www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 66 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Czytaj więcej

Nawrocki

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Brzmi to wprost niewiarygodnie, ale w domu artysty malarza Bolesława Nawrockiego (1877-1946) w Pabianicach przy ulicy Piotra Skargi (dawniej Tuszyńska) znajdowała się kolekcja arcydzieł malarstwa europejskiego, m.in. obrazy Van Dycka, Tycjana, Murilla, Bruegla i… Meli Muter. Siedziba rodzinna artysty była nazywana „podłódzką Zachętą”.

O aktywności artystycznej Bolesława Nawrockiego znajdujemy wzmianki prasowe już na początku XX wieku. Wtedy to mało jeszcze znany malarz z Pabianic zasłynął apologią przyjaźni włosko-francuskiej, czyli obrazami przedstawiającymi spotkania króla i królowej Włoch z prezydentem Francji. Wkrótce stał się ulubionym portrecistą francuskich prezydentów i włoskich dygnitarzy.

Gazeta Polska (20.10.1903 r.): W dalszym ciągu swych wędrówek po pracowniach artystów malarzy polskich w Paryżu, zaznaczam z przyjemnością bytność swą w pracowni p. Bolesława Nawrockiego. Jego pracownia to prawdziwe muzeum sztuki: salon renesansowy, materie indyjskie, japońskie, chińskie, hafty przewspaniałe, gobeliny rzadkiej piękności, stare fajanse, porcelana chińska nader rzadka, stare sztychy, obrazy, akwaforty. Słowem kolekcja z nader wielkim poczuciem artystycznym zebrana, świadcząca, iż ten młodziutki artysta będzie z czasem posiadaczem jednej z rzadkich tak u nas kolekcji artystycznych, w której najdrobniejszy sprzęt jest prawdziwym dziełem sztuki.

Pan Nawrocki ma na sztalugach kilka dzieł, o których więcej, niż pobieżną wzmiankę, napisać należałoby, bo jesteśmy tu wobec talentu dużego i bardzo wszechstronnego, o pomysłach głębokich; wśród obrazów już podkończonych, a uderzających doskonałym, wytrawnym rysunkiem, w większej części wielka wirtuozerią kolorytu; dostrzegam ogromny obraz, w którym, w otoczeniu członków akademii medycznej i najpierwszych powag lekarskich Francji, dr Bianchi demonstruje swój fonendoskop.

W obrazie tym 30 przeszło osób jest sportretowanych z uderzającym podobieństwem.

Obok widzę duży obraz pt. „Grzech”. Kompozycja tu szeroka i pełna głębi myślowej; człowiek-tytan, oplątany przez węża – grzech, stacza się w błoto. Na pierwszym planie księżycowa – widmowa postać z okrutnymi niezapomnianymi oczami i uśmiechem zagadkowym wabi i mami – ściąga ku sobie … na grzech. W dali kwitną jakieś Baudelairowskie kwiaty zła, a w górze tkwi potwór olbrzym – ów los nieubłagany i niemy. Jest w tym obrazie ogromna siła i tajemniczość, a koloryt przedziwny pierwszoplanowej figury pociąga i odpycha zarazem.

Inny obraz, zdumiewający siłą, to ów młodzieniec wchodzący w życie, lękający się, mimo kolosalnej swej siły, tego życia, tej przyszłości utajonej i strasznej. Co przede wszystkim i w ogóle uderza w obrazie Nawrockiego, to obok Böcklinowsko-Stuckowskich szerokich, legendowych pomysłów, ogromny, atletyczny rozmach i siła. Nie wątpię też, że w p. Nawrockim przybywa sztuce naszej talent potężny i silny, który odrzucając błahe kompozycje modernistyczno-buduarowe da nam koloracje tak silne i wielkie, jak chce je mieć ten młody artysta, marzący dzisiaj o tytanicznych kompozycjach Buonarottiego. (k, D.-S.)


Dziennik Polski (3.04.1904 r.): Z Rzymu donoszą: bawił tu młody polski malarz z Paryża p. Bolesław Nawrocki dla zdjęcia podobizn z kilku osób, mających urzędy dworskie. Pan Bolesław Nawrocki otrzymał zamówienie od dra Bianchi, bogatego Włocha, mieszkającego w Paryżu, aby wymalował wielki obraz pamiątkowy, przedstawiający uroczyste przyjęcie, jakie miasto Paryż dało w październiku roku zeszłego w Hotel de Ville dla królestwa włoskiego. Dr Bianchi ofiarował obraz ten kolonii włoskiej w Paryżu, aby doręczyła go królestwu włoskiemu w dniu 25 kwietnia, podczas pobytu prezydenta Loubeta w Rzymie. Obraz będzie oprawiony we wspaniałe ramy z herbem Włoch i Paryża i zawieszony w salach Kwirynału. Na obrazie ma być portretowanych około stu osób; oprócz królestwa włoskich, p. Loubeta i jego małżonki, także ciało dyplomatyczne, dygnitarze, damy dworu itd. Pan Nawrocki przedstawił króla w chwili, kiedy słucha adresu czytanego przez prefekta Sekwany p. de Selves. Na ramie obrazu umieszczona zostanie dedykacja: Ich Królewskim Mościom Królowi i Królowej włoskim, kolonia włoska w Paryżu.

Pan Nawrocki dał się już poznać nad Sekwaną z obrazu przedstawiającego lekcję anatomii, w której portretował kilku znanych doktorów paryskich.

Kurier Warszawski (25.04.1904 r.): Pisałem już o obstalunku, jaki dostał w Paryżu młody artysta-malarz p. Bolesław Nawrocki, aby wymalować obraz, przedstawiający przyjęcie króla Wiktora Emanuela w ratuszu paryskim podczas jego pobytu w roku zeszłym nad Sekwana. Pan Bolesław Nawrocki, który jest rodem spod Warszawy, gdzie jego ojciec posiada cegielnię, wykonał już i wystawił w Paryżu obraz obstalowany przez dra Bianchiego.

Obecnie zaś pan Bianchi, bogaty Włoch, mieszkający w Paryżu, obstalował u pana Bolesława Nawrockiego dwa inne obrazy, z których jeden przedstawiać będzie przybycie prezydenta Loubeta do Kwirynału w d. 25-ym bm., drugi zaś przyjęcie delegatów rady miejskiej paryskiej na Kapitolu przez syndyka księcia Colonnę.

Pierwszy obraz będzie ofiarowany królowi Wiktorowi Emanuelowi, jako pamiątka jego pobytu w Paryżu; drugie dwa będą wręczone: pierwszy p. Loubetowi, ostatni zaś gminie paryskiej. Pan Bolesław będzie więc obecny tutaj podczas uroczystości dla prezydenta Loubeta, aby naszkicować obrazy. Uroczystości te będą nadzwyczaj świetne. Rząd i zarząd miasta gotuje prezydentowi rzeczypospolitej przyjęcie, jakiego dotąd nikomu nie zgotowali. Królowa Helena, która jest w stanie brzemienności, weźmie także udział w uroczystościach.

Kurier Warszawski (25.08.1904 r.): Wspominaliśmy w swoim czasie, iż artysta malarz, Bolesław Nawrocki , przebywający na studiach w Paryżu, od kolonii włoskiej w stolicy Francji otrzymał zamówienie na wykonanie dla króla włoskiego obrazu, przedstawiającego przyjęcie królestwa włoskich w ratuszu paryskim.

Artysta, chcąc sumiennie wywiązać się z danego sobie polecenia, wszystkie osoby, biorące udział w tej uroczystości potraktował z natury, do czego pozowali mu: królestwo włoscy, prezydent Loubet z małżonką, oraz ministrowie i dygnitarze obu państw.

Po wykończeniu obraz wystawiony był w ratuszu paryskim, a krytyka miejscowa bardzo pochlebnie oceniła pracę naszego artysty. Następnie obraz wysłano do Rzymu, gdzie uroczyście wręczono go królowi, który znowu ma przedstawiać przyjęcie prezydenta Loubeta w Rzymie na placu Termini, gdzie go uroczyście powitał syndyk wiecznego miasta, książę Colonna.

Wiktor Emanuel III (1869-1947) – król Włoch od 1900 do 1946 roku.

Emile Francois Loubet (1838-1929) – prezydent Francji w latach 1889-1906. Współtwórca Ententy.

Nawrocki portretował także Armanda Fallieresa (1841-1931) – prezydent Francji w latach 1906-1913 oraz Gastona Doumerque’a (1869-1947) – prezydent Francji w latach 1924-1931.

Nawrocki zanim otrzymał intratne i prestiżowe zlecenia malarskie był jednym z bardzo wielu jeszcze mało znanych artystów paryskich.

Kurier Warszawski (13.05.1901 r.) informował: Drugi salon „pól Elizejskich”. Istny potop malowideł, rzeźb, rysunków … Blisko pięć tysięcy dzieł, jakże niewiele arcydzieł! Dwadzieścia parę sal, barbarzyństwo zawieszonych od góry do dołu obrazami, bez żadnej myśli przewodniej ni smaku, oczy tracą prędko wrażliwość, umysł ogarnia znużenie. Biedni artyści! Wartoż było starać się i mozolić, skoro w tej powodzi barw tylko wielkie i jaskrawe bazgroty zwracają uwagę.

Polscy artyści? Jest ich kilkunastu: Aniela Biernacka, Czesław Jankowski, Bogumiła Kazimir, Kazimierz Markiewicz, Jan Rozen, Albert Poljański, Bolesław Szańkowski, Świeykowski, Dybowska, Zuzanna Jagielska, Antoni Kamieński, Artur Markowicz, Bolesław Nawrocki, Henryk Kossowski, Michał Tarnowski, Wincenty Trojanowski, Edward Lewicki…

I wreszcie aż trzy prace p. Jana Styki: dobry szkic olejny, odświeżony pastelami, a odtwarzający epizod z kampanii węgierskiej Bema, autoportret i wreszcie duży obraz „Ogniem i mieczem” (…)

W okresie międzywojennym B. Nawrocki prezentował także swoje prace w Pabianicach.

Echo (27.10.1937 r.): Znany w kraju i za granicą portrecista artysta malarz p. Bolesław Nawrocki, który jak wiadomo jest urodzonym pabianiczaninem otwiera wystawę swych obrazów. Wystawa urządzona zostanie w jednej z bocznych sal Miejskiego Kina Oświatowego przy ulicy Gdańskiej i otwarta będzie w ciągu blisko trzech tygodni.

Otwarcie wystawy nastąpi w piątek, dnia 29 listopada. Całe Pabianice będą miały możność obejrzeć cenne prace p. Nawrockiego, które – jak komunikują – wkrótce mają być wywiezione do Ameryki.

W 1937 roku - Łódź w ilustracji - dodatek Kuriera Łódzkiego zamieszczał raz po raz prace Bolesława Nawrockiego.

„Typy polskie” – obraz pędzla artysty malarza Bolesława Nawrockiego z Pabianic (Łódź w Ilustracji, 24.01.1937).

Autoportret utalentowanego artysty malarza p. Bolesława Nawrockiego z Pabianic znakomitego portrecisty nagradzanego wysokimi odznaczeniami dworów zagranicznych (Łódź w Ilustracji, 17.01.1937)

„Portret p. X” – wykonany przez utalentowanego, światowej sławy artystę malarza znakomitego portrecistę p. Bolesława Nawrockiego, zamieszkałego w Pabianicach, przy ul. Tuszyńskiej 78 (Łódź w Ilustracji, 21.02.1937)

„Portret pani P.” – wykonany przez utalentowanego, światowej sławy artystę… (Łódź w Ilustracji, 28.02.1937)

„Portret pani X” – pędzla znakomitego portrecisty artysty… (Łódź w Ilustracji, 7.03.1937)

„Portret p. B.” - wykonany przez światowej sławy artystę malarza Bolesława Nawrockiego, nagrodzonego wieloma wysokimi odznaczeniami francuskimi i włoskimi, a mieszkającego w Pabianicach przy u. Tuszyńskiej 78 (Łódź w Ilustracji, 27.03.1937).

„Portret p. S.” – wykonany przez światowej sławy artystę malarza… (Łódź w Ilustracji, 16.05.1937).

„Portret Jerzyka R.” - pędzla znakomitego artysty … (Łódź w Ilustracji, 7.06.1937).

Wystawa prac artysty malarza Bolesława Nawrockiego w Pabianicach. Portrety p. B., p. X, ”Jurka”.

W ubiegłym tygodniu uruchomił w Pabianicach w Kinie Miejskim wystawę swych prac artysta malarz Bolesław Nawrocki. Wystawa trwać będzie do 12 bm. (Łódź w Ilustracji, 7.11.1937)

Echo (26.05.1939.) : Z okazji 40-letniej pracy artystycznej na polu sztuki plastycznej, rozpoczętej wystawą w salonie paryskim w roku 1899, otwarta została w Pabianicach wystawa prac malarskich znanego artysty malarza pabianiczanina Bolesława Nawrockiego. Wystawa mieści się w salonach własnych artysty w Pabianicach przy ul. ks. Piotra Skargi 78 i czynna jest codziennie od godziny 9-ej rano do zmierzchu. Wystawa otwarta będzie do dnia 20-go czerwca rb. Talent malarski cenionego artysty zasługuje na to, aby wystawę jego prac zwiedziły całe Pabianice, dając wyraz swemu zamiłowaniu do sztuki pięknej.

Bolesław Nawrocki (ur. 8.06.1877 Łódź – 5.07.1946 Pabianice). Syn pabianickiego przedsiębiorcy - właściciela cegielni na Młodzieniaszku - Franciszka i jego żony Eleonory Kiełbasińskiej. Uczęszczał do szkoły elementarnej przy Starym Rynku w Pabianicach, Szkołę średnią ukończył w Warszawie. Tam też uczył się w pracowni Wojciecha Gersona. W 1895 r. studiował w Akademii Monachijskiej u J.C. Hertericha, następnie był uczniem Leona Wyczółkowskiego w krakowskiej akademii. Od 1898 r. przebywał w Paryżu – Academie Julian, Academie Colarossi, Academie Vitti. Największe sukcesy odnosił w latach 1903-1907 podczas pobytu we Francji i Włoszech. W 1904 r. obraz Nawrockiego „U progu życia” nagrodzono złotym medalem na wystawie w Bordeaux, w tym samym roku malarz został Kawalerem Orderu Korony Włoskiej. W 1907 r. obraz „Rozpacz” otrzymał główną nagrodę w konkursie paryskim. Lata 1907-1908 spędził w Pabianicach. W 1908 r. był nauczycielem malarstwa w Szkole Sztuk Pięknych u K. Biedrzyckiego i W. Przybylskiego w Łodzi, a w 1909 r. otworzył własną szkołę. Od 1915 do 1916 przebywał w Rosji – Moskwa, Krym, Kaukaz, wykonując m.in. portrety carskich dygnitarzy i generałów. Po pierwszej wojnie światowej wrócił do Pabianic. W 1921 r. ożenił się z Janiną Marcelą Neuding. W 1924 roku urodził mu się syn Bolesław Jan – przyszły prawnik, muzyk, muzykolog, kolekcjoner i filantrop. W latach 1930-1938 artysta prowadził w Pabianicach pracownię malarstwa i rysunku, mieszczącą się w rodzinnym domu przy ul. Piotra Skargi 78. Wystawiał w Paryżu, Rzymie, wielokrotnie w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, w Poznaniu, Krakowie, Gdyni oraz w Łodzi w 1929 i 1930, a także w Pabianicach -1930, 1933 i 1939. Na początku drugiej wojny światowej był więziony w sali Domu Ludowego (obecnie Miejski Ośrodek Kultury), a następnie w obozie w Radogoszczy w Łodzi. Wyszedł na wolność dzięki interwencji rządu włoskiego. Naziści zabrali zgromadzone w Pabianicach zbiory sztuki. Artysta zmarł w 1946 r. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie w Alei Zasłużonych. Kolekcja ocalonych prac Bolesława Nawrockiego – oleje, pastele, akwarele, rysunki, płaskorzeźby w metalu oraz utwory literackie – znalazła się pod troskliwą opieką syna. W 1948 roku jedna z pabianickich ulic otrzymała imię Bolesława Nawrockiego.

Nawrocki malował kompozycje symboliczne, również elementy symboliczne pojawiały się w jego portretach. Tworzył również pejzaże, studia roślin, sceny ilustrujące ważne wydarzenia współczesne, np. Cud nad Wisłą, Przyjęcie Marszałka Focha przez Radę Miejską Poznania. Wykonał portrety prezydentów Polski – Gabriel Narutowicz i Stanisław Wojciechowski oraz premierów - Ignacego Paderewskiego oraz Wincentego Witosa. Malował nie tylko pejzaże paryskie, ale także sceny ukazujące Pabianice, Ldzań, Ślądkowice, Pawlikowice, Syryczyn.

Wybitny malarz nie zawsze był doceniany przez rodaków. W Echu (15.11.1937) ukazał się artykuł pod znamiennym tytułem „Z braku nabywców w Polsce obrazy B. Nawrockiego zostaną wywiezione do Argentyny”.

Pabianice, 15.11. – O twórczości malarskiej Bolesława Nawrockiego w swoim czasie mówiono głośno, pisano wiele, i rozwodzono się szeroko nad jego wybitnymi zdolnościami, w pierwszym rzędzie jako artysty portrecisty. Pamiętamy jeszcze ten okres czasu, kiedy artysta po powrocie z zagranicy do kraju stał się popularną osobistością w świecie artystycznym, prowadził własną szkołę malarską, organizował liczne wystawy swoich licznych prac oraz prac swych uczniów itp. Zdawało się wówczas, że los artysty-rodaka został zapewniony, sława i byt ugruntowane. Niestety, społeczeństwo polskie słabo, albo wcale nie docenia wartości twórczej artystycznej pracy, która w dzisiejszych zmaterializowanych czasach odsunięta została niejako na plan drugi. Że tak jest w istocie przekonał się o tym artysta Nawrocki. Zapał ogólny nad jego talentem jakoś dziwnie ochłódł i dziś artysta ten na wysoką miarę borykać się musi z wieloma trudnościami. Oziębłość i słabe docenienie jego prac przez społeczeństwo i różne czynniki dało swój wyraz w ustosunkowaniu się do projektów artysty władz miejskich m. Pabianic, które odrzuciły propozycję założenia miejskiego muzeum.

Dzielny i pełen jeszcze energii artysta w tych warunkach musiał się sam przypomnieć społeczeństwu i uczynił to słusznie tak ze względu na dobro idei twórczości malarskiej w ogóle, jak i z innych mniej ważnych względów.

Wystawa w Gdyni, obecnie w Pabianicach, a w najbliższych dniach w Łodzi jest tym przypomnieniem artysty, że jeszcze żyje i tworzy, i winna dać artyście satysfakcję i pełny sukces ze strony społeczeństwa i czynników miarodajnych.

Jeśli chodzi o wystawę w Pabianicach znaleźć na niej było można wszystko, czego dusza artystyczna ujrzeć pragnie – oczywiście w pewnego rodzaju miniaturze. Od pastelowych pięknych portretów znakomitości polskich, francuskich, włoskich mężów stanów i dygnitarzy, i wojskowych, poprzez olejne obrazy rodzajowe, reprodukcje, pejzaże, fragmenty, typy regionalne aż do portretów pełnych wyrazu i życia oraz niesamowitych kompozycji – wszystko zachwyca oko zwiedzającego. B. Nawrocki ukończył studia malarskie zagranicą i hołduje francuskiej szkole malarskiej. Widać to od razu w portretach. Nie jest to cały dorobek artystyczny świetnego malarza. Liczne jego prace rozrzucone są po całym niemal świecie i wszędzie cieszą się należytym uznaniem. To, co Nawrockiemu pozostało i co umieszczono na wystawie nie może dać pełnego w całym tego słowa znaczeniu wyrazu jego twórczości artystycznej. Niemniej jednak z pozostałości tych bije artyzm i nieprzeciętny talent znakomitego portrecisty, który zagranicą zdobył wiele cennych nagród i zaszczytnych wyróżnień.

Wszystkie przez siebie posiadane obecnie obrazy z braku nabywców w Polsce artysta ma zamiar wywieźć za granicę, na drugą półkulę do Argentyny.

Może obca ziemia i jej mieszkańcy będą dla naszego rodaka mieli więcej zrozumienia, niż własny kraj i jego współrodacy.

Z opisami prac Bolesława Nawrockiego obecnych wciąż na aukcjach malarstwa możemy zetknąć się na wielu stronach internetowych. Na przykład artinfo.pl : „Dziewczyna z makami”. Pastel, papier; 83x62 cm w świetle passe-partout. Sygnowany p. d.: B. Nawrocki. Za opinią dr Aleksandry Melbechowskiej-Luty.

Obraz przedstawia dziewczynę z rozwianymi włosami, w ujęciu postaci w trzech czwartych, stojącą w zbożu z pękiem maków i trzymanym w prawej ręce, wzniesionym w górę pojedynczym kwiatem maku. W tonacji kolorystycznej tego dzieła przeważa żywa, choć nie jaskrawa, gama barwna: intensywny błękit nieba, żółcienie zboża, gradacje jasnych i ciemnych brązów, zgaszone, przetarte innymi odcieniami róże oraz akcenty zieleni i jasnych fioletów. Zboże i kwiaty (maki, kąkole) są malowane swobodnymi, szkicowymi kreskami i plamami, natomiast głowa dziewczyny jest oddana z naturalistyczną wiernością objawiającą dbałość o każdy szczegół. Cała kompozycja oddana jest w nastroju „sentymentu” i symbolicznych znaczeń (być może o rodowodzie literackim), wywodzących się jeszcze z epoki modernizmu. Opracowanie postaci i roślinności wykazuje cechy charakterystyczne dla ręki Bolesława Nawrockiego, który często malował pejzaże, studia roślin oraz realistycznie traktowane portrety i symbolicznie pojęte figury kobiece wtopione w krajobraz lub otoczone kwiatami. Dlatego Dziewczynę z makami uważam za niekwestionowane autorskie dzieło tego artysty, także sygnatura zgodna jest ze znanymi mi podpisami Bolesława Nawrockiego i nie budzi zastrzeżeń.

Obraz powstał zapewne po roku 1918, tj. po powrocie artysty do kraju z zagranicy (z Gruzji i Krymu). Temat obrazu plasuje się w granicach sceny rodzajowej, jednak perfekcyjnie wymodelowane rysy dziewczyny zachowujące indywidualne walory jej urody wskazują, że może to być osadzony w pejzażu, imaginacyjny portret konkretnej osoby, lub nawet wykonany na zamówienie idealizowany, pamiątkowy wizerunek młodo zmarłej panny, czyjejś córki lub narzeczonej (nosi ona na palcu zloty pierścionek z brylantem). Takie domniemanie może potwierdzać szczególnie melancholijny ton nadany jej postaci – wyraz dominującego smutku, załzawione oczy wpatrzone w przestrzeń nieba, blade usta, smagane wiatrem bujne włosy, a przede wszystkim przypisane jej maki, które w świecie symboli są znakiem dziewictwa, czystości, zapomnienia, odchodzenia i doczesnego lub wiecznego snu.

Ostatnia większa wystawa twórczości Bolesława Nawrockiego miała miejsce w Muzeum Narodowym w Warszawie w 1994 roku. Jednak poszczególne obrazy artysty trafiają na wystawy zbiorowe organizowane w Polsce, zwłaszcza te prezentujące Ecole de Paris. W 2011 roku taka wystawa została urządzona w Muzeum w Gliwicach.

Nazwa Ecole de Paris (Szkoła Paryska) obejmuje artystów obcokrajowców przebywających w Paryżu w latach 1905-1939 i związanych z dzielnicą Montparnasse. Byli to przybysze z Europy Środkowej, głównie pochodzenia żydowskiego. Kosmopolitycznym miasteczkiem przyjezdnych stał się „La Ruche” (ul), budynek powystawowy, w którym wkrótce kwitnąć zaczęło życie artystyczne nieformalnej grupy, zwanej Ecole de Paris. Grupa, która nie mogła sobie pozwolić na studia w prestiżowej Ecole des Beaux- Arts (Szkoła Sztuk Pięknych), do której wstęp dla obcokrajowców był utrudniony, miała jednak na tyle energii, woli i talentu, aby czerpać z twórczości postimpresjonistów, idąc własną drogą, stworzyć mit cyganerii artystycznej, pobudzający wyobraźnię powieściopisarzy, fotografów i reżyserów.

Na gliwickiej wystawie można było obejrzeć prace kilkudziesięciu artystów przedstawicieli Ecole, takich jak: Leopold Gottlieb, Alicja Halicka, Mojżesz Kisling, Mela Muter, Bolesław Nawrocki, Eugeniusz Zak, których twórczość została ponownie odkryta i obecnie osiąga wysokie ceny na światowym rynku sztuki.

Szczególnym zainteresowaniem jest otoczona Mela Muter i związana z nią rodzina Nawrockich. Paula Birnbaum w książce „Women Artists in Interwar France: Framing Feminities” (2011) pisze m.in.: The Nawrocki family has a large private collection of Muter’s paintings, works on paper, and archives, including memoirs, now located at the University Museum, Torun, Poland. Nawrocki’s father, the artist Boleslaw Nawrocki, sr lived in studio next to Muter’s in Paris in the early 1900s. Nawrocki, jr first met Muter in 1958 and became close friends with her. In 1965, he encouraged her to write her memoirs, a manuscript entitled Mela Muter: Wspomnienia (Memoirs) 1950-1965.

Doktor Nawrocki (1924-2008), syn Bolesława przejął po ojcu fascynacje kulturą francuską, pasje artystyczne i kolekcjonerskie. Zajął się także pomocą prawną dla Meli Muter, która została pozbawiona prawa do swojego mieszkania zagarniętego przez malarza Dubuffeta. Nie chciał on opuścić wynajmowanego pomieszczenia, które – na mocy nowych praw i przywilejów francuskich nadanych po wojnie – uważał za własne. Dostawała od niego jedynie groszowy czynsz, schorowana kobieta była zmuszona wprowadzić się do małej wilgotnej i ciemnej pracowni, w której miała żyć do śmierci. Prawdopodobnie zostałaby zupełnie zapomniana, gdyby nie interwencja Bolesława Nawrockiego juniora.

Dr Nawrocki wspominał Melanię jeszcze z dzieciństwa – jej portret wisiał w jego domu, tuż nad fortepianem. Przy każdej lekcji muzyki wpatrywał się w jej młodą twarz, która wydawała się mu czarująca i tajemnicza. W trakcie swojego życia jeszcze wielokrotnie będzie do niego wracał w swoich wspomnieniach. Kiedy dowiedział się, że kobieta z obrazu jest znaną Melą Muter, a w dodatku żyjącą spokojnie w Paryżu, bez wahania ruszył w 1962 roku do stolicy Francji. Odnalazł ją w warunkach niemal kompletnej nędzy, nieco zdziwaczałą, opuszczoną, nieufającą ludziom, zmagającą się z kataraktą oczu. Z jej pełnomocnictwa zbiera jej obrazy, rozproszone po rozmaitych kolekcjach, porozdawane dawnym znajomym, upchnięte gdzie popadnie w składach mebli i opalu. Wytacza proces Dubuffetowi, który po latach wygrywa, zmuszając malarza do eksmisji. Po operacji katarakty radzi malarce, aby spisała swoje wspomnienia. To jednak będą ostatnie lata życia Muter, która umiera 14 maja 1967 mroku.

Bolesław Nawrocki jr przyczynił się do zachowania i rozpowszechnienia dorobku malarskiego Meli Muter. Na jego kolekcji opierała się wielka monograficzna wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie w 1995 roku. Obecnie portret doktora Nawrockiego (portret mężczyzny w okularach) namalowany przez M. Muter został wyceniony na 70 tys. zł.

W Życiu Pabianic (nr 31/1976 r.) pojawił artykuł Sylwiny Horowskiej „Cenna kolekcja dzieł sztuki może służyć społeczeństwu Pabianic”.

8 czerwca przyszłego roku przypada setna rocznica urodzin Bolesława Nawrockiego, polskiego malarza, artysty, który pracę twórczą zapoczątkował na przełomie XIX i XX wieku (ur. 8.06.1877 r., zm. 5.07.1946 r.).

Mam przed sobą wycinek z Gazety Polskiej wydawanej w Warszawie, z dnia 20 października 1903 r., w której dziennikarz podpisany literkami K.D. tak pisze:

„W dalszym ciągu swych wędrówek po pracowniach artystów polskich w Paryżu, zaznaczam z przyjemnością bytność swą w pracowni p. Bolesława Nawrockiego. Jego pracownia to prawdziwe muzeum sztuki: salon renesansowy, materye indyjskie, japońskie, chińskie, hafty przewspaniałe, gobeliny rzadkiej piękności, stare sztychy, obrazy, akwaforty – słowem kolekcja z nader wielkim poczuciem artystycznym zebrana, świadcząca, iż ten młodziutki artysta będzie z czasem posiadaczem jednej z rzadkich tak u nas kolekcji artystycznych, w której najdrobniejszy sprzęt jest prawdziwym dziełem sztuki”.

I dalej, po omówieniu obrazów artysty, pisze K.D. tak:

„Nie wątpię też, że w p. Nawrockim przybywa sztuce naszej talent potężny i silny, który, odrzucając błahe kompozycje modernistyczno-buduarowe, da nam koloracye tak silne i wielkie, jak chce je mieć ten młody artysta, dążący dzisiaj do dzieł o tytanicznych kompozycjach Buonarottiego”.

Bolesław Nawrocki był pabianiczaninem.

- Co się stało z tą paryską kolekcją? – pytam dr. Nawrockiego, syna artysty, także Bolesława.

- Prawie wszystko z niej przepadło w czasie wojny. Zostały zaledwie jakieś skromniutkie resztki. Zostało parę pięknych starych haftów chińskich i japońskich, trochę wschodnich, artystycznie rzeźbionych mebelków. To w zasadzie prawie wszystko. Podobnie zresztą, jak większość prac artysty: część jego dorobku spłonęła w warszawskim mieszkaniu, część wywieźli okupanci z domu w Pabianicach. Z kolekcji w paryskiej pracowni zostało także wielkie kryształowe weneckie lustro w złoconych ramach ongiś zdobiące salon w pałacu Habsburgów…

Mocno pożółkły, pieczołowicie przechowywany w rodzinie dokument podpisany przez króla włoskiego Wiktora Emanuela III mówi, że:

„Pan Bolesław Nawrocki, malarz jest kawalerem orderu Wielkiej Gwiazdy Korony Włoskiej („Cavaliere dell Ordine della Corona d’Italia”).

- Ojciec był nadwornym malarzem tego króla, był także malarzem rządu francuskiego, malował portrety trzech kolejnych prezydentów, odznaczony został francuską Legią Honorową. Między innymi malował portret syna Giuseppe Garibaldiego, również wybitnego bojownika o sprawę zjednoczenia Włoch. Znał i przyjaźnił się z wieloma wybitnymi ludźmi swojej epoki.

Wśród nielicznych obrazów pędzla Bolesława Nawrockiego, ocalałych z wojennej pożogi (znaczna ich część jest do dziś za granicą w różnych prywatnych kolekcjach) – jeden wywołuje szczególnie przejmujące wrażenie. To ostatnia niemal, przedśmiertna praca artysty: niewielki obraz z bukietem białych róż o przedziwnej księżycowo „zaświatowej” tonacji – bieli, spłowiałego seledynu.

- Ojciec poprawiał ten obraz niemal w przededniu swojej śmierci i to ostatnia po nim pamiątka – mówi jedyny syn artysty.

A zaczęło się to moje spotkanie z synem Bolesława Nawrockiego od telefonu do redakcji. Telefonował prezydent m. Pabianic – Stanisław Fronczak, prosząc o możliwie szybkie przybycie do Urzędu Miejskiego:

- Pisaliście – powiedział – o darze Jana Lenicy dla Muzeum Regionalnego w Pabianicach, a my też mamy taką ciekawą historię z tej dziedziny…

I przedstawił mi dr. Bolesława Nawrockiego. Po czym zostałam wprowadzona w tzw. meritum sprawy.

Jest w Pabianicach przy ul. Piotra Skargi dom zbudowany przez Franciszka Nawrockiego, ojca artysty, a dziadka doktora. Sam dom stanowi do dziś własność rodziny Nawrockich. Budynki gospodarcze w posesji wynajmowane sa od lat na magazyny handlowe.

I tu – aby obraz był pełniejszy – trzeba koniecznie dorzucić słów parę o synu, który bardzo troskliwie i pieczołowicie opiekował się wszystkimi pamiątkami po ojcu, ale nie tylko:

- W miarę moich możliwości – mówi dr Nawrocki – starałem się nie tylko zachować w całości wszystko to, co mi zostało po ojcu, ale uzupełniać tę kolekcję dziełami z tego samego okresu, pracami malarzy polskich – kolegów ojca. Szukałem ich w czasie moich podróży i pobytów zagranicznych i co było do kupienia, kupowałem i przywoziłem do ojczyzny.

W ten sposób kolekcja Nawrockich wzbogaciła się o wiele poloniców: obrazów Meli Muter (m. in. opisany już w prasie krajowej portret Stefana Żeromskiego pędzla Meli Muter, zaprzyjaźnionej z naszym artystą), Gottlieba, Gierymskiego, Pankiewicza, Gozdeckiego, Masłowskiego i wielu innych.

To, że kolekcja składa się nie tylko z obrazów, jest częściową zasługą żony dr. Nawrockiego – Liny, Francuzki włoskiego pochodzenia, rzeźbiarki. Rozmawiałam także i z p. Liną w domu przy ul. Piotra Skargi i gdyby nie informacja męża o jej pochodzeniu – nie uwierzyłabym, ze nie urodziła się ona nad Wisłą. Trudno wyczuć choćby ślad obcego akcentu:

- Chciałem zapoznać żonę po przyjeździe do Polski z naszą rodzimą niebanalna rzeźbą i stąd nasze peregrynacje po pracowniach ludowych artystów, stąd tez i zbiór ich dzieł liczący w tej chwili ponad 1000 eksponatów.

W sumie, łącznie z obrazami Bolesława Nawrockiego i innych malarzy polskich z tego okresu, z prześlicznymi starymi meblami (jest ich trochę w domu przy ul. Piotra Skargi) – te rzeźby: naiwny ludowy prymityw – stanowią zbiór jedyny chyba w swoim rodzaju.

Marzeniem syna jest urządzenie w Pabianicach na 100-lecie urodzin artysty wystawy kolekcji poświęconej w całości wybitnemu ojcu, wszystko bowiem, co nie stanowi spuścizny po nim, było z myślą o nim gromadzone.

Na tym jednak ta ciekawa sprawa się nie kończy. Otóż dr Nawrocki pragnie także, aby całość jego kolekcji była na stale zgromadzona w naszym mieście, w domu rodzinnym:

- W tym domu umarł mój ojciec i moja matka, ja sam także, choć wiele lat spędziłem za granicą, pracując tam i studiując, czuję się nadal pabianiczaninem. Wydaje mi się, że najwłaściwszym miejscem dla kolekcji są Pabianice, że kolekcja ta mogłaby służyć społeczeństwu naszego miasta, w którym jest wielu przecież miłośników sztuki.

Relacjonowałam nieco wyrywkowo, ze względu na szczupłe łamy naszej gazety. Do sprawy tej powrócimy pewnie jeszcze niejednokrotnie. Obecnie najpilniejszym wydaje się opróżnienie budynków gospodarczych w posesji domu Nawrockich i przywrócenie ich do pierwotnego stanu. Są tam prześliczne, prawie romańskie, stare piwnice, w których można by urządzić ekspozycję ludowej rzeźby, a w samym domu mieszkalnym (w jednym z pokojów zachował się jeszcze sufit z okresu wczesnej sukcesji!) po remoncie – mogłaby się mieścić ekspozycja malarstwa. Sprawa jest w dużej mierze uzależniona od pabianickich władz miasta, które wykazują dla niej dużo zainteresowania.(Sylwina Horowska)

Przez wiele lat w prasie polskiej ukazywały się artykuły prezentujące Nawrockich oraz ich przyjaciółkę Melę Muter, a także innych artystów z kręgu Szkoły Paryskiej.

Janusz Miliszkiewicz w dwumiesięczniku Sztuka (nr 4/1987 r.) - cykl kolekcjonerzy sztuki – zamieścił artykuł „Mela Muter”.

„Była Delfiną Potocką naszego stulecia”. Tak mówi o Meli Muter dr Bolesław Nawrocki, posiadacz pamiątek po niej i części obrazów, jakie pozostawiła w pracowni przy rue Pascal 40, Paris VII. Trudno o lepsze określenie . Tak jak Delfina Mela Muter była nieszczęśliwa w pożyciu małżeńskim. Ozdoba salonów, legenda Paryża. Jak wynika z listów, notesów, pamiętników, zabiegali o jej względy np. Barbusse, Anatol France, Rainer Maria Rilke, Romain Rolland, Bertrand Russel, Stefan Zweig… Powodzenie zawdzięczała w równej mierze talentowi malarskiemu I wybitnej urodzie. Urodę tę potwierdza portret z 1903 roku namalowany w Paryżu przez jej rówieśnika i przyjaciela, ojca dra Nawrockiego, również Bolesława. Bolesław Nawrocki tworzył przeważnie we Włoszech, Francji i Rosji. Zmarł w 1946 roku we własnej posiadłości w Pabianicach .

W pabianickim domu wisiały obrazy Van Dycka, Murilla, Tycjana, jedna z wersji „Wieży Babel” Bruegela. Po tych dziełach pozostały zaledwie fotografie. Opatrzone są pieczęciami właściwych urzędów – więc nie tylko trzeba odnaleźć obrazy i rewindykować! Niestety, wykradzione przez Niemców podczas ostatniej wojny, nie ujawniły się dotąd na międzynarodowym rynku sztuki.

Mając takie tradycje rodzinne nie mógł dr Nawrocki nie zostać kolekcjonerem sztuki. Wiedziony tyleż obywatelską troską, co i synowskim uczuciem, postanowił zgromadzić możliwie najwięcej dzieł paryskich przyjaciół i znajomych ojca. Dopiął swego. Ponad sto obrazów Meli Muter, kilkanaście dzieł Leopolda Gottlieba, obrazy Gwozdeckiego, Marcoussisa, Halickiej, Jahla wprowadzają nas w klimat Ecole de Paris, w jakim tworzył Bolesław Nawrocki. Kolekcjoner zapytany, czemu tyle tej klasy dzieł ściągnął do Polski, przecież swobodnie nadal mógł żyć poza krajem, odpowiedział, że chciał wzbogacić narodowy stan posiadania, tak mocno uszczuplony w czasie drugiej wojny.

Oczywiście żaden rasowy zbieracz nie przejdzie obok sygnowanego drzeworytu Wiktora Hugo, rysunków Delacroixa, Watteau, Greuz’a, Lurcata, Segoznaca, Alberta Marqueta, Legera … A ci artyści też są obecni w kolekcji.

Dr Nawrocki kolekcjonuje również dzieła polskiej sztuki naiwnej, malarstwo i rzeźbę. Czyni to z wyjątkową pasją, znawcy zaś zapewniają, ze z lepszym skutkiem od Zimmerera, ale to już wątek na osobna opowieść.

Korzystając z gościnności Gospodarza, przespacerujmy się po jego mieszkaniu. Zacznijmy od malarstwa Bolesława Nawrockiego. Uczeń Gersona i Wyczółkowskiego, student Akademii w Monachium, Academie Julian i Collarossi w Paryżu, największe sukcesy odnosił w latach 1903-1919. W jego obrazach dostrzegamy odblaski wielu ówczesnych kierunków, mimo to zawsze pozostał sobą. Oglądam gersonowskie w tonacji pejzaże górskie, ale również widoki tak odmienne, jak nokturny „Katedra Notre Dame” czy „Plac Trzech Krzyży”. Liczne obrazy świadczą o wielkim powodzeniu artysty. W krajach, w których Nawrocki tworzył, choć cudzoziemiec, otrzymywał liczne zamówienia na portrety dostojników (np. portrety króla Wiktora Emanuela III i jego rodziny) i malarskie wizje doniosłych historycznych wydarzeń, czego dowodem jest chociażby szkic do „Przyjęcia prezydenta E. Loubeta przez Wiktora Emanuela III w Rzymie w 1904 roku”. Obraz ten znajduje się w pałacu na Kwirynale. Kolejnym dowodem oficjalnych zamówień są „Sceny z życia armii rosyjskiej na Kaukazie”; są to najczęściej wizerunki carskich generałów malowane w latach 1915-1916 na zlecenie Muzeum Wojenno-Historycznego w Tyflisie. Syn ocalił sto kilkadziesiąt obrazów ojca oraz niektóre zabytki z jego kolekcji, w tym dwa piętnastowieczne obrazy włoskie, oryginalną rzeźbę Jeana Baptisty Carpeaux, obrazy Pagessa – mniej znanego malarza, przyjaciela Maneta.

Wspomniałem o portrecie Meli Muter namalowanym przez Bolesława Nawrockiego. Mniej więcej naprzeciw niego spostrzegamy portret Leopolda Staffa, jaki Melania Mutermilichowa namalowała w 1903 roku. Kto dziś pamięta, że malarka porzuciła dla poety męża i synka? Kto wie, ze mediacje pomiędzy małżonkami prowadził Jan Kasprowicz? Czy żyją jeszcze świadkowie pojedynku Kislinga z Gottliebem o Melę Muter? W żadnej publikacji o Reymoncie nie znalazłem szczegółu, że w 1923 roku został jej ojcem chrzestnym. W 1920 roku ginie tragicznie Raymond Lefebvr, jeden z założycieli Międzynarodówki Socjalistycznej, z którym związana była od lat. W cztery lata później w dramatycznych okolicznościach umiera syn Meli. Ta królowa świata artystycznego Paryża, załamana psychicznie, na zawsze wycofuje się z życia towarzyskiego, skazuje się na zapomnienie. Fakty te oparte są na archiwaliach Meli Muter , zakupionych przez dra Nawrockiego. Wybrałem akurat te szczegóły ponieważ znakomicie sygnalizują, jak burzliwe i tragiczne było życie artystki.

Dra Nawrockiego interesuje nie tylko dzieło, w równym stopniu sam twórca i dzieje jego życia. Stąd wzięły się budzące zdumienie i zazdrość dokumenty o reprezentowanych w zbiorze malarzach. Gdy znajdzie wolny czas, napisze pamiętniki, wykorzysta unikalne archiwalia i wrażenia wyniesione z paryskich pracowni najświetniejszych malarzy. Ma zamiar napisać książkę o Meli Muter, z którą przyjaźnił się od 1958 roku. Lecz właściwie dobrze znał ja od dzieciństwa, bowiem co dzień spoglądał na jej portret, gdy siedział przy fortepianie przygotowując się do kariery pianisty – wirtuoza, udaremnionej złamaniem ręki.

Dr Nawrocki pokazuje mi obraz, z którym z osobistych powodów nigdy by się nie rozstał. To „Macierzyństwo” Meli Muter. Płótno specjalnie oprawione, aby swobodnie można było oglądać odwrotną stronę z portretem Żeromskiego, malowanym na Zamku Królewskim parę miesięcy przed śmiercią pisarza. Dr Nawrocki zakupił ten obraz w Niemczech. Przechodzimy obok zachwycającego portretu Pascina, pędzla Leopolda Gottlieba, pochodzącego z czasów, kiedy artysta dzielił pracownię z Picassem.

Wchodzimy do „świątyni” Meli Muter. Gospodarz z wyraźną radością, po raz nie wiadomo który, spogląda na „Bretonkę z dzieckiem”, „Portret niewidomej polskiej dziewczynki”, na pejzaże z kraju Basków i południa Francji, na „Autoportret” z okresu studiów u Kotarbińskiego. Ja zaś podziwiam portret dra Nawrockiego malowany przez dziewięćdziesięcioletnią artystkę w 1965 roku. Jest to jej ostatni dokończony obraz.

Idziemy dalej. Mijamy prace Jahla, Teodora Ziomka, „Walkę byków” Ryszkiewicza. Na pochodzącym z 1913 roku „Autoportrecie” czytamy dedykację : „Panu Bolesławowi Nawrockiemu na przyjazna pamiątkę – Halicka – 26 XI 1969”. Dłużej zatrzymuję się przed obrazem Böcklina, zastanawiam się, czym zauroczył wytrawnego krytyka Stanisława Witkiewicza. Przystaję przed „Areną w Nimes” Pankiewicza. Niezapomnianych wrażeń dostarcza zestawienie „Chrystusa”, namalowanego przez Gottlieba w 1906 r. z „Chrystusem”, wyrzeźbionym w pół wieku później przez ludowego twórcę Józefa Piłata.

Dr Nawrocki pozwala mi zajrzeć do licznych tek. Cóż to za parada nazwisk! Jest tam litograficzny „Akt” sygnowany przez Fujitę. Bolesław Leitgeber na nepalskim papierze uwiecznił krajobrazy Sycylii i Egiptu. ”Konstrukcję mechano-fakturową” z 1924 roku i rysunek pt. „Kompozycja w owalnych liniach” z 1922 roku Berlewiego porównuję z akwarelami jego matki, która zmarła mając ponad sto lat i bodaj do ostatnich dni malowała. Jest tu jedyny zachowany miedziorytniczy wizerunek Lifara, sporządzony przez Marcoussisa, z dedykacją tancerza dla dra Nawrockiego z 1976 roku. Sonia Delaunnag przysłała dr. Nawrockiemu życzenia świąteczne na swojej akwareli. Oglądam dzieła Jana Peske, jedynego polskiego ucznia Lautreca.

Przeglądam akwarelowe szkice kostiumów do baletu „Harnasie”, do „Howańszczyzny”, „Krakowiaków i Górali” autorstwa Stryjeńskiej. Trzymam w rękach „Corridę” Marii Rubaczkowej, która była malarką, o czym chyba mało kto pamięta.

Dr Nawrocki cały czas zachęca mnie, abym więcej uwagi poświęcił naiwistom. Prezentuje „chagallowską” w formie akwarelę Marii Wnęk zatytułowaną: „Pan Bóg grozi przenajświętszym paluszkiem i mówi ludziom: nie pijcie wódki!”. Kolekcjoner przed laty odkrył twórczość Marii Wnęk, zebrał około dwustu jej dzieł.

Nie spotkałem dotychczas równie wzorowej kolekcji. Obrazy poddawane sa niezbędnym zabiegom konserwatorskim, wszystkie mają dokumentację fotograficzną. Kolekcjoner, głęboko przekonany o słuszności swojej decyzji, zarejestrował zbiory.

Na pierwszej stronie Gazety Polskiej z 20 października 1903 roku paryski wysłannik pisma podziwia twórczość młodego artysty Bolesława Nawrockiego i muzealną zawartość jego pracowni. W 1937 roku reporter innej gazety nazywa pabianicki dom „podłódzką Zachętą”. Od 1947 roku dr Nawrocki stara się o utworzenie w pabianickiej posiadłości muzeum. Przekazał na ten cel zabytkowy dom z zabytkowym parkiem. Oprócz innych przedmiotów – obrazy ojca, Meli Muter i Gottlieba. Przed ostatecznym formalnym dopełnieniem aktu darowizny, dr Nawrocki oczekuje na spełnienie przez obdarowanego niezbędnych warunków. Miejmy nadzieję, że synowskie uczucia i długotrwałe starania przyniosą pozytywny skutek, tak oczekiwany przez wszystkich miłośników sztuki. (Janusz Miliszkiewicz)

Tajemnicę otaczającą Melę Muter i Bolesława Nawrockiego próbował rozwikłać Mieczysław Machnicki w artykule „ Miłość do kobiety z portretu” – Twój styl (nr 9/1993 r.).

Mela Muter, wybitna malarka Ecole de Paris. Młodzieńcza miłość Leopolda Staffa i ostatnia miłość Rainera Marii Rilkego. Zapomniana i na nowo odkryta. Całe twórcze życie spędziła w Paryżu, ale największa kolekcja jej prac znajduje się w Warszawie. Dr Bolesław Nawrocki ocalił od zniszczenia i zapomnienia malarskie dzieło jej życia. A wszystko zaczęło się od portretu młodej, pięknej kobiety w kapeluszu z piórami, który zobaczył w dzieciństwie…

W domu rodzinnym, wśród dziesiątków wiszących na ścianach obrazów ojca i jego kolegów z Ecole de Paris, znajdował się portret bardzo pięknej kobiety w kapeluszu z piórami – wspomina dr Bolesław Nawrocki. Już jako dziecko szczególnie lubiłem ten obraz. Ojciec namalował go w 1903 roku. Przedstawiał jego sąsiadkę z bulwaru Arago, gdzie pod numerem 65 miał swoje atelier. To MELANIA MUTERMILCH – powiedział. – Jest jedną z najwybitniejszych malarek XX wieku.

Pracownię „skromnej, lecz znakomitej malarki polskiej” odwiedza w 1963 roku reporter ukazującego się wówczas w Paryżu „Tygodnika Polskiego – Le Semaine Polonaise”. W dzielnicy Gobelins przy rue Pascal 40, Mela Muter zagłębiona w starym fotelu, zgubiona niemal w tej wielkiej pracowni, wśród stert wspaniałych obrazów, pogrążona w ciszy pełnych dynamizmu wizji malarskich chętniej opowiada o innych niż o sobie. Pracownia jest zimna i wilgotna, mówić o sobie to tak, jakby się chciało zakrzyczeć ubóstwo.

Reporter jest wnikliwy. Spostrzegł, że dziewczętom na swoich obrazach potrafiła dać nie oczy, lecz spojrzenie, zatem będzie uprzejma. Nie lubi pieniędzy – mówi. Nie lubi sprzedawać obrazów. Nie lubi wystawiać. Nie zależy jej na rozgłosie. Woli żyć skromnie i mieć swoje obrazy przy sobie, odwrócone do ścian, piętrzące się we wszystkich kątach wielkiej pracowni.

Kiedyś nie było prawie roku, by nie pojawiła się na Salonie Jesiennym i Tuileries, w Societe Nationale de Beaux Arts. Miesiące na przełomie wieków w warszawskiej szkole rysunku i malarstwa dla kobiet nie były stracone. Pamięta pierwszego nauczyciela, Miłosza Kotarbińskiego. Nauka w Academie de la Grande Chaumiere i Academie Colarossi to miesiące niezbędne, by nabrała paryskiego szlifu. Tak naprawdę liczyły się osobiste kontakty i przyjaźnie, Montmartre i Montparnasse, i nawet jeśli się nie chciało, należało być postimpresjonistą, przejąć się fowizmem, podpatrzyć kubistów. Czy to zarzut, że swoje pierwsze sceny rodzajowe, pejzaże morskie i miejskie z Bretani malowała pod wpływem szkoły Pont Aven i Gauguina, a następnie przejęła od Cezanne’a jego sposób geometryzacji krajobrazu? Albo ze dostrzeżono u niej wpływ van Gogha? Tak malowała niemal cała Ecole de Paris.

Powinna coś opowiedzieć o sobie. Ona, Maria Melania Mutermilchowa, urodzona na Lesznie córka bogatego kupca Fabiana Klingslanda, wraz z mężem Michałem, krytykiem i propagatorem sztuki, i z synem Andrzejem, pojechała do Paryża, by – jak to ładnie ktoś o niej napisze – rozładować olbrzymie zasoby energii twórczej, potężny temperament malarski tkwiący w młodej kobiecie. Był rok 1901, miała wtedy dwadzieścia pięć lat. O takich dziewczynach jak ona mówiło się, że są obdarzone wybitną urodą i żywą inteligencją.

Sędziwa pani Muter, zagłębiona w starym fotelu, najchętniej opowiada o robotnikach unoszących ciało towarzysza pracy zabitego w wypadku. Pracowała nad tym obrazem, przywodzącym na myśl słynne piety, dziesięć lat. Poprzednie wersje nie zadowalały jej. Tragizm, tak, ale nie powinien odzwierciedlać się poprzez wyraz twarzy przedstawionych ludzi. – To byłoby zbyt łatwe. Ona jest malarka świadomą tajemnic rzemiosła – ach, już powiedziała, że właściwie jest samoukiem. Malarz – kontynuuje – wyraża dramat kompozycją, formą, dynamiką, kolorem.

Cóż z tego, że jest malarką zapomnianą? A może tylko czekającą na odkrycie? Od kilku lat jest mniej samotna niż dawniej: w Paryżu jest Bolesław. Studiuje prawo, doskonali się w muzyce i, na szczęście, mieszka w pobliżu. Wpadnie ze swoją narzeczoną Liną, pomaga w sprawunkach, załatwia sprawy nie cierpiące zwłoki. Ucieszyła się jego opowieścią o portrecie malowanym przez ojca. Sąsiadka z bulwaru Arago? Młodemu mężczyźnie może zasugerować więcej, niż ojciec chciał powiedzieć małemu chłopcu. Nie, powie raczej o tym, że rozdzieliły ich artystyczne koncepcje. Ona czuła się ekspresjonistką, chciała wykrzyczeć siebie i ból świata. Bolesław miał w sobie tę powagę, która pchała go w kierunku malarstwa akademickiego. Ona samej siebie nie potrafiłaby wyobrazić w roli malarki dworu papieskiego, rodziny króla włoskiego Wiktora Emanuela czy prezydentów Francji. Ale przecież i dzięki portretowi stała się sławna. Bolesław malował osobistości II Rzeczypospolitej – Paderewskiego, Narutowicza, Wojciechowskiego. Ona sportretuje polskich i francuskich przyjaciół: Kasprowicza, Staffa, Reymonta, Żeromskiego, P. Clemenceau (brata premiera), dramatopisarza Courteline’a, kompozytorów Honeggera i Roussella i Varese. Jak to dobrze, że młody Bolesław ceni te płótna.

Powiedział, że znał ją całe życie, że portret kobiety w kapeluszu z piórami wisiał zawsze i wisi nad jego fortepianem w warszawskim mieszkaniu. Każdego dnia, gdy zasiadał przy instrumencie i ćwiczył godzinami, to podziwiał piękną i tajemniczą nieznajomą. Był w niej zakochany? Merci, Bolesław. Uparty z niego chłopiec. Teraz nakłania ją do pisania wspomnień, każe porządkować papiery. Po co dodawać strony do już zapisanych?

Na wystawie Muterowej narzucała się nam silnie zaznaczona indywidualność malarki (…). Ludzie Muterowej mają we krwi gorączkę (…). Nawet przyroda zdaje się podzielać ten niepokój (…) Drugim wybitnym rysem artystki jest dążenie do monumentalności (…), owo dążenie przejawia się w zamiłowaniu do wielkiego formatu obrazów (…) w posługiwaniu się wielkimi, niemal jednolitymi płatami barwnymi. To Władysław Skoczylas po wystawie indywidualnej w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w dwudziestym trzecim, gdy zjechała z Paryża u szczytu swoich najlepszych lat – twórcza, sławna, zaliczana do grona najwybitniejszych malarek europejskich.

Mnóstwo swoich wspaniałych płócien powierzyła na przechowanie obcym ludziom, powinna była powiedzieć Bolesławowi, że to, co znajduje się w pracowni to tylko cząstka jej twórczości. Czy to nie ostudzi w poszukiwaniach, czy raczej do nich zachęci? Bolesław wydobywa choćby spod ziemi jej płótna. Odszukuje gdzieś w składzie na węgiel i drewno, czyści i oprawia w ramy. Biega po jej dawnych pracowniach, fotografuje ślady starego Paryża, każdy spotkany obraz jej pędzla, chciwie wysłuchuje jej opowieści.

A cóż w tym dziwnego, że w jednym tygodniu spotkała się z Bertrandem Russellem i Stefanem Zweigiem? Tak jest zapisane w pożółkłym kalendarzyku z 1920 roku, więc tak musiało być. Dla Romain Rollanda zarezerwowała czas kiedy indziej. W solidnych naukowych opracowaniach, poświęconych życiu i twórczości Leopolda Staffa potrafią napisać tylko tyle, ze w latach 1903-1907 sporadycznie pojawiał się w salonie Maryli Wolskiej. Dlaczego nie tak często jak przedtem? Nie znają całej prawdy o poecie. Jakby jej portret Staffa mówił zbyt mało. Jakby obecna na portrecie słynna maska (symbol nieszczęśliwej miłości) młodej dziewczyny, która popełniła samobójstwo rzucając się do Sekwany, nie była dowodem.

Z głębin minionego czasu potrafi jeszcze wyłowić radę Janka Kasprowicza: odejdź od Poldka, spróbuj zapomnieć, wróć do męża i synka. Odejdzie, ale musi z Leopoldem spotkać się raz jeszcze, koniecznie w Poroninie. I naraz przypomina sobie pejzaże Florencji, dokąd kazali jechać rodzice: jak najdalej od tej szalonej miłości. Czy wybuch gazowej maszynki w atelier, który zranił jej twarz, to był przypadek? Jakkolwiek było, rok 1907 otwiera najlepszy okres jej malarstwa.

Jak przekształcić po latach obraz wspomnienia, by nie raniło? O tym, że pojedynkowali się o nią Gottlieb i Kisling można jeszcze opowiedzieć z humorem. Rozstanie z mężem w 1914 da się sprowadzić do suchej informacji. Raymond, młody zapaleniec niewiele starszy od Andrzeja, jedynego syna – tak, to była miłość do końca życia. Andrzej, chory na gruźlicę, kurował się w Normandii, Raymond, równie chorowity na płuca, odpoczywał w Pirenejach. Kursowała między synem i kochankiem, oboma opiekując się z wielkim oddaniem. Raymond Lefebvre, socjalista z arystokratycznym rodowodem … Powinna mu była towarzyszyć w podróży do Rosji, gdzie miał reprezentować Francję na kongresie socjalistycznej Międzynarodówki. Zginął na Morzu Białym, zamordowany – jak się przypuszcza – na rozkaz Stalina. Nie, Mela Muter nie ma do opowiedzenia nic dobrego o swoim życiu. W 1922 roku umiera ojciec, w dwa lata później – tragicznie – syn. I naraz zszarzał rój artystów otaczających Melę, choć byli to jedni z najwybitniejszych twórców epoki.

Sędziwa dama, zagłębiona w starym fotelu, ma swoje obrazy przy sobie. Niektóre przewędrowały z nią szmat drogi, były w Pittsburgu i Nowym Jorku, w San Francisco i Baltimore, nawet w Południowej Afryce. Właściwie dlaczego musi być z nimi tutaj przy rue Pascal 40, a nie we własnej willi przy Vaugirard 114 bis? Dlaczego? Wielki Jean Dubuffet nie chce się stamtąd wynieść. Jak się wzbogacił na swoich obrazach, to wszystko mu wolno? Bolesław, świeżo upieczony prawnik, mówi, że nie chce on zrezygnować z nabytych praw lokatorskich. Zgoda, sama wynajęła mu to mieszkanie, ale przecież musiała wynosić się z Paryża, by kryć się przed Niemcami. Nie może wrócić do własnego domu tylko dlatego, że jest zapomnianą Melą Muter?

W starym, z dwudziestego siódmego roku, numerze „Le Revue Europeanne” Bolesław odkrył „Trois Lettres a Mme M.”, sygnowane nazwiskiem Rainera Marii Rilkego. Czy było, jest ciekaw, wzajemne zauroczenie dwojga wybitnych artystów, czy może ostatnia w ich życiu wielka miłość? Czy nie wystarczy – odpowiada – że poeta znalazł w niej intelektualistkę, kogoś, kto go rozumiał? Jeśli pyta w jednym z listów: Czy Pani jest wolna, czy Pani byłaby gotowa poświęcić wszystko, położyć się obok mnie jak święty Joachim Szpitalnik obok trędowatego, to nie musi znaczyć nic więcej prócz tego, ze Rainer Maria był poetą.

Latami zachwycała się urodą jego poematów, nie wiedząc jak wygląda. Z polską śpiewaczką, Marią Freud, wiosną 1926 roku stała u wejścia do salonu Madame D. Wtedy pojawił się mężczyzna, blady i szczupły, i spojrzał na nią tak, jakby byli sobie znajomi od dawna. A kiedy już Maria dokonała prezentacji, powiedziała Meli: - Mój Boże, jaki jestem szczęśliwy, że wreszcie mogę Panią poznać. Znam wszystkie Pani obrazy.

Nazajutrz otrzymała od niego list, pisany niebieskim atramentem na szafirowym papierze. Skarżył się, że tak szybko zostali rozdzieleni. Pytał, czy pozwoli, by odwiedził ją w atelier. W dwa dni później zjawił się zasłonięty ogromnym bukietem róż. Banalne, powiedział, ale to moje ulubione kwiaty. Ulubione nadal, mimo że kolec róży, którym się ukłuł, miał być przyczyną jego leukemii. Pierwsza wizyta trwała dwie godziny. Ostatnia – dwanaście. O dziesiątej wieczorem przypomniał sobie, że od trzeciej po południu przed domem czeka taksówka, którą mieli razem udać się na podwieczorek muzyczny. Opuścił pracownię bladym majowym świtem. Następne listy napisał do niej w gotyckiej wieży swej romantycznej pracowni w Chateau de Muzot. Donosił o swoim coraz bardziej szwankującym zdrowiu, zwierzał się jej z prawd znanych wszystkim twórcom, że bez miłości i poezji nie można stworzyć nic dobrego.

Różo, och, czysta sprzeczności, rozkoszy: być snem wiecznym pod tak wielu powiekami. Mela Muter przymyka oczy i jak przez mgłę jawi się napis wyryty na nagrobku poety w Raron, na cmentarzyku obok starego kamiennego kościoła. Bolesław, gdy mieszkał parę lat w Paryżu i pracował w UNESCO, obwoził ją samochodem po różnych miejscach, które malowała. Czy domyślała się, przeczuwała, że będzie kontynuował swe pielgrzymki i dokumentował fotograficznie te fragmenty pejzażu, które ona zaklęła w swych płótnach? Z Bolesławem była na grobie van Gogha. Do Raron w Dolinie Rodanu Bolesław pojechał z żoną Liną, by w imieniu Meli na grobie Rilkego złożyć bukiecik polnych kwiatów.

Przestała malować z powodu katarakty. W 1965 r. poddała się operacji. Szczęśliwa z odzyskania możliwości widzenia Mela Muter zdecydowała się namalować mój portret, mówi dr Bolesław Nawrocki. Prawdopodobnie był ostatnim dziełem jej życia.

Jedną ramą losu, który sprzyja szczęśliwym przypadkom, spięte zostały dwa portrety. Portret Melani namalowany w 1903 roku przez artystę malarza Bolesława Nawrockiego (1877-1946) i portret jego syna, też Bolesława, namalowany w kilkadziesiąt lat później (1965) przez sędziwą Melę Muter. Oba dziś wiszą w jego warszawskim mieszkaniu. Gdyby młody pianista i prawnik nie uzyskał stypendium rządu francuskiego i nie wyjechał do Paryża… Gdyby w Paryżu w mieszkaniu śpiewaczki Marii Freud nie zobaczył jej portretu namalowanego przez długoletnią przyjaciółkę, i nie dowiedział się, że całkowicie zapomniana Mela Muter żyje w swej ubogiej pracowni w XIII dzielnicy … Gdyby nie przyjęła go serdecznie, wręcz po macierzyńsku …

Jej twarz – wspomina pierwsze spotkanie dr Bolesław Nawrocki – zachowała ślady dawnej urody. Jej ciało, zmęczone artretyzmem, było jednak bardzo słabe. Miała ogromne trudności z poruszaniem się. Nie mogła już malować. (…)

Mela Muter umiera w 1967 roku. Bolesław Nawrocki od dwóch lat jest w kraju, ale zrobi wszystko, by zapobiec rozproszeniu jej dorobku. Odkupił od spadkobierców ponad sto pozostałych w pracowni artystki obrazów, akwareli, pasteli i rysunków. Nie pozwolił, by na śmietniku wylądowały jej osobiste dokumenty i manuskrypty. Swoim staraniem sprawia, że dzieło życia „skromnej, lecz znakomitej malarki polskiej” powoli zaczyna funkcjonować w świadomości społecznej. Jej obrazy były już na wystawach: w Genewie (organizowanych w Petit Palais przez znanego kolekcjonera szwajcarskiego Oscara Gheza) oraz w Polsce – w warszawskim Muzeum Narodowym i w innych miastach (”Żydzi polscy”, „Artystki polskie”, „Malarstwo polskie w zbiorach Ewy i Wojciecha Fibaków”).

Wielką indywidualną wystawę Meli Muter przygotowuje przy jego współudziale na koniec 1994 r. Muzeum Narodowe w Warszawie. Niestrudzony propagator jej malarstwa krąży między Warszawą, Genewą i Paryżem. Zgodził się wypożyczyć ponad 50 prac Meli Muter na tegoroczną wystawę w słynnym dzięki Gauguinowi, muzeum w Pont Aven.

W dziewięćdziesiąt lat po debiucie powraca Mela na salony Francji, a także do sal swego rodzinnego miasta Warszawy. Bolesław Nawrocki kończy opracowywać katalog tych ekspozycji, w którym pragnie skojarzyć malarskie wątki z zapiskami artystki z jej listów i pamiętników. Z ostatniej podróży do Genewy powrócił z radosna wieścią: odnalazły się listy Meli do Rilkego. Wierzy, że wkrótce trafią do jego rąk. Miłość do młodej kobiety w kapeluszu z piórami jest zaborcza. Nie chce dzielić się z innymi. (Mieczysław Machnicki)

W 2014 roku w Muzeum Etnograficznym w Toruniu zorganizowana została wystawa „Mecenas i artyści. Kolekcja sztuki ludowej i nieprofesjonalnej Bolesława i Liny Nawrockich”. Z tej okazji przypomniano sylwetkę Bolesława Jana Nawrockiego.

Głównym twórcą kolekcji był Bolesław J. Nawrocki (1924-2008) z Warszawy, prawnik, muzyk, muzykolog, mecenas sztuki. Jego działania wspierała żona Lina Carminati –Nawrocka. Kolekcja powstawała od polowy lat 60. XX wieku do początku XXI wieku. Liczy blisko 4000 prac około 100 artystów.

Zainteresowania kolekcjonerskie wyniósł z domu rodzinnego. Był synem Bolesława Antoniego Nawrockiego (1877-1946), również kolekcjonera malarstwa europejskiego. W jego domu były między innymi obrazy Van Dycka, Tycjana, Murilla, Bruegla. Początki pasji kolekcjonerskiej Bolesława Nawrockiego związane były z chęcią odtworzenia kolekcji malarstwa ojca, zaginionej w czasie II wojny światowej. Możliwość poszukiwania jej dały mu studia w Paryżu. Dzieł tych nie odnalazł. Udało mu się za to stworzyć własną kolekcje malarstwa profesjonalnego, w skład której weszły obrazy znajomych ojca pochodzenia polskiego z kręgu Ecole de Paris, m.in. Leopolda Gottlieba, Louisa Marcoussisa, Alicji Halickiej, Władysława Jahla, Eugeniusza Zaka, Józefa Pankiewicza, a szczególnie bogaty zbiór prac Meli Muter.

Zainteresowanie się sztuką ludową i nieprofesjonalną miało związek po części z jego pracą zawodową. Wieloletnie studia zagraniczne, zakończone doktoratem na Uniwersytecie Paryskim, pozwoliły mu zajmować znaczące stanowiska, związane z jego specjalizacją dotyczącą ochrony praw autorskich, między innymi w UNESCO w Paryżu (1961-1966) i w Światowej Organizacji Ochrony Własności Intelektualnej w Genewie (1972-1974). Był też (1966-1969) dyrektorem generalnym ZAIKS-u. Pracując w Genewie zajął się problemem ochrony praw autorskich artystów nieprofesjonalnych, zwłaszcza osób z zaburzeniami psychicznymi.

W 2008 roku jego dokonania kolekcjonerskie zostały docenione przyznaniem Nagrody Honorowej Hetmana Kolekcjonerów Polskich im. Jerzego Dunina-Borkowskiego.

W 2015 r. na portalu EPA Info pojawił się artykuł „Powojenne Pabianice w oczach Francuzki”.

Lina Nawrocka do Pabianic przyjechała w 1965 roku z Francji. Przyjechała z miłości do Polaka, bo miasta nie dało się wtedy pokochać.

Francuzka o swoich wrażeniach z przeprowadzki do naszego miasta opowiada dziennikarzom Polskiego Radia w reportażu „Cudzoziemcy w PRL-u: przyjeżdżali nie tylko z miłości”. Pani Lina przyjechała do Pabianic z mężem Bolesławem Janem Nawrockim, synem Bolesława Antoniego, artysty malarza (1877-1946). Bolesław Nawrocki zaraz po wojnie zamieszkał nad Dobrzynką i w latach pięćdziesiątych studiował na wydziale fortepianu Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi.

W roku 1958 rozpoczął, trwającą aż do połowy lat osiemdziesiątych, współpracę z francuskim Krajowym Centrum Badań Naukowych, równocześnie studiując prawo międzynarodowe i muzykologię w Centre Universitaire Europeen (Nancy), Instituto dei Studii Europei (Turyn), Institut des Hautes Etudes Internationales (Paryż). Uwieńczeniem studiów zagranicznych był doktorat nauk prawnych, uzyskany w 1960 r. na Uniwersytecie Paryskim. To właśnie tam poznał swoją przyszłą żonę i ściągnął ją do Polski.

- W 1965 lądowałam w Pabianicach, bo tam był dom rodzinny. To było wrażenie od początku bardzo przygnębiające – wspomina Lina Nawrocka. – Tłum był taki bury, zmęczony, przygnebiający. Szokowało mnie, że nikt nie patrzył, czy ktoś jest na jego drodze. Ludzie w siebie uderzali.

Francuzka wspomina też warunki mieszkaniowe w jakich przyszło mieszkać ówczesnym pabianiczanom.

- Ale to wchodzenie do tych domów w kamienicach przedwojennych ze wspaniałymi resztkami. Klatka schodowa okropnie ponura, mieszkania były kołchozami. W dużym holu były szafy, skład rozmaitych przedmiotów należących do współlokatorów. Rodziny były stłoczone w pokojach. Wspólna kuchnia – ponura, nijaka. Wspólna łazienka i ubikacja. Wrażenie było dla mnie bardzo przygnębiające. Mieszkania były martwe. Żadnego zapachu, kuchennego życia.

Cudzoziemka odwiedzała też okoliczne targi zarówno w Pabianicach i w Łodzi, jak wspomina była to dla niej prawdziwa egzotyka. – Te wszystkie towary jakie proponowano na tych straganach, te baby z kwiatami. Otwierałam takie wielkie oczy mówi w reportażu.

Pod koniec lat sześćdziesiątych małżeństwo Nawrockich wyjechało do Warszawy. (Przemek Jach)

W 1988 r. Bolesław Jan Nawrocki przekazał na rzecz miasta zarówno budynek rodzinny, jak i kolekcję obrazów autorstwa swojego ojca oraz Meli Muter. Jednak w 1995 r. Rada Miasta Pabianic wyraziła zgodę na rozwiązanie umowy darowizny z Bolesławem J. Nawrockim. Stosowny akt notarialny podpisano 11 maja 1995 r. Powodem zwrotu darowizny była niemożność sprostania oczekiwaniom darczyńcy. Doktor Nawrocki dokonał sprzedaży domu wraz z działką prywatnej osobie. Dom został wpisany do wojewódzkiego rejestru zabytków.

Dom jest parterowy, kryty dachem czterospadowym z dwoma lukarnami od północy i balkonem od południa. Balkon podpiera dwukolumnowy portyk i znajduje się nad wejściem. Fronton zawiera boniowane naroża i okna zwieńczone trójkątnymi naczółkami. Artystę upamiętnia okolicznościowa tablica.

W zbiorach Muzeum Miasta Pabianic znajduje się 7 obrazów Bolesława Antoniego Nawrockiego. W 1977 roku muzeum przygotowało wystawę „Bolesław Nawrocki – malarstwo”.

W maju 2016 r. z inicjatywy Fundacji My kochamy Pabianice w Hotelu Fabryka Wełny zorganizowano wystawę dzieł sztuki pochodzących z prywatnych zbiorów pabianiczan. Zwiedzający mogli zobaczyć również obraz Nawrockiego.

Życie Pabianic informowało: To inicjatywa Fundacji My kochamy Pabianice. W pofabrycznych pomieszczeniach wyeksponowano prace (malarzy, rzeźbiarzy), pochodzące z prywatnych zbiorów pabianiczan.

- Udostępnili nam swoje zbiory, ale prosili o anonimowość – informuje Andrzej Furman z Fundacji – Jesteśmy im za to ogromnie wdzięczni. Celem fundacji jest propagowanie twórców z naszego miasta, dlatego są tu prace pabianiczan: Rafała Frankiewicza, Sławomira Łuczyńskiego, Bolesława Nawrockiego, Morice’a Lipsi.

- Myślimy, że Bolesław Nawrocki zasługuje na odrębną wystawę w naszym mieście – dodaje Furman.

Na wystawie prezentowany jest jeden z jego pabianickich obrazów przedstawiający plac na Starym Rynku z kościołem św. Mateusza i zamkiem w tle.

Franciszek Nawrocki, ojciec artysty przyczynił się wydatnie do ożywienia społecznego i kulturalnego mieszkańców Starego Miasta. W 1897 roku rozpoczął starania o wybudowanie kościoła św. Floriana. Zobowiązał się pokryć wszelkie wydatki związane z inwestycją, „nie uciekając się do ofiarności zarówno pojedynczych jednostek, jak i zrzeszeń zawodowych i społecznych”.

Józef Frankowski w broszurce „Kościół św. Floriana” (1930) pisał: Należy podkreślić, że Nowe Miasto różniło się od Starego Miasta, wprost kipiało innym życiem. Nic też dziwnego, że czysto robotnicza dzielnica impulsem swego życia zaczęła przeważać nad rolniczym, rzemieślniczym i drobnokupieckim charakterem Starego Miasta.

W ślady ojca poszedł także Bolesław. W 1929 r. wykonał dla tego kościoła obrazy przedstawiające św. Cecylię, św. Antoniego i św. Teresę. Sporządził także kopię obrazu Rubensa „Zdjęcie z krzyża”.

Co więcej Bolesław Nawrocki zaczął udzielać lekcji rysunku i malarstwa dzieciom ze Starego Miasta. Niektóre dzieci, jako aniołki, pozowały nawet do świętych obrazów. W Pab Arcie (nr 1/2000 r.) ukazało się wspomnienie Piotra Prusinowskiego z czasów, gdy uczęszczał na zajęcia do Nawrockiego:

Jak mnie pamięć nie myli, chyba w 1937 roku miałem okazję spotkać się, oko w oko, z Bolesławem Nawrockim. Przyprowadził mnie do pozowania bardzo utalentowany jego uczeń i zarazem pomocnik Bolesław Stefaniak.

Raz spytał mnie jak mi idzie czytanie. A ja mu na to, że mało czytuję. Dał książkę. Poczytaj chłopcze, dowiesz się wiele. Patrząc na ciebie wiem, że jesteś jeszcze cielę. I tak się zaczęło, wepchnął mi książkę siłą. I coś się we mnie do sztuki wzbudziło.

Do żony mówił: chłopak jak chłopak. Jak nie będzie dobry, to się go wysiuda. A ja czekałem w napięciu.

Byłem w mieszkaniu wielkiego malarza. Patrzyłem na niego jak na świętego z ołtarza. Jeszcze nie wiedziałem i nie dowierzałem, że tak znanemu artyście pozowałem.

Chodziło mi o to, żeby trochę zarobić, a była okazja się nie narobić. Jak to u malarza. Zdejmuj bracie portki, siadaj do ołtarza. I tak na golasa stoję wylękniony. Na wszelki wypadek trzymam kalesony.

Podszedł do mnie, obejrzał, pogłaskał po buzi. I powiedział: tylko dziś posiedzisz dłużej. W łeb trzasnął, ale do pucu tylko tak drasnął. No dobrze, siadaj. Nie wolno się ruszać i nic nie gadaj. Bierzemy się za robotę póki mam ochotę.

Malarze robią cuda lepsze jak w kościele. Jeśli się odezwał, to niewiele. Raz nawet ze mnie zrobił Jezusa jak przy Józefie hebelkiem rusza.

Dziś trudno zapomnieć wielkiego artystę. Zna go Warszawa, Kraków i zagranica i w Pabianicach jest jego ulica.


http://www.muzeum.umk.pl/sztuka_polska/%E2%80%9Eportret-dr-boles%C5%82awa-nawrockiego%E2%80%9D-1965brolej-na-p%C5%82%C3%B3tniebr775-x-643-cm

http://zwiedzajlodzkie.pl/27_pabianice_nawrockich.htm

http://www.artnet.com/artists/boleslaw-nawrocki/past-auction-results

http://mojecmentarze.blogspot.com/2012/04/bolesaw-nawrocki.html

http://www.shalom-magazine.com/Article.php?id=210112


Ziemia – ilustrowany dwutygodnik krajoznawczy (nr 23-24/1931 r.) zamieściła wzmiankę o wystawie prac wychowanków Bolesława Nawrockiego.

W październiku ku uczczeniu 25-lecia Towarzystwa Krajoznawczego zorganizowano wystawę prac uczniów Szkoły Rysunków i Malarstwa artysty malarza Bolesława Nawrockiego i działu sztuki regionalnej ze zbiorów Oddziału w Pabianicach. Szkoła Rysunku i Malarstwa zorganizowana przez Oddział celem przysporzenia miastu tych osób, które by przygotowane były do opracowywania artystycznego tematów regionalnych. Popis tej szkoły, istniejącej dopiero niecałe dwa lata, wypadł bardzo okazale. Prace swoje wystawiło 19 uczniów szkoły, wykazując bardzo wybitne postępy, oraz sam mistrz artysta malarz Bolesław Nawrocki. Wśród nieraz bardzo pięknych płócien i rysunków przeważało wiele prac, wybitnie nadających się do muzeum regionalnego pow. łaskiego. Były to typy ludowe, krajobrazy oraz inne motywy regionalne. Poza tym na wystawie pokazano szereg eksponatów PTK, jak pięknie wykonane modele budowli historycznych, barwne kilimy łaskie, rzeźby ludowe, wieńce dożynkowe, obrazy, liczne fotografie, szkice, wzory itp. Otwierając wystawę prezes Oddziału Pabianickiego p. K. Staszewski, powitał licznych gości z p. starostą J. Wallasem na czele i nawiązał do 25-lecia Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, wskazał, że pożytecznie pracujące PTK nie posiada jeszcze własnego lokalu, wskutek czego nie może należycie rozwinąć swej pracy. Społeczeństwo pabianickie winno przyjść Towarzystwu z pomocą, w szczególności zaś Magistrat m. Pabianic, do którego mówca specjalnie zaapelował. O zainteresowaniu, jakie wzbudziła wystawa wśród społeczeństwa pabianickiego świadczy fakt, że w ciągu tygodnia zwiedziło ją około 3 tysięcy osób.

W dniu 8 XI br. Oddział zorganizował wycieczkę historyczną po Pabianicach. Uczestników zgłosiło się 700 (!) osób. W parku miejskim odbył się odczyt o dziejach miasta, potem grupami zwiedzano gmach zamku i kościół św. Mateusza. Wobec tak wybitnego zainteresowania oddział podjął się organizowania co pewien czas wycieczek historycznych grupami po 50 osób. Uwzględniona będzie również współczesność: fabryki i szkoły.

Gazeta Pabjanicka w numerze 45/1935 r. napisała o „nowym ośrodku kulturalnym w naszym mieście”.

Wybitny artysta-malarz, obywatel naszego miasta, p. Bolesław Nawrocki, posiada w swym mieszkaniu przy ul. Tuszyńskiej istną galerię obrazów, przeważnie swojej kompozycji, jak i innych artystów; oprócz obrazów znajdują się tam i inne przedmioty sztuki, które potrafił p. Nawrocki, jako znawca u siebie zgrupować. Po przedwstępnych prywatnych rozmowach z paroma osobami, w których p. Nawrocki wyraził chęć zaofiarowania miastu bezinteresownie swych zbiorów na własność, z tym, że miasto nabyłoby jego realność miejską za cenę nominalnej wartości, p. Nawrocki wystąpił z konkretna propozycją do zarządu miasta załączając spis wszystkich obrazów i przedmiotów, które zamierza ofiarować miastu, w ilości z górą 200 egzemplarzy wartości do 100 tys. zł.

W wyniku tej oferty, p. prezydent Futyma powołał w dniu 21 bm. komisję rzeczoznawców, do której oprócz p. prezydenta, ławnika Kuśmidra weszli radni: Eichler, Ruszewski, Sokołowski i Szczerkowski, inż. Kowalski i artysta malarz p. Ryszard Radwański. Komisja ta szczegółowo obejrzała zbiory p. Nawrockiego i po zapoznaniu się z ofertą na odbytym zaraz potem posiedzeniu, jednomyślnie wypowiedziała się, za przyjęciem powyższego projektu, prosząc zarząd miejski o sfinalizowanie tej sprawy i przedstawienie jej, jak najrychlej na radę miejską.

Nie wątpimy, że rada również poprze jednomyślnie powyższy projekt, w rezultacie czego miasto nasze zdobyłoby piękną nową placówkę kulturalną, jaką bardzo niewiele miast może się poszczycić. W wśród dzieł są rzeczy ocenione po 4-5 tys. złotych.

Wierząc, że zarząd miejski poprze w całej rozciągłości opinię komisji, czujemy się w obowiązku podkreślić jednocześnie wysoce obywatelski czyn p. Nawrockiego, który pragnie tą drogą pozostawić swemu rodzinnemu miastu wspaniałą pamiątkę.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij