grubaśnica. Od razu ściągnęła sukienkę, a wcale nie miała na sobie halki, tylko była w majtasach i koszuli.

- Cyce jak Pabianice! -  zaśmiał się pan Sarzyński.

- Kumoter to też! – powiedziała mamusia.

- No, pojechali! – powiedział wujek Szyński i wszyscy złapali za szklaneczki.

(Kradzież czereśni)

Wyszedł ze swojego ogrodu pan Śmiałkowski z wielachnym koszem. Podbiegłyśmy do niego.

- Dzień dobry! Niech pan nam da po jednej czereśni!

Ale pan Śmiałkowski jest głuchy, czy jak? Nawet nie odpowiedział dzień dobry i przeszedł na drugą stronę ulicy. Nie to nie! Łaski bez! Jak już skręcił w Brajera, wdrapałyśmy się ze Zdzichą przez płot do ogrodu, a potem hyc na czereśnie i rwiemy. Wróble głośno ćwierkają, złe, że im zabieramy i chowamy sobie za sukienki.

- Ale mam cyce jak Pabianice, no nie? – powiedziała Zdzicha, gdy zeskoczyłyśmy z drzewa.

- Noo.

Naprawdę miała wielachne. Jeszcze większe, niż ta ruda bez halki, co siedziała koło nas na majówce. (…)

Do Pani Walczakowej przyjechała siostra z Pabianic i pani Walczakowa nie może skończyć obiadu, bo i mały płacze i ta siostra płacze, a pan Walczak pewnie jest głodny jak psi. Dzisiaj idziemy z panią  Walczakową do jego roboty.

- No i powidz, co my tera zrobimy? Żeby tego krew zalała. Ich obu! Już człek czasem i grzeszy, ale cheba Boga nie ma!

- Dałabyś lepi spokój. Od razu Boga nie ma!

- Tak mówisz, bo twój robi! Gdybym tak dostała tego jednego i drugiego Szwaba w łapy, to bym ich siekierą zatłukła, nie patrzałabym, co mnie za to czeka… W przeszłym miesiącu osnowa zwaliła mu się na nogę. Paluch miał złamany, a do Kasy Chorych nie poszedł, bał się o robotę. A tera pan Krusze i pan Ender tyłek na niego wypili.

Pani Walczakowa nalewała zupę do niebieskiej bańki.

- Ano, takie to życie. Co ja wam tam poradzę. Muszę zaraz mojemu zanieść żryć.

Honorata Chróścielewska (1924-2007) – pisarka, autorka utworów dla dzieci.


W powieści kryminalnej Zygmunta Miłoszewskiego „Uwikłanie” (2007)  prokurator Teodor Szacki spotyka  się z pabianiczanką – Moniką.

(…) Spacerowali, rozmawiając o sprawach nieistotnych. Szackiemu sprawiało przyjemność słuchanie jej głosu, toteż podpuszczał ją, żeby mówiła jak najwięcej. Podrażnił ją trochę swoją wielkomiejską wyższością, kiedy dowiedział się, że urodziła się w Pabianicach. Opowiadała o rodzinie, o tym, że jej ojciec niedawno umarł, o młodszym bracie, starszej bezdzietnej siostrze tkwiącej w toksycznym związku i matce, która postanowiła na stare lata wrócić do Pabianic. Jej opowieści rwały się, brakowało im puenty, Szacki nie zawsze za nimi nadążał. Nie przeszkadzało mu to. (…)

Oparł się o pomnik, ona usiadła w jego zagłębieniu. W dole szumiała w swoim wąwozie Trasa Łazienkowska, po drugiej stronie mieli Zamek Ujazdowski, po lewej pysznił się, jakżeby inaczej, kościoło -zamek, w którym kilka dni temu klęczał obok trupa Henryka Telaka. 

„Uwikłanie” ukazało się w Izraelu, Rosji, Ukrainie, a także w Anglii i USA. Ekranizacja bestselerowej książki miała miejsce w 2011 r. (reż. J. Bromski).

(…) They walked, chatting about unimportant thing. Szacki got pleasure from listening to her voice, so he encouraged her to talk as much as possible. He teased her a little with his big-city superiority when he found out she was born in the town of Pabianice. She told him about her family, that her father had died recently, about her younger brother, her older childless sister stuck in a toxic relationship, and her mother, who in  her old age had decided to go back to Pabianice. Her stories kept breaking off and lacked any conclusion, so Szacki couldn’t always keep up with them, but it didn’t bother him.(…)

Zygmunt Miłoszewski (ur. 1976) – powieściopisarz, publicysta, autor scenariuszy  telewizyjnych.

Manuela Gretkowska w „Europejce” (2004)  odnotowuje „pochwałę dla władz Pabianic”…

14 X. Prawie jednocześnie dwie wiadomości: pierwsza o złodziejach (urzędnikach państwowych) odkładających sobie z PZU pół miliarda złotych na prywatne konto za granicą. Druga to pochwała dla władz Pabianic za obcięcie 30 tysięcy złotych (10 procent budżetu na biednych) z dodatków mieszkaniowych po wyśledzeniu nieuczciwych ubogich.

Karą dla złodziei z PZU powinno być dożywocie w Pabianicach, bez pensji, bez zasiłku mieszkaniowego, pod kontrolą policji gdyby im znowu przyszła ochota kraść – w sklepach. Skazani na życie wśród tych, których okradali.

Manuela Gretkowska (u. 1964 r.) – pisarka, felietonistka, autorka scenariuszy filmowych, działaczka spoleczna.

Hanna Krall w opowiadaniu „Akwarele” stworzyła literacki portret Teofilii Reich – Ranickiej, żony znanego krytyka literackiego w Niemczech Marcela Reich-Ranickiego. Dziadkowie Teofilii mieszkali w Pabianicach. Ranicka była korespondentką Polskiej Agencji Prasowej i zajmowała się także grafiką książkową.

(…) Babka Miriam była nabożna, nosiła perukę i urodziła jedenaścioro dzieci. Dziadek Herman miał słaby charakter, a po przyjściu na świat jedenastego dziecka uciekł do Londynu. Jedna z córek babki Miriam - dwunastoletnia, ale bardzo rezolutna jak na swój wiek – napisała list do Pana Boga.

- Tato uciekł od nas i nam jest smutno … - tak zaczynał się list, który babka powinna była włożyć w kopertę i wysłać do nieba. Babka nie znała adresu do nieba, natomiast znała adres w Londynie, dokąd wysłała list. Dziadek był roztrzęsiony, miał naprawdę słaby charakter, ale dobre serce i on wrócił do Pabianic.

Na córkę, która napisała list wołano Mindzia, później została matką Teofili.

Pobożna babka, lekkomyślny dziadek, jedenaścioro dorosłych dzieci – ciotki i wujkowie Teofilii, mężowie tych ciotek, żony wujków i ich dzieci – wszyscy zginęli podczas wojny.

- Mam opowiedzieć jak zginęli?

- Nie trzeba, Tosiu, nie mów. Lepiej porozmawiajmy o Pabianicach . (…)

Hanna Kral (ur. 1935) – pisarka i dziennikarka.

„Akwarele” zostały przełożone m. in. na rosyjski.

http://www.proza.ru/2011/08/08/957


Podczas I wojny światowej do gazety Русские ведомости (profil liberalny, ukazywała się w latach 1863-1918 w Moskwie) nadsyłał reportaże Walery Briusow – korespondent wojenny. W jednym z tekstów przedstawił portret sztabskapitana Pawła Wasylewicza Gurdowa (1882-1915), dowódcę plutonu w zmotoryzowanej kompanii karabinów maszynowych. Gurdow odznaczył się w boju pod Pabianicami.

(…) Udało się porozmawiać z sztabskapitanem Gurdowem. To jeszcze młody człowiek o przenikliwym spojrzeniu i czarnych, podkręconych do góry, wąsikach; twarz dobroduszna skłonna do uśmiechu. Patrząc na niego, trudno uwierzyć, że to człowiek zdumiewającego męstwa i zimnej krwi. Gurdow należy do grona „fantastycznych” bohaterów rodem z powieści Reida, Verne’a czy Haggarda. Podobnie jak oni szuka dobrowolnie niebezpiecznych sytuacji i cieszy się nimi.

Naskórkowa strona wyczynów sztabskapitana Gurdowa była wielokrotnie opisywana (między innymi w doniesieniach Petersburskiej Agencji Prasowej). Dlatego też mniej zajmowały mnie szczegóły wydarzeń, a bardziej psychologia postaci. Chciałem dowiedzieć się podczas rozmowy jakie uczucia towarzyszą osobom ryzykującym własne życie, gdy wszystko zależy od przytomności umysłu i przysłowiowego łutu szczęścia.

Gurdow ochoczo i życzliwie odpowiadał na moje, być może niezręczne, pytania, a sama prostota odpowiedzi świadczyła o jego szczerości.

Poprzednio zajmował się nurkowaniem i żeglugą podwodną. Pociągała go niezwykłość tych rzeczy. Z zachwytem opowiadał jak schodził w skafandrze pod wodę, jak spacerował po dnie morza i obserwował nieznane nam tajemnice. Gurdow żałował, że człowiek nie jest jeszcze w stanie zapuszczać się dostatecznie głęboko, aby ujrzeć dno oceanu, poruszać się podwodnym automobilem wśród ruin Atlantydy.

Gdy rozpoczęła się obecna wojna Gurdow od razu zrozumiał, że ma okazję, aby doświadczyć i zobaczyć to, co jest niemożliwe w codziennym życiu. Nie bez trudności udało się mu zamienić mundur wykładowcy uczelni wojskowej na mundur sztabskapitana. Musiał pukać tu i tam, lecz pokonał wszelkie przeszkody, gdyż wielka wojna przyciągała go niczym magnes. Znając sprawy automobilizmu, Gurdow wstąpił do pułku zmotoryzowanego, gdzie dowodzi pojazdami opancerzonymi.

Oczekiwania Gurdowa spełniły się. Wojna zapewniła mu długi szereg „niezwykłych zdarzeń”. Właściwie każdy dzień był niezwykły, z wyjątkiem tych chwil, kiedy trzeba było opatrywać zranienia albo szukać części zamienne do pojazdów wojskowych.

Gdy po jednej ze swoich szczególnie niebezpiecznych akcji Gurdow wracał do oddziału cały i zdrowy (tak było w Pabianicach, gdzie został zraniony w szyję) koledzy mówili:

- Przestań igrać z ogniem. Jeśli dzisiaj wyszedłeś bez szwanku z walki, to następnym razem nie ocalejesz.

- Jestem – tłumaczył mi Gurdow – fatalistą. Co się ma stać, to się stanie, od tego nie ma ucieczki, zwłaszcza od śmierci. Dni każdego człowieka są policzone. Poszedłem na wojnę, żeby tego właśnie doświadczyć. Dobrze jest odejść w środku owego niesamowitego spektaklu.

Na potwierdzenie swojego fatalizmu przywołał kilka zdarzeń.

W boju na granicy Pabianic kierował ogniem karabinów maszynowych. Obserwował ruchy Niemców przez odsłonięty otwór w pancerzu. Kula trafiła tuż obok „okienka”, ale kawałki szkła poraniły twarz Gurdowa. Gdyby Niemiec strzelił o milimetr dalej kula przeszyłaby oko, pozbawiając go życia. Ten przypadek wywarł na nim silne wrażenie.

Pod koniec walki u wejścia do Pabianic nasi pancerni automobiliści dostali się pod ostrzał artyleryjski. Nie mogli jechać dalej. Gurdow pozostawił obsługi karabinów maszynowych, aby kontynuowały ogień. On natomiast wyskoczył na zewnątrz i wraz z 10 pomocnikami pchał swój pojazd (wyposażony w działo) w kierunku naszych pozycji. Śmiałkowie z ogromnym wysiłkiem krok po kroku, przemieszczali ciężką maszynę pod gradem kul. Z pomocą rzucili się sołdaci tego batalionu; lecz pierwszy żołnierz zamachał tylko rękoma i padł martwy, drugi trzeci zostali ciężko ranni.

Natomiast spośród dziesięciu śmiałków poruszających się pod ostrzałem wroga, tylko paru odniosło lekkie zranienia. Wszyscy dotarli do naszych pozycji wraz z pojazdem opancerzonym.

Istotnie taki przypadek może uczynić człowieka fatalistą.

Niekiedy Gurdow nie kazał odpowiadać na ostrzał ogniem karabinów. Załogę Gurdowa chronił wszak pancerz. Ale sam Gurdow stał w otwartym pojeździe, obserwując przez lornetkę otoczenie, stanowił świetny cel. Jednak żadna z setek, jeśli nie tysięcy kul nawet go nie drasnęła.

Było już blisko, aby mówić o przeznaczeniu. (…)


Walery Briusow (1873-1924) – powieściopisarz, poeta, publicysta, współtwórca rosyjskiego symbolizmu.


Janusz L. Wiśniewski w powieści „Grand” (2014) wspomina o Hannie Męczyńskiej, szwaczce, która „chciała się wyrwać z golgoty swojego życia w Pabianicach”.

Weronika Zasuwa, córka działacza partyjnego z Tomaszowa Mazowieckiego i szwaczki z Pabianic, urodziła się w 1968 roku w Warszawie. Kiedy w marcu tegoż roku jej ojciec, Hieronim Zasuwa, podczas zebrania powiatowej organizacji partyjnej w Tomaszowie w płomiennym przemówieniu gorąco i szczerze potępił wichrzycieli, rewizjonistów, kosmopolitów, syjonistów i studentów, przeniesiono go awansem do stolicy. Swoim przemówieniem na niektórych działaczach z Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zrobił tak duże wrażenie, że przyznano mu – poza kolejką – dwupokojowe mieszkanie na Mokotowie, ze ślepą kuchnią, ale za to z łazienką. Do tego mieszkania wprowadziła się wkrótce ciężarna Hanna Męczyńska, którą z Hieronimem połączył krótki romans na wczasach pracowniczych w ośrodku wypoczynkowym „Tęcza” w Pogorzelicach, upalną jesienią sześćdziesiątego siódmego. Komórka partyjna w Warszawie, dowiedziawszy się – poprzez anonim – o błogosławionym stanie konkubiny swojego członka, jednoznacznie, kategorycznie i bezapelacyjnie zasugerowała mu zalegalizowanie związku z „obywatelką Męczyńską”. Dwa tygodnie później Zasuwa, który słynął z przestrzegania dyscypliny partyjnej w mokotowskim urzędzie stanu cywilnego po raz pierwszy pojął za żonę Hannę Męczyńską. Po raz drugi śluby składał, nie poinformowawszy o tym nikogo z partyjnych towarzyszy, w małym kościółku we wsi pod Pabianicami.

Wesela po zaślubinach jednakże nie było z powodu obaw Hieronima, że informacja o tym mogłaby jakoś, na przykład anonimowo, dotrzeć do Warszawy. Ponadto pan młody umówił się z proboszczem, za niebagatelną „co łaskę”, że w trakcie ślubu kościół będzie zamknięty na klucz. Tłumaczył to względami obyczajowymi związanymi z ogromnym brzuchem panny młodej. Proboszcz chciał go od tego odwieść, mówiąc, że ostatnio sakramentu małżeństwa udziela przeważnie, jak to nazwał „brzuchatym”, więc nie jest to dzisiaj „żaden wstyd”. Wtedy Zasuwa znacznie podwyższył „co łaskę” i w efekcie przysiągł Hannie miłość, wierność i uczciwość małżeńską przed Bogiem, kapłanem, dwójką ministrantów i niewidomym organistą w zamkniętym na cztery spusty kościele. Dwa tygodnie później Hanna, już wtedy Zasuwa, urodziła w Warszawie, w specjalnym szpitalu nie dla wszystkich, zdrową córkę Weronikę. Ponieważ proboszcz ze wsi pod Pabianicami był elastyczny, chciwy i już w pewnym sensie dogadany, chrzciny Weroniki także miały miejsce w wiejskim kościółku za zamkniętymi drzwiami.

Matka Weroniki zanim spotkała jej ojca, jak kiedyś po pijanemu wyznała córce, miała jedno marzenie: być bogata. Uważała, że tylko z bogatymi inni się liczą i że tylko bogaci mogą być inteligentni, ponieważ „biedacy nie mają czasu na czytanie książek i rozwijających czasopism”. Ponadto chciała wyrwać się z golgoty swojego życia w Pabianicach. Z piątką rodzeństwa, ojcem brutalnie bijącym matkę i dziadkiem schizofrenikiem. Gdy tylko skończyła zawodówkę poszła do pracy. Nie odczekała nawet do końca wakacji. Została szwaczką w pabianickich zakładach odzieżowych. Chciała wreszcie kupić sobie nowe buty, a nie nosić sto razy zelowane po starszych siostrach, a niekiedy i braciach. Gdy tylko się dało, brała nocne zmiany. Płacili premie i na dodatek nie musiała bywać w domu wieczorami, kiedy ojciec znęcał się nad matką i wrzeszczał na dziadka, który chował się w komórce i płakał.

W styczniu 1967 roku w przeszklonej gablocie przy bramie prowadzącej do zakładu zawiesili jej fotografię i podpisali imieniem i nazwiskiem. Wyrobiła na nockach trzysta procent normy i została przodownicą pracy. Najmłodszą w historii szwalni. Miała dwadzieścia jeden lat. W nagrodę rada zakładowa opłaciła jej z funduszu socjalnego najprawdziwsze wczasy, nad morzem, w Pogorzelicach, w Domu Wczasowym „Tęcza”. Z pełnym wyżywieniem, w czteroosobowym pokoju na parterze, blisko wspólnej łaźni, w której przez całą dobę była gorąca woda. Drugiego dnia w trakcie podwieczorku do stolika, przy którym usiadła, podszedł Hieronim Zasuwa z Tomaszowa Mazowieckiego. Nie miał obrączki, nosił czyste trzewiki, był gładko ogolony, miał równo przystrzyżone wąsy, pachniał wodą kolońską z drogerii. Najbardziej podobało się jej to, że był ubrany w garnitur z eleganckim krawatem i że dużo opowiadał, bo sama była raczej nieśmiała. Następnego dnia zaprosił ją na lody do prawdziwej kawiarni. Takie w pucharkach, a nie jakieś tam lizane na ulicy z wafla. Ładnie się wysławiał, nie przeklinał i nie był taki namolny jak jej koledzy z pracy. Gdy poszli na dansing, tańczył tylko z nią i w ogóle się nie upił. Kiedy płacił rachunek, zauważyła, że w portfelu ma gruby plik banknotów. I na dodatek dał kelnerce do ręki dwadzieścia złotych.

Mieszkał w „Tęczy” na ostatnim piętrze, zupełnie sam w dużym pokoju z tapczanem. Miał także tylko dla siebie całą łazienkę i to z wanną. Któregoś razu na spacerze przy morzu chwycił ją mocno za rękę i nie puścił do końca wieczoru. Oddała mu się na tapczanie w jego pokoju w zieloną noc. Najpierw się wstydziła, bo w pokoju paliło się światło i on zobaczył krew na prześcieradle. Ale potem, gdy zaczął ją mocno przytulać i całować, to już wcale nie.

Wróciła do Pabianic opalona, w nowej sukience, na stoliku nocnym postawiła przepiękny praktyczny prezent od Hieronima, termometr pokojowy w kształcie latarni morskiej. Czasami wieczorem, kiedy nie miała nocki i bardzo tęskniła, przyciskała go do piersi. Codziennie wysyłała do niego list albo pocztówkę z widokiem Pabianic. On nie pisał zbyt wiele, jak to mężczyzna, na dodatek tak ważny i zapracowany. Ale na każdej widokówce zwracał się do niej „Haneczko” i podpisywał się „Twój Hirek”. To jej wystarczało.

Kiedy drugi miesiąc po powrocie z Pogorzelic nie przychodziły jej dni i często miała mdłości, zaczęła się martwić. Po pięciu miesiącach musiała ukrywać brzuch pod obszernymi swetrami i luźnym paltem. Źle się czuła, nie mogła brać nocek, bywało, że w ogóle nie wstawała z lóżka, i płakała z byle powodu. Hirkowi póki co nie pisała, że jest w ciąży. Przez jakiś czas sądziła, że to się samo rozejdzie. Jej koleżance Marioli, która kucharzyła w stołówce w szwalni, rozeszło się trzy albo nawet cztery razy. W kwietniu żadne palto i żaden sweter nie mogły już zakryć brzucha. Mariola powiedziała kiedyś Hance w tajemnicy, że „na rozejście” dobre jest bieganie po schodach i picie octu i że trzeba „dużo jeździć na rowerze”. Octu nie znosiła, a roweru nie miała. Poza tym czasami w nocy, gdy leżąc w łóżku gładziła delikatnie swój brzuch, czuła dziwne rozrzewnienie. Takie samo jak wtedy, gdy Hirek ją na tamtym tapczanie całował.

Poszła po radę do księdza. W Pabianicach nie chciała, więc wzięła wolne i pojechała autobusem do Łodzi. W dużych miastach ludzie mają więcej tajemnic, a i o wredne plotki nie trzeba się tak obawiać. To, że nieopatrznie i grzesznie oddała się Hirkowi na wczasach, wyznała dopiero pod koniec spowiedzi. Ksiądz staruszek wcale nie pytał o szczegóły, nie zwymyślał jej ani nawet potępił. Powiedział tylko, że każdy ojciec ma prawo wiedzieć, że jest ojcem. Jej matka wyraziła się trochę inaczej, a ojciec wrzeszczał, że „z cudzym bachorem to jej noga w jego domu nigdy nie postanie”.

Dwa dni później Hirek odebrał ją na Dworcu Wschodnim w Warszawie. Na peronie długo patrzył na jej brzuch. Rozpłakała się dopiero w tramwaju, przy ludziach. W domu zrobił jej herbatę z miodem i wyciągnął z kredensu herbatniki w czekoladzie. Gdy wieczorem zasypiała obok niego na wersalce, pomyślała, że ten ksiądz z Łodzi miał rację.

Do Pabianic już nie wróciła. Mieszkali z Hirkiem w pięknym przestronnym mieszkaniu z łazienką niedaleko ogromnego parku. W prawdziwej Warszawie (…).

Janusz Leon Wiśniewski (ur. 1954) – pisarz, informatyk, chemik. Autor powieści m.in. „S@motność w sieci”, „Molekuły emocji”, „Bikini”, „Kulminacja”.


Henryk Skwar (Skwarczyński) w książce „The Anguish of Becoming American” (polskie wydanie „Męka stawania się Amerykaninem” 1989) napomyka o „przyjęciu weselnym w Pabianicach”. W latach 80. ubiegłego wieku imprezy weselne należały do najbardziej popularnych form rozrywki w miasteczku.

(…) Jim Hayes jest także współredaktorem założonego w roku 1984 pisma „Paris Exiles”. Prowadzą je Randall Coral z Kalifornii i wychowanek Harvardu, John Strand. Pamiętam jak Randall zaprosił mnie pewnego razu na kwietniowe bachanalia. Poszedłem tam z Egle i naszą przyjaciółką Sallie. Na podłodze leżały pędzle i farby. Każdy mógł zrobić z nich użytek. I tak też się stało. W ciągu paru godzin paryskie mieszkanie Randalla pokryte zostało malowidłami w stylu Van Gogh po powrocie z przyjęcia weselnego w Pabianicach.

Henryk Skwarczyński (ur. 1952) – pisarz, podróżnik, wykładowca w Defence Language Institute w Monterey w Kalifornii. Autor powieści, m.in. „Birds Die on Earth”, „Sweeney wśród słowików”, „The Straw Sea”, „Jak zabiłem Piotra Jaroszewicza”.

W „Romansie wszechczasów” (1975) Joanny Chmielewskiej jednym z bohaterów jest Roman Maciejak z Pabianic.

(…) Późną nocą zakończyłam przeszukiwanie szuflad, półek i szaf, nie osiągnąwszy zamierzonego celu. Celem były zdjęcia. Jakiekolwiek zdjęcia, amatorskie albo urzędowe, takie, które każdy robi sobie co najmniej parę razy w życiu. Niemożliwe, żeby pan tego domu nie posiadał ani jednej fotografii.

Sytuacja wydawała mi się do tego stopnia niedorzeczna, że bez dowodów rzeczowych nie mogłam w nią uwierzyć. Zbyt trudno było mi wyobrazić sobie, że pan Palanowski istotnie zwariował i oprócz mnie opłacił także fałszywego męża, prezentując mu romansowe perypetie. Powątpiewając w fałszywość męża, postanowiłam znaleźć prawdziwą podobiznę pana Romana Maciejaka i porównać ją z pętającym się po mieszkaniu osobnikiem.

Znaleźć, owszem, znalazłam, nawet cały album, tyle, że z niewłaściwego okresu. Pieczołowicie poprzylepiane i zaopatrzone w podpisy w rodzaju: „Romuś, Pabianice 1938” zdjęcia prezentowały jedno i to samo niemowlę, już to ryczące nad monstrualną piłką, już to pełzające po dywanie w towarzystwie nadnaturalnych rozmiarów zajączka. Udało mi się z tego wywnioskować tylko to, że rodzice pana Romana z niewiadomych przyczyn usiłowali zaszczepić w potomku gigantomanię.

Ze szpargałów, zalegających w większym lub mniejszym stopniu każdy dom, znalazłam właściwie wszystko. Rozmaite dokumenty, rachunki, polisy PZU, pokwitowania i zaświadczenia. Brakowało tylko zdjęć. Wniosek był prosty, zdjęcie schowano specjalnie. Schowano je przede mną, a zatem to nie jest prawdziwy mąż. A skoro to nie jest prawdziwy mąż, zdjęcia Basieńki schowano z kolei przed nim, żeby nie poznał, że ja nie jestem prawdziwa żona. A zatem jeden obłąkany melanż.

Joanna Chmielewska (1932-2013) – autorka powieści sensacyjnych, kryminalnych oraz książek dla dzieci i młodzieży.

W powieści „Syn Nikodema Dyzmy” (1993) Andrzeja Dołęgi-Łady (Andrzej Makowiecki), której akcja dzieje się w latach 80. ubiegłego wieku, potomek słynnego hochsztaplera zamierza podjąć pracę w kancelarii adwokackiej w Pabianicach.

Podczas obiadu rozmawiają: Nina Ponimirska, jej syn Nikodem i brat Żorż.

(…) – Nie sądzisz braciszku, że skoro Nikuś nie lubi stałych godzin urzędowania, to mógłby spróbować w Pabianicach u Basieńki?

- U tej kuchty?

-Żorż, wypraszam sobie, abyś mówił tak o moim pierworodnym dziecku. Gdyby coś znalazł, dojeżdżałby tam dwa – trzy razy w tygodniu i miałby na miejscu bratnią duszę.

Stary hrabia chwycił w prawą rękę nóż, a w lewą widelec i wygiął wytwornie przeguby. Z kącika ust wypełzła na brodę stróżka śliny. (..)

- Jasne, że u chamów na prowincji łatwiej o posadę. No i nikt nie skojarzy tam tego kretyńskiego nazwiska z personą przedwojennego aferzysty. Rozumie osoba?

- Rozumiem - odrzekł grzecznie Nikodem.

- Nie, nie! To beznadziejne! – zaperzył się znowu Ponimirski. – Popatrz, Nino, na te wielkie łapska, jak u kowala literalnie! A ta broda, te włosy, to haniebnie zarośnięte czoło! Wykapany ojciec.

(…) – Nie martw się, mamo. Na pewno znajdę coś w Łodzi albo w Pabianicach. (…)

Położył się z papierosem w swoim chłodnym mimo upału gabinecie i czytał. W zasięgu reki, na okrągłym brązowym stole, spoczywało grzbietem do góry kilka porozkładanych książek – kodeks prawa cywilnego obok kodeksu drogowego, matka namawiała go bowiem, aby zrobił prawo jazdy; słownik angielsko-polski, podręcznik języka rosyjskiego, przewodnik po religiach świata i trochę rodzimej beletrystyki. W zależności od nastroju wybierał tę albo inna pozycję, żadnej jednak do końca nie przetrawił. Nużył się szybko. Nie piastował żadnych większych ambicji, gdyż dotąd nikt ich w nim nie rozbudził. Nie wierzył, aby w Polsce prawnik mógł zrobić karierę i pieniądze. Zresztą, nie zależało mu ani na jednym, ani na drugim.

Ziewnął i przymknął oczy. Chciał, rzecz jasna, pomóc matce, ale jedno, co naprawdę lubił to spokój. Książka wysunęła z omdlałych rąk. Że też musi jechać do tych brzydkich Pabianic! (..)

Nikodem rozmawia ze swoją siostrą.

- A ty po coś tu przyjechał?

Nikodem wyjawił jej swoje zamiary. Słuchała jednym uchem, raz po raz wybiegając do kuchni, żeby przypilnować obiadu, albo do łazienki, gdzie tłukła się elektryczna pralka. Badylarskie żony pracują ciężej niż jakiekolwiek inne kobiety w tym kraju, rzadko więc bywają w humorze.

- Wątpię, abyś znalazł robotę w Pabianicach – powiedziała i zamachnęła się dziurawą ścierką na muchę.

- Ludzie nie prawują się teraz, bo nie wierzą w sprawiedliwość. Wielu adwokatów internowano, a na ich miejsce przyjęto czerwone papugi. Wiem to od mecenasa Łąki, który prowadzi od lat nasze sprawy podatkowe. (…)

Powlókł się wychłostaną słońcem uliczką zniechęcony i z góry przegrany. Wczoraj, w Warszawie, skłonny był nawet uwierzyć, że w Pabianicach tylko na niego czekają; dzisiaj, bez protekcji, bez żadnego poręczenia, nie czuł się na siłach, aby wejść z marszu do obcej kancelarii i przedstawić swoją ofertę.

Wyśmieją go tylko! Miał wprawdzie ze sobą w czarnej, eleganckiej aktówce wszelkie prawnicze dokumenty, wszakże przygniatała go świadomość nieszczęsnego nazwiska.

W głowie zaświtała mu raptem kusząca myśl o samobójstwie. Odrzucił ją. Ale na horyzoncie życia nie widział żadnego jasnego celu, do którego chciałby podążyć. Źle mu było. Najchętniej wróciłby od razu do Warszawy i zagrzebał się w swoim chłodnym pokoju, tam jednakże również czekały go przykrości.

Postał chwilę u wejścia do pierwszego napotkanego zespołu, po czym odszedł, oszukując się, że spróbuje w drugim. (…)

Andrzej Makowiecki (ur. 1938) – pisarz, reporter, podróżnik, scenarzysta, autor m. in. książek „Ziemia nawrócona”, „Wino i krew”, „Ja, Urbanator”, „Powrót wabiszczura”.


Henryk Radziszewski herbu Radwan w pracy „Polska idea ekonomiczna” (1918) pisze, że w XVIII wieku Pabianice wyprzedziły Europę pod względem nowoczesnych produktów finansowych.

W zakresie pierwocin kooperacji kredytowej niewątpliwie wyprzedziła Polska Europę: w r. 1715 zakłada ks. Jordan, kanonik kapituły i komisarz klucza pabianickiego, należącego do kapituły krakowskiej, kasę pożyczkową, pod nazwą „Zakładka na sprzężaj w Pabianicach”. Nie była to „Mons Pietatis” – tego rodzaje instytucje, na wskroś na dobroczynności oparte, spotykamy i na Zachodzie, i w Polsce daleko wcześniej. „Zakładka na sprzężaj” miała charakter kooperatywy, skoro wzrost pożyczek gwarantowali poręczyciele, którzy nawet czuwali nad sposobem gospodarowania dłużnika.

Henryk Radziszewski (1873-1923) – polityk i ekonomista, autor m. in. „Nauki skarbowości”, „Banku Polskiego”, „Podatków gruntowych w Królestwie Polskim”.

Marian Feldman w książce „Indochiny 1956: przez Wietnam, Laos, Kambodżę znów do Warszawy” (2013) nie kryje zdziwienia, że mieszkańcy wietnamskiej wioski korzystali z produktów Pabianickiej Fabryki Chemicznej „Polfa”.

(…) Z drugiej strony ci sami ludzie urządzali mi entuzjastyczne przyjęcie. W jednej wsi witała nas delegacja związku kobiet, w innej gdy usłyszeli Ba-lan (Polska) przynieśli mi ze sklepu i pokazali paczuszkę Hydrazialu produkcji „Polfa” Pabianice, mówiąc z przyjaznym uśmiechem „Ba- lan” dla pokazania, że wiedzą, skąd te leki pochodzą i skąd ja przyjechałem. W mieście Vinh na moją cześć wywiesili w hotelu plakat „Pan Tadeusz” na rok Mickiewiczowski z tekstem wietnamskim, po czym drugi egzemplarz tego plakatu mi podarowali.

Marian Feldman (ur. 1922) – inżynier i handlowiec, tłumacz Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli w Indochinach, redaktor miesięcznika „Opakowanie”, autor wspomnień „Po wojnie (lata 1946-1960)”, „Z Warszawy, przez Łuck, Syberię, znów do Warszawy”, w latach 1991-1996 wiceprezes Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce.

Józef Chodakowski w tomie wspomnień „Pasierbowie” (2012) opisuje m. in. trudne warunki życia Kresowiaków przybyłych w latach 50. ubiegłego wieku do Pabianic. Autor książki został wyróżniony nagrodą honorową podczas XII Światowego Dnia Poezji w Warszawie.

(…) O zmroku dotarliśmy do Pabianic. Budynek dworca pamiętający powstawanie manufaktury w Łodzi powitał nas ospale i bez tłoku. Podróżni przy stolikach popijali piwko, w mrocznym oświetleniu poczekalni wisiał swąd papierosowego dymu i oparów piwa z beczki.

Od stacji do miejsca zamieszkania Stefana, ponad dwa kilometry. Żołnierskim krokiem Stefan pomaszerował i sprowadził powóz. Wrzuciliśmy do drabiniastego wozu toboły, sami zamierzaliśmy iść piechotą.

Czuwający na postoju taksówkarz, połapał się, że jesteśmy z Kresów, zawinął starym rozklekotanym Fordem, wysiadł, otworzył drzwiczki, zrobił ukłon ze słowami:

- Wielce szanowni państwo, zapraszam! Moi przodkowie też się tam znaleźli, a w 1940 roku trafili za Ural, w czterdziestym piątym wróciłem – wyrecytował właściciel taksówki. Tu będziecie przybyszami ze wschodu a nawet kacapami, ale nie zwracajcie na to uwagi. Nie każdy musiał przejść po naszych drogach, więc trzeba być wyrozumiałym.

Wcisnęliśmy się do Forda jak śledzie i w zaduchu spalin parujących z silnika po kilkunastu minutach stanęliśmy przed wejściem skromnego drewnianego, szalowanego od zewnątrz, nadgryzionego przez czas, szarego domku. Przed drzwi wysypała Stefanowa dziatwa, krzyk ich matki zawezwał do izby.

- Opuszczaliśmy Karelię nocą i przybywaliśmy do Pabianic też prawie nocą, tam była zorza, tu gwiezdne niebo i prawie pełnia księżyca. Może się nam wreszcie poszczęści – trzymając w ręku pakunek z obrazem Ostrobramskiej i drewnianym krzyżykiem z metalową figurka Chrystusa – rzekła matka. (…)

W izbie zaduch, zapach smażeniny, na fajerkach skwierczące patelnie ścinającej się jajecznicy. W pokoju wzdłuż pieca w szeregu stała Stefanowa dziatwa, przygotowana do powitania przybyszów zza Bugu.

Blondas dziewuszka, sześć latek nie więcej, czekająca na spotkanie z nami, co chwila rękawem szmyrgała pod nosem by zdmuchnąć sople.

Zofia, tak miała na imię wybranka Stefana, pokrzykując na nieco spłoszoną naszym przybyciem dziatwę, rozstawiała nakrycia, najmniejsze z dzieci kwiliło w wózeczku.

Głowy ośmioosobowej przyjezdnej i siedmioosobowej pabianickiej rodzin po dziewiętnastu latach rozłąki i tułaczki usiadły do wspólnej kolacji.

(…) Pierwsza noc w kuchni minęła. Ściśnięci jak w beczce spaliśmy głęboko. Jesteśmy w ojczyźnie, mamy już brzeg, teraz należy budować swą przystań. Niepowodzenia i udręki mogą załamać, wzbudzić niechęć, ale też uodpornić i uzbroić do dalszych działań. Nie ma sytuacji bez wyjścia, może być tylko chwilowa niemoc, zmylenie kierunku, lub nietrafienie na czas.

01.02.1958 roku, w miejskim urzędzie, każdemu z nas do książeczek repatriacyjnych, wciśnięto stempelek stałego zamieszkania. Staliśmy się członkami siedemdziesięciotysięcznej społeczności Pabianic. To otwierało drzwi do urzędów dla załatwienia dalszych spraw.

Na pierwszy rzut - sprawa lokum, należy uzyskać coś by normalne mieć spanie. W miejskim urzędzie lokalowym potraktowano nas jak stałych mieszkańców Pabianic i wciągnięto na listę oczekujących nie czyniąc wyjątku, z terminem oczekiwania, jak dobrze pójdzie, półtora roku – dwa lata. Wszyscy oczekujący są w wyjątkowej sytuacji odpowiedziano nam. Wysłuchaliśmy śpiewkę, że chętnych wiele, a możliwości brak. Nie omieszkano dokonać wizji lokalnej, mimo iż wiadomym było, że nawet rodzina Stefana nie mieści się na swojej powierzchni, a do tego nasze osiem osób. Ale oficjalny dokument należało stworzyć.

Znaleźliśmy się prawie w podobnej sytuacji jak Stach po przyjeździe na Kresy, z tą różnicą, że on miał miejsce pod budowę lepianki.

- Jak oczekiwanie wydłuży się, to w ogóle nam nie przydzielą mieszkania. Dziatwa wyfrunie, a nas w Stefanowej kuchni zostawią – powie ojciec po wizycie w kwaterunku. Przynajmniej jakąś działkę niech nam przydzielą, materiał z rozbiórki, robocizna własna i po dwóch latach coś będzie. Tylko kamień leżący obrasta, człowiek musi się ruszać.

Z otrzymaniem działki nici. Z funduszu państwowego ziemi, działki nam nie przydzielą, możemy nabyć za odpłatnością.

-Obwarowane, zapisane, nie obejmuje, nie ma podstaw. Krótko mówiąc, ojczyzna matka, do której powraca z niezawinionej tułaczki syn, nie wyciąga pomocnej dłoni. (…)

Po tygodniu rodzice znaleźli zatrudnienie w zakładach mięsnych, ojciec w magazynie do pracy na jedną zmianę, zaś matka w portierni na trzy zmiany. Rodzice do pracy, my do szkół. Jak pięć lat temu w Karelii.

Nasz przyjazd wzbudzał zainteresowanie sąsiadów Stefana, byli ciekawi naszego powrotu, chętnie podpowiadali, doradzali lub przestrzegali. Zaś byli też tacy, dla których Kresy to coś, co łączyło się kiedyś z Polską, a w ogóle to wszystko obce za Bugiem, a powracający do kraju to żadni Polacy. Kresy, jako byłą część państwa polskiego i ich mieszkańców potocznie wrzucano do wspólnego worka Wschodu, nadając im wydźwięk: zza Bugu. Za tym określeniem kryje się imperium rosyjskie, a potem sowieckie i wszystko co się łączy ze wschodem i pochodzi zza Bugu, wywołuje negatywne emocje.

Niektórzy „życzliwi” tak jak w Karelii, przysiadali się do stołu by skorzystać z gościnności. Gadali, zagadywali, mówili pod oczekiwania słuchacza, a nawet próbowali wykorzystać nas jako tanią silę roboczą, dając nam tym samym niby możliwość u nich zarobić.

Rodzice szli do pracy, a my rozeznawaliśmy kierunki szkół. Jankowi brakowało pół roku do zakończenia technikum samochodowego, Andrzejowi i Albinowi rok do matury, Ani i Broni po dwa lata. Zdecydowano, że cała piątka podejmie naukę w technikach, a potem ewentualnie pójdzie na studia.

Z rozeznaniem szkół poszło dość sprawnie. Żadne z nas przedtem nie uczęszczało do polskich szkół, tylko ja przed 17 września 1939 roku rozpocząłem naukę w pierwszej klasie w Jaworze i uczęszczałem przez dwa tygodnie. Byliśmy na poziomie szkół średnich i wyższych rosyjskich, więc czekał nas w szkołach polskich nie lada wysiłek, by nadrobić język i nadążyć za obowiązującym programem. Taryfy ulgowej nikt nie oczekiwał. Dobrze, że pomyślano i przyjmowano repatriantów do szkół bez egzaminów.

(…) Przyszła kolej na załatwienie moich spraw ze studiami. Nie zamierzałem kontynuować kierunku rozpoczętego w Akademii Leśno-Technicznej w Leningradzie, myślałem o dziennikarstwie i prawie na Uniwersytecie Warszawskim. W Łodzi wydziału dziennikarskiego nie było, stąd moja uwaga była skierowana na Warszawę. Zresztą po Leningradzie nie wypadało gdzie indziej się lokować.

Przed planowanym wyjazdem do Warszawy, coś mnie podkusiło wpaść na łódzkie uczelnie, rozeznanie nie zawadzi.

W marcowy poranek, w pośpiechu pokonałem drogę do tramwajowego przystanku, a stanowiło to około kilometra od miejsca zamieszkania, wtryniłem się w zatłoczony wagon do Łodzi. Z rana jak zwykle w tramwajach tłok.

Załatwiając sprawy szkół dla pozostałych, byliśmy częstymi pasażerami tramwajów. Zajęci swoimi sprawami, na wiele spraw nie zwracaliśmy uwagi. Włączaliśmy się w potok codzienności, nie traktowaliśmy siebie jako przybyszów pytających o drogę i co robić, lecz z mety szliśmy swoim tropem. Mimo wielu dotychczasowych kłopotów i nieporozumień, mieliśmy poczucie, że jesteśmy u siebie. O Łodzi wiele słyszeliśmy od matki jeszcze będąc na Koszarach, traktowaliśmy ją jako naszą, a swoje daje poczucie pewności. Do tego teraz rodzina dziadka mieszkała tu, więc byliśmy wszyscy u siebie.

Stefan i my w Pabianicach, Zocha, córka Pelki, z córeczkami dwa kilometry od Pabianic, Pelka dziesięć kilometrów, Maria z rodziną w Bełchatowie, babcia koczowała między Stefanem i córkami. Czyli wszyscy znowu razem tak jak wtedy, gdy oni mieszkali za cmentarzem w Jaworze, a my na Koszarach.

Gapiąc się z okna tramwaju czułem się jednym z tu obecnych, którzy razem ze mną jadą do Łodzi, jedni do pracy, drudzy do szkoły. Mijane skrzyżowania i ciągnąca się wzdłuż torów zabudowa, zdążyły zająć swoje miejsca w mojej pamięci. Bowiem tyle już razy przemierzałem tę trasę tam i z powrotem, załatwiając rodzeństwu miejsca w szkołach. Miarą czasu przy pokonywaniu odległości z Pabianic do Łodzi były zakręty, jeden na wyjeździe z Pabianic, drugi na granicy z Łodzią.

Mimo że podróż trwała ponad czterdzieści minut, czas płynął szybko. Na tablicy dzielącej tereny miast był z jednej strony napis „Łódź”, z drugiej „Pabianice” 17 km. Przy tym znaku tramwaj z Pabianic skręcał lekko w prawo i parł do Placu Niepodległości. Tu dowiedziałem się, że do politechniki zaledwie kilka przystanków. W biegu wskoczyłem na podnóżek tramwaju. Wtedy jeszcze drzwi do tramwaju czy autobusu otwierano i zamykano ręcznie. Wskakiwanie do wagonu w biegu było nagminne. Gdy tramwaj czy autobus był przepełniony, w drzwiach wisiało grono ciał.

W gmachu politechniki było gwarno i tłoczno. W pośpiechu zjedzone śniadanie, a może podenerwowanie sprawiło, że zacząłem szukać drzwi do naglącego mnie miejsca. W szeregu jednakowych drzwi jedne prawie nie zamykały się, tam i z powrotem trwał ruch. Dla upewnienia się zapytałem ciecia, gdzie tu sanitariat? Siedział jak kot przed norą oparty o stolik, czuwał.

- Czego? – warknął na mnie, spoglądając do góry.

- Gdzie tu sanitariat? – powtórzyłem.

- WC? Tam – wskazując na drzwi, mruknął cieć. Jeszcze coś mówił, ale parłem do wskazanych drzwi.

Po wyjściu z kabiny dostrzegłem, że przytułek jest dość schludnie utrzymany, lecz bardzo zadymiony. (…)

Wychodzę z przybytku, a mnie cap ktoś za rękaw, spoglądam a to cieć. Metr sześćdziesiąt wzrostu, chyba emeryt, stopy większe od moich. Buty z zadartymi czubami. Z szpareczek zapuchniętych powiek, nalanymi krwią oczami mierzył mnie i wrzeszczał, że wchodząc należy zamykać za sobą drzwi. Robił to demonstracyjnie, jakby się starał przed kimś wyróżnić i nie dopuszczał do słowa. Poczułem się nieswojo, a on nie daje dojść do głosu.

Tłumaczę mu, że za mną ktoś szedł, a ponadto tu stale przechodzą …

- Tu się drzwi zamyka, kacapie! Tylko tam u was bez drzwi, kucają na polu! – wrzeszczał cieć nadając swej wypowiedzi pouczający ton.

Tu nie ma czego szukać! Powtarzał. „Tam u was! …”

Właśnie, tam u was!?

Wystarczył akcent i zaraz takie odzywki, dźgało do pięt, stanąłem jak niemowlę. Dusiło w gardle. Z jego wrzaskliwości przebijała władczość, pewność, że jest u siebie i jest uprawniony tak się zachowywać. Ja byłem przybyszem, bez swego miejsca, pukającym, pytającym skazanym na łaskę i niełaskę. Inny na moim miejscu z samozachowawczym instynktem szurnąłby ciecia. (…)

Kacap, kacap dzwoniło mi w uszach. Między mną, cieciem i gapiącymi się osobami powstał niewidzialny, dzielący nas mur, taki przez lata towarzyszył mi tam, gdy byłem wśród obcych. Tylko tam wytykaną mi polskość przyjmowałem z podniesioną głową. Zaś tu? … kacap? U siebie! Nazwany przez swojego.

Gdzie moje miejsce? Gotowało się we mnie i bolało.

Kierowca Forda na dworcu w Pabianicach przestrzegał i nakazywał nie przejmować się. (…)

Do Placu Niepodległości wróciłem pieszo. Nieco ochłonąłem. (…)

Tramwaj do Pabianic jak zwykle zatkany. Wsiadłem i jadę przed siebie. Tramwaj ruszył, koła łoskoczą, a ja wciąż słyszę głos ciecia. Stoi w pamięci z migocącymi w szpareczkach ślepiami. Miałem wrażenie, że wszyscy obecni wiedzą, co się przed chwilą wydarzyło w hallu politechniki.

Gapiłem się w okno. Prześladował mnie głos ciecia. Kobieta w tramwaju z przejęciem opowiadała podróżnej sąsiadce o tym, że wraca od rodziny i użalała się, że ci „zza Bugu” jadą tu jak na swoje. Mało to mamy swoich kłopotów, to jeszcze oni. Potrzebne to nam? Siedzieliby u siebie! Jacy to Polacy? – przekonywała słuchaczkę.

Ta oponowała, że Kresy to przeszłość, rozbiory, a szli tam ci, którzy nieśli i ugruntowywali tam państwowość. Tworzyli, umacniali i bronili. To ich potomkowie, którym udało się przetrwać rozbiory i pogromy, dziś wracają do siebie, a ilu już nie powróci?

- E tam – irytując się przerywała – od Polaków i polskości tam nic nie przetrwało!

- Od polskości nic, ale Polacy pozostali!

- E tam, nie wierzę! – skwitowała przeciwniczka tych zza Bugu. (…)

Zgrzytnęły koła, tramwaj opuścił tereny Łodzi, skręcił w lewo i wszedł na prostą do Pabianic.

Formalna granica między Łodzią i Pabianicami na planach istnieje, zaś faktycznie te aglomeracje zrosły się. Po obu stronach linii tramwajowej od Placu Niepodległości do dworca w Pabianicach występuje ciąg zabudowań. Ruch na tej trasie odbywał się wahadłowo i rozkład jazdy był dotrzymany. Kilka mijanek, skręt w prawo i główną ulicą tramwaj mknie do dworca.

Wysiadłem przy ratuszu i jak nakręcony pośpieszyłem do domu, czyli do kuchni Stefana. Ojciec po wysłuchaniu o zajściu w politechnice, uśmiechnął się i powiedział, że problem ten istniał i istnieje, i dlatego jesteśmy poniewierani.

W jego jednostce, gdy stacjonował w Białymstoku, wśród jadących ciężarówką żołnierzy, dwóch posprzeczało się i jeden opluł przeciwnika nazywając go kacapem. Ten chwycił za broń. Szybka reakcja obecnego plutonowego zapobiegła nieszczęściu.

(…) Po półtora roku zamieszkiwania w kuchni Stefana, rodzicom przydzielono pięćdziesięciometrowe – trzypokojowe - mieszkanie na trzecim piętrze z piecami na drewno i węgiel. Był to wreszcie swój kąt. Gnieździło się w nim sześć dorosłych osób, bowiem do rodziców i Ani dołączyli: Bronia, Andrzej i Albin, dotychczas mieszkający w internatach w Łodzi. Formalnie byli zameldowani w Pabianicach, więc internat im nie przysługiwał. Janek i ja mieszkaliśmy w akademikach w Warszawie.

W jednym pokoju ulokowano Anię i Bronię i dołączyła do nich babcia Matyśniaczka, w pokoju z balkonikiem spali rodzice. Gdy przyjeżdżaliśmy ja lub Janek, rozkładaliśmy materac w pokoju rodziców. W najmniejszym środkowym na siedmiu metrach kwadratowych z grzewczym piecem, ulokowano Albina I Andrzeja. Stolika nie było gdzie postawić, więc zainstalowano w końcu łóżka nad ich nogami blat, który zastępował stół do odrabiania zadań lekcyjnych. Korzystać z niego można było siedząc bokiem na łóżku lub na taborecie.

Zarobki rodziców nie pozwalały na zakup mebli, wyręczano się pozyskiwaniem używanych, dopasowywaniem ich lub własnoręcznym kleceniem zastępczych. Nasz status życiowy nie ulegał poprawie, ledwie wiązaliśmy koniec z końcem. Ja i Janek dorabialiśmy i nie obciążaliśmy domu. Pozostali byli na garnuszku rodziców. (…)

Rozważaliśmy ewentualną budowę domu. Zwróciliśmy się do gminy o przydzielenie działki z zamiarem, że w tym nam państwo przyjdzie z pomocą. Budulec na dom zamierzaliśmy pozyskać z rozbiórek i własnymi siłami coś sklecić. Stasiek, jak pamiętamy, po wyjeździe na Kresy też z konieczności sklecił lepiankę.

W Jaworze pozostawiliśmy działkę, zaś tu nam działki nie przyznano. Wyrażono zgodę na nabycie z państwowego funduszu ponad dwuhektarowej działki rolniczej za odpłatnością. Wyceniono ją na 45,32 kwintala żyta ze spłatą na kilka lat. Otrzymana działka miała kwalifikację rolnicza więc o budowie domu nie było mowy, jedynie można było wybudować tymczasowe pomieszczenie pomocniczo-gospodarcze bez fundamentów. Czyli z zamiarów ewentualnej budowy domu nici.

Ojciec pracował w zakładzie i uprawiał poletko. Sadziliśmy ziemniaki i siali zboże, aby spłacić należność za działkę.

Zmagaliśmy się i pokonywali kolejne przeszkody. Tak jak w Jaworze, potem w Kareli, a teraz w Pabianicach przyświecał rodzicom jeden cel, dociągnąć, by dzieci skończyły szkoły i zdobyły kwalifikacje. Bowiem po powrocie do kraju, na zagospodarowanie otrzymaliśmy od państwa trzy tysiące sto złotych na osiem osób i po odczekaniu kolejki w kwaterunku pięćdziesięciometrowe mieszkanie oraz odpłatną działkę, którą spłacaliśmy do 1973 roku. (…)

Józef Chodakowski (ur. 1933) – ukończył Szkołę Główną Handlową (SGPiS) w Warszawie, pracował w „eksporcie budownictwa”, przedstawiciel handlowy w Moskwie, autor tomików poetyckich „ Ściętym kwiatem spadło ich życie”, „ Nasz los wypisany na dłoni”.


Etymologią nazwy miasta zajął się również Stanisław Rospond w „Słowniku etymologicznym miast i gmin PRL” (1984). Autor pisze o wyboistym terenie, podmokłym i bagnistym, z rzadka zasiedlonym przez potomków, bliżej nieznanego, producenta fasoli.

PABIANICE, -ic, pabianicki, mto; łódź. D-6: wg badań archeologicznych istniała tu już w X-XI w. osada; bagniste i lesiste tereny nad Nerem i Dobrzynką od XI w. należały do kapituły krakowskiej i jako kasztelania oraz prowincja darowana tejże kapitule przez Władysława Hermana nosiła nazwę CHROPY (1189 Chropensium provincia). Oczywiście była to n. topograficzna oznaczająca teren nierówny i bagnisty, z zaroślami; był to bowiem rzeczywiście teren chropawy, nierówny, wyboisty. Por. Chropań koło Oświęcimia i serb. Chrape (o nierównym terenie), bułg. Chrapa = „wyboje”. Ośrodkiem tej kasztelanii Chropy stały się Pabianice, wymienione w 1388 r. jako Pabyanice, 1399 r. Pabianouice, n. patr. od Pabiana, czyli Fabiana. Wg Długosza Pabianice nie były miastem zbyt ludnym i często uczęszczanym (infrequens et parum populosum). Od Pabiana, będącego spolszczeniem łac. Fabianus i Fabius od faba= „fasola” (wieśniak uprawiający fasolę) pochodzą Pabianki nazwa rodowa i Pabianowo n. dzierż. A Pabianice są też koło Łaska i Częstochowy.

Stanisław Rospond (1906-1982) – językoznawca, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego.

W artykule Aleksandra Janowskiego „Rzut oka po kraju” zamieszczonym w „Opisie ziem zamieszkanych przez Polaków pod względem geograficznym, etnograficznym, historycznym…” (1904) znajdujemy przygnębiający obraz miasta spowitego fabrycznymi wyziewami. Sytuację ratuje jedynie urokliwy zameczek.

(…) Kolej zaś następną stację ma już w Pabianicach (34.000 m.) . Według Długosza „więcej tu było legowisk zwierza niż chat ludzkich”. Obecnie przedstawia widok, który niepomiernie zadziwiłby ojca naszych historyków. Jest to jak gdyby wysunięta forpoczta wielkiej twierdzy przemysłu – Łodzi. Mają już Pabianice ten mniej więcej typ, co i Łódź. Liczne kominy fabryk zieją w niebo wielkie kłęby dymu, rozwieszając nad miastem szary brudny całun. Szary i biedny lud żywo przebiega ulice, gdy rozlegają się posępne gwizdki i trąbki fabryk. Wśród oszałamiającego gwaru, wśród kłębów dymu i kurzu stoi oniemiałe istne cacko architektury: zameczek kapituły krakowskiej, dawnej właścicielki klucza pabianickiego, obecny magistrat, rówieśnik Sukiennic, ratusza Sandomierskiego lub Szydłowieckiego, typowa budowla wdzięcznego krakowskiego renesansu doby Zygmuntowskiej.

Linia kolei żelaznej oraz kolej elektryczna łączą Pabianice z sercem okręgu fabrycznego „polskim Manchesterem”: Łodzią. Bez tradycji, bez przeszłości, bez żadnych zresztą osobliwie wybitnych warunków i decydujących danych po temu, wyrosło to dziwne miasto w ciągu paru dziesięcioleci i doszło do olbrzymiej, jak na Królestwo cyfry blisko 400.000 mieszkańców. Jest ono piątym miastem, co do liczby mieszkańców, w państwie rosyjskim, a 11 z rzędu na kontynencie Europy. (…)

Jak Pabianice stanowiły południową redutę łódzkiej twierdzy przemysłu, tak na północy stanęły takież forty: to Zgierz i Ozorków.

Aleksander Janowski (1866-1944) – pionier krajoznawstwa, podróżnik, pedagog, współzałożyciel Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, autor przewodnika „Wycieczki po Kraju”.

Stefan Żeromski w opowiadaniu „Promień” (1897) ukazuje zabiegi paru osób, które chcą przejąć pewien kapitalik bo zmarłym bezdzietnie farbiarzu Millerze.

(…) Zaraz następnego dnia zjawił się kuzyn nieboszczyka Millera, urzędniczek czy kolejarz. Skądś bestyjka wylazł z Pabianic czy z Łodzi. Słowem – ukazał się w żałobie. Przyjechał z wielkim płaczem oglądać jedynie pamiątki po stryjaszku. Towarzyszyli mu w tej smutnej procesji dwaj panowie Izraelici. Mecenas Hilary wcale się nie ukazywał. W stancyjce nieboszczyka stryja było trochę obskurnych gratów. Bystrooki radca Kirszenbaum zaczął pilnie szukać testamentu i, wyobraź sobie, znalazł. Leżał testament jak byk, w szufladzie, między zardzewiałymi gwoździami, testament pisany po niemiecku, w którym stryj Miller caluteńki swój majątek przekazuje bratankowi Millerowi z Pabianic, czy z Łodzi.

Władysław Reymont w powieści „Ziemia obiecana” (1899) wspomina chustki pabianickie.

- Nasze chustki – szepnął Maks wskazując na kilka kobiet, które jak maki jarzyły się na piasku i słońcu, siedząc z podwiniętymi nogami i przesuwając ziarna różańca.

- Już wypełzłe – odpowiedział z ironią nieco Karol.

- Te wypełzłe to pabianickie; mówię o tych amarantowych z zielonym deseniem, te nigdy nie wypełzną, można wygotować w słońcu i nie wygryzie.


Pułkownik pilot Jerzy Adamiec jest autorem wspomnień „W cieniu biało-czerwonej szachownicy” (2002), w których opisuje także swoje dzieciństwo w międzywojennych oraz okupowanych przez Niemców Pabianicach.

Urodziłem się 26 maja 1927 roku, w cztery lata po przyjściu na świat mojej siostry – Janiny, w Pabianicach, w drewnianym, zielono malowanym domu przy ulicy Fabrycznej 12. Adres ten niejako symbolizuje charakter i atmosferę tego miasta, będącego pracowniczym zapleczem włókienniczej Łodzi, co nie zmieniło się również zbytnio i po wojnie. W domu tym, który od kilku już lat nie istnieje, rodzina moja mieszkała w jednoizbowym „apartamencie” służącym za sypialnię, bawialnię i kuchnię jednocześnie. Matka moja, Maria z domu Kwaśniak, nie była zbytnio przez życie rozpieszczana. Wcześnie odumarło ją oboje rodziców i wychowywała się pod opieka owdowiałej macochy, pracując od najmłodszych lat w fabrykach włókienniczych, dających podówczas zatrudnienie większości zdolnych do pracy i mających szczęście ją zdobyć mieszkańców Pabianic. Za mojego ojca – Józefa Adamca, wyszła za mąż w wieku szesnastu lat, co wówczas, a i później również, uważano za wiek całkiem ku temu odpowiedni. Ojciec pochodził z biednej rodziny chłopskiej, usiłującej utrzymać się z małego gospodarstwa we wsi Karczmy, koło Dłutowa, 12 kilometrów od Pabianic.

Rodzice ojca, zmuszeni w końcu do sprzedaży gospodarstwa, przenieśli się do Pabianic, gdzie ojciec w wieku dwunastu lat podjął pierwszą pracę, oczywiście w fabryce włókienniczej. Oboje moi rodzice zakończyli swe wykształcenie na poziomie trzech klas tak zwanej „carskiej” szkoły, co zapewniało umiejętność czytania, pisania i rachunków na bardzo podstawowym poziomie. Krótko po ślubie, w roku 1911, musiał ojciec rozstać się ze świeżo poślubioną żoną, by spełnić obowiązek wojskowy wobec rozległego Imperium. Trzyletnią służbę zasadniczą odbywał na Zakaukaziu, w Gruzji i gdy miał już wracać do wytęsknionego domu, wybuchła I wojna światowa, która splątała nie tylko jego losy. Do domu więc wrócił po siedmiu latach nieobecności (co dzisiejszym, młodym pacyfistom wydawałoby się okresem wprost niewyobrażalnym), z czego ostatni rok upłynął mu w niewoli niemieckiej. Tam było najgorzej, bo po powrocie tak bardzo był wycieńczony, że jednorazowo mógł zjeść ledwie poł jajka na śniadanie.

Po wielkiej wojnie i odzyskaniu niepodległości, nie dane było młodemu państwu rozwijać się spokojnie i bez przeszkód. Ledwo zaleczone zostały wojenne rany, scalone tak różne od siebie, jak różnili się między sobą zaborcy, trzy dzielnice, gdy światem wstrząsnął wielki kryzys, który nie ominął i Polski. Żyło się trudno, jedni tracili fortuny, inni szansę na kawałek chleba. Pierworodny, bardzo kochany syn moich rodziców – Longin, zmarł w wieku trzech i pół lat na zapalenie opon mózgowych, chorobę i dzisiaj trudną do wyleczenia. Gdy zbolały ojciec ustalał z księdzem szczegóły pogrzebu, ten zażądał za pochówek sumy tak znacznej, że przerastała zarówno możliwości niezamożnej rodziny, jak i granice przyzwoitości. Ojciec uznał filozoficznie, że jeśli Bóg stworzył ziemię, to jest ona cała poświęcona. W rezultacie chrześcijański kapłan nie zaszczycił pogrzebu swoja obecnością. Dla ojca przeżycie to było tak silne, ze wpłynęło na jego religijne praktyki na tyle radykalnie, iż do końca życia nie pojawił się już nigdy w kościele. Pamiętam, ze każdej niedzieli spacerował przed świątynią czekając, aż matka ze mną i moją siostrą wyjdzie ze mszy.

Przetrwaliśmy wraz z całym krajem kryzys, ciągle mieszkając w domu przy ulicy Fabrycznej. Matka pracowała jako prządka w fabryce włókienniczej, ale zatrudnienie zależne było od kapryśnej koniunktury na rynku tekstylnym. Gdy pracowała, zarabiała około stu dwudziestu złotych miesięcznie. Właścicielem fabryki był angielski Żyd – Kon, co nie zdziwi nikogo, kto czytał lub oglądał „Ziemię Obiecaną”. Ojciec otrzymał pracę w nowo wybudowanej fabryce chemicznej szwajcarskiej spółki CYBA. Pracując przy budowie dużej, mechanicznej kotłowni w tych zakładach, pełnił równocześnie, dzięki wyniesionej z niewoli znajomości języka niemieckiego, rolę tłumacza, co w połączeniu z osobistymi przymiotami (spośród których pracowitość stała na pierwszym miejscu) czyniło z niego pracownika cenionego i pożądanego. Tak więc po zakończeniu budowy zatrudniony został w tejże kotłowni jako palacz. Praca była przede wszystkim stała a i dobrze płatna, bo w granicach trzystu złotych miesięcznie, co wraz z zarobkiem matki pozwalało naszej rodzinie nie tylko żyć w miarę dostatnio, ale i myśleć o realizacji pewnych marzeń. Takim marzeniem było dla moich bardzo ciężko pracujących rodziców kupno parceli budowlanej i zbudowanie na niej własnego domu, co się im w końcu, kosztem wielu wyrzeczeń, udało zrealizować.

Przedwojenne Pabianice liczyły około 48 tys. mieszkańców, w tym 12 tys. Żydów, 8 tys. Niemców i 28 tys. Polaków. Było to miasto, jak to się dzisiaj politycznie poprawnie mówi, wielokulturowe. Fabryki, wiele kamienic i handel w większości należały do obu licznych mniejszości. Żywioł polski to głównie był, w pełnym słowa tego znaczeniu, lud robotniczy, żyjący z pracy własnych rąk i częstokroć bezskutecznie pracy tej poszukujący. Byłem wówczas małym chłopcem i z ówczesnego mojego punktu widzenia owa wieloetniczność nie stwarzała żadnych problemów, szczególnie wśród żyjących obok siebie sąsiadów.

Wiele czasu spędzałem samotnie. Gdy rodzice szli rano do pracy, a siostra do szkoły, opiekowało się mną starsze, niemieckie małżeństwo Naumanów. Pan Nauman grał na klarnecie w orkiestrze fabrycznej Krusze i Ender, uczył mnie zapisu nutowego a później grał z napisanych przeze mnie nut, na przykład „Jeszcze Polska nie zginęła”. Naumanów traktowałem jak bliskie mi osoby, podobnie jak swych niemieckich, dziecięcych przyjaciół z podwórka. W kamienicy naszej mieszkało sporo zamożnych niemieckich rodzin, których szacunkiem cieszyli się moi rodzice (mimo dzielących ich przepastnych różnic ekonomicznych), a ich dzieci należały do grupy moich najlepszych przyjaciół. Wymienię tylko dwoje z nich: Romka Krusze, którego ojciec był głównym księgowym w fabryce Krusze i Ender i Krysię Mantain. Jej dziadek był zarówno właścicielem domu, w którym mieszkaliśmy, jak i dużej, dobrze prosperującej piekarni. Zniszczyły tę międzynarodową sielankę dopiero faszyzm i wojna.

Dziecko z kluczem na szyi nie jest bynajmniej nowym wynalazkiem. Tak właśnie ja biegałem po podwórku do czasu powrotu starszych z pracy i ze szkoły. Gdy zgłodniałem, szedłem do pobliskiego sklepu, prowadzonego przez dwie siostry Glinkówny, gdzie kupowałem na kredyt bułkę i 10 dkg serdelowej, a rachunek raz w miesiącu regulowała matka.

Moje samotne najczęściej zabawy od najmłodszych lat związane były, nikt temu się chyba nie zdziwi, z wojskiem i lotnictwem. Lata trzydzieste to poruszające młodą wyobraźnię sukcesy polskich lotników na arenie międzynarodowej. Nazwiska zwycięzców Challenge’ów – Żwirki i Wigury, zdobywcy Południowego Atlantyku – Skarżyńskiego czy sławnego ze swego, przebiegającego nad całą Azją z Warszawy do Tokio lotu – Bajana, były na ustach wszystkich, jak Polska długa i szeroka, na równi z idolami sportu, filmu czy estrady. Moje wycinane z papieru modele samolotów, które leciały ładniej i dalej – nosiły ich imiona, te mniej udane – przedstawicieli lotnictwa niemieckiego. Tak to się objawiał naiwny, dziecięcy patriotyzm. Sadzę, że nie docenia się często wpływu, jaki na późniejszy, całkiem już dorosły światopogląd, wywierają zrazu nieuświadomionej wagi przeżycia z dzieciństwa.

Lata trzydziestce to również czasy niepokojów robotniczych, często kończących się demonstracjami ulicznymi. Ulica Fabryczna, przy której mieszkaliśmy, znajdowała się na ich szlaku. W roku 1933 potężny strajk włókniarzy ogarnął Łódź i Pabianice. Przez okienko wycięte na poddaszu naszego domu obserwowałem dramatyczne wydarzenia, gdy na strajkujących demonstrantów ruszyły szarzę konnej policji. Widziałem, wstrząśnięty, policjanta, który z konia okładał pałką bezbronną staruszkę, najwyraźniej przypadkowo zaplataną w demonstrację. Stłumiony w końcu bezwzględnie strajk trwał kilka tygodni. Zginęło osiem osób, wielokrotnie więcej było rannych, a wiele rodzin, szczególnie spośród najaktywniej strajkujących, znalazło się bez środków do życia.

Spośród uczestników tych dramatycznych wydarzeń wyróżniała się niepospolita postać kapłana z charakterem, księdza proboszcza Petrzyka. Pabianicki proboszcz ogłosił z ambony zbiórkę na pomoc dla strajkujących, a na plebanii zorganizował garkuchnię wydającą darmowe posiłki. Gdy policja, ścigająca demonstrantów szukających schronienia w świątyni, zapędzała się na teren przykościelny, ks. Petrzyk pojawiał się, niczym misjonarz wśród pogan, z uniesionym krzyżem w rękach, protestując przeciw naruszeniu świętości miejsca. Niewątpliwie prezentował niezbyt powszechny, ale zawsze wśród kleru obecny nurt „teologii wyzwolenia”, wymagający, by kapłan pozostawał ze swymi, będącymi w opresji, wiernymi. Postawa taka, jako przeszkadzająca w ujarzmianiu maluczkich, zawsze była tępiona i ksiądz Petrzyk drogo zapłacił za swą niezłomność. Po zakończeniu strajku żydowscy i niemieccy właściciele fabryk, wykorzystując swe stosunki, naciskali na łódzką kurię biskupią, by usunęła niepokornego księdza. W efekcie tych mściwych działań znalazł się więc ks. Petrzyk w misji w Chinach, skąd wrócił na swą plebanię w Pabianicach dopiero po dwudziestu trzech latach, w roku 1956. Nadal organizował wiele społecznych działań popieranych przez pabianiczan, a gdy zmarł, w jego pogrzebie wzięło udział wiele tysięcy wiernych, oddając w ten sposób cześć swojemu proboszczowi.

Rok 1934 zapisał się dla mojej rodziny dwoma ważnymi wydarzeniami. Przede wszystkim zamieszkaliśmy w swoim własnym, zbudowanym dzięki gospodarności i zapobiegliwości rodziców, domu przy ulicy Głowackiego 10. Dom stoi tam do dzisiaj, nawet pod tym samym adresem, przechodząc kolejne, coraz to bardziej udane metamorfozy i pozostaje nadal w rękach rodziny, gdyż zamieszkuje w nim moja siostrzenica z mężem i dwoma synami. We wrześniu tegoż roku rozpocząłem naukę w pierwszej klasie Szkoły Podstawowej nr 12 przy ulicy Pułaskiego, co stanowiło w życiu moim, jak i każdego dziecka, znaczącą cezurę.

Z nauką nie miałem kłopotów, choć nie obywało się rzecz jasna bez mniej chwalebnych epizodów. Jeden szczególnie utkwił mi w pamięci, jako że wiązał się z pierwszym i jak się później okazało, jedynym otrzymanym przeze mnie od ojca „laniem”. Otóż kiedyś, w trzeciej klasie, dostałem dwóję z dyktanda. Jako że w zeszycie należało uzyskać podpis rodziców i bałem się ich gniewu, rozwiązanie nasuwało się samo. Podrobiłem podpis całkiem udatnie i rzecz cała nie wydałaby się, gdyby nie wnikliwość siostry, która jako starsza sprawdzała mi regularnie zeszyty. Mimo iż upłynęło już sporo czasu, natrafiła na ślad przestępstwa. Ukrycie faktu przed ojcem nie wchodziło w rachubę i mimo iż zarówno mama jak i siostra płakały nad mym losem, powrót ojca o szóstej rano z nocnej zmiany rozpoczął procedurę wymierzania sprawiedliwej kary. Zaraz potem wziął mnie za rękę i zaprowadził do szkoły na rozmowę z wychowawczynią, która na szczęście rozładowała napięcie, informując ojca, że dwójka została już przeze mnie poprawiona.

Bardzo znaczącym krokiem ku względnej dorosłości było dla mnie wstąpienie do harcerstwa, co stało się w roku 1938. Drużyna nosiła imię księcia Józefa Poniatowskiego, a barwą naszą były niebieskie chusty. Drużynowym był wówczas druh Krakowski, a przybocznym druh Kałużny. Działalność harcerską traktowałem bardzo poważnie i pilnie uczestniczyłem w życiu drużyny, zbiórkach i szkoleniach. Wielkim przeżyciem stał się, oczywiście, pierwszy harcerski obóz, który odbył się w lipcu 1939 roku w Szczawinie, kilka kilometrów za Zgierzem. Nocne warty, gry terenowe, nawet i służba w kuchni, były dla mnie ekscytującą przygodą.

Po powrocie z obozu zdążyliśmy jeszcze z matką i siostrą odbyć pielgrzymkę do Częstochowy. Klasztor i sławny obraz Madonny zrobiły na mnie duże wrażenie, podobnie jak i pułk wojska pod bronią, uczestniczący we mszy św. pod murami klasztoru. Z samych murów, w oddali, widać było przygotowania wojenne, okopy i zasieki z drutu kolczastego. W ostatnich dniach sierpnia unosiło się już w powietrzu przeczucie nadchodzących, wielkich wydarzeń.(…)

W drugiej połowie sierpnia Główna Kwatera ZHP powołała Pogotowie Harcerzy, będące rodzajem służby paramilitarnej. Pierwszym komendantem Pogotowia Harcerzy w Pabianicach został mianowany podharcmistrz Stefan Czerwiński. Służba w Pogotowiu polegała początkowo głównie na szkoleniach oraz dyżurach w miejscach strategicznie istotnych, jak na dworcu PKP i w zamku, będącym siedzibą władz miejskich. W piwnicach zamku urządzono schron, w którym mieściło się stanowisko dowodzenia obroną przeciwlotniczą i przeciwgazową. Tam również dyżurowali harcerze pełniąc pomocnicze funkcje kurierów i łączników, rozwożąc na rowerach karty mobilizacyjne.

W ostatnich dniach sierpnia pełniłem dyżur właśnie na stanowisku dowodzenia w zamku. Ubrany w swój harcerski mundur, z maską przeciwgazową na ramieniu i nożem fińskim przy pasie, czułem się bardzo odpowiedzialny i dumny. Któżby zresztą czuł się inaczej w takich okolicznościach, będąc dwunastoletnim chłopcem!

(…) W niedzielę 3 września polskie myśliwce stoczyły nad Pabianicami zwycięską walkę powietrzną z przeważającymi siłami lotnictwa niemieckiego. Nalot bombowców na pobliskie lotnisko Lublinek został odparty. Pomimo dwukrotnej przewagi liczebnej Niemców, polscy myśliwcy odparli atak zestrzeliwując jeden bombowiec, ze stratą jednej własnej maszyny, której pilot szczęśliwie ratował się na spadochronie. (…)

Następnego dnia pierwsze bomby spadły na miasto i dworzec PKP. Jedna grupa samolotów niemieckich związała walką polskie myśliwce a druga, z zaskoczenia, przeprowadziła atak z małej wysokości, powodując duże zniszczenia i wzniecając liczne pożary. Szosa, prowadząca do miasta z kierunku zachodniego, zatłoczona była ludnością cywilną, uchodzącą spod Zbąszynia, Wielunia i Poznania, przemieszana z taborami i luźnymi oddziałami wojskowymi. Wyczerpani, głodni i przerażeni ludzie opowiadali o okrucieństwach Niemców, o bombardowaniu pociągów z widocznymi znakami czerwonego krzyża, strzelaniu do chłopów pracujących w polu, do cywili kryjących się w zagajnikach i przydrożnych rowach. Wyłaniał się z tych relacji obraz wojny prawdziwie terrorystycznej, prowadzonej metodami barbarzyńskimi, przez nieprzyjaciela za nic mającego wszelkie humanitarne konwencje.

Ludność Pabianic, ulegając panikarskim nastrojom, zaczęła się również przygotowywać do ucieczki na wschód. We wtorek 5 września władze miejskie ogłosiły decyzję ewakuacji, która rozpoczęła się nazajutrz. Coraz wyraźniej słychać było kanonadę artyleryjską, coraz częściej przelatywały nad miastem niemieckie samoloty. Zbliżał się front.

W lasach między Łaskiem a Pabianicami zorganizowały obronę oddziały 72. pułku piechoty. Celnym ogniem artyleryjskim zmusiły do zatrzymania niemiecka kolumnę pancerną w okolicach wsi Chechło, a piechota śmiałym atakiem na bagnety odrzuciła Niemców w rejon Gór Dobrońskich, zadając im ciężkie straty. Okupione to zostało jednak również bolesnymi stratami. Zginęło ponad dwustu polskich żołnierzy.

Do walki po stronie wroga włączyła się tak zwana piąta kolumna, czyli mniejszość niemiecka, od lat mieszkająca w Polsce i, jak się okazało, w dużej części czekająca na okazję wspomożenia działań regularnych oddziałów Wehrmachtu akcjami dywersyjnymi.

Szturm na miasto nasilał się, polska obrona słabła nieuchronnie. Działka przeciwpancerne na ulicy Parkowej zniszczyły kilka czołgów, artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła niemiecki samolot, zgrupowanie naszej piechoty w okolicy wsi Karolew uniemożliwiało jeszcze przez jakiś czas wrogowi wyjście na główną szosę prowadzącą do Łodzi, ale były to już ostatnie chwile aktywnej obrony miasta. Polska piechota wycofała się w głąb lasów opasujących Pabianice od południa. Przy wjeździe do miasta od zachodu pozostały tylko dwa działka przeciwpancerne z obsługą, prawdziwie ostatnia reduta, jakich wiele było w krótkiej, krwawej historii kampanii wrześniowej. Jedno z działek zniszczył wkrótce niemiecki czołg, przy drugim pozostał już tylko ostatni, prowadzący samotnie ogień, żołnierz. Wówczas zdradziecko, od tyłu zaatakowało go granatami dwóch miejscowych Niemców i tak zginął ostatni polski żołnierz broniący Pabianic przed niemiecką nawałą. Było to w czwartek, 7 września.

Następnego dnia, gdy hitlerowcy zajęli już miasto, wczesnym rankiem wyszedł z domu harcerz, uczeń liceum im. Jędrzeja Śniadeckiego, Janek Piechota. Poprzedniego dnia dyżurował na Zamku i miał jeszcze do wykonania zadanie, lecz nie dotarł do celu. Na ulicy Legionów zatrzymał go niemiecki patrol i przed wieczorem tegoż dnia, wraz z trzema innymi Polakami, został rozstrzelany. Tak zginął pierwszy pabianicki harcerz i dwie te śmierci symbolizują tragiczny koniec wojskowej obrony i początek długiej, okupacyjnej nocy, czekającej cały kraj.

Na ulice wytoczył się liczny, triumfujący teraz i ubrany już w partyjne, policyjne i w ogóle wszelakie mundury, niemiecki motłoch. Gromady rozbestwionej młodzieży z Hitlerjugend panoszyły się na ulicach, lżąc i poszturchując Polaków, poniewierając i bijąc Żydów, którym już nakazano nosić na rękawach żółte opaski a na plecach i piersiach naszyte gwiazdy Dawida. (…)

Zaczęły się nowe porządki. Najbardziej widoczna była zmiana nazw na niemieckie połączona ze zrywaniem wszelkich szyldów i polskich emblematów. Utraciły ważność wszystkie polskie dokumenty tożsamości. Rozpoczęto intensywną agitację na rzecz podpisywania volkslisty. Tramwaje w niedziele były Nur für Deutsche, w dni powszednie Polacy mogli w nich korzystać tylko z drugiego wagonu. Rozpoczęła się szeroko zakrojona akcja pozbawiania społeczeństwa oparcia w jego elitach, akcja przemyślana i prowadzona z ponurą konsekwencją. Według list proskrypcyjnych, sporządzonych jeszcze przed wojną przy pomocy wywiadu i miejscowych Niemców, aresztowano setki osób: nauczycieli, urzędników, księży, lekarzy, prawników, działaczy społecznych, również i harcerzy. Aresztowanych przesłuchiwano na gestapo i wywożono albo do Łodzi, gdzie sad specjalny sądził ich za przewiny przeciw narodowi i państwu niemieckiemu, albo do obozu przejściowego, mieszczącego się w kinie „Zachęta” (obecnie Miejski Ośrodek Kultury). Tam pastwili się nad swymi niedawnymi znajomymi i sąsiadami miejscowi brunatni aktywiści. (…)

W niedzielę 5 listopada pabianiccy Niemcy hucznie świętowali „dzień wyzwolenia spod przemocy polskiej”. Była to ponura heca, odbywająca się na udekorowanych czerwienią i czernią hitlerowskich symboli ulicach. Maszerowały pododdziały Wehrmachtu i kohorty specjalnie przybyłych na tę okazję, odzianych w złowrogą czerń SS-manów. Najdumniej, w swych świeżo wyfasowanych, brunatnych mundurach, prezentowali się miejscowi volksdeutsche, a pilnująca porządku, nowego porządku, Hitlerjugend strącała prosto w błoto czapki z polskich głów i biła Żydów.

Jako jedną z pierwszych, nowych instytucji, otwarto przy ulicy Fabrycznej Arbeitsamt, Urząd Zatrudnienia, bynajmniej nie dla poszukujących pracy, lecz dla zmuszanych do niej. Obowiązkowi rejestracji podlegali wszyscy Polacy od czternastego do sześćdziesiątego piątego roku życia. Jego długoletnim, jak długo trwało niemieckie panowanie, kierownikiem był niejaki Georg Thumpolt, a jego zastępcą Juliusz Trymer, obaj serdecznie, przez pięć lat swej działalności, przez polską społeczność znienawidzeni. Niech wymienienie ich nazwisk w tym wspomnieniu ową pogardę jeszcze przedłuży.

Najbardziej jednak dotkliwym ciosem dla wielu okazała się konieczność opuszczenia własnych mieszkań i domów, rozpoczęła się bowiem bezwzględna akcja wysiedlania Polaków z ich, co bardziej pożądanych przez chciwą rabunku niemiecką hałastrę, siedzib. Moją rodzinę również wysiedlono na ul. Piotra Skargi, a dom nasz zajął znajomy Niemiec, Schtahel. Ile znaczyło dla moich rodziców opuszczenie okupionego mnóstwem wyrzeczeń i z takim wysiłkiem zdobytego domu, nie muszę mówić. (…)

W maju 1940 roku ukończyłem 13 lat. Szkoły ciągle były zamknięte i nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić. Zabawy i sport pochłaniały prawie cały mój czas, niemniej zająłem się również i czymś pożytecznym. Jako nieodrodne dziecko mych gospodarnych rodziców, już w sierpniu 1939 roku dysponowałem, oszałamiającą jak na swój wiek i możliwości, sumą 20 złotych, zgromadzoną na książeczce oszczędnościowej. Za całą tę sumę nabyłem kilka kartonów tytoniu, a za powiększony znacznie kapitał, uzyskany z jego korzystnej sprzedaży, kupiłem pewną ilość gołębi, kur i królików. Opiekując się pilnie swoim małym gospodarstwem miałem pożyteczne zajęcie, a środki na paszę zdobywałem od mamy, zasilając domową aprowizację jajkami i królikami. (…)

W maju 1941 roku ukończyłem 14 lat i tym samym zacząłem podlegać obowiązkowi pracy. Musiałem zarejestrować się w Arbeitsamcie i w październiku zostałem skierowany do pracy przy remoncie dróg w Dłutowie, 12 km od Pabianic. Byłem jeszcze bardzo młody, niezbyt potężnej zresztą konstytucji fizycznej, a praca okazała się iście mordercza> woziliśmy przez całe dnie taczkami ciężkie kamienie, nocowaliśmy w zdewastowanej bombami szkole w izbach bez szyb, a noce były już bardzo chłodne. Rano, gdy tłoczyliśmy się w kolejce do polowej kuchni po skromny posiłek, obermajster z Reichu „częstował” każdego solidnym kopniakiem na dzień dobry. W sobotę po pracy szliśmy do domu pieszo 12 km. Po tygodniu uznałem, że dosyć tego i pojechałem do Łodzi, do zarządu owej firmy drogowej po zwolnienie z pracy, celem rozpoczęcia nauki w szkole budowlanej przygotowującej murarzy do pracy na podbitych już przez Niemcy terenach Rosji. W tej szkole wytrzymałem nawet krócej, bo tylko jeden dzień. Najwyraźniej nie byłem stworzony, by w pocie czoła budować pomyślność i potęgę niezwyciężonej III Rzeszy.

Ostatecznie rozpocząłem błyskotliwą karierę krawiecką, zaczynając pracę jako uczeń w warsztacie krawieckim mego wuja, gdzie spędziłem pracowicie prawie trzy lata, do późnej jesieni 1944 roku. Edukację rozpocząłem od prostych czynności przy szyciu spodni i kamizelek. Niebawem zacząłem szyć bardziej skomplikowane marynarki i płaszcze, stając się prawie samodzielnym krawcem. Pamiętam, że za pierwszy, samodzielnie uszyty garnitur, otrzymałem jako wynagrodzenie pięćdziesięciokilogramowy wór mąki, co stanowiło, w tamtych głodnych czasach, zapłatę co najmniej godziwą. Nieraz potem służyłem fachową radą, wspartą wprawną ręką, ciągle coś szyjącym lub przerabiającym paniom w rodzinie, co wywoływało częstokroć zabawne zdumienie osób postronnych, zaskoczonych tą niecodzienną u poważnego, było nie było, pilota i oficera, wiedzą.

(…) Jesienią 1941 roku rozpocząłem i ja tajne nauczanie, wchodząc w skład pięcioosobowej grupy, tworzonej jeszcze przez trzech chłopaków i jedyną wśród nas dziewczynę, Janeczkę Jasińską. Owi chłopcy to: Radek Binkowski, Janek Balcerzak i Leszek Brzeziński. Zajęcia odbywały się dwa, trzy razy w tygodniu po dwie godziny, najczęściej w domu Radka Binkowskiego, a prowadziła je profesjonalna nauczycielka, której nazwiska już teraz, po latach, ku memu wstydowi, nie pamiętam. Uczyła nas wszystkich przedmiotów, tzn. matematyki, polskiego, historii, fizyki i geografii w zakresie szóstej klasy szkoły podstawowej. Nauka odbywała się w warunkach ciągłego zagrożenia, a to za sprawą nieustannego szpiegowania i donosicielstwa, do którego zobowiązani byli i czemu oddawali się gorliwie miejscowi Niemcy, czujnie obserwujący wszelkie podejrzane zachowania swych polskich sąsiadów.

W tymże mieszkaniu odbyło się niebawem moje i moich kolegów uroczyste wstąpienie do Szarych Szeregów, będących już częścią składową Armii Krajowej. Zaprzysiężenie było bardzo uroczyste i odbywało się w niezamierzenie tajemniczej, oddziałującej na młodą wyobraźnię, scenerii. W wymuszonym okupacyjnymi rygorami pełnym zaciemnieniu, przy migotliwym świetle świecy, otoczeni narodowymi, religijnymi i harcerskimi symbolami w postaci orła, biało-czerwonej flagi, krzyża i harcerskiej lilijki, składaliśmy uroczystą przysięgę na ręce ukrytego w cieniu druha „Sęka”, Zygmunta Lubońskiego. To już nie były dziecięce zabawy, staliśmy się członkami walczącej z okupantem organizacji, związanymi przysięgą, obowiązkiem zachowania tajemnicy i podległością służbową.

Trzech z mojej grupy tajnego nauczania weszło w skład utworzonego przez naszego dowódcę, Jerzego Pacholczyka ps. „Wrona”, pięcioosobowego oddziału „Zawiszaków”. Byli to prócz „Wrony” i mnie , Radek Binkowski, Leszek Brzeziński i Tadeusz Kwasek. Rozpoczęliśmy bardzo intensywne szkolenie w zakresie wywiadu, łączności, samarytanki, techniki samochodowej i znajomości broni, nie lekceważąc ogólnego szkolenia harcerskiego. Nauka przebiegała bardzo sprawnie. Byliśmy wszak wszyscy młodzi, o chłonnych umysłach i przepełnieni entuzjazmem. Szkolenie traktowaliśmy bardzo poważnie, zaangażowane w nie były wszelkie służby konspiracyjne. Pamiętam, jak po zdaniu egzaminów z teorii, na zakończenie kursu samochodowego, czekaliśmy w umówionym miejscu na instruktora, który za miastem uczyć nas miał praktycznego prowadzenia samochodu. Przybył w końcu, oczywiście niemieckim autem, a sam był odkomenderowanym do tej misji członkiem AK. (…)

W 1942 roku Niemcy rozpoczęli likwidację pabianickiego getta i moja grupa otrzymała zadanie dokumentowania tej akcji. W torbie po cukrze, w której wycięty był otwór na obiektyw, miałem aparat i osłaniany przez kolegów, wykonywałem z bardzo bliskiej odległości zdjęcia konwojowanych przez niemieckich żandarmów Żydów. (…) Obrazów ludzkiej nędzy, rozpaczy i nieszczęścia nigdy nie zapomnę. (…)

Rozpoczęto wydawanie konspiracyjnego pisemka „Młody Las”, które miało charakter typowo szkoleniowy i mogłoby się ukazywać w tej formie również i w normalnych czasach. Wiosną 1943 roku przyjęto do organizacji wielu nowych członków. Pabianicki rój (hufiec) „Korona” liczył już wraz z drużyną żeńską, sto czterdzieści osiem osób.

W ramach akcji „Jutro” otrzymałem zadanie naboru nowych członków, ich zaprzysiężenia, zorganizowania i prowadzenia szkolenia harcerskiego. Zadanie prawdziwie odpowiedzialne. Byli to wszystko chłopcy niewiele młodsi ode mnie, uczyli się bardzo pilnie i szkolenie przynosiło dobre efekty. Od 1943 do 1944 roku przygotowałem do samodzielnej pracy zastępowych, a ci z kolei przystąpili do naboru i szkolenia swych następców. Do jesieni 1944 roku moja drużyna „Zawiszaków” była zorganizowana, wyszkolona i gotowa podejmować różnorakie zadania pomocnicze na rzecz pabianickiej komórki AK. (…)

Wczesną wiosną 1944 roku zmieniłem miejsce pracy. Zostałem przeniesiony do niemieckiego zakładu krawieckiego, szyjącego mundury dla wojska. Po krótkim przeszkoleniu, doceniając moje umiejętności, uczyniono mnie starszym krawcem przydzielając dwie tzw. podręczne, za których pracę byłem odpowiedzialny, jak również za podział należnego naszej trójce wynagrodzenia. Ileż wniosków można wysnuć z najbardziej podstawowych obserwacji bezpośredniego otoczenia niech świadczy fakt, jak wiele o sytuacji niezwyciężonej armii niemieckiej mówiła nam nasza praca nad jej umundurowaniem. Pracowaliśmy na trzy zmiany, a jako że armii nie stać już było wyłącznie na nowe mundury, w większości reperowaliśmy stare, ze śladami po kulach i nie do końca, mimo wysiłków, wywabionymi śladami krwi. Świadczyło to niezbicie o poważnych trudnościach zaopatrzeniowych, jak i ciężkich stratach Wehrmachtu na wschodnim froncie. A front ten zbliżał się nieustannie.

Stało się to w sierpniu 1944 roku pośrednią przyczyna brzemiennego dla mnie w skutki wydarzenia. Niemiecki właściciel otrzymał rozkaz wyznaczenia dwóch pracowników do kopania rowów przeciwpancernych i innych umocnień obronnych. Zarządził losowanie, którego nieszczęsnymi zwycięzcami zostali koleżanka i kolega, będący ojcem dwojga dzieci. Powodowani szlachetnym impulsem, choć nie do końca zapewne zdając sobie sprawę z tego, co czynimy, wspólnie z moim kolegą, Longinem Wróblem, zgłosiliśmy chęć zastąpienia ich w tej roli. Rodzice, dowiedziawszy się o moim kroku, bardzo byli niezadowoleni, przede wszystkim dlatego, iż trawił ich niepokój o zaledwie siedemnastoletniego syna, mającego zniknąć im z oczu w zbliżającej się zawierusze wojennej.

Słowo jednak się rzekło i po zbiórce w Pabianicach przewieziono nas do Łodzi a stamtąd pociągiem do Dobrzynia nad Wisłą. Od stacji kolejowej maszerowaliśmy jeszcze kilka kilometrów nad jezioro Białe, gdzie zebrano już kilka tysięcy ludzi. Rozlokowano nas w stodołach, domach i okolicznych kościołach, karmiono więcej niż skromnie a zmuszano do dwunastogodzinnej pracy. Praca była ciężka, przy kopaniu ziemi. Po kilku dniach tej mordęgi, czując, że opadamy z sił, zdecydowaliśmy się wraz z moim kolegą z Pabianic, Tadkiem Filipowskim, na ucieczkę.

Spaliśmy w stodole na skraju wsi, skąd do lasu było nie więcej niż sto metrów. Mimo iż spodziewaliśmy się z tej strony posterunków niemieckich, zdecydowaliśmy się zaryzykować i po pożegnaniu z kolegami, zaraz po północy, skoczyliśmy w ciemność. Po krótkim biegu dotarliśmy pod osłonę lasu. Staraliśmy się utrzymywać konsekwentnie, jak nam się wydawało, obrany na Łódź kierunek, jednak całonocny marsz przywiódł nas niemal w to samo miejsce, z którego wyruszyliśmy. Typowe zwodzenie przez las i ciemność, które wielokrotnie przynosiło zgubę wszelkim uciekinierom pod każdą szerokością geograficzną, gdy zawierzali tylko swoim zmysłom i instynktowi. Dzień pomógł nam na nowo ustalić kierunek i omijając wioski i ludzkie osiedla dotarliśmy przed wieczorem w okolice Krośniewic, gdzie przenocowaliśmy w stogu siana. Od rana kontynuowaliśmy wytrwale wędrówkę, aż do stacji kolejowej w Kutnie, gdzie niczym dwóch rasowych, amerykańskich trampów z powieści Londona, niepostrzeżenie ukryliśmy się w pociągu towarowym, mimo pilnowania go przez uzbrojonych Bahnshutzów. Oceniliśmy, że wybrany pociąg powiezie nas w pożądanym kierunku i urządziliśmy się całkiem wygodnie w budce hamulcowej, ale przez długie godziny obserwowaliśmy tylko inne, ruszające ze stacji pociągi. Nasz stał jak przyrośnięty i zdecydowaliśmy się w końcu poszukać szczęścia gdzie indziej. W czasie przesiadki zauważyli nas wartownicy, ale szczęśliwie udało się uciec i usadowić w breku kolejnego pociągu. W nocy odszukali nas polscy kolejarze, dzięki którym znaleźliśmy się w końcu w wagonie właściwego pociągu, jadącego w kierunku Łodzi.

Nad ranem, w panujących jeszcze ciemnościach, pociąg stanął w znajomej, jak nam się wydawało, okolicy. Nie wysiedliśmy jednak! Bardzo byliśmy rozczarowani, gdy niezadługo dały się odczytać, wypatrywane od kilku dni, napisy PABIANICE na mijanych peronach! Teraz, aby nie dostać się w łapy kontrolujących dworce żandarmów, trzeba było przed Łodzią wyskoczyć z pociągu w pełnym biegu, co wygląda efektownie tylko na filmach. Tadeusz wyskoczył pierwszy, a ja zaraz za nim. Instynktownie wyciągnąłem ręce do przodu, ale nie wytrzymały one pełnego impetu zetknięcia z ziemią i mój nos zapoznał się z jej twardością w sposób aż nadto widoczny. Pomocy udzieliły nam dwie kobiety, które umyły mnie i opatrzyły zraniona twarz. I tak, po wielu perypetiach, tramwajem dotarliśmy do domów w Pabianicach.

Moją radość zakłócał jednak pewien problem, mianowicie kompletny brak dokumentów, zabranych mi przecież przez zarząd komanda kopania rowów i utraconych bezpowrotnie wskutek ucieczki. Był to problem bardzo poważny, gdyż brak dokumentów przy nieustannych kontrolach groził, w razie wpadki, obozem koncentracyjnym a w konsekwencji może i śmiercią. Ukrywałem się więc przez kilka tygodni, śpiąc coraz to u kogoś innego z rodziny, ale w nieskończoność trwać to nie mogło. Coś trzeba było zrobić. Rodzice, bardzo przerażeni moją sytuacją, godzili się na każde sensowne rozwiązanie. Przede wszystkim trzeba było zniknąć z otoczenia, w którym było się dobrze znanym zarówno przez przyjaciół, jak i wrogów.

Okazja nadarzyła się przy ewakuacji przez Niemców na teren Rzeszy zakładów pracy produkujących dla potrzeb przemysłu wojennego. Moja siostra, Jasia, pracowała już wówczas w fabryce części samolotowych, gdzie zatrudniony był również jej przyszły mąż, Mietek Włodarczyk i jego ojciec. Oni to wymyślili sposób na mój problem. Dzięki łapówce w wysokości 200 marek zapłaconej bez wahania przez mego ojca właściwemu urzędnikowi, w październiku 1944 roku, uchodząc przed niemiecką wszechwładną administracją, znalazłem się w miejscowości Johstadt, sto kilometrów na południe od Drezna, na dawnej granicy niemiecko-czeskiej.

Tym samym zakończył się mój skromny udział w konspiracji w składzie pabianickiej organizacji Szarych Szeregów, gdyż do domu powrócić miałem, jak się okazało, dopiero po zakończeniu wojny.(…)

Niestety, dotarły do nas bardzo złe wiadomości z domu. Niemiec, który po wysiedleniu nas z ul. Głowackiego rozsiadł się w naszej siedzibie, jak i wielu innych korzystających do tej pory bez wyrzutów sumienia z cudzej własności, zaczął się obawiać zemsty mojego ojca, a strach ten rósł w miarę zbliżania się wojsk rosyjskich do Pabianic. Skorzystał więc z broni ludzi podłych i złożył doniesienie na gestapo o pogróżkach i zapowiedziach zemsty, które jakoby posłyszał z ust mojego ojca. Zacytował go nawet, by uwiarygodnić doniesienie: „Jak przyjdą Rosjanie, to będzie się Niemcom łby ucinać”. Nawiasem mówiąc, niekoniecznie musiało to być kłamstwem, niemniej sytuacja była poważna – za mniejsze rzeczy ludzie płacili głową nawet teraz, gdy wojna zbliżała się do końca. Na szczęście właścicielem domu, w którym mieszkali teraz rodzice, był wysoki rangą funkcjonariusz NSDAP w Pabianicach, niejaki Gryning, który znał ojca i dobrze mu życzył a i sam zapewne zaniepokojony był nieubłaganie zbliżającym się czasem rozliczeń (w ogóle Niemcy powszechnie i dziwnie łagodnieli pod koniec wojny). Wstawił się więc za ojcem w gestapo, przy czym nie obeszło się bez łapówki i ojca zwolniono. O wszystkich szczegółach tej sprawy dowiedzieliśmy się z siostrą dopiero po powrocie do domu, już po wojnie.

(…) Wśród całego tego repatriacyjnego chaosu, przemykających, jak w kalejdoskopie, widoków miast i miasteczek, ledwie pamiętanych twarzy przygodnych towarzyszy podróży, 18 maja ujrzałem wreszcie na peronie niezwykle wyraźny napis: PABIANICE.

Rodzice mieszkali już w naszym domu przy Głowackiego i drogę z dworca do nich przebyłem w niezwykłym uniesieniu. Widok znajomych ulic i domów, świadomość, że można się wreszcie poruszać bezpiecznie po własnym mieście, poczucie wolności dosłownie mnie uskrzydlały. Następnie było gorące, pełne łez i radości przywitanie z rodzicami i długie opowieści o ostatnich miesiącach wojny przeżytych w oddaleniu.

Nazajutrz spotkałem się z kolegami, którzy, jak się okazało, od stycznia uczyli się w gimnazjum ogólnokształcącym, albo w Gimnazjum Mechanicznym przy ulicy Piotra Skargi. Do końca roku szkolnego było już tylko 6 tygodni i zdałem sobie sprawę, że stracę rok, jeśli nie spróbuję podjąć nauki natychmiast i nie odrobię zaległości. Decyzja była szybka. Złożyłem podanie o przyjęcie mnie do pierwszej klasy gimnazjum mechanicznego. Dyrektor, pani Maria Szmidt, uznała, że nie spełniam wymogów formalnych, gdyż uczęszczanie na tajne komplety nie mogło zrekompensować braku dwóch klas, jako że w normalnym trybie ukończyłem jedynie pięć klas szkoły podstawowej. Tak więc do gimnazjum formalnie mnie nie przyjęto, ale uparcie uczęszczałem na lekcje, a nauczyciele dopisali mnie do dziennika i odpytywali regularnie. Na koniec roku okazało się, że w przeciwieństwie do wielu moich kolegów zdobyłem oceny pozytywne ze wszystkich przedmiotów i tym sposobem, stosując politykę faktów dokonanych, sam się niejako promowałem do następnej klasy. Dyrekcje to zatwierdziła i nie straciłem bezproduktywnie roku w swym dalszym kształceniu.

Zaczęły się pierwsze po wojnie wakacje. Oczywiście wyjechałem na obóz harcerski, gdyż bezpośrednio po powrocie wznowiłem swoją działalność harcerską. Obóz odbył się w Słupii, za Bełchatowem i zdałem tam egzaminy na kolejne sprawności i stopnie harcerskie.

W drugim miesiącu wakacji musiałem podjąć pracę w warsztacie krawieckim, by wspomóc materialnie rodzinny budżet, czasy były przecież ciągle bardzo ciężkie.

Po wakacjach kontynuowałem naukę, ale dużo czasu poświęcałem harcerstwu. Zostałem drużynowym lotniczej drużyny harcerskiej. Lokal nasz mieścił się w baraku przy ulicy św. Jana, w drużynie było około czterdziestu chłopców zafascynowanych lotnictwem.

W szkole klasa moja stanowiła zwartą, choć zróżnicowaną grupę. Młodzieńcy byli w różnym wieku, niektórzy założyli już nawet rodziny, a wszyscyśmy w czas wojny odwykli od szkolnych ławek. Stanowiliśmy element z całą pewnością niepokorny, by nie rzec trudny.

W trzeciej klasie dyrekcja szkoły podwoiła, z ośmiu do szesnastu godzin tygodniowo, zajęcia warsztatowe, co spotkało się z naszą zdecydowana dezaprobatą. W warsztatach produkowaliśmy w ramach nauki zawodu drobne wytwory metalowe, których sprzedaż zasilała skromny skądinąd budżet szkoły. Nasze niezadowolenie objawiło się regularnym strajkiem, nawet okupacyjnym, bo trwaliśmy bezczynnie przy naszych stanowiskach pracy, aż do pewnego zwycięstwa, czyli odwołania uzasadnionego pewnie ekonomicznie, jak dzisiaj myślę, ale mającego pozór wykorzystywania młodzieży, zarządzenia. Wtedy jeszcze w 1947 roku strajk taki mógł się odbyć bez podejrzenia o zamach na podstawy ustrojowe państwa i bez wywołania, na szczeblu lokalnym przynajmniej politycznej burzy. Niebawem miało się to zmienić. (…)

Jerzy Adamiec (1927-2009) – pułkownik dyplomowany pilot, absolwent Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie oraz Akademii Sztabu Generalnego, dowódca pułku, szef wydziału szkolenia lotniczego, szef oddziału rozpoznawczego, zastępca szefa Zarządu Szkolenia Lotniczego w Wojskach Lotniczych, dowódca 7. Brygady Lotnictwa Rozpoznania Operacyjnego w Powidzu.


Zofia Reklewska – Braun w tomie wspomnień „Urodziłam się pomiędzy …” (2016) opowiada o dramatycznych dziejach rodziny wysiedlonej z majątku w Mirogonowicach na Kielecczyźnie po drugiej wojnie światowej. Wspomina także swoje wizyty w Pabianicach, gdzie mieszkała jej ciocia Róża Ośniałowska-Reklewska-Szteynerowa- Szawłowska z córką Hanią.

(…) Nasze następne spotkanie z Hanią wypadło w zmienionej całkowicie scenerii i czasie. Wiosną, chyba 1948 roku, zjawiły się nagle u nas, w Ostrowcu, Róża Ośniałowska-Reklewska-Szteynerowa-Szawłowska z Hanią. Przyjechały, zadając sobie wiele trudu. W ówczesnych powojennych warunkach, gdy pociągi chodziły, jak chciały, a większość z nich była wyposażona tylko w „bydlęce” wagony, podróż była wręcz jednym pasmem udręk. Jechały z Pabianic, gdzie po wojnie Róża zamieszkała wraz ze swym, trzecim już, mężem Tadeuszem Szawłowskim i z całą rodziną. Tam też urodzili się najmłodsi z rodzeństwa Hani: Basia i Paweł Szawłowscy.

(…) Wychowana w tradycyjnym, ziemiańskim domu, najmłodsza z ośmiorga rodzeństwa, nawykłam do widzenia świata zhierarchizowanego, podobnego do drabiny, na której zajmowałam jedno z najniższych miejsc, przynależnych dzieciom. Od nas wymagało się posłuszeństwa dorosłym i wzorowania się na starszych, włącznie ze starszym rodzeństwem, które mi nieustannie stawiano jako wzór do naśladowania i które mnie nieustannie strofowało. Będąc najmłodszą w rodzinie, odczuwałam boleśnie pewnego rodzaju samotność i owo upokarzające „niskie miejsce na drabinie”. Hanka dała mi szanse zobaczenia świata w perspektywie poziomej i poczucia się kimś osobnym, niezależnym, równouprawnionym. Nigdy nie zerwała tych pierwszych dziecinnych więzi zawartych ze mną w Ostrowcu nad Kamienną. Nawet w późniejszym okresie, gdy rozdzieliły nas zainteresowania, studia, nowe przyjaźnie i nowe sytuacje życiowe pozostawałyśmy zawsze w kontakcie listowym. Pisywała do mnie wiernie i z Londynu, i z Afryki Południowej, a bywając przejazdem w Polsce, starała się zawsze odwiedzać mnie i moja rodzinę. (…)

Po tej pierwszej wizycie w Ostrowcu Róża zapraszała mnie często na wakacje do nich, to znaczy do Pabianic i w okolice Pabianic, gdzie Szawłowscy wynajmowali różne „letniska”. Pamiętam radość z bywania z nimi w wesołej atmosferze, w poczuciu bezpieczeństwa, które dawała obecność ojca – Tadeusza Szawłowskiego. Wuj Tadeusz, bo tak do niego mówiłam, choć nie był wcale moim krewnym, był mi także bliski z zupełnie innego powodu. Zmobilizowany jako oficer Armii Polskiej we wrześniu 1939 roku, odbył kampanię wrześniową i dostał się do niewoli niemieckiej. Spędził kilka lat w oflagu. Traf chciał – w tym samym, co mój najstarszy brat Mieczysław. Poznali się tam i zaprzyjaźnili. Na dodatek Róża nieraz opowiadała przy okazji wspomnień o Mietku, że nasz Ojciec chciał go nią ożenić … Opowieściom nie było końca, a mnie zaczynał wyłaniać się nowy obraz rodzinnej przeszłości, nieco inny od tego, który znałam z opowieści Mamusi.

Ojciec bardzo lubił matkę Róży, starszą panią Marię Ośniałowską z domu Cichowską (1878-1953). Cenił jej rady gospodarcze i życiowe, chętnie zatrzymywał się w Chocimowie na krótki odpoczynek w ciągu pracowitego dnia – jak Róża opowiadała; na herbatę i naleśniki, z jakich słynęła kuchnia w Chocimowie – i dobrze się czuł w towarzystwie tej energicznej, po męsku ubranej, jakże zaradnej kobiety, jeżdżącej samotnie dwukółką po polach. (…)

Do dziś dnia mogłabym odtworzyć szczegóły mieszkania Szawłowskich w Pabianicach oraz młyna wraz z okolicą w Bronowicach pod Łodzią, gdzie jeździliśmy na wakacje. Nie umiem natomiast ustalić już związku, który istniał pomiędzy tym młynem a posiadłościami Szawłowskich przed wojną. Ale pamiętam pana Władysława z Bronowic, dawnego zarządcę młynę. Gdy się postarzał, Szawłowscy wzięli go swego, bardzo ciasnego zresztą, mieszkania w Pabianicach, gdzie doczekał spokojnej śmierci.

Późniejsze letniska w Kolumnie, Brzezinach i Ostrowie pod Łaskiem nie wynikały już chyba z żadnych powiązań rodzinnych. Szawłowscy wynajmowali tam wszędzie jakieś proste pomieszczenia i lokowali nas na wakacje z malutką Basią, a trochę później i z nowo narodzonym Pawłem oraz ich opiekunką Julą.

Dziś wiem, że zapraszanie mnie na wakacje, to był z ich strony prawdziwie miłosierny względem mnie uczynek. Nie przelewało się u nich finansowo. Żyli bardzo skromnie z dwóch pensji. Róża pracowała jako sekretarka w jakimś biurze w Pabianicach, a Tadeusz – jako inżynier w jednej z łódzkich fabryk włókienniczych. Był specjalistą od splotu włókna tkanin, a przynajmniej tak mi to kiedyś opowiadał i zrobił na mnie wrażenie swą precyzją i perfekcją w opisach szczegółów. Wesoły i pogodny z natury, rzeczowy i konkretny w sposobie myślenia, zawsze radził nam obu, Hani i mnie, wybór Politechniki jako miejsca przyszłych studiów. Gdy wybrałam polonistykę i jakoś wkrótce po zdaniu egzaminów wstępnych, dumna jak paw, zjawiłam się u nich, pokiwał tylko głową i powiedział: „Z czego ty, dziewczyno, będziesz żyć?” Hania natomiast poszła na Politechnikę Łódzką. Skończyła Wydział Inżynierii Elektrycznej i po latach budowała elektrownie w Afryce Południowej.

Szawłowscy byli zawsze mili i weseli, pełni dowcipu i dobroci. Róża wybuchała często głośnym śmiechem przy byle okazji, lubiła śpiewać i żartować z Tadeuszem. Pamiętam, że często stawało się to dla mnie okazją do wzruszających pierwszych w swoim życiu, obserwacji zachowań kochających się mężczyzny i kobiety. Nie zetknęłam się z tym nigdy w naszej, licznej przecież, rodzinie. Szawłowscy kochali się do nieprzytomności.

Wypominała im to czasem dobrotliwie Jula, Niemka, stara służąca i opiekunka dzieci z domu Tadeusza. Po wojnie pozostała z nimi pełniąc nadal swe mozolne obowiązki. Jej silny niemiecki akcent zwracał uwagę każdego, ale się tym nie przejmowała.

Jula dzierżyła w swych dłoniach ster praktycznego życia tej rodziny i w tym była iście po niemiecku pedantyczna. Szawłowscy na jej ręce składali swe pensje każdego miesiąca, a ona wydzielała im kieszonkowe i rygorystycznie dzieliła resztę na cztery równe części wkładane do czterech kopert – na każdy tydzień miesiąca. Potem wolno było czerpać tylko z koperty przeznaczonej na dany tydzień. Jej zawartość musiała wystarczyć na wyżywienie i wszystkie wydatki całej rodziny w tym jednym tygodniu. Uczyłam się więc od Juli prowadzenia rachunków domowych, planowania budżetu, robienia zakupów w jak najbardziej oszczędny sposób, a także sprzątania i gotowania. Jakże nie wspomnieć szycia?! Jula do tego wszystkiego jeszcze szyła. Nawet mnie, nienależącej bezpośrednio do rodziny, uszyła kiedyś letnią bluzkę, którą długo uważałam za wspaniałą.

Róża nie była praktyczna. Odwrotnie. Lubiła szaleństwa. Jedno z nich pamiętam, bo sprawiło mi wielką radość. Obie z Hanią zostałyśmy wzięte do Operetki w Łodzi na „Wesołą wdówkę”. Pierwszy raz mogłam doświadczać uroków teatru muzycznego i byłam tym oczarowana. Wracałyśmy do domu w Pabianicach tramwajem, który podówczas jechał z Łodzi chyba godzinę i cały czas wszystkie trzy nuciłyśmy pod nosem melodie z tej operetki. Róża, jak się okazało, znała je doskonale już wcześniej i z wielką werwą, a też i z dobrym słuchem muzycznym potrafiła zaśpiewać całą arię: „Usta milczą, dusza śpiewa, kochaj mnie!” Taka mi właśnie pozostała w pamięci. Taka była: „…kochaj mnie!”. Była śliczna, wesoła, umiała się ubrać i pociągała mężczyzn całą swą osobą.

Bywałam też w Pabianicach na Wielkanoc i przy innych okazjach, jak na przykład na chrzcinach najmłodszego brata Hani, urodzonego już chyba na początku lat pięćdziesiątych Pawła, którego do chrztu trzymał mój brat Zygmunt. W sumie było to wiele razy, bo jeszcze i później., w czasie studiów, jeździłam tam z Warszawy i Olesina pod Sieradzem, gdzie spędzałam czasem wakacje wraz z Mamą i Tunią. (…)

W rodzinie Szawłowskich spędzałyśmy wakacje pod ostrą kuratelą „nieśmiertelnej” Juli, która była surowa i ostra. Jej zarządzenia były nieodwołalne. Czasem odczuwałyśmy je trochę boleśnie na sobie, ale nie pamiętam tez większych nieporozumień. Może tylko czasem w chwilach słabości ducha, Hania szeptała mi na ucho, ze jest niekochana i niepotrzebna w tej rodzinie. Z pewna zazdrością patrzyła na swą młodszą siostrę, prześliczną Basię, którą wszyscy pieścili i faworyzowali. Ale też miałam okazję zauważać jak pięknie i odpowiedzialnie odnosił się do niej ojczym. Był nie tylko sprawiedliwy i mądry w kontaktach ze wszystkimi dziećmi, ale nawet wydawał mi się ciepły i czuły w stosunku do swej pasierbicy. On to później pokierował jej studiami i pomógł wyjechać do Anglii, a stamtąd do Afryki Południowej, co miało otworzyć zupełnie nowy i chyba szczęśliwy okres życia Hanki.

W Pabianicach, podobnie jak w Ostrowcu, sypiałyśmy w jednym pokoju, z osobnym nawet wejściem, i miałyśmy mnóstwo czasu na „dogadywanie się” i zwierzenia. Były to rozmowy o życiu w ogóle, o tym, co chcemy robić kiedyś tam, gdy ta wymarzona dorosłość nadejdzie. Wspólnie szukałyśmy sposobów kształcenia własnych charakterów. Tak naprawdę starałyśmy się narzucić sobie szlachetne wzorce zachowań i kształcić w sobie to, co dorośli nazywają cnotami. Nie używałyśmy wtedy tak podniosłego słownictwa, ale bardzo dokładnie pamiętam dzień, gdy za przyczyna Teresy Jasieńskiej, siostry Bratka (Xawerego Jasieńskiego), późniejszej zakonnicy zmartwychwstanki, założyłyśmy zeszyty z bardzo rygorystycznie prowadzoną punktacją i oceną własnych zachowań. Coś, co dziś nazwałabym „szczegółowym rachunkiem sumienia”. Za namowa Tereni Jasieńskiej robiłyśmy go codziennie tamtego lata. Muszę przyznać, że dziś, z perspektywy czasu, widzę jasno, jak znaczącą rolę odegrały te nieudolne ćwiczenia duchowe w kształtowaniu mojego charakteru. Teraz, będąc matka i babką, sama wiem dokładnie, jak trudno jest zaszczepić tego typu praktyki w duszy dziecka.

Wybierałyśmy się z Pabianic na rowerach – w późniejszych latach – nawet i na dalsze wycieczki. Zapamiętałam wyraźnie jeden taki wypad do Strońska nad Wartą. Musiały to być wakacje pomaturalne w 1956 roku lub nieco później. Środek lata, ciepło, bezchmurnie. Zahaczyłyśmy po drodze o Podłężyce, majątek Stawiskich, o którym wielokrotnie opowiadała mi Mama. Niezwykła, czysta widoczność dookoła, pola, gdzieniegdzie ściana lasu i wijąca się wśród tego spokojnie Warta … Typowy polski pejzaż, którego tu, w Ameryce nie uświadczysz i za którym nieraz tęsknię…

Zofia Reklewska de Rekle h. Gozdawa (ur. 1939) – historyk literatury i teatru, pisarka i dziennikarka. Ostatnio wraz z mężem prof. Kazimierzem Braunem opublikowała książkę „ Across the Atlantic: The Adamowicz Brothers, Polish Aviation Pioneers”.


W 1938 roku Gustaw Wassercug opublikował w Głosie Porannym (nr 301) reportaż „Clichy Łodzi: wrażenia z wycieczki dziennikarskiej do Pabianic”. Autor uzyskał maturę w pabianickiej Szkole Handlowej. Do szkoły dojeżdżał z Łodzi tramwajem podmiejskim. Polubił Pabianice i porównywał je do francuskiej miejscowości Clichy.

Włodarz ziemi łódzkiej, p. wojewoda Józewski, podjął godną najwyższego uznania inicjatywę pokazania przedstawicielom prasy terenu, objętego ich zasięgiem. Odbywają się kolejno wycieczki krajoznawcze przedstawicieli dzienników łódzkich i korespondentów pism zamiejscowych do poszczególnych powiatów. Zwiedzono już łęczyckie, brzezińskie (Tomaszów), sieradzkie (Zduńska Wola). Z kolei pojechaliśmy na terytorium powiatu łaskiego. Wycieczka była zorganizowana doskonale i pozwoliła zapoznać się dość dokładnie z powszednim dniem pracy na wsi i w mieście oraz nawiązać bezpośredni, żywy kontakt z przedstawicielami wszelkich odłamów ludności. Wyjazd z Łodzi w kierunku Pabianic jest w takiej wycieczce pierwszą wzruszająco przyjemną niespodzianką. Poczynając od Placu Reymonta Szosa Pabianicka stanowi dzisiaj pod każdym względem rewelację. Wspaniała nowa nawierzchnia, linie tramwajowe starannie oddzielone od szosy, a po obu stronach imponujące rezultaty akcji porządkowania domów i dekonspirowania zieleni, ukrytej dotychczas za wysokimi obrzydliwymi płotami. W porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat jest to zmiana rewolucyjna, w która nieomal trudno uwierzyć.

Mijamy Pabianice i spieszymy do stolicy powiatu – Łasku. (…) Po zwiedzeniu ośrodków pracy wiejskiej w powrotnej drodze wycieczka zawitała do Pabianic. Znam dobrze to miasto z czasów przedwojennych, bowiem tak się złożyło, że właśnie w Pabianicach kończyłem tzw. średnie wykształcenie i przez okrągły rok codziennie jeździłem z Łodzi po porcję wiedzy. Nic więc dziwnego, że czuję do Pabianic sentyment. Muszę stwierdzić, że omal miasta nie poznałem. Za moich uczniowskich czasów tramwaj docierał tylko do ratusza, główna ulica była fantastycznie wyboista i pełna błota, park tragicznie zaniedbany dawał wprawdzie przytułek przygodnym parkom, ale za miejsce publicznego wypoczynku uchodzić nie mógł.

Dzisiaj miasto imponująco się rozrosło, tramwajowa linia przecina je przez całą długość, jezdnie i chodniki doprowadzone do wzorowego porządku. W parku czyściutko i nadzwyczaj estetycznie, domy śmieją się świeżością do przechodniów, a niektóre ulice mogą wprost służyć za wzór miastom zachodnim. A przecież Pabianice są ośrodkiem robotniczym, a więc przeżywały liczne kryzysy i na nadmiar funduszów uskarżać się nie mogą. Mimo to obecny zarząd miasta z energicznym prezydentem p. Futymą i wiceprezydentem p. Szczerkowskim na czele doprowadził do tego, że niedobór budżetowy zmniejszył się, pomimo ciągłych inwestycji. Miasto zmieniło oblicze. Człowiek, który żyje wspomnieniami, jest zazwyczaj przywiązany do tego obrazu, który pielęgnuje w swych wspomnieniach i wszelkie innowacje w takich wypadkach przyjmuje niechętnie.

Tym razem jednak jest inaczej. Z prawdziwym rozrzewnieniem patrzałem na rozwój i europeizację starych Pabianic. Jest to chyba najlepszym dowodem, że ta europeizacja idzie we właściwym kierunku i odbywa się w najodpowiedniejszych formach. Nie oglądaliśmy w Pabianicach przemysłu włókienniczego, bowiem wiemy dobrze, iż jest potężny, a znamy go dobrze z Łodzi. Natomiast z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy wielką wytwórnię żarówek. Przekonaliśmy się naocznie, w jak cudowny sposób z rurek szklanych i drucików powstają niemal w mgnieniu oka żarówki najróżniejszej mocy, wielkości i kształtu. Technika doszła rzeczywiście do niebywałych wyżyn. Poparta rękami wykwalifikowanych robotników stwarza naprawdę cuda.

Wspomniana fabryka produkuje dziennie kilkadziesiąt tysięcy żarówek, stanowiąc w uprzemysłowieniu Pabianic pozycję poczesną. Zastrzeżenia budzą jedynie płace kobiet, zatrudnionych w tych zakładach. Płaca początkowa wynosi 3 i pół złotego za 8-godzinny dzień pracy, a z tego schodzą jeszcze rozmaite świadczenia. Przy tym jest to praca, wymagająca wielkiego wysiłku, nie lada zręczności i wytężenia uwagi, bowiem pracownica musi posiadać wyjątkowo bystry wzrok i maksymalną precyzję. Większość pracownic stanowią maturzystki. Wykwalifikowane starsze robotnice docierają po dłuższym czasie do płacy w wysokości 6 złotych dziennie. Ale to w niczym nie umniejsza znaczenia samej fabryki dla życia przemysłowego Pabianic, rozwijającego się szybko i intensywnie.

W skrócie oglądania, podyktowanym przez ograniczony czas, zajrzeliśmy jeszcze do znanej fabryki mebli biurowych, oglądając wszystkie kolejne fazy powstawania ze zwykłych desek i bali nowoczesnego amerykańskiego biurka, czy wygodnego fotela. Ta fabryka również stanowi w przemysłowym życiu Pabianic jedną z poważniejszych pozycji, a jest dowodem, że uprzemysłowienie tego miasta idzie w bardzo rozmaitych kierunkach, wszędzie wykazując się dorobkiem jak najpomyślniejszym.

Spośród licznych urządzeń miejskich zwiedzaliśmy olbrzymią rzeźnię, zbudowaną według najnowszych wymagań techniki i higieny. Nie jestem fachowcem, ani rzeczoznawcą w dziedzinie uboju bydła i trzody chlewnej, więc nie mogę ocenić celowości wszystkich urządzeń w tym gmachu. Ale oko laika musi być zachwycone wzorowym porządkiem, jaki panuje w tej „krwawej” instytucji oraz precyzyjnością urządzeń dla masowego likwidowania doczesnej wędrówki bydląt wszelakiego autoramentu. Czystość imponuje, ale jednocześnie trochę smuci. Wskazuje ona niestety, że rzeźnia jest zbudowana na wyrost, że nie znajduje nawet w części zatrudnienia, do jakiego jest przygotowana i przystosowana. Nieprzejrzany las wzorowych haków, na których zawisły by chętnie ćwiartki najbardziej rasowych wołów, świecą pustkami. Wzorowe baseny solankowe, w których moczenie się mogłyby sobie poczytywać za zaszczyt najznakomitsze świniaki, mające ambicje uzasadnione, aby je skonsumowano na stołach lordów angielskich w postaci bekonów stoją bezużytecznie. Ale niech żywy inwentarz nie traci nadziei. Czynione są bez przerwy starania nad rozwinięciem naszego eksportu i może już niedaleka jest chwila, gdy w rzeźni pabianickiej kipieć będzie życie, które od świtu do późnej nocy likwidować będą w sposób wzorowy zastępy fachowców.

Na zakończenie wycieczki do Pabianic przybył naczelnik dr Wrona z urzędu wojewódzkiego w Łodzi, któremu dziennikarze wyrazili uznanie za umożliwienie poznania tak interesującego ośrodka pracy w naszym województwie, wyrażając jednocześnie wdzięczność p. staroście Wiktorowi Nowakowskiemu za prostotę, bezpośredniość, szczerość i serdeczność, jakie cechowały gospodarza powiatu podczas aranżowania tego ciepłego kontaktu z ludnością terenów powierzonych jego pieczy.

Gustaw Wassercug (1893-1944) – dziennikarz Głosu Polskiego, Republiki, Ilustrowanej Prasy Wieczornej, współzałożyciel Głosu Porannego.


Rupert Butler w pracy „SS-Leibstandarte. Historia 1. Dywizji SS 1933-1945” pisze o walkach toczonych we wrześniu 1939 roku na granicy Pabianic. Pojawili się tutaj pretorianie Hitlera. Pułkiem zmotoryzowanym Leibstandarte SS Adolf Hitler dowodził Sepp Dietrich, który stał na czele gwardii przybocznej wodza III Rzeszy. Z tego korpusu wywodzili się starannie wyselekcjonowani pod względem rasowym, wysocy, doskonale wyszkoleni, umundurowani i uzbrojeni mężczyźni. Ani na krok nie odstępowali Hitlera. Czuwali przy wszystkich drzwiach, przy wszystkich pokojach, przejściach i dziedzińcach, mając baczne oko na wszystko co się dzieje wokół. Nosili czarne mundury, na czapkach mieli znaczek trupiej główki. Stanowili właściwie regularne wojsko, niewłączone jednak do armii. Mieszkali w koszarach, otrzymywali żołd, ćwiczyli i kształcili się jak normalni żołnierze. Posiadali zmotoryzowane oddziały, czołgi, wozy opancerzone. Na początku września 1939 ruszyli na Pabianice.

(…) Kolejnym celem ataku były Pabianice, małe miasto targowe i węzeł kolejowy położony nad rzeką, gdzie Polacy skutecznie odparli ataki 1. Batalionu Leibstandarte. Dopiero wsparcie jednego z batalionów 23. Pułku pancernego pozwoliło na uchwycenie przyczółka na zachodnich obrzeżach miasta.

Walki w mieście raz jeszcze udowodniły, jak istotne znaczenie ma dla obrońców znajomość terenu. Dobrze zakamuflowani polscy strzelcy trafiali z precyzją wytrawnych myśliwych, często skrywając się w gałęziach drzew. Odpowiedzią niemieckich żołnierzy było ciągłe ostrzeliwanie zagajników oraz zarośli, a także obrzucanie ich granatami. W pobliżu miasta znajdowały się pola słoneczników i kukurydzy dodatkowo utrudniające poruszanie. Jeden z żołnierzy Leibstandarte nadmieniał o pomysłowych przykładach kamuflażu stosowanego przez polskich obrońców: „Polacy są diablo sprytni (…), wykopali ziemianki, na których dachach posadzili rośliny, czyniąc je prawie niemożliwymi do dostrzeżenia. Musieliśmy je podchodzić, niczym postacie z powieści Karola Maya. Gdy natrafialiśmy na ziemiankę, wysadzaliśmy ją kilkoma granatami. Niektóre mogły być połączone ze sobą tunelami, nadmieniał o tym jeden z raportów … Zdobyliśmy ich około 50 i minęły godziny, nim wyczyściliśmy to gniazdo os…”

Broniących się żołnierzy wsparły ponadto polskie oddziały wycofujące się przed ofensywą 10. Armii. Polakom udało się przeprowadzić kilka kontrataków, z których jeden zagroził nawet kwaterze Dietricha i do jej obrony musiał zostać wezwany cały pułk piechoty.

Wczesne postępy Leibstandarte zakończyły się sukcesami, lecz pułk zmuszony został nieustępliwą obroną do zejścia z wyznaczonej linii natarcia i okrążenia Pabianic. Ludzie Hitlera doznali kolejnego uszczerbku na honorze, gdyż z zagrożenia, w jakim się znaleźli, musiał wybawić ich 55. Pułk piechoty 10. Dywizji. We wczesnych godzinach rannych 8 września Pabianice padły, lecz nie zyskał na tym prestiż Leibstandarte. Co więcej generał major Loch nasilił słowa krytyki – wyszkolenie oraz zachowanie w boju SS-manów pozostawiały wiele do życzenia. W wojennych warunkach nie można było sobie pozwolić na ciągłe wybawianie ich z opresji. Leibstandarte okazało się ciężarem i dlatego powinno zostać wycofane na tyły. Choć do takiej ewentualności nie doszło, pułk został jednakże wydzielony z 8. Armii i przydzielony do 4. Dywizji Pancernej Georga-Hansa Reinhardta stanowiącej część 10. Armii von Reichenaua.

Rupert Butler (ur. 1933 -) – historyk i dziennikarz brytyjski, autor m.in. „Stalin’s Instrument of Terror” i „Stalin’s Secret War”.

W bitwie pabianickiej uczestniczył także jako dowódca kompanii w pułku Leibstandarte SSAH - Kurt Meyer. Ten „demon wojny” odniósł tutaj lekkie zranienie, o czym pisze we wspomnieniach: Meyer K. Panzermeyer „Grenadiere”, które ukazały się w wielu językach. Pierwsza krew przelana w Pabianicach utkwiła na zawsze w jego pamięci.

(…) Pułk LSSAH przejmuje zadanie czołgistów. 1. i 2. kompanii udaje się wedrzeć do miasta, za nimi postępują czołgi. W wyniku parcia naszych sił Polacy są zmuszeni cofnąć się w głąb miasta. Jednak szybko przechodzą do kontrataku, jednocześnie uderzają mocno na skrzydło pułku. Pododdziały pułku artylerii ostatkiem sił odpierają nieustanny napór polskiej piechoty. Front jest wszędzie. Wycofujące się z zachodu oddziały polskie atakują, nie zważając na straty. Nieoczekiwanie centrum zmagań przenosi się ku punktowi dowodzenia LAH. Nawet gryzipiórki i kierowcy walczą na śmierć i życie. Polacy nacierają przez pole ziemniaków, są słabo widoczni, zlewają się z otoczeniem. Wysuszona, zwiędnięta nać kartoflana stanowi świetny środek maskujący. Widzimy ich dopiero na odległość rzutu granatem. Pomimo naszych wysiłków, piechocie wroga udaje się bez mała opanować punkt dowodzenia.

Staję na równe nogi i zaczynam na chybił trafił prowadzić ogień po kępkach kartoflanych. Jest to jedyna możliwość, żeby wykurzyć stąd Polaków. Na prawo ode mnie żołnierz 13. Kompanii poszedł w moje ślady i mierzy w Polaków jak na strzelnicy, raz za razem. Nasze strzelanie do ruchomych celów nie trwa długo… Nagle przychodzę do siebie na dnie transzei. Ostatnie co zapamiętałem to lekkie szturchnięcie. Kula ugodziła mnie w ramię. Na szczęście kość została nienaruszona. Podobnie było z moim sąsiadem, chociaż miał mniej szczęścia. Dostał w szyję i zginął na miejscu. Odtąd już nigdy nie próbowałem w pojedynkę, w postawie stojącej odpierać wrogów. Zarówno Polacy, jak i Niemcy nie szczędzili sił podczas walki. Pod koniec dnia napór Polaków słabnie. Poddają się setkami, unoszę ręce i maszerują do niewoli.

K. Майер “Немецкие гренадеры. Воспоминания генерала СС 1939-1945”
Польские части шли вперед напролом, несчитаясь с потерями. Командный пункт полка вдруг стал участком главного удара. Всем писарям и водителям так-же пришлос сражаться. Поляки вышли к командному пункту через картофельное поле и поскоьку ботва обеспечивала прекрасную маскировку и скрывала наступавших, мы не смогли их разглядеть пока они не оказлись на расстоянии броска гранаты. Остановить противника подходившево все ближе, казалось, было невозможно.
Тогда я вскочил на ноги и из положения стоя стал стрелять по катофеьному полю. Только так можно было попасть в подползавшх поляков. Справа от меня гренадер из 13-й роты вел по ним огонь так, будто находился на срельбище, очередь за очередью. Наша стрельба по мишеням продолжалась недолго. Вдруг я обнаружил себя опять на дне окопа отброшенным туда пулей, задевшей мое плечо. Мой сосед был убит получив пулевое ранение в шею. Никогда больше я небуду пытаться становить атаку из положения стоя. Атаки продолжались с упорством, проявленным с обеих сторон, и только ближе к вечеру настпил момент, когда поляки были сломлены. Они сотнями сдавались в плен и отпрвились в долгий путь уготованный военнопленным.

K. Meyer “Grenadiere la vita e le battaglie del piu givonane generale delle Waffen SS”.
Salto in piedi e sparo tra i filari di patate. E l’umica possibilita di tirare sui polacchi. Alla mia destra c’u un soldato della 13. Kompanie che spara colpo su colpo sui polacchi che attaccano come se fosse al poligono di tiro. Ma il nostro “tiro al bersaglio” non dura a lungo. Improvvisamente. Mi ritrovo in fondo alla trincea, una pallottola mi ha graffiato la spalla e gettato a terra. Il mio vicino e ucciso da una pallottola che gli na attraversato il collo. Non cerchero mai piu di respingere un attacco stando in piedi e senza copertura. Da entrambi i lati, la lotta e condotta con grande fermezza e solo nel tardo pomeriggio viene spezzato lo slancio dei polacchi che attaccano. Centinaia di soldati che attaccano. Centinaia di soldati abbandonano il combattimento e iniziano la loro mercia verso la prigionia.

K. Meyer “Grenadiers. The story of Waffen SS”
The frontline was everywhere. The Polish units came flooding back from the west attack without thought for casualties. The regimental command post suddenly became the focal point of the attack. All of the clerks and drivers fought for their lives. The Poles approaches the command post through a potato field and, as the foliage offered excellent cover and camouflage, we could not see them until they came within grenade range. We could not stop the enemy infantry from winning more and more ground.

I leapt to my feet and fired, standing into the field. This was the only way to hit the Poles. On my right a grenadier from the 13. Kompanie was firing at them as if he were on a firing range, round after round. Our “target shooting” did not last long. Suddenly, I found myself back at the bottom of the trench thrown there by a bullet grazing my shoulder. My neighbor had been killed with a bullet wound in the neck. Never again would I try to stop an attack standing up for all to see. The attacks continued with determination on both sides and only in the late afternoon was the momentum of the Poles broken. Hundreds surrendered and started the long march into captivity.
Kurt Meyer (1910-1961) – generał Waffen-SS, dowódca 12. Dywizji Pancernej SS.

Niewiele brakowało, żeby w okolicach parku Wolności w Pabianicach zginął Sepp Dietrich, przyszły SS-Oberstgruppenführer i generał Waffen SS. Echa tamtych wydarzeń wracają w wielu tekstach. W 2011 oku ukazała się powieść Johna Orforda „Ilyana – A World War Two Novel”. W jednym z fragmentów książki żołnierze SS Leibstandarte oraz Totenkopf i Einsatzkommando urządzają mecz bokserski. Współorganizatorem jest niejaki Beicher, który z niechęcią reaguje na kandydatów do pojedynku zgłoszonych przez Leibstandarte.

Beicher zrobił się nerwowy i udając, że nic go nie zdziwiło, krzyknął donośnie: - To wszystko na co was stać? Nie wytrzymają nawet pierwszej rundy. Leibstandarte … asfaltowe lalusie … nie powinni nigdy opuszczać placu defilad. A oni posyłają szczeniaków na rzeź. Słyszałem, że nieźle spieprzyliście robotę w Pabianicach – beznadziejni palanci.

„Is this all they can send me? It will be over in the first round. Leibstandarte, the Asphalt Boys. Should keep to the parade ground and not send their pussies to the slaughter! Heard you boys f…ed at Pabianice – useless wankers.


Roman Dmowski w pracy „Wychodźstwo i osadnictwo”, 1900  wyszczególnia także Pabianice, z których w drugiej połowie XIX wieku wyjechało wielu mieszkańców.

Wychodźstwo z królestwa Polskiego zaczęło dawać poważniejsze, acz w porównaniu z ziemiami polskimi Prus skromne cyfry dopiero koło 1876 r. W tym i następnym roku  Królestwo przechodziło kryzys przemysłowy, w części mającej swe źródło w zamianie drobnego przemysł tkackiego na wielki. W Pabianicach, Zgierzu, Ozorkowie i innych miejscowościach zapanowały wówczas głody, których skutkiem był pierwszy ruch wychodźczy śród ludności tych osad przemysłowych.

Roman Dmowski (1864-1939) – polityk, mąż stanu, publicysta.

Pabianice odwiedzili uczniowie elitarnego Gimnazjum i Liceum im. Sułkowskich w Rydzynie, o czym poinformowali na łamach swojego wydawnictwa „Rydzyniak”, t. III, zeszyt 1, 1937.

W dniach od 18 do 24 października odbyła się wycieczka społeczno-gospodarcza uczniów klasy siódmej i ósmej pod kierunkiem panów profesorów Maresza i Dorywalskiego do Poznania, Orzechowa, Liskowa, Łodzi i Pabianic.

23 października: a) rano wyjechaliśmy do Pabianic, gdzie zwiedziliśmy przede wszystkim fabrykę pod firmą „Pabianicki Przemysł Chemiczny”. Oprowadzani przez jej Dyrektora p. Broniatowskiego, oglądnęliśmy dział fabrykacji barwników i niektórych chemikaliów fotograficznych, b) również w Pabianicach zwiedziliśmy Fabrykę Papieru Steinhagen i Saenger, oprowadzani przez p. Dyrektora Knothego.

Anna Sobieszczańska- Lissowska we wspomnieniach „Grodzisk – miasto mojego życia”, 2016 opisuje m. in.  ewakuację rodziny kolejarskiej we wrześniu 1939 r.

(..) Na kolejnych stacjach doczepiane były następne wagony. W końcu dotarliśmy do Zduńskiej Woli. Stacja była wyludniona, ponieważ pracownicy zostali ewakuowani. Stacja była ogromna a torów około 30. Na wszystkich torach stały pociągi z ludnością cywilną, niektóre z wojskiem oraz nasz pociąg, który był ostatni na torach przylegających do łąki. Ponieważ maszynista naszego pociągu zawiadomił, że nieprędko pojedziemy dalej, to powychodziliśmy ze swoich wagonów. Wtedy podeszła do mnie niania i podała mi swoją ikonę Matki Bożej, mówiąc żebym trzymała ją mocno, gdyż jest to obraz pełen łask. W chwilę potem usłyszeliśmy potężny warkot nadlatujących samolotów. Wszyscy ukryliśmy się pod wagonami. Ja z tatą  znalazłam się pod wagonem za kołami, które miały nas osłonić. Tata położył się na podkładach i  mnie kazał zrobić to samo. Ja jednak tylko ukucnęłam, zasłaniając swoją twarz ikoną Matki Bożej. Pomimo osłony kół, tata został trafiony odłamkami, zrzuconej bomby, a ikona metalowa została pocięta i powyginana odłamkami, a ja zostałam uratowana przed zmasakrowaniem twarzy. (…) Stryjek Cyprian, który był zawiadowcą stacji w Pabianicach, przysłał parowóz po nasz pociąg. W drodze do Pabianic mój tata zmarł, a na drugi dzień został pochowany w Pabianicach. Śmierć taty była spowodowana odłamkiem bomby, który nie tylko zranił rękę, ale prawdopodobnie uszkodził jakiś organ wewnętrzny. Tata jak też inni ranni byli pozbawieni pomocy lekarskiej, ponieważ z miasta nie przyjechał ani lekarz ani tez ksiądz. O ile mnie pamięć nie myli, w dalsza drogę wyjechaliśmy 5 września. Był to pociąg towarowy z krytymi wagonami. W jednym wagonie, do którego załadowano nasz dobytek, jechałyśmy ja, mama i niania, w drugim stryjenka z córką oraz jej siostra z synem epileptykiem.

Korespondenci  z Pabianic nadsyłający  informacje do pism krajowych często folgowali swojej wyobraźni. Oto co przeczytaliśmy w Przemysłowo-Handlowym Kurierze Sosnowieckim nr 3, 1903 rok: Pabianice należące niegdyś do kapituły krakowskiej mające z tego powodu za herb trzy korony dopiero w roku 1582 pomyślały o wybudowaniu sobie świątyni. Gorliwie zajęła się tym pobożnym uczynkiem księżna Fabianka, której imię dotąd nosi nasze miasto. (…)

W Gazecie Ludowej z 4.08.1947 r. ukazały się wspomnienia Józefa Balcerzaka z PSL współorganizatora strajku chłopskiego w województwie łódzkim w latach 30. XX wieku. Autor z duszą na ramieniu  przewoził tramwajem ulotki z Pabianic do Łodzi.

(…) Czekamy na ulotki strajkowe, które miały być doręczone na adres mojego brata w Pabianicach. W dniu 14 sierpnia otrzymuje telegram od brata z Pabianic: „Przyjeżdżaj, syn konający” – domyślam się. Na godz. 10 wieczór tegoż dnia zarządzam w domu prywatnym w Łodzi zebranie tych, którzy mają być głównymi prelegentami na uroczystościach 15- to sierpniowych, a jednocześnie kolporterami ulotek. Sam jadę do Pabianic.

Tam brat objaśnia, że syn zdrowy, tylko przyjechał jakiś pan z Warszawy i przywiózł dla mnie dwie walizy ulotek. Czeka również drugi mój brat, zamówiony już przed tym, by ulotki pchnąć także na Widawę i Wieluń. Część ulotek zabiera brat i rusza pieszo polnymi drogami do Widawy, na noc, by rano dotarły już na miejsce i by mu ich w drodze nie odebrano.

Ja zabieram walizki i na tramwaj do Łodzi. Przy przystanku tramwajowym widzę z mojej gminy znajomego policjanta, który za mną wsiada do tramwaju. Myśląc, że może on się domyśla, co przewożę, ustawiam walizki na tylnej platformie, a sam siadam w głębi tramwaju. Policjant wchodzi do tramwaju i siada na moich walizkach z ulotkami. Jestem pewny, że wpadłem, lecz na najbliższym przystanku policjant wysiada. A więc to tylko zbieg okoliczności.

Anna Jagiellonka korespondowała z pabianiczaninem  Zającem, proboszczem katedry wawelskiej. Zachowało się osiem listów, które opublikował Jan Brosciusz w książce „Starożytności historyczne polskie”.  Oto jeden z nich:

„Anna D.G.R.P. (Dei Gratia Regni Poloniae) – Posyłamy do rąk W.T. ornat i antepedium złotogłowowe (zasłona górnej części stołu ołtarzowego) ze wszystkimi należnościami, co odda W.T. Xsiądz przeor warszawski święto-marciński. Oddasz to wszystko do ołtarza, gdzie jest grób  króla Jagieła, to opatrzywszy, żeby tamże to należało, a indzie tego jedno u tegoż ołtarza Jagiełowskiego nie używano. Zatem W.T. Panu Bogu poruczamy. Z Warszawy d. 23 Sept. R. 1589”

Jan Brosciusz (1581-1652) – matematyk, astronom, poeta, rektor Akademii Krakowskiej.

Ksiądz Stanisław Zając był nazywany żartobliwie Zajączkiem z Pabianic. Zapiski  wspominają, że był  kompozytorem oraz dyrektorem kapeli  królewskiej Roratystów w Krakowie. Komponował religijne dzieła muzyczne, które wykonywało 9 kapelanów śpiewaków. Zmarł około 1602 roku.

W 1913 roku  lotem błyskawicy prasę polską obiegła informacja o człowieku nazwiskiem Kruk (Struk), który zmarł w Pabianicach w wieku 120 lat, był on  także najstarszym uczestnikiem Powstania Styczniowego.

Człowiek, który żył w trzech wiekach

W Pabianicach pod Łodzią zmarł M. Kruk. Urodził się on w roku 1793 w Hiszpanii, skąd powędrował do Krakowa. Przed 50 laty walczył naprzód jako żołnierz, a potem jako oficer. W młodych latach przeniósł się do Łodzi, gdzie do spółki z założycielami fabryki Poznańskich handlował wełną. Na starość przeniósł się do Pabianic, gdzie zmarł w 120 roku życia. Dopiero przed 5 laty przestał pracować. Do końca życia był gorącym patriotą polskim (Przyjaciel Ludu, 15.06.1913)

Artur Kosiorowski  jest autorem książek autobiograficznych „Wiosna życia” (2013) i „Byłem geniuszem” (2014), pisze m.in. : (…) w pewnym momencie mijał mnie kabriolet. Machałem, ale dziewczyna, piękna i młoda uniosła tylko ręce znad kierownicy pokazując mi, że nie ma  mnie jak zabrać. Było w tym coś szalenie młodzieńczego. Szalona młodość. Szalony hippisowski sen. Jakoś dotarłem do Pabianic i w tramwaju spotkałem znajomego, któremu powiedziałem, że właśnie wracam z wycieczki do Częstochowy.(…)

(…) kiedy dojechałem do rodzinnego miasta był wczesny ranek. Słońce zaczynało świtać. W powietrzu było coś takiego, że czułem, że kocham i nienawidzę tego miasta. Uczucie miłości jednak przeważało. W dodatku wsiadłem do autobusu, który zanim dobrnął do mojego przystanku, okrążał całe Pabianice, toteż miałem okazję zrobić rekonesans na starych śmieciach. (…)

Ludwik Śledziński we wspomnieniach „Proces czterdziestu czterech więźniów w tobolskiej katordze”, które ukazały się w Robotniku (24.02.1927) wraca pamięcią do zesłańca z Pabianic – Drobniewskiego:  (…)Tak się spokojnie mówi: „każdy dostał 99 rózeg”, ale jak wyglądał taki więzień i jakie musiał znieść męki, niech posłuży następujący obrazek: towarzysz Drobniewski z Pabianic zupełnie niewinnie dostał 75 rózeg, posadzony o niedoniesienie o ucieczce dwóch kryminalnych więźniów. Gdy tow. Drobniewski wszedł do celi obity i zakuty w kajdany, to od razu zrozumieliśmy, że cos okrutnego mu zrobili więzienni kaci.

- Co wam jest, towarzyszu, dlaczego zakuli was w kajdany?

Towarzysz Drobniewski z trudnością doszedł do okna, oparł się rękami o parapet i przez kilka minut przy grobowej ciszy całej celi nic nie odpowiadał. Myślał wtedy o samobójstwie, a gdy nam powiedział, że bili go rózgami, że krew się z niego leje, tośmy go natychmiast rozebrali, by mu pomóc i załagodzić ból! Cóż się wtedy okazało? Otóż jak nas było w celi 9 osób, tak wszystkie ręczniki zużyliśmy na obmywanie krwi, a najmniej poł godziny straciliśmy czasu na wyjmowanie pączków i skórki z rózeg, które powięzły w porozrywanym ciele na bokach bioder i na siedzeniu. Ciało w tych miejscach było tak posiekane rózgami, jak mięso na kotlety. Doprawdy, ani słowa przesady tutaj nie ma, bo zapałkami i kawałeczkami rózeg z miotły wydobywaliśmy paczki i połupaną skórkę z rózeg, które tkwiły w posiekanym ciele.

Gdyśmy się już upewnili, że ciało pobite zostało już oczyszczone, to obłożyliśmy je mokrymi ręcznikami, czekając z sąsiednich cel na glicerynę i wazelinę, która po otrzymaniu wysmarowaliśmy wszystkie bolące części ciała. Pierwszą noc i dzień tow. Drobniewski nie czuł wielkiego bólu, ale z chwilą, kiedy ciało poczęło się zrastać i przy nieostrożnym ruszaniu się skóra zagojona zaczynała pękać, ból był straszny, nie do wytrzymania prawie, bo tow. Drobniewski, siedząc w celi, musiał się przecież poruszać. Pierwszy tydzień był po prostu okropny, drugi już  mniej dokuczliwy, a trzeciego nastąpiło straszliwe swędzenie gojącego się ciała.

Ludwik Śledziński (1875-1944) – pepesowiec, rewolucjonista, zesłaniec, poseł na Sejm RP.

W Życiu Pabianic nr 29/1959 znajduje się wiersz Krystyny Pietrzak „Moje miasteczko rodzinne”.

Lubię miasteczko rodzinne

I jego uliczki zielone,

Znam je od lat najmłodszych

Wszystko w nim jest znajome.

I stary ratusz w ogrodzie

Co widział dawne czasy

I park co „Strzelnicą” się zowie,

A przypomina mi lasy.

I nawet ten strumyk

Co płynie wśród zieleni

Jest oku memu miły

Choć w rzekę się nie zmieni.

I las kominów fabrycznych

Dodaje mu uroku,

A dymy co się z nich wiją

Nie drażnią mego wzroku.

Wszystko co z nim związane

Jest bliskie sercu memu,

Bo żyłam w nim od dziecka

I wdzięczna jestem jemu.

Za młodość w nim spędzoną,

Za szkolne lata miłe

Będę w nim wspominać

Przeżyte wszystkie chwile.

W XIX wieku ludzie odpowiedzialni za uprzemysłowienie regionu rywalizowali o pozyskanie rzutkich osadników. Filip Friedman  w artykule „Początki przemysłu w Łodzi 1823-1830” w: Rocznik łódzki poświęcony historii Łodzi i okolicy, 1933 wspomina  Gottlieba Kruschego.

(…) Niezmiernie charakterystyczne dla metod walki konkurencyjnej obu komisji wojewódzkich jest opowiadanie Gottlieba Kruschego, protoplasty słynnej pabianickiej rodziny wielkoprzemysłowej, który przybył początkowo do Turku, lecz ponieważ ta miejscowość mu się nie podobała, zamierzał przesiedlić się do Łodzi; na to nie chciała jednak żadną miarą zezwolić komisja województwa kaliskiego, proponując Kruschemu Pabianice, położone w województwie kaliskim. Równocześnie otrzymał Krusche od prezesa komisji wojewódzkiej mazowieckiej, Rembielińskiego bardzo ponętne propozycje, które skłoniły go do zawarcia kontraktu na osiedlenie się w mieście Łodzi. Z tym kontraktem w kieszeni został Krusche jednak ostatecznie namówiony, by zamienić definitywnie Łódź na Pabianice.

Michał Morawski wzmiankuje Pabianice w artykule „Materiały do dziejów m. Łodzi w archiwum akt kapituły katedralnej włocławskiej” w: Rocznik łódzki poświęcony historii Łodzi i okolicy, 1931.

„Compositio compromissialis inter Capitulum Cracoviense et Reverendissimum Episcopum Vladislaviensem ratione limitum inter Pabianice et Volborz Łodzia Łaznów (1597)”  Jest to zakończenie przewlekłego sporu o granice między  dobrami kapituły krakowskiej: Pabianice, a dobrami biskupa i kapituły włocławskiej(…).

Najcenniejszym odkryciem  profesora Morawskiego z Pabianic było odnalezienie aktu erekcyjnego  Łodzi z 1423 roku.

Michał Morawski (1898 Pabianice – 1940  Soldau) – teolog i historyk, profesor historii kościelnej i patrologii w Seminarium Duchownym we Włocławku, doktor habilitowany na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie, autor wielu publikacji, m. in. „Monografii Włocławka”.

W publikacji Pinkusa Nadela „Stary Cmentarz Żydowski w Łodzi: studium monograficzne”, 1938  odnajdujemy ślady pabianickie. Na tym cmentarzu  pochowany jest Mojżesz Baruch, syn Barucha Meiera w Działoszynie, za młodu osiadł w Pabianicach. Z czasem założył tkalnię mechaniczna i stał się właścicielem jednej z największych fabryk w Pabianicach. Po latach postanowił założyć skład wyrobów swej pabianickiej fabryki w Łodzi i w tym celu zamieszkał przy ul. Cegielnianej 27 (dziś Śródmiejska 10) we własnym domu, który w tym celu wybudował. Odtąd ulica Cegielniana w ustach ludności żydowskiej była nazywana przeważnie ulicą Barucha. Po jego śmierci objęli fabrykę jego 4 synowie: August, Izydor, Salomon i Baruch Meir. Trzej pierwsi synowie mieszkali w Łodzi, a przedsiębiorstwem w Pabianicach kierował Baruch Meir. August Baruch brał udział w życiu społecznym Łodzi i był przez długie lata członkiem zarządu Wielkiej Synagogi.

Joachim Silberstein urodził się w Pilicy, w gub. kieleckiej. J.S. pochodził z ustosunkowanej rodziny żydowskiej, która przybyła do Polski z Niemiec, gdzie główna gałąź tej rodziny nosi nazwisko Gumprecht. Rodzice wcześnie odumarli Joachima S., który jako młody chłopak udał się do Pabianic i tu, mieszkając kątem u krewnych, początkowo poświęcił się studiom talmudycznym w tamtejszym bet-hamidraszu. Ożeniwszy się porzucił studia talmudyczne i poświęcił się handlowi. Zrazu handlował lasami, następnie zakupił również dobro Lubornę niedaleko Tomaszowa Mazowieckiego. Tutaj urodził mu się w r. 1838 syn, Markus. Joachim dał swym dzieciom bardzo staranne wychowanie i wykształcenie, zarówno w duchu żydowskim, jak i świeckim, a szczególnie synowi swemu Markusowi dał wykształcenie handlowe w dziedzinie korespondencji i buchalterii.

W późniejszych latach przeniósł się Joachim S. do Łodzi. Tu brał żywy udział w życiu społecznym i przez pewien czas był również Starszym Dozoru Bóżniczego.

Ze wszystkich jego dzieci najbardziej wybił się Markus Silberstein, jeden z najznakomitszych żydowskich przemysłowców łódzkich. Markus S. początkowo był buchalterem firmy Kindlera w Pabianicach, następnie przeniósł się do Łodzi i założył przy ul. Nowomiejskiej skład komisyjnej sprzedaży wyrobów Kindlera. (...)

Marek Janczyk jest autorem książek „Okręt wuja Czesia” (2008) oraz „Antonówka” (2010). W tej ostatniej  znajdujemy fragment akcji dziejącej się na ulicy św. Jana w Pabianicach.

(…) Zbliżając się do centrum, minęli znajome z dzieciństwa , nieczynne od dawna kino Mazur. We wnękach, wypełnionych niegdyś programem repertuaru i fotosami filmowymi, dziś pozbawione szyb gabloty obwieszczały upadek niechlujnie przybitymi paździerzowymi płytami. Na jednej z nich ktoś czarnym sprayem napisał:

„Kino umiera.

Za jego starą fasadą

Pod zwalonym dachem

Straszą tysiące wzruszeń.”

Przeszli na druga stronę ulicy. Kryjąc się przed podmuchami zimnego wiatru, przemieszczali się pod wysokimi ścianami biblioteki miejskiej.

- Jeśli mamy pójść na horror, to właśnie minęliśmy właściwe kino – powiedział Julian.

- Rzuć ten pomysł władzom miejskim. Zamiast zezwalać na budowę supermarketów w samym środku miasta, być może zorganizują w Mazurze centrum Halloween.

Zbliżając się do pałacyku ślubów, zatrzymali się na chodniku, by przepuścić osłanianą wielkim parasolem, wspartą na ramieniu przyszłego męża, zjawiskowo białą postać przyszłej żony.

Piotr Łossowski w pracy „Zerwane pęta: usunięcie okupantów z ziem polskich w listopadzie 1918 roku” (1986)  opisuje dramatyczne chwile odzyskiwania niepodległości: (…) Niemcy maszerowali spod Łodzi. Ruchowi ich dało najprawdopodobniej początek wystąpienie w Pabianicach szwadronu 8 pułku dragonów. Członek POW z Pabianic Bernard Szeler widział, jak we wczesnych godzinach rannych 11 listopada wyjechał galopem z Pabianic w pełnym rynsztunku „oddział dragonów bawarskich”, tracąc w strzelaninie „kilku rannych i zabitych”. Dalej Szeler podaje, że dragoni zostali podobno zatrzymani i rozbrojeni  na Górach Dobrońskich.

To ostatnie twierdzenie nie odpowiadało prawdzie. Dragoni nie tylko nie zostali pod Dobroniem rozbrojeni, lecz pociągając za sobą oddziały piechoty i grupy żandarmów maszerowali dalej przez Łask i Zduńską Wolę na zachód.(…)

Stanisław Madej  - mieszkaniec Górki Pabianickiej - we „Wspomnieniach z lat wojennych” (bez roku wydania) pisze: Zaczęło się w piątek pierwszego września wczesnym rankiem. Mama i ojciec byli na targu w Pabianicach. Wzięli duże kosze pięknych pomidorów. Czekaliśmy na świeże bułki i wędlinę, a może nowe buty lub pończochy. Ja miałem iść do szkoły. Miał to być mój pierwszy dzień. Nie pamiętam czy byłem, czy też nie. Pamiętam natomiast potężny wybuch od którego wszystkie szyby w oknach zadrżały. Było to pierwszego lub drugiego września. Spadły pierwsze bomby na stację w Pabianicach. (…)

Żanna Kormanowa w książce „Ludzie i życie” (1982)  przywołuje postać Teofila Wojeńskiego, pepesowca,  polonisty, nauczyciela w „Handlówce” w Pabianicach, członka Rady Robotniczej w 1918, prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego w latach 1956-1960, profesora Uniwersytetu Warszawskiego. 

1937. Przypominam sobie posiedzenie redakcji „Miesięcznika Nauczycielskiego”. Odbyło się ono w mieszkaniu Ehrenreicha, nauczyciela – komunisty, na którejś z przecznic Marszałkowskiej, Wilczej, czy Wspólnej. Duży ciemny pokój stołowy, długi, prostokątny stół przykryty obrusem. Wokół stołu ludzie, ożywiona dyskusja, planowanie numeru, układu pisma, posunięć organizacyjnych. Zatarły się, niestety w pamięci szczegóły dyskusji, dokładniejszy termin zebrania, nawet twarze ludzkie – pamiętam dokładnie  spośród 8-10 zebranych gospodarza lokalu, Henryka Altmana i Teofila Wojeńskiego, niegdyś mojego nauczyciela i wychowawcę w Pabianicach pod Łodzią, wówczas – na krótko wizytatora ministerialnego. (…)

1945. Wzruszeniem było spotkanie z moim ongiś nauczycielem i wychowawcą, Teofilem Wojeńskim, następnie prezesem ZNP. Przyszedł do Lublina spod Warszawy, sterany, ale raczej pogodny; pamiętam dziś jeszcze sznurek zamiast łańcuszka na kamizelce, gdy sięgał po kieszonkowy zegarek. Ciekaw był wszystkiego, co robimy, co zamierzamy, mówił też o sytuacji w szkołach na terenach jeszcze okupowanych.

Żanna Kormanowa (1900-1988) – działaczka komunistyczna, historyk, publicystka, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, absolwentka szkoły średniej w Pabianicach. 

Tadeusz Korzon w pracy „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta” (1897)  pisze o miastach będących własnością kościelną, które czyniły starania, aby na fali XVIII –wiecznych reform wybić się na większą niezależność. Wśród nich znalazły się również Pabianice.

(…) Podanie do sejmu od miast duchownych o rozszerzenie na nie prawa sejmu o miastach wolnych królewskich (druk bez daty zapewne z roku 1791). Podpisały się tu: Łowicz, Skierniewice, Piątek, Skaryszew, Tarczyn, Jeżew, Słupca, Zagórów, Przybyszew, Wolborz, Pułtusk, Kielce, Raciąż, Daleszyce, Dolsk, Kamieniec Mazowiecki, Pabianice, Łaskarzew, Rzgów.

Tadeusz Korzon (1839-1918) – prawnik, historyk, przedstawiciel warszawskiej szkoły historycznej. 



Nicholas Stargardt w pracy „The German War: A Nation Under Arms, 1939-1945”, 2015 przytacza wspomnienia Wilma Hosenfelda z przyjazdu do Pabianic na początku wojny.

(…) Wydawało się, że szybki atak Niemców nie wpłynął na codzienne życie miasta. Wilm Hosenfeld przyjechał wraz z podoficerem i  sześcioma żołnierzami do Pabianic, 10 kilometrów na południowy zachód od Łodzi, szukając kwatery dla swojej grupy.  Pokryci kurzem z nieutwardzonych dróg, mężczyźni  zeskakiwali z auta i polewali się wodą z pompy na podwórku. Hosenfled wywołał zainteresowanie dzieciaków, sięgając po szczoteczkę do zębów. Dał 10 fenigów chłopcu, który pompował wodę i Niemcy poszli kupić lody czekoladowe do kiosku w parku. Następnego dnia Hosenfeld udał się na zakupy. Nie było wielkich zniszczeń, po prostu tłum uciekinierów z przygranicznych terenów, wraz z przepełnionymi wozami konnymi.  Wiele kobiet i dzieci przemieszczało się boso po zakurzonych ulicach, ciągnąc wózki ręczne lub pchając wózki dziecięce.

Hosenfeld i jego ludzie otrzymali zadanie pilnowania dużego obozu jenieckiego, ulokowanego w jednej z fabryk włókienniczych. Każdego dnia przybywało tysiące jeńców. Niemcy, którzy służyli w wojsku polskim zostali natychmiast zwolnieni do domów, wyłuskano także żołnierzy Żydów. „Brutalne postępowanie przeraża mnie” – pisał Hosenfeld, ale również odnotował, że polscy jeńcy patrzyli na to „z ulgą”, opowiadając każdemu kto chciał słuchać, jak Żydzi ich wykorzystywali. Nie znajdując żadnych bogatych Żydów w mieście, Hosenfeld  konkludował, iż „skoro bogaci uciekli, to biedni Żydzi muszą za nich zapłacić”. Żydzi pabianiccy zostali szybko wysłani do zasypywania transzei, które wykopano w poprzednich tygodniach. (…)

Hosenfeld przyczynił się do spopularyzowania Pabianic. W setkach publikacji  cytowane są jego wypowiedzi dotyczące pobytu w Pabianicach,  wtedy bowiem lepiej zrozumiał niegodziwość  nazistowskiego systemu przemocy. Joe Greek w pracy „Righteous Gentiles: Non-Jews who fought Against Genocide”, 2015 pisze: In August 1939, just one week before the invasion of Poland Wilhelm Hosenfeld was drafted into the German army. He was first stationed in Pabianice, Poland. Then, in July 1940 he was transferred to Warsaw, where he would remain until the end of the war. Prior to being drafted, Hosenfeld had already developed feeling of animosity and mistrust toward Hitler’s authoritarian government. He had also become increasingly disgusted by what he saw as mistreatment and persecution of Poles and Jews at the hands of his misguided countrymen.

Donald Kenrick w kronice „Historical Dictionary of Gypsies (Romanies)”, 2007  przedstawił dzieje Romów od czasów najdawniejszych po chwilę  obecną. Nie zabrakło wzmianki o Pabianicach.

1995 Austria: czterech Romów poniosło śmierć w wyniku wybuchu bomby w Oberwart. Bułgaria: Jedna osoba zginęła w wyniku  zbrodniczego podpalenia bloku mieszkalnego w Sofii. Angel Angelev  zastrzelony przez policję w Nowej Zagorze. (…) Polska: małżeństwo romskie zostało zamordowane w Pabianicach.

W 1985 roku w USA wydana została  monografia Jana Józefa Lipskiego „K.O.R. A History of Workers Defence Commmittee in Poland, 1976-1981”. Jest to opowieść o Komitecie Obrony Robotników, w której pobrzmiewają także echa pabianickie. Pojawia się też nazwisko Marka Chwalewskiego, elektryka z Pabianic – sygnatariusza listów protestacyjnych do władz komunistycznych.

The next wave of strikes occurred in the fourth quarter of 1978. From October 9 to October 11, there was a strike in the Pabianice Bandages Factory (PASO). Workers of the Pabianice Pharmaceutical  Enterprises “Polfa” struck from October 10 to October 14. On October 26 there was a strike in the Łódź Candy Factory Optima, on November 18 a strike in the Pabianice Light Bulb Factory POLAM; and on December 1 in the Pabianice Technical Textiles Factory. The strikes resulted from the lowering of wages.



Wacław Śledziński w książce „Rzeka Limpopo wpada do Tamizy”, 1958  pisze o przedsiębiorczych pabianiczanach, którzy zrobili karierę w Afryce.

(…) Bracia Moryc i Dawid Kalmek, którzy partolili ubrania w Pabianicach, w Polsce, pewnego dnia zapakowali na furmanki mnóstwo dzieci, kochające żony, cztery stare Singery i przyjechali do Johannesburga, gdzie wkrótce zrobili fortunę, dochodząc do ogromnych fabryk.

Jerzy Stefan Stawiński w „Pogoni za Adamem”, 1963  wspomina kolejnego pabianiczanina.

(…) Dobrze, że pan jesteś – powiedział po polsku z zabawnym, rzadko już spotykanym w Polsce żydowskim akcentem. Pan rodem z Łodzi? – zapytałem. – Tuś pan nie zgadł – ucieszył się. -  Z Pabianic. – Niewielka różnica – uśmiechnąłem się. – Pan dawno w Argentynie? – Z Polski wyjechałem na rok przed wojną – stwierdził.

W powieści Stawińskiego „Katarzyna”, 1955 parę razy przewijają się Pabianice.

(…) Wszystkie działy odwiedzał codziennie. Szedł przez tkalnię dumny i prosty, z przystrzyżonym już nieco wąsem, w płaszczu z karakułowym kołnierzem, w czarnym meloniku, opierając się na lasce ze srebrną gałką, za nim postępowali gęsiego, podług wieku trzej synowie kształceni w Niemczech: najstarszy Robert, doktor praw, średni, Eugen, inżynier włókienniczy i polski oficer rezerwy, oraz najmłodszy Juliusz, inżynier mechanik. Córkę wydał za fabrykanta z Pabianic, powiększając i tak gęstą sieć koligacji. Biuralistów i majstrów zatrudniał wyłącznie Niemców, bacząc pilnie, by prowadzili się skromnie i przestrzegali zasad ewangelickiej wiary (…).

(…) Chciałam mówić z sekretarzem Pokorą – powiedziała Katarzyna. – To ja – odparł tamten i zasiadłszy za stołem spojrzał na Katarzynę podejrzliwie, nie zdejmując czapki. – Czego chcecie? Katarzyna przedstawiła się, nie wywarło to na sekretarzu żadnego widocznego wrażenia. – Chciałam was prosić o pomoc – powiedziała. – Nie mogę się nawet dowiedzieć, kto w Dymnie jest przewodniczącym kola ZMP. Jeżeli tak dzieje się w siedzibie gminy, to co dopiero mówić o innych wsiach? – przecież Szarak – burknął Pokora. – Ale on się wypiera! Mówi, że nie! – zawołała Katarzyna. – Bo to jego brat. Pojechał do Pabianic, do fabryki. Mówią, że to lżejszy chleb.(…)

J.S. Stawiński (1921-2010) – prozaik, scenarzysta, reżyser, współtwórca polskiej szkoły filmowej.

Jan Lorentowicz z Pabianic był celem żartów Juliana Tuwima. J. Tuwim, T. Stępień ”Kabaretiana”, 2002: (…) Lecz nim skończy się szopka, zanim będzie ciemno. Chciałbym zobaczyć tamtych, co byli przede mną. Kochany pułkowniku, idź więc za kulisy. Chcę ich wszystkich nagrodzić, niech wyjdą na bisy. Ppłk Vient-en-avant wybiega. Przechodzi Lornetkowicz: Dziadek Landru teatralny (…), żeś był długo psotny, i że cię pożar pożarł, i nie zdasz się na nic. Jak order trzeciej klasy bilet niepowrotny wepnij sobie w cylinder i wróć do Pabianic.

Józef Szczublewski w „Pierwszej reducie Osterwy”, 1965 opisuje starcie Lorentowicza z prominentnym skamandrytą Antonim Słonimskim.

(…) Po przedstawieniu zaczęła się zabawa, na którą przyszedł Lorentowicz. Około północy na zabawę przybyła grupa skamandrytów, z nimi Leon Schiller. Byli podpici, bo tegoż wieczoru wypadało uczcić drugą rocznicę pierwszego ich występu w kawiarni „Pod Pikadorem”. Schiller triumfalnie dźwigał oszkloną gablotę z afiszami „Rozmaitości”, który właśnie urwał ze ściany pod filarami. Za nim sunął lekkim krokiem Antoni Słonimski. Wściekł się Lorentowicz, gdy ujrzał satyryka nie oszczędzającego jego godnej osoby i krzyknął na całą salę: - Albo wyjdzie Słonimski, albo światło każę zgasić! W konsternacji szybko padł rozkaz Osterwy: - wyjdzie Reduta. I wyszła. Osterwa – pierwszy. (…)

Słonimski odpowiedział pamfletem. A pamflet wydany przez Słonimskiego po swojemu podliczył trzynaście miesięcy. W pamflecie oberwał za afront Lorentowicz (rodem z Pabianic) wymieniony jako „wykopalisko” z Pabianic (człowiek z epoki kamienia żółciowego).

Melchior Wańkowicz w „Anodzie i katodzie”, 1980 odnotował, że w dyskusji na temat konkursu pamiętnikarskiego dla lekarzy, zabrał głos doktor Eichler z Pabianic.

(…) Natomiast otrzymałem kilka głosów ze sfer lekarskich potępiających wybór jury. Doktor Eichler, lekarz z Pabianic, pisze: „Odnoszę wrażenie, iż Wańkowicz, spojrzawszy oczyma pisarza na walory literackie pamiętnika nie dość krytycznie odniósł się do autorki, jako do lekarza.”

M. Wańkowicz (1892-1974) – pisarz, dziennikarz, reportażysta, publicysta.

Jan Krok-Paszkowski jest autorem książki „Bobuś żywy”, 1972 , w której   pojawiają się także Pabianice.

(…) Szynka zapiekana z marchewką, dwie piramidy kartofli w talarki pokrajanych i przysmażonych – oto raj, choć Bobuś szynki nie tknął. Pił za to do kartofli chrupiących wino, Blondyn z butelek różnych nalewał. I dziwił się Bobuś, że raz wino słodkie było i lepiące, to znów cierpkie, czy kwaśne, to białe i musujące. Pies z tymi Niemcami tańcował, co pod koniec wojny takie trunki mieli. Ale nic, bo właśnie się Elżuni na szczerość zebrało i mówiła: - ot będzie dwa lata temu z  Zochą w Leningradzie z polskiego przepytywały się. A słyszy to przepytywanie Galina Siergiejewna i mówi: Ot, czysto powariowały. Tu Niemcy – mówi – podkopują się, a one z książkami. A Zocha: - A mnie straszno było w nocy ze spadochronem skakać. I mówi nam Jewgienij Azow: W Pabianicach będziecie w kwadrans, choćby i nikt nie czekał. No a jakże czekał. (…)

J. Krok-Paszkowski (1925-2007) – pisarz, publicysta, szef Polskiej Sekcji BBC, pracownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa.

Emanuela Cunge napisała wspomnienia „Uciec przed Holocaustem”, 1997. Urodziła się w zasymilowanej rodzinie przemysłowców z Pabianic, po wojnie była dziennikarką sportową.

(…) Przyszłam na świat jako pierwsze dziecko zawartego z miłości małżeństwa najstarszego syna znanego przemysłowca i jedynej córki artysty introligatora. Związek ten był od początku źródłem poważnych konfliktów między obu rodzinami. Sceną  na której rozegrał się romans dwojga młodych, niespełna dwudziestoletnich bohaterów, było małe, ale bardzo uprzemysłowione miasto Pabianice, o tradycjach kulturalnych sięgających średniowiecza. (…) Wszystko składało się na zasadnicze różnice, dzielące rody Faustów i Kantorowiczów. Herman Faust wywodził się z rodziny tkaczy, ale dzięki wybitnym zdolnościom i fantazji twórczej bardzo szybko przekształcił swój prymitywny ręczny warsztat w małą, stale rozrastającą się fabryczkę. Ogromna pracowitość i umiejętność stosowania się do gustów odbiorców, których krąg nieustannie się powiększał w związku z rozbudową sieci kolejowej w azjatyckiej części Rosji, owocowały obficie i wkrótce czterech z jego pięciu synów pracowało w pabianickiej fabryce. Najstarszy syn, cieszący się bezwzględnym zaufaniem, dźwigał lwią część obowiązków produkcji na swoich barkach. Jednocześnie był uosobieniem władzy pedagogicznej wobec młodszych czterech braci i czterech sióstr.

Głowa rodziny Herman Faust, hołdował religijnym tradycjom, respektowanym przez jego przodków, mimo iż był mniej surowy w ich przestrzeganiu aniżeli żona trzymająca w ryzach cały dom i korzystająca z upodobaniem z porad miejscowego rabina. Zupełnie odmienne oblicze prezentowała rodzina Kantorowiczów, z której pochodziła moja matka. Tam wyrocznią była żona, pani Karolina, powszechnie zwana „piękną Karolcią”, należąca do wychrzczonej jeszcze u progu XIX wieku warszawskiej rodziny Fajansów. Jej ideałem było korzystanie z uciech życiowych, co często kolidowało z obowiązkami żony i matki. Opowiadano, że nawet strata syna, który po kilku awanturniczych latach spędzonych z jakimś wędrownym cyrkiem został  w tajemniczy sposób zastrzelony przez rosyjskich żandarmów podczas łódzkich rozruchów,  a potem męża Emanuela, zmarłego na rok przed moim urodzeniem, nie przeszkodziła pięknej Karolci w tradycyjnej wyprawie za granicę do wód, a następnie w znalezieniu stosunkowo szybko pociechy w nowym związku małżeńskim ze starym kawalerem, ziemianinem, Norbertem Kołtońskim. Opinia postępowej kobiety nie opuszczała jej do śmierci. Zasiadała po pierwszej wojnie światowej w radzie miejskiej, w licznych procesach sądowych, kiedy wadziła się o byle głupstwo ze swymi lokatorami, obchodziła się bez adwokata, broniąc skutecznie i z dużym krasomówstwem swoich praw. (…)

W drugim tomie „Słownika muzyków Polskich”, red. Józef Chomiński, 1967  znajdujemy wzmianki o pianistce z Pabianic i organiście Kościoła Mariackiego w Krakowie.

Zbijewska – Prosnak Maria, 22 XII 1911 Pabianice, 3 II 1962 Warszawa, pianistka i pedagog. Studia muzyczne odbywała w Konserwatorium Warszawskim u W. Chrapowieckiego, P. Lewieckiego i M. Jacynowej. Od 1932 występowała wielokrotnie jako solistka, kameralistka i akompaniatorka na koncertach i w Polskim Radio. Od 1948 pracowała jako pedagog w PŚSM nr 1 w Warszawie.

Z Pabianic Maciej organista Kościoła Mariackiego w latach 1594-95.

„Akcja dywersyjna „N”. Dokumenty i materiały z archiwum Tadeusza Żenczykowskiego”, 2000. Rzecz dotyczy  działań dezinformacyjnych (fake news)  polskiego podziemia podczas drugiej wojny światowej. W sierpniu 1941 roku została spreparowana ulotka wykazująca, że zwolennicy Hessa prowadzą ruch odrodzenia partii nazistowskiej, gdyż Hitler i jego otoczenie zdradzili ideały partyjne. Ulotka „Erneuerungsbewegung NSDAP”  wzywała do zakładania komórek nowego ruchu we wszystkich miejscowościach Trzeciej Rzeszy i w wojsku.

(…) Ze zrozumiałych względów trudną jest rzeczą stwierdzić dokładnie jaką reakcję wywołuje bibuła „N” w poszczególnych wypadkach. Można jednak wyrazić obiektywne przekonanie, że trafia ona zgodnie ze swym przeznaczeniem i jest chętnie czytywana, i wywołuje odpowiednie reakcje.

Dla ilustracji można przytoczyć kilka przykładów. Po pierwsze ulotka Hessa „Erneuerungsbewegung NSDAP” – w Pabianicach zawiązała się komórka nowego ruchu i rozpadła się dopiero po kilku tygodniach wobec braku dalszych instrukcji organizacyjnych. (…)

Julian Juźków w książce  „Tagma thanatu: wspomnienia z greckiej partyzantki”, 1977 pisze także o pobycie w obozie dla jeńców wojennych w Pabianicach na przełomie września i października 1939 roku.

(…) Następnego dnia Niemcy znów uformowali nas w kolumny i polnymi drogami popędzili w kierunku Łodzi. Zmęczeni i głodni dotarliśmy przez Łódź do Pabianic. Tu ulokowano nas w obozie na terenie magazynów fabryki włókienniczej. Podzielono nas na kompanie. Musieliśmy też skrupulatnie wypełnić formularze, których rubryki wymagały podania imienia i nazwiska oraz daty i miejsca urodzenia. Stanąłem  przed problemem: urodziłem się w powiecie tarnopolskim, ale od 1923 roku mieszkałem w Toruniu, gdzie się też ożeniłem i do tego dnia – przynajmniej formalnie – z żoną i synkiem mieszkałem. Za namową Wacka napisałem, że urodziłem się w Toruniu i wskutek tego przydzielony zostałem do grupy jeńców pochodzących z Pomorza.

Wkrótce Niemcy zaczęli zwalniać tych jeńców, którzy urodzili się do 1909 roku na Pomorzu i w Poznańskiem. Natomiast już od 1910 rocznika wysyłali Polaków do obozów jenieckich lub na roboty w Niemczech. W końcu października zostałem zwolniony z obozu jenieckiego w Pabianicach do swego miejsca zamieszkania, to jest do Torunia. Nie było to takie proste, bo należało zameldować się po niemiecku oficerowi i po niemiecku odpowiadać na pytania. Pytał, skąd pochodzę, ile mam lat, czym się zajmowałem, czy rodzice żyją … Odpowiadałem na pytania niemrawo i w sposób niepełny, niemiecki bowiem znałem słabo. Po chwilowym namyśle oficer wręczył mi jednak przygotowane już wcześniej zwolnienie. Gdy dostałem je do ręki, błyskawicznie znalazłem się przy bramie. Pokazałem papier wachmanowi, a gdy bramę otworzył, wyskoczyłem jak z procy. Bałem się, by mnie nie zawrócono.



Joseph Shavinsky w książce „And Then Came Man: Short Stories”, 1970 zamieścił taki oto dialog: Baruch sat down near a young couple who had married after the war.

Where are you from?

From Auschwitz.

I meant where do you come from originally?

From Pabianice. (…)

Nazwisko Bożeny Klekowskiej, pisarki z Pabianic pojawiło się w zbiorze wypowiedzi pamiętnikarskich  - “Jak żyjesz Polaku?”, 2001

(…) Nie brakuje tu przykładów ze środowisk twórców, dziennikarzy, początkujących pisarzy. Bożena Klekowska z Pabianic, swego czasu kierowniczka a następnie pracownica poczty, przechodząc różne kursy dla bezrobotnych, próbuje jednocześnie szans w różnych konkursach literackich, nawet z pewnym powodzeniem, choć to oczywiście na życie nie wystarczy.(…)

O Klekowskiej  - pamiętnikarce - znajdujemy wzmianki w publikacjach: Tadeusz Bodio „Political Leadership”, 2001, Tadeusz Michalczyk „Problemy społeczne w okresie transformacji ustrojowej”, 2004,  Bronisław Gołębiowski „Dramat awansu: studia, artykuły i szkice socjopolityczne”, 2004.

Mateusz Wyrwich „W celi śmierci”, 2002 : (…) Jakiś chłopak (podsadzony do okienka) odczytuje nazwę stacji, którą szybko minęli – Pabianice. Ktoś zauważa, że pewnie nie do Sowietów. Inny rzuca pomysł, by zorganizować ucieczkę. Znów dyskusja. Kilkuosobowa rada starszych wojskowych decyduje. Nie uciekamy. Może kilku się uda, a reszta zostanie zastrzelona przez konwój.(…)

Adam Winiarz w pracy „Szkolnictwo Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego”, 2002 pisze między innymi: W tym kontekście warto odwołać się do raportów Jana Jasińskiego komisarza wydziału policyjnego Komisji Województwa Kaliskiego, który z urzędu wizytował miasta na tym terenie. Po odwiedzeniu Pabianic w końcu kwietnia 1818 napisał w raporcie: „Szkoła miejska nie jest organizowana i nie zasługuje wcale, aby o niej wzmiankować; nauczyciel jest niezdatny i burmistrz, jak widać, bardzo mało, jako i proboszcz trudnią się tym przedmiotem”.

„Szkoła wiejska – pisze Jasiński – ulokowana w mieście pod dozorem ekonomii narodowej ma lepszego nauczyciela, lecz zbyt młode i wiejskie dzieci w zanadto wysokie mechaniczne rachowanie prowadzi nauczyciel, co w takiej szkole i dla tej klasy ludzi mniej jest potrzebnym i myślenie dzieci przytępia, forsując ich pamięć, o co przecież nauczyciele w każdej szkole starać by się powinni.”

Pabianice pojawiają się w opracowaniach dotyczących pierwszej wojny światowej także dzięki atakowi rosyjskich  samochodów pancernych na piechurów niemieckich.

Jerzy Cybusz „Świat oszalał: świat zza mgły”, 2019: (…) Od środy, 11 listopada do niedzieli, 6 grudnia 1914 roku w centralnej Polsce rozegrała się wielka, manewrowa i bardzo krwawa bitwa o Łódź. W bitwie tej, w której po raz pierwszy w czasie pierwszej wojny światowej Rosjanie użyli samochodów pancernych (pięć wozów rozpędziło siedem pułków niemieckich w ataku na Pabianice).

Helena Boguszewska, Jerzy Kornacki, „Pisma wybrane”, t. 2, 1956 przedstawiają rozmowę telefoniczną sanacyjnych urzędników:

(…) Tak, to ja, panie naczelniku. Jak zwykle. Pułkownik wyjechał wczoraj do Budapesztu na konferencję … Tak. Mam go zastąpić w tej komisji u pana. Tak, naturalnie … I jeszcze kto? Dyrektor Niski ? Znam oczywiście po imieniu, trzymaliśmy razem do chrztu w Pabianicach sztandar jakiegoś koła… Tak. Dobrze, więc jutro o dwunastej, a które piętro?

Elimelech Rak we „Wspomnienia żydowskiego działacza rzemieślniczego”, 2010 wplata wątek pabianicki.

(…) Przy tej sposobności chcę opowiedzieć historię naszego hymnu. Jak już wspomniałem potrzebowaliśmy hymnu rzemieślniczego. Melodię do niego znalazłem, gdy byłem na jubileuszu dziesięciolecia organizacji rzemieślniczej we Włocławku. Usłyszałem tam piękną melodię, którą  orkiestra Makabi grała na naszą cześć. Poprosiłem, by przysłano mi nuty tej melodii (okazało się później, że był to hymn Makabi). Przy różnych okazjach, podczas uroczystości, które urządzaliśmy, grano u nas ten hymn, którego tony pokrzepiały i uwznioślały. (…) Jako przewodniczący komisji kulturalnej centrali wydrukowałem w naszym czasopiśmie ogłoszenie, że kto napisze pieśń, która uznana zostanie za hymn, otrzyma nagrodę. Otrzymałem tylko jedną pieśń od działacza Kochmana z Pabianic, ale nie podobała mi się jako hymn. Tymczasem Resner odwiedził Pabianice i na bankiecie, który urządzono na jego cześć, zapewnił Kochmana, że jego pieśń stanie się hymnem rzemieślniczym. (…)

Józef Chałasiński w „Młodym pokoleniu chłopów”, t. 3, 1938 zamieścił  pamiętnik młodego człowieka, który czytał literaturę brukową, chodził do kina w Pabianicach i … ulegał stopniowej radykalizacji.

(…) Napotykałem opisy, jak herszt bandy, bez miłosierdzia mordował baronów, hrabiów i szlachtę za znęcanie się i krzywdę bezbronnego, poddanego.  Pod wpływem książek sensacyjnych zacząłem uczęszczać do kina, których było w mieście Pabianice dwa.  W kinie jednak nie interesowały mnie piękne bogdanki, grające rolę główną, interesowało mnie życie biednych, którzy zawsze występują w rolach, jak i w książce. I nieraz widząc nędzę tych ludzi wychodziłem z bólem w sercu, stając się jednak bezsilny, jak i oni sami. Zacząłem nienawidzić cały świat wyzyskiwaczy i postanowiłem kiedyś wstąpić do organizacji, która by odpowiadała moim poglądom w życiu.

Menachem Joskowicz, Mira Jankowska „Opowieści o radości i cierpieniu”, 1996. Autor wspomnień pochodził z rodziny przemysłowców zduńskowolskich. We wrześniu 1939 jechał tramwajem z Pabianic do Łodzi, aby  pobrać tam pieniądze na ostatnią wypłatę dla pracowników.

(…) Najgorszego jednak nie byliśmy w stanie przewidzieć. Ale zdarzały się rzeczy, które zapowiadały, że będzie coraz gorzej. Pewnego dnia przyszedł do naszego biura niemiecki robotnik, Efenberg się nazywał i mówi do mojego brata Icchaka : „Panie Joskowicz, niedługo pan tu będzie. To wszystko niedługo będzie nasze”. Niedługo potem nadeszła pora wypłat dla robotników. Icchak powiedział do mnie: „Pinchas, jedź ty po pieniądze do ojca w Łodzi”. Wysłała ze mną dwóch robotników niemieckich. Pojechaliśmy rowerami. W Pabianicach przesiedliśmy się do tramwaju. Kiedy wracaliśmy z pieniędzmi, za Pabianicami   zatrzymał nas patrol niemiecki, Kazali mi zostać na robotach przy kopaniu rowów. Na szczęście Niemcy z naszej fabryki wstawili się za mną. Powiedzieli: „Musicie go puścić, bo on jest potrzebny w Zduńskiej Woli. Miałem przecież wypłaty dla robotników. (…)

Książka Heleny Szereszewskiej „Józef i Hana”, 1998 przedstawia dzieje rodziny Szpilfoglów właścicieli uprzemysłowionego majątku pod Piotrkowem Trybunalskim. Znajdują się tutaj akcenty pabianickie.

(…) Najpiękniejszą panną na tym weselu była Amanda, niemiecka Żydówka, bratanica babki Krell. Bo jedyny brat jej Józef Adler, wyemigrował przed laty z Pabianic i osiadł w Dusseldorfie.

(…) Mieszkał w Pabianicach, małej mieścinie pod Łodzią. Był właścicielem tkackiej fabryki i jednym z tych pierwszych, którzy sprowadzili do Polski Niemców tkaczy. Ale zatrudniał także nielicznych w tym czasie tkaczy Żydów i nawet jeden z nich został jego zięciem.  Ten zwariowany Tanchum z rysów podobniejszy był do Polaka niż do Żyda. Gwałtowny z natury „Zwariowany Tanchum”. (…)

Cezary Harasimowicz – scenarzysta, aktor, dramaturg, pisarz, jest autorem książki wspomnieniowej „Saga, czyli filiżanka, której nie ma”, 2017.  Opisuje między innymi epizod, który zaistniał na stacji kolejowej w Pabianicach podczas ewakuacji mieszkańców Warszawy po powstaniu w 1944 roku.

Chrzęst stalowych kół. Stuk, stuk, stuk – coraz wolniej. Bydlęce wagony z ludzkim towarem zatrzymują się. Wzdłuż wagonów stoi szpaler ludzi. Podają przez okienka butelki z wodą, chleb, ser. Ujadanie psów. Wypuścili wilczury. Ludzie się cofają. Nie będzie wody i chleba. Pociąg rusza. Stuk, stuk, stuk. Postój, mignęła przez kraty nazwa stacji. Pabianice. Przy torach nie ma nikogo oprócz kilku wartowników. Pusto. Nie. Jest jakaś dziewczynka z tornistrem na plecach. Dlaczego ona ma tornister? Przecież są wakacje, jeszcze nie zaczął się rok szkolny. Może po prostu to córeczka kogoś z obsługi stacji, może w tym tornistrze tatusiowi przyniosła drugie śniadanie czy jakiś obiad? Co ona ma w tym tornistrze? Ile ona może mieć lat? Siedem, osiem… Boże … kartka, ołówek…

Ręce się trzęsą. Torba. Jest kalendarzyk z maleńkim ołówkiem. Krystyna pisze: „Proszę o zawiadomienie rodziców. Kraków …” Nie, nie mogę podać właściwego adresu … Podam adres cioci Gieni.

„Proszę zawiadomić rodzinę. Kraków, ulica Starowiślna 4 mieszkania 6”.

Zwinęłam, coś miałam ciężkiego, klucze od mieszkania miałam, w dziurkę od klucza wsunęłam kartkę, obejrzałam się jeszcze raz przez okienko, rzuciłam na peron.

Stuk. Klucze upadają obok bucików dziewczynki z tornistrem. Chryste. Nie widzisz kluczy, dziecko? Podnieś je!

Dziewczynka z tornistrem rozgląda się czujnie. W lewo. W prawo. Jeszcze raz w lewo. Wartownik się odwrócił. Dziewczynka błyskawicznie przykucnęła. Hyc, klucze w maleńkiej dłoni. Parę dni później na Starowiślną przyjdzie kartka pocztowa.

„Córka Krystyna wywieziona do Niemiec,  kierunek Litzmannstadt. Pabianice – jakiś podpis - Adam, Tomisława Królikiewicz, Kraków, Starowiślna 4 m 6.” Tę kartkę pocztową moja mama trzyma w szafce z pamiątkami.

Dziewczynko z tornistrem, jeśli jeszcze żyjesz, masz dzisiaj osiemdziesiąt lat. Roztropna, odważna, dzielna dziewczynko. Dziękuję w imieniu mojej matki i swoim imieniu.

Andrzej Strzelecki w opracowaniu „The Deportation of Jews from the Łódź Ghetto to KL Auschwitz …. (2006)  cytuje wypowiedź jednego z więźniów obozu koncentracyjnego, który miał do czynienia z dwoma pabianiczanami.

(…) I was sent from the ramp to a block nearer the entrance. Block 4 and after a few days I was moved to Block 22, where were many children like myself, 15 – or 16 –year boys. The block overseer was a young Pole from Pabianice, an Aryan. And his deputy was Wolkowicz – a Jew from Pabianice. Both of them robbed us of our food. I complained about this to the adult functionary prisoners. They cautioned him (…).

Katarzyna Person autorka “Archiwum Ringelbluma: Konspiracyjne Archiwum Getta Warszawskiego”, 2011 cytuje zapiski dotyczące sytuacji społecznej w okupowanym przez Niemców kraju.

(…) Czynna w zakresie kobiet, dzielna, ale chaotyczna, bliżej mi nieznana [Pani] Ż. (Pabianice). Informatorka była w Pabianicach do 7/IV 1940 tj. przez 8 miesięcy, licząc od wybuchu wojny. Pabianice zostały zajęte 7 września 1939 r. Od samego początku łapano do robót, katowano zarówno mężczyzn jak i kobiety bez względu na wiek. Z Polakami jeszcze gorzej się obchodzono niż z Żydami, choć ich do robót nie łapano (…). 

Mieczysław Bilski w książce „Końskie – ziemia, domy, rodziny”, 1995 opisuje przejście plutonu saperów przez Pabianice wczesnym rankiem 7 września 1939 roku.

(…) Pluton szedł zupełnie pustą szosą, słychać było tylko odgłosy bardzo dalekiej walki, poza tym pustka i cisza – było to bardzo niepokojące. I tylko odgłos  miarowych kroków i brzęk spadających drutów przerywały tę ciszę. Tak doszli do wiaduktu kolejowego nad szosą. Pilnował go oddział policji. Dowództwa policji powiedział, że ma rozkaz pilnować wiadukt i nie dopuścić do zniszczenia.(…) Saperzy zakupili co się dało do jedzenia i pluton wyruszył w kierunku Pabianic. Niedaleko za miastem był las, szli lasem wzdłuż szosy. W lesie zjedli chleb i konserwy popijając winem i postanowili zanocować tu na miejscu w lesie. Była noc z 5 na 6 września. Ostatni  uciekinierzy z miasta już przejechali. Szosa była pusta.(…) Postanowili dalej maszerować razem. W czasie dalszej drogi okazało się co znaczy doświadczenie wojenne starego żołnierza. Chorąży był starym żołnierzem, brał udział w bitwie pod Verdun wzięty do  wojska przez Niemców. Doszli razem do Pabianic. Tu ludzie ostrzegają przed dywersantami, żaden oddział nie mógł przejść przez Pabianice, gdyż ostrzeliwali go dywersanci. Za radą chorążego postanowili jednak przejść. Szli po obu stronach ulicy z bronią gotową do strzału. Szczęśliwie udało się przejść do bocznicy kolejowej, która była już za miastem. Tutaj pustka, stoją wagony towarowe, konne furmanki i ani człowieka. Chorąży się rozgląda. Jest wagon z chlebem, słoniną, jest i owies. Aby dalej iść, trzeba jeść. Zabierają więc dużą konną platformę, załadowują chleb, owies, słoninę z wagonów, składają też na niej plecaki i swoje narzędzia – łopaty, kilofy, toporki, wiązadła i idą dalej już nie obciążeni (…).  

W Encyklopedii Powszechnej, t. 22, 1866 znajduje się biogram Franciszka Rolińskiego  lekarza i rektora Akademii Krakowskiej.

Roliński (Franciszek), profesor Akademii Krakowskiej i zasłużony jej rektor, doktor medycyny rodem z Pabianic. Pierwszy stopień w filozofii otrzymał w tejże akademii w 1618 i zaraz wykładał w wydziale filozoficznym. W roku 1622 zapisany w metryce promocji jako magister nauk wyzwolonych i doktor filozofii. W r. 1642 dnia 5 kwietnia rozprawiał ubiegając się o miejsce w wydziale lekarskim nad ogłoszonym w tym celu pisemkiem Questio de apoplexia. Wcielenie nastąpiło tegoż roku dnia 17 października, profesorem został dopiero po oddaleniu Najmanowicza 1645 r. W czasie zajęcia Krakowa przez Szwedów, uniwersytet nie chcąc wykonać przysięgi, rozejść się musiał z ich nakazu. Za powrotem do miasta obrał on w r. 1657 rektorem Rolińskiego, później zaszczyt ten powierzono mu jeszcze trzykrotnie, ostatni raz w roku 1666. Prócz tego był on i rajcą miasta Krakowa i umarł tamże w r. 1674. Starowolski w pochwałach akademików krakowskich wielka Rolińskiemu przyznaje naukę  i sławę jako biegłemu medykowi i matematykowi. Istnieją także liczne panegiryki na jego cześć i wiersze na śmierć.

Panegirystami Franciszka Rolińskiego byli m. in. Kazimierz Arteński, który napisał „Vindex elegus piissimis manibus” (1674) po śmierci sławnego lekarza oraz Jan Roliński jr. który uczcił  ślub  swego ojca i Krystyny Zalazowskiej utworem „Carrus Nuptialis” (1652)

Roy Mac Lean „Next Exit Magic Kingdom: Florida Accidentally”, 2008. Autor napomyka o Natanie z Pabianic, który ocalał z Holocaustu

(…) They saw a film. But completely different when they can meet a survivor who really saw and talks to them person-to-person.  Nathan grew up in Pabianice, a medieval town near Lodz in central Poland. Before the war it was a prosperous textile centre on the old trade route between Krakow and Gdansk. Its population was 60. 000, including 12.000 Jews. By 1945 all the Jews had been killed. “Over here I know I’m an American and a Jew, so happens. But over there I was just a Jew.” As he speaks he uses his hands. He points over there towards Pabianice, then jabs a yellowed finger down here at the floor.” Over here we’re living in the best country in the world, because we have a vote.”

Maria Dąbrowska w “Przygodach człowieka myślącego”, 1970 pisze między innymi o trudnej doli  nastoletniego rzemieślnika.

(…) Przerobiłem w tej Warszawie parę miesięcy, alem już wiedział, że to była moja szkaradna pycha tak trochę nauki rzemiosła połapać i do dużego miasta się pchać. No dość powiedzieć trudno mi było … Powędrowałem do Łodzi, do Pabianic, też nie bardzo. Brać do roboty brali, ale jako niewyzwolony i niedorosły, tom za takie grosze musiał robić, że ledwo na suchy chleb starczało. (…)

Jan Głuszenia w książce „Tak chciałam doczekać”, 1992 opowiada o Marii Rodziewiczównie (1864-1944)  niegdyś niezwykle poczytnej  pisarce, którą wybuch drugiej wojny światowej zastał w Hruszowej k. Kobrynia (województwo poleskie). Została wysiedlona z majątku w październiku 1939 roku po zajęciu terenu przez Armię Czerwoną. Na podstawie fałszywych dokumentów przekroczyła granicę okupacji niemieckiej i wraz ze swoją przyjaciółką znalazła się w… Pabianicach.

(…) W tej sytuacji obie staruszki wynajęły furmankę i pojechały do Siemiatycz, aby przeprawić się łódką – nielegalnie – na stronę niemiecką. Ale nie powiódł im się ten plan, raz za wolno szły, innym razem zawrócił je patrol, a kiedy indziej zdradził je kaszel Marii – przewodnik odmówił ponawiania dalszych prób dotarcia do przystani. Wróciły więc autobusem do Brześcia.

Tymczasem w dawnej stolicy woj. pińskiego rozpoczęła urzędowanie komisja niemiecka do spraw repatriacji obywateli niemieckich: tj. Niemców oraz osób pochodzących ze Śląska i Poznania. Dzięki znajomościom z tworzącym się już miejscowym podziemiem Maria kupiła fałszywe dokumenty dla siebie – na nazwisko Anny Wirtz (tak się nazywała jej gospodyni) i dla przyjaciółki (jako Franciszki Seidel). Obie uchodzą teraz za Wołynien Deutsch. Jedna ze znajomych pań z komisji powiedziała Rodziewiczównie, że pojadą transportem do Łodzi – pod opieką Czerwonego Krzyża, a po trzech dniach kwarantanny wyruszą  do Warszawy. Wigilię Bożego Narodzenia – obie tułaczki spędziły w mieszkaniu państwa Korzeniowskich – w bardzo miłej atmosferze. Transport miał wyruszyć w trzeci dzień świąt Bożego Narodzenia. Już o godzinie 7 rano zebrali się oczekujący na wyjazd. Mróz – 18 stopni C. odjazd  nastąpił dopiero o zmroku. Jechali w zimnym, nieogrzewanym wagonie – zmarznięci i głodni.

Dopiero na stacji w Terespolu podróżnym wydano ciepłą zupę. Wbrew obietnicom pociąg o świcie minął Warszawę (uzbrojeni żandarmi stali przy drzwiach wagonów) i dopiero zatrzymali się wieczorem w Pabianicach. Podróżnym kazano wysiąść. Nocleg na wiązkach słomy, rozłożonych na cemencie. Po interwencji Jadwigi  Skirmuntówny w Czerwonym Krzyżu – staruszki otrzymały dwa łóżka na ogólnej sali. Po kilku dniach pobytu (2 stycznia 1940 roku) ciężarówkami przewożą nieszczęsnych podróżnych do obozu kwarantanny w Konstantynowie. Obozu strzegą uzbrojeni żandarmi. I znowu słoma i beton (…).

W 2002 roku ukazały się wspomnienia Alexandra Blumsteina „A Little House on Mount Carmel”. Autor w drodze na studia we Francji przejeżdżał przez Pabianice.

(…) Mother was crying and my heart was heavy leaving without her, but I did not want to jeopardize my studies in  France, with schools and universities starting in a few weeks. I had visited Father’s grave the day before and had taken him some flowers. It hurt so much to leave without him. Then there were last kisses and goodbyes, and slowly the train pulled out of the station. The train accelerated, the last chimney stacks of the suburb of Pabianice disappeared. I sat next to the window, eyes transfixed on the running rails. (…)



W 1914 roku, na początku wojny, miasto zostało ukarane przez Rosjan za życzliwość okazaną wojsku niemieckiemu.  Zdarzenie to przypomina Jolanta M. Kaleta w powieści „Wojna i miłość”, 2019.

(…) Choć Polacy nigdy nie darzyli Rosjan sympatią, po doświadczeniach z Niemcami z ulgą przyjęli ich powrót. Na Pabianice, za ich wyjątkowo gościnne przyjmowanie Niemców, nałożono kontrybucję w wysokości pięćdziesięciu tysięcy rubli. Przystąpiono także do wyłapywania podejrzanych o sprzyjanie Niemcom (…).

O incydencie dokładniej powiadamiał Nowy Kurier Łódzki (28.08.1914): „Skazanie Pabianic”. Z Pabianic donoszą, że na ulicach miasta rozklejono wczoraj obwieszczenie wyższej władzy wojskowej, z której polecenia aresztowano dziewięciu obywateli miejscowych i nakazano trzymać ich w gmachu ratusza jako więźniów, do dyspozycji władz administracyjnych za gościnne przyjęcie, okazane wojskom niemieckim, za wykonywanie ich nieprawnych zleceń i za przyjmowanie waluty niemieckiej w zamian za rosyjskie banknoty państwowe. Ludność niemiecka i żydowska Pabianic ma zapłacić rodzajem kontrybucji sumę 50.000 rb.

Maciej J. Kononowicz w tomie wierszy  „W sitowiu niebieskim”, 1957 pisze:

(…) W Betlejemie, mniejszym od Pabianic,

krzywe domki mrugają spod dachów -

za rogatką, w oślepłej latarni,

zasnął pająk w jedwabnym hamaku. (…)

W „Opowiadaniach zebranych”, 1987 Michał Rusinek chwali „przepiękne płótna” z Pabianic, wywiezione w głąb Trzeciej Rzeszy.

(…) Przecież jest nawet w Bad Ischl cały magazyn płócien przepięknych, wywieziony z Pabianic, z tymi samymi jeszcze okrągłymi pieczątkami (…).

W listopadzie 1939 roku Agenor Jastrzębiec-Kostka przebywał w obozie jenieckim w Pabianicach, o czym wspomina w książce „Życie niejedno ma imię”, 1995.

(…) Do obozu jeńców jest jeden kilometr. Należy iść zwartą kolumną. Kto odejdzie od kolumny na trzy kroki, będzie bez uprzedzenia zastrzelony. Zrozumiano? Wysiadamy i ustawiamy się piątkami. Zimno. Jest druga połowa listopada. (…) W Pabianicach, gdzie było przejściowe zgrupowanie w jakiejś fabryce włókienniczej, zrobiłem sobie wystruganym z patyka szydełkiem  rękawice z bawełnianej przędzy. Twarde były jak  z papierowego sznurka i przewiewne.(…)

Dariusz Rogut, Arkadiusz Adamczyk w pracy „Represje sowieckie wobec narodów Europy 1944-1956”, 2005 informują , iż po zakończeniu drugiej wojny światowej w Pabianicach miały być zorganizowane  punkty zborne dla niepożądanych  obywateli ZSRR.

(…) wszyscy obywatele ZSRR podlegający wydaleniu mieli być skierowani do punktów zbornych w Pabianicach, skąd mieli być odstawieni do miejsca przejęcia przez władze swego państwa. (…)

W okresie międzywojennym pabianickie fabryki odwiedzali członkowie  amerykańskiej organizacji Taylor Society, która zajmowała się promocją „naukowego zarządzania”. Swoje wrażenia z pobytu w Pabianicach  opisali w „Bulletin of the Taylor Society” (1930).

(…) The last time I was there we arrived in a two-horse sleigh, with straw under our feet and big blankets wrapped around us. In Pabianice we live in a wing of the plant manager’s house. There are always three of us on these trips – a staff engineer, a secretary and myself – and we are quite comfortable in three rooms and two baths. We usually arrive about midnight Sunday and in the summer we are invariably welcomed by nightingale in the gardens. During the season we usually get up in time to go out in the garden  and pick enough strawberries or currants for our breakfast, which is served on the piazza. In Switzerland our hotel and the windows of the office in which we work, look out across the lake to Mont Blanc. (…)

Autor relacji zachwyca się parkiem i  ogrodem fabrykanta, w którym słuchali słowika i zbierali pyszne owoce.

Przed wojną w Zakopanem istniała willa „Pabianka”.  Henryk Jost  w tomie wspomnień „Zakopane czasu okupacji”, 1989 pisze: (…) Kretschmer dorobił się przed wojną willi „Pabianka” na Parcelach Urzędniczych (dziś ul. Szymanowskiego). Nazwał ją tak, bo pochodził z Pabianic. (…)

Pabianice były często przedstawiane jako „twierdza przemysłu” rozrywana licznymi konfliktami, albo sielskie i senne miasteczko. Bolesław Prus pisał: W miasteczku Pabianicach, może Kocku, a może jakimś innym pewna liczba obywateli miała domki drzewami otoczone (Kroniki t.3).

O zwyczajach carskich czynowników w Pabianicach na przełomie XIX i  XX wieku  świadczy  oryginalna publikacja „Dwudniowe łowy. Gawęda rymowana na pamiątkę polowania 20-21 września 1890”, która została wydrukowana w pabianickiej  drukarni Stanisława Stefana w 1909 roku.  Bohaterami gawędy są: naczelnik straży ziemskiej – Nił Sobolewski, burmistrz Pabianic – Zygmunt Szołowski, rachmistrz (referent ogniowy) – Władysław Osikowski, referent policyjny – Karol Kicman, archiwista powiatu – Tomasz Kalinowski, sekretarz magistratu miasta Pabianic – Aleksander Kosiński.

Grono tęgich myśliwych, w dobre flinty zbrojne,

Zapragnęło raz „kotom” wydać wielką wojnę.

W tym celu uradzono naprzód  do klasztoru

Widawskiego pojechać a stamtąd do dworu

W Rogoźnie, kędy dziedzic, znany z uprzejmości,

Obiecał chętnie przyjąć tych myśliwych gości. (…)

Kamil Sipowicz „Hipisi w PRL-u”, 2008 : „Mając 14 lat świadomie czytałem Bhagawadgitę, Upaniszady, polskie tłumaczenie oczywiście. I o ile pamiętam … coś z tego wydane było w Pabianicach, o dziwo. Ja też ją czytałem. Bhagawadgita to moja pierwsza hinduistyczna książka.”

Tadeusz Nowakowski „Byle do wiosny”, 1975 : „(…) Towarzysze, nie łamcie sobie watykańskiej głowy, bo gotów jeszcze ktoś pomyśleć, że was boli niedoskonałość Kościoła katolickiego – kontynuował sekretarz wachlując się cyklistówką – ale z Florczykiem, o czym wy nie wiecie, lepiej nie zadzierać, on już niejednego wykończył w tempie mazura. Nie bez kozery – wykrzykiwał dalej, to „kozera” to jego ulubione słowo – nazywają w rzymskiej kurii polskiego braciszka wzorem cnót kapłańskich i najgłośniej wychwalają go w słowie i piśmie za absolutne posłuszeństwo wobec przełożonych, nie za męczeństwo w kacecie, to ich mniej interesuje, lecz za ślepą subordynację wobec władzy duchowej. A wam się w Pabianicach wydaje, że Rzym go beatyfikuje dla pięknych  polskich oczu. I tak dalej i tak dalej. Mądrzył ci się ten nasz kieszonkowy Voltaire aż wstyd powtarzać.”

Tadeusz Nowakowski (1917-1996) – pisarz i publicysta emigracyjny.

W Encyklopedii Powszechnej, 1865 pojawiło się hasło „Pabianice”. Jest to jeden z pierwszych opisów miasta, który  ukazuje  odległą przeszłość i zaczątki industrializacji.

PABIANICE, miasto rządowe w guberni warszawskiej, w powiecie sieradzkim, nad rzeką Dobrzynką, od Sieradza mil 6  3/7 odległe. Podług tradycji miejscowej była to wieś Słupiec zwana i wśród lasów leżąca, która z czasem od bawienia się książąt na łowach, nazwę Pobawianic przybrała. Ale dawne dzieje powiadają co innego.

Podług Długosza w XI wieku stał na tym miejscu zamek, który z okoliczną włością stanowił kasztelanię zwaną Chropi, do ziemi sieradzkiej należącą. Władysław Herman na ubłaganie u niebios płodności dla żony swej Judyty, kapitule krakowskiej darował je w r. 1084. Dobra te jednak zmuszona była kapituła sprzedać później jednemu z poprzedników Kazimierza Sprawiedliwego, po czym znowu odzyskała je na mocy przywileju książęcego w r. 1189, który wrócił takowe bezpłatnie, dodając inne jeszcze dochody.

Za czasów Długosza w XV wieku już to miejsce nazywało się Pabianice i wkrótce wyniesione było na miasto. Zygmunt August przywilejem 1555, urządził w nim cechy i rozmaite nadał swobody, które potwierdzali i pomnażali następni monarchowie polscy, po inkameracji zaś dóbr duchownych przeszło na własność rządową.

Starożytny ratusz w tym mieście, jak mówią z książęcego zameczku przerobiony, nosi na sobie charakter budowli XV wieku. Początek jednakże onego trudno z pewnością oznaczyć, gdyż tego rodzaju gmachy w stylu starowłoskim, od połowy XIV aż do połowy prawie XVI wieku u nas  stawiano, różnice między nimi zachodzące, nader są nieznaczne. Budowla ta niewielkich wymiarów w dobrym stanie dotąd zachowana, jest ozdobną i godną widzenia. Kościół parafialny tutejszy obszerny z cegły w stylu gotyckim murowany, z wyniosłą wieżą z boku, którą wieńczy baniasta kopuła, jest także dawnych wieków pomnikiem.

Teraźniejsza ludność Pabianic wynosi w ogóle 4.925 głów, pomiędzy którymi chrześcijan 4125, starozakonnych 800, mieszkańcy trudnią się szczególniej rękodzielnictwem tkackim. Domów murowanych ma 48, drewnianych 469. Do znaczniejszych budowli nalezą : kościół katolicki murowany i takiż ewangelicki przed 40 laty wybudowany, ratusz, wszystko ubezpieczone na sumę rubli srebrnych (Rsr.) 199, 530. Jest tu magistrat, stacja pocztowa, są fabryki wyrobów wełnianych i półwełnianych, Kruszego, Kindlera i innych pomniejszych, 2 fabryki wyrobów bawełnianych Berlińskiego, Behma, Grinbauma, Kruszego, Lewickiego, Borucha, Silbersteina i innych pomniejszych 6. Fabryka wyrobów lnianych Kruschego, fabryki tkanin półjedwabnych Kruschego i spółki, Kindlera i Michela. Targi odbywają się w tygodniu, jarmarki 6 do roku.

Agnieszka Matelska i Ewa Nowakowska w książce „Gdzie diabeł nie może”, 1992  zamieściły m. in. rozmowę z absolwentkami Państwowego Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Pabianicach.

(…) Po długiej nocnej dyspucie, cztery uczennice gimnazjum i. Królowej Jadwigi w Pabianicach doszły do wniosku, że nie uda im się zjednoczyć wszystkich wysiłków ludzi dobrej woli, ale mogą od siebie samych zacząć pozytywną misję na rzecz wielkiej rodziny człowieczej. Postanowiłyśmy, że każda z nas obierze zawód przynoszący jak najwięcej ogólnego dobra. Zawód, który będzie zaprzeczeniem wojny, przemocy, egoizmu i podłości. Maryla, Urszula i ja postanowiłyśmy zostać nauczycielkami, a Halszka lekarką.

- Jakie korekty wprowadziło do tych pensjonarskich planów zwyczajne życie?

- Prawie żadnych. Wszystkie trzy jesteśmy pedagogami. Halszka nie dostała się na studia medyczne, ale została pielęgniarką (...)



W  „Kartkach – pismo artystyczno-literackie” nr 22 /2000 ukazał się wiersz Piotra Macierzyńskiego „Pabianice nocą”.

Pabianice nocą mogą być tak egzotyczne jak Zanzibar

szczególnie gdy jest się bez pieniędzy i dokumentów.

kilka razy powtarzałem taksówkarzowi

że trzy lata temu wygrałem tutaj

konkurs poetycki że mam przy sobie dwa

wiersze w maszynopisie i szczere oczy

a w Łodzi jest jeszcze jedna kobieta

która zapłaci za mnie za taksówkę

później bez trudu wydostałem z kieszeni papierosy

i idąc za ciosem próbowałem wydostać się z miasta

szedłem wzdłuż szyn tramwajowych

i zrywałem liście kasztanowca

do walki z alergicznym katarem

po kilku przystankach zupełnie się wypaliłem

i wróciłem  na dworzec

Piotr Macierzyński (ur.1971) – poeta, laureat wielu konkursów m. in. H. Poświatowskiej, Z. Herberta, „Czasu kultury”. Jego wiersze były tłumaczone na wiele języków.

Marian Sękowski w „Pamiętniku warszawskiego taksówkarza”, 1985  pisze jak obserwował sowieckie  samoloty lecące na Pabianice.

(…) Późnym wieczorem, o ile pamiętam było to dwunastego stycznia 1945 roku, wyciągnęło nas z chałupy, niewidziane jeszcze do tej pory, zjawisko na niebie. Wielka łuna, jakby od pożaru, rozbłysła na zachodniej stronie i wśród tej łuny wykwitały kolorowe światełka niby świeczki na choince. Przy tym słychać było nieustanne grzmoty. Po każdym rozświetleniu się łuny słyszeliśmy głęboki grzmot. Dowiedzieliśmy się na drugi dzień, że zimowa ofensywa radziecka ruszyła znad Wisły. Łuna i widziane kolorowe światełka były to „fulary”, oświetlające cel dla radzieckich samolotów, które zrzuciły bomby na jednostki niemieckie skupione w Pabianicach. Przeleciały wtedy nad naszymi głowami, nisko jak nietoperze ciężkie nieoświetlone samoloty w stronę wschodnią. Zapewne to one zrzucały bomby, a teraz nisko, dla uniknięcia ostrzału artyleryjskiego, wracały do swoich baz. 

Tadeusz Bednarczyk w opracowaniu „Życie codzienne warszawskiego getta”, 1995 podaje:

Jews built triumphal  arches in Łódź, Pabianice, and elsewhere, and Jewish community leaders, headed by rabbis dressed in ceremonial robes, greeted the Germans bearing trays with bread and salt.

Roman Jonasz (Roman Kotliński) w książce „Byłem księdzem”, 1998  wspomina Pabianice.

(…) Po wakacjach wydarzenie, na które czekałem od lat – święcenia diakonatu. W diecezji łódzkiej organizowaniem święceń diakonatu wyróżnia się co roku inną parafię. Nasza uroczystość wypadła w Pabianicach. Ogromny nowy kościół pod wezwaniem Św. M. Kolbego  pomieścił wszystkich zaproszonych gości. Moja bliska rodzina stawiła się w komplecie. Oprawa uroczystości była, jak zwykle imponująca. Święceń udzielał nam rektor – ks. bp Adam Lepa. (…) Po święceniach diakonatu – ksiądz diakon mógł prowadzić nabożeństwa oprócz Mszy Świętej, a także asystować przy pogrzebach i ślubach. Ja i moi koledzy byliśmy wprost zauroczeni nowymi obowiązkami i możliwościami. Dumnie paradowaliśmy po seminaryjnym ogrodzie z brewiarzem w rękach – jak poważni duszpasterze. (…) Patrząc po latach na zdjęcia z uroczystości w Pabianicach widzę twarze i oczy moich braci – tak samo ufne i nieświadome jak moje.

Jadwiga Bucholc „W rodzinnej gawędzie. Rymowanki pabianiczanki”, Warszawa 2011 przywołuje sielskie obrazy starego  miasta, gdzie żyły klany rodzinne, zajmujące się rolnictwem i rzemiosłem.

Nasza kolebka

Miastem mych dziecinnych lat są Pabianice,

gdzie się urodzili i żyli rodzice,

i dziadkowie moi i cała rodzina.

o wielu po latach już nikt nie wspomina.

Bo to byli ludzie zwyczajni, przeciętni,

ani nie wybitni, ani nie majętni.

Każdy z nich to zwykły, pabianicki ziomek.

Po nim to dziedziczy swe geny potomek.

Gdy  jakiejś posesji był on właścicielem,

z poważaniem zwano go Obywatelem.

Ten tytuł dodawał szacunku, znaczenia,

po śmierci wyryty na płycie z kamienia.

Ignacy Zawadzki  też tak życzył sobie.

Dziwił mnie ten napis na pradziadka grobie,

Lecz wówczas zapewne dawał przywileje.

Zmiany się wpisują w staromiejskie dzieje.

Niektóre nazwiska się wciąż powtarzały,

więc gałęzie rodów swe przezwiska miały.

Obok wikariatki w dużej kamienicy.

Kozak sklep prowadził na rogu ulicy.

I tak się mówiło zwykle o tym panu,

Chociaż do Biskupskich zaliczał się klanu.

Jankowski, Kłys, Pliszka, Kraj to był czy Śpionek

Też dla odróżnienia mieli swój przydomek.


Kozaka pamiętam, bo gdy byłam mała,

Babcia czekoladki mi tam kupowała.,

I dziadziuś kochany dla swojej dziewczynki

Raz pomarańczowe kupił tam landrynki.

Ludzie niegdyś żyli skromnie, głównie z tkactwa.

Nie znali luksusów ani też bogactwa.

Posiadali zwykle jakiś zagon pola

i na lepsze życie pozwalała rola.

Mimo, że nie brakło biedy i potomstwa,

żyło się uczciwie i bez wiarołomstwa.

Ludzie na starówce byli spokrewnieni,

przywiązani wzajem i do swojej ziemi.

Tam sąsiedzkie związki bywały zażyłe,

przyjaźnie serdeczne, a swary niemiłe.

Rozmawiano szczerze o radościach, smutkach,

więc może i plotki kwitły w ich ogródkach.

A z ucha do ucha szeptane nowinki

omawiały wszystkie słowa i uczynki.

Bardzo sensacyjne były to seriale,

i brak telewizji nie przeszkadzał wcale.

Pabianickie panny, z natury pogodne,

były pracowite, zdolne i dorodne.

Młodzieńcy się rwali do walki w powstania.

Duch się patriotyczny z przeszłości wyłania.

Bo choć ludzie prości i domy drewniane,

Serca były dzielne, w przyjaźni oddane,

a wierne krajowi. Miały swe zasady

i strzegły polskości, niezdolne do zdrady.


Pejzaże i wspomnień w nadmiarze

(Autorka przypomina kulturowe znaczenie rzeki  Dobrzynki i ulicy Bugaj. Opowiada także o ulicy Zamkowej, zwanej niegdyś alejkami.)


Tuż przy zamku przez park Dobrzynka się snuje

i do Neru skąpe swe wody kieruje.

Najpierw wzdłuż Bugaju płynie zygzakami,

przy Grobelnej szersza, strojna bulwarami.

Potem się wciskała w mury ścian Lipowej,

Mały wodospadzik tworząc przy Zamkowej.

Burzyła się woda przez próg, bulgotała

i dzieciom przyjemność swym szumem sprawiała.

A później traciła bardzo na urodzie,

bo farbiarnia chemię oddawała wodzie.

i przez park płynęła mętna i leniwa,

mieniąca się tęczą, co z rur fabryk spływa.

Wzdłuż brzegu Dobrzynki rozciąga się Bugaj,

ulica najstarsza, i kręta i długa.

Domki parterowe, niskie i drewniane.

Znaleziono obok urny zakopane.

Widać cmentarzysko było tu przed laty,

gdy teren był w lesie i w zwierza bogaty.

Tak przeszłość odkryła w skorupach swe ślady

po miejscach, gdzie niegdyś istniały osady.

Rzeka ma zakręty, więc według jej biegu

Bugaj się rozłożył w łamanym szeregu.

Na samym zaś końcu staw rozlał swe wody.

Tam się w dni upalne szukało ochłody.

Dalej już pastwiska, łaciatych krów stada.

Wieczorem z pastuchem wracała gromada,

a każda bezbłędnie trafiała do bramy.

Gdzie udój w oborze był oczekiwany.

W dali, za łąkami ciemny zarys lasu.

Tam zbierano grzyby od czasu do czasu.

Jeśli niezbyt rano, to rodzinne grupki

Z harmonia i śpiewem szły, kryjąc swe smutki.

Bugajem korowód ciągnął niedzielami

Nad wodę, nęcącą chłodem, kąpielami.

A szło się zależnie, kto był właścicielem,

Bo cel tej wyprawy miał nazw bardzo wiele.

Więc do Nawrockiego szło się czy Depcika

lub do Lewityna. Jak z tego wynika,

zgodnie z aktualnym stanem tej własności,

Brala się nazwa owej posiadłości.

Puszczało się wianki w pewien dzień czerwcowy.

Migotały świeczki na  tafli stawowej.

Uciecha dla dzieci i mina radosna,

dla dorosłych relaks po pracy przy krosnach.

Tradycja przetrwała. Wojna się skończyła,

A Bugajem w Wandy znów ciżba dążyła.

Choć żadnych atrakcji nie przewidywano

i plecionych wianków na staw nie rzucano.

A w święto Kupały, żarem napełnione

puszki po konserwach, na sznurkach zwieszone

zataczały koła rękoma urwisów,

mających zręczności pole do popisu.

Rozgrzane buziaki, policzki czerwone,

Od wysiłku oczy bardzo podniecone.

Bo przecież wydobyć trzeba resztki siły,

żeby się te puszki świątecznie iskrzyły.


W Ostatki ulice pełne przebierańców.

Zdarzały się pary gotowe do tańców.

Dziewczyny po męsku, z wąsami na twarzach,

mężczyźni w welonach, sukniach, makijażach.

Karnawał się kończył. Miasto podkreślało,

że o tym fakcie dobrze pamiętało.

Choć to nie Wenecja ani Argentyna,

 starało się skromnie tradycję podtrzymać.

Życie powracało wnet do normalności

do swej robotniczej i miejskiej szarości,

By ku zdziwieniu przybyszów z daleka

Po roku sprawdzać, czy wciąż płynie rzeka.

A nasza Dobrzynka to nie Warta, Prosna.

Nie grozi powodzią, kiedy przyjdzie wiosna.

Wyleje najwyżej na łąki pobliskie,

Stając się przy mrozie cennym łyżwowiskiem.

Ulica Gawrońska z nową kamienicą,

Była już ostatnią Bugaju przecznicą.

Tu pejzaż wskazywał na miasta granice,

Bo daleko w tyle były Pabianice.


Centrum miasta to już widoki odmienne.

Tu dymią kominy w rytm pracy codziennej,

A zieleni mało. Zadbany park cieszy

i drzewa w alejkach, miły cień dla pieszych.

Pomiędzy kościołem a zamkiem ulica

Brukowana, wąska, co jest jak tętnica,

bo ożywia miasto, prowadząc do Łodzi.

Linia tramwajowa do stacji dochodzi.

Omija alejki, centrum zadrzewione,

Gdzie dla odpoczynku ławki ustawione.

Tam się przechadzała młodzież wieczorami,

Ukradkiem randkując z serca sympatiami.


Żal mi jest, że teraz nie ma już alejek,

że zniknął płuc miasta zielony dwuszereg.

Jezdnię poszerzono, pokryto asfaltem.

Tak to nowoczesność wcisnęła się gwałtem.

Blisko zamku tkalnia Endera z zegarem,

jego dwa pałace i budynki stare.

Fabryki dawały ludziom chleb przez lata.

Cenna była skromna za pracę zapłata.

Gdy zaczął powstawać przemysł włókienniczy

ze wsi napływali liczni robotnicy.

Jedni na swych krosnach w domu klekotali,

drudzy się w fabrykach chętnie zatrudniali.

Na Żytniej i Bocznej, Tuszyńskiej czy Brackiej,

słyszano czółenek stukotanie chwackie.

To ręczne warsztaty pulsowały tkaniem,

ludziom zapewniając skromne utrzymanie.

W czasie pierwszej wojny, podczas okupacji

trwał okres urządzeń ciągłej dewastacji.

Niemcy wywozili, co się tylko dało,

nie myśląc, co później będzie się tu działo.

Każda zawierucha wojenna to straty.

A wrogowie, niszcząc fabryki, warsztaty,

pozbawiali ludność pracy i dochodu,

lecz zawsze zwyciężał hart, upór narodu.

Niełatwo się żyło po latach niewoli,

bo wojenne rany goją się powoli.

Gdy już kraj był wolny, mając tęgie głowy,

z zapałem się oddał sprawom odbudowy.

Miasto się dźwigało i wciąż rozwijało,

Choć liczne trudności nieraz przezywało.

Był światowy kryzys, koniunktura zmienna,

byt ludzi niepewny, lęk, troska codzienna.

Gospodarka w gruzach, bezrobocia plaga.

Cały kraj gruntownej naprawy wymagał.

Był i niedostatek i skromne wypłaty.

Strach budziła groźba tej pracy utraty.

Czasem tkalnie tylko trzy dni były czynne.

Robotnik narzekał, że to władze winne.

Mieć pół tygodniówki, to na życie mało.

Nieraz głodno, chłodno po domach bywało.

Dawniej nie dawano darmo zapomogi.

Bezrobotnych grupy na poboczu drogi,

Przez dni całe tłukły kamienie zawzięcie,

Chociaż marnie płatne było to zajęcie.

W trudnej sytuacji nie brak podżegaczy.

Trwała agitacja wśród ubogich tkaczy.

Wkrótce się zdarzały zamieszki uliczne,

Strajki i protesty, i zajścia tragiczne.

Rok trzydziesty trzeci. Strzały do pochodu.

Pięciu robotników zginęło za młodu.

Szok dla miasta duży i żal do policji,

Że użyła wówczas ostrej amunicji.

Szłam wtedy Traugutta, nie będąc świadoma,

Że za chwile w tłumie będę zagrożona.

Od Zamkowej biegli ludzie i wołali:

- „Uciekaj, dziewczynko! Zmykaj jak najdalej!”…

Wróciłam do domu nieco zadyszana.

Mama była smutna i rozdygotana.

Ktoś doniósł o strzałach. Bardzo żałowała,

Że właśnie swe dziecko do sklepu posłała.

Wreszcie się powoli jakoś uciszyło

i jednym się lepiej, drugim gorzej żyło.

Lecz w każdej rodzinie marzyło się skrycie

o stabilizacji, pracy, dobrobycie.

Ludzie byli twardzi i skromnie żyć chcieli.

Przywykli do trudów, wymagań nie mieli.

W niedzielę kaszanka ze sklepu Grelusów

to był dla nich rodzaj pewnego luksusu.

Niektórzy z energią brali los za rogi

i sił dokładali, żeby był mniej srogi.

Realizowali swe śmiałe marzenia,

by dążąc wciąż w gorę, dojść do ich spełnienia.

Dwóch posłów z Pabianic zasiadało w sejmie.

Ich działalność wiele spraw ważnych obejmie.

Magistrackich radnych obrady gorące.

Środki były małe, problemy palące.(...)


Szkoła powszechna nr 1

(Autorka opowiada  o początkach nauki.)

Swoją edukację zaczęłam w JEDYNCE,

co  się gmachem zdała niedużej dziewczynce.

Czerwony budynek, obszerny i widny,

jest na Pułaskiego. Wygląd ma solidny.

Wzniesiony za cara, stoi już wiek cały.

Tu zastępy uczniów wiedze zdobywały.

Większość z nich to ludzie przeciętni i zwykli,

zdarzyło się paru, co byli wybitni.

Na przykład rzeźbiarka, A. Szapocznikowa.

Nawet jeden biskup wśród nas się wychował.

Boguś Bejze stał się potem ekscelencją.

Wielu wyróżniało się inteligencją.

Bracia Zagórowscy, co mieli fabryczkę,

Zapełniali swymi dziećmi całą bryczkę.

Gdy konie stawały przed wejściem do szkoły,

Wysypywał się z niej korowód wesoły.

Był tam Jerzyk, Czesiek, Henio, Wacia, Krysia,

 Piotrek, Maldek, Czesia. Pamiętam do dzisiaj,

że im zazdroszczono koni i fasonu,

bo inni piechota musieli przyjść z domu (…)


(Autorka kontynuowała naukę w gimnazjum dla dziewcząt.)


Rok tysiąc dziewięćset był trzydziesty siódmy,

Kiedy to stanęłam przed zadaniem trudnym:

zdać egzamin wstępny. Trzysta kandydatek,

a miejsc osiemdziesiąt, więc stres na dodatek.

Uczyć się w gimnazjum to awans życiowy,

to krok w lepszą przyszłość, etap życia nowy.

Matura stwarzała różne możliwości

i zwiększała szansę losów pomyślności.

Wyników czekamy na Sali w napięciu,

a serce z emocji drży w każdym dziewczęciu.

Która dopuszczona będzie do ustnego?

Padają nazwiska, ale nie ma mego.

Nie dowierzam uszom. Lubiłam pisanie.

Nie powinno wypaść źle wypracowanie.

Byłam pewna swego. Zbladłam. Więc odpadłam?

Dwa nazwiska w końcu wpadły w salę z nagła.

Dwie Jadwigi zdały i już są przyjęte.

Ja i Cellerówna. Obie uśmiechnięte

i zadowolone, z ustnego zwolnione.

Jesteśmy wzruszone, że tak wyróżnione.

Pani Przełożona zobaczyć nas pragnie.

Zbliżamy się do niej, kłaniamy niezgrabnie.

Uśmiech, gratulacje. I zażenowanie,

którego pokonać nie jesteśmy w stanie.

No bo sala pełna, oczy w nas wlepione, 

a my dojść do podium jesteśmy zmuszone.

Nie wiem, czy byłyśmy pąsowe, czy blade,

i czy nieszczęśliwe, czy też raczej rade.

Pamiętam w wakacje, w upale lipcowym

chodziłam po mieście w swym mundurku nowym,

prezentując tarczę niebieską z numerem,

co ozdabiał rękaw, jakby był orderem.

Z tej dziecięcej dumy teraz śmiech mnie bierze,

lecz wtedy cieszyłam się naprawdę szczerze.

Ten pierwszy egzamin, tak pomyślnie zdany,

w rodzinie za pewien sukces był uznany.

Miałam szczere chęci, by nadziejom sprostać,

dobrze ocenianą za postępy zostać.

Surowsza w ocenach była szkoła średnia,

co spostrzegała szybko pannica niejedna.

Tu o piątkę trudniej, niż w powszechnej szkole.

Trzeba wytrwać dzielnie w codziennym mozole.

Choć alejki kusza spacerów nastrojem,

pilnie odrabiamy w domach lekcje swoje.

Wybrałam francuską klasę, bo ta mowa

wydawała mi się piękna i światowa.

Za to nieco raził mnie język niemiecki,

słyszany od dziecka wokół, bo sąsiedzki.

W Pabianicach żyło moc ewangelików,

jak również i żydów mieszkało bez liku.

Dodawali miastu nieco kolorytu

i żyło się nieźle w tej symbiozie bytów.

W mojej klasie było uczennic czterdzieści.

Ta liczba pięć Niemek, pięć Żydówek mieści.

Gdy u nas religia, dla nich wolna pora.

Te szły do rabina, tamte do pastora.

Nie było docinków ni dyskryminacji

z powodu wyznania czy też innej racji.

Panowała wśród nas pełna tolerancja,

zgodnej atmosfery najlepsza gwarancja.

Dziewczęta się z sobą zżywały powoli,

w swej drodze do wiedzy pełne dobrej woli.

Coraz bardziej sobie przyjazne i bliskie,

jak wybranki losu czułyśmy się wszystkie.

Bo wokół nas było jasno, czysto, miło.

Z chęcią się do „budy” codziennie wchodziło.

Bo w szkołach powszechnych, co miało znaczenie,

Nie tak eleganckie było otoczenie.

Podłogi tam ciemne, bo deski drewniane

zwykle pyłochłonem były smarowane.

W budynku gimnazjum parkiety błyszczące

I wygodne ławki, wszystko wokół lśniące.

W klasie przed oczami miały uczennice

duże , rozsuwane, zielone tablice.

Ale która przed nie została wezwana,

 przeważnie  się czuła mocno stremowana.

Piętro wyżej była niewielka kapliczka.

Gdy miała nas pytać pani łacinniczka

lub z matematyki groziła klasówka,

Tam się Bogu słało o ratunek słówka.(…)

Pani Flora Einhorn to język francuski.

Mówiła po polsku, jakby gryzła kluski.

Niektóre nazwiska z trudem wymawiała.

Chrząszczówny na przykład nigdy nie pytała.

Śmiech na lekcji wybuchł, gdy któregoś ranka

Rzekła „kolegówna”, a nie „koleżanka”.

„Bądźcie grzeszne, panny” – powtarzała wiecznie,

Choć miało być „grzeczne”. To pojęcie sprzeczne.

Takie to niewielkie w wymowie różnice

zmieniały sens zdania, bawiąc uczennice.

Naszych zaś lapsusów była cała masa,

ale nie widziała tego żadna klasa.

Czasem madame miała w oczach zgrozy błyski

słysząc akcent błędny, wcale nie paryski.

Lecz zawsze cierpliwe były jej reakcje, gdy mowy Moliera trwały profanacje.

„Wasz język szeleści, jak liście na skwerze,

A mój melodyjny, jak arie w operze”.(…)


Will Holt w powieści „A Woman of Fortune”, 1981 przedstawia dialog dwóch pabianiczan, którzy uciekają przed służbą w carskim wojsku.

Dwaj młodzi ludzie zatrzymali się na skrzyżowaniu. Jeden znak wskazywał Wiedeń, drugi – Berlin. Uciekali przed poborem do carskiej armii, która mogła pochłonąć trzydzieści lat życia, jeśli tylko dopisałoby im szczęście. Zostawiali za sobą swoje rodzinne Pabianice. Granica niemiecko-polska była pięć kilometrów na zachód.

- Jedź ze mną – Jakub cisnął swego kuzyna Samuela.

Samuel potrząsał głową.

- Na pewno nie do Ameryki …

- Jak możesz? - mówił Jakub – przecież widziałeś ich listy.

Zaczął przywoływać kuszące obrazy.

- Nowy Jork … powódź kolorowych świateł …

- We Wiedniu jest bezpieczniej – upierał się Samuel.

- Ja chcę do A-me-ryki. Man-hat- tan! Man-hat-tan!– Jakub akcentował z lubością obcobrzmiące nazwy.

- Samuel Abramowicz zamierza zostać aktorem – odpowiedział kuzyn – Sławny Samuel Abramowicz zna jidysz, rosyjski, polski, niemiecki i tylko trzy angielskie słowa. Zatem Samuel Abramowicz pojedzie do Wiednia. – Przybrał komiczną pozę, która naprawdę mogła go rozsławić.

- Znasz angielski? Jakie słowa? – pytał zazdrośnie Jakub.

- Hello, goodbye i good luck …

Zaczęło padać.

- Nie jedziesz? – zapytał po raz ostatni Samuela.

- Nie jadę.

- A więc – Jakub użył angielskiego słowa – goodbye.

Podali sobie ręce i każdy poszedł swoją drogą. Byli urodziwymi młodzieńcami.

Dennis Jones, autor międzynarodowych bestselerów, w thrillerze politycznym „Warsaw Concerto”, 1990 każe swojemu bohaterowi jechać przez Pabianice.

(…) almost as far as Lodz, which he skirted using the Pabianice bypass. He paid careful attention to traffic behind (…)

Julian Tuwim w “Jarmarku rymów”, 1955 z przymrużeniem oka spogląda na twórczość uprawianą na prowincji.

„Mówią mu ludzie: Przestań, Janie Nepomucu,

Bo wiersze i krytyki wszystkie są do pucu.

Może by w Pabianicach uszły albo w Pucku.

A tu jednak stolica, Janie Nepomucku.

Lecz nic go nie powstrzyma od krytycznych ocen.

I wciąż za pióro chwyta Jasio Nepomucen.

I na mnie się od dawna i uwziął, i zaciął. (…)

Jednocześnie w pracy Jadwigi Sawickiej ”Julian Tuwim”, 1986 odnajdujemy taką oto wypowiedź poety: Nie nęcą mnie luksusowe wydawnictwa (…) ale broszurki z wierszami czwartorzędnych poetów (Tczew, Suwałki, Pabianice, Drohobycz… ”własnym nakładem”), zeszyciki z piosenkami (Kercelak), druki humorystyczne (tylko do 1900) …

Marcin Kozakiewicz w pracy „Różne oblicza faszyzmu we współczesnej Europie”, 2015 pisze: (…) Wszelkie interwencje ze strony prawnej członkowie NOP (Narodowe Odrodzenie Polski) odczytują jako wyraz politycznej nienawiści do ich organizacji. Tak było np. w przypadku głośnej sprawy z roku 1997, kiedy to jeden z członków NOP 18-letni Dawid O. usiłował zamordować 15-letniego chłopca przed klubem bilardowym w Pabianicach. Dawid O. otrzymał wyrok skazujący go na osiem lat więzienia. Dawid zrobił z siebie na łamach strony internetowej NOP-u wówczas więźnia politycznego. (…)

Pabianiczanie chętnie uczestniczyli w działalności oświatowej o podłożu lewicowym. Józef Mięso w opracowaniu „Ludwik Krzywicki: działalność i ideologia oświatowa”, 1964 pisze: (…) Odczyt Krzywickiego odbył się w czerwcu 1908 r. Pobyt w Pabianicach wywarł na Krzywickim silne wrażenie, gdyż natychmiast po powrocie do Warszawy donosi swojej żonie, przebywającej chwilowo w Petersburgu, iż kompletnie miejsca nie było, bodaj Pabianice nigdy takiego tłoku nie widziały w sali Domu Ludowego. Było podobno 700 osób.”

Ludwik Krzywicki (1859-1941) – marksista, ekonomista, współtwórca polskiej socjologii.



Aleksandra Ziółkowska-Boehm we wspomnieniach „Ulica żółwiowego strumienia”, 1995 pisze m. in. o swojej  szkolnej koleżance, której rodzice po wojnie brali ślub w Pabianicach.

(…) Zostałam przydzielona do żeńskiej klasy, podyktowała to przewaga dziewcząt. Zwracaliśmy się do nauczycieli już nie „proszę pani/pana” tylko „pani profesor/pan profesor”. W szkole średniej spotkałam swoją pierwszą prawdziwą przyjaciółkę, z którą siedziałam przez cztery lata w jednej ławce, Jolę Chrzanowską. Jola była spokojna i pilna, uczynna i koleżeńska. Nasi rodzice poznali się i zaprzyjaźnili. Jej ojciec, Zygmunt Chrzanowski, ziemianin herbu Nowina pochodził z Poznańskiego, jak mój. Pracował w Muzeum Sztuki w Łodzi. (…) Zdecydował się przyjechać ze swoją przyszłą żoną do Łodzi, gdzie mieszkała jej rodzina. Wzięli ślub zaraz po wojnie w Pabianicach i zamieszkali w małym domku przy ulicy Murarskiej. Po czterech latach małżeństwa urodziła się Jola. Najęto wówczas do niej nianię opiekunkę, Józię, która jako stała rezydentka towarzyszyła rodzinie do końca swoich dni.

A. Ziółkowska-Boehm, asystentka i sekretarka  Melchiora Wańkowicza, pisarka. 

Wincenty Bartosiak w książce „Na morze po chleb i przygodę”, 1972  przypomina pabianiczanina Ludwika Kazimierza Hermela.

Ludwik Kazimierz Hermel,  „Boruń” urodził się w Pabianicach 25 sierpnia 1901 r. w rodzinie robotniczej. Absolwent Państwowej Szkoły Morskiej w Tczewie (1922). Studiował na Wydziale Prawno-Ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego, który ukończył w 1927 r. Podczas studiów pracował zawodowo w bankowości, zaś społecznie w harcerstwie (w Poznaniu zorganizował drużynę harcerstwa morskiego), w Lidze Morskiej (jako sekretarz Okręgu), w Komitecie Floty Narodowej oraz zorganizowanym  przez niego Związku Marynarzy Rezerwy, którego był prezesem. (…)

https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/ludwik-hermel,55654.html

W opracowaniu „Częstochowa: dzieje miasta i Klasztoru Jasnogórskiego”, t. I, 2002 znajdujemy wzmiankę o Sebastianie z Pabianic.

(…) Od roku mniej więcej 1590, do co najmniej 1593, parafią zarządzał o. Sebastian z Pabianic, znany powszechnie pod nazwiskiem Sulmirskiego (Sulmiriensis). Był przedtem przeorem w Wieluniu, skąd przeszedł na probostwo w Pińczowie. W sędziwej starości zamieszkał w Wieluniu i tam zmarł 7 kwietnia 1599 r.

 Paul Gundersen we wspomnieniach „Incorrigibly Independant, a Finnish Life”, 1999 nieoczekiwanie wymienia Pabianice.

(…) Wkrótce znowu znalazłem się w Polsce razem z szefem  naszej  korporacji. Któregoś grudniowego poranka jechałem z Januszem autem należącym do polskiej firmy z siedzibą dość daleko od Warszawy, bo w Pabianicach. Drzemaliśmy trochę, gdy nagle kierowca krzyknął: „Boże”. Samochód  zjechał na bok i zaczął kręcić się w kółko z prędkością 120 kilometrów na godzinę. Uderzyliśmy w ogrodzenie oddzielające pasy autostrady, auto przesunęło się między dwoma słupami trakcji elektrycznej i zatrzymało się na środku drugiego pasa.

Paul Gundersen (1921-2016) – członek kierownictwa  Nokii,  wpływowy działacz międzynarodowej organizacji  MRA/IofC (Moral Re-Armament Initiatives of Change).

W periodyku Историческая Экспертиза (nr 2/2019) znajduje się wypowiedź Władimira Aleksiejewicza Artamonowa – profesora Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk, specjalizującego się w dziejach Rosji i Europy Wschodniej 17. i 18. wieku, który mówi, że znajomość języka polskiego zawdzięcza m. in.  dwóm nauczycielkom z Pabianic.

Artamonow: W 1960 roku zainteresowałem się narodami słowiańskimi, a w szczególności historią Polski. Czytałem powieści Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, oglądałem filmy Wajdy, Hoffmana, Forda. Samodzielnie nauczyłem się czytać po polsku, porównywałem teksty  publikowane przez Trybunę Ludu i gazetę Правда. Czytałem czasopisma - Widnokręgi, Politykę, Szpilki, Przekrój, Film, czerpiąc przez „polskie okno” informacje pozbawione ograniczeń typowych dla ZSRR. Od 1962 roku prowadziłem korespondencję z osobami z wielu krajów słowiańskich, w tym przez dwadzieścia lat wymieniałem listy z dwoma starszymi nauczycielkami z miast Pabianice, blisko Łodzi.

(вёл переписку с адресатами всех славянских стран в том числе почти два десятка лет с двумя пожилыми пoльскими учительницами из г. Пабянице близ Лoдзи.)

Marcin Wodziński w pracy „Władze Królestwa Polskiego wobec chasydyzmu”, 2008  pisze o nieufności burmistrza Pabianic wobec chasydów, nazywanych tutaj husytami.

(…) Kiedy w Pabianicach w 1844 roku burmistrz odkrył grupę chasydów, raportował: gdy podpisany przekonał się o prawdziwym istnieniu tychże, w dniu dzisiejszym udał się na miejsce zgromadzenia chusytów, a na oświadczenie im, że nie wolno jest innych prócz synagogi zgromadzeń, oddali mi pismo; że pismo to jakkolwiek będące kopią, przez nikogo nie potwierdzone nie wiem, czy na wiarę zasłużyć może, przeto upraszam łaski wielmożnego naczelnika powiatu, aby mnie w tym przedmiocie objaśnić raczył. (…) 

Burmistrz Pabianic uważał, że chasydzkie izby modlitewne są nielegalne i dopiero przedstawiony mu przez chasydów odpis dekretu z 1824 r. uświadomił mu aktualny stan prawny. To tylko czubek góry lodowej ignorancji, która znalazła szczególnie drastyczny oddźwięk w dokumentacji urzędowej. Zjawisko było powszechne i sięgało najwyższych szczebli władzy.

Zdzisław Klimczak, Józef Garliński opublikowali książkę „Most Holandia – Polska: wspomnienia z dni pracy w Polskich Zakładach Philips…”, 1996, w których pojawia się Niemiec z Pabianic.

(…) Był to Niemiec, pochodzący z Pabianic, mający przed wojną obywatelstwo polskie. Jako człowiek okazał się dość przyzwoity (a może po prostu myślał o niedalekiej przyszłości? kto wie?). Ostrzegając inżyniera Gozdowskiego stwierdził, że ma pewne informacje na temat nieoficjalnej produkcji prowadzonej przez Jana Hazego, Zygmunta Urbana oraz Pastwę. Gdyby dowiedziało się o tym Gestapo, byłoby źle. Po tym ostrzeżeniu zastosowano większe środki ostrożności, chociaż samej produkcji nie zaniechano. (…)

W tekstach literackich, w mniej lub bardziej oczywistej formie, występują Wilm Hosenfeld – nadzorca obozu  jeńców wojennych w Pabianicach oraz Kurt Meyer  - dowódca kompanii w pułku LAH, który brał udział w bitwie pabianickiej w 1939 roku.  Jeden z bohaterów książki Artema Leontiewa „Варшава, Элохим”, 2018 stanowi autorskie nawiązanie do wspomnianych postaci.

(…) Zimny wiatr owiewał twarz i stroszył przylizane włosy hauptmanna. Dopalił papieros, a niedopałek rzucił z balkonu, tam gdzie między dwoma latarniami rósł kasztan; z jego rozrośniętych czarnych gałęzi opadały krople.

Franc służył w sztabie oddziałów ochronnych Wehrmachtu  i równocześnie był batalionowym oficerem do spraw sportu. Początkowo nurtowała go myśl, aby wystąpić o przeniesienie do Rosji - dokuczliwa administracyjna mordęga w sztabie i bieganina w ochronie, a  konieczność wystawania przy brudnych murach getta była wprost poniżająca. 

Do tej pory jego wkład we wspólne dzieło ograniczał się do zorganizowania obozu dla jeńców wojennych w Pabianicach i zastraszania pokornych Żydów, i posłusznych Polaków. O tym, że wojna zakończy się najbliższym czasie, hauptmann powątpiewał. Chociaż propaganda usiłowała ukryć ten fakt, to jednak  grupa armii „Centrum” nieco zmarniała, tracąc dotychczasowy impet. W grudniu Rosjanie rozpoczęli poważny kontratak i zdołali odepchnąć siły „Centrum” od Moskwy – tak, zatrzymała się nasza machina, tak, trochę ugrzęzła, ale latem, po wiosennych roztopach, bez wątpienia … A co potem? Potem znajdą się wśród durniów, po nic nie znaczącej stronie historii, a jakiś zatabaczony szeregowy - prostaczek z medalem „Mrożone mięso” na piersi będzie patrzył na mnie kosym okiem.

Większość kolegów od boksu wstąpiła do Waffen SS i tam właśnie była, albo pod Moskwą lub na Ukrainie i Białorusi. Niejednokrotnie przywoływali Franca, ale on, wiedząc o wyczynach SS, odmawiał. Co do przejścia do ogólnowojskowych korpusów grupy armii „Centrum”, to z tym, mimo pokusy, Meyer zwlekał. Po zabiciu pięciu polskich żołnierzy, których sprzątnął z karabinu w czasie bitwy w drodze na Warszawę, coś w nim pękło. (…)

Wiera Kusznir w autobiografii „Невидимые руки”, 2004, 2011 opisuje przyjazd  mieszkańców Ukrainy  do  Pabianic  w czasie okupacji niemieckiej. Była to grupa pracowników kierowanych „na roboty” w  Rzeszy.

(…) Po dwóch tygodniach drogi bez  odpowiednich warunków sanitarnych nasz wagon, po zapachu i  z widoku,  przypominał chlew.  Pociąg przyjechał do miasteczka Pabianice w Polsce, a nam kazali wyjść z wagonów, które należało wydezynfekować, a nas wykąpać i przyodziać, zanim pojedziemy  w głąb Rzeszy.

Zaprowadzili nas do olbrzymiej łaźni  z oddzielnymi miejscami dla kobiet i mężczyzn i kazali rozebrać się do naga. W dużej hali z rzędami umywalek i kranów stanęłyśmy jak natura stworzyła przed grupą fotoreporterów fotografujących nas dla jakichś miejscowych gazet. Nie mogliśmy pojąc czemu miały służyć zdjęcia dużej grupy nagich kobiet w bardzo różnym wieku. Czy nie lepiej było zrobić nam zdjęcia zanim  ruszyłyśmy do kąpieli? Ale nikt nie zadawał pytań. Nie było czasu.

Umyłyśmy się  i zostałyśmy spryskane jakimś środkiem przeciwko wszom. Potem kazali założyć czystą bieliznę i wydezynfekowaną odzież wierzchnią, i zaprowadzili do posprzątanych wagonów. Następny przystanek był w Breslau.

Przejeżdżaliśmy obok Łodzi, gdzie przebywała wtedy nasza babcia Fania w swoim żydowsko-chrześcijańskim domu sierot. Mama wiedziała o tym, ale nie  powiedziała nam. Nie nadszedł jeszcze właściwy czas.

Kiedy pociąg zatrzymał się w Breslau, wyszliśmy na peron. Po raz pierwszy ujrzałam czysty europejski dworzec z pięknymi latarenkami, ławeczkami i wózkami bagażowymi, a przede wszystkim z  bezzapachowymi  toaletami. Wszystko działało bez zarzutu, panowały porządek i cisza. Po jeszcze niedawno widzianym chaosie, wrzasku i wszech dominującym brudzie wszystko to wydawało się dziwne i niezwykłe. (…)

Na stronie: iremember.ru/memoirs/samokhodchiki/kornev-grigory-sergeevich/ znajduje się wypowiedź Grigorija Kornewa, artylerzysty, który w 1945 gościł w  Pabianicach (артилерист на самоходной артилерийской установке).

(…) Pod Pabianicami  (Польша, лодзинское воеводство) nawaliło auto. Przez tydzień mieszkałem u Polaków. Potem przyszedł zaopatrzeniowiec z trybikiem, naprawione i … w drogę. Nie powiem o nich nic złego, dobrzy ludzie. Przez cały czas dbali o mnie, robili śniadania, obiady, kolacje.  Mieszkali czyściutko. Na początku bardzo się zdziwiłem, gdy zasiedliśmy do stołu. Nie wiedziałem jak się zachować, jak rozpocząć jedzenie. Oni osobno podają ziemniaki, osobno mięso, osobno rosół. Widelce, noże. Każdy sobie nakłada na talerz. Co więcej, jeszcze po pokoju chodzą i jedzą. Dlatego też długo zastanawiałem się jak mam jeść. Po większym bombardowaniu ładowniczy z celowniczym przynieśli  miałki cukier z rozbitego magazynu. Mój gospodarz zrobił samogon. Osiągnęliśmy pełne porozumienie!



Katarzyna Bonda, autorka bestselerów, opublikowała także dokument kryminalny „Polskie morderczynie”, 2013 w którym opisuje m. in.  sprawę pabianiczanki Krupy.

Natalia Krupa (ur.18.01.1986)

ofiara: sąsiad

motyw: rabunkowy

narzędzie zbrodni: strzykawka ze środkiem usypiającym, nóż

przyznanie się do winy: tak

wyrok: 15 lat (dopiero po 10 latach może się ubiegać o przedterminowe zwolnienie warunkowe)

koniec kary: 7.04.2019

Trzydziestopięcioletni Jacek S. mieszkał samotnie w pabianickim bloku. W tym samym budynku, piętro niżej, mieszkał dwudziestoletni Artur G. U Artura pomieszkiwała szesnastoletnia Natalia, która kilka miesięcy wcześniej uciekła z domu. Sąsiedzi byli w bardzo dobrej komitywie, często razem pili. Młodzi nie mieli pieniędzy, wiec chętnie zapraszali sąsiada z góry, który stawiał im wódkę. Jackowi S. zaś imponowało, że spotyka się z młodzieżą, a zwłaszcza z nastoletnimi dziewczętami, które odwiedzały Artura i Natalię. Powstało grono znajomych. Najczęściej przychodziła Ewelina 0., Justyna O., Artur O. i Jarosław B. Któregoś dnia Jacek S. pochwalił się znajomym, że sprzedał nieruchomość wartą ogromne pieniądze jest „bogaty”. Wzbudził tym wyznaniem niekłamaną zazdrość wśród młodzieży, która pochodziła z rozbitych, a nawet patologicznych rodzin, gdzie brakowało na podstawowe potrzeby. (…)

Kiedy 25 maja 2002 roku Jacek Zaprosił całe towarzystwo do siebie, po raz kolejny rozmowa zeszła na temat pieniędzy. Wtedy też jedna z dziewcząt poprosiła podpitego już Jacka, by dał potrzymać „taką kasę”. Podpuszczony Jacek przyniósł gotówkę. Następnego dnia Natalia wpadła na pomysł, by go okraść. Zwierzyła się Ewelinie i razem zaplanowały napad. Przekonały chłopaków (…)

Oczywiście przyniósł flaszkę wódki. Kiedy ją wypili, wyjął 20 zł i kazał kupić kolejną, po czym wrócił do siebie. Wieczorem Natalia przygotowała miksturę z wody, tabletek usypiających. Napełniła nimi strzykawki. Spytała Artura G., który nóż może zabrać. Podał jej ten z drewnianym trzonkiem. Schowała do torebki strzykawki, lateksowe rękawiczki i nóż. (…)

W dwutygodniku Kolejowe Przysposobienie Wojskowe z 1939 roku ukazał się artykuł „Ognisko KPW Pabianice”. Autor przedstawił interesujący obraz miasta.

Pabianice, w czerwcu.

 Łódź otoczona jest dość zwartym łańcuchem mniejszych miast i osad, składających się na tętniący życiem i pracą obraz łódzkiego okręgu przemysłowego. Życie gospodarcze tych ośrodków przemysłowych prawie całkowicie uzależnione jest od Łodzi, która podporządkowała pod swój przemożny wpływ niejednokrotnie daleko starsze i w historii bardziej znane miasta, ciążące dziś do niej niby satelita do swej planety.

Największym miastem w wieńcu satelitów Łodzi są Pabianice, położone od niej w odległości zaledwie 12 km i z tej racji stanowiące jeszcze jedno wielkie, bo liczące 52.000 mieszkańców, przedmieście  Łodzi. Pabianice jednak nie godzą się bynajmniej z tą rola nie tylko z racji swego starszeństwa historycznego, ale i na skutek wielu udanych wysiłków stworzenia własnego życia kulturalnego i społecznego, i poważnego rozwoju  miejscowego przemysłu.

Początki Pabianic giną w pomroce dziejów. Stwierdzono istnienie Pabianic już w XI stuleciu. W wieku XIV i XV Pabianice są już poważnym ośrodkiem rzemieślniczym, posiadającym nawet huty szklane i żelazne. W owych czasach wzniesiony został w Pabianicach piękny zamek murowany, który był siedzibą krakowskiej kapituły, do której należało miasto. Dziś w jego przebudowanych murach mieści się zarząd miejski.

Wiek XVI to okres wspaniałego rozkwitu Pabianic. Jest ono nadal miastem duchownym, posiada wiele przywilejów, handluje, pracuje, bogaci się. Wraz ze schyłkiem dawnej Rzeczypospolitej następuje powolny upadek miasta. Dźwiga się z niego dopiero za czasów Królestwa Kongresowego. W 1823 r. Pabianice otrzymały plan regulacyjny, poczęto w nich osiedlać nowych osadników, miasto ponownie uprzemysławia się. W 60 lat później liczy już 90 zakładów przemysłowych. Nie może jednak tempem swego rozwoju konkurować z młodziutka Łodzią, której granice podchodzą dziś już prawie do granic pabianickich.

Społeczeństwo Pabianic, kultywujące  tradycje niepodległościowe (miasto było w czasach niewoli poważnym ośrodkiem ruchu zarzewiackiego, POW i harcerskiego), w Polsce Odrodzonej stara się stworzyć własne wartości kulturalne. Praca społeczna w  Pabianicach została należycie zrozumiana i kieruje się ku realnym celom. Pośród miejscowych organizacji społecznych rolę niepoślednią odgrywa Ognisko KPW (Kolejowego Przysposobienia Wojskowego)  Pabianice, które nie stroni od współpracy z miejscowymi organizacjami i chętnie bierze udział w życiu społecznym miasta. Swego czasu zarząd Ogniska rozesłał listy do miejscowych organizacji z propozycją współpracy, która spotkała się z życzliwym przyjęciem. Obecnie, gdy w mieście organizowane są jakiekolwiek  imprezy, uroczystości czy obchody świat państwowych i narodowych rocznic, w komitetach, którym powierzono organizowanie obchodów, nigdy nie brakuje naszych pabianickich kolegów, choć Ognisko nie jest zbyt liczne, bo Pabianice są niedużą stacją przelotową na linii Łódź-Kalisz. Nieco więcej kolejarzy zatrudnia dworzec towarowy, a nadto do Ogniska pabianickiego należą koledzy ze stacji w Łasku.

Ognisko KPW Pabianice jest jednym z tych niedużych ogniw naszej Organizacji, które czy to z braku dostatecznej ilości członków, czy braku odpowiednich urządzeń lub z innych przyczyn miejscowych mogą realizować tylko prace niektórych, a nie wszystkich referatów.

W Ognisku pabianickim nie istnieje np. dotychczas ruch sportowy. Może dlatego, że nie było zupełnie placu sportowego, ani młodych, chętnych do wysiłków sportowych kolegów, a może też i dlatego, że nikt na serio przez czas dłuższy nie pomyślał o konieczności zorganizowania życia sportowego. Bo wreszcie plac się znalazł, a gdy na jesieni ub. roku prezesurę Ogniska objął ob. Michał Kotas sprawa  ruszyła z miejsca. Na placu sportowym, który dłuższy czas leżał odłogiem, urządzone ma być boisko gier sportowych, a pierwszą sekcją, która stanie się zalążkiem  sportu kapewiackiego w Pabianicach będzie sekcja siatkówki.

Dotychczas jedynie strzelectwo cieszyło się popularnością wśród Kapewiaków pabianickich, którzy w tej konkurencji stają zawsze do zawodów rejonowych w ramach naszej Organizacji, powiatowych i miejskich w ramach przysposobienia wojskowego i zdobywają szereg nagród. Próbne strzelania i ćwiczenia przeprowadzają na blisko od dworca położonej strzelnicy miejskiego ośrodka Przysposobienia Wojskowego i Wychowania Fizycznego. Dobrze też postawiona jest praca wyszkoleniowa i przysposobienia wojskowego.

Koledzy pabianiccy bardzo boleją nad brakiem własnego proporczyka, który mają stanowczą wolę ufundować sobie w ciągu nadchodzącego lata. Fundusze na ten cel potrzebne chcą uzyskać z imprez, a przede wszystkim z cieszących się wielką popularnością kapewiackich zabaw na świeżym powietrzu w pobliskim lesie, urządzanych z dużą pomysłowością.

Przed kilku laty istniało w Ognisku kółko dramatyczne, którego występy ożywiały i urozmaicały zabawy. Niestety, na skutek licznych w międzyczasie przeniesień i odpływu z Ogniska na inne posterunki pracy zawodowej kilku młodych kolegów, kółko dramatyczne „rozsypało się”. Przez długi czas nie można było myśleć o jego rekonstrukcji. Wobec tego, że w br. Ognisko ponownie zasilone zostało kilku młodszymi kolegami, istnieje wszelkie prawdopodobieństwo ożywienia prac Ogniska.

Lokal Ogniska mieści się w pobliżu stacji w czerwonym parterowym domu, ukrytym w zieleni ładnego ogrodu wśród krzewów bzu. Składa się z trzech niedużych pokoików. Koledzy miejscowi chcą obecnie znieść jedną ze ścian wewnętrznych, aby z dwóch pokoików uzyskać salkę, która pozwoli na urządzanie imprez artystycznych i liczniejszych zebrań. Ma również powstać prowizoryczna scenka, na której popisywać się będą członkowie kółka dramatycznego. Lokal jest należycie umeblowany. Jest w nim radio, szachy i inne gry, ruchoma biblioteczka, czynna zawsze w soboty i ciesząca się wielkim powodzeniem (…)


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij