www.um.pabianice.pl

Pabianice znajdują się w aglomeracji łódzkiej. Stanowią zarazem centrum 120-tysięcznego powiatu. Funkcjonują tutaj najważniejsze dla społeczności instytucje i urzędy. Miasto liczy 66 tys. mieszkańców i obejmuje obszar 33 km2.

Czytaj więcej

Pabianice w literaturze cz. 4

A pomniejsz czcionkę A standardowy rozmiar A powiększ czcionkę

Stanisław Koszutski w pracy „Rozwój ekonomiczny Królestwa Polskiego w ostatnim trzydziestoleciu, 1870 – 1900” (1905 r.) przedstawia początki przemysłu w Pabianicach.

(…) Historia na przykład Pabianic jest w zmniejszonych rozmiarach prawie fotografią historii Łodzi. Rozwój Pabianic rozpoczyna się po 1820 r. wraz z napływem do miasteczka niemieckich kolonistów i rzemieślników. W 1830 r. przybywa tu z Saksonii Beniamin Krusche, którego zjawienie się ma wpływ podobny na Pabianice, jak przybycie Scheiblera na Łódź (w mniejszym tylko zakresie). Założył on początkowo fabrykę wyrobów wełnianych i półwełnianych o 10 ręcznych warsztatach tkackich. Stopniowo rozwijał on swe przedsiębiorstwo, zastępując pracę ręczną pracą maszynową i urozmaicając produkcję nowymi działami wyrobów. Po 1870 r. do firmy wstąpił Karol Ender, który wytknął nowy kierunek przedsiębiorstwu i sprowadził przewrót w produkcji bawełnianej łódzkiego okręgu.

Postanowił on przystosować produkcję fabryki do szerokich rynków zbytu, przy tym do zmienionych na nich wskutek uwłaszczenia włościan i zamiany gospodarki naturalistycznej na pieniężną - warunków. Pragnął on produkować takie wyroby, które byłyby chętnie kupowane przez masy świeżo w wir gospodarstwa wymiennego wciągniętych spożywców. W tym celu w 1873 r. zamienił on fabrykę wyrobów półwełnianych, damskich, na fabrykę tanich wyrobów bawełnianych (barchanów kolorowych), które trafić mogły i istotnie trafiły do gustu szerokich mas niezamożnych nabywców, nie mających środków na zbytnią wybredność, zastępując im niedostępne dla nich wskutek wyższej ceny tkaniny wełniane. Inicjatywa Endera uwieńczona została świetnymi rezultatami nie tylko dla firmy „Krusche i Ender” lecz wskutek wielkiego popytu na grube wełniane wyroby puściło się do ich produkcji mnóstwo fabryk zarówno w Królestwie, jak i w Cesarstwie. Konkurencja przyczyniła się jednak tylko do tym większego rozwoju działalności wspomnianej firmy i rozszerzenia zakresu jej wyrobów. Wartość jej produkcji wynosiła w 1897 r. 3.627.000 rubli, robotników pracowało 2.649, z tej liczby około 1000 pracowało dla fabryki lecz poza jej obrębem. W 1901/2 r. wartość produkcji wynosiła 5 milionów rubli, robotników – 4277.

W 1854 r. w Pabianicach powstała jeszcze inna fabryka, zasługująca na wymienienie, założył ją Rudolf Kindler. Skromne zrazu przedsiębiorstwo, w 1888 r. staje się towarzystwem akcyjnym, które w 1898 r. produkuje wyrobów półwełnianych różnego rodzaju za sumę 2 milionów rubli przy współudziale 1200 robotników. W 1901/2 za 2,9 miliona rubli przy 1700 robotnikach.

Zwracano już niejednokrotnie uwagę na fakt, że przemysł w początku stulecia rozwijać poczynano u nas w miejscowościach nie bardzo ku temu odpowiednich. Cudzoziemcy osiadali w Łodzi, Zgierzu, Pabianicach, które właściwie jak najmniej nadawały się ku celom przemysłowym, daleko leżały od świata, od dobrych komunikacji, pozbawione były wody, którą musiano zdobywać przy pomocy studni artezyjskich; przed 1866 r. do Łodzi, a do ostatnich czasów do Zgierza i Pabianic należało dostarczać wszystko za pomocą lokomocji konnej: materiał surowy, węgiel, maszyny. Pierwotny wybór nie zależał właściwie do cudzoziemców, osiedlających się w kraju; musieli oni wybierać te miejsca, które zostały wyznaczone przez rząd w celach kolonizacji przemysłowej. Tym bardziej zasługuje na uwagę sprężystość i żywotność kapitałów zagranicznych i zagranicznej przedsiębiorczości, iż zdołała ona przezwyciężyć tak ważne i doniosłe szkopuły.

Stanisław Koszutski (1872 -1930) – działacz socjalistyczny, adwokat, historyk przemysłu.

W klasycznych pracach polskich językoznawców - Hieronim Łopaciński (1860-1906) „Kilka zabytków języka staropolskiego” (1894) i Jan Łoś (1860-1928) „Początki piśmiennictwa polskiego”(1922) – pojawia się dość zagadkowa postać Piotra z Pabianic, który przeszedł do dziejów polskiej literatury jako kopista łacińskich kazań Jakuba de Voragine, włoskiego kaznodziei, hagiografa i pisarza religijnego okresu średniowiecza. Profesor Łoś podkreślał, że Piotr jest autorem cennego dopisku (glosa) w języku staropolskim do wspomnianego dzieła.

„ (…) Są to kazania popularne w średnich wiekach Jakóba de Voragine, przepisane w r. 1444 przez Piotra z Pabjanic zapewne w Krakowie; z glos niewielu, tu zapisanych, zasługuje na uwagę tylko jedna rzadka: obloyom = żarłokom”.

W 1897 r. ukazała się publikacja „Album pamiątkowe z pobytu Ich Carskich Mości Najjaśniejszych Państwa w Królestwie Polskim”. Wizytę cara miało także upamiętnić powołanie jakiejś placówki służącej społeczeństwu. W skład „Komitetu Składki na utworzenie instytucji użyteczności publicznej ku upamiętnieniu Najjaśniejszych Państwa w Warszawie” weszło wiele ówczesnych osobistości, m.in. margrabia Wielopolski, Leopold Kronenberg, Adam hrabia Zamojski, Bolesław Prus, a także …Oskar Kindler, współwłaściciel fabryki wyrobów tkackich w Pabianicach.

Aleksander Janowski, krajoznawca, opublikował w 1919 roku książkę „Nasza Ojczyzna”, w której porównał Pabianice do „najeżonego kominami fortu”.

„Nie świetne życie ma ruchliwy Mazur na swych „piaskach – laskach”, ratuje się więc, jak może i zakłada fabryki, szuka zarobku. Zajął ubogą wyżynę, gdzie zaczyna się Bzura i gdzie Ner już ku Warcie wybiega. Zbudował tam potężną fortecę przemysłu: Łódź, a koło niej, jak pomniejsze forty, jeżą się kominami swych fortec; Zgierz, Pabianice, Zduńska Wola, Ozorków, Tomaszów Rawski. Huczą tu warsztaty, snuje się przędza, tkają wyroby łokciowe, które zaopatrują sklepy całej Polski.”

„Pamiętniki chłopów” (1935) były plonem konkursu ogłoszonego przez Instytut Gospodarstwa Społecznego w Warszawie. Wywarły duże wrażenie na czytelnikach w kraju i na świecie. Bez obsłonek prezentowały życie wsi okresu międzywojennego. Jednym z pamiętnikarzy był mieszkaniec Dąbrowy obok Pabianic, który w dniach strajku marcowego w 1933 znalazł się w naszym mieście.

„Przyszedłem do Pabianic. Był tu strajk. Tramwaje nie chodziły. Kupy ludzi pchało się we wszystkie strony. Wszędzie kotłowało się jak w mrowisku. Zmieszałem się razem ze wszystkimi. Pchali się naprzód. Czułem w sobie złość taką jak wszyscy dokoła. Przy fabryce Endera policja rozpychała ludzi. Cofnęli się wszyscy i wypchnęli mnie naprzód. Zanim zdążyłem odejść, policjant lunął mnie gumową pałką przez plecy, aż mi w oczach spopielało. Nie ruszyłem się z miejsca i mówię: idę na wieś do domu. A on powiada: idźcie innymi ulicami, bo tu gazy bydom puszczać. Ludzie nie chcą już trzy dni wyjść z fabryki. Cofnąłem się nazad i bocznemi ulicami obszedłem miasto. Potem ścieżką wyszedłem do cmentarza. Dookoła płotu było pełno ludzi. Raz się kupili to znów rozlatywali, jak te spłoszone kury gdy je jastrząb z góry naleci. Policja przywiozła na cmentarz trumnę jakiegoś robotnika i nikomu nie dała wejść na cmentarz> Dopiero kiedy już policja skończyła pogrzeb i wyszła, ludzie się gruchnęli hurmem na cmentarz, a i ja wlazłem z ciekawości. Nad grobem śpiewali ludzie komunistyczne piosenki. Przy mnie stała jakaś gruba baba. Spytałem się jej co się tu stało, a ona mi powiada: z piecaście to spadli czy wilkowi spod ogona wylecieli, nie widzicie to jak ludzi mordują. Potem aż przysiadła za nagrobkiem i krzyczała na całe gardło: Krew! Krew! Krew! Kiedy skończyła zwróciła się do mnie i mówi: tyle ino umiem z czerwunygo (pieśń „Czerwony Sztandar”), ale się muszę całygo nauczyć, bo się przyda i znów krzyczała za wszystkimi: niech żyje Kitler, a drugi raz zdążyła tylko powiedzieć niech żyje Ki! Bo ją policjant ściągnął przez plecy. Myślę sobie jak wy wszyscy tacy mądrzy, że jeszcze nie wiecie czy się nazywa Hitler, czy Kitler, a już krzyczycie niech żyje, to niewiele z was pociechy.”

Kontekst dla wypowiedzi pamiętnikarza tworzą informacje o wydarzeniach pabianickich zamieszczane w ówczesnej prasie.

5 robotników zastrzelonych przez policję. Do starosty w Pabianicach zgłosiła się delegacja robotników włókienniczych z prośbą o zezwolenie na urządzenie wiecu w związku z wiadomością z Warszawy o zerwaniu rokowań miedzy robotnikami a przemysłowcami. Starosta odmówił, oświadczając, iż może udzielić zezwolenia na wiec dopiero w niedzielę. Delegaci opuścili starostwo. Tymczasem tłum złożony z kilkuset osób zorganizował pochód. Wobec tego jednak, że główna ulica w Pabianicach otoczona została policją - tłum skierował się w uliczki boczne, gdzie natknął się na oddział policji, który wezwał demonstrantów do rozejścia się. Po pewnym czasie doszło do ostrej wymiany słów między policją a robotnikami. Policja zażądała w ostrej formie rozejścia się. W pewnej chwili ze strony tłumu posypały się kamienie. W odpowiedzi policja dała salwę ostrzegawczą w powietrze, a w chwilę potem drugą salwę do tłumu. 5 osób zostało zabitych, 15 zaś rannych. Tłum położył na szynach kolejki elektrycznej zwłoki jednego z zabitych, uniemożliwiając w ten sposób przejazd tramwajów. Do Pabianic przybyły posiłki policyjne z Łodzi. Prasa socjalistyczna tak „Robotnik”, jak „Naprzód” zostały za podanie szczegółów tej strzelaniny do bezrobotnych skonfiskowane. (Gazeta Robotnicza, 21.03.1933)

Pogrzeb pięciu ofiar wypadków piątkowych w Pabianicach miał się odbyć we wtorek, dn. 21 bm. Ponieważ jednak miejscowe władze otrzymały wiadomość, że elementy wywrotowe zamierzają wykorzystać pogrzeb do niepoczytalnych wystąpień, zmuszone więc były do przyspieszonego pogrzebu. O tym niezwłocznie powiadomiony został komitet organizacyjny pogrzebu w Pabianicach. Komitet po dłuższej naradzie oświadczył, że nie jest w możności zorganizować pogrzebu ze względów technicznych. Wobec takiego stanu rzeczy pogrzebem musiały się zająć władze administracyjne, które zaprosiły do udziału duchowieństwo katolickie i ewangelickie. Pogrzeb odbył się we wzorowym porządku przy udziale rodzin zmarłych. Wzdłuż całej trasy tłum ludności towarzyszył z powagą konduktowi. (Goniec Częstochowski, 22.03.1933)

W końcu XIX wieku tygodnik Głos publikował relacje Jana Lorentowicza z Pabianic. Autor nazywa Pabianice „dziecięciem Łodzi”.

Pabianice mało są znane szerszemu ogółowi, mimo ze pod względem ludnościowym przewyższają niektóre miasta gubernialne, liczą bowiem przeszło 24 tysiące mieszkańców. Przyczyna tego leży, jak sądzę w szybkim stosunkowo rozwoju tego miasta. Do niedawna Pabianice były niewielką mieściną fabryczną o kilku tysiącach mieszkańców, poza posiadaniem kilku fabryk niczym się różniącą od innych zapadłych kątów prowincjonalnych. Dopiero ostatni lat dziesiątek sprowadził w stosunkach pabianickich zmiany bardzo poważne. Szybki rozwój Łodzi odbił się znacząco na losach jej dziecięcia przemysłowego. Nie było prawie roku w pomienionym okresie czasu, w którym by nie powstała jakaś nowa fabryka mniejszych lub większych rozmiarów. Każda z nich wprzęgała do pracy całe rzesze okolicznego proletariatu bezrobotnego. W miarę wzrastania ludności, rosła liczba domów (obecnie Pabianice posiadają 800 domów na gruntach miejskich i pewnie około polowy tego na przyległych gruntach włościańskich), przybywało sporo rzemieślników, handlarzy – Żydów.

W roku bieżącym została w ruch puszczona, prawie całkowicie odbudowana po spaleniu fabryka papieru Saengerów. Kto znał dawny gmach papierni, ciemny, brudny, ciasny, ten z zadowoleniem stwierdzi, że obecna fabryka jest jasna, obszerna, czysta, dobrze przewietrzona, posiada łatwą do zmywania posadzkę kaflową; w ogóle zastosowano tu najnowsze zdobycze techniczne, pozbawiając w dużym stopniu fabrykę papieru szkodliwego na zdrowie robotników wpływu. W starej papierni np. szczególnie zabójczo działał na organizm robotnika rozchodzący się po sali pył, wydzielany przez trzepanie i krajanie gałganów, które, jako zbierane zazwyczaj ze śmietników, posiadają, rzecz prosta, moc przeróżnych drobnoustrojów chorobotwórczych. Przy urządzeniu obecnym wszystek kurz, spod maszyny wychodzący, przez otwór w podłodze dostaje się do zamkniętego zbiornika, z którego w pewnych odstępach czasu wywozi się poza obręb fabryki. Trzeba jednak zaznaczyć, że te warunki, dodatnio wyróżniające fabrykę, wkrótce ulegną zmianie na gorsze. Do tego czasu, wobec ogólnego zastoju w przemyśle, fabrykacja papieru, wyrabianego przeważnie do obwijania towarów, niewielki zbyt miała. Skoro jednak zapotrzebowanie papieru wzrośnie dostatecznie, sprowadzona zostanie druga wielka maszyna, zwiększy się liczba robotników, ilość wyprodukowanego papieru na składzie, co sprowadzi potężną ciasnotę w oddziałach dotychczas przestronnych.

W fabryce pracuje około 200 ludzi. Płaca nader marna. Robotnica natychmiast po przyjściu do fabryki dostaje 35 kopiejek dziennie, wykwalifikowana maximum 48 kopiejek, robotnik surowy 55, uzdolniony max 90 kopiejek; przeciętnie 68-70 kopiejek. fundusz z kar idzie do ręki inspektora fabrycznego i służy do udzielania zapomóg robotnikom zniedołężniałym, przedstawianym przez zarząd fabryki. Ponieważ fundusz ten jest niewielki, przeto i zapomogi są bardzo nieznaczne. Zdrowie pracującej rzeszy reperuje jeden z miejscowych lekarzy, który zjawia się 2 razy tygodniowo na godzinę do ambulatorium fabrycznego, albo udziela porad w mieszkaniu swoim lub chorego. Z przykrością zaznaczyć trzeba, że większość lekarzy otrzymujących stałą pensję od zarządów fabryk, w krótkim czasie przejmuje się nieprzejednaną nienawiścią do wszystkich robotników, szukających w nich pomocy lekarskiej, jako do ludzi, którzy kradną drogi czas konsyliarski, nie dając w zamian bezpośrednio ani cekina. Robotnik często poważnie chory, dobrze widzi, że zniecierpliwiony doktór chce się od niego odczepić w jakikolwiek sposób, że na podstawie jego niejasnych i niedokładnych utyskiwań stawia zbyt szybko diagnozę bez dokładniejszego zbadania chorego, wreszcie zapisuje lekarstwo i żegna pacjenta słowami: „jak nie pomoże, proszę przyjść powtórnie”. Biedak widzi to, ale musi się poddać niesumiennej i bezskutecznej przeważnie kuracji, opłacanie bowiem dowolnie wybranego przez siebie lekarza przy małym zarobku jest zbytkiem, na który pozwolić sobie nie może.

Niektórzy lekarze postępowanie swoje tłumaczą sporą ilością symulantów, tj. ludzi pozornie zdrowych, ale zmęczonych lub wycieńczonych całodzienną pracą w dusznej atmosferze fabrycznej, którzy bez widocznych zmian chorobowych w organizmie chcą oszukać pana konsyliarza, aby udawaniem „bólów w sobie” otrzymać zwolnienie od pracy na 1-2 dni lub nawet usprawiedliwić godzinny spacer podczas zajęcia do ambulatorium fabrycznego. Czy jednak to udawanie chorób, tak zresztą naturalne, gdy się rozważy ciężkie warunki pracy robotników fabrycznych może usprawiedliwiać traktowanie przez pp. lekarzy et canaille wszystkich chorych? (Głos, nr 40/1896)

Jan Lorentowicz opisał m. in. podział miasta na Stare i Nowe, który utrzymał się aż do czasów powstania rozległego blokowiska „Bugaj” w latach 70. i 80. dwudziestego wieku.

Ze stosunków miejskich zaznaczyć wypada ciekawy fakt utworzenia syndykatu cegielnianego. Sześciu właścicieli cegielni, chcąc wyrównać różnice w cenie cegły, zależnie od rozmaitej odległości od miasta poszczególnych cegielni i od dobroci (jakości) wyprodukowanego towaru, zobowiązało się rejentalnie nie sprzedawać cegły taniej niż rubli srebrnych 8 kopiejek 50 za tysiąc sztuk (poprzednio w najbliższych można było dostać tę samą ilość za rs. 7) i powierzyło jednemu ze stowarzyszonych zajęcie się przyjmowaniem zamówień i odbiorem należności, dając mu w zamian 50 kopiejek prowizji na tysiącu, co mówiąc nawiasem, przy 14 milionach cegły produkowanej rocznie w cegielniach pabianickich wyniesie rs. 7000. Syndykat istnieje od połowy sierpnia i ma wszelkie szanse utrzymać się nadal. Komu się nie podoba kupować cegły od stowarzyszonych, ten może sprowadzać je spod Łodzi również za rs. 8 kop. 50, co łącznie z dostawą do Pabianic cenę tysiąca cegły podniesie do rs. 11. Syndykat więc górą.

Wyżej przytoczone 14 milionów cegły rocznie daje miarę rozwoju ruchu budowlanego w Pabianicach. Kompetentni jednak utrzymują, że ruch ten w jeszcze szybszym rozwijałby się tempie, gdyby nie chroniczny brak rzemieślników, dążących po wyższe zarobki do bogatej i wesołej Łodzi.

Szybki wzrost miasta kładzie wyraźne piętno i na rozwoju szkolnictwa. W roku ubiegłym jeden z miejscowych potentatów fabrycznych stworzył szkołę dla dzieci swoich robotników, obecnie więc łącznie z poprzednio istniejącymi mamy 5 szkół elementarnych z 9 nauczycielami i 950 uczniami; w tym jedna szkoła żydowska z 80 uczącymi się – przeważnie dziewczętami, chłopcy bowiem mądrości książkowej uczą się w licznych niekontrolowanych przez władzę chederach. Przed trzema laty było 5 nauczycieli i 600 uczących się. Postęp wiec widoczny. Ilość jednak szkół, istniejących obecnie, nie odpowiada istotnej potrzebie. Sądząc z liczby zgłaszających się do zapisu malców, twierdzić można stanowczo, że przynajmniej drugie tyle dzieci na próżno z ciemności wyciąga rękę po światło. A dużo, dużo jeszcze potrzeba nam światła! Zdawałoby się, że bliski wzór niemieckiej polowy Pabianic, tak zwanego Nowego Miasta, będzie skutecznym bodźcem do poprawy zaśniedziałych stosunków, panujących w polskiej dzielnicy na Starym Mieście. Gdzie tam! Proszę porównać. Nowe Miasto np. jest oświetlone przeważnie elektrycznością. Właściciel motoru wystąpił z propozycją oświetlenia za przystępną cenę całego miasta. Cóż kiedy pp. obywatele uważali przejście od ciemności egipskich do jasności „elektrycznej” za skok zbyt gwałtowny i uradzili obdarzenie rogów ulic kopcącymi lampami naftowymi.

Nowe Miasto prenumeruje moc dzienników, tygodników, miesięczników, niemieckich przeważnie; Stare z trudem się zdobywa na niewielką ilość egzemplarzy „Dziennika dla wszystkich”, „Gazety Świątecznej” i „Zorzy”, resztę swych potrzeb duchowych zastępując pogawędką w szynkach, utrzymywanych przez najzamożniejszych i najpoważniejszych obywateli. Nowe Miasto ma sporo zieleni, ogrodów, sadów, drzew na ulicach, na Starym zaledwie gdzieniegdzie dojrzeć można usychającą topolę lub kasztan skarłowaciały; dopiero na krańcach miasta spotykamy większe drzew kępy. Słowem różnice znaczne. Jednym z najświeższych dowodów zaznaczonego wyżej wstrętu do zmian wszelkich służyć może sposób przyjęcia przez miasto nakazu magistratu, dotyczącego ułożenia chodników kamiennych przed domem. Komisja sanitarna (za jej bowiem inicjatywą wydane zostało rozporządzenie powyższe) motywowała swoje orzeczenie niechlujnością mieszkańców, wylewających przed dom wszelkie nieczystości, które wypełniają dołki pomiędzy kamieniami źle zabrukowanych trotuarów i zarażają powietrze rodzącymi się w tych warunkach miazmatami. Innowacja ta, wyciągająca z kieszeni około 30 rubli, wyprowadziła z równowagi spokojnych mieszkańców grodu. „Nasi ojcowie”, mówili, „nie znali żadnych trotuarów, dobrze im było i my się obejdziemy bez tych porządków”. Protesty atoli na nic się nie przydały. Opornych magistrat zmuszał sądownie. Komisja Sanitarna bowiem, z którą zgodnie działał magistrat, ma nadaną sobie od czasów cholery dość dużą władzę i samodzielność w przeprowadzaniu różnych ulepszeń, uzdrowienie miasta na celu mających.

Będą tedy Pabianice miały chodniki w roku bieżącym na głównej ulicy i jej bocznicach, w następnym zaś na wszystkich pozostałych. (Głos, nr 41/1896)

Głos. Tygodnik naukowo-literacki, społeczny i polityczny ukazywał się w latach 1886 – 1905 w Warszawie.

W Pabianicach latem 1920 roku leczył swoje rany słynny 34. pułk piechoty. Podczas wojny polsko - bolszewickiej pułk walczył w rejonie Grodna z kawalerią Gaj Chana oraz nad Narwią. Chan raportował: „… straciłem 500 ludzi zabitych i rannych, 400 koni, i 7 dni drogiego czasu”. Jednak pod Jabłonką pułk został rozbity. Stracił blisko ¾ stanu osobowego, większość karabinów maszynowych i taborów. Został skierowany do Pabianic w celu przeprowadzenia reorganizacji. Więcej szczegółów znajdujemy w tekście majora dyplomowanego Bronisława Szostaka „Ze wspomnień dowódcy 4 kompanii” w: Jednodniówka na pamiątkę obchodu 15-lecia 34 p.p. (Biała Podlaska 1933).

Lipiec rok 1920.

Pułk w składzie 18 brygady – przerzucony jest z odcinka poleskiego – pod Grodno.

W ogólnym odwrocie innych oddziałów – stale w natarciu. Odrywa się i odwraca – zadaje rany. Tak jest pod Grodnem, Tykocinem i Siekierkami, tak jest pod Mężeninem. Każde natarcie przynosi sukces. Brani są jeńcy, działa i materiał. Przychodzi wreszcie uderzenie i bój 3-go sierpnia pod Jabłonką.

Wszystkie bataliony nacierały już w tym dniu po kilkakroć. Ginie bohaterski dowódca 11 kompanii por. Spława-Neyman, ginie szereg innych dzielnych żołnierzy pułku. Lecz pułk ani na duchu upada, ani do walki nie traci zdolności, ani nie wyzbywa się nadziei zwycięstwa, mimo położenia wprost beznadziejnego.

Zapada noc.

Zacieśniają się kleszcze dwóch armii bolszewickich i zamyka potrzask. Jesteśmy otoczeni. Dowódca brygady płk Łuczyński i dowódca pułku kpt. Galiński – ranni. Następny z kolei – por. Wolski zabity.

Obejmuje dowództwo trzeci – por. Sienkiewicz. Decyzja – przebijać się. Kierunki rozdane i naprzód. Zawrzała krótka walka, aż blask i ciepło bije od ognia kartaczy, ale udaje się.

Przebiły się większe i mniejsze oddziały, przebili się i wyrwali z niewoli samopas lub grupkami żołnierze pułku.

Ile trudów, ile wysiłków, ile przeżyć w krótkim czasie, aby się zebrać znów do kupy, niech opowiedzą te bory i rzeki, przez które bez wytchnienia dążył żołnierz do swoich. Dołączyliśmy, choć pod ogniem, pod Ostrowią i razem już doszli do Wyszkowa.

Są oficerowie i kilka kompanii, trochę poszarpanych, ale jest 34 pułk.

Dowództwo obejmuje por. Wroczyński Jerzy.

Duch dobry, byle wypocząć trochę i można na nowo zaczynać. Ale dochodzą wieści, godzące w ambicję i dumę „żelaznego pułku”.

Mają nas za rozbitych i przydzielić chcą do innego pułku. Kto tak chce i kto tę wiadomość puścił nie wiadomo? Rozgoryczenie wielkie, za serca chwyta żałość.

Jak to? Czyżby nas było za mało, żeby być pułkiem?

„Panowie, mówi por. Wroczyński, jest tu w Wyszkowie generał Żeligowski, pójdę do niego do raportu.”

Idzie a my z nim, żeby prędzej coś usłyszeć.

Przed dworkiem – kwaterą generała, zbierają się interesanci. Szef sztabu notuje sprawy przybyłych. Po chwili wychodzi generał i zwraca się do nas. Por. Wroczyński melduje:

„Panie Generale! 34 pułk w bitwie pod Jabłonką poniósł duże straty”. Następuje wyliczenie stanu. „Na skutek wieści, że mamy być wcieleni do innego pułku prosimy o pozostawienie nas, jako 34 pułk, gdyż możemy walczyć jak jednostka.”

Generał spojrzał po nas.

„Panowie – odzywa się z pewnym wzruszeniem w głosie – gdyby choć jeden żołnierz został w 34 pułku, to pułk wasz będzie istniał.”

I tak się stało.

Cały stan pułku, dla uzupełnienia braków i zebrania ciągle jeszcze zbierających się żołnierzy, został skierowany do Pabianic.

Z piosenką na ustach o wojence i chłopcach malowanych weszliśmy do tego miasta.

Zewnętrzny wygląd oddziału po tylu marszach i bojach przeczył obrazowi malowanych chłopców, ale pieśń, bojowy nastrój i bijąca radość życia, wycisnęły łzy z oczu przyjmujących nas mieszkańców.

Ludzie płakali nie z litości, lecz wzruszeni duchem żołnierskim, że tacy na pozór zbiedzeni tak dumnie a wesoło sobie śpiewają.

W krótkim czasie powrócił pułk do dawnego stanu. Znaleźli się wszyscy, prócz tych, którzy polegli lub ciężko ranni pozostali w szpitalach.

Wracających oficerów witały z entuzjazmem kompanie i bataliony. A wracali rozmaicie w przebraniu cywilnym, bosi i obdarci, opowiadając dziwy o swych przejściach. Dowództwo objął mjr Bittner.

I pułk istniał, wedle słów starego generała, które niech zostaną uwiecznione w pamięci pułku.

W miesiąc po ich wyrzeczeniu 34 pułk piechoty w pełnym składzie bojowym, posuwał się w pościgu za pobitym wrogiem. (…)


Hasło „Pabianice” znalazło się również w „Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich” (1886 r.) Filipa Sulimierskiego, Bronisława Chlebowskiego i Władysława Walewskiego, t. VII, s. 805-806.

Pabianice – w dokumentach z XVI w. Pabiianicze i Pabyanycze, miasto nad rz. Dobrzynką, pow. łaski. Leży przy drodze bitej z Łodzi do Łasku, odległość 14 wiorst od Łodzi, posiada kościół parafialny murowany, szkołę początkową miejską, szkołę ewangelicką, dom schronienia dla 8 starców i kalek, urząd miejski, stację pocztową i telegraf. Należy do sądu pokoju w Łasku. Liczne fabryki wyrobów wełnianych i bawełnianych, fabryki płótna, papieru okładkowego. W 1827 r. były tu 162 domy i 963 mieszkańców, w 1860 r. 517 domów (48 murowanych) i 4925 mieszkańców (800 Żydów); obecnie (w 1884 r.) jest 548 domów (około 100 murowanych), 12. 415 mieszkańców, w tej liczbie 850 obcych poddanych. Do mieszczan należy 2.514 mórg (morga – 0,5 hektara) ziemi.

Pabianice są starożytną osadą, założoną na obszarze należącym do kasztelanii Chroppy (chrapy, zarośla błotniste), które Władysław Herman nadał kapitule krakowskiej na życzenie żony swej Judyty, córki Wratysława czeskiego. Był to obszar lesisty, w którym, jak powiada Długosz, więcej przebywało dzikich zwierząt niż ludzi, więcej legowisk zwierzęcych niż uprawnych zagonów, z czasem jednak, do połowy XV w., powstało na tym obszarze 28 wsi i 2 miasta (Rzgów i Pabianice). Za czasów Długosza dobrami tymi zawiadywał jeden z kanoników „qui melior politicus et iustitiarus esse creditur”. Obowiązany był on dawać 200 do 300 grzywien dzierżawy za 3 lata z góry i poprawiać stan gospodarstwa. Dwór księży i siedziba administratora były w Pabianicach. Kapituła krakowska nie pomyślała jednak o założeniu parafii, dopiero Jarosław ze Skotnik, arcybiskup gnieźnieński, w drugiej połowie XIV w. wzniósł kościół drewniany i uposażył parafię dziesięcinami stołu arcybiskupiego z Kociszewa; kapituła przyłożyła się nadając cztery półłanki roli, łąkę i dom. Za to otrzymała prawo patronatu. W tym czasie zapewne Pabianice uzyskały przywilej miejski z prawem niemieckim (średzkie). Za Długosza Pabianice były miastem nieludnym i mało nawiedzanym (infrequens et parum populosum). Placów oddzielnych z domami liczono 50 do 70. Była w mieście łaźnia należąca do kapituły i dająca grzywnę czynszu, młyn, ogród dający 15 groszy czynszu.

W mieście mieli swe jatki rzeźnicy, szewcy, krawcy, rybacy, solarze, piekarze. Rzeźnicy dawali z jatki po pięć kwart łoju, co ogółem czyniło od 5 do 8 kamieni łoju. Połowę tego brał wójt. Inni sprzedający płacili po groszu. Każdy mieszkaniec warzący piwo dawał co rok grosz kapitule a od miodu 2 grosze. Prócz tego od zboża mielonego na słód szło od 8 korców pół korca na rzecz kapituły. Od innych mieleń dawał młynarz 4 korce mąki. Połowę wójtostwa kupiła kapituła, wypuszczając w dzierżawę place i ogrody miała 5 grzywien i 6 ½ groszy dochodu.

Wójt miał stąd 6 i 7 denarów. Druga połowa (1 ½ łanu) zostawała w ręku rodziny wójta. Do mieszczan należało 22 łany i trzy ćwierci łanu dawnego uposażenia i nowo uprawnych (wykarczowanych) 13 łanów. Czynsz z łanu wynosił 6 groszy rocznie. W XVI w., widocznie wskutek wzrostu ludności okolicznej, Pabianice posiadają dość znaczną liczbę rzemieślników tak, że Zygmunt August w 1555 r. nadaje przywilej na urządzenie cechów. Według regestru poborów z 1563 r. Pabianice w okręgu szadkowskim, miały 66 rzemieślników i płaciły 32 zł szosu (szos – podatek od majątku).

Drugą budowlą jest zameczek, zapewne dawna rezydencja administratorów, zbudowany w stylu włoskich budowli XV w. Służy on dziś na pomieszczenie magistratu. Po przejściu dóbr biskupich na własność rządu Pabianice stały się miasteczkiem rządowym i w pierwszych latach bieżących wieku liczyły, podobnie jak i pobliska Łódź, około 700 mieszkańców. Dopiero założenie fabryki płótna w 1830 r. a następnie rozwój przemysłu fabrycznego w Łodzi, wpłynęły na przekształcenie biednej osady w fabryczne miasto.

W ostatnich czasach produkcja samych wyrobów bawełnianych dochodziła czterech milionów rubli. Opis i widok Pabianic podał „Tygodnik Ilustrowany” (No 132 z 1870 r.). Pabianice, parafia, dekanat łaski, 9.800 dusz.

Dobra rządowe Pabianice po wydzieleniu z nich nadanych majoratów (własność prywatna), składają się w 1854 r. z folwarków: Pabianice z obszarem 185 morgów, Wymysłów 470, Żytowice 497, Majówka 119, Konin 233, Gospodarz 661, Kotliny 457. Ldzań 385, Kątki albo Ślądkowice 302.

Lasy obejmowały obszar 8.435 morgów; w osadach leśnych 338 morgów i odpadek Chechło 91.

Osady młynarskie: Grobelno Nowy, Grobelno Stary, Łęczno, Joachim 62 morgi, Świątniki 59, Czyryczyn albo Syryczyn 99, Cieplucha 60, Karpiny 68, Kotliny 72, Kozica 79, Talar 141, Galas albo Rydzynki 56.

Kolonie: Wymysłów 330 mórg, Markówka 473, Ksawerów 559, Bukowice 1557, Majówka 209, Modlica 1220, Starowa Góra 727, Romanów 574, Czyżemin 673.

Miasto Pabianice 457 morgów; osada Rzgów.

Wsie: Karniszewice 892 morgi, Róża 496, Mogilno 1036, Żytowice 497, Wola Żytowska 445, Konin 239, Gospodarz 333, Guzew 683, Prawda 503, Kalinko 1167, Wola Kutowa 540, Pałczew 1276, Kraszewo 394, Kotliny 511, Karpiny 634, Kurowice 1813, Dalków 1728, Ldzań 612, Ślądkowice 937.

Ogólna rozległość w gruntach folwarcznych i włościańskich 35.249 morgów. 2) Pabianice, kolonia, pow. łaski, gm. Górka Pabiańska, parafia Pabianice ma 11 domów, 94 mieszkańców, 103 morgi.

W „Leksykonie PWN”, red. Adam Karwowski (1972 r.) czytamy:

Pabianice, m., pow. miejski w woj. łódzkim; 62,4 tys. mieszk. (1970); ośr. przem.; przemysł włók., chem., odzieżowy, metal., farm., elektrotechn., maszyn., papiern.; renesans. dwór z XVI w. (obecnie muzeum regionalne) i kościół (XVI w.), kościół poewang. (XIX w.), neoklas. kamienice z 1 poł. XIX w., domy tkaczy (1 poł. XIX w.). – Prawa miejskie 1297; od XIX w. rozwój przemysłu, gł. tekstylnego; od pocz. XX w. silny ośr. rewol. ruchu robotn. (SDKPiL, PPS, KPP), strajki 1929, 1933 i 1936; w okresie okupacji hitlerowskiej masowe zbrodnie w Chełmnie nad Nerem (ok. 8350 osób) i w lasach k. Lućmierza; od 1942 działalność organizacji PPR (19 kół), ośrodek ruchu oporu GL, AL, AK.

Ten sam „Leksykon PWN” wymienia również słynne niegdyś produkty pabianickiej „Polfy”: pabialgina i pabiamid.

Pabialgina (cibalgin), far. preparat złożony z piramidonu i dialu o działaniu przeciwbólowym, przeciwgorączkowym i uspokajającym; stosowana w bólach różnego pochodzenia.

Pabiamid, farm. – sulfanilamid.

Wydawnictwo De Agostni Atlas (2005) postanowiło także przedstawić szerszej publiczności Pabianice, nie do końca dbając jednak o faktografię.

Pabianice: Miasto na Wyżynie Łaskiej

Gdy Łódź była małą wsią …

Pabianice uzyskały prawa miejskie, gdy Łódź była jeszcze małą wioską, jednak w naszych najnowszych dziejach znalazły się w jej cieniu.

Badania archeologiczne dwu cmentarzysk zaświadczają, że na terenie dzisiejszych Pabianic osadnictwo występowało jeszcze przed nasza erą. Znacznie później ukształtowało się tu opole, uważane za najstarszą formę wspólnoty terytorialnej. Pierwsze wieści o nim odnotowano z okazji darowizny, jakiej dokonała żona Władysława Hermana – Judyta, przekazując je kapitule krakowskiej. Na puszczańskiej ludności ciążyły obowiązki składania daniny w miodzie i świadczenia posług łowieckich. Przez dłuższy czas, jak się zdaje, kapituła nie troszczyła się przesadnie o swoje nowe dobra. Dopiero w wieku XIII ożywiło się życie gospodarcze na ziemiach polskich i wtedy skierowała tu wzrok bardziej życzliwy. W osadzie niczego bowiem nie brakowało. Miała dobre usytuowanie – na szlaku państwowym i handlowym, nad niezbędną do życia rzeką Dobrzynką, lewym dopływem Neru. W 1297 roku osada uzyskała od Władysława Łokietka dokument potwierdzający miejskie przywileje i to był punkt zwrotny w dziejach Pabianic, lub – jak wcześniej pisano- Pabianowic.

No właśnie, a skąd ta nazwa? Językoznawcy wywodzą ją od imienia Pabian, które jest polską formą chrześcijańskiego imienia Fabianus. Kim był Pabian, kronikarze nie zanotowali, natomiast wiadomo, że miasto przejęło herb kapituły krakowskiej – trzy złote korony na srebrnym tle.

Obok rolnictwa i handlu rozwijało się w Pabianicach rzemiosło, m.in. sukiennictwo i płóciennictwo. Ponieważ krzyżowały się tutaj szlaki w kierunku północnym – na Kujawy i Pomorze, oraz południowo-wschodnim – na Ruś, zajeżdżali do miasta możni, a nawet królowie. Władysław Jagiełło gościł w Pabianicach dwukrotnie (?), w 1411 i 1428 roku, a Kazimierz Jagiellończyk w roku 1463 przebywał tu razem z całym dworem. Od połowy XV wieku do początku wieku XVII potroiła się w mieście liczba domów. Na początku wieku XVI założono szkołę dla dzieci z terenu parafii, w połowie stulecia szpital parafialny i przytułek dla najuboższych, a następnie okazały kościół parafialny. I przede wszystkim – w ciągu 36 lat (?) wzniesiono zamek, który po wielu przebudowach dotrwał do naszych czasów, Nie miała tego szczęścia gęsta drewniana zabudowa, którą dewastowały kolejne pożary.

Na przełomie XVI i XVII wieku Pabianice uzyskały liczne przywileje. Propinacyjny – na wytwarzanie i sprzedaż gorzałki, na sprzedaż soli, na organizowanie targów i jarmarków.

Niestety, dobre czasy nie trwały długo. W 1625 roku wybuchła w mieście zaraza, rok później zaczęła się wyniszczająca wojna polsko-szwedzka, w następnym znowu nadeszło morowe powietrze, a w roku 1639 większą część miasta strawił pożar. Ostateczna klęska nastąpiła w latach najazdu szwedzkiego 1655-60, kiedy miasto łupiły zarówno wojska szwedzkie, jak i polskie. W wyniku tej karuzeli wojen i grabieży, pożarów i zarazy, która trwała aż do polowy wieku XVIII, Pabianice stały się niewielkim miasteczkiem, z zaledwie 320 mieszkańcami.

Po trzecim rozbiorze Polski zdegradowane miasto znalazło się w Prusach Południowych, następnie w Księstwie Warszawskim, wreszcie – w Królestwie Polskim, pod władzą caratu. Impulsem do ponownego rozwoju stał się rządowy dekret o umieszczeniu Pabianic na liście miast, które miały przekształcić się w ośrodki przemysłu włókienniczego. Od 1825 roku zaczęły się przyjazdy osiedleńcze, także spoza granic Królestwa. Spośród drobnych wytwórców wyodrębniły się 3 większe manufaktury oraz drukarnia i farbiarnia.

W 1845 roku konkurowały już dwa wielkie zakłady. Gdy w początku lat 60. XIX wieku, wskutek przerwania dostaw bawełny z Ameryki północnej do Europy, przemysł bawełniany znalazł się w kryzysie, część zakładów potrafiła sprawnie przestawić się na produkcję wełnianą. W ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku Pabianice stały się drugim po Łodzi wytwórca wyrobów bawełnianych i mieszanych, dając 10 proc. produkcji krajowej.

Sukces miał moc magnetyczną. W końcu XIX wieku powstała w Pabianicach duża papiernia, a następnie Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego. Wiek XX miasto witało uruchomieniem linii tramwajowej Pabianice – Łódź, a w 1903 roku – kolei kaliskiej. To ożywienie gospodarcze przerwała I wojna światowa i rabunkowa gospodarka okupantów, o czym najlepiej świadczy fakt, że zaraz po wojnie bezrobocie dotknęło 23 tys. mieszkańców. Międzywojnie przyniosło jednak nowe impulsy rozwojowe. Ruszył przemysł włókienniczy, powstała nowa fabryka żarówek „Osram”. Rozwijało się szkolnictwo i życie kulturalne, w 1925 (?) roku otworzono Miejską Bibliotekę Publiczną i kino, rok później zaczęto wydawać „Gazetę Pabianicką”.

W czasie II wojny światowej Pabianice, włączone do Kraju Warty, przeżyły kolejną zapaść. Niemcy przeprowadzili masową eksterminację Polaków i Żydów. Po zakończeniu wojny pozostało niespełna 7 tys. (?) mieszkańców. W 2. połowie XX wieku nastąpiła żywiołowa rozbudowa miasta oraz jego przemysłu, zwłaszcza włókienniczego, odzieżowego i chemicznego. Zbudowano nową „Odzieżówkę”, wyodrębniono Zakłady Tkanin Technicznych i Zakłady Środków Opatrunkowych, zbudowano Zakłady Graficzne, nowe obiekty „Polam” i zakłady „Madro”. „Pamotex” wszedł na listę największych przedsiębiorstw w województwie. Miasto zwiększyło w tym czasie swa powierzchnię z 17 do 44 km2 (?), zyskało nowe osiedla mieszkaniowe, a liczba ludności wzrosła do przeszło 76 tys. Transformacja ustrojowa i wprowadzenie w Polsce gospodarki rynkowej przyniosło jednak upadek wielu nie przystosowanych do nowej rzeczywistości pabianickich zakładów.

Mimo dużego potencjału przemysłowego Pabianic, część mieszkańców pracuje, studiuje, korzysta z placówek życia kulturalnego w Łodzi, do której dojeżdża miejskimi tramwajami.

W tym dużym, powiatowym mieście nadal dominuje przemysł. Przede wszystkim tradycyjny tu włókienniczy, z zakładami bawełniarskimi, wełniarskimi i jedwabniczymi, tkanin technicznych i środków opatrunkowych. Obok niego odzieżowy, którego wizytówką jest obecnie Pabia-Moden. Przemysł chemiczny reprezentują zakłady farmakologiczne Polfa SA oraz zakłady recyklingu odpadów z tworzyw sztucznych. Dawną tradycję kontynuuje duża fabryka żarówek. Towarzyszy im przemysł metalowy – fabryka narzędzi, maszynowy - produkcja obrabiarek i maszyn drogowych, drzewny z zakładem stolarki budowlanej oraz meblowy. Przemysł materiałów budowlanych jest reprezentowany przez cegielnię, spożywczy – przez zakłady młynarskie i mięsne; ponadto istnieją zakłady papiernicze, poligraficzne i gumowe.

Wykraczający poza miasto zasięg ma pabianickie szkolnictwo, m. in. 4 gimnazja i 2 licea ogólnokształcące, zespoły szkół budowlanych, odzieżowych, rolniczych (?), 2 zespoły szkół specjalnych, państwowa szkoła muzyczna i medyczne studium zawodowe. A także Wyższa szkoła Humanistyczno – Ekonomiczna.

Dla turystów najbardziej interesujące są pamiątki pabianickiej przeszłości. Renesansowy zamek przy Starym Rynku, wzniesiony w latach 1566 -71 przez Wawrzyńca Lorka jako dwór kapituły krakowskiej, w 1833 roku został zamieniony na siedzibę ratusza, a obecnie mieści Muzeum Miasta Pabianic. Dział archeologii w oparciu o miejscowe wykopaliska prezentuje prehistorię tutejszych ziem; historyczny – ponad siedem wieków dziejów miasta; etnografii – rękodzieło i sztukę ludową regionu, a także bogatą kolekcję masek, rzeźb, ozdób i przedmiotów kultowych ze środkowej Afryki (?); przyrody – faunę środkowej Polski. Przy ulicy Św. Jana zachował się (?), i jest teraz chroniony jako zabytek, drewniany dom tkacza z 1. Polowy XIX wieku.

Spośród czterech zabytkowych kościołów najstarszy jest kościół Św. Mateusza Apostoła i Ewangelisty, zbudowany przez Ambrożego z Włoch w latach 1583-88. Pochodzący z Płocka budowniczy zobowiązał się wznieść świątynię na podobieństwo katedry płockiej i słowa dotrzymał. Trójnawowa świątynia ma po stronie wschodniej prezbiterium zakończone półkolistą absydą. Po zachodniej stronie kościoła znajduje się wieża o czworobocznej podstawie, przechodząca górą w ośmiobok. Większość ołtarzy i obrazów pochodzi z wieków XVII i XVIII, a szczególną ciekawostką jest we wnętrzu kościoła tablica, jaką kapitula zadedykowała fundatorce swych dóbr. Kościół ewangelicko-augsburski ŚŚ. Piotra i Pawła został wzniesiony w 3. Dekadzie XIX w., jako rotunda utrzymana w stylu klasycznym. Natomiast dwie pozostałe świątynie: Św. Floriana oraz Najświętszej Marii Panny Różańcowej – wzniesiono na przełomie XIX –XX wieku w stylu neogotyckim.

Charles i Elliot Cynglerowie zapisali wspomnienia Danki i Heńka Cynglerów „Going through fire without getting burned. Memoirs of two Holocaust Survivors” (2013). Heniek (Henry) był mieszkańcem Pabianic i przebywał w tutejszym getcie. Następnie trafił do getta w Łodzi i obozów koncentracyjnych – Auschwitz-Birkenau, Braunschweig, Ravensbrück, Wobblin. Po wojnie wrócił na krótko do Polski, po czym wyjechał do Hajfy dzięki pomocy Aliyah Bet (nielegalna organizacja zajmująca się sprowadzaniem osób ocalałych z zagłady do Palestyny). Obecnie mieszka w Australii.

This is a memoir of two Holocaust survivors. Danka grew up in Lvov Poland, twice jumped off moving trains to Belzec extermination camp, then sought refuge in a Ukraine convent. After liberation by the Russians, she joined Aliah Bet Movement and travelled by illegal boat to the Promised Land where she was interned by the British in Atlit, a displaced persons camp. There she met Heniek (Henry). Henry grew up in Pabianice, Poland. When the Nazis invaded, he survived the Ghettos of Pabianice and Łodz and the concentration camps in Auschwitz-Birkenau, Braunschweig, Ravensbrück and Wobblin. After liberation by the Americans he travelled back home and then by illegal boat as part of the Aliah Bet Movement to Haifa where he was arrested and interned into Atlit. So began a courtship and a journey to re-establish a normal life and family, first in Israel then in Australia. Danka and Henry now have three sons, eight grandchildren and two great grandchildren. This is a story of hope and triumph over adversity.

Początki prasy pabianickiej otacza aura skandalu. 20 listopada 1912 roku ukazał się pierwszy numer Życia Pabjanickiego. Redaktorem gazety został Jan Bełcikowski z Warszawy. Jednak zatrudnienie na tym stanowisku wielkomiejskiego literata już po paru tygodniach zakończyło się poważnym konfliktem. Wpływowych pabianiczan zajmowały bardzie sprawy polityczne niż przyziemne problemy mieszkańców. J. Bełcikowski wyjaśniał powody swojej rezygnacji z pracy redaktorskiej w listach publikowanych w prasie krajowej. Siedziba redakcji ŻP mieściła się w Domu Ludowym (obecnie Miejski Ośrodek Kultury).

Stosunki w prasie prowincjonalnej

Skandaliczną stronę stosunków, panujących w naszej prasie prowincjonalnej odsłania p. Bełcikowski, redaktor „Życia Pabjanickiego” w liście, który poniżej zamieszczamy.

Szanowny Panie Redaktorze!

Wobec niesłychanego (Pabjanice mają szczęście do zjawisk niebywałych) zajścia w redakcji „Życia Pabjanickiego”, ja jako redaktor i wydawca pisma tego, zabrać głos tu i wyjaśnień ogółowi polskiemu udzielić muszę. Otóż motywem zasadniczych starć między mną a pewną grupą inteligencji pabianickiej była kwestia bojkotu Żydów w Warszawie i Niemców w poznańskim. Ledwie objąłem przed kilku tygodniami me obowiązki redaktorskie w Pabjanicach, oświadczyłem wyraźnie, że ja nie pozwolę na to, aby w Pabjanicach powtórzyły się te same głupstwa, które pod osłoną haseł patriotycznych do ostatecznego zdziczenia doprowadziły Warszawę.

Pojmując całą drażliwość przedmiotu, starałem się ostrożnie, w rozmowach na razie prywatnych, myśl moją w Pabjanicach popularną uczynić. Zwracałem uwagę na historię polską, na objawienia rzeczywistej woli historycznej narodu, która zawsze, gdy twórczą być chciała, dążyła przede wszystkim do naprawy stosunków wewnętrznych, do usunięcia źródeł nienawiści stanowej lub klasowej. Na Żydów, mówiłem, i na Niemców pienią się i rzucają najpierw ci wszyscy, którzy w ten sposób chcą uwagę społeczeństwa odwrócić od strasznie smutnej, wprost tragicznej naszej własnej rzeczywistości.

Co robi nasza arystokracja, do czego wiedzie naród nasze duchowieństwo, na to naród niech lepiej nie patrzy, niech się lepiej nad tym nie zastanawia. Stokroć przecież wygodniej zwalić całe zło w narodzie na Niemców i Żydów. Tymi i innymi słowy wypowiadane poglądy moje nie przypadły widocznie do gustu pewnej grupie inteligencji pabianickiej. Z właściwą pewnym typom działaczy naszych politycznych dwulicowością grupa wspomniana godziła się pozornie ze mną, jednocześnie jednak podsuwała mi co chwilę artykuły, wściekłością na Niemców i Żydów tchnące. Wówczas oświadczyłem, iż taktykę bojkotu uważam za nonsens, za prowokację, za rzecz dla narodu zgubną, zabójcza. Tysiące robotników tu ginie bez pracy, bandytyzm rośnie, handel upada, fabryki stoją, ale Warszawa o tym nie myśli, ale Warszawa i pewna grupa inteligencji naszej tego nie widzi.

Wówczas owa grupa postanowiła mnie, jak to mówię, wygryźć. Co chwila żądano ode mnie jakichś wyjaśnień, czepiano się artykułów moich, umieszczanych w innych pismach (w „Gazecie Łódzkiej” i w „Małym Kurjerze Warszawskim”), zarzucano mi, iż nie oddaję się duszą całą pismu (mnie, który od 7 rano do 10 wieczorem tylko sobie nad nim głowę łamałem), w ogóle stosowano do mnie to wszystko, co by położenie moje mogło uczynić nieznośnym i niemożliwym (nawet trzaskano drzwiami, aż ściany drżały).

Znosiłem to wszystko, ponieważ postanowiłem spełnić pokutę moją. Ale oto 3 grudnia zaszedł wypadek, wobec którego już żadna siła od wybuchu mnie powstrzymać nie mogła. Skorzystawszy mianowicie z nieobecności mojej wspomniani panowie obcięli według swego widzimisię mój artykuł wstępny, w którym zapowiadałem, iż rzeczowo, na podstawie danych najbardziej obiektywnych wykażę całą bezpodstawność ekonomiczną ruchu bojkotowego u nas, wykażę, iż nawoływać dziś do bojkotu, to samo, co nawoływać do powstania bez wojska i bez skarbca, z tą nadzieją, iż jakoś to będzie.

Otóż to wszystko panowie ci odrzucili i gdyby jeszcze przeprosili, gdzie tam! Z miną całkiem niewinną oświadczyli, że artykuł ten nie ma związku z artykułami poprzednimi. Wobec takiego zuchwalstwa, wobec takiego niesłychanego lekceważenia wolności słowa i druku, na jakie najciemniejsza reakcja by się nie ważyła, oświadczyłem tym panom, iż wszelkie dyskusje między nami skończone i jednocześnie zakomunikowałem drukarni, iż do czasu wyjaśnienia, a później potępienia przez ogół polski i pabianicki takiego postepowania, ja zawieszam swoje pismo i drukować je zabraniam.

Panowie ci doskonale wiedzieli, kim ja jestem. Nigdy nikomu w ten sposób traktować się nie dałem i nie dam. Tyle na razie. Racz przyjąć Redaktorze itd. Jan Bełcikowski, redaktor „Życia Pabjanickiego” . Inne pisma bezstronne proszę o powtórzenie tego listu. (Kurjer, nr 285/ 1912 r.)

Jan Bełcikowski (1874-1940) był współtwórcą ruchu kobiecego i autorem kilkunastu pozycji książkowych m.in. „Warszawa kobieca”, „O konkordacie Polski z Rzymem”, „Teorya polskiego słowa”, „Oficer, a urzędnik”, „Dwie cywilizacje”, „Leon Tołstoj”, dramaty: „Psychian”, „Książe Józef Poniatowski”, „Samo słońce”, „Piotr Skarga”, „Za Bolesława Chrobrego”, „Żołnierzanka”

https://fr.wikipedia.org/wiki/Jan_Be%C5%82cikowski

W Pabianicach mieszkał także przez krótki czas poeta Zygmunt Różycki. Myśl Narodowa (nr 15/1930 r.) donosiła: W dniu 3 kwietnia zmarł w Pabjanicach znany z liryk drukowanych przeważnie w „Kurjerze Warszawskim” Zygmunt Różycki. Urodzony w powiecie olkuskim 7 grudnia 1883 r. kształcił się w Piotrkowie. Od r. 1900 zamieszkał w Warszawie, aby oddać się całkowicie twórczości literackiej. Ciężkie warunki zarobkowania nie pozwoliły mu sił na tym polu rozwinąć należycie. Sterawszy zdrowie i utraciwszy możność zarobkowania, żył w niedostatku. Ogłosił kilka zbiorków poezyi, chlubnie świadczących o wrodzonym talencie, wrażliwości artystycznej i polocie myśli.


Autorzy tekstów krajoznawczych wyrażali niekiedy zdziwienie, że przed wojną „duże” Pabianice wchodziły w skład powiatu ze stolicą w „małym” Łasku. Tadeusz Dybczyński pisał w miesięczniku Ziemia nr 10-12/1932 r.: Sześciotysięczny Łask stanowi ośrodek administracyjny powiatu liczącego 1405 kilometrów kwadratowych z ludnością około 160.000, w 87 % polską , w 9 % żydowską, w 3 % niemiecką i 1 % czeską. Oprócz Łasku mamy w powiecie łaskim dużo większe od niego, fabryczne miasto Pabianice (ok. 50.000 mieszkańców) oraz 4 osady miejskie (Lutomiersk, Szczerców, Widawa i Zelów) i 18 gmin wiejskich (Bałucz, Buczek, Chociw, Dąbrowa Rusiecka, Dąbrowa Widawska, Dłutów, Dobroń, Dzbanki, Górka Pabianicka, Lutomiersk, Łask, Pruszków, Widzew, Wodzierady, Wola Wężykowa, Wygiełzów, Zapolice, Zelów).

W 1972 roku ukazała się publikacja Województwo Łódzkie Przewodnik. Autorzy przewodnika przedstawili atrakcje turystyczne Pabianic i bogatą historię miasta.

Pabianice, największe miasto w woj. łódzkim (62,1 tys. mieszk.), wydzielone na prawach powiatu, ważny ośrodek przemysłowy, położony nad Dobrzynką, małym i zanieczyszczonym lewym dopływem Neru.

Najstarsze ślady osadnictwa z X-XI w. Miejscowość powstała na terenie dóbr, które księżna Judyta czeska (zm. W 1086), żona Władysława Hermana, ofiarowała kapitule krakowskiej. Dobra te nazywano początkowo opolem lub kasztelanią chropską, a w XIII w. – piątkowiską. W poł. XIV w. powstało miasto Pabianice i jednocześnie erygowaną miejscową parafię (w 1354). Od tego czasu aż do rozbiorów Pabianice były ośrodkiem zarządu dóbr, tradycyjnie nazywanych kasztelanią, względnie dzierżawą, kluczem lub hrabstwem pabianickim.

Najintensywniejszy rozwój miasta w okresie feudalizmu przypada na XVI w. W 1496 było tutaj 48 placów z domami; w 1554 – 98, a w 1606- 163. W 1563 zamieszkiwało 66 rzemieślników, m. in. sukiennicy i płóciennicy. Po zniszczeniach w XVII i na pocz. XVIII w. Pabianice w 1737 miały tylko 54 domy i 7 rzemieślników. Poprawa nastąpiła pod koniec XVIII w.

W 1823 przybyli do Pabianic pierwsi tkacze-sukiennicy obcego pochodzenia. Przybysze osiedlali się w Nowym Mieście położonym na zach. Od rz. Dobrzynki. Miasto szybko rozwijało się. Liczba ludności z 963 w 1825 wzrosła do 7714 w 1869 i 41 467 – w 1910.

Po upadku powstania listopadowego przestawiono produkcję wełnianą na bawełnianą. Obok indywidualnego tkactwa rozwijała się manufaktura scentralizowana i nakładcza. W 1845 zainstalowano w Pabianicach pierwszą maszynę parowa. W 1872 powstała spółka akcyjna Krusche-Ender. Obok niej do największych zakładów należała fabryka Kindlera, istniejąca od 1859 oraz Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego założona w 1889. Z zakładów powstałych w okresie międzywojennym największe znaczenie miała fabryka żarówek „Osram”.

W 1862 powstała tutaj organizacja konspiracyjna im. G. Garibaldiego. W styczniu 1863 miejscowa grupa powstańców po zarekwirowaniu broni w lokalu niemieckiego Towarzystwa Strzeleckiego wyruszyła w okoliczne lasy.

Rozwój przemysłu powodował zaostrzenie walk klasowych. Istniały tutaj komórki organizacyjne SDKPiL, PPS, a następnie PPS-Lewicy. W okresie międzywojennym ruchem robotniczym w Pabianicach kierowała KPP i PPS, a od 1926 także PPS-Lewica. Aktywną działalność zwłaszcza w okolicznych wsiach, prowadziła Niezależna Partia Chłopska.

W 1900 robotnicy fabryki Krusche-Ender zorganizowali strajk okupacyjny, jeden z pierwszych w kraju. W 1905 strajkowali robotnicy i młodzież szkolna. Dla uczczenia tych wydarzeń fabryce nadano im. Bojowników Rewolucji 1905 r. Najważniejsze strajki z okresu międzywojennego: 1923, 1928, 1929. Podczas strajku w 1933 doszło do starć z policją. Pięciu robotników zostało zabitych, wielu odniosło rany. Wydarzenie to upamiętnia tablica przy ul. Bohaterów 19.

W marcu 1842 dawni działacze KPP z Pabianic nawiązali kontakt z Komitetem Łódzkim „Frontu Walki za Naszą i Waszą Wolność”. W wyniku pierwszych spotkań, w których brali udział m. in. I. Loga-Sowiński i T. Głąbski, powstała organizacja przekształcona później w Pabianicki Komitet Miejski PPR. W październiku 1942 przy współudziale M. Moczara powstała grupa GL. Członkowie PPR i Gwardii przeprowadzili wiele udanych akcji sabotażowych. Okupant mszcząc się za ponoszone straty przeprowadzał masowe aresztowania. Większość uwięzionych ginęła w więzieniach lub obozach koncentracyjnych. Ludność miasta zmalała z 55,5 w 1939 do ok. 32,0 tys. w 1945.

W okresie międzywojennym Pabianice były znacznym ośrodkiem życia kulturalnego, wychodziła „Gazeta Pabianicka”.

W Pabianicach urodził się J. Lorentowicz (1868 -1940) pisarz, teatrolog i wydawca; z miastem tym był związany także M. Baruch (1861-1933), historyk. W okresie międzywojennym przebywali tutaj m. in. A. Szczerkowski (1881-1960), wybitny działacz PPS i międzynarodowego ruchu robotniczego oraz T. Wojeński (1894-1962), działacz oświatowy.

Na ogólną ilość 34,3 tys. zatrudnionych, w przemyśle pracuje 72,0 %. Do najważniejszych zakładów udostępnionych do zwiedzania należą: ZPB im. Bojowników Rewolucji 1905 r., ul. Armii Czerwonej 3, tel. 21-51; Pabianicka Fabryka Papieru, ul. Żymierskiego 7, tel. 21-01 oraz Fabryka Żarówek „Polam”, ul. Grobelna 4, tel. 52-16; ponadto nieudostępnione; Zakłady Budowy i Naprawy Maszyn Drogowych „Madro”, Zakłady Środków Opatrunkowych „Paso”, Zakłady Farmaceutyczne „Polfa”, Zakłady Przemysłu Jedwabniczego, Zakłady Przemysłu Odzieżowego, Zakłady Tkanin Technicznych, Oddział Zakładów Mechanicznych im. J. Strzelczyka z Łodzi, Zakłady Mięsne, Oddział Zduńskowolskich ZPW, Oddział Łódzkich Fabryk Mebli, garbarnia, Okręgowa Mleczarnia Spółdzielcza i wiele drobnych zakładów przemysłu spożywczego oraz metalowego, drzewnego, materiałów budowlanych, chemicznych, dziewiarskiego.

2 licea ogólnokształcące, szkoła położnych, szkoła muzyczna, technikum ekonomiczne i zasadnicza szkoła handlowa, technikum przemysłowo-pedagogiczne, technikum i zasadnicza szkoła chemiczna, szpital miejski, muzeum regionalne, dom kultury dzieci i młodzieży, 3 szkoły Tysiąclecia.

Za bohaterski udział w walkach o wyzwolenie narodowe i społeczne oraz za wkład pracy w rozwój gospodarczy, polityczny i kulturalny Pabianice w 1966 odznaczono Orderem Sztandaru Pracy I klasy.

Na cmentarzu przy ul. Kilińskiego pomnik i mogiły żołnierzy polskich i radzieckich z II wojny światowej oraz mogiły pabianiczan zamordowanych przez hitlerowców.

Zamek (obecnie muzeum), wzniesiony przez W. Lorka w l. 1565-71, kilkakrotnie przebudowywany. Tynkowany z detalami architektonicznymi (np. obramowania, portale, nadproża) wykonanymi w kamieniu. Piętrowy, podpiwniczony, na planie zbliżonym do kwadratu, na narożach pn.-wsch. I pd.-zach. baszty. Od zach. klatka schodowa w przybudówce. Na zewnątrz budynku skarpy, u góry połączone arkadami tworzącymi podstawę attyki. Zamek ma jedna z najpiękniejszych attyk renesansowych w Polsce o bogatym wykroju. Okna piętra w kamiennych renesansowych obramieniach z herbami Poraj i Aaron. Układ wnętrza częściowo zmieniony. W sali na piętrze rokokowy kominek z XVIII w.

W zamku, otoczonym parkiem, mieszczą się zbiory muzeum regionalnego, które posiada również unikalne zbiory przyrodnicze i etnograficzne z Afryki, zebrane przez pabianiczanina, lekarza i entomologa, W. Eichlera.

Kościół paraf. z l. 1583-88 późnorenesansowy, kilkakrotnie przebudowywany. Budynek z cegły o detalach wykonanych w kamieniu, trójnawowy o układzie bazylikowym. Cennym elementem wyposażenia kościoła jest sześć kamiennych portali o bogatych elementach dekoracyjnych. Najokazalszy jest portal w kruchcie, ujęty w kolumny z dwoma puttami i tarczą herbową Aaron, oraz znajdujący się w ścianie pd., renesansowy, boniowany z napisem na nadprożu.

Z wyposażenia wnętrza zasługuje na uwagę główny ołtarz z rzeźbami z końca XVII w., zespół ołtarzy bocznych z gotycką chrzcielnicą kamienną, barokowy wystrój plastyczny organów, dwie ławki rokokowe z herbem Aaron, kilka płyt nagrobnych i marmurowych tablic pamiątkowych.

Kościół ewangelicki z l. 1827-31, rozbud. w l. 1875-76, w kształcie rotundy nakrytej dachem stożkowym z latarnią na szczycie. Z czasu przebudowy pochodzi neorenesansowa wieża. Przed kościołem pomnik Braterstwa Broni (?).

Z licznych drewnianych domów tkackich zasługuje na uwagę dom drewniany przy ul. Nowotki 20: wzniesiony na pocz. XIX w., konstrukcji przysłupowej, dwukondygnacyjny. Wokół ścian wnęki arkadowe na slupach, we wnękach okna. Ponadto domy przy ul. Armii Czerwonej 21, 23.

Wyjazd z miasta ku zach. ul. Żukowa, przy której dworzec PKP, a w pobliżu pętla tramwaju podmiejskiego 41 do Łodzi. Na lewo od ulicy park miejski, częściowo o charakterze leśnym.

W okresie międzywojennym Pabianice odwiedzali studenci geografii Uniwersytetu Warszawskiego. Przegląd Geograficzny (t. XIV, 1934-35 r.) zamieścił sprawozdanie St. Pietkiewicza z wycieczki w okolice Pabianic.

Czwartego dnia wycieczki, po pobieżnym zapoznaniu się z fizjonomią rozmaitych dzielnic Łodzi, wyruszamy tramwajem do Tuszyna. Porównanie starego arkusza „Karte des westl. Russlands” z terenem wykazuje tutaj ogromny rozwój peryferii miasta , zarówno pod względem zabudowania, jak i uprzemysłowienia. W nowych letniskach, położonych między Rudą Pabianicką a Rzgowem przecinamy pasmo moren czołowych, tworzących to niewysokie żwirzasto-piaszczyste wzgórza. Z Tuszyna idziemy ku południowi na wzgórze 288 m w Górkach Dużych. Jest to najwyższe spośród długiego szeregu wzgórz moreny czołowej, ciągnącej się w kierunku południkowym od okolic Tuszyna aż po Borową Górę pod Bełchatowem.

Obserwując otwierającą się stąd na wszystkie strony rozległą panoramę, widzimy, że ciągowi temu towarzyszy zmiana poziomu, wytwarzająca jakby pewnego rodzaju krawędź, biegnącą wzdłuż moreny. Ku wschodowi od ciągu ogólny poziom jest wyraźnie wyższy (230-240 m), niż ku zachodowi (200-220 m). Obejrzawszy kilka odkrywek, wykazujących przeważnie uwarstwione żwiry, kierujemy się na wzgórze 260 m w kolonii Czyżemin. Ze wzgórza tego, również z uwarstwionych żwirów złożonego, obserwujemy leżące w pobliżu oczko oraz wyraźniejszy spadek ku niecce środkowej Warty i Neru, na linii Róża-Rydzyny-Prawda- Rzgów. Na horyzoncie widnieją skupienia przemysłowe Pabianic i Łodzi z peryferiami. Przez wzbogacone dzięki pobliskim miastom, częściowo niemieckie wsie – rzędówki dochodzimy do Pabianic, a stamtąd wracamy do Łodzi i Warszawy.

W roku 1905 w Krakowie ukazywały się wydawnictwa na bieżąco informujące o sytuacji w zaborze rosyjskim, w tym także o wydarzeniach w naszym mieście.

W Pabianicach odbyło się wielkie zgromadzenie publiczne robotników, na którym uchwalono żądania polityczne PPS, odczytane przez jednego z towarzyszy. Na zebraniu był naczelnik powiatu. Zachowywał się biernie, zapukał do sali i spytał, czy można wejść. Policji nam nie potrzeba – odpowiedzieli robotnicy – lecz jeśli pan chce być, to prosimy. Stanął skromnie w kąciku i słuchał.

Do szkoły handlowej w Pabianicach chciano wprowadzić wojsko dla „ochrony nauki”. Ale ciało profesorskie zaprotestowało przeciwko temu i zamknęło szkołę nie chcąc uczyć pod osłoną wojska. („Strejk polityczny w Królestwie Polskim”)

Pabianice. Z powodu strejków robotniczych wykłady w szkole handlowej, zgodnie z rozporządzeniem kuratora Szwarca zawieszono. By uniknąć mogących zajść wydarzeń, dyrektor zaproponował więcej wpływowym jednostkom na pewien czas opuścić miasto. Wystąpienie o szkolę polską nastąpić ma w najbliższej przyszłości. („O szkołę polską w Królestwie. Fakty i materyały z chwili obecnej”)

Eugeniusz Ajnenkiel w „Kronice bojowej PPS –Frakcja Rewolucyjna w roku 1907” (1937 r.) podaje, że: 24.04.1907 r. Organizacja Bojowa dokonała zamachu na dwóch strażników policyjnych w Pabianicach – Priwidencowa i Binka, znanych ze swego okrutnego obchodzenia się z aresztowanymi robotnikami i z prześladowania naszych towarzyszy. Obaj strażnicy zostali zabici. Wykonawcy zamachu zbiegli.

Odgłosy burzliwych dziejów miasta pobrzmiewają w publikacji „Pieśń Października” (1967).

Rok 1905. W Pabianicach zgromadziło się 4 000 robotników, którzy zaczęli nacierać na konny patrol kozacki, obrzucając go kamieniami. Patrol użył broni – z tłumu jeden zabity, dwóch rannych. Podpisano – Naczelnik Zarządu Żandarmerii Guberni Piotrkowskiej – pułkownik Uthoff.

W tym samym wydawnictwie znajdujemy fragment „Kolędy dziadowskiej” poety proletariackiego Jana Gutnera.

Posłuchajcie, ludkowie,

Co wam dziadek opowie:

Niechaj wiedzą w całym mieście

Za co siedzi się w hareście,

W celi komunistycznej

Siedzą starzy i młodzi, i z Warszawy i z Łodzi,

I z Pabianic, Tomaszowa,

I ze Zgierza, Ozorkowa

I z samego Łowicza.

Siedzą cieśle, ślusarze,

Szewcy, krawcy, piekarze.

I wstyd wspomnieć, Boże Święty

Siedzą też inteligenty –

Ta zakała ludzkości.

A oto obraz miasta jaki zaprezentował - z pozycji narodowych - Orędownik Wielkopolski (nr 261/1933 r.) w artykule „Pabianice miasto kominów i rozbitków politycznych”. Endecy odnieśli sukcesy w wyborach do rady miejskiej w latach 1928 i 1934, co zachęcało ich do konfrontacji z przedstawicielami lokalnej „sanacji”.

Najpoważniejszy w Polsce okręg przemysłowy, jakim jest okręg łódzki z centrum swym Łodzią na czele, jednoczy kilka mniejszych ośrodków przemysłowych, które niby ogniwa wielkiego łańcucha, opasują pewną część województwa łódzkiego, tworząc razem jeden wielki ośrodek przemysłu włókienniczego. Największym z tych ośrodków i drugim z rzędu po Łodzi są Pabianice.

Pabianice obchodzące dzisiaj swoje 600-lecie – to miasto wybitnie przemysłowe, liczące około 50 000 ludności, miasto wielkich fabryk wyrobów włókienniczych, tkalni mechanicznych, farbiarni, bielników i tego wszystkiego, co do przemysłu włókienniczego jest potrzebne; miasto zmechanizowanego do ostatnich granic przemysłu tkackiego, którego kominy, gęsto rozstawione strzelają wysoko ku górze i do nieba wyciągają swe długie gardziele.

Obok przemysłu włókienniczego, stojącego na pierwszym miejscu, Pabianice posiadają największą w Polsce fabrykę wyrobów chemicznych, fabrykę papieru i celulozy, młyny parowe i łuszczarnie oraz cały szereg zakładów z różnych gałęzi przemysłu, jak fabryki gazy, firanek, garbarnie, odlewnie żelaza, przedsiębiorstwa budowlane, cegielnie, fabryki mebli biurowych, banki i wreszcie przedsiębiorstwa handlowe. Z tych wszystkich przedsiębiorstw na podkreślenie zasługują firmy: Towarzystwo Akcyjne Wyrobów Półwełnianych „Krusche i Ender”, Pabianickie Zakłady Włókiennicze dawniej R. Kindler Sp. Akc. (będąca obecnie w rękach angielskiej firmy Willey et. Comp.), Pabianicka Spółka Akcyjna Przemysłu Chemicznego, Fabryki Papieru i Celulozy „Steinhagen i Saenger Sp. Akc” oraz Bank Ludowy w Pabianicach.

Wielkość i ilość zakładów przemysłowych nadały miastu specyficzny charaktery społeczny – miasta robotniczego. Rzesze robotników obojga płci przelewają się codziennie przez bramy fabryk, gdzie w pracy znojnej zarabiają na kawałek chleba dla siebie i swoich rodzin. Gdy pracy jest dosyć, gdy fabryki są czynne, życie w tym mieście płynie spokojnym i utartym trybem. Kryzys jednak poczynił tu spustoszenia wielkie. Toteż stałym zjawiskiem w Pabianicach są strajki, z których ostatni, największy na wiosnę rb., miał przebieg niezwykle tragiczny, nie notowany dotychczas w dziejach Polski Odrodzonej.

„Obrońców” robotniczych w Pabianicach jest aż nadto: partie polityczne PPS-CKW, PPS- Frakcja Rewolucyjna, Chrześcijańska Demokracja, dalej związki zawodowe: „Praca”, Związek Klasowy, Związek Związków Zawodowych, Chrześcijański Związek Robotników Przemysłu Włóknistego itd. Partie te i związki nie mają obecnie wielkiego wpływu na masy robotników, które już dziś dojrzały społecznie i politycznie. Agitatorem najskuteczniejszym jest głód, który obala i niszczy stare, dotychczas przyjęte pojęcia ekonomiczne i socjalne, przewartościowuje zasady i wychowuje nowego człowieka. A głód i nędzę sięgającą do dna ludzkiego bytu, widać w mieście na każdym kroku.

Partie BB (Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem), PPS – Frakcja Rewolucyjna tj. partie i grupy „sanacyjne” nie odgrywają w Pabianicach prawie żadnej roli. Jednoczą one garstkę inteligentów, nauczycieli, dyrektorów, urzędników. Roi się w mieście od karierowiczów, chętnych dorwania się do żłobu, uciekinierów z innych partii, roi się od ludzi żądnych łatwej sławy i zaszczytów. Tacy to ludzie robią sobie monopol na „patriotyzm”, a każdego kto myśli inaczej nazywają „wrogiem” Polski. (…) Ostatnio daje się zauważyć wzrost ilości sklepów chrześcijańskich. Idea spółdzielczości znalazła w Pabianicach podatny grunt. Poza jedyną chrześcijańską Spółdzielnią Kredytową – Bankiem Kredytowym, istnieje Spółdzielnia Spożywców pn. „Społem”, posiadająca sklepy spożywcze we wszystkich dzielnicach miasta, a nawet w pobliskich wsiach. Oto zwięzły obraz dzisiejszego miasta, mało znanego w kraju przytłoczonego ogromem Łodzi, i jakby ginącego w jej obszarach. Pomimo bliskości Łodzi, Pabianice żyją życiem własnym, obfitującym w zdarzenia niepośledniego znaczenia.

Rzucona niedawno myśl narodowa, idąca do odrodzenia Polski z punktu widzenia narodowego znalazła tu żywy oddźwięk w umysłach całego społeczeństwa pabianickiego i szereguje w obozie narodowym coraz to nowe zastępy robotnicze. Rzucone ziarno padło na podatną glebę, zakiełkowało, wyrosło i rozwija się w potężne drzewo pracy narodowej, obejmujące swymi konarami wszystkie odłamy społeczne i ściągające ku sobie wszystkich, którzy miłują przede wszystkim Polskę i wierzą w naród polski i jego siły żywotne.

Chluba Pabianic to dawny zamek kapitulny z XVI wieku, budowany w stylu lekkiego renesansu krakowskiego. Zamek, który dotąd zachował się w całości, był siedzibą tenutariuszy kasztelanii pabianickiej, należącej niegdyś do kapituły krakowskiej. Za czasów Królestwa Polskiego (1815-1830), gdy osiadającym tkaczom niemieckim nadawano różne przywileje, między innymi otrzymali bezpłatne pomieszczenie na warsztaty. Przybyszom oddano sale zamkowe i wtedy w starym zamczysku rodził się przemysł pabianicki, zwiastując miastu erę rozwoju. Od roku 1833 zamek służy miastu za ratusz.

Artykuł ilustrują zdjęcia zamku, kościoła św. Mateusza, kościoła NMP, Banku Ludowego oraz panoramy miasta z dymiącymi kominami.

Nawet informacje o pogodzie panującej w Pabianicach były chętnie publikowane w prasie polskiej na początku XX wieku. Polska Ludowa – dwutygodnik poświęcony wszystkim sprawom narodowego życia, który ukazywał się w Lublinie w latach 1915-1917 odnotował … pierwszy śnieg nad Dobrzynką.

„W okolicy Pabianic spadł śnieg. Padał przez kilka minut, po czym spadł duży grad”. (Polska Ludowa, 22.10.1916 r.)

„Mały przewodnik po Polsce” z 1983 roku zawiera również krótką notkę o Pabianicach.

Pabianice: miasto przemysłowe (68, 5 tys. mieszkańców). Duży ośrodek przemysłu bawełniane Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Bojowników Rewolucji 1905 r., chemicznego, odzieżowego, farmaceutycznego (Zakłady „Polfa”) oraz elektrotechnicznego.

Prawa miejskie w 1297. Rozwój miasta związany z powstaniem Łódzkiego Okręgu Przemysłowego na początku XIX w. W 1823 osiedlają się tu pierwsi tkacze sukiennicy. Po upadku powstania listopadowego zaczynają powstawać manufaktury tkackie bawełniane.

W 1845 zainstalowano pierwszą maszynę parową. W XIX w. największymi zakładami przemysłu bawełnianego były: fabryka Kindlera (zał. 1859) i spółka akcyjna Krusche-Ender (zał. 1872) oraz Pabianicka Spółka Przemysłu Chemicznego (1889), zaś w okresie międzywojennym fabryka żarówek „Osram”.

Rozwój przemysłu spowodował powstanie proletariatu oraz zaostrzenie walk klasowych. Działały tu komórki organizacyjne SDKPiL i PPSW. W okresie międzywojennym ruchem robotniczym kierowała KPP, PPS i PPS-Lewica, strajki w 1929, 1933, 1936.

W czasie okupacji hitlerowskiej liczne egzekucje. Wywożenie do obozów koncentracyjnych i na przymusowe roboty, w wyniku tego ludność miasta zmniejszyła się o 50%. Jednocześnie działał ruch oporu, który przeprowadzał liczne akcje sabotażowe.

Po wyzwoleniu rozbudowa miasta i przemysłu oraz szkolnictwa. W 1966 miasto zostało odznaczone Orderem Sztandaru Pracy I kl.

Przy pl. Obrońców Stalingradu, dwór kapituły krakowskiej, renesansowy (1565-71), zwieńczony wysoką attyką, kilkakrotnie przebudowywany. Mieści się w nim obecnie Muzeum Regionalne. Zbiory: etnograficzne, przyrodnicze, archeologiczne i historyczne.

Po przeciwnej stronie placu kościół parafialny, renesansowy (1583-88), mistrz Ambroży Włoch). Wyposażenie wnętrza barokowe. Przy ul. Armii Czerwonej nr 21 i23 kamienice klasycystyczne z 2 ćwierci XIX w.

Wieści o tragicznym końcu getta w Pabianicach docierały również do Warszawy. Chaim Aron Kaplan (1888-1942) – znany hebraista – pisze w dzienniku „Scroll of Agony: The Warsaw Diary of Chaim A. Kaplan” (1965, 1973), że podczas wysiedlania mieszkańców getta pabianickiego jedna z matek jak lwica walczyła o swoje dziecko, nie chcąc, aby trafiło do rąk morderców. Jednak zostało natychmiast odebrane i wyrzucone przez okno.

During the deportation from Pabianice there was one mother who fought like a lioness and refused to turn her baby to the killers. They immediately grabbed the baby and hurled it out the windows.

Podobnie Hersh Wasser (1912-1980) – aktywista polityczny, członek zarządu getta warszawskiego podaje w swoich zapiskach, że mieszkańcy getta w Łodzi boją się losu jaki spotkał pabianiczan. Okupowane Pabianice niechlubnie wyróżniły się pod względem restrykcji antyżydowskich.

The chaos and panic in Lodz defy imaginations, particularly since they have the Pabianice experience to judge by. The Pabianice chapter stands out in the records of extermination regulations against Jews. Tears fill my eyes at the mere thought that such violence and brutal murder are possible. It’s even beyond the biblical reproof section. (Hersh Wasser on Rumors of Extermination of Jews – Shoah Resource Center w Yad Vashem)

W Encyklopedii Powszechnej, t. XXVIII, 1868 r. znajdujemy wzmiankę o urodzonym w Pabianicach muzyku i kompozytorze.

Zając (Stanisław), ksiądz, proboszcz, dyrektor i kompozytor kapeli królewskiej Rorantystów w Krakowie za czasów Anny Jagiellonki. Był on czwartym z rzędu przełożonym tej kapeli czyli kolegium Rorantystów. Wedle Bentkowskiego, Siarczyńskiego i Gołębiowskiego, miał umrzeć około r. 1602, a następcą jego był ksiądz Warka. Zwano go także Zajączkiem z Pabianic. Pisał on dzieła muzyczne religijne, które wykonywało 9 kapelanów śpiewaków. Królowa Anna listownie zalecała mu usilne odprawianie mszy przy towarzyszeniu muzyki.

Nazwisko pabianiczanina pojawia się też w „Słowniku muzyków Polski. Dawnych i nowoczesnych” (1874 r.)

Anna Jagiellonka, córka Zygmunta I, a żona Stefana Batorego, miała wielki gust do muzyki i protegowała wielce sztuki piękne w Polsce. Za jej panowania istniało już sławne kolegium Rorantystów, ustanowione w roku 1543 dla śpiewania mszy z muzyką, a którego pierwszym dyrektorem był Mikołaj Czech z Poznania. Za królowej Anny w roku 1574 dyrygował mszą Roratną ks. Stanisław Zając z Pabianic, kompozytor bardzo poważny. Nazywano go Zajączek. Wszyscy królowie z domu Jagiellońskiego, wznosili sławę narodu i zachęcali muzykę. Bo gdy się dowiedziała królowa, że czasami bywały nabożeństwa bez śpiewu, pisała do ks. Zająca w takich wyrazach: „Dochodzą nas wieści, jako odprawiacie w naszej kaplicy nabożeństwo bez figury (muzyki); ta wieść bardzo nam jest niemiłą. Zalecamy wam przeto pod utratą łaski królewskiej, abyście na potem, według ustanowionej woli naszej, służbę Bożą odprawiali ze śpiewaniem, bo to wdzięczna, pocieszna sercu słodko brzmiąca, Bogu i ludziom miła muzyka.”

(…) zalecała ks. Zającowi, aby miał dobrych kapelanów śpiewaków przy kaplicy królewskiej. Po jego śmierci kazała królowa wystawić mu nagrobek z pięknym napisem w kościele katedralnym krakowskim, przy grobach królewskich.

O związku Pabianic z kapelą wawelską pisał także Józef Łepkowski „Kaplica Zygmuntowska w katedrze krakowskiej” w: „Teka wileńska” (1858r.)

(…) Pozostały tedy owe Kazimierzowskie zapisy przy nowej budowli, pomnożone ustanowieniem collegium Rorantiistarum, złożonego z proboszcza, 9 prebendarzy śpiewaków i kleryka. Na tych włożył Zygmunt Stary obowiązek odprawiania i śpiewania co dzień mszy roratniej, co poborem 16 grzywien z żup wielickich i dziesięcinami ze starostwa sochaczewskiego uposażył. Msza ta dotąd odprawia się z towarzyszeniem śpiewaków codziennie rano przed godziną 9, z dodaniem aniwersarza (msza rocznicowa) za dusze Jagiellonów, na co był Zygmunt August w roku 1541 dał dziesięciny z Pabianic.

Andrzej Kreutz-Majewski w „Dzienniku 1984-2004” opisuje swoją wizytę w Pabianicach.

(…) Więc jadę z Jackiem Łodzińskim do Pabianic. Choć bez uprzedzenia przecież jakoś tam ich znajdę. Dobijamy o zmierzchu. Dom przy Starym Rynku. Mieszkanie Stryja w stromej oficynie. Z okien klatki schodowej widok na zbitkę przybudówek, kominów i strychów, jak z moich obrazów. W mieszkaniu głucho. Od dozorcy dowiedziałem się, że Stryj zmarł parę dni temu…

Andrzej Kreutz-Majewski (1936-2011) – scenograf, malarz, reżyser teatralny. Był autorem scenografii w prawie wszystkich renomowanych stolicach i miastach świata.


Wacław Lipiński ogłosił fragmenty swoich zapisków „Dziennik żołnierza legionowego” w Panteonie Polskim nr 15/1925 r. Autor wspomnień w październiku 1914 roku maszerował z Łodzi do Pabianic. Był to jego pierwszy wojenny marsz.

27 październik – Przedostatni dzień w Łodzi. Batalion Strzelców, który przed kilkoma dniami przymaszerował, wyruszył już do Częstochowy. Choć przeciągała dzisiaj moc Prusaków (przeważnie artyleria) w stronę Warszawy, pesymistycznie jesteśmy nastrojeni! Z radością Łódź byśmy opuszczali, lecz nigdy uciekali. Co chwila przerywa ciszę miasta przeraźliwy huk wysadzanych mostów kolejowych …

28 październik – Dzisiaj wyruszamy ! Wpadłem do Banku Państwa, gdzie była główna kwatera strzelców. Wszystko spakowane i gotowe do drogi. Cieszymy się, że nareszcie wyruszamy, lecz i martwimy się, że uciekamy. A uciekamy na pewno! – Po południu już nie wychodziłem. Wreszcie o 4-ej naznaczono zbiórkę. Po odśpiewaniu Roty, ruszyliśmy. Tabory naprzód, my ostatni. Wyruszyliśmy o 4-tej 45 po południu. Nikt nas nie odprowadzał, nikt nam do bram miasta nie towarzyszył, prócz kilku skautek i najbliższych rodzin. Zaraz po wyruszeniu poznałem trud wojskowego marszu. Karabin niemożliwie mnie uciskał, futro pod płaszczem strasznie grzało. Gdy wychodziliśmy z miasta, nastał zmierzch, powoli zapadała cicha jesienna noc. Do Pabianic szliśmy przeszło godzinę. Ja ledwo zaszedłem. Strasznie wyczerpany. Ciężki plecak, karabin i futro dobijały mnie. Mimo, żeśmy szli wesoło, bywały chwile, iż bałem się że padnę. Pierwszy wojenny marsz dał mi się we znaki.

Wacław Lipiński (1896-1949) – legionista, podpułkownik, historyk.

O działaniach wojennych wokół Pabianic podczas pierwszej wojny światowej opowiada Ernst Rosenhainer w książce „Forward March!: Memoirs of a German Officer” (2000).

(…) The next morning we entrenched south of Lodz. All roads were filled with departing German troops. We, too, wouldn’t stay long since the Russians were right on our heels. We soon marched toward Pabianice. The Russians followed slowly.(…)



Problemy związane z utworzeniem pierwszej pabianickiej gazety znalazły odzwierciedlenie w tekście „Kłopotliwe sytuacje” zamieszczonym w łódzkim tygodniku humorystyczno-satyrycznym Śmiech (14 grudnia 1912 rok).

Kłopotliwe sytuacje

Być ogrodnikiem miejskim i spacerować po ul. Spacerowej.

Być Jagiełłą i reprezentować w Dumie Warszawę.

Być eks-królem portugalskim i starać się o posadę księcia albańskiego.

Być niezależnym i redagować pismo w Pabjanicach.

Być abstynentem i uczestniczyć w uroczystościach jubileuszowych w „Rozwoju”.

Jan Lorentowicz publikując w 40. numerze Głosu z 1896 roku artykuł mówiący o pabianickiej Papierni wywołał polemikę ze strony pracownika tej fabryki K. Słowickiego. Literat idealista o sympatiach socjalistycznych znalazł adwersarza w osobie rozsądnego inżyniera.

Wypowiedź Słowickiego zamieszczona została w numerze 45. Głosu.

Ponieważ pabianicką fabrykę papieru ja budowałem, a obecnie jestem jej kierownikiem technicznym, czuję się zmuszonym odpowiedzieć słów parę na umieszczone w nr 40 Głosu wywody pana Lorentowicza. Żałuję, że, chcąc pisać o papierni, pan L., zamiast zapytać mnie o informacje zadowolił się pobocznymi wiadomostkami, lub też zbytnio zaufał własnej obserwacji. Nie ulega wątpliwości, że nowy gmach fabryczny, jak i wewnętrzne urządzenie jego czynią na zwiedzającym lepsze wrażenie, niż stara fabryka; i higiena i wygoda, zarówno ze względu na robotnika, jak i na własny interes, przy budowie szeroko zostały uwzględnione. Przy projektowaniu fabryki z góry miano na widoku ustawienie dwóch maszyn papierniczych i naturalnie całe urządzenie odpowiednio zostało przeprowadzone. Dziwi mnie przeto twierdzenie pana L., że z ustawieniem drugiej maszyny „warunki, dodatnio wyróżniające wymienioną fabrykę, ulegną zmianie na gorsze”.

Ponieważ pan L. nie informował się u mnie, mam prawo sądzić, że wie, iż po ustawieniu drugiej maszyny, ilość robotników ze 150 (nie 200) wzrośnie co najwyżej do 180; jeżeli wiec urządzenia fabryczne są wygodne i higieniczne dla 150 ludzi, to prawdopodobnie takimi pozostaną i dla 180. Pan L. jednak przyczynę zmian na gorsze widzi jeszcze i w zwiększeniu się ilości surowego materiału i składu gotowego papieru. Jako fachowiec, mogę pana L. uspokoić zaręczeniem, że ani jedno, ani drugie miejsca mieć nie będzie. Lecz przypuściwszy nawet, że i zapasy materiałów i gotowego papieru zwiększą się, to jaki to może mieć związek z higieną lub wygoda? Pan L. widocznie nie wie, że do przechowywania materiałów i gotowego papieru istnieją składy, w których robotnicy nie pracują. Czy zaś składy posiadam dostateczne lub za małe o tym nie tylko pan L., ale i wykwalifikowany fachowiec nie byłby w stanie zaopiniować bez dokładnych informacji z mojej strony co do systemu fabrykacji.

Widzę również błędy i w uwagach pana L. o płacy. Na jakiej zasadzie stosuje do niej pan L. epitet „marny”, trudno mi się domyślić. Czy nie na podstawie zmiennej wartości 45, 60 kopiejek? Należało panu L. przede wszystkim poinformować się co do płacy w papiernictwie w ogóle, a w szczególności w papierniach w Królestwie, a wtedy, ku wielkiemu swemu zdziwieniu, dowiedziałby się, że my w Pabianicach jeszcze nie najgorzej płacimy. Nie będąc ekonomistą z fachu, nie chcę objaśniać panu L. dlaczego taka, a nie większa płaca w papierni się praktykuje; mogę tylko nadmienić, że płaca tak jest unormowana, żeby i robotnik mógł istnieć i fabryka, a dzieje się tak nie tylko w papierni, ale i na całym bożym świecie.

Informacje pana L. co do kar i użytku powstałego stąd funduszu są zupełnie fałszywe. Nigdy administracja nie wydawała zapomóg z powyższego źródła, nigdy pieniądze te nie szły do rąk fabrycznego inspektora i jedynie książka, w której każdorazowo wpływy są notowane, znajduje się pod kontrola inspekcji. Na zapomogi, pogrzeby itd. administracja zawsze czerpała z kasy fabrycznej, do czego w książkach istnieje odpowiednia rubryka.

Na koniec sanitarne warunki! Według pana L. lekarz fabryczny i robotnik to coś w rodzaju psa i kota! Że niejednokrotnie zjawiska analogiczne mają miejsce, to mnie zupełnie nie dziwi, a nawet dziwiłbym się, gdyby było inaczej. Całe nieszczęście, że p. L. fakty pojedyncze przedstawia jako normalne, a jest to naturalnym skutkiem kompletnej nieznajomości stosunków fabrycznych. Radziłbym panu L. z ludźmi tymi bliżej się zapoznać, z nimi poobcować. I wtedy dopiero sądzić, czy wyjątkowe postępowanie fabrycznego lekarza jest uzasadnione lub nie.

Życie realne wymaga i realnego zapatrywania na stosunki ludzkie, a to ze swej strony sprawia, że przede wszystkim zmuszeni jesteśmy zajmować względem naszych bliźnich pewne odporne stanowisko. Nie przeczę, że jak wszędzie, tak i tutaj, niejednokrotnie i niewinni padają ofiarą, lecz jak nadmieniłem, są to wyjątki, i tylko gruba nieznajomość rzeczy lub zbytni idealizm mogłyby mieć w danym razie coś do zarzucenia. (K. Słowicki)

W pierwszym numerze Szklanych Domów – czasopismo młodzieży szkół średnich ośrodka przemysłowego: Łódź, Pabianice, Zduńska Wola, Sieradz, Łask – z roku 1934 ukazała się prezentacja miasta „Pabianice w świetle wywiadów” napisana przez gimnazjalistkę H. Kołodziejczykównę.

Z pozoru – taka sobie prowincjonalna mieścina, ani ciekawa, ani charakterystyczna, ani też godna specjalnej uwagi. Na pryncypalnej ulicy nie znajduje się ani kawałka asfaltu i trzeba jesienią skakać po kocich łbach tonących w błocie, jest tylko jeden skromniutki pomnik, trzy kina – a o operze nikomu się nie śniło jak Pabianice Pabianicami. Jedynym naprawdę wartościowym monumentem jest stary renesansowy zamek (obecnie siedziba zarządu miasta), ale i ten nie należy całkowicie do naszego miasta, bo w pewnej jubileuszowej księdze szumnym tytułem umieszczono go w Zgierzu, który się chyba sam najwięcej tym zdziwił. Jednym słowem, nie ma co o nich mówić, ani pisać – najwyżej można im poświęcić takie zdanie jak u M.H. Szpyrkówny w „Gwieździe Lucifera” (1927).

„…Gdzie to było? Z Olkusza, czy spod Pabianic? … tylko tam jeszcze wyrzuceni maturzyści grywają Rinaldów Rinaldinich.”

Dlaczego akurat Olkusz, Pabianice i maturzyści grywają Rinaldów Rinaldinich, sama nie wiem, bo jakkolwiek żyję w nich od kilkunastu lat, nie słyszałam o tak romantycznych historiach. Ale mniejsza z tym. Nie o tym chciałam pisać. Nasuwa mi się tylko pewne porównanie, że powierzchowny obserwator, może osądzić Pabianice tak, jak czytelnik osądzi książkę, rzucając spojrzenie na jej tytuł i okładkę, a nie zaznajomiwszy się z treścią. A więc w celu zapoznania czytelnika z treścią książki – Pabianic, podaję w formie wywiadów z pewnymi osobami w naszym mieście, kilka wiadomości z jego życia wewnętrznego. Zatem dziękuję doktor Piotrowskiej, doktorowi Eichlerowi, Kasperkiewiczowi, Nowakowi i Z. Kłysowi za łaskawe udzielenie mi informacji.

- Panie Doktorze chciałabym napisać w „Szklanych Domach” o pabianickim Towarzystwie Ochrony nad Przyrodą”. Może Pan Doktor będzie łaskaw, powiedzieć o nim kilka słów.

Dr Eichler: Towarzystwo Ochrony Przyrody, istniało już jako rosyjskie towarzystwo jeszcze przed wojną. Obecnie my kontynuujemy jego prace. Terenem działalności Towarzystwa są Pabianice, tutaj też znajduje się główny zarząd. Cel Towarzystwa, zdaje się, jest jasny: opieka nad zwierzętami. Każdy członek posiada legitymację, dzięki której człowieka wykraczającego przeciwko przepisom „Ochrony nad zwierzętami” może pociągnąć do odpowiedzialności. Specjalną kontrolę rozciągamy nad rynkiem w dni targowe, gdzie bardzo często drób i zwierzęta, nie są traktowane humanitarnie. Ważną placówką naszej pracy jest rzeźnia miejska. Wiceprezes naszego Towarzystwa zajmuje w niej stanowisko dyrektora, a zarazem czuwa, aby zwierzęta nie doznawały krzywd przed śmiercią.

- Czy długoletnia praca Towarzystwa wpłynęła na ustosunkowanie się pabianiczan do zwierząt.

Dr Eichler: Tak i i to w dużym stopniu dodatnio. Z roku na rok, coraz rzadziej spotykamy wypadki znęcania się nad zwierzętami. Gorzej jest z chłopstwem napływającym do miasta w dni targowe, ci bowiem nie uznają innego cierpienia jak ludzkie. Z czasem, z pomocą presji policyjnej i kar pieniężnych, sadzę, że i to uda się nam zmienić na lepsze.

- Teraz chciałabym zapytać Pana Doktora o nasze miasto. Czy nie można stwierdzić w jego życiu pewnego pędu do rozwoju, oraz korzystnych zmian wewnętrznych i zewnętrznych?

Dr Eichler: Bez wątpienia Pabianice dzisiejsze bardzo różnią się od wczorajszych, naturalnie na ich korzyść, jest nadzieja, że będzie jeszcze lepiej. Praca dla państwa i społeczeństwa, staje się udziałem coraz większej liczby obywateli, czego najlepszym dowodem są liczne organizacje. Również ich wygląd zewnętrzny z dnia na dzień, staje się estetyczniejszy i świadczy o rozwoju miasta. W ostatnich latach bogacimy się o budynki tak wartościowe, jak kino miejskie, Gimnazjum Żeńskie – jedno z najładniejszych w Polsce, Szkołę Rzemiosł, Szkołę Piramowicza, Seminarium, wreszcie pomnik. Widoczny jest coraz lepszy porządek, reperuje się bruki i chodniki, ozdabia się ulice plantacjami, usuwa brzydkie a zbędne budynki; no i ostatnio zamek na tle odsłoniętego parku, daje bardzo malowniczy widok. Poza tym każdy gospodarz, idąc za ogólnym pędem, stara się, aby jego dom nie przedstawiał się gorzej od innych. No i wreszcie wystawy sklepowe urządzane są coraz ładniej i trudno znaleźć okno wystawowe ozdobione wyblakłym czy zestarzałym towarem, lub ogłoszenia z koślawymi literami, jak dawniej bywało.

Opuszczam mieszkanie Pana Doktora i idę w dalszą wędrówkę w świetnym humorze. Dlaczego? Łatwo to wytłumaczyć. Staję przed jednym z najokazalszych budynków w Pabianicach, a mianowicie przed biurem fabryki „Krusche i Ender”. Jest wieczór. Elektryczne światło jasnymi prostokątami okien, odcina się na czarnym tle muru. Ilość tych okien przeraża mnie, ale z pewną miną naciskam klamkę i za kilka minut recytuję, jednemu z urzędników – Proszę Pana, fabryka „Krusche i Ender” jest największa w naszym mieście, o ile się nie mylę, istnieje już sto lat. Jest więc jak gdyby początkiem przemysłu pabianickiego. Odgrywa w Pabianicach wielką rolę i muszę poinformować o niej czytelników „Szklanych Domów”.

- Z przyjemnością udzielę pani wszelkich danych. Rzeczywiście powstanie przedsiębiorstwa przypada na rok 1826. Wiemy, że do XVIII wieku, Pabianice jakkolwiek zwane miastem, ilością mieszkańców odpowiadały raczej wsi, niszczone przez morowe zarazy i pożar. W 1729 roku liczyły 29 rzemieślników, a mieszkańcy żyli głównie z uprawy roli i hodowli bydła. Dopiero wiek XIX okazał się dla miasta łaskawszym. Mimo braku warunków sprzyjających rozwojowi handlu, dzięki protekcji rządu Królestwa Polskiego, dającemu ulgi osiadającym w mieście przemysłowcom, Pabianice poczynają się rozwijać. Jednymi z pierwszych, którzy przybyli do Pabianic i osiedlili się w nich jako fabrykanci, byli Grunwald i Krusche.

- Czy zawsze fabrykowano towary bawełniane jak obecnie?

- Nie, początkowo tkano również towary półwełniane i wełniane. Dopiero w 1873 r. następuje przełom i rozpoczyna się produkcja towarów bawełnianych. Znajdują one wielki popyt, tak, ze fabryka w czasie wojny zatrudniała 4.400 robotników.

- A obecnie?

- Obecnie liczba pracowników wynosi 3.339, a produkcja tkanin w roku 1933 osiągnęła wartość 27.964.286 złotych.

- Jak się przedstawia sprawa sprzedaży wyrobów?

- Firma posiada szereg składów komisowych i przedstawicielstwa, np. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Hamburgu, Rydze, Konstantynopolu, Smyrnie, Paryżu. Jeśli chodzi o eksport, wywozi się towary do Łotwy, Litwy, Rumunii, Rosji, Ameryki Płd., Kanady. Wynosi on 10 % produkcji rocznej.

- Czy przy fabryce są jakieś urządzenia dla robotników, kulturalne, oświatowe, czy też socjalne?

- Tak. Pierwsze miejsce zajmują domy tzw. familijne dla robotników. Jest ich 26, każdy obejmuje cztery mieszkania. Obok domków znajdują się ogródki do użytku ich mieszkańców. Prócz tego posiada firma 9 domów dla urzędników. Zajmuje je 25 rodzin. Jest zorganizowana pomoc lekarska i firma wystawiła dla swych pracowników szpital dla 50 chorych. Dowodem dbałości firmy o rozwój umysłowy robotników, jest biblioteka fabryczna, która posiada obecnie 3.198 tomów. Przy niej założono czytelnię, w której prócz najświeższych pism i dzienników znajduje się radio i różne gry np. szachy i warcaby. Również i rozwój fizyczny robotników nie jest zaniedbany i sądzę, że nie jest pani obcem – Towarzystwo Sportowe „Kruschender”. Wreszcie, istnieje przy fabryce zakład kąpielowy dla robotników oraz pralnia.

- To już chyba wszystko o czym może pan mnie poinformować, czyż nie tak?

- Prawie. Dodam tylko jeszcze, że wyroby firmy zdobyły kilkakrotnie medal na wystawach krajowych i wszechświatowych. Ostatnim z tych odznaczeń jest zloty medal, otrzymany na Wszechświatowej Wystawie w Paryżu.

Wreszcie jestem na ulicy. Wzrok mój pada na przeciwległą stronę Zamkowej, gdzie wznosi się gmach tętniący setkami serc ludzkich i setkami maszyn – źródło pożywienia trzech tysięcy ludzi. Rzuciwszy pełne szacunku spojrzenie na fabrykę, ruszam w dalszą drogę.

Wkraczam do siedziby zarządu pabianickiego oddziału Czerwonego Krzyża. Dużo się pisze i mówi ostatnio o tej organizacji. Ciekawa jestem, jak się ona rozwija na gruncie naszego miasta.

„Czerwony Krzyż” – informuje mnie Pan Nowak istnieje na terenie Pabianic od kilku lat i liczy obecnie 657 członków.

- Z tego kobiet?

- Przeszło 40%

- To nie jest tak źle! (cieszę się w duchu). A robotników?

- Tylko 10% mimo, że staramy się ich wciągnąć w nasze szeregi. Członkowie rekrutują się przeważnie z inteligencji. Celem PCK jest zbieranie materiałów sanitarnych, szkolenie drużyn sanitarnych, na wypadek wojny, no i pomoc w tragicznych wypadkach. Mamy do swego użytku samochód sanitarny, który oddaje nam duże usługi.

- Skąd stowarzyszenie pokrywa wydatki?

- Urządza się imprezy, poza tym ze składek członkowskich.

- Jakie jest ustosunkowanie się społeczeństwa pabianickiego do pracy Czerwonego Krzyża?

- Bardzo dobre. Przeważnie spotykamy się z poparciem i zrozumieniem.

Mam ochotę zawołać „niech żyją pabianiczanie”, ale z największą powagą opuszczam lokal.

Za kilka minut, będę wyszukiwała na mapie ślady wojen napoleońskich, tymczasem jest pauza i zamiast w klasie naprzeciw tablicy, znajduję się w pokoju lekarskim naprzeciw Pani Doktor Mileny Piotrowskiej.

- Pani będzie łaskawa wymienić mi wszelkie urządzenia lekarskie i socjalne naszego miasta mające na celu opiekę nad człowiekiem i jego zdrowiem.

Dr Piotrowska: Miasto posiada dwa szpitale: jeden pod opieką samorządu miejskiego, drugi Ubezpieczalni Społecznej, oraz Stację Opieki nad Matką i Dzieckiem. Poza tym od dawna istnieje Miejski Przytułek dla Starców (50 osób), Miejski Dom Noclegowy i co najważniejsze Poradnia Przeciwgruźlicza, prowadzona przez Towarzystwo Przeciwgruźlicze. Instytucją świeżo powstałą w naszym mieście jest Poradnia Eugeniczna (przedślubna i małżeńska) subsydiowana przez samorząd miejski i Ubezpieczalnię Społeczną, a prowadzona przez Towarzystwo Eugeniczne, a także Poradnia Dentystyczna dla dzieci szkolnych.

- Jak się przedstawia w naszym mieście kwestia matki i dziecka?

Dr Piotrowska: Bezrobocie, złe warunki materialne odbijają się ujemnie przede wszystkim na dziecku, jako na istocie bardzo delikatnej i wrażliwej. Wielką dla nich pomocą jest Stacja Opieki nad Matką i Dzieckiem, pomagając materialnie, oraz udzielając wskazówek. Dzięki niej skutecznie walczy się z przesądami i zabobonami dotyczącymi życia i pielęgnowania dziecka. Przydałby się w Pabianicach żłobek dla niemowląt i małych dzieci, gdzie matki udając się do pracy mogłyby je zostawiać na cały dzień pod odpowiednią opieką. Żłobki także ustawowo miały być zorganizowane przy wszystkich zakładach przemysłowych, zatrudniających większą ilość kobiet. Niestety. Dotychczas na terenie Polski jest ich bardzo mało. Pożądane byłyby w naszym mieście ogrody jordanowskie dla małych dzieci, gdzie mogłyby przebywać pod fachową opieką, zamiast w dusznym mieszkaniu, czy też zakurzonej ulicy. Również odczuwa się brak odpowiedniej ilości przedszkoli, które by mogły pomieścić wszystkie dzieci w wieku 5-7 lat, co wpłynęłoby także dodatnio na naukę szkolną w pierwszych oddziałach.

Dziękuję Pani doktor za udzielone mi wiadomości i przebywam w podskokach korytarz ze zmartwieniem w sercu. A martwię się podwójnie, że w Pabianicach tylu rzeczy brak i że się spóźnię na historię.

Właściwie skończyłam już z wywiadami. Ręka mnie boli od pisania, w głowie mam taki zamęt, że gotowa jestem napisać „kura” przez „ó”, a „babka” przez „p”- przede mną czternaście zapisanych stron.

I dochodzę do wniosku, że właściwie nic nie zrobiłam. Każdy czytelnik opuszczając cztery linijki druku, a zatrzymując się na piątej, spyta w końcu z powątpiewaniem : „co to ostatecznie ma być?”.

Nie protestuję. Opisem jednej fabryki, dwu towarzystw i kilku instytucji, nie dałam wcale treści życia wewnętrznego Pabianic, ani nie dodałam im uroku, nieudolną pisaniną. I tak każdy młodzieniec, co przez kilka lat wycierał marynarkę o ławki pabianickiego gimnazjum, wyjechawszy na studia, napisze w pierwszym liście do rodziny „Kochani Moi, Pabianice są starą dziurą, a o Dobrzynce nie mogę myśleć bez bólu głowy”. (H. Kołodziejczykówna)

Pabianiczanie chętnie nadsyłali korespondencje do pism krajowych i zagranicznych. Na przykład A.M. Niedzielski, pewnie narodowiec, fascynował się społecznością polską w Harbinie i chciał spopularyzować jej dzieje w Pabianicach. Harbin zwany także mandżurskim Hongkongiem powstał jako stacja Kolei Wschodniochińskiej. To miasto nad rzeką Sungari zamieszkiwali przedstawiciele 33 narodowości, mieściły się tam konsulaty sześciu państw. W Harbinie wychodził polski dwutygodnik Daleki Wschód. W numerze 3. pisma z 1 lutego 1933 roku ukazał się list pana Niedzielskiego z Pabianic.

Wielmożny Panie Redaktorze! Bardzo mi milo, iż mogę wyrazić za pośrednictwem p. M. podziękę za przysłanie okazowego dwutygodnika pt. „Daleki Wschód”, w którym z radością spostrzegłem gorącą pracę wśród naszych rodaków daleko od nas żyjących i cieszę się, że choć mała ta garstka, czasopismo zainteresuje z pewnością ogół w Kraju naszym. Cieszę się, że nasza mała Polonia na Dalekim Wschodzie wznosi sztandar mowy ojczystej i ducha naszego. „Szczęść Wam Boże” w pracy tak pięknej. Obowiązkiem naszym w Kraju jest popierać wasze wysiłki, aby dały nam wspólne rezultaty, do których nam jeszcze tak daleko. Jesteśmy wolnym państwem Polskim, z dumą musimy podnieść głowę, że mamy ręce wolne, do pracy nad budową Ojczyzny naszej, aby była światłą, potężną i bogatą gospodarczo, lecz przez te parę lat wolności nie mogliśmy wszystkiego dokonać . To cośmy już zrobili jest już nad siły, bo mamy potężną armię, budujące się gmachy, szkoły, drogi i port w Gdyni, fabryki amunicji i samolotów, oświata o całe niebo wyżej postawiona. Nadchodzi wielki czas, abyśmy sobie przyrzekli, że pora już, aby pomyśleć o podniesieniu dobrobytu i pracy narodowej. Jest nas tak dużo rozrzuconych po wszystkich krajach, że możemy śmiało brać się odważnie do swego rodzimego polskiego przemysłu i handlu, do czego może się przyczynić również „Daleki Wschód”.

U nas w Kraju my Polacy z rozpaczą patrzymy na wzrost fabryk kapitalistów obcych nam duchem, a my nie mamy możności tego uczynić. W samych Pabianicach, które to miasto posiada 50 tysięcy ludzi, od czasu niepodległości wybudowano 86 (?)fabryk przez ludzi obcych nam duchem. Czyż to nie smutne dla naszych młodych pokoleń, że znajdą tylko pracę u obcych? Co do pisma Panów starać się będę, aby je wprowadzić do wszystkich czytelni naszego miasta, a mam nadzieję że pomimo strasznego bezrobocia rozwinie się prenumerata takowego. Życzę jak najlepszego powodzenia. A. M. Niedzielski

Henryk Nakielski w książce „Jako i my odpuszczamy” (1989) zapisał wspomnienia Zygmunta Janke dotyczące m. in. jego ucieczki z niewoli niemieckiej w 1939 roku do Pabianic.

(…) Trzeba więc było wykonać ten ostatni rozkaz. W asyście szwoleżerów pojechałem w kierunku spodziewanych pozycji niemieckich i wkrótce rzeczywiście trafiliśmy na placówkę karabinów maszynowych. Skontaktowany z dowódcą pułku, który ją wystawił, omówiłem warunki kapitulacji. Pułk miał przejechać droga do wsi Medyka i tu na placu w środku wsi złożyć broń.

To była przygnębiająca ceremonia. Pamiętam, w pewnej chwili podszedł do mnie jeden z oficerów tego pułku.

- Panie kapitanie – poprosił – pan jest tu obcy, żołnierze pana nie znają, proszę wydać im ten rozkaz.

Rozkaz, który przed frontem własnych żołnierzy nie mógł przecisnąć mu się przez gardło, liczył tylko trzy słowa: „W kozły broń”.

Rozbrojonych przewieziono samochodami do Żurawicy, a stamtąd – już oddzielnie oficerów i żołnierzy – przewieziono w kierunku Krakowa.

Ani przez moment nie myślałem o tym, aby zachować się biernie na tej drodze prowadzącej do jenieckiego obozu. Teraz już mogłem dysponować swoją osobą – mogłem uciekać. Po raz pierwszy spróbowałem to zrobić w rejonie Jarosławia, gdzie był obóz przejściowy. Powiodło się, ale napotkani po drodze Polacy odradzili mi dalszą podróż.

- Jeśli nie złapią pana Niemcy – ostrzegali wskazując mój mundur – to w pierwszej napotkanej wsi zabiją Ukraińcy.

Postanowiłem więc zawrócić i spróbować jeszcze raz w terenie dogodniejszym. Okazja nadarzyła się wkrótce w Krakowie.

Staliśmy ogrodzeni tylko białą linią. Przekroczenie jej groziło śmiercią – wartownicy strzelali bez ostrzeżenia. Kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów dalej stał tłum przyglądających się nam mieszkańców Krakowa – jednych zatrzymała ciekawość, innych współczucie, jeszcze inni próbowali odszukać bliskich, znajomych… W pewnym momencie podszedłem do strażnika, wsunąłem mu do ręki papierowy świstek – starą przepustkę i nie zatrzymując się wpadłem w oczekujący tłum. Zbaraniały wartownik, zdezorientowany wręczonym papierkiem i moją pewnością siebie, zanim zdołał ochłonąć, rzucić wzrokiem na wręczony papierek i chwycić karabin, miał już przed sobą tylko pustą przestrzeń i posępny mur ludzkich postaci. Zniknąłem za tym murem, wchłonięty przez tłum, ktoś zarzucił mi cywilny płaszcz na ramiona, jakieś dwie panie chwyciły pod ręce … W chwilę potem byłem już w bezpiecznej odległości.

Uciekłem 17 października. Przez kilka dni byłem jeszcze w Krakowie, u rodziny mojego kolegi z Wyższej Szkoły Wojennej, Aleksandra Ratusznego, a następnie pojechałem do Pabianic. Zadekowany w pokoiku na strychu u rodziny mojej żony próbowałem zorientować się w sytuacji. W mieście trwały aresztowania. Członkowie Selbstschutzu (niemiecka „samoobrona”) – przeważnie volksdeutsche – chodzili do polskich domów i zabierali tych, do których Niemcy mieli jakieś pretensje z racji ich działalności przedwojennej albo przynależności do organizacji uważanych za wrogie. Przy okazji miejscowi Niemcy regulowali własne porachunki z sąsiadami.

Starałem się nawiązać kontakt ze znajomymi i kolegami, jeśli jeszcze przebywali w mieście. Udało mi się odszukać kilku, przeważnie się ukrywali. Atmosfera mimo aresztowań była jeszcze niepodobna do tej z późniejszych lat okupacji. Ludzie wciąż nie uświadamiali sobie w pełni grozy sytuacji, słowo tajemnica nie miało jeszcze zbyt głębokiego znaczenia. Kiedyś np. szwagierka spotkała na ulicy siostrę jednego z poszukiwanych przeze mnie kolegów. Rozmawiały dłuższy czas, padło pytanie na jego temat, ale w ferworze babskiej pogawędki umknęło chwilowo uwagi jego siostry. Przypomniała je sobie dopiero po pożegnaniu, kiedy już była po drugiej stronie ulicy. Krzyknęła więc najspokojniej: „Pytałaś o Felka – on jest, tylko na razie nie wychodzi. Ukrywa się u nas.”

Z tych, których udało mi się odszukać, sformowałem kadrę dowódczą dla batalionu piechoty. Znalazło się również trochę broni. Liczyliśmy na rychłą ofensywę na Zachodzie, na bliską klęskę Niemiec.

Czas jednak płynął, a na Zachodzie nie działo się nic. Nie wiedzieliśmy, co robić, nie mieliśmy żadnych informacji. W grudniu 1939 r. zniecierpliwiony bezczynnością zdecydowałem się przedostać do Francji. Pojechałem do Krakowa z nadzieją, że tam trafię na jakiś kanał przerzutowy. (…)

Zygmunt Janke „Walter” (1907-1990) - komendant Okręgu Śląskiego AK, generał, historyk.

Adam Bajcar w publikacji „Polska: przewodnik turystyczny” (1971) poświęca Pabianicom lakoniczną wzmiankę.

Pabianice – 62 tys. mieszkańców, zespolone z Łodzią, miasto z wielkimi zakładami bawełnianymi oraz rozwiniętym po wojnie przemysłem elektrotechnicznym i farmaceutycznym. W śródmieściu renesansowy kościół parafialny, dwór renesansowy (XVI w.) obecnie muzeum regionalne. Domy wycieczkowe Obsługi Ruchu Turystycznego PTTK.


Bardzo krótkie hasło pojawiło się także w „Dictionary of Geographical Knowledge”, t. 5, Londyn 1859 r. Inaczej mówiąc, Pabianice to wieś nad Dobrzynką.

PABIANICE, a village of Poland, in the gov. Kalish, 10 m. NE of Lask, on the Dobryczynka. Population 500.

Ciągle jest głośno o polityku angielskim rodem z Pabianic. Russell Phillips w publikacji “A Ray of Light: Reinhard Heydrich, Lidice, and the North Staffordshire Miners” (2016) pisze, iż powstała organizacja Przyjaciele Barnetta Strossa, która realizuje idee pokojowej współpracy międzynarodowej ze szczególnym uwzględnieniem historii, zniszczonej przez nazistów, miejscowości Lidice w Czechach.

Sir Barnett Stross (1899-1967) was leader of the Lidice Shall Live Campaign, a genuine human rights campaigner at all levels, and a Save the Children co-founder. He was born on Christmas Day 1899 in Pabianice in the Voivodship of Lodz, Poland.

The non-profit-making organization The Friends of Barnett Stross works to raise awareness of Stross work, of the Lidice atrocity of 1942, and of the role ordinary people around the world played in rebuilding the symbolic Czech village. The foundation encourages the development and exploration of cultural, economic, social, and educational links between the UK, Czech Republic, and the wider international community.

At the time of writing, the organization is cooperating with the Lidice Memorial on two projects highlighting the creative input which delivered the “new Lidice”: a dilapidated house restored into a permanent exhibition space containing period features, which tells the story of the concept, design, and rebuilding of the new village; and secondly, a publication celebrating the Garden of Peace and Friendship. Both projects contain an emphasis on Sir Barnett Stross and send a message of love overcoming hate. Both will be launched at the 75th anniversary commemorative event in 2017.

Strajk to słowo, które powtarza się często w historii miasta. Jeszcze do dzisiaj na frontonie dawnego Pamotexu przy ulicy Zamkowej widnieje tablica z 1962 roku upamiętniająca 30-lecie strajku okupacyjnego oraz tradycje walk robotniczych o wyzwolenie społeczne. Strajk był na trwale wpisany w relacje pracownicy-pracodawcy, czyli robotnicy-fabrykanci. Pierwsze strajki wybuchały już w XIX wieku. Maksymilian Meloch w artykule „Ruch strajkowy w Królestwie Polskim”, który zamieścił „Przegląd Socjologiczny” w 1937 roku, pisał: Z nowymi zatargami spotykamy się dopiero w następnym roku 1886. Jednym z pierwszych był strajk w fabryce Krusche i Endera w Pabianicach, zatrudniającej 284 robotników. Właściciele zawiadomili robotników, że muszą obniżyć zarobki wobec spadku cen na wyroby fabryki. Uczynili to zgodnie z ustawą na 2 tygodnie z góry, ale gdy nadszedł termin zmiany warunków robotnicy w dniu 8 maja udali się przed magistrat, oświadczając, że za 2 ruble 80 kopiejek tygodniowo nie mogą pracować. Natychmiastowa interwencja naczelnika powiatu i drobne ustępstwa fabrykantów sprawiły, że robotnicy przystąpili nazajutrz do pracy.

Henryk Grynberg w „The Jewish War” (2001) opisuje starania swojej matki o zapewnienie bytu rodzinie tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Kobieta przyjeżdżała do Pabianic po produkty żywnościowe i tekstylia, które sprzedawała na Zielonym Rynku w Łodzi.

My mother helped out by going to the wholesale dealers and manufacturers in Zgierz and Pabianice and ordering goods. These manufacturers produced linen and wool in small factories that operated a few looms, at most a dozen or so, but they worked day and night, producing much more than they were allowed to. These factories were run by the Jews who had had formerly owned them or, as was often the case, had inherited them from relatives who had been killed. By the amount of merchandise for sale at the Green market, the authorities could easily have seen that the factories were producing more than they were registering, but they might not have dared to bother Jews yet. The authorities also had more important things to do at the moment. Besides, they had been bribed.

(…) My mother went to Pabianice i Ozorków and brought back three barrels. Nusen got hold of an army truck, and Fryd made a deal with the janitor for the use of an additional cellar.

Henryk Grynberg (1936-) – prozaik, poeta, dramaturg, eseista.

Waldemar Piasecki w książce „Jan Karski: jedno życie” t. I (2015) przywołuje reakcję Karskiego na wiersz pabianickiego poety: Na łamach szczerze znienawidzonego przez moją formację „Wszechpolaka” publikował Stanisław Statkiewicz, przedstawiany jako robotnik z Pabianic. Miał on reprezentować lud roboczy w poparciu dla walki studentów o Polskę prawdziwych Polaków przeciwko „sanacyjnym zdrajcom i ich janczarom”, czyli i mnie jako jednemu z tych „janczarów”. Byłem już po studiach, kiedy jego wiersz, utrzymany w konwencji ody, o wymownym tytule „Akademikowi”, gloryfikował wszechpolską walkę o panowanie na uczelniach …

Nie zajęło wiele czasu, by wycinek tej poezji trafił na stół przyniesiony z profesorskiego gabinetu. Karski czytał ze sztucznym patosem, podkreślając swój dystans i obrzydzenie:

Długo, długo znicz płonął, tak płonął jak świeca

Na poddaszu w Krakowie, w Warszawie czy w Wilnie

Stolik trzeszczał kulawy, ziąb ciągnął od pieca.

Tyś się uczył lat tyle, tyle lat, tak pilnie.

W piersi jeno znicz płonął i oczy gorzały

Ból ci czaszkę rozsadzał, hej, myśli szalały…

Krzywda, zbrodnia w ojczyźnie, tyś łbem tłukł o ściany

Jęczał głucho, jak wicher w skalistym wąwozie …

Tyś go budził, znicz płoną .. Rozpaczy i grozie nie uległeś

Tyś Polski całej krzywdzicieli siłą wepchnął do ghetta, od siebie oddzielił.

Ustaliłeś granice krwią zlane obficie.

Padł Wacławski w Wilnie, padł Wieśniak w Przytyku

Znicz w twej duszy poczęty, potężny jak życie

Zmienił Polski oblicze, Hej Akademiku,

Wielkiej Polski Rzeźbiarzu z uniwersytetów Wilna, Lwowa i Krakowa,

Hej cześć ci za ghetto!

On już wtedy bił pokłony za getto urządzane Żydom. Na razie ławkowe i uczelniane – konstatował gorzko Jan Karski.

W 1938 roku ukazało się pierwsze polskie „Who’s Who”. Publikacja miała 880 stron i nosiła tytuł „Czy wiesz kto to jest?”. Dzieło miało obejmować „całokształt działalności ludzkiej” w kraju. Zaprezentowano zatem biogramy żyjących i znanych w II RP osób, wśród nich nie mogło zabraknąć pabianiczan. Autorzy wydawnictwa wyjaśniali: Dla dziennikarza więc „Czy wiesz kto to jest?” będzie miało szczególną wartość. Skorzysta z niego w równej mierze i literat i referent personalny każdej instytucji, historyk sztuki współczesnej i urzędnik administracji państwowej, kupiec i przemysłowiec, sięgnie do niego po informacje adwokat i publicysta. Trudno jest wyliczyć wprost te liczne dziedziny życia, w których wydawnictwo nasze odda z pewnością poważne usługi informacyjne. Nie wątpimy, że znajdzie się ono również w redakcjach prasy zagranicznej, tak fałszywie i błędnie niejednokrotnie informowanej o naszych znanych osobistościach. Zaznaczamy przy tym, iż jedynym celem naszego wydawnictwa jest krótka, lecz możliwie wyczerpująca informacja biograficzna, bez wdawania się w ocenę dzieł czy zasług. Taka informacja jest w dzisiejszym życiu potrzebna prawie w każdym zawodzie.

A oto biogramy pabianiczan, które znalazły się w prestiżowym „Czy wiesz kto to jest?”.

Borowski Antoni. Ks., ur. 28.3.1884 w Pabianicach. S. Franciszka. Ukończył seminarium we Włocławku, uniwersytet w Louvain ( dr teologii 1922). Wykłady zlecone na Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego z teologii moralnej i etyki 1.1.1927- 30.6.1927, habilitacja tamże z teologii szczegółowej i pasterskiej w 1927, zast. prof. tego przedmiotu 1927-1930, prof. nadzw. od 30.1.1930, dziekan 1934-35. Prałat J. Świątobliwości. Opublikował: „Pontyfikat Piusa X a sakramenta święte (1916), „Sakramentologia w świetle nowego prawa kościelnego” ( 1920), „O sumieniu” (1928), „Rozgrzeszanie w trybunale pokuty pod warunkiem n’es depositus” (1928), ponadto artykuły w pismach. Warszawa, Nowogrodzka 47.

Eichler Witold. Dr med. Entomolog i podróżnik. Ur. 23.3.1873 w Międzyrzeczu Podlaskim. Lekarz naczelny kasy chorych w Pabianicach. W l. 1915-1918 lek. wojsk. na Kaukazie, w Azji Mn. i Persji. W l. 1926-1935 zwiedził Algier, Maroko, Tunis, Palestynę. Posiada kolekcję chrząszczy, niektóre chrząszcze opisane przez innych przyrodników noszą nazwy związane z jego nazwiskiem. Opublikował m.in.: Wykaz chrząszczy zebranych w Sandżaku Trapezunckim i Gummisch-chane w l. 1916-1917 (Polskie Pismo Entomologiczne 1922-1928), „Kartki z podroży po Maroko (Gazeta Pabianicka 1929); „Chrząszcze z okolic Tyflisu”(1930). Odzn.: K.N.(Krzyż Niepodległości), K.Z. zł ( Złoty Krzyż Zasługi). Pabianice.

Fryczkowski Izydor. Dr med. Ur. 31.3.1902 w Pabianicach. S. Wojciecha i Balbiny z Fokczyńskich. Oż. 19.10.1936 z Marią Kier. Ukończył gimnazjum w Pabianicach w 1922 i wydz. lek. Uniw. Jagiellońskiego w 1930. Sł. w WP 1930-1931; ppor. rezerwy. Asystent i kierownik oddziału chir. szpitala Spółki Brack. w Mysłowicach. Członek Towarzystwa Lekarskiego Polaków na Śląsku, członek Izby lekarskiej Śl. Ogłasza artykuły fachowe. Mysłowice, Bytomska 39.

Kolbe Maksymilian. Ks. Franciszkanin. Dr św. teologii i filozofii. Ur. 1894 w Pabianicach (?), woj. łódzkie. Ukończył gimnazjum i uniwersytet w Rzymie. Założyciel Niepokalanowa. Inspektor wydawnictw franciszkańskich w Polsce. Założyciel placówki misyjnej w Nagasaki i redaktor japońskiego miesięcznika katolickiego Mugenzai no Sono, Nagasaki, Hougochi, Nippon.

Laczysław Aleksander. Dziennikarz. Ur. 2.2.1885 w Pabianicach. S. Samuela i Władysławy z Mikulskich. Oż. w maju 1914 z Marią Czuprykowską. Ukończył Szkolę Handlową w Pabianicach, studiował na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego i uniwersytetu w Zurichu. W latach szkolnych organizował kółka samokształceniowe i biblioteczne oraz przechowywał bibułę krajową i zagraniczną. W Pabianicach organizował bojówkę robotniczą. W 1905 zbiegł do Galicji, a stamtąd wyjechał do Zurichu. W 1908 powrócił do kraju, aresztowany i więziony w Łodzi. Po zwolnieniu wyjechał do Zurichu, następnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował w dziennikarstwie polskim oraz w przedsiębiorstwach przemysłowych i bankach. Następnie od 1911 w firmie International Harvester Co. Oddział w Moskwie, a od 1915 w Zakładach Sormowskich, gdzie zorganizował „Dom Polski”, którego był prezesem. W 1924 powrócił do kraju i pracował w „Polsce Zbrojnej”, dyr. adm. W międzyczasie, przez 2 lata org. i dyr. handlowy Spółdzielni Zdobycz Robotnicza. Warszawa, Chełmżyńska 27.

Lorentowicz Jan. Literat. Krytyk. Teatrolog. Ur. 1868 w Pabianicach. S. Ludwika i Konstancji z Majewskich. Uczęszczał do szkół średnich w Piotrkowie, Częstochowie i Płocku, studia wyższe w Paryżu , gdzie przebywał 1890-1903. Członek Gminy Narodowosocjalistycznej tamże, z ramienia której redagował czasopismo „Pobudka” (1891-1893). W 1892 na zjeździe paryskim wybrany na członka pierwszej centralizacji PPS. Pisywał szereg lat w czasopismach francuskich (Mercure de France, la Revue d’art. Dramatique, Critique independante, i in.) o polskiej literaturze i teatrze. Od 1903 sekretarz redakcji Kuriera Codziennego, następnie redaktor lit. Nowej Gazety (1906-1908). Redagował bibliotekę lit.-art. Muzy (1912-1916); współpracownik Biblioteki warszawskiej, Przeglądu Tygodniowego, Głosu, Ateneum, Sfinksa, Krytyki, Tygodnika Ilustrowanego, Świata, Wielkiej Encyklopedii Powszechnej Ilustrowanej, Krokwi, Myśli Polskiej, Expressu Porannego, Nowej Książki, Kuriera Porannego, Echa Społecznego i in. Współzałożyciel Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy (1909), wiceprezes , następnie prezes tegoż (1916-1918), członek honorowy od 1934. Dyrektor Warszawskiej Szkoły Dramat. (1916 do 1922) . Współzałożyciel Polskiego Klubu Lit. (Pen Clubu) i prezes tegoż (1924-1926). Dyr. Teatru Narodowego. Ogłosił m.in. : „ Szkoła Batignolska w Paryżu” (pod pseud. M. Chropieńskiego, 1896); „Młoda Polska” 3 tomy (1908,1909,1916), „Nowa Francja literacka”( 1911), „Polska pieśń niepodległa” (zarys lit. 1916), „Organizacja warszawskich teatrów miejskich” (1917), „Ladislas Reymont (1925), „Juliusz Słowacki śród Francuzów”(1927), „20 lat teatru” 5 t. (1929-1935), „Współczesna literatura polska od 1863 do ostatnich czasów” (1933), „Zarys dziejów teatru w Polsce” (1933),”La Pologne en France, essai d’une bibliographie, 2 t. (1935), „Spojrzenie wstecz” (szkice biograficzne, 1935), „Mieczysława Ćwiklińska” (monografia 1936), wydanie kryt. Jana Kochanowskiego Dzieła polskie, 3 t. (1914-1915), „Śpiewnik polski. Zbiór pieśni narodowych” (1917), A. Fredro; Śluby panieńskie (tekst uzupełniony podług manuskryptu z r. 1833 (1928), wybór poezyj K. Tetmajera (1936), Antologie: „ Ziemia polska w pieśni (1914), „Polska pieśń miłosna” (wyd. I 1913, II( 19210. Przełożył na język polski kilkanaście dzieł naukowych i literackich. Odzn. O.P. (Order Odrodzenia Polski). Warszawa, Żórawia 24 a.

Pszenicki Leon. Inż. komunikacji. Ur. 23.3.1889 w Pabianicach. S. Jana i Antoniny z Biskupskich. Oż. 27.8.1927 z Jadwigą Fiszer. Ukończył polską szkołę handlową w Pabianicach (1907), maturę rosyjską uzyskał w szkole handlowej w Libawie (1908), następnie ukończył Instytut Inżynierów Komunikacji w Petersburgu (ob. Leningrad), 1914-1922 pracował przy budowie linii kolejowej ołonieckiej i murmańskiej w Rosji, 1922-1925 w dyr. kolei państwowej, od 1929 w Ministerstwie Komunikacji, od 1935 kierownik działu mostów w biurze projektów i studiów PKP w Warszawie. St. Asystent Politechniki warszawskiej. Wykonał szereg projektów mostów, dróg i kolei. Warszawa, Grójecka 24, tel. 6-27-64.

Wajsówna Jadwiga. Sport. Ur. w 1912. Uprawia sport od 1930 w Pabianicach, jako czł. „Sokoła”. Mistrz. Polski w rzucie dyskiem i kulą od 1931; w meczach międzynarodowych zajęła 8 pierwszych miejsc. Na Olimpiadzie w 1932 III m., w 1936 II m. w rzucie dyskiem. W 1934 w Londynie mistrz. świata w tej konkurencji. Ustanowiła w rzucie dyskiem szereg rek. świata (od 40 m 0,9 cm do 44 m 19 cm). Posiada rekord Polski w rzucie kulą (12m 09 cm). W 1934 otrzymała wielką honorową nagrodę sportową.

Wojsa Stanisław Bolesław. Ks. Licencjat św. teologii. Ur. 3.2.1894 w Pabianicach. S. Michała i Elżbiety z Gryżyńskich. Ukończył szkołę średnią w Pabianicach, seminarium duchowne we Włocławku 1918, święc. kapł. w 1918; wydz. Teol. Kat. Uniw. Lubelskiego uk. w 1922. Uczestnik strajku szkolnego; za czasów uniwersyteckich czł. Zarządu Bractwa Pomocy, zał. Kat. Stow. Stud. „Odrodzenie”, prezes komitetu wykonawczego wiecu ogólnopolskiego w sprawie zaciągu ochotniczego do wojska pol. W 1920, czł. Rady Wojew. Obrony Państwa w Lublinie i kapelan sztabu 2 armii do demobilizacji. Po 1922 prof. gimn. państw. we Włocławku. Od 1930 dyr. inst. Akcji Kat. diec. włocławskiej. Czł. zarządu Zarzewia, wiceprzewodniczący rady miejskiej 1927 -1931, patron Chrześć. Rob. Zw. Zaw., organizator Akcji Kat. w całej diecezji . Przez 7 lat prezes komitetu wykonawczego rady szkolnej powiatu we Włocławku. Redaktor „Słowa Kujawskiego”, następnie red. nacz. Miesięcznika „Wskazania.” Ogłosił liczne artykuły w „Ateneum Kapłańskim”, „Kronice Diecezji Włocławskiej” oraz kilka broszur. Włocławek, pl. Kopernika 2. Tel. 14-97.

Pabianice pojawiają się jeszcze w biogramie Mieczysława Pęczkowskiego – oficera, który pomagał formować pabianicki oddział Polskiej Organizacji Wojskowej w okresie pierwszej wojny światowej oraz w biogramie Mieczysława Lubelskiego – rzeźbiarza, twórcy pomnika Legionisty w Pabianicach.

Pęczkowski Mieczysław. Mjr dypl. Ur 13.2.1895 w Serocku, pow. pułtuski. Uczęszczał do gimnazjum i Szkoły Handlowej w Łodzi Pabianicach, ukończył Wyższą Szkołę Wojskową (1925). Od września 1914 członek Polskiej Organizacji Wojskowej, od r. 1918 ofic. POW, następnie w Wojsku Polskim. Ranny na froncie cieszyńskim. 12.1919 – 6.1923 dca komp. w Szk. Podchor. , następnie m.in. w O. III Szt. Gen., D.O.K. dca baonu piech., szef wydz. W.I.N.O., szef szt. Dyw. Piech. Od 1928 red. „Przeglądu Piechoty”. Ogłosił m.in. „Podręcznik taktyczny dowódcy drużyny strzeleckiej”, „Zbiór ćwiczeń bojowych dla szeregowca, sekcji i drużyny”, „Walka małych jednostek piechoty; sekcja i pluton” (tłum. z rosyjskiego), „Podręcznik taktyczny dowódcy drużyny strzeleckiej”(wsp. z majorem St. Karą), art. w czasopismach wojskowych. Odznaczenia: K.N., O.P. 5, K.W. 4, K. Z. zł., M. za W., O.N., Gw. Rum.4.

Lubelski Mieczysław Jan Ireneusz. Artysta rzeźbiarz. Ur. 30.12.1886 w Warszawie. S. Henryka i Franciszki z Solcbergów. Oż. 15.10.1915 z Hildegardą Franck. Uczęszczał do gimn. w Pułtusku do strajku szkolnego w 1905, ukończył Szkołę Sztuk Pięknych w Warszawie, następnie Hochschule fur Bildende Kunste w Berlinie, gdzie pracował pod kierunkiem prof. G. Janenscha, Breuera, Hertera i Hugo Lederera. W 1920 ochotnik w wojnie. Członek Związku Artystów Rzeźbiarzy. Wykonał m.in. rzeźby w gmachu uniwersytetu ludowego w Dalkach pod Gnieznem, w kościele w Puszczykowie, w gmachu Targów Poznańskich, w kaplicy w Górczynie, na gmachu kolei elektrycznej w Poznaniu, w prezbiterium kościoła Marii Panny w Warszawie, w Ministerstwie Spraw Wojskowych, w Teatrze Narodowym w Warszawie, nad portalem Instytutu Higieny tamże, w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, pomniki: K. Marcinkowskiego w Poznaniu, mjr Prusinowskiego tamże, T. Kościuszki w Łodzi, Niepodległości w Pabianicach, Saperów w Warszawie, Władysława Jagiełły w Tuszynie, Dr . L. Zamenhofa w Warszawie, medal „Poległym cześć”” (1925). Warszawa, Jakubowska 16, tel. 10-24-10.

Tory kolejowe łączące Pabianice z Łodzią próbował podczas wojny zniszczyć Mieczysław Moczar, o czym pisze w „Barwach walki”. Książka miała 13 wydań i była tłumaczona na języki: rosyjski, czeski, bułgarski, serbski, rumuński, litewski i niemiecki.

(…) Nie dysponowaliśmy żadnym materiałem wybuchowym i nie udało się nam go zdobyć. Postanowiliśmy w końcu zastosować żelazną „łyżkę” z klinem, która naszym zdaniem musiała spowodować katastrofę. „Łyżkę” tę wykuł znajomy kowal za gettem. Ponad półmetrowej długości o wadze szesnastu kilogramów, wyglądała wręcz imponująco i napawała wiarą w powodzenie akcji.

Było nas siedmiu: Loga-Sowiński, Ciesielski, Swajda, Jagielski, Znojek, Stępień i ja. Całe nasze uzbrojenie stanowiły trzy pistolety. Wyruszyliśmy wieczorem i pełni ufności zaklinowaliśmy pod Pabianicami tor kolejowy. Teraz należało czekać na wynik. Oddaliliśmy się jakieś dwieście metrów od szyn, zamieniliśmy się w słuch. Wkrótce posłyszeliśmy charakterystyczne dudnienie i w ciemności ukazały się reflektory nie jednego, lecz dwóch pociągów. Jeden rzut oka wystarczał, aby zorientować się, że pociągi będą musiały się minąć nie gdzie indziej tylko właśnie przy zaklinowanym miejscu. Wstrzymaliśmy oddechy w oczekiwaniu niechybnej katastrofy. Widzieliśmy już niemal, jak pociąg z Pabianic do Łodzi wpada na „łyżkę” wylatuje z szyn, pada na drugi tor i wykoleja pociąg biegnący obok. Koła lokomotywy już na niebezpiecznym punkcie i – mijają go, niestety, bez efektu. Może tylko lokomotywa zasapała się ciężej wskutek oporu, może pociąg zwolnił nieco, ale mimo to pojechał dalej. Natychmiastowe oględziny szyn pozwoliły nam stwierdzić, iż nasza wymyślna pułapka okazała się zbyt słaba.

Później, ilekroć dokonywaliśmy „kolejówek”, będących prawdziwym postrachem hitlerowców, przypominała mi się zawsze niefortunna „łyżka”. Prawdę mówiąc o pierwszej porażce zadecydował brak doświadczenia, a może przy tym zbytni entuzjazm. Faktem jest, że odtąd staraliśmy się postępować znacznie rozważniej.

Mieczysław Moczar (1913-1986) – agent wywiadu GRU, działacz PPR i PZPR, dowódca obwodu i okręgu GL, szef UBP w Łodzi, generał dywizji KBW, minister spraw wewnętrznych, prezes NIK, poseł na Sejm PRL.

O wiele więcej szczęścia miał w 1926 roku kapitan Lemkowicz, który bez problemu zablokował linię kolejową Pabianice - Łódź. Podczas zamachu majowego gen. Małachowski przejął dowodzenie garnizonem łódzkim i postanowił nie dopuścić do przyjazdu do Warszawy oddziałów poznańskich wiernych rządowi. Szczegóły akcji znajdujemy w artykule Tadeusza Bogaleckiego „Przewrót majowy w Łodzi” – „Kronika Miasta Łodzi” nr 1/2000.

(…) Głównym zadaniem przywódcy rewolty w Łodzi było zablokowanie linii kolejowych łączących zachodnie okręgi korpusów ze stolicą. Już 13 maja po południu wysłał on batalion 28 psk pod dowództwem kpt. Lemkowicza do Pabianic z zadaniem zatrzymania i rozbrajania transportów wojskowych jadących z Poznania do Warszawy. Pododdział ten wysadził w powietrze zwrotnice, blokując tym samym linię kolejową Pabianice – Łódź Kaliska.


Antoni Bazewicz i Antoni Bobiński są autorami dwutomowego „Przewodnika po Królestwie Polskim” (1902). Pabianice zostały ukazane jako miasto w guberni piotrkowskiej, powiecie łaskim, które ma w miejscu parafię, sąd pokoju, pocztę i telegraf. Najbliższa stacja kolejowa Łódź-Fabryczna jest odległa o 15 wiorst, do miasta powiatowego jest 14 wiorst. Ponadto w odnośniku podano dodatkowo, że miasto ma kościół, szkołę, sąd gminny, urząd gminy (dla gminy - Górka Pabianicka), urząd miejski, 2 fabryki kafli, 50 tkalni, skład maszyn do szycia, fabrykę deseczek do nawijania towarów, browar, garbarnię, 2 gisernie, tartak, gorzelnię, 4 cegielnie, kotlarnię, papiernię, fabryki wyrobów jedwabniczych, półjedwabnych, bawełnianych i żelaznych.

W pierwszym powojennym numerze tygodnika Życie Pabianic z 1957 roku opublikowany został wiersz Tadeusza Bonieckiego „Pabianicom”. Autor daje wyraz swojej fascynacji hukiem maszyn, dźwiękiem syren, dymiącymi kominami, ale dostrzega jednocześnie bogatą historię miasta oraz … zieleń parków i ulic.

Pabianicom

Miasteczko moje fabryczne, ruchliwa żywa mieścino,

Oczy mam pełne dymów, które ku niebu płyną.

W uszach wciąż dzwonią syreny i stukot maszyn szaleńczy

(sześć wieków jak laur, historię twoją wieńczy).

Nie wiesz co odpoczynek, co chwila wytchnienia spokojna,

Rytm pracy cię raduje i każda chwila znojna.

Dobrzynka czoło zmęczone ci chłodzi, jak matka wierna i dobra,

W zieleń parków i ulic zamknęło swój krajobraz.

Kominy i wieże kościołów, jak dłonie podnosisz ku niebu,

Wołając o trud codzienny i błogosławieństwo chleba.

Miasteczko moje fabryczne, kochana robocza mieścino

Ślę pozdrowienia twoim przędzalniom, tkalniom i młynom.

Jednak wielu mieszkańców nie ulegało urokom wytężonej pracy w mocno uprzemysłowionym mieście. Coraz większą rolę zaczynały odgrywać rozrywka i gastronomia.

W Gazecie Pabianickiej z 8 sierpnia 1926 roku ukazał się felieton mówiący o problemach czasu wolnego: Zaprawdę, smutnym i biednym miastem są Pabianice. Życie towarzyskie zamarło, kina dają odsmażane programy, deszcz pada, słowem cisza i martwota. Chcesz się z kimś spotkać, pogadać w miłej, artystycznej atmosferze, masz kłopot, bo nie wiesz, dokąd się udać. W alejkach tysiące młodzieży, często nawet źle wychowanej, nie zachęca do tego, byś się z nią zmieszał i rozmawiał o czymś dobrym wśród różnojęzycznej gromady spacerowiczów. Pójdziesz do cukierni, cisza, martwota, nuda, pustka. Co ma cię tam przyciągnąć? Pójdziesz do restauracji, krzyki pijanych gości, brud, zaduch – oto twe otoczenie. Dokąd pójść?

W Pabianicach ludzie nie mają rozrywek, toteż chodzą smutni, przygnębieni, albo też przeciwnie, tak rozochoceni, że lepiej ich unikać, szczególniej, gdy wychodzą z restauracji, gdzie zalewali robaka goryczy.

„Zalewanie robaka goryczy” nasiliło się po drugiej wojnie światowej. W 16. numerze Życia Pabianic z 1958 roku czytamy: Przeciętnie miesięcznie Pabianice wypijają 33.973 litry wódki i spirytusu za sumę 3.507.188 złotych. Spożycie więc alkoholu na jednego mieszkańca, nie wyłączając niemowląt, wypada przeciętnie 0,63 litra, co jest wprost zastraszające. Nic też dziwnego, że na tym tle układane są piosenki takiej treści: „Pabianicom cześć i sława, piją więcej niż Warszawa”.


W 1597 roku została opublikowana „Kronika polska” Marcina Bielskiego. Autor wyjaśnia w jaki sposób Pabianice stały się własnością kapituły krakowskiej.

(..)Władysław Herman niźli się był ożenił, miał z miłośnicą syna Zbigniewa – a z Judytą żoną drugiego, Bolesława, ale nie rychło, bo długo niepłodna była, aż z porady Lamperta, biskupa krakowskiego, posłał posły do Narbony, gdzie ś. Egidzi (Idzi) leży w klasztorze, ofiarowali tam naszy skarby niemałe srebra i złota, prosząc mnichów o pospolitą modlitwę do pana boga, aby dał męski płód książęciu polskiemu.

Pościli tedy mniszy trzy dni, tam trzeciego dnia mieli objawienie, iż Judyta poczęła syna. Przyjechali naszy do domu, naleźli tak bydź, jako objawiono. Porodziła tedy syna, dano mu imię stryjowskie, Bolesław. Ale sama po czwartym miesiącu umarła z płaczem wszego ludu. Jakoż to była niewiasta nabożna, bogobojna, jałmużny dawała, szpitale nawiedzała, ludzie ubogie zakładała, co miała, wszystko przebóg rozdała; u męża uprosiła, iż kościół ś. Egidziemu dał postawić w Krakowie pod zamkiem i nadał, tenże król grabstwo w sieradzkiej ziemie dał kapitule krakowskiej, które dziś zowią Pabianice, Łagów na biskupstwo kujawskie, Książnice wieś na tyniecki klasztor obrócił.(…)

Marcin Bielski (1495-1575) – żołnierz, historyk, poeta satyryczny, pisarz.

Julian Baczyński w pracy „Krzyżackie rządy: opowiadanie historyczne” (1911) wspomina o porozumieniu polsko-czeskim z XV wieku, które zawarto w Pabianicach.

(…) Czesi uważając Krzyżaków jako wyciągnięte w Słowiańszczyznę zaborcze Niemiec ramię walczyli przeciwko nim, wybijając się spod władzy cesarza Zygmunta Luksemburskiego, broniąc też Władysława Jagiełły, którego kochali i na swój tron wybrać chcieli. Żaden król nie pojmował lepiej od W. Jagiełły jak groźnymi dla Słowiańszczyzny są cesarze niemieccy, a także jak Czesi, w związku z Polakami powstrzymywaliby skutecznie wdzieranie się Niemców w ziemie słowiańskie, ale będąc gorliwym katolikiem nie mógł zasiąść na tronie czeskim, na który wzywali go czescy Husyci. Po śmierci Witolda (1430) zamianował Władysław Jagiełło wielkim księciem Litwy brata Świdrygiełłę, który jednak był burzliwym hulaką i z Zakonem Krzyżackim zawiązał i utrzymywał wrogie dla Polski stosunki. Zaraz też zajął zakon przez zdradę i spalił Nieszawę, niszcząc ogniem i mieczem Dobrzyń i Kujawy. Widząc Polskę zagrożoną także od Wołochów ofiarowali Czesi w Pabianicach (1432) Jagielle pomoc przeciw Krzyżakom.

O przymierzu pabianickim mówi także Anatol Lewicki w artykule „Powstanie Świdrygiełły” zamieszczonym w Rozprawach Akademii Umiejętności t.4, 1892 r.

Jeżeli chodziło o wojnę „nacją niemiecką”, to pierwszym sprzymierzeńcem, który się nastręczył, byli Husyci czescy, od dawna z tą nacją wojnę wiodący. Wśród dwóch przeciwnych sobie prądów ze względu na Husytów, w Polsce zyskiwał dotąd zawsze przewagę prąd im nieprzychylny, do którego i sam król należał. Teraz wszakże i król i nawet biskupi zrzucili wszelkie skrupuły , dzielące prawowiernych od sekciarzy. Nie potrzeba było zresztą w tej chwili gwałtu zadawać sumieniu. Po bitwie pod Tauss, niedawno stoczonej, to przekonanie było już powszechne, że z Husytami pogodzić się trzeba, a sobór tych, których przedtem nie inaczej tylko za wyrzutków społeczeństwa miano, nazywał teraz braćmi i w najprzyjaźniejszy sposób do siebie zapraszał. Nie pozostał w tyle za soborem papież Eugeniusz i podczas gdy sobór sam w swoje ręce sprawę husycką ująć usiłował, on ponowił dawne polecenia dane królowi polskiemu do przeprowadzenia zgody z Husytami, a niebawem także arcybiskupowi gnieźnieńskiemu dał rozkaz, iżby w jego imieniu z nimi się układał. Gorszył się z tego powodu sobór, wyrzucając papieżowi, że poleca jednej osobie to, czego powszechnemu kościołowi nie dozwalał. Lecz to sprawy nie zmieniło, król polski mógł tedy pod osłoną samej stolicy apostolskiej zbliżyć się do Husytów i połączyć się z nimi przeciw „nacji niemieckiej”. Niezwłocznie po rozbiciu się zjazdu brzesko-parczewskiego rozpoczęły się rokowania. Bliższych szczegółów tych rokowań nie znamy; tylko wieści, jakie się w nieprzyjaznym obozie o nich rozchodziły, a w listach się dochowały, dają nam miarę ich postępu. Już 16 marca 1432 pisał mistrz inflancki do wielkiego mistrza, że będą mieli do czynienia nie tylko z Polakami, ale i z kacerzami, którzy się z nimi jednoczą. Dnia 17 kwietnia donosił znowu wielki mistrz inflanckiemu, że Polacy całkiem otwarcie mówią, że się z kacerzami połączyli i na Zakon niespodzianie chcą napaść. Dnia 10 maja pisał do wielkiego mistrza komtur tucholski, że król polski „przyjął” do siebie tych Husytów, co leżeli pod Frankfurtem i tak się z nimi ułożył, że da im jeszcze swoich 4000 do pomocy, po czym razem napadną i zniszczą Pomorze. Tego samego dnia pisał podobnie mistrz inflancki do Gildy w Rydze, że wielki mistrz od różnych przyjaciół i protektorów otrzymał osobne listy i ostrzeżenia, że Polacy i kacerze zupełnie już się ułożyli względem wspólnego napadu na Zakon, „skoro tylko przyjdzie do trawy” i że ci ostatni stosownie do tego w pochodzie swoim już się zbliżają do granic polskich i pruskich. Rzeczywiście zwrócili się Husyci w tym czasie ku północy, do Brandenburgii i ku Pomorzu, jak o tym wiemy skądinąd. Dnia 29 czerwca, według listów krzyżackich, przeszły wojska husyckie Odrę i „co dzień układały się z Polakami”; mówiono powszechnie, że Husyci mają się zjednoczyć z królem polskim w Oleśnicy.

W lipcu byli posłowie husyccy rzeczywiście w Polsce – znakomitsi z Taborytów i Sierotek - zapewne, aby dokończyć rokowań i umówić się szczegółowo co do współdziałania przeciw Krzyżakom. W Pabianicach w Wielkopolsce, gdzie zastali króla wraz z senatorami przyjęto ich z otwartymi ramionami, zaszczytnie i wspaniale i – co im najbardziej musiało być miłym – nie wahano się odprawić w ich przytomności nabożeństwa i dopuścić ich do sakramentu. Co za różnica od przyjęcia, jakie ich w zeszłym roku spotkało. Atak zarządzili teraz sami biskupi polscy, z arcybiskupem Albertem na czele i podpisami swymi to zarządzenie stwierdzili. Jeden tylko Zbigniew Oleśnicki, a za nim kapituła, uniwersytet i diecezja krakowska, jak przedtem tak i teraz wyprawiali awanturę.

Anatol Lewicki (1841-1899) – historyk, mediewista, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego.


Jan Broda w artykule „Władka – adresatka listów Morcinka”, który ukazał się w 35. numerze Stolicy z 1982 roku, pisze m. in. o kontaktach znanego niegdyś pisarza Gustawa Morcinka z Pabianicami.

Władysława Ostrowska mieszkająca przed wojną w Pabianicach, to muza Gustawa Morcinka; była pierwszą słuchaczką i pierwszym krytykiem większości jego książek. Uwieczniona została w twórczości pisarza jako żona w „Inżynierze Szerudzie” oraz jako adresatka „Listów spod morwy”. Kim była Władka Ostrowska? Władka Hartwiżanka, jedna z córek dyrektora banku w Łowiczu, ukończyła gimnazjum w 1938 r., a potem dwuletnie Studium Nauczycielskie w Warszawie. Następnie była nauczycielką kolejno w szkole powszechnej w Łowiczu, Skierniewicach, Puszczy Mariańskiej i w Ursusie pod Warszawą. W r. 1938 wyszła za mąż za Kazimierza Ostrowskiego, sędziego, potem naczelnika sądu w Pabianicach i tam osiadła na stałe. Kiedy wybuchła II wojna światowa, mąż został zmobilizowany i powołany do walk frontowych, a ona wyjechała do Warszawy.

Gustawa Morcinka poznała latem 1934 roku, kiedy w towarzystwie zamężnej siostry Jadwigi Burianowej z Węgierskiej Górki przebywała w Istebnej na letnim wypoczynku. Opalała się akurat w lipcowym słońcu przy gospodzie Marekwicy „na Rogowcu”, kiedy przyjechał Morcinek samochodem, spotkał swego kamrata młodości z Karwiny – Buriana, a ten przedstawił mu swą szwagierkę – Władkę Hartwiżankę. Mimo 20 lat różnicy wieku przypadli sobie jakoś do serca i rozpoczęła się prawie 40 lat trwająca korespondencja obustronna, przegradzana od czasu do czasu spotkaniami i odwiedzinami w Skoczowie, Warszawie i Pabianicach.

Gustaw Morcinek zamierzał opracować biografię Maksymiliana Kolbe. Na początku lata 1947 roku odwiedził Pabianice. Pisał do Ostrowskiej: „Koło 1 lipca wyjeżdżam w świat przez Łódź, Pabianice, Warszawę do Niepokalanowa (…) Braciszkowie tamtejsi uradzili, żeby mi powierzyć napisanie biografii o Ojcu Kolbem. Impulsem był tutaj mój szkic pt. Ojciec Kolbe, zamieszczony w „Dziewczynie z Champs Elysees”. Nieopatrznie przyrzekłem im, teraz muszę pojechać do nich, by otrzymać materiał. Czy podołam – nie wiem, lecz warto spróbować.” W 1948 roku ukazała się publikacja „Dwie korony. Rzecz o ojcu Maksymilianie Maria Kolbe”.

Gustaw Morcinek (1891-1963) – prozaik związany ze Śląskiem, polityk, autor m.in. „Wyrąbanego chodnika”, „Łyska z pokładu Idy”, Ondraszka, „Pokładu Joanny”.

Kronika Piotrkowska nr 13/1912 r. informowała: Pierwsza kobieta w Królestwie Polskim otrzymała koncesję na otwarcie apteki w Pabjanicach, jest nią prowizor farmacji pani Piechaczek. W Cesarstwie własną apteką kieruje również jedna tylko kobieta, Polka p. Antonina Leśniowska w Petersburgu, która jest również przełożoną swej szkoły, przygotowującej kobiety na pomocnice aptekarskie i prowizorów.


Teodor Jeske – Choiński na łamach Gazety Warszawskiej (1912) pisał o handlu żywym towarem, którego ofiarami padały także pabianiczanki: (…) I czytaliśmy jeszcze – „Do Warszawy przybyły dwie ładne dziewczyny, jedna z Łodzi, druga z Pabjanic. Przybyły po pracę. Obszedłszy różne biura pośrednictwa i kantory stręczeń i nie znalazłszy od razu zajęcia, udały się do kawiarni, by odpocząć i posilić się. Tu przysiadł się do nich jakiś elegancki Żyd i zaczął je badać, po co przybyły do Warszawy. Gdy mu naiwne dziewczęta z prowincji opowiedziały swoje troski, pocieszył je obietnicą wystarania się dla nich o dobre, zyskowne posady w Rosji za pośrednictwem jego przyjaciela, który znajduje się właśnie w Warszawie. W celu zawarcia umowy z owym przyjacielem, zaprosił je na drugi dzień do umeblowanych pokojów przy ulicy Złotej. Dziewczyny z prowincji pozwoliły się w swojej naiwności wziąć na wędkę i byłyby padły niewątpliwie ofiarą handlarzy żywego towaru, gdyby nie czujne oko dozorcy komitetu lekarsko-policyjnego, Kowalskiego. W chwili gdy dziewczęta wchodziły razem ze swoimi protektorami do pokojów umeblowanych, wziął owych protektorów za kołnierz pomocnik komisarza komitetu lekarskiego, Sternberg. Okazało się, że byli to handlarze żywego towaru, Icek Butlow i Berek Morgenstern, pomocnicy trzeciego łotra. Symchy Zylbermana.”

T. Jeske – Choiński w książce „W pogoni za prawdą” (1910) opisuje klimat burzliwych miesięcy 1905 roku w zaborze rosyjskim. Wśród miast dotkniętych terrorem socjalistów znalazły się również Pabianice.

Bywały w Warszawie i w miastach prowincjonalnych dni, w których oprócz zakazanych figur nie było na ulicach żywej duszy. Każdy chował się pod dach bezpieczny, żeby się nie narazić na gniew, niw wiadomo czyj. Nawet policja położyła po sobie uszy, schodziła przezornie z drogi podejrzanie wyglądającym jegomościom. A nuż dobędą browninga? Tchórz obleciał burżujów. Dygotała ze strachu Warszawa, eldorado bankierów, fabrykantów, kupców, spekulantów, sprytowiczów, trzęsła się ze strachu prowincja. Opustoszały droższe restauracje, teatry, sale koncertowe. Komu środki na to pozwalały, uciekał za granicę. Korzystając z panicznego strachu, jaki padł na burżujów, gospodarował socjalizm w Królestwie, głównie w środowiskach fabrycznych – Warszawa, Łódź, Pabianice, Zgierz, Zduńska Wola, Częstochowa, Radom, jak w kraju zdobytym. Kupcom, którzy nie chcieli zamknąć sklepów na jego rozkaz, wybijał okna wystawne, niszczył towar fabrykantom, opierającym się żądanym podwyżkom, przykładał browning do piersi, nielubianych z takich lub innych powodów inżynierów, majstrów, podmajstrzych, wszelkich przełożonych, zwierzchników. Wywoził na taczkach z fabryk. (…) Nie było w roku 1905 ani jednego dnia, w którym by dwóch, trzech „delegatów” nie dzwoniło do mieszkań i dawaj na to, na owo, na cele takiej owakiej partii. I każdy dawał na co go było stać, dawał ze strachu.

Nie z samego tylko strachu. Ta odważna samowola, ten bezwzględny terror olśnił, zachwycił bezkrytyczny tłum przeciętnej inteligencji i półinteligencji. Bezkrytyczny tłum widział w r. 1905 w socjalistach pionierów i bohaterów wolności, podziwiał ich, uwielbiał, oklaskiwał.

Teodor Jeske – Choiński (1854 – 1920) – powieściopisarz, publicysta, krytyk teatralny i literacki.


Leonard de Verdmon (1861-1930) w ilustrowanej Kronice Rodzinnej nr 15/1906 r. zaprezentował fabryczne Pabianice, prognozując ich połączenie z Łodzią.

Tuż za Łodzią, przy szosie do Kalisza, leży miasto fabryczne Pabianice. Ślady pozostałe po licznych cmentarzyskach, z których wiele urn, dowodzą, że okolica Pabianic, od dawna była zamieszkiwaną. Najdawniejsze akta dowodzą, że włości pabianickie były bardzo obszerne, przeważnie lasami pokryte, a stanowiły własność książęcą, pod nazwą Kasztelani Chrapy. Z ustaleniem się władzy książęcej, ten szmat ziemi przeszedł na wyłączną tegoż księcia własność, a dopiero w wieku XI Pabianice z przyległościami otrzymała w darze kapituła krakowska od Judyty, żony Władysława Hermana, dla ubłagania potomka.

W XII wieku jednak znowu widzimy księcia władcę tych posiadłości, które dopiero Kazimierz Sprawiedliwy ostatecznie na rzecz kapituły zasądził.

Samo miasto dzisiejsze założone zostało dopiero w wieku XIV. W XVI wieku zaczęło się ono znacznie rozwijać, jako siedlisko władzy świeckiej i zwierzchność, która uzyskała w r. 1503 prawo sprzedaży soli z żup krakowskich, przywileje na targi i jarmarki w r. 1549 i cechy w r. 1553. W tych też czasach wzniesiono tu dwie monumentalne budowle: kościół i zamek, przerobiony obecnie na gmach mieszczący biura magistratu.

Miasto jednak przechodziło różne klęski, a mianowicie w wieku XVI grasowało w Pabianicach powietrze morowe, a po przejściu pospolitego ruszenia do Prus, rewizja dokonana w r. 1645 wykazała bardzo małą ilość mieszkańców, których doszczętnie wkrótce zniszczyły wojny szwedzkie.

W aktach znalazłem wzmiankę, że kapitula występowała przed trybunałem lubelskim i piotrkowskim, poszukując strat od Michała Radziwiłła i Aleksandra Gomulińskiego, którzy jako dowódcy wojskowi, zniszczyli Pabianice i Rzgów wielkimi poborami pieniężnymi.

Dalej szerzyły w tym kierunku zniszczenie wojny za Augusta II i Leszczyńskiego. Wówczas Szwedzi ściągnęli kontrybucję w sumie 57.000 złp. Powietrze morowe grasowało jeszcze w latach 1710 i 1711. Nareszcie w roku 1797 deputaci wojskowi – na zasadzie asygnacji marszałka wojsk skonfederowanych, Lubomirskiego, wycisnęli z dóbr pabianickich 60.000 złp.

W celu podźwignięcia tak wyczerpanej ludności powstała instytucja „Mons pietatis”. Zapoczątkował ją w r. 1715 ks. kanonik Jordan, przeznaczając 4.000 złotych na bezprocentowe pożyczki, na kupno zaprzęgów i koni. Fundacja ta wkrótce tak wzrosła, że już w r. 1730 posiadała 10 tysięcy złotych.

Wiele czasu potrzeba było na to, aby kraj, zniszczony przez wojny, a z nim i dobra pabianickie do jakiejkolwiek doszły równowagi, po to, aby je rząd pruski kapitule odebrał. Z polecenia komisji wojewódzkiej, sporządzono w r. 1823 plan regulacyjny Pabianic, przez geometrę W. Ziółkowskiego. W r. 1824 wybudowano tu pierwszy wielki rządowy gmach fabryczny, co dało możność łatwego zarobkowania przybyszom, którym wydawano też bezpłatnie drzewo na budowę domów aż do r. 1841. Do wykonywania powinności miejskich pociągnięci zostali dopiero w r. 1866. Warsztaty tkackie, sukiennicze i płócienne rozrastały się powoli, mimo to jednak już w r. 1849 naliczono tu 60 fabryk.

W r. 1850 Beniamin Krusche sprowadził pierwszą maszynę parową, a w r. 1890 w pięciu większych fabrykach pracowało już z górą 3.500 robotników, całe miasto zaś liczyło 25.400 mieszkańców.

Kościół pierwotny pod wezwaniem św. Mateusza Ewangelisty i św. Stanisława, zbudowany był na innym miejscu i dopiero po spaleniu świątynię wystawiono w r. 1588 tu, gdzie się obecnie znajduje. Kościół to bardzo okazały, z wieżą ośmiokątną, panującą nad całą okolicą. Nad głównym wejściem widzimy herb kapituły krakowskiej i trzy korony złote w polu białym. Z dawnych pamiątek znajdujemy tu tylko dwie tablice w ścianach, a nad nimi w medalionach płaskorzeźby, mające przedstawiać Władysława Hermana i żonę jego Judytę. Przy tym kościele, jako własności kapituły krakowskiej, miał czas pewien przebywać Mikołaj Kopernik.

Drugą pamiątką historyczną w Pabianicach jest zamek, zbudowany w czworobok, podparty wokoło skarpami, a zakończeniem zębatych szczytów przypominający ratusz w Sandomierzu. Podanie głosi, że zamek połączony był niegdyś przejściem podziemnym z świątynią; na dowód wskazują w zakrystii loch, zawalony dziś gruzami ze ścian piwnicznych.

W zamku pabianickim w r. 1432 przebywał Władysław Jagiełło w powrocie z Mazowsza. Tu zastąpiło mu drogę poselstwo czeskie, złożone z najznakomitszych przedstawicieli stronnictwa husyckiego, którzy oświadczyli chęć niesienia pomocy przeciw wspólnemu nieprzyjacielowi – krzyżakom.

W r. 1463 bawił w Pabianicach Kazimierz Jagiellończyk, wspaniale podejmowany przez Jana Rzeszowskiego, kanonika krakowskiego.

W r. 1898 położono kamień węgielny pod budowę nowego kościoła, a w r. 1903 nastąpiło otwarcie ruchu kolei kaliskiej, co będzie miało doniosły wpływ na rozwój miasta w przyszłości.

Z licznych przywilejów królewskich, jakie otrzymały Pabianice, wspomnę przywilej wydany w r. 1553 przez Zygmunta Augusta. Przywilejem tym ustanowiono tu cech kowalski, zamieniony wkrótce na cech „zobopólny” wszystkich rzemiosł. W r. 1836 zapisano do ksiąg cechowych blacharza „zakonu mojżeszowego”. Był to pierwszy wypadek w Królestwie dopuszczenia żyda do udziału w zgromadzeniu, mającym cechy religijne. Cech pabianicki bowiem, jak i wszystkie inne cechy rzemieślnicze, posiadał własną chorągiew, a protokoły zaznaczają wybory chorążego, odbywane co trzy lata.

Obecnie Pabianice żyją życiem, ściśle związanym z życiem przemysłowym Łodzi, posiadają wiele fabryk i ludności robotniczej, a zabudowują się wzdłuż wspomnianej szosy w ten sposób, że za lat kilkanaście trudno będzie ściśle wykazać granice, gdzie się Łódź kończy, a gdzie zaczynają domki pabianickie.

Leonard de Verdmon jest także autorem „Krótkiej monografii wszystkich miast, miasteczek i osad w Królestwie Polskim” (1902), w której umieścił wzmiankę o Pabianicach.

Pabianice. Miasto nad rz. Dobrzynką, w gub. piotrkowskiej, powiecie łaskim, połączone kolejką elektryczną z Łodzią, a posiadać będzie stację kolei warszawsko-kaliskiej. Ludności 32.000, a z tej liczby 12 tysięcy robotników w fabrykach pracujących, mieszczan rolników 2552 i mieszczan bezrolnych 14068.

W XI wieku stał tu już zameczek, który z okoliczną włością stanowił kasztelanię Chropi, a ta w r. 1084 nadana została kapitule krakowskiej. W XV w. miejscowość ta została miastem pod nazwą obecną. Zygmunt August nadał w r. 1555 cechy i przywileje, chociaż cech kowalski już otrzymał przywilej w r. 1553. Arcybiskup Jarosław Bogoria w połowie XIV wieku zbudował kościółek drewniany, a gdy ten widocznie uległ zniszczeniu, kapituła krakowska zbudowała obecny w r. 1588. W wieku XV zbudowano zameczek dla administratorów, w stylu włoskim, dotąd wybornie zachowany. W r. 1818 miasto liczyło 700 mieszkańców, dopiero założenie tu fabryki płótna około r. 1830 dźwignęło miasto, które wkrótce zamieniło się na fabryczne. Obecnie istnieją tu 4 tkalnie i przędzalnie wełny, fabryka wyrobów bawełnianych, tkalnia bawełny, farbiarnie, fabryka papieru, 2 gisernie, tartak, gorzelnia i kilkanaście innych poważniejszych zakładów przemysłowych.

Ulica główna oświetlona elektrycznością. Miasto posiada magistrat, piękny kościół ewangelicki, synagogę, sąd pokoju, szkoły początkowe, szkołę handlową, straż ogniową, pocztę i telegraf. Jarmarków 6. Handel wyłącznie w rękach Żydów. Miasto po złączeniu go koleją z Kaliszem ma wielką przyszłość przed sobą, a dziś już niemal łączy się z Łodzią domami przy szosie budowanymi.


Ulice promujące Pabianice znajdują się w wielu polskich miastach. Na przykład w „Niemiecko-polskim słowniku nazw ulic Wrocławia” znajdujemy zapis : Augustastr., dziś Szczęśliwa, Pabianicka i Wesoła (Pabianicką wyodrębniono 1972/73, Wesołą 25 VI 1973, ostatecznie 20 XII 1974) na odcinku Skwierzyńska – Powstańców Śl.; Augusta, ur.30 IX 1811 w Weimarze, zm. 7 I 1890 w Berlinie, cesarzowa niem., żona Wilhelma I.

Natomiast Dziennik Elbląski (9.04.2016) informuje: Jako ciekawostkę można podać, że kilka elbląskich ulic otrzymało po 1918 r. nowe nazwy, związane bezpośrednio z bitwami stoczonymi w 1914 r. Są to dzisiejsze ulice – Płońska (d. Frögenauer Hof), Podchorążych (Ludendorffstraẞe), Niborska (Neidenburger Weg), Pułtuska (Soldauer Weg), Pabianicka (Usdauerweg), Morszyńska (Waplitzer Weg).

Z kolei Portal Informacyjny Warszawskiej Pragi podaje: Ulica Pabianicka na Gocławku w dzielnicy Praga Południe w Warszawie biegnie od ronda u zbiegu ulic Makowskiej i Kresowej do ulicy Olszynki Grochowskiej. Ulica została wytyczona na początku II Rzeczypospolitej, zaś jej nazwa najprawdopodobniej pochodzi od osadników z Pabianic – miasta w województwie łódzkim. W okresie międzywojennym została częściowo zabudowana niewielkimi domami murowanymi. W latach 50. w narożniku ulic Olszynki Grochowskiej i Pabianickiej oddano do użytku plac zabaw. Zmodernizowany w 2009 roku jako plac zabaw, boisko, skate park oraz minimiasteczko ruchu drogowego dla dzieci. W latach 2016-2017 zostaje przebudowana na odcinku od ulicy Naddnieprzańskiej do ulicy Olszynki Grochowskiej.

Małgorzata Półrola w artykule „In hoc signo vinces, albo rzecz o starych łódzkich dowcipach” – Acta Universitatis Lodziensis, Folia Germanica 5, 2009 przypomina publikację pabianiczanina Reinholda Piela ‘Ne Mütze voll Witze aus Lodz und Pabianice. Autorka Pabianice nazywa miniaturą Łodzi.

W 1913 r. ukazała się w Pabianicach w wydawnictwie Augusta Grüninga publikacja zatytułowana ‘Ne Mütze voll Witze aus Lodz und Pabianice (co można by przetłumaczyć na polski, zgodnie z intencją autora, jako „Głowa [czapka] pełna wiców z Łodzi i Pabianiców” [sic!]. jej autor anonsuje się jako ten, który nie tylko dokonał wyboru prezentowanych tekstów, ale również – jak pisze we wstępie – sam „był świadkiem” niejednego z opisywanych (czy też „opowiadanych”) tu zdarzeń. Wprawdzie ukrywa się za świetnie dobranym pseudonimem Wilfried Spectator (czyli etymologicznie: „pokojowo nastawiony, posiadający dobrą wolę obserwator”), ujawnia jednak swoją prawdziwą tożsamość: to pochodzący z Pabianic Reinhold Piel, istotnie niezwykle wnikliwy obserwator, narodowości niemieckiej, mentalnie zapewne typowy przedstawiciel wielonarodowego i wielokulturowego tygla, jakim na początku XX w. była Łódź, podobnie zresztą jak pobliskie Pabianice, będące niejako drugą Łodzią w miniaturze.

W historii tego niewielkiego miasta –satelity łódzkiej metropolii nietrudno odnaleźć daleko idące podobieństwa do losów błyskawicznie rozwijającej się fabrycznej Łodzi. (…)

Wróćmy jednak do publikacji wspomnianej na początku niniejszego tekstu. Motywacja do jej napisania była niewątpliwie chęć ocalenia od zapomnienia dawno minionych lat i przywołania pamięci osób, których próżno by dziś szukać zarówno w Łodzi, jak i w tytułowych Pabianicach. Stąd elegijny i nostalgiczny ton wstępu, stad także retoryczne pytanie: „Wesołkowie, których tak często spotykałem, ludzie o promiennych twarzach, o głowach pełnych facecji i dowcipów –gdzie się podziewacie? Wiele z tego, co mi po was zostało, znalazło miejsce w tej książeczce” (s.5).

Jej zawartość jest jednak całkiem nietypowa – jest to bowiem zbiorowy portret mentalności człowieka, określanego potocznie mianem „lodzermensza” (czy może także „pabianicermensza”). (…)

„Lodzermensza” i „pabianicermensza” charakteryzuje Tuwimowski cytat: „Gdy fabryki łódzkie dostają jakieś większe zamówienie, gdy zjawia się koniunktura – zaczyna tam świecić słońce, zakwitają bzy, słowiki turkocą w Helenowie, błoto się mieni spektralnymi kolorami, a ospali lodzermensze stają się uebermenszami, odzyskując gibkość ruchów, żywość spojrzeń, bystrość myśli. Pietryna wre. Grynbergi, Grynfeldy, Grynsteiny i Goldbergi uwijają się po mieście jak opętani, wyskakują z dorożek, wskakują do kawiarni, telefonują, zapisują, telegrafują, jadą, wracają, znowu jadą, notują, obliczają: Fynef und cwancyk … zyben und drasyk … hundert achcyk…, gemacht, zrobione, to ja do niego zadzwonię, panie Grynholc, leć pan do Grand Cafe, ja pójdę tymczasem do banku, hallo, panie Goldberg, no co? Hallo, panie Grynszpan, załatwione? Sto tysięcy skaczących, nieprzytomnych Grynmacherów wprawia Łódź w drgawki geszeftu. Ten febryczny stan łódzkiej ulicy ma fachową nazwę: Ruszyło się”.

Zbiór ‘Ne Mütze voll Witze aus lodz und Pabianice miał spełnić jedno wielkie życzenie jego autora:”[…] jeśli wam, kartom tek książki, uda się zjednoczyć ludzi, jeśli uda się wam wskazać na te właściwości charakterów, które są przeszkodą na drodze do pojednania […] to spełniłyście swe zadanie!”. Trudno mówić o wyraźnym założeniu koncepcyjnym tomu, aczkolwiek swego rodzaju „spointowaną” podpowiedzią dla czytelnika, jak ma się orientować w wielości zaprezentowanych tekstów, jest rodzaj motta zamieszczonego na początku każdego z nich. Są to więc trafne kryptocytaty, slogany, retoryczne pytania lub jednowyrazowa charakterystyka postaci. Nie jest natomiast całkiem jasne, czy bohaterami opowiadanych tu facecji, dykteryjek, dowcipów lub klasycznych wiców są Niemcy, czy też Polacy. Tylko w odniesieniu do Żydów wątpliwości te znikają – o tożsamości tychże informują czytelnika nie tylko typowe imiona i nazwiska, ale także dowcipnie podana warstwa językowa, a więc charakterystyczne „żydłaczenie.” Również w odniesieniu do niemieckich bohaterów swych anegdotek autor zbioru zachowuje daleko idącą wierność lingwistyczną – ich portret, naszkicowany poprzez medium językowe, można stosunkowo łatwo zidentyfikować jako (zapewne) tzw. Lodzerdeutsch, czyli łódzką odmianę niemczyzny. Stąd bardzo dowcipny pomysł „tłumaczenia” dłuższych tekstów z „niemieckiego” na „niemiecki” (czyli na wersję literacką). To bezspornie wielka pomoc dla czytelnika, posiłkującego się literacką niemczyzną, ale i – potencjalnie – wdzięczny obiekt badań językoznawczych.

Nazywanie opisywanych tu bohaterów ich prawdziwymi nazwiskami byłoby jednak – wobec zamysłu autora tomu – zbyt banalne. Dlatego zapewne nie rozpoznamy wśród portretowanych postaci konkretnych mieszkańców Łodzi czy Pabianic, ale nie w tym rzecz, chodzi przecież o pokazanie typów ludzi, stanowiących o charakterze miast. Dlatego też nie dziwią nas prześmieszne nazwiska postaci, będące każdorazowo – same w sobie – grą słów i dowcipem par excellence. Bo czyż nie są zabawne nazwiska, takie jak choćby Mojsze Geschwindmacher (szybki macher), Szlojme Feingeruch (dobry węch), szef firmy pan Strohdrescher (młócący słomę), adwokat Kniffmeier (stosujący chytre sztuczki), pan Klaperdyk, tj. Klapperdick (gruba grzechotka albo gruby grzechotnik), jego żona Klapperdünn (chuda grzechotka albo szkielet), aktor Guidi Pechmeier (pechowiec) czy powód Kraftmeier (osiłek)?

(…) Na koniec przytoczmy wybór anegdot i dowcipów z omawianego zbiorku w polskiej wersji językowej. One najlepiej pozwolą wyrobić sobie pogląd o – śmiem twierdzić – historycznej wartości pracy Wilfrieda Spectatora vel Reinholda Piela z dawnych Pabianic, tego miasta-satelity Łodzi z minionych lat, które nieodwracalnie zginęły w mrokach pamięci, a wraz z nimi jedyny w swym rodzaju, specyficzny typ człowieka z tych okolic, zwanego „lodzermenszem”.

Ambitni szefowie

Mojsze Schwarzer: „ Może pan mógłbyś dać mi posadę dyrektora w pańskiej tkalni?” Szef: „A pan dobrze znasz się na branży, żebyś pan mógł być dyrektorem mojej tkalni?” Schwarzer: „Co się znaczy się zna? Kiedy ja już będę ten dyrektor, to przecież wystarczy, ze się znam na tkactwie, po co ja miałbym się jeszcze znać na branży?”

Warunkowo

Mojsze Geschwindmacher wydaje za mąż córkę, zamierza więc splajtować. Szlojme Feingeruch szybko wyczuwa pismo nosem i kombinuje, jak by tu uratować pożyczone kiedyś Geschwindmacherowi kilkaset rubli. Udaje się zatem na ślub jego córki, a kiedy uroczystość dobiega końca, w obecności wszystkich gości staje przed Geschwindmacherem, mówiąc bardzo głośno i wyraźnie: „Mojsze, dla młodych niech będzie mazeł tow, ja będę tobie życzył, żebyś ty oglądał swoje wnuki i prawnuki, ale pod warunkiem, że ty mnie najpierw oddasz moje pieniądze!”

Wszystko wraca do punktu wyjścia

Kiedy Jankiel Pomeranc był w Łodzi przed dwoma laty, niejeden szewc czy krawiec, rzeźnik albo piekarz, słowem każdy pies Burek, zamieniał się w domorosłego fabrykanta. Ponownie zjawił się w Łodzi w 1911 roku, kiedy na rynku wyrobów manufakturowych zapanował kompletny spadek kursów i wyprzedawano za bezcen jedną fabrykę po drugiej. Zdumiony stwierdza: „Toż to prawdziwy cud od Boga! Dwa lata temu każdy szmaciarz zamieniał się w fabrykanta, a dziś z każdego fabrykanta robi się szmaciarz!” (…)



Przysłowiowa „tkaczka z Pabianic” ma już swoje miejsce w literaturze. Wspomina o niej także Janusz Szpotański w jednym z wierszy satyrycznych - „Zebrane utwory poetyckie” (1990).

(…)

I ułan na koniu

Kostusia ozdabia izdebkę

Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą

plus seraj rozkosznych kochanic,

a Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą

i romans ma z tkaczką z Pabianic.

Pan Karol jest piękny jak amant filmowy,

przedmiotem niewieścich jest marzeń,

a Kostuś – staruszek o cerze niezdrowej,

ponadto impotent i karzeł.

Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko

i mnóstwo ogarnia perspektyw;

a Kostuś wlepione baranie ma oko

w stos brudnych endeckich inwektyw.

Pan Karol, gdy jakąś koncepcję wysunie,

to ona na miarę tytana –

a Kostuś zabobon utwierdza w kołtunie

i jad sączy pana Romana.

Janusz Szpotański (1929-2001) – poeta, satyryk, krytyk literacki, tłumacz, autor m.in. poematów humorystycznych wymierzonych w prominentnych polityków.

Socjalistyczny Przedświt (1902) informował: W Pabianicach ogłoszono wyroki za strajk tkacki z roku 1900, 9 towarzyszom i towarzyszkom z fabryki Kindlera kazano wyjechać do Rosji na 2 lub 3 lata, 1 wysłano na rok do miejsca urodzenia; z fabryki Endera 4 towarzyszy dostało pobyt w Królestwie (wybrali Zduńską Wolę) na 3 lata. Kilku zaś oddano pod dozór policyjny.

W 1905 roku w krakowskim Naprzodzie (16.11.1905) ukazał się reportaż zatytułowany „Szkice z zaboru rosyjskiego”. Dziennikarz podczas podróży dyliżansem notuje swoje spostrzeżenia dotyczące „wypadków rewolucyjnych” w Kongesówce.

(…) Im bardziej zbliżaliśmy się ku Łodzi, tym częściej obijały się o nasze uszy opowiadania o krwawych wypadkach łódzkich, o demonstracyjnym pogrzebie ofiar, zastrzelonych w Łodzi i Zgierzu. Szlagona, który wysiadł w Sieradzu zastąpił nowy pasażer Żyd z Pabianic. Ten opowiadał o wielkim zgromadzeniu socjalistycznym w Pabianicach, o mowach, jakie tam wygłaszano. W nocy minęliśmy Zduńska Wolę i wyruszywszy o świcie z Łasku, szybko zbliżaliśmy się do Łodzi. W Pabianicach wszystko było pod znakiem strajku. Ani jeden komin fabryczny nie dymił, żaden warsztat nie pracował, wszystkie sklepy pozamykane. Na ulicach mnóstwo robotników. Od czasu do czasu przelatuje oddział dragonów. Pomiędzy robotnikami widać ludzi z czerwonymi kokardami na czapkach. (Exexul)

W 1911 roku Pabianice odwiedził amerykański pastor Francis E. Clark założyciel międzynarodowej organizacji Christian Endeavor Society (Stowarzyszenie Chrześcijańskiego Zaangażowania). Stowarzyszenie dążyło do maksymalizmu religijnego wśród swoich członków, najczęściej młodych ludzi z różnych denominacji, których liczba sięgała kilku milionów.

Francis E. Clark (1851-1927) opublikował w 1922 roku autobiografię „Memories of Many Men in Many Lands”, w której wspomina swój pobyt w Pabianicach.

(…) Zostałem zaproszony przez pastora luterańskiego do Pabianic, żeby uczestniczyć w konwencji naszego stowarzyszenia działającego w rosyjskiej Polsce. (…)

Odkryliśmy, że Pabianice, to kwitnące miasto przemysłowe na przedmieściach wielkiej Łodzi. Kiedy dojeżdżaliśmy do stacji kolejowej, zobaczyliśmy damę bacznie przyglądającą się sunącym wagonom. Gdy ujrzała nas w oknie szybkim ruchem dłoni kazała nam wysiadać, chociaż powiedziano nam, że mamy jechać przystanek dalej, do Łodzi.

W międzyczasie poprosiła zawiadowcę, żeby opóźnił odjazd pociągu o minutę – wysłała bagażowego w jedną stronę pociągu, a jakiegoś dżentelmena w drugą, pokazując im moją fotografię, sama obserwowała każdy wagon, stojąc na peronie. Był to bardzo długi skład, a ona miała tylko trzy minuty, żeby odnaleźć cudzoziemców, którzy wcale nie mieli zamiaru tam wysiadać i których nikt nie znał; ale udało się, podprowadziła nas triumfalnie do sympatycznej, pewnej siebie osobistości. Widząc przykład skutecznego działania, nie mieliśmy wątpliwości, że konwencja, którą zorganizowała wraz z mężem zakończy się sukcesem. Tak też się stało.

Młodzi ludzie przyjechali z różnych stron rosyjskiej Polski, niektórzy przebyli odległość 250 mil, w nastroju pełnym religijnego zapału, co dobrze świadczyło o ich kościołach i stowarzyszeniu.

Podobnie, jak w wielu innych przypadkach mieliśmy problem z pozyskaniem dobrego tłumacza moich wystąpień. Ostatecznie trudność została pokonana poprzez udział w konwencji najbogatszego człowieka w mieście, właściciela wielkich zakładów bawełnianych. Uświadomiłem sobie potem, że on nie miał wiele wspólnego z religią. Obawiam się, iż był mocno znudzony tłumaczeniem kazania, o które mnie poproszono oraz wykładu na temat Christian Endeavor. Jednakże był na tyle kulturalny, że nie dał poznać swoich emocji, jeśli takowe żywił.

Znalazłem się pod wielkim wrażeniem wspaniałych fabryk. Zobaczyłem najlepsze amerykańskie maszyny i najnowocześniejsze urządzenia sanitarne, których zazwyczaj nie spodziewamy się znaleźć w kraju, który zwykle traktujemy jako zacofany i słabo uprzemysłowiony. Jednak w tej części rosyjskiej Polski produkowano dobra dla całej Rosji i zdołano osiągnąć wysoki poziom bogactwa dzięki wprost nieograniczonej klienteli.

Chociaż Żydom nie zezwalano na pracę w fabrykach, to ulice były pełne brodatych osobników w myckach i długich płaszczach gabardynowych, sięgających kostek. Oni byli sklepikarzami, drobnymi handlarzami i domokrążcami. Polacy nie lubili ich ze względu na stosowane przez nich chytre sztuczki; do czego byli zmuszeni przez lata prześladowań – lisy i łasice mogą przeżyć ponieważ są przebiegłe – i potrafili wykorzystać intelektualną przewagę nad silniejszymi i głupszymi wrogami.

Robert E. Crozier w książce „Colours of War” (New York 1915) wraca do początków pierwszej wojny światowej w Pabianicach, kiedy mieszkańcy witali gorąco najpierw Niemców, za co Rosjanie nałożyli na Pabianice karę pieniężną, a potem jeszcze goręcej żołnierzy rosyjskich i … kontrybucja została anulowana.

The town of Pabianice, in Russian Poland, was fined for welcoming the Germans; it showed such honest joy at the Russian return that the fine was remitted.

Julian Kołaczkowski w “Wiadomościach tyczących się przemysłu i sztuki w dawnej Polsce” (1888) przywołuje fabrykę adamaszku w Pabianicach.

Adamaszek. Nazwa ta pochodzi od miasta Damaszku, gdzie najpierwej podobne tkaniny, przedstawiające na tle atłasowym różne wzory, wyrabiano. Początkowo zwano adamaszkiem tylko tkaniny jedwabne, później także podobne wyroby wełniane, lniane i bawełniane. (…) W r. 1829 założoną została w Pabjanicach fabryka, która prócz wielu innych tkanin wyrabiała i adamaszek wełniany; fabryka ta należała do Beniamina Kruschego.

The Encyclopaedia Britannica t.17, 1929 r. w haśle dotyczącym Pabianic przypomina, że niegdyś był to teren rekreacji królów polskich, którzy lubili polować i biesiadować w tutejszej głuszy. W latach 20. XX wieku lasy były już mocno przetrzebione.

Pabjanice, a town of Poland, in the province of Lodz, 30 m N.W. of the town of Piotrkow and 10 m S.W. from Lodz railway station. Population (1921) 29.700 (?). It lies amidst extensive forests round the head-waters of the Ner, which were the hunting grounds of the Polish kings. It has woolen, cloths and paper mills and manufactures agricultural implements.


Autor: Sławomir Saładaj


W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej Polityce Cookies.

Zamknij